Pod klątwą. Tom 1

Pod klątwą. Tom 1

Autorzy: Joanna Tokarska-Bakir

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 99.99 zł

cena od: 38.49 zł

Pogrom kielecki wciąż stanowi ważny przedmiot debaty publicznej w Polsce. Dotyczyły go dwa śledztwa, prowadzone przez polskie władze powojenne. W pierwszym, które władze komunistyczne rozpoczęły natychmiast po masakrze, usiłowano dowieść, że była ona akcją zbrojnego podziemia. Pod koniec dochodzenia drugiego, prowadzonego po roku 1989, forsowano przede wszystkim hipotezę, że przyczyną pogromu była ubecka prowokacja.

Niniejsza książka, oparta na rozległej kwerendzie w Instytucie Pamięci Narodowej w latach 2013-2017 i innych archiwach, stanowi szczegółowy audyt obu tych postępowań. Było to również możliwe, ponieważ po śmierci Michała Chęcińskiego, świadka w śledztwie z lat 90., który był zwolennikiem tezy o radzieckiej prowokacji, autorce książki udostępniono  jego archiwum domowe.

"Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego" to mikrohistoryczny fresk, odsłaniający wiele zupełnie nieznanych aspektów pogromu. Książka stawia sobie dwa główne cele. Zadaniem tomu pierwszego, zawierającego szczegółową analizę pogromu, jest prezentacja społecznego kontekstu, w którym stał się on możliwy: nastrojów, przekonań, światopoglądów, ścierających się w kieleckim życiu codziennym w drugim roku po wojnie. Celem tomu drugiego było skompletowanie najważniejszych źródeł dokumentujących to zdarzenie, w tym wielu niepublikowanych zeznań Żydów ocalałych z pogromu. Pozwoliły one na zrekonstruowanie doświadczenia ofiar oblężonych w domu przy ul. Planty 7. W dalszej perspektywie zgromadzona w tomie dokumentacja umożliwiła skorygowanie dotychczasowych list ofiar, z których aż 17 pozostało bez identyfikacji. Przyczynkiem do fenomenu świadectwa jest też zestawienie zeznań sprawców i ofiar, które dzieli pięć dekad pomiędzy śledztwami.

Dzięki protokołom przesłuchań z lat czterdziestych i dziewięćdziesiątych, dokumentom osobistym, prasowym i notarialnym, w książce zarysowano sylwetki osób składających się - z jednej strony - na kielecki tłum pogromowy,  z drugiej na ówczesne instytucje władzy (Milicja Obywatelska, Wojsko Polskie, Urząd Bezpieczeństwa, Urząd Wojewódzki). Instytucje te, rekrutujące się z tego samego społeczeństwa, którego bezpieczeństwa strzegły, nie tylko nie opanowały krytycznej sytuacji, ale same włączyły się do pogromu. Analiza biografii aktorów zdarzenia odsłania zupełnie nieznaną nieideologiczną historię Polski oglądaną z perspektywy Kielc.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

OD AUTORKI

Część I: Ruch

Rozdział 1: Głosy

Rozdział 2: Dowody rzeczowe

Rozdział 3: Henio i inni

Część II: Kadrowanie

Rozdział 4: Autorytety

Rozdział 5: Władza ludowa i Żydzi

Rozdział 6: Raszomon

Rozdział 7: Kanikuła

Rozdział 8: Ruchome święto

Rozdział 9: Dozorcy z Placu Wolności

Rozdział 10: Pociągi

Część III: Wstrząsy zapowiadające

Rozdział 11: Urząd Bezpieczeństwa

Rozdział 12: Milicja Obywatelska w Kielcach

Rozdział 13: Wojewoda Wiślicz-Iwańczyk i jego ludzie

Rozdział 14: Wojskowi. 2 Warszawska Dywizja Piechoty i KBW

Rozdział 15: Bogeyman

Część IV: Wstrząsy wtórne

Rozdział 16: Czterdzieści lat później

Apendyksy

PODZIĘKOWANIA

PODZIĘKOWANIA

PRZYPISY KOŃCOWE

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

OPRACOWANIE REDAKCYJNE Juliusz Kurkiewicz

REDAKCJA PRZYPISÓW Jolanta Sheybal

KOREKTA Aleksandra Kiełczykowska

Zdjęcie na okładce, fot. Julia Pirotte, ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie. Pełny wykaz zdjęć użytych w książce i ich źródeł znajduje na s. 562–568

Badania naukowe, które stały się podstawą niniejszej książki, przeprowadzono m.in. ze środków grantu Marie Curie, ufundowanego przez Fundację im. Gerdy Henkel i Komisję Europejską (2013–2015), w ramach tematu badawczego realizowanego w Instytucie Slawistyki PAN „Pogromy antyżydowskie w Europie Środkowo-Wschodniej”.

TŁUMACZENIE RELACJI RAFAŁA BLUMENFELDA Z JĘZYKA HEBRAJSKIEGO Anna Piątek

TŁUMACZENIE RELACJI ANSZELA PINKUSIEWICZA Z JĘZYKA JIDYSZ Sara Arm

RECENZENCI NAUKOWI prof. Jan T. Gross, prof. dr hab. Marcin Kula, prof. dr hab. Szymon Rudnicki, prof. Michael Steinlauf

REDAKTOR PROWADZĄCY Anna Brzezińska

Text copyright © by Joanna Tokarska-Bakir

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-7554-937-9

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

A jacy to źli ludzie mieszczanie kielczanie,

żeby pana swego, Seweryna Kahane,

zabiliście, chłopi, kamieniami, sztachetami!

Boże że go pożałuj i wszech synów Dawidowych,

iże tako marnie zeszli od nierównia swojego!

Chciałci i jego bracia miła królowi służyć,

swą chorągiew mieć, ale żołnierze dali go zabić.

Żołnierze, milicjanci, kieleccy rodzice

świętości nie mieli, bezbronne dzieci zatłukli!

Zabiwszy, ulicami powlekli, bić Żydów krzyczeli,

Polacy, kielczanie jako psy kłamacze.

Okrutność śmierci poznali, szkarady posłuchali,

krwią splamili przyjacioły, na bruk ich wyrzucili.

Bóg Polaków zamknięty w obozie, w baraku

drży, gdy dzielni chłopcy z orzełkami na czapkach

dobijają dziewczynki żydowskie, rurkami, na odlew.

Julian Kornhauser, z tomu Kamyk i cień

OD AUTORKI

Krystyna Kersten ostrzegała, że najgorszą rzeczą, jaka mogłaby się zdarzyć badaczom historii Polski, byłoby zastąpienie propagandy komunistycznej – antykomunistyczną. W tej książce, pisanej w czasach, gdy proroctwo historyczki się spełniło, usiłuję wymknąć się obu rodzajom propagandy za pomocą historii społecznej, która sceptycznie podchodzi do cezur i zmian. Choć moja książka dotyczy pogromu kieleckiego, czyli wydarzenia wyjątkowego, nie opisuję go w perspektywie jednostkowości i zerwania, ale ciągłości i trwania, mając nadzieję uchwycić, w jaki sposób to, co codzienne – przemoc – stało się normatywne1.

Tworząc społeczny portret pogromu, odpowiadam na postulat Krystyny Kersten, by przeszłość opisywać przy pomocy „podejścia panoramicznego, obejmującego sferę psychologii indywidualnej i zbiorowej, sferę kulturową i polityczną”2. Antropologia historyczna łączy je wszystkie. Badaczka ostrzegała przed eksponowaniem tylko jednej strony dramatu. Miała zupełną rację, tyle że po otwarciu archiwów dotyczących pogromu okazało się, że stron jest o wiele więcej niż dwie.

Ogromna część materiałów, na których się opieram, została wytworzona przez instytucje władzy komunistycznej: MO, urzędy bezpieczeństwa, prokuraturę i sądy. Trzeba odnosić się do nich ostrożnie, ale nie bardziej niż do jakichkolwiek innych źródeł. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że są to dokumenty niewiarygodne. Ich większość stanowią źródła tajne, a przecież na dłuższą metę żadna władza nie oślepia samej siebie3. Niemniej wszędzie, gdzie to tylko możliwe, konfrontuję je z innymi punktami widzenia, przede wszystkim ze spojrzeniem podziemia, utrwalonym w oryginalnym archiwum Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Jeszcze ważniejsza jest perspektywa żydowskich ofiar i świadków pogromu, których głos był do tej pory przeważnie pomijany. Ważnym zbiorem, na którym się oparłam, stało się też archiwum domowe Michała Chęcińskiego, udostępnione mi przez jego Rodzinę. Każda informacja, którą się posługuję, każdy szczegół dotyczący topografii i atmosfery Kieleczyzny mają swoje oparcie w źródłach historycznych: protokołach przesłuchań, raportach władz różnych szczebli, protokołach oględzin zwłok, relacjach prasowych i fotograficznych, listach i wspomnieniach.

Aby napisać tę książkę, przeczytałam setki, może nawet tysiące dokumentów osobistych, pisanych przez Polaków w latach 1939–1946. Były to podania i życiorysy żołnierzy, milicjantów, kolejarzy, dozorców, pracowników i tajnych współpracowników bezpieczeństwa, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Wojska Polskiego, urzędników starych i nowych władz, Żydów ocalałych z Holokaustu, repatriantów i przyszłych emigrantów, ujawniających się i konspirujących żołnierzy Armii Krajowej, Armii Ludowej, Batalionów Chłopskich, Narodowych Sił Zbrojnych i Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Część napisana została niewprawnie, sztampowo, z błędami, inne z talentem i fascynująco. Nie można czytać takich tekstów i nie poddać się ich perswazji. We wszystkich chodziło o życie i przeżycie, a więc o wartości, którymi pogardza historia heroiczna.

Niewyartykułowane założenie tych podań i życiorysów za amerykańskim historykiem Richardem White’em, który badał relacje Indian i pionierów na amerykańskim Zachodzie, nazwałam the middle ground4, płaszczyzną porozumienia. W amerykańskich realiach oznaczała ona sojusze zawierane przez śmiertelnych wrogów w sytuacji, w której żadna ze stron nie była wystarczająco silna, by wygrać. W przekładzie na realia Kielecczyzny 1946 roku the middle ground to ignorujący podziały polityczne, często oparty na więziach krewniaczych, paramafijny system wymiany usług, nastawiony na przetrwanie i zyski z szabru. Łączył on w Kielcach ludzi z różnych strony politycznej barykady. Taki sojusz i stojące za nim pragnienie życia i przeżycia stanowi klucz do zrozumienia pogromu kieleckiego, a także powojennej historii Polski. Zadaje kłam wyobrażeniu o toczącej się wówczas antykomunistycznej guerilli, w której po jednej stronie byli „swoi”, czyli Polacy, po drugiej – „obcy”, czyli Żydzi i Rosjanie. Pokazuje natomiast wyraźnie przewlekłą i brudną wojnę domową, którą ocaleni z poprzedniej wojny na wszelkie sposoby usiłowali przetrwać.

Gdy wyłączymy ideologiczną ramę interpretacyjną, dyktowaną przez sformułowania takie jak „żołnierze wyklęci” czy „powstanie niepodległościowe w Polsce 1944–1953”, i na powojenne dzieje Kielecczyzny spojrzymy z bliska i od dołu5, naszym oczom ukaże się obraz niepokojąco ambiwalentny. Przede wszystkim zniknie zasadnicza dla tej ramy dychotomia „żydokomuna”/„Naród Polski”. Od pierwszego dnia instalowania nowego ustroju po stronie komunistów – w UB, MO, WP, KBW i PPR – pojawi się społeczeństwo, a więc także etniczni Polacy, zaś po stronie antykomunistycznej – nadspodziewanie wielu Żydów6, w czasie okupacji więźniów radzieckich łagrów, wśród nich przyszłe ofiary pogromu kieleckiego. „Wojnę z żydokomuną” zastąpi brutalna i pełna zaskakująco aktualnych odniesień „wojna polsko-polska” – bratobójcza i nieprzebierająca w środkach.

Historia ideologiczna obsadza ludzi w rolach aktorów filmu niemego, którego scenariusz jest z góry znany7. Poprzez zwrócenie uwagi na niepolityczne, codzienne aspekty zdarzeń usiłowałam przywrócić temu filmowi dźwięk, a przynajmniej dodać napisy. Zawdzięczam je osobom8, które pomogły mi w identyfikacji niemal wszystkich aktorów pogromu, należących do lokalnych elit władzy politycznej i duchowej. Nie poznawszy ideologii przedstawicieli tych ostatnich, nie sposób zrozumieć, co się stało 4 lipca 1946 roku w Kielcach. Aby jednak pojąć, jak to się mogło wydarzyć, trzeba zapoznać się z poglądami pierwszych, przede wszystkim funkcjonariuszy Komendy Wojewódzkiej MO i żołnierzy WP. Duchowieństwo dawało ideologię, władza polityczna dawała siłę.

Historii społecznej, pisał Padraic Kenney, nie należy rozumieć jedynie jako uzupełnienia narracji politycznej. Ona ją przeformułowuje i przekształca. „Nie ogranicza się do pokazania, co się jeszcze działo poza sceną, ale przepisuje samą sztukę i zmienia jej obsadę”9.

Najlepszym tego przykładem jest sposób, w jaki znajomość społecznego tła zmienia nasze postrzeganie pogromu kieleckiego, w polskim dyskursie tradycyjnie przypisywanego ubeckiej prowokacji. Dzięki znajomości tego tła odkrywamy, że pogrom spowodowany był słabością, a nie siłą władzy komunistycznej; w pewnym sensie zbyt małą, a nie nadmierną obecnością Sowietów i UB na Plantach. Cierpiąc na dramatyczne braki kadrowe, kieleckie instytucje komunistyczne przyciągnęły nie tylko amatorów służby w mundurach i bezpłatnej stołówki, ale przede wszystkim ludzi przyzwyczajonych do tego, że Żydów się zabija. To właśnie oni, w znacznej części przedwojenni oficerowie, policjanci i prawnicy, a nie szumowiny czy komunistyczni prowokatorzy, umożliwili pogrom kielecki.

Pierwsza część tytułu książki odnosi się do klątwy, którą zgodnie z legendą rabin Dawid Kahane miał obłożyć Kielce po pogromie10. Podtytuł Społeczny portret pogromu kieleckiego stanowi próbę użycia metod, jakimi dysponuje antropologia historyczna – kwerendy i krytycznej mikroanalizy, pozwalającej zobaczyć pogrom oczami jak największej liczby świadków.

Mam nadzieję, że przyczyni się do tego także dobór ilustracji do niniejszego tomu, podporządkowany idei portretu społecznego. Starałam się, by jak znalazło się w nim jak najwięcej twarzy aktorów opisywanych zdarzeń. Są one źródłem historycznym, czasem bardziej wymownym niż dokumenty.

Aby ułatwić lekturę narracji w tomie pierwszym, pisanym z myślą o jak najszerszym gronie czytelników, niekiedy stosowałam skróty i parafrazy. Dlatego też w tomie drugim, przeznaczonym dla specjalistów, umieściłam korpus trudno dostępnych źródeł dotyczących pogromu. Dzięki temu czytelnik ciekaw kontekstu, w jakim pada określone zdanie, może je sam odszukać i zweryfikować.

Dzięki benedyktyńskiej pracy Jolanty Sheybal wszystkie źródła zostały w miarę możliwości skolacjonowane z oryginałami, o ile tylko udało się je zlokalizować. Na nowo odczytano też niektóre źródła wcześniej publikowane, niekiedy wprowadzając istotne poprawki. Przyjęty w książce system odsyłaczy i zasady edycji dokumentów (np. w zakresie zastosowanych skrótów; zob. ich lista na początku tomu 2), nie zawsze zgodne z przyjętymi w edytorstwie historycznym, podporządkowano głównemu celowi publikacji, czyli ukazaniu społecznych uwarunkowań pogromu11.

Część I: Ruch

Rozdział 1: Głosy

Ranek12

Spośród bohaterów tego dnia najwcześniej na nogach jest Anczel Pinkusiewicz13. Aby o 2.30 złapać we Wrocławiu pociąg do Częstochowy, w ogóle się nie położył. Wojnę spędził na Syberii, w Polsce jest od niedawna. Pod Głogowem zostawił żonę Leę z trzyletnim Izaakiem, a sam jedzie do rodzinnych Kielc. W pociągu siedzi obok chrześcijanki, której pomagał załadować bagaż przez okno. Ona też jest z Kielc. Przed wojną Pinkusiewicz pracował jako administrator w Teatrze Polskim, szybko doszukują się wspólnych znajomych.

Oprócz nich w wagonie siedzi jeszcze żydowska rodzina, dwie siostry z mężami, które niedawno wróciły z Rosji, jedna w siódmym miesiącu ciąży. Podczas gdy większość ich znajomych szuka szczęścia na Zachodzie, one jadą pod prąd, do Chełma, do ojca, któremu jakoś udało się przeżyć.

Kiedy Pinkusiewicz drzemie w pociągu zbliżającym się do Częstochowy, w Kielcach zaczynają się budzić ci, którzy pracują od 5.00: ci z Tartaku nr 1 i 2, z Fosfatów, z cegielni i kaflarni, z Granatu i Zakładu Przemysłowego Kadzielnia. Wkrótce rozpocznie się pierwsza zmiana w hucie Ludwików. Do pracy przyjdą Błaszczykowie, wuj Andrzej i brat Jan14 ośmioletniego Henia15, który poprzedniego dnia odnalazł się po trzydniowej nieobecności. Jeszcze wczoraj wieczorem ojciec Henia, Walenty, zameldował o tym milicji, ale ponieważ był podpity, kazano mu wrócić nazajutrz16. Za parę godzin w hucie zostanie zwołane zebranie Rady Zakładowej, na którym niespodziewanie stanie sprawa Henia17.

Podobno już o 5.30 wstaje komendant Edmund Zagórski18, w czasie wojny w AK, dziś szef posterunku MO przy Sienkiewicza 4519. O 6.00 wybiera się z zastępcą na obchód, wraca na komisariat przed ósmą i rozpoczyna wykład o higienie.

Dopiero przed dziewiątą plutonowy Stefan Kuźmiński zamelduje mu, że „chłopiec zgłosił się właśnie i zameldował tego osobnika, który miał go rzekomo zatrzymać przez trzy dni w piwnicy, i ten osobnik jest tutaj”20.

Zanim to nastąpi, o 7.00 wstaną jeszcze matki. Wprawdzie są wakacje, ale dzieciom i tak trzeba zrobić śniadanie. Idąc na bazar, jedna z nich zostawi bawiącą się na podwórzu sześcioletnią córkę21. Gdy wróci, dziecka nie będzie. Nie będzie również pięcioletniego Stasia Antoniny Biskupskiej, który pobiegł z kolegami nad Silnicę22, dziesięcioletniej Leokadii Ludwika Pustuły, która poszła na stację handlować lemoniadą23, oraz ośmioletniego Janka Marii Bińkowskiej, który zniknął już w czerwcu, a cały i zdrowy odnajdzie się dopiero za dwa tygodnie na Pocieszce24. Rodzice nie byliby tak zdesperowani, gdyby każde z osobna nie usłyszało tego ranka o chłopcu Błaszczyków z Podwalnej. Nie chodzi o to, że zaginął, chodzi o to, gdzie się odnalazł. Plotka głosi, że Żydzi z Plantów trzy dni trzymali go w piwnicy. Toteż Zofia Prokop, Maria Bińkowska i Antonina Biskupska pójdą tego dnia pod Komitet Żydowski. A milicjant Pustuła, podchmieliwszy sobie, wybierze się tam służbowo.

Około 8.00 na mieście jest już pełno ludzi. Otwierają się sklepy, restauracje i zakłady fryzjerskie. W komisariacie przy Sienkiewicza 45, dokąd około 8.00 ponownie przyszedł Walenty Błaszczyk ze swoim synem, skończyło się właśnie śniadanie. Jedni milicjanci schodzą z nocnej zmiany, pojawiają się ci z dziennej.

Zanim czternastoletni Czesław Nowak25 wsiądzie do pociągu do Częstochowy, w którym handluje lemoniadą i mlekiem, idzie złowić parę ryb w parku miejskim.

Harcerze, bracia Feliks i Stanisław Kowalowie śpieszą do kościoła na mszę za spokój duszy generała Sikorskiego26.

Dziewiętnastoletnia Niusia Borensztajn i starszy o rok Szmulek Nester27 po raz pierwszy spacerują razem ulicą Sienkiewicza.

Ignacy Herman je w kawiarni śniadanie ze szkolnym kolegą28.

Marysia Machtynger29, która pracuje w Komitecie Żydowskim w dziale repatriacji, minęła już skrzyżowanie Sienkiewicza i Plantów.

Mieszkający w kibucu na Plantach dwudziestodwuletni Borys Wajntraub30 wyszedł właśnie po gazetę. Wracając, przygląda się ludziom, dyskutującym przyciszonymi głosami w grupkach nad rzeką Silnicą.

Gdy parę minut po 8.00 szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Władysław Sobczyński31 strzyże się u fryzjera na Sienkiewicza róg Focha, jego adiutant i zięć Roman Nowak32 przynosi mu wiadomość, że coś dzieje się pod Komitetem Żydowskim. Właśnie ów adiutant zaniesie potem do Urzędu plotkę o „Żydach, którzy pomordowali dzieci polskie”33, w którą uwierzył tak samo jak inni kielczanie.

Sklep z obuwiem męskim

Gdy Ignacy Herman kończy w kawiarni śniadanie, w pewnej chwili na ulicy słychać podniesione głosy, a za oknem pojawia się gromada podnieconych ludzi. Na żądanie właścicielki goście pośpiesznie opuszczają lokal. Przy Silnicy stoi grupa płaczących kobiet. Zapytałem, co się stało – wspomina Herman. „To pan nie wie?” – odpowiedziały. I wskazując Komitet Żydowski przy Plantach, dodały: „Tam w piwnicy leżą główki zamordowanych dzieci chrześcijańskich przez Żydów na krew na macę”.

Koledzy się rozdzielają, Herman wpada na pomysł, aby pójść do położonego w pobliżu kasyna oficerskiego. Nie zostaje wpuszczony. Widzi, że ludzie na ulicach polują na Żydów. Jak się ratować? Najpierw szuka pokoju w hotelu, ale w trzech miejscach spotyka się z odmową. W końcu przypomina sobie pana Wosia, dawnego lokatora w kamienicy jego babki. Pan Woś ma sklep z obuwiem męskim. Herman idzie tam, właściciel go rozpoznaje i od razu sadza za ladą. Do ręki daje gazetę, aby przykryła semickie rysy. Do sklepu zaglądają kamasznicy, szewcy, no i kupujący. Widzieć tych ludzi nie mogłem – wspomina Herman – ale słyszałem, jak zgrzytając zębami, mówili, że trzeba Żydów wykończyć do reszty, skończyć, co zaczął Hitler.

Niusia Borensztajn (po prawej) w Kielcach przed pogromem; za nią Szmul Nester

Niusia Borensztajn i Szmul Nester po przyjeździe do Izraela

Tego ranka po mieście krąży też Jakub Aleksandrowicz34, krawiec z Łodzi, który przyjechał do Kielc w sprawach handlowych. Zatrzymał się w Hotelu Polskim, kilkaset metrów od schroniska żydowskiego. Gdy obudziłem się i wyjrzałem przez okno, zobaczyłem tłumy walące w kierunku Plant – opowiada. Wyszedłem na Sienkiewicza i spytałem, o co chodzi. Ludzie powiedzieli: „Trzeba Żydów bić, oni mordują nasze dzieci, zabili jedno czy dwoje”. Po godzinie mówili już o dziesięciorgu35. W tym tłumie szli ludzie z kłonicami, z łańcuchami, z laskami, z kamieniami w ręku, biegli chłopi, kupcy, widziałem paru harcerzy z laskami36. Ale władzy, władz rządowych ani miejskich nie widziałem.

Szedłem dalej z tym tłumem, czułem się bezpieczny, bo w Kielcach nie znali mnie jako Żyda. Tylko w hotelu byłem zapisany jako Aleksandrowicz Jankiel Mendel, co w recepcji zrozumieli bardzo dokładnie. Gdy wychodziłem po śniadaniu, czułem, że pokazują mnie sobie palcami. Zląkłem się, a ponieważ wiedziałem, o co tu chodzi, wymknąłem się z walizką tylnymi drzwiami.

Miałem tam znajomą, którą poznałem na głównej ulicy. Miała sklep z trykotażem, łączyły nas kontakty handlowe. Wszedłem do niej. Co pan tu robi? – zapytała. – Nie wie pan, co się wyprawia z Żydami? Oni zabili nasze dzieci. Zapytałem, ile dzieci zabili, odpowiedziała, że dziesięcioro. Jej słowa wryły mi się w pamięć.

Wszedłem w ten tłum i poszedłem z nim aż do Plant, gdzie mieszkało kilkoro znajomych. To było mniej więcej o 10.00. Tam już była cała rzesza ludzi. Wszystko krzyczało, dajcie tu Żydów, wyciągnijcie ich, trzeba ich zabić za to, co oni nam zrobili. Byli tam sklepikarze, gospodynie domowe, strażacy, robotnicy, nawet księża w sutannach37, kręciła się tam milicja z uśmiechem na twarzy, jakby zachęcając ten tłum. Byli tam też wychowankowie ruchu harcerskiego w swoich skautowych strojach, z laskami w dłoni, po polsku nazywa się to ciupaga. Nagle usłyszałem krzyki, podszedłem bliżej i zobaczyłem unoszące się i bijące pałki.

Jest jeszcze relacja kielczanki Diny Szaroni38, wdowy po panu Lembergu, którego imienia nie znamy39. W domu, w którym mieszkała, położonym naprzeciwko rosyjskiej komendantury na Focha, schroni się za chwilę Szmulek Nester. Przyjechaliśmy do Kielc w maju – opowiada Dina – czwartego lub piątego. Zamieszkaliśmy na ulicy Czystej, późniejszej Focha, pod numerem 18/20, gdzie było parę mieszkań opuszczonych przez uciekających Niemców. Umieszczono tam też biura Miejskiego Komitetu Żydów. Wielu Żydów tam mieszkało, takich bardziej religijnych, ja, mój mąż, mój brat, mieszkali tam też Baumowie40. To był drugi dom żydowski w Kielcach, taki sam jak na Planty, ale stąd Żydzi wyjeżdżali raczej nie do Palestyny, tylko do Ameryki.

Mój mąż zjadł śniadanie i zszedł na ulicę coś załatwić. Po trzech minutach wraca. Ja zażartowałam: wiedziałam, że wrócisz. Ale jemu nie było do śmiechu. Słyszałaś, mówi, co się dzieje? Przecież jest pogrom. Ludzie chodzą po ulicy i szukają Żydów, i mówią, że chcemy wziąć dzieci na macę. Okazało się, że jak mąż zszedł na ulicę, natknął się na tłum ludzi, którzy chodzili i szukali Żydów. Dlatego szukali, bo szedł ojciec z chłopcem i szukał tego, który go schował w komórce, żeby go wziąć na krew. Toteż od razu zamknęliśmy drzwi na klucz i siedzieliśmy jak trusie.

Nasi sąsiedzi naprzeciwko to byli Rosjanie. Oficerowie Rosjanie. Dlatego ci Polacy wszyscy naokoło nie mieli odwagi do nas wejść. Tylko krzyczeli, że trzeba dorwać tych Żydów i się nad nimi pomścić. Miałam ciotkę na Plantach, która zwróciła się do jednego dobrego rosyjskiego oficera stamtąd, żeby ją ratował. Ale on jej odpowiedział, że dziś nie ma prawa stamtąd wyjść, musi siedzieć w domu. Na dole przed domem Rosjan zawsze stała warta przed bramą. Tego dnia brama była na głucho zamknięta, nie było widać żadnej warty.

Niusia i Samuel spacerują

O 7.30 w kibucu Ichudu41, w budynku Komitetu Żydowskiego na Plantach 7, też jedzono śniadanie. Kibuc to zresztą za dużo powiedziane: chodzi o trzy pokoje na drugim piętrze z oknami wychodzącymi na dziedziniec, osobny dla dziewcząt, osobny dla chłopców. Po drugiej stronie klatki schodowej, od strony Plantów, mieszkała sekretarka prezesa Komitetu Żydowskiego, Ewa Szuchman. Prezesem Komitetu był szanowany lwowianin z partyzancką przeszłością, Seweryn Kahane, a jego zastępcą przewodniczący kibucu, Jechiel Alpert, który mieszkał tu z żoną w osobnym mieszkaniu na drugim piętrze. Na pierwszym piętrze znajdował się sekretariat Komitetu.

W kibucu było łącznie trzydzieści osiem gąb do wyżywienia. Na dole, gdzie działała kuchnia ludowa finansowana przez Joint42, drugie tyle niezrzeszonych. Dziennie wydawano 160–180 zup, które „są treściwe i smaczne” – czytamy w sprawozdaniu Wydziału Repatriacji z pierwszej połowy 1946 roku43. Przytłaczającą większość stołujących się stanowili ludzie młodzi po obozach lub repatrianci z Rosji. Większość to roczniki dwudzieste, jak Tania i Fania Szumacher, lub jeszcze młodsi, jak siedemnastoletnia Balka Gertner czy niewiele młodsza Rachelka Sonberg (Zander). Wszystkie cztery zginą w pogromie. Starszych, którzy przeżyli Zagładę, nie było wielu: Aron Binsztok, lat 7044; Berl Frydman – „stary kielecki blacharz”45, lat 52; Róża Rajzman, lat 50; pielęgniarka Estera Proszowska, lat 43; Julian Bertinger, zdemobilizowany żołnierz, lat 48, no i czterdziestoletni Kalman Zinger, „Żyd w zielonym kapeluszu”, którego za chwilę aresztuje milicja.

Kiedy po śniadaniu Borys Wajntraub wraca z zakupioną gazetą na Planty, widzi tłumek stojący pod budynkiem. Ludzie, zapytani, co się dzieje, mówią, że Żydzi zamordowali chłopca i jest pogrom. Jaki pogrom – śmieje się Wajntraub, który jest blondynem i nie wygląda na Żyda46. Chodzi w rosyjskim szynelu. Ten szynel uratuje mu życie.

Tymczasem po ulicy Sienkiewicza przechadzają się właśnie Niusia Borensztajn i Szmulek Nester. Pierwszy raz wyszli na spacer jako narzeczeni. Przechodzący patrol MO obrzuca ich dziwnym spojrzeniem. Nie rozumieją go, dopóki za milicjantami nie pojawi się grupa ludzi, wykrzykujących, iż tej nocy Żydzi zamordowali polskie dziecko. W grupie idzie kobieta na oko trzydziestopięcioletnia, ubrana w jasną suknię wysoka brunetka z włosami zaczesanymi do góry. Niusia i Szmulek słyszą, jak mówi o dziesięciorgu dzieciach znalezionych u Żydów w piwnicy.

Szmulek, który przeżył sierpniowy pogrom w Krakowie, nie chce czekać na rozwój wypadków. Gdy kierują się z Niusią w głąb Sienkiewicza, przechodnie pytają ich, co się dzieje na Plantach. Postanawiają skręcić w boczne uliczki. Okrężną drogą docierają na Focha, do komendantury wojsk sowieckich. Ale ciężka żelazna brama, zwykle otwarta na oścież i strzeżona przez co najmniej jednego wartownika, jest dziś zamknięta na głucho. Nawet wartownik jest w środku. Wtedy Szmulek przypomina sobie, że niedaleko stąd, przy Focha 18/20, mieszka znajomy rabin. Widzą, że prowadząca do niego furtka co chwilę się otwiera, ktoś wchodzi, potem znowu ktoś. A więc także inni szukają tu schronienia.

Powiedziałem do koleżanki: „Chodź, wejdźmy tam i my” – wspomina Nester. Ale ona się sprzeciwiła: „Nie, co ma stać się z kibucem, niech się stanie i z nami”. Powtórzyłem swoje, a ona swoje: „Ja wracam”. I za chwilę już jej koło mnie nie było. Ona tam wróciła, ja wszedłem do rabina. Kiedy nazajutrz Szmulek będzie składał zeznanie przed oficerem UB, wciąż nie będzie wiedział, co się stało z Niusią.

Która tymczasem przeciskała się przez tłum oblegający Planty. Wracałam – mówi – a po drodze widziałam, że całe miasto zleciało się w to miejsce, pod ten dom. Zobaczyłam, że całe miasto już stoi, zakłady stanęły, ludzie szli, młodzi, starzy, dzieci, wszyscy z żerdziami powyciąganymi z płotów, z pałkami, z żelaznymi sztabami powyrywanymi z ziemi, wszyscy lecieli w tym kierunku. Całe miasto poszło bić Żydów. Plac szkolny był olbrzymi, tam była szkoła koło naszego kibucu, gimnazjum św. Kingi. Nie wiem, jak udało mi się przejść przez taką ciżbę. Pytali mnie: „Dokąd idziesz?”. Powiedziałam, że tu mieszkam. Zaśmiali mi się w twarz i powiedzieli: „Umrzesz”.

Niusia Borensztajn w środku, po jej prawej stronie Miriam Machtynger, z tyłu po lewej Szmulek Nester; zdjęcie wykonane w Kielcach przez pogromem

Rafael Blumenfeld patrzy przez okno

Po śniadaniu siedzieliśmy w kibucu na pryczach – mówi jeden z najstarszych kibucników, dwudziestopięcioletni Rafael Blumenfeld47. Przygotowaliśmy się do wyjścia do pracy – pod Kielcami dzierżawiliśmy kawałek ziemi, ucząc się pracy na roli przed wyjazdem do Palestyny – gdy nagle wpada nasza bardzo wylękniona koleżanka Niusia, donosząc, że po ulicach idą tłumy i krzyczą: „Śmierć Żydom, chodźcie, zabijmy Żydów, tak jak oni zabili nasze dzieci”. Zaczęliśmy się śmiać, myśląc, że nastraszyli ją chłopcy, co stali na ulicy. I mówiliśmy, że ona histeryzuje, że to są fantazje, że to nie może być. I nagle, może po kwadransie, my już słyszymy jakieś halt na dole naszego domu. Podchodzimy do okna i widzimy, że zaczynają gromadzić się ludzie i krzyczą, i zaczynają rzucać kamienie w nasze okna.

Usiedliśmy na łóżkach i zaczęliśmy się naradzać, co robić. Wzięliśmy dziewczęta do ostatniego pokoju – mieliśmy tam trzy pokoje na tym drugim piętrze – i kazaliśmy im zamknąć się od wewnątrz, przysunąć łóżka do drzwi i nikomu nie otwierać. A my staliśmy na zewnątrz z bronią, na którą mieliśmy zezwolenie, i zastanawialiśmy się, co dalej. Nagle przyszedł do nas nasz przewodniczący Chilek Alpert, co mieszkał też w tym domu, i próbował nas uspokajać, że wszystko będzie w porządku, bo tutaj jest milicja, ona będzie pilnowała nas i nie ma co panikować. Łatwo mówić „nie panikuj”, kiedy widziałeś te tłumy na dole i słyszałeś te krzyki.

Widziałem kilku milicjantów, co stali przed drzwiami. Patrzę znowu i widzę: drzwi się otworzyły, jakiś Żyd wyszedł na ulicę. Nagle jakaś kobieta krzyczy, ona trzyma chłopaka, on krzyczy: „To jest ten Żyd!” Nie wiedzieliśmy, co to jest „ten Żyd”.

I milicjant wziął „tego Żyda”, i razem z jeszcze innym milicjantem zabrali go gdzieś. Prowadzili go daleko przez ten tłum, chociaż tłum się zerwał i chciał go bić. Ale oni odprowadzili go na posterunek. Chilek Alpert podszedł do przewodniczącego Wojewódzkiego Komitetu dr. Seweryna Kahane i poprosił go, żeby skomunikował się z UB, żeby zatrzymali tego człowieka, nie dali mu wyjść, bo ludzie mogą go zabić. I oni go tam zatrzymali. Ten Żyd nazywa się Kalman Zinger48. On jest kielczaninem.

Ja w ogóle nie znałem tego Błaszczyka i nic nie wiem o rodzinie jego, bo myśmy się pilnowali, żeby nie wchodzić nikomu z Polaków w drogę. Atmosfera w Kielcach była napięta. Dopiero zrobili referendum49. Toczyły się walki między podziemiem – wołali na nich chłopcy z lasu – a władzami. Toczyły się walki, więc myśmy się strzegli, żeby się nie kręcić za dużo po ulicach, nie wtrącać się. Od czasu do czasu słyszeliśmy, że tu czy tam kogoś zabito, więc raczej unikaliśmy kontaktów.

Nie mówili, że porywano na macę. Plotka była, że Żydzi porwali to dziecko, bo z obozu wracali wycieńczeni i teraz robią sobie transfuzje z krwi polskich dzieci. Matka tego Błaszczyka, ona z tym dzieckiem przyszła obejrzeć te piwnice, gdzie go trzymali, tyle że w tym budynku w ogóle nie ma piwnic. To zabrało trochę czasu, jakąś godzinę, aby rozhuśtać te tłumy. Ta matka, ta matka krzyczała cały czas, i inni z tłumu też. Ten chłopiec był mały, on stał z matką, był statystą tylko, ona krzyczała: „Tu są nasze dzieci, jeszcze dużo dzieci są wewnątrz, w piwnicach”.

Byliśmy zabarykadowani w kibucu, pilnowaliśmy tylko, żeby Chilek Alpert, który był naszym łącznikiem, mógł do nas wejść i powiedzieć, co się dzieje na zewnątrz. Przez okno widziałem, jak ten tłum rósł i rósł. Zaczęło się od jednostek, potem były tuziny, setki, a za trzecią strzelaniną już tysiące, może dwa tysiące ludzi. Milicjanci przyszli razem z tym tłumem, maszerowali na czele tłumu. Myśmy widzieli, jak wchodzą na nasze podwórko, z balkonu patrzyliśmy. Po 9.00 zaczęli już masowo, ale pojedynczo już po 8.00 przychodzili.

I nie wiedzieliśmy, co zrobić. Nagle widzimy, że milicjanci i oficerowie Wojska Polskiego wchodzą do wnętrza budynku. Milicjanci, zdaje się, byli na dole, a na górze byli tylko żołnierze. Jak weszli do środka, zaczęli nam zabierać broń50, oddać broń kazali. I jak oddaliśmy broń, w tej chwili zaczęły się strzały, zaczęli do nas strzelać. Nie wiem, skąd były te strzały, czy na dole, czy na górze, nie pamiętam, nie mogę powiedzieć teraz, skąd padł ten pierwszy strzał. Pamiętam tylko, że rozbroili nas żołnierze i zaraz po rozbrojeniu zaczęli do nas strzelać. Zaczęli rozbrajać od drugiego piętra, potem poszli na dół. Ci w wojskowych mundurach – tylko oni mieli broń, nam ją zabrano. Oni zaczęli strzelać i zaczęli krzyczeć, żebyśmy zeszli na dół, ci żołnierze, co weszli do nas, krzyczeli, żeby na dół zejść. O 11.00, 11.30, coś koło tego, zaczęli wypychać nas z domu. Broń nam odebrano – no, ja wiem? – o 10.00, 10.15. I od razu jak zabrali broń, zaczęła się strzelanina. Strasznie się baliśmy.

Wtedy my nie chcieliśmy się ruszyć, a oni szturmowali drzwi, któreśmy zablokowali. W końcu wpadli do tego pokoju ostatniego, gdzie były dziewczęta, zaczęli kolbami bić i kopać51. Wtedy one otworzyły i zaczęły stamtąd dochodzić krzyki, bo byli już ranni. Zaczęła się panika, wielka panika.

Tak, widziałem, jak zastrzelili Symchę Sokołowskiego52. To był jeden z członków naszego kibucu. Wśród tej strzelaniny nagle złapał się za serce i krzyknął: „Dostałem kulę, dostałem kulę”, zaczął krwawić i upadł na jedno z łóżek piętrowych, co tam stały. I zaczęły się krzyki, takie histeryczne, specjalnie tych dziewcząt, bo on był w drugim pokoju zabarykadowany, tam gdzie były dziewczęta. Zaczęły się krzyki, które zrobiły na mnie straszne wrażenie, bo ja czułem, że jestem za nich odpowiedzialny.

Tymczasem drugi Sokołowski53 był ciężko ranny, a jedna z naszych członkiń wypadła z okna, ale to już kiedy ja byłem na dole. Ja wiedziałem, że kogoś zrzucają, ale już nie rozróżniłem kogo. Pamiętam krzyczącą dziewczynę, potem dowiedziałem się, że to była Bałka Gertner54. Wiedziałem, że wyrzucają z balkonu dziewczyny i ona krzyczy, ale nie mogłem myśleć o tem, bo dostałem tu kamieniem, tam kamieniem, mój ból zagłuszył jej krzyk. Słyszałem tylko krzyk i widziałem, jak pada ktoś z balkonu.

Bo równocześnie żołnierze zaczęli nas wypychnąć na klatkę schodową i spychać na dół do wyjścia. Opieraliśmy się, nie chcieliśmy się ruszyć, to oni zaczęli nas pchać kolbami. I zepchnęli nas na plac. I kiedy znaleźliśmy się tam, to z jednej i drugiej strony wyjścia ustawił się tłum i zaczęli nas bić kamieniami, i zaczęli nas bić pałkami, laskami. Ludność cywilna stała w dwóch szeregach z kamieniami, z żelazami. Każdy coś trzymał, coś trzymał w ręce, albo żelaza, albo cegły, albo kamienie, albo jakiś kij. Ja dostałem kamieniem po głowie, z dwóch stron dali mi w głowę kamieniem. Kiedy wyszedłem, nie byłem w stanie nawet krzyczeć. Widziałem tłumy rozjuszone, widziałem oczy, które mnie chciały pożreć, ja nie wiem, gdyby oni mogli, to by mnie oczami zabili.

Między bijącymi widziałem kobiety tak histerycznie krzyczące, dużo kobiet, i one też biły kamieniami, biły, czym mogły, ale nie brakło też mężczyzn. Krzyczeli: „Śmierć Żydom, śmierć Żydom”, widziałem, że biją, ale to bicie im nie wystarczy. „Zabić Żydów, co zabili nasze dzieci, zabić Żydów!”. To jakaś masowa histeria, histeria ich opanowała. Nie wiem, co to było: i krzyki, i krzyki, i bicie, i krzyki, to było coś strasznego.

Oblałem się krwią. Zakręciło mi się w głowie i straciłem przytomność. Upadłem na kamienie, na bruk. Jak upadłem, słyszałem jeszcze jak przez mgłę: „Ten jeszcze żyje”. Bałem się, żeby mnie nie dostrzelili, żeby mnie nie dobili, jak jednego człowieka koło mnie.

Zanim wrzucili mnie na ambulans, leżałem kilka godzin na ulicy. To było już dobrze po obiedzie – ja wiem? – o 15.00, o 16.00, zdaje się, ja nie mogę powiedzieć, bo nie byłem całkiem przytomny. Ale było już ciemniej niż rano, już słońca takiego nie było. Nagle poczułem, że podchodzą do mnie, że mnie podnieśli, wrzucili na ambulans na kupę zwłok, które tam leżały, i na mnie jeszcze kogoś wrzucili. Wtedy zacząłem wymiotować, tak. Zacząłem wymiotować i to wymiotowanie obudziło mnie trochę. I jechaliśmy już wtedy, było na mnie jeszcze pełno zwłok, kiedy auto ruszyło. Auto ruszyło i pojechaliśmy do szpitalu. Trupy wzięli do trupiarni, a mnie wzięli umyć, na opatrunek i do łóżka.

Kto nas wypychał? W budynku byli tylko wojskowi. Wojskowi, ja nie wiem, skąd oni byli, czy z KBW, czy skąd, ale to nie byli milicjanci. Milicjanci byli tylko na dole, przy drzwiach, przed tłumem. Milicjanci nas wypchali na podwórze. W budynku nie było cywilnych ludzi. Cywile stali zaraz za drzwiami i kiedy tylko otworzyli drzwi i nas wypchnęli, wtedy już stał ten dwuszereg. Co było dalej, to Chilek Alpert wie, bo on się tam kręcił. Ja nie wiem, nie widziałem.

Jechiel Alpert i jego żona Hanka

Jechiel i Hanka Alpertowie55, oboje z Kielc, oboje po obozach, mieszkali na drugim piętrze w oficynie koło kibucu. On przed wojną skończył matematykę, a potem uczył jej w kieleckim gimnazjum żydowskim, ona dopiero teraz wybierała się na studia. Byli małżeństwem od roku.

Okna biura Komitetu Żydowskiego i sekretariatu Seweryna Kahanego56 wychodziły na dziedziniec – mówi Alpert. Około 9.00 zszedłem do biura i tam się dowiedziałem, że jeden z naszych mieszkańców, Kalman Zinger, religijny Żyd, który stał na ulicy, został aresztowany przez milicję. On niby jakieś dziecko polskie porwał i trzymał trzy dni w piwnicy. Poprosiłem szefa Komitetu, żeby natychmiast poszedł na milicję i zwolnił tego Żyda, bo z tego może być bardzo niemiła prowokacja. Kahane poszedł, po kilku minutach wraca. Wszystko załatwione, mówi, zaraz go wypuszczą. Ja podchodzę do okna i widzę, że milicja otacza gmach. Coś ty załatwił, krzyczę. Bo, okazuje się, milicjanci przyszli rewizję robić, szukać tych ukrytych dzieci, bo podobno niejedno dziecko zostało złapane.

Ja dzwonię do UB i proszę, żeby przyszli. Jednego pamiętam, to był kapitan Mucha57. Powiedzieli, że zaraz opanują sytuację, możemy być spokojni. Ale nie mogli dać żadnego rozkazu, bo ich było czterech oficerów58, nawet nie w mundurach, tylko w cywilu, i na milicję nie mogli wpłynąć. A milicja odnosiła się do nas bardzo gburowato. Do nich zresztą też. Mucha mówi do mnie: „Słuchaj, wszystko jest w porządku”. Ja na to: „Co to znaczy w porządku? Zostaw tutaj wartę! Patrz, jak to wygląda! – Nie martw się” – odpowiedział. I odeszli.

Na Plantach już były czarne tłumy. Milicja stała grupkami i ci milicjanci najprawdopodobniej opowiadali, że tutaj jest trupiarnia dzieci. Jakiś wojskowy kapitan, Żyd, chciał wylegitymować jakiegoś milicjanta, który na jego oczach uderzył Żyda, ale ten odniósł się do niego bardzo arogancko, rzucił się, jakby go chciał zbić, zamordować59. Ten kapitan się przestraszył i gdzieś zniknął. Został tylko jeden chłopak z UB, porucznik Albert Grynbaum60, razem ze swoim sierżantem, Janem Rokickim61. On był z nami do godziny 13.00.

Siedzimy. Moja żona Hanka nie zdążyła się nawet ubrać, zeszła z góry w nocnej koszuli, w szlafroku, powiedziała, że boi się zostać sama w pokoju. Była godzina 10.30, gdy przyszła straż ogniowa, chciała ten tłum rozpędzić wodą, ale podobno przecięli im szlauchy62. Dzwoniłem do komendanta jednostki rosyjskiej – Szpilewoj się nazywał – mówię mu: „Jest niebezpieczeństwo, może się coś stać, proszę cię, przyślij pomoc”. On mówi, że nie może, bo nie ma jednostki w mundurach polskich, ma tylko mundury rosyjskie, a potem mogliby powiedzieć, że Rosjanie mordują Polaków – nie może przysłać nikogo.

I tak o godzinie 11.00 przyszło wojsko, otoczyło budynek. Przyszło wojsko, tośmy odetchnęli. Ja wychodzę do sieni, a tu jakaś młoda panienka, Polka, krzyczy do mnie: „Wyście pili naszą krew! Wyście zabili Chrystusa, my wam pokażemy!”. Ja ją chcę wyprowadzić, a obok stoją dwaj żołnierze i ostrzegają: „Uważaj pan!”.

Potem w biurze chciałem podejść do okna, zobaczyć, co się dzieje, kiedy rozpoczęła się strzelanina. Najpierw jakaś wystrzelona z podwórza kula uderzyła w piec. Przychodzi jakiś major, Kahane mówi do niego: „Panie majorze! Strzelają! Co to jest?”. Nie zareagował, odszedł. I zaczęło się ostrzeliwanie naszego gmachu. Nagle z drugiego piętra schodzi Ewa Szuchman, sekretarka Kahanego, i woła: „Mordują w kibucu!”. Więc ja pędem na drugie piętro. Pędzę na górę razem z Kahanem, wychodzę na klatkę schodową – z lewej strony był kibuc, z prawej wejście do mojego mieszkania i duża sień, chcę przejść, a tu żołnierze z pepeszami. Już nie pozwalają się cofnąć, chcą, żebym zszedł na drugą stronę, na plac. Uciekłem im, do kibucu już wejść nie zdołałem. Po kilku minutach znieśli stamtąd dwóch postrzelonych, jeden z nich nazywał się Chil Sokołowski. Zabili tam też Wajnryba63.

Za chwilę znowu przychodzi ten major64, pyta, czy mamy broń. Powiedziałem, że broń jest, ale mu jej nie oddam, bo mamy zezwolenie. Odszedł. Potem zjawia się jakiś młody podporucznik65 i mówi: „No, dzięki Bogu wszystko się uspokoiło. Ale – mówi – oddajcie jednak tę broń”. Ja mu mówię: „Nie oddam”. A on: „Ja panu radzę, niech pan odda, bo może być prowokacja. Po co to panu? Przecież wszystko jest w porządku”. Myśmy mieli pozwolenie na trzy, cztery rewolwery, jeden z nich miałem ja. Dobra, zdecydowaliśmy się oddać. On mnie jeszcze pyta, czy mam amunicję do tego FN 9 mm. Mówię: „Mam. – Gdzie? – W mieszkaniu, na drugim piętrze”. Ja, idiota, nie zorientowałem się, co mi grozi, wchodzę z nim na drugie piętro, mógł mnie po drodze zabić!

Wchodzę do pokoju, widzę, szafa rozbita, wszystkie ubrania moje i żony zabrane. I miałem dużo pieniędzy w szafie, też zabrali je oczywiście. Ale kto miał wtedy do tego głowę! I miałem jeszcze jakąś paczkę schowaną gdzie indziej, której oni nie znaleźli. To były pieniądze doktora Kahanego, 1500 dolarów66. On się bał o te pieniądze. Dał mi tę paczkę, bo, mówi, jego poznają, że jest Żydem, a ja mogę to uratować. Ale ja miałem wtedy dziewiętnaście lat, wielu rzeczy nie rozumiałem67.

Schodzę znowu na dół, siedzimy w pokoju obok biurka, na podłodze, żeby nas kule nie trafiły, bo strzelali z podwórka. Potem wszyscy weszliśmy do małego pokoju koło biura prezesa. W tej chwili dzwoni telefon. Odkąd zaczęły się strzały, telefon zdjąłem z biurka na podłogę i dzwoniłem na leżąco. Dzwoniłem do Kaczmarka, biskupa, który mnie znał. Powiedzieli, że go nie ma. Dzwoniłem do wojewody Wiślicza-Iwańczyka, jego też nie było. Więc teraz telefon dzwoni, doktor Kahane leci – a nuż to wojewoda… I on już więcej nie przyszedł. Zabili go.

I w tej samej chwili słyszę krzyk: „Wdarli się!”. To znaczy, sforsowali drzwi na pierwszym piętrze, wejście do biura. To od razu zamknąłem drzwi do tego małego pokoju, w którym byliśmy, z jednej strony przysunąłem szafę, z drugiej stół. Zaczęli walić kolbami„Jak nie otworzycie, strzelamy”. W końcu musiałem otworzyć. Wtedy oni mówią: „Wszyscy mężczyźni ręce do góry i wyjść”. W międzyczasie inni zaczęli wychodzić, także i mój szwagier68. Moja Hania przysunęła się do mnie wtedy i mówi: „Zaklinam cię, nie wychodź, zostań”. Ale jak ja mogłem nie wyjść, kiedy do mnie celowali? Stoi szpaler żołnierzy, każdego rewidują, zabierają zegarki, pieniądze, obrączki, pierścionki69. Rewidują i mnie, znaleźli 3 tysiące złotych, zabrali. Schodzę z pierwszego piętra takimi wąskimi schodami. Na schodach stoi jakiś Polak – rzeźnikiem był70 – i woła: „Ten chciał do mnie strzelać!”. I buch mnie ramą okienną. Nie zareagowałem, nawet nie poczułem, zszedłem na dół.

Z tej klatki było bardzo wąskie wyjście na plac. Widzę: plac czarny. Przed tłumem stoją w półkolu żołnierze i jak tylko ktoś wychodzi, łapią go i rzucają w ten tłum. Przede mną zdążył wyjść tylko ten mój szwagier, widziałem, że jak wyszedł, dostał kolbą po krzyżu i został wrzucony w tłum. On przeżył, ale jak się ocalił – ja nie wiem. Ja widząc to, cofnąłem się, bo pomyślałem, że jak będą strzelali, to mnie zranią, a na podwórzu z pewnością zabiją. Z powrotem uciekłem na schody, już nie do biura, tylko na strych. Tam było dużo ludzi schowanych.

I czekamy, co będzie dalej. W końcu nie wytrzymałem, mówię im: „Pójdę się rozejrzeć”. Wchodzę do pokoju na pierwszym piętrze, a tam moja żona stoi i płacze. Pociesza ją jakiś porucznik: „Widzi pani, mąż przyszedł, on jednak żyje”. I widziałem żołnierzy, między innymi jego, mieli na sobie moje koszule, ponakładali sobie ubrań na grubo71. Kiedy nas wygnano na dół, żona cały czas stała na piętrze, w pierwszym rzędzie, ze swoją siostrą. One też miały zejść, ale przyszedł z dołu Świeczarczyk72, pokrwawiony, poharatany, i one w końcu w ogóle nie zeszły.

Jechiel Sokołowski

Dr Seweryn Kahane

Kiedy zeszliśmy na dół już wszyscy razem, powiedziano nam, że pierwsza grupa naszych niedawno odjechała do więzienia. Tylko w więzieniu pod strażą UB będą bezpieczni. Auta mają zaraz wrócić i zabrać resztę. To już była godzina 15.30 czy może 16.00. Przypuszczam, że przyszła jakaś jednostka z Warszawy. Dowódca jednostki, która nas uratowała, nie mówił dobrze po polsku. To był Rosjanin, miał akcent typowo rosyjski73. To był podpułkownik w mundurze polskim i mówił z tym akcentem. I on zabierał wszystkich na auto ciężarowe.

Dziwne – myślę – że to tak długo trwa, więzienie jest przecież bardzo blisko. Wtedy przez moment zwątpiłem, czy to jest naprawdę Wojsko Polskie. Może to armia Andersa zabrała naszych ludzi do lasu, żeby ich zabić, i zaraz wrócą po nas? Tym bardziej że gdy szliśmy do aut, żołnierze ustawiają się w dwuszereg, a jeden odzywa się do mnie: „Smakowała wam polska krew? Dobrze wam tak!”. Mój kuzyn, którego pokoju nie zrabowano, miał przy sobie swoje rzeczy i ten żołnierz mu wtedy wszystko zabrał. Dlatego byłem przekonany, że ci, co tu teraz stoją, to są po prostu andersowcy. Ja wychodzę, żołnierze zrobili szpaler, przeszedłem, zrewidowali mnie, miałem pieniądze dla krawca, który szył mi wtedy ubranie. Wzięli wszystko, co miałem, co do grosza.

Kiedy tak stoję jak ogłupiały, podchodzi do mnie jeden z UB, Majewski. Pytam go: „Zygmunt74, co tu się dzieje?”. A on mówi: „Wszystko w porządku, przyszła jednostka z Góry Kalwarii i uspokoiło się. Chodź, zabiorę cię do mnie do domu”. Miał jeepa i ja chciałem z nim jechać, ale ten podpułkownik Rosjanin nie pozwolił. Powiedział, że teraz on jest za nas odpowiedzialny, a tłum jest jeszcze wielki, i że jak pojadę otwartym autem, to mogą nas napaść. Wszedłem więc na auto ciężarowe. Co to było za wojsko! Miałem ze sobą maszynę do pisania, ledwo wszedłem na auto – od razu zniknęła! Pojechaliśmy z żoną na Okrzei do mieszkania chorążego Zygmunta Majewskiego i tam już zostałem.

Marysia Machtynger nie jest dziś zdolna do pracy

Marysia Machtynger, okupacyjne nazwisko Pękalska, ma 25 lat i pracuje w Komitecie Żydowskim w dziale repatriacji. Choć urodziła się w domu na Plantach 7 – jej ojciec Berek i wuj Mordechaj75 mieli tu beczkarnię – po wojnie nie mogła wrócić do domu. Mieszkanie na pierwszym piętrze, przejęte w czasie wojny przez niemieckiego powiernika76, natychmiast zajęli Polacy, Zielińscy, którzy na parterze prowadzą piekarnię77.

Dziś Marysia przyszła jak zwykle do pracy. Po drodze widziała grupki dyskutujących ludzi, lecz nie chciała się zatrzymywać. Od rana trapiły ją złe przeczucia, ale w Komitecie, widzi, wszystko w porządku. W biurze jest właśnie zdemobilizowany żołnierz, Julek Goldwaser78. Mówi do niego: „Panie Julku, jest jakaś dziwna atmosfera na ulicy. Nie zechciałby pan się przejść, zobaczyć, co się dzieje? – A, pani ciągle przeczulona” – odpowiedział.

Nie byłam przeczulona, ja coś wyczułam – mówi Marysia. W każdym razie do pracy nie byłam zdolna tego dnia. Biegałam od okna do okna. W pewnym momencie widzę, ludzie zbierają się przed domem. Ale nie pomyślałam, że to może być coś przeciwko Żydom. I nagle słyszę, że podobno Żydzi zamordowali dziecko polskie i wzięli jego krew na macę. I że tutaj, w tym domu, trzymali je w piwnicy. A przecież tu żadnych piwnic nie ma, ja wiem, bo ja się w tym domu urodziłam. Na podwórku są komórki na drewno, na węgiel, ale nie piwnice! Wtedy już wiedziałam, że sytuacja jest bardzo groźna. I już były krzyki na ulicy, mordować Żydów. I Żydzi, Żydzi, Żydzi, ciągle się powtarzało to słowo.

Ja pracowałam z jedną młodą osobą, ona pochodziła ze Lwowa. Ja do niej mówię: „Zosiu79, ty wiesz, że w Łodzi wyrzucili Żydówkę z drugiego piętra, z balkonu. Ja się boję, że jak ten tłum tu wpadnie, mogą nas też wyrzucić. Ja chcę zejść na dół”. A Zosia mówi: „Nie, ja nie zejdę, ja się boję”. Ale ja słyszę już, że do budynku wtargnęli obcy ludzie i już jest straszny ruch, i straszne krzyki, i wrzaski, i płacze. Ja nie wiedziałam, co się dzieje, nie mogłam ruszyć się z miejsca. I mówię: „Nie, ja schodzę, bo mnie zrzucą z balkonu”. I chciałam zejść, i nie mogłam, bo wszyscy parli w moim kierunku. I próbowałam zejść pod prąd plecami do ściany. I jakoś z tą Zosią rzeczywiście zeszłyśmy w ten sposób na parter.

Na dole stał dozorca Stach Niewiarski z krzyżem w ręce. I słyszę, jak on krzyczy: „Tu nie ma żadnych piwnic, tutaj Żydzi nikogo nie zabili, bójcie się Boga, ludzie, czego chcecie!”. Ale zanim go jeszcze spotkałam, schodząc, natknęłam się na tę panią Zielińską – jedyna polska rodzina, która mieszkała w tym domu i zajmowała właśnie to mieszkanie, w którym myśmy przed wojną mieszkali80. Ja jej nigdy nie zapomnę. Ja ją stale mam przed oczyma. Tęga, przysadzista. I ona mnie zauważyła, i zaczęła wrzeszczeć, ale tak wniebogłosy: „Żydówa, Żydowica, weźcie ją!”. I wtedy ja nagle się ocknęłam i odpowiadam jej tak: „To ty jesteś Żydówa, bo ty tu mieszkasz, ja tu nie mieszkam wcale!”. I ona się wtedy wystraszyła i uciekła, a ja tak tyłem, tyłem, przy ścianie, zeszłam jakoś na dół.

I w tym momencie podchodzi do mnie jeden żołnierz, zdaje się porucznik albo jakiś oficer – miał jakąś beleczkę w dystynkcjach – i mówi: „A ja bym chciał panią wylegitymować jednak”. – A z jakiej racji pan mnie legitymuje? – odpowiadam. – To ja pana mogę tak samo wylegitymować. I on wyjął dowód swój osobisty, i mi pokazał, ale byłam taka oszołomiona, że już po chwili w ogóle nie pamiętałam nazwiska. „A teraz niech mi pani pokaże swój dowód”. Więc ja mu też pokazałam dowód, ale nie mój własny, tylko fałszywy, okupacyjny ausweis, na nazwisko Pękalska, pod którym przeżyłam wojnę. On zasalutował, przeprosił i odszedł. Wtedy podchodzi do mnie młody chłopak, może osiemnastoletni, i powiada: „Ty na pewno jesteś Żydówka”. Od razu na ty. Ja udaję, że nie słyszę, stoję, nie reaguję. Ale obok jakiś inny chłopak mówi do niego: „Słuchaj, ona rozmawiała przed chwilą z tym oficerem. I oni się znają, to na pewno nie jest Żydówka”. I zostawili mnie w spokoju.

Dopiero wtedy mogłam się rozejrzeć dookoła. I oczom nie wierzyłam. Na dole były nasze magazyny żywnościowe, Joint to wszystko przysyłał. Ludzie napełniali sobie kieszenie cukrem, kakao, kawą, grochem, fasolą. Widziałam, jak ciągną worki, coś niesamowitego, wyglądało to na jakiś napad rabunkowy. Ale w pewnym momencie słyszę straszne krzyki. To był Fajnkuchen, Żyd o nazwisku Fajnkuchen81, który mówił ślicznie po polsku. On tak strasznie krzyczał: „Czego wy chcecie ode mnie, czemu mnie bijecie, czemu mnie mordujecie, co ja wam zrobiłem, co ja wam jestem winien!”. To ja już zrozumiałam, że to jest pogrom. To już nie rabunek, tylko to już jest pogrom.

I widziałam, jak z tych schodów co chwila zwlekają kogoś innego. Widziałam, jak jakąś kobietę wlekli, trzymali ją za włosy i ciągnęli ją w dół. I widziałam, jak ciągną Fajnkuchena. Już był cały poraniony, ale oni wciąż walili go drągami i siekierami, i nie wiem czym jeszcze. Nagle ucichł i już tylko ciągnęli go za włosy, chociaż tych włosów biedny już prawie nie miał wcale, i tak wywlekli go na dwór.

A potem to już byłam całkiem oszołomiona. Stałam koło tego dozorcy i on cały czas powtarzał: „Pan Jezus ci pomoże, Pan Jezus ci pomoże”. Co chwilę tak do mnie mówił. To ja go proszę: „Niechże pan przestanie, bo to tylko jeszcze gorzej. Ja tu sobie będę stała, tylko proszę nic nie mówić”.

Maria Machtynger (pierwsza z lewej) na kieleckiej ulicy przed wojną

Maria Machtynger po „stronie aryjskiej”, prawdopodobnie w okolicy Daleszyc

I nagle widzę, jak ciągną jakąś dziewczynę, kobietę, i słychać krzyki niesamowite, no po prostu coś okropnego. Przecież to nie do wiary, żeby bili, żeby mordowali w ten sposób. Widziałam, jak jedna krzyknęła: „Zęby mi wybili, zęby mi wybili82!”. To było coś okropnego. Ja tam stałam bardzo długo i to wszystko się tak ciągnęło, te krzyki i wrzaski, ale właściwie wszystko, co ja widziałam, bo na dole to była tylko grabież. Z góry ściągali ludzi schodami, ale tu na dole w sieni to tylko rabowali. Ciągnęli te wory, i na tych podłogach pełno było grochu i fasoli, i cukru, to było coś okropnego. I tych ludzi ciągniętych z góry w tym tarzali, tarzali ich w tej żywności, i na ulicę, i na ulicę. A potem to już zupełnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Widocznie tak na stojąco zemdlałam. Już nawet strzałów nie słyszałam. Przecież były tam strzały, a mnie się zdawało, że to są grzmoty. I pytałam się, gdzie są wszyscy, gdzie są wszyscy, do siebie tak mówiłam. Gdzie są wszyscy, gdzie się wszyscy podzieli, nikt się mną nie interesuje, ja tutaj stoję sama i nikt, nikt nie przychodzi mnie ratować, i nikt się mną nie interesuje.

Ale ta moja koleżanka, Zosia, wybiegła, bo się bała, że jej narzeczony przyjdzie ją ratować i zginie. I wtedy w tłumie złamali jej nos. Złapali, złamali jej nos i poharatali jej całą głowę. I jakiś pan, Andrzej Markiewicz, zdaje się, się nazywał83, on pracował w bezpieczeństwie był szefem II Wydziału w WUBP, on ją wziął na ręce i wyciągnął z tego tłumu. Podobno on nie był antysemitą wcale. Już wtedy był takim dosyć w latach mężczyzną.

Wyszłam z tego pogromu, bo stał tam żołnierz jeden młody, nie żołnierz właściwie, ale taki chłopak, w takim jakimś zielonym mundurze. I mówi: „Czemu pani tak długo tu stoi, niechże pani stąd wyjdzie”. Ja odpowiadam: „Widzi pan, mówią, że ja jestem podobna do Żydówki, to oni mogą mnie na dworze zabić”. On mówi: „To ja panią wyprowadzę”. Ja mówię: „Nie, ja się i z panem boję iść”. A on powiada: „Niech się pani nie boi, niech pani ze mną wyjdzie”. Ja jednak czekałam cierpliwie i stałam tam jeszcze84. I kiedy w końcu już postanowiłam wyjść, nagle wszystko ucichło. Ktoś krzyczał, że przyjechało wojsko.

Gerszon Lewkowicz i Rózia Opolska

Gerszon Lewkowicz85, lat 37, bywał na Plantach codziennie, bo nadzorował wydawanie posiłków w kuchni Ichudu. Organizator ruchu oporu w getcie kieleckim86, komunizujący partyzant, któremu udało się przetrwać w podkieleckich lasach87, był człowiekiem o dużym autorytecie. Z wojny wyszedł bez grosza przy duszy: gdy żenił się w grudniu 1945 roku, w koszulę do ślubu wyposażyli go nie Żydzi i nie Polacy, tylko takie same sieroty jak on: Romowie.

Gerszon Lewkowicz (trzeci od lewej w pierwszym rzędzie)

Renata Lewkowicz

Mama Renaty, Róża Opolska

Ożenił się z młodszą o szesnaście lat Rózią Opolską, żywiołową warszawianką, której uśmiech przetrwał na wszystkich zdjęciach88. Latem 1946 roku Rózia była w siódmym miesiącu ciąży, ale gdy 4 lipca na Plantach rozpętało się piekło, nie zawahała się szukać tam Gerszona. Czuła się bezpiecznie, bo „aryjski” wygląd nieraz uratował jej życie. Widziała wyrzucanie Żydów z okien. Córeczka Renée, która wkrótce się urodzi, całe życie będzie się zmagać ze stresem pourazowym89.

Mimo że cztery dni po pogromie Gerszon Lewkowicz złożył obszerne zeznanie o przebiegu zdarzeń90, o tym, jak się uratował, nie powiedział dosłownie nic. Wiadomo tylko, że był na pierwszym piętrze, że zarzucał któremuś z milicjantów, że są w zmowie z NSZ91, i że został sprowadzony przez żołnierzy po schodach. Musiał więc trafić na plac, gdzie trwała masakra, którą obserwowała też jego żona.

Czy to właśnie rodziców Renée dotyczy scena, którą zaobserwował Ryszard Sałapa, pomocnik szofera w szkole milicyjnej? „Ujrzałem, jak żołnierze wyprowadzili z wewnątrz budynku cywila ranionego. W czasie wyprowadzania dobiegła do niego kobieta, lat mogąca mieć 25, szatynka, szczupła, wzrostu wysoka, po drodze krzyczała: »Nie bijcie go, to Polak«. Gdy doszła do niego, wzięła go pod bok prawy i lewą jego rękę trzymała w powietrzu, ponieważ był ranny w lewą rękę, odprowadzając go w stronę parkanu biegnącego równolegle z ulicą Planty. Wówczas doleciało do nich dwóch harcerzy92, i ja z nimi. Kobieta ta zwróciła się do tych harcerzy i powiedziała: »Harcerze, pomóżcie mi zrobić opatrunek temu człowiekowi«. Ona wyciągnęła jedną chusteczkę z torebki, którą wziąłem z jej ręki i zawiązałem ranionemu człowiekowi przed łokciem na lewej ręce, a harcerze zawiązali mu powyżej łokcia chusteczką. Po zawiązaniu kobieta ta wzięła tego człowieka pod rękę i pobiegła z nim przez podwórze w stronę budynku szkolnego, lecz nie przeszła przez budynek, ale pomiędzy budynkiem a parkanem mieszczącym się z prawej strony”93.

Ładny chłopak

Nazywam się Baruch Dorfman94, wołali na mnie Borys. Wojnę spędziłem w Rosji. Najpierw znalazłem się na Uralu w kopalni rudy. Była to straszna robota, było zimno, nie mogłem dać rady, uciekłem. Przez Mińsk, Moskwę, Kijów, Lwów wróciłem do Białegostoku. Ale Rosjanie znów wysłali nas do łagru w Republice Komi, „na białe niedźwiedzie”. Tam bardzo ciężko pracowaliśmy w lasach i kto nie wypracował normy, dostawał tylko 300 gramów chleba. Tam siedziałem trzy lata, aż była umowa Sikorskiego z Rosjanami. Wtedy nas oswobodzili. Pracowałem jako fryzjer niedaleko Saratowa, potem dali mnie do sowchozu. Tam byłem do 1946 roku.

W czerwcu powróciłem do Polski przez Kielce. Przyjechaliśmy pociągiem z Rosji, pociąg zatrzymał się na stacji, przyszli ludzie z kibucu i powiedzieli, że za miesiąc, dwa jadą do Izraela. Wtedy my, parę osób, wysiedliśmy z pociągu i poszliśmy do kibucu. Okna pokoju, w którym mieszkałem przy ulicy Planty 7, wychodziły na duży dziedziniec. I byłem w kibucu ledwo dwa tygodnie, gdy spotkał mnie ten pogrom.

Mówili, że w Polsce z rodziny nikt nie został, a miałem trzech braci, cztery siostry, ojca i matkę. Na wszelki wypadek pojechałem jeszcze do Sierpca sprawdzić, czy na pewno nikogo nie ma. Chciałem zobaczyć, jak wygląda dom, w którym żeśmy mieszkali. Ale okazało się, że domu też nie było, Niemcy go rozebrali, plac był czysty. Byłem tam kilka dni, akurat w Boże Ciało. Pamiętam, jak procesja szła przez ulice.

Razem ze mną z Rosji przyjechała Fania Szumacher95, inżynier geolog, piękna, zdolna dziewczyna, wysoka blondynka. Ja byłem też niebrzydki, i to była moja przyjaciółka. Ona śpiewała, ja grałem na gitarze, było nam wesoło w kibucu. Myśmy się przyjaźnili, było nam bardzo dobrze razem. I zamordowali tę Fanię też.

Na placu na Plantach zebrał się wielki tłum i tak się zaczął mój dzień wtedy. Z początku nie rozumiałem, o co tu się rozchodzi, ale potem usłyszałem, że podobnież jakieś dziecko miało zostać zabite. Potem pamiętam, że na ten plac przybył jakiś oddział milicji, kazali się rozejść, ale ludzie nie chcieli. Strzelali, pamiętam, w powietrze, ale tłum się nie rozszedł. To godzinę albo więcej trwało. Pamiętam, że jakieś wojsko – polskie czy wojsko z AK, tego nie wiem – weszło do tego kibucu, po schodach, potem do kibucu, i zaczęli strzelać.

Jeszcze wcześniej wszedł do kibucu jakiś oficer – miał rewolwer, pochwa kabury była otwarta – i pyta: „Gdzie macie broń, gdzie macie granaty?”. Ja tam byłem tylko dwa tygodnie, nie widziałem, co i jak, ale się nie bałem i poszedłem mu pokazać tę broń. Nikt nie mówił, że nie ma broni, mieliśmy na nią pozwolenie. Była na strychu. On pyta: „Gdzie macie klucz?”. Nikt nie chciał z nim iść. Ja wziąłem ten klucz, oficer szuka, szuka. Ja tego nie widziałem, ale podobnież znalazł granat. I krzyczy: „Na kogo trzymaliście ten granat, ten rewolwer?”.

Borys Dorfman

Wtedy myśmy schowali się do ostatniego pokoju w kibucu. Ponieważ nie otworzyliśmy im natychmiast, to zaczęli strzelać przez drzwi i kilku zostało rannych. Wiem, że jeden z nich dostał kule w plecy96 i potem umarł. No i wtedy kazali nam wszystkim zejść na plac i trzymać ręce podniesione do góry. I na schodkach stali żołnierze i cywile i zaczęli nas bić. Ja przypadkowo ze schodów zszedłem bez żadnego uderzenia. Bo ja wtedy byłem ubrany tak po wojskowemu, więc nie wiedzieli, kto ja jestem. I widziałem, jak biją, jak strzelają, jak rzucają z okien różne rzeczy, poduszki, koce, i zrzucają ludzi, krew się leje, krzyki, hałasy. Jakaś rzeczka była obok. Tam też pełno ludzi z drugiej strony stoi, rzucają kamieniami, krzyk i hałas. I podobno dziecko ma być w piwnicy. Nawet ten stróż dozorca powiedział: „Tu nie ma żadnej piwnicy” – ja pamiętam ten krzyk.

Ja się trochę wydostałem z tego tłumu – ale to nie było tak szybko, jak opowiadam – i doszedłem do bramy. To było takie wejście na podwórze. Już, już miałem wyjść na ulicę i wtedy jeden krzyknął: „Żyd!”. Poznał, nie wiem w jaki sposób. Może byłem przestraszony albo blady, nie wiem. Krzyczał Żyd i od razu dał mi kamieniem w twarz czy w głowę, nie pamiętam, upadłem. Jak ten krzyknął Żyd, to zaczęli mnie tłuc kamieniami.

Leżałem cicho. Nie mogłem mówić ani krzyczeć. Potem jeden chciał do mnie strzelać, ale drugi powiedział: „Nie trzeba, i tak zdechnie”. Potem uderzył mnie kolbą i straciłem przytomność. I jeszcze doszedł jeden, drugi, nie wiem, chwilami odzyskiwałem przytomność i znów ją traciłem. I tak leżałem, leżałem, i kobiety też uderzały. W końcu, pamiętam, przyszli jakieś ludzie, okazało się, że to było wojsko, i ciągnęli mnie za nogi, twarzą do ziemi, i wrzucili na samochód.

Przebudziłem się w szpitalu, w Kielcach. To długo trwało, zanim poznała mnie jedna pani Frania97. W pogromie straciłem wszystkie zęby. Trudno mi rozmawiać. Mam dziurę w podbródku, bo zęby przebiły szczękę. Kiedy piłem, woda mi się dołem wylewała. No i oczy. Jedno wybite, drugie uszkodzone. Tak że tego dnia moje życie zmieniło się zupełnie.

Historia Borysa Wajnryba w szyneli

Walczyłem w Armii Czerwonej98. Po wojnie w 1946 roku przyjechałem do Skarżyska szukać najbliższych. Nikogo nie znalazłem. Powiedzieli, że brat jest tutaj, w kibucu. Faktycznie, porucznik Abram Wajnryb zginął dopiero w pogromie99. Trafili go, strzelając przez drzwi.

Byłem w kibucu jakieś dwa, trzy tygodnie, niedługo mieliśmy jechać do Palestyny. Nad ranem jeszcze nic nie czuliśmy. Ja wyszedłem kupić gazetę, ale kiedy przyszedłem z powrotem na Planty, to już widziałem pełno ludzi. W kibucu mówią: „No i patrz, co się tu dzieje!”. Powiedziałem: „Mamy ze trzy granaty schowane w piecu, dawno tam leżą, może ja je wyjmę?”. To mi nie dali, powiedzieli: „Poczekaj, poczekaj, nie trzeba”. I potem się zaczęło, pomaleńku, pomaleńku.

Niedaleko od Kielc, w Busku, było takie uzdrowisko, miejsce, gdzie można było odpocząć, trochę się poprawić. Opowiadali, że na dworcu w Kielcach zamordowali trzy czy cztery dziewczynki nasze, i tak się zaczął ten pogrom. Młode dziewczynki, jedna to 16 lat miała, łagry przeszła, 4 lata w Oświęcimiu była i uratowała się. I wysłali ją na to uzdrowisko do Buska, żeby trochę przytyła. Zadzwonili do niej od nas, żeby właśnie nie przyjeżdżała, bo jest pogrom. Ale ona nie posłuchała, wsiadła w pociąg. I na dworcu ją zamordowali, w Kielcach na dworcu.

Byłem świadkiem, jak zastrzelili Kahane. Weszli i momentalnie go zastrzelili. On był szefem Komitetu Żydowskiego. Dzwonił do władz, że jest niebezpiecznie, że chcą nas zabić, że robią pogrom. Powiedzieli, że już wysłali wojsko. To on mówi: „To nie pomaga, przyślijcie kogoś z bezpieczeństwa”. Wszyscy żeśmy myśleli, że to bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Zaczął się pogrom i Kahane cały czas, cały czas dzwonił na milicję, żeby pomoc przysłali. Im więcej przysyłali, tym gorzej się robiło, tym więcej mordowali. Przysłali milicję, nic nie poradziła. Przysłali wojsko, to weszli i zaczęli zabierać zegarki i strzelać. Można powiedzieć, że wojsko zrobiło cały ten pogrom. I wtargnęli w te drzwi, i momentalnie zastrzelili go, Kahane. To ja wiem.

Zastrzelili go i potem jeden z tych dwóch – może ich było trzech, nie wiem dokładnie – jeden podszedł do okna i krzyknął do tłumu, który stał na podwórku: „Żeśmy zabili tego prezesa – czy jak on to powiedział? – możecie mordować”. Tak on powiedział przez okno. Ludzie, dużo ludzi to słyszało, i zaczął się pogrom jak trzeba.

I potem żeśmy uciekli na koniec korytarza za biurem, i żeśmy się tam schowali trochę. Potem przyszli tamci i mówią: „Zejdźcie na dół wszyscy, my was wyprowadzimy”. Zeszliśmy na dół. Ale ja wiedziałem, co się dzieje tam na podwórku, że mordują. To się zatrzymałem. Było tam ze mną jeszcze paru Żydów. Ja ocaliłem się przez to, że byłem w rosyjskiej szyneli100. Chodziłem tak, bo nie miałem innego ubrania, i ona uratowała mi życie. Ty Żyd, ty Żyd, mówili do mnie. Ja nie jestem taki chojrak, ale zebrałem się na odwagę, zacząłem po rosyjsku przeklinać: „Co wy myślicie sobie!”. I z Chilkiem Alpertem, co go trochę zasłoniłem, i jeszcze z takim drugim żeśmy uciekli z powrotem na górę. Bo wiedziałem, że tam nas czeka śmierć na tym dworze. A potem żeśmy znowu uciekali z jednego pokoju do drugiego. I tak się ciągnęło cały dzień.

Tragiczny obraz utkwił mi w pamięci, z okna widziałem, jak polscy harcerze wtykają noże w kobietę. Kobieta, która uciekała, Żydówka jakaś, nie wiem, kto to był, ale widziałem wyraźnie harcerzy. Nie mogłem tego zrozumieć, jak siedemnastoletni, szesnastoletni chłopcy mogą wziąść noża, i w kobietę! Nie mieściło mi się to w głowie. Ja, który przeszedłem front, nie widziałem takich rzeczy. A dużo przeszedłem.

Dokładnie widziałem przez okno: leży kobieta i harcerzy pełno. Aż nie mogłem patrzeć, uciekłem na strych. Mówię: Harcerze? Harcerze, polscy harcerze! Dużo rzeczy mi zostało w głowie, ale przyszedł czas, w ogóle to wszystko tak wygląda dzisiaj, że już sam w to nie wierzysz. Zabijali, zabijali wszystkim: drągami, pałkami, strasznie, strasznie.

O godzinie 17.00, zdaje mi się, że 17.00 – 18.00 może była, przyjechało rosyjskie wojsko. Zaczęli przez głośniki mówić, że my wojsko rosyjskie, możecie wyjść. I powiedzieli: „Zbierajcie się, jedziemy do koszar”. My żeśmy się bali trochę, bo przedtem też polskie wojsko przyjechało i oni nas wszystkich wyrżnęli. Większość zginęła przez to, jak zachowało się polskie wojsko.

Baliśmy się, że znowu się zacznie. Ale oni powiedzieli: „Nie, to jest sowieckie wojsko. My was bierzemy do koszar”. Zaczęliśmy schodzić. Tam był jeden major101, naprawdę coś cudownego, nie wiem, może on Żydem był? Powiedział: „Zanim was zabiorę, zbierzcie wszystkie swoje rzeczy” – bo było tam pełno rozrzuconych rzeczy. Jakieś piętnaście minut żeśmy się tam jeszcze pokręcili. Pamiętam, wziąłem jakiś garnitur, żeśmy weszli na maszyny102 i żeśmy pojechali. Potem ja się spytałem, dlaczego żeście wcześniej nie przyszli? To on powiedział, że on dzwonił do Warszawy, czy przyjść, czy zakończyć to wszystko. To mu powiedzieli: „Nie, nie mieszaj się, nie pokazuj się na ulicy”. Żadnego żołnierza rosyjskiego nie wolno było pokazać, żeby nie powiedzieli, że to zrobili Rosjanie.

Tam w koszarach był jeden Żyd, on w bezpieczeństwie pracował. Nie, pomyliłem się: on był Polak. Tylko żona jego była Żydówka, Lubcia Blum103. Nie wiem, skąd on mnie znał, ale powiedział: „Chodź do mnie do domu”. Ja tam byłem u nich parę dni na Okrzei i żeśmy czekali, aż będzie pogrzeb, aż będzie sprawa w sądzie. Ale procesu żeśmy nie doczekali, tylko doczekaliśmy pogrzebu.

Zginęło jakieś czterdzieści pięć osób, dokładnie nie pamiętam. Dziewczyna, która przyjechała z Rosji, tak jak ja. Dobrze ją zapamiętałem. Ona była inżynier geolog104. Z Saratowa przyjechała. Młoda dziewczyna, piękna. Porąbali ją na kawałki.

Był jeden chłopak, Symcha Sokołowski się nazywał. On sprzedał jakiś dom w Kielcach105, on miał tu niejeden dom. Sprzedał, jeszcze miał te wszystkie pieniądze, i on przypadkowo dostał kulę przez drzwi. Miesiąc jeszcze leżał w szpitalu, a potem umarł.

Kiedyś myślałem napisać książkę o tym wszystkim. Zacząłem, ale nie, ja nie jestem do tego sposobny.

Józef Fajngold106: był czwartek, niewiarygodnie piękny dzień

Urodziłem się roku 1923 w Warszawie na Gęsiej 29A, w kwartale, który później znalazł się w samym sercu warszawskiego getta. Ale wtedy nikt z nas nie znał jeszcze tego słowa. Kamienica, w której żyliśmy, czteropiętrowa z zamykaną na noc bramą i wybrukowanym kocimi łbami podwórkiem z pompą pośrodku, przez wszystkie następne lata wydawała mi się rajem. Mieszkali tu ludzie biedni, rodziny tak liczne, że posiłki jadły na raty, ale nigdzie nie byłem równie szczęśliwy.

W latach trzydziestych przenieśliśmy się do Kielc. Mój ojciec Aron Szlojme, urodzony w Zawichoście, z zawodu tokarz, robił obcasy do butów. Nieźle zarabiał, mieliśmy ładne mieszkanie przy Sienkiewicza 51. Ojciec przewodniczył kieleckiemu Bundowi. Mama, Rochele, miała piękny głos i dzięki niej od dzieciństwa grałem na skrzypcach. Uwielbiałem Sienkiewicza, moimi ulubionymi lekturami były „W pustyni i w puszczy” i „Quo vadis”. Dobrze się uczyłem, więc w Kielcach przyjęto mnie do polskiego gimnazjum Śniadeckich, które ukończyłem summa cum laude.

A zaraz potem, w 1934 roku, moja mama wygrała na loterii trochę pieniędzy i znajomy architekt zaprojektował dla nas malutki, ale piękny dom przy ulicy Aleksandra 18107.

Gdy wybuchła wojna, Niemcy od razu uwięzili ojca jako socjalistę. Wypuścili go wprawdzie po tygodniu, ale wiedzieliśmy, że na tym się nie skończy. Rodzice postanowili się rozdzielić: mama z braćmi, dziesięcioletnim Heniusiem i piętnastoletnim Aleksandrem, zostali w Kielcach108, a my z tatą przedarliśmy się przez Bug do Lwowa.

Tam poszedłem do polskiego gimnazjum, a tato znalazł pracę jako tokarz w Donbasie. Pewnego ranka w 1940 roku zostaliśmy zatrzymani przez NKWD. Wsadzili nas w pociąg i wyprawili do Chabarowska. W wagonie spędziliśmy osiem tygodni. Do jedzenia była tylko kapusta. Zrobili nam jeden postój w Ufie na Uralu. Kiedy owionęło mnie świeże powietrze, nieomal zemdlałem. Przyzwyczai się albo zdochniet – zawyrokowała jedna Rosjanka.

W Chabarowsku śnieg spadł tego roku już we wrześniu. Oboje z ojcem zostaliśmy osadzeni w obozach pracy przy kopalni złota. Dotąd grałem na skrzypcach, teraz miałem pracować jako mołotobojec, pomocnik kowala. Do dziś nie rozumiem, jak udało mi się przetrwać. Nie miałem walonek ani kufajki, buty mi się rozpadły, a zapasową parę mi ukradziono. Chodziłem w szmatach okręconych wokół stóp.

Raz na miesiąc wolno nam było pisać do domu. W końcu dostałem długo wyczekiwany list od mamy. Przysłała mi wiersz.

„Być może przyjdzie zima, wiosenne przyjdą dni,

I lato się pojawi, rok świeży ujrzysz znów,

I ty się tu ukażesz, wierz w prawdę moich słów”109.

U góry: Henio, Aleksander Fajngold i Józio Fajnoldowie

U dołu: Rachela Lea Jakubowska i Aron Fajngold przed ślubem, 1922

Szkic nieistniejącego domu w Kielcach przy ul. Aleksandra 18, wykonany ręką Józefa Fajngolda, 2017

Była to pieśń Solwejgi z Peera Gynta Edwarda Griega, jej ulubiona aria. W ten sposób otrzymałem wewnętrzny znak, że przeżyję110.

Pamiętam maj 1946 roku i oświetlone wieczornym słońcem stepy. Przejeżdżał nimi pociąg, którym wracaliśmy do Polski. Jechaliśmy składem towarowym, ale w ścianie wagonu znalazłem szczelinę i przez nią wypatrywałem polskiej granicy. Byliśmy patriotycznie nastawieni i przekraczając tę granicę, wszyscy wspólnie, Polacy i Żydzi, odśpiewaliśmy „Rotę” Marii Konopnickiej. Atmosfera była przyjazna.

Ale gdy tylko pociąg zaczął zbliżać się do polskiej granicy, stało się jednak coś dziwnego. Ludzie zaczęli się przesiadać, co sprawiło, że przedziały mieszane zmieniły się w „polskie” lub „żydowskie”. Nagle zaczęto je oznaczać obrazkami Madonny lub krzyżem narysowanym na drzwiach111. Już po polskiej stronie pociąg miał dłuższy postój, więc obaj z ojcem pieszo poszliśmy do pobliskiego Białegostoku. Ludność przywitała nas wrogo. Hitler was jeszcze nie wykończył? – usłyszeliśmy. Rzucali w nas kamieniami112.

W Łodzi przyjaciel ojca, pan Szmulewicz113, nie owijał w bawełnę: „Czy wy nie rozumiecie, że oni wszyscy nie żyją?”. Powiedział, że w lipcu 1942 roku mama i Heniuś zostali wywiezieni z kieleckiego getta do Treblinki. Tylko mój drugi brat Aleksander ocalał. W Auschwitz.

Nie mogłem pogodzić się ze śmiercią mamy i brata. 4 lipca w nocy wyruszyłem do Kielc szukać ich śladów. Towarzyszył mi Wolf Zylbersztajn, z którym w gimnazjum grywałem w szachy. Gdy nad ranem dotarliśmy na Planty 7, było za wcześnie, by zarejestrować się w Komitecie, więc poszliśmy na miasto. Odwiedziłem moje gimnazjum, pokręciliśmy się po Rynku i Bazarach. Był czwartek, niewiarygodnie piękny dzień.

Gdy wróciliśmy na Planty, na podwórzu stała grupka zaaferowanych ludzi. Wejścia do Komitetu Żydowskiego pilnowali milicjanci. Nie wiedziałem, o co chodzi. Wejdźcie do środka, to nic się wam nie stanie – powiedzieli. Weszliśmy.

Ludzi na placu przybywało, w okna poleciały kamienie. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Ludzie wdarli się do budynku – trudno było zrozumieć, czy to cywile, czy milicja – i zaczęli spychać nas na dół, na plac. Zeszliśmy z rękami do góry. Potem od razu je opuściłem, usiłując wmieszać się w tłum, ale jeden taki mnie zauważył i krzyknął: „Żyd! – Nie jestem Żydem – skłamałem. – Ty pierdolony Żydzie, ja ciebie widziałem, jak schodziłeś ze schodów!”. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, było, że leżę na ziemi, a z oka leci mi krew. Nie wiem, co się stało z Wolfem114.

Obudziłem się w szpitalu św. Aleksandra. Była tam pielęgniarka, którą prosiłem o coś do picia. Ale ona też krzyknęła, że zamordowałem polskie dzieci. Straciłem przytomność.

Kiedy przewieziono mnie do Łodzi, nie byłem w stanie mówić. Trwało to ponad miesiąc. Twarz miałem tak zmienioną, że mój ojciec, który jak szalony biegał po salach dawnego szpitala ewangelickiego, nie był w stanie mnie rozpoznać115.

Po czymś takim nie mogliśmy pozostać w Polsce. Najpierw wyjechaliśmy do brata, który przebywał w obozie dla dipisów w Zeilsheim koło Frankfurtu nad Menem. A potem w 1948 roku na „Marine Swallow” pożeglowaliśmy do Ameryki.

Średni najmłodszy

Nazywam się Jakow Średni116, miałem dwanaście lat, kiedy wybuchł ten pogrom. Wydaje mi się, że w kibucu byłem najmłodszy, nie licząc Izi Dajbog, która miała trzy lata, ale ona nie należała do kibucu.

Urodziłem się w Wyszkowie nad Bugiem. Jak Niemcy spalili nasze miasteczko w trzydziestym dziewiątym, to przeszliśmy Bug i byliśmy w Workowiesku u krewnych, osiem osób. I od tych krewnych Rosjanie zesłali nas na głęboką północ. Tam nie było nic oprócz zimna. Trzeba było samemu sobie dom budować. Rodzice i dziadkowie nie wytrzymali. Z ośmiorga wojnę przeżyło tylko nas troje: ja, starszy brat Eliasz i siostra Hinda.

Po wojnie stanęliśmy w Kielcach. Zostaliśmy przyjęci do kibucu na miesiąc przed pogromem. 4 lipca jedliśmy śniadanie, nie spodziewaliśmy się, że ten dzień będzie czymś się różnił od poprzednich. I nagle słyszymy taki cichy szum, który staje się coraz głośniejszy i głośniejszy. Nie wiedzieliśmy, co to jest, skąd ten szum, ruch, ten hałas, te krzyki, bo były już też krzyki. Nie słyszeliśmy wyraźnie, co krzyczeli. Wielki tłum stał na zewnątrz budynku i to on tak szumiał.

Jeden, który był na ulicy, przyszedł i powiedział nam: „Nie jest dobrze, zamknijcie się prędko, żeby nie mogli się wedrzeć”. Od razu zaczęliśmy się barykadować na drugim piętrze, zostawiając tylko takie małe dojście, żeby Jechiel Alpert mógł nam szepnąć, co się u nich dzieje.

Nie pamiętam, ile czasu minęło, może pół godziny, może dwie, nagle słyszymy walenie do drzwi. I między tymi, co byli wewnątrz, i tymi na zewnątrz zaczęły się takie niby rokowania. Zdaje się, że oni przedstawiali się jako wojskowi albo milicjanci. Oni żądali, żebyśmy wydali im całą broń, jaką mamy, i ręczyli za nasze bezpieczeństwo. Postanowiliśmy oddać broń i otworzyliśmy im drzwi.

Od razu jak zabrali nam broń, może kilka minut po tym, zaczęła się straszna strzelanina. Padł tam na miejscu nasz kolega Symcha Sokołowski. Po strzelaninie znowuż wtargnęło do nas kilka osób. Niektórzy byli w mundurach wojskowych, niektórzy cywile, i oni zaczęli wołać, żebyśmy zeszli na dół. Jak zaczęliśmy schodzić, to oni nas wlekli. Nie tylko kazali schodzić, oni nas wlekli po tych schodach. I zaczęli nas bić z różnych stron, i podczas tego bicia ja dostałem ciężki cios w plecy, nie wiem, jakimś narzędziem albo kolbą.

Najstraszniejsze wrażenie, którego nie mogę zapomnieć, to był człowiek, którego wlekli po schodach. Nie wiem, czy on był martwy, czy jeszcze żywy, ale jego głowa obijała się o te schody jak piłka, schodek po schodku. Zdawało mi się, że to był doktor Kahane, ale nie jestem pewien. Często mam ten obraz przed oczami.

Byłem tylko miesiąc czasu w tym kibucu. Podczas naszego pobytu w ogóle nie wychodziliśmy oglądać miasto, nie znaliśmy go nawet. Znałem tylko dom i podwórko, gdzieśmy żyli. Tam był wielki tłum ludzi.

Widzieliśmy, jak ten tłum utworzył dwa szpalery. Mają kamienie, mają pałki, mają żelazne drągi, mają to w rękach i biją każdego, który wychodzi z budynku. Jako mały chłopak stanąłem sobie z boku i patrzyłem. Więcej niż godzinę tam stałem.

Było straszne zamieszanie. Byli milicjanci, byli żołnierze, byli oficerowie, było dużo mężczyzn młodych i starszych, ale najwięcej było kobiet, które podsycały tłum, krzyczały i wpadały w panikę z powodu dwanaściorga dzieci, które miały leżeć gdzieś u nas w piwnicy.

Okropne obrazy, które mi się potem śniły długie lata, to były trupy z rozwalonymi głowami, z uszkodzonymi mózgami, otwarte brzuchy i krew, pełno krwi. I to wszystko przy tym gwałcie i ruchu, i krzyku, to zrobiło na mnie zupełnie piekielne wrażenie. Nie wiedziałem, czy to jest gehenna, nie wiedziałem, czy to jest rzeczywistość, czy jakieś mary senne. To nie był widok dla dwunastolatka. Te obrazy długo mnie prześladowały. Te straszne okrucieństwa i tyle krwi, jak się znęcali nad tymi ludźmi.

I widziałem jeden wypadek. Ten człowiek był już prawie miazgą, a ci chłopcy gazeciarze – tak mi powiedzieli, że to są gazeciarze – ciągle dobijali go ogromnymi kamieniami, rozmiażdżyli go zupełnie.

Nie zaczepili mnie, bo byłem za mały. Kręciłem się tam, bo szukałem siostry i brata. Musiałem się dowiedzieć, co się z nimi stało. Kręciłem się tam dłuższy czas. Nie znałem miasta, nie wiedziałem, dokąd mam iść. Szukałem brata i starszej siostry, żeby mi pomogli.

Nie mogłem ich znaleźć i już postanowiłem uciec, gdy nagle widzę moją siostrę Hindę117 leżącą na ziemi, z otwartą raną na głowie, we krwi. Obok leżała Niusia, pani Niusia Borensztajn, też ranna118. Schyliłem się do siostry, chciałem zobaczyć, czy ona oddycha, i wtedy ktoś mnie uderzył kijem w krzyż. Wtedy postanowiłem wyrwać się i uciec z tego tłumu.

Ale nie znałem miasta. Zacząłem iść ulicą, aby dalej od tego podwórka, od tego placu. Ale przyczepili się do mnie jacyś chłopcy i zaczęli mnie bić. A z nimi jakieś kobiety z kamieniami. Krzyczałem: Zostawcie mnie, ja nie jestem Żydem, ja jestem Polakiem”. To oni pytali: „To co ty robiłeś tam na podwórku, na tym placu?”. Ja nie mówiłem jeszcze tak dobrze po polsku, odpowiadałem im po rusku. Mówili mi: „Nie, ty jesteś Żydem”. Odpowiadałem: „Nie, ja jestem Polakiem, tylko byłem z rodziną w Rosji”. I wtedy znowuż zaczęli mnie bić.

To jedna z kobiet powiedziała: „Chodźcie, ściągniemy mu spodnie. Zobaczymy, czy on jest Żydem, czy Polakiem”. I kiedy zaczęli zrywać ze mnie te spodnie, nadszedł milicjant119 i przestali. „Zostawcie go w spokoju – powiedział – już ja się z nim policzę”. I wyciągnął rewolwer z pochwy, i trzymając mnie na muszce, kazał iść naprzód. Zaprowadził mnie na posterunek MO w Kielcach i tam zostawił mnie na więcej niż godzinę.

Minęło półtorej godziny, nagle nie wiadomo dlaczego wrócił, znów wyciąga mnie na ulicę. I prowadzi mnie z pistoletem przy karku. Idzie, idzie, potem schował broń do pochwy i wtedy zobaczyłem mojego brata Eliasza w jednej z uliczek. Chciałem do niego biec, ale on dał mi ręką znak, że ani mru-mru. Odeszliśmy kawałek, odwracam się i widzę, że brat idzie za nami trop w trop. Potem mi powiedział, że wymknął się z pogromu, bo jako blondyn z niebieskimi oczami wziął do ręki pałkę i z tą pałką go przepuścili. I schował się na dworcu kolejowym.

Kiedy weszliśmy w uliczkę, ten oficer, co mnie prowadził, odwraca się nagle i celując w brata z rewolweru, pyta: „Kto ty jesteś, szczeniaku? Co wleczesz się za nami?”. I zaklął po rosyjsku. To Eliasz złapał tego oficera za rękę i wskazując na mnie, mówi: „Bo to jest mój brat!”. A ten oficer mu mówi: „Ja uratowałem twojego brata, a teraz obaj pójdziecie do mnie do domu, moja żona jest Żydówka”. To był ten porucznik Majewski Zygmunt120, szwagier czy kuzyn pani Alpertowej121. I on zabrał nas do domu. Powiedział, że zabrał mnie z milicji, bo oni ciągle naradzali się, co ze mną zrobić. Bał się, że mnie po cichu rozwalą. Jego żona przyjęła nas na kilka dni i bardzo ładnie opiekowała się nami. Położyła mi kompresy, żeby mi zeszła opuchlizna od tych lag, co dostałem w plecy. Tylko byliśmy smutni, bo nie wiedzieliśmy, co się stało z siostrą. Ten major poszedł dowiedzieć się, co się z nią stało. Wrócił i powiedział: „Nie obawiajcie się, wasza siostra żyje, ona jest w szpitalu w Łodzi”122.

Dora Dajbog i jej córka Izia

Na zdjęciu zrobionym na Plantach na długo przed pogromem Izia Dajbog siedzi w pierwszym rzędzie na kolanach matki123. Izia słabo pamięta to, co wydarzyło się od wybuchu wojny, a tego, co wydarzyła się na Plantach, wolałaby nie pamiętać w ogóle124.

Jej mama, która w czasie wojny straciła córeczkę Hanię, z czasów wojny też pamiętała więcej, niż by chciała. NKWD wywiozło je z Łucka na Syberię razem z wujem Srulem, który wkrótce zmarł na tyfus. Trafiły do obozu, gdzie w 1943 roku urodziła się Izia. Z obozu uwolniła je dopiero umowa Majski-Sikorski, wznawiająca stosunki dyplomatyczne między Polską i ZSRR. Wtedy zostały przesiedlone do Jambułu, skąd po wojnie wróciły do Polski125.

Dzięki zeznaniu Dory wiemy, co się działo z nimi tego ranka. Kiedy mundurowi otoczyli dom Komitetu, nie wiedzieliśmy, co to ma być – opowiada126. Jeden z wojskowych powiedział, że przeprowadzają rewizję, bo mają się u nas znajdować jakieś polskie dzieci. Obśmialiśmy się na to i mówimy: proszę bardzo! Ale to wcale nie pomogło. Najpierw oblegały nas wrzeszczące tłumy, potem zaczęli nas ostrzeliwać i wtedy zginęło dwóch naszych stojących w oknie. Od tej pory kryliśmy się, leżąc na podłodze. Wtem słyszymy głos, czy się poddajemy – bo byliśmy zabarykadowani. Powiedzieliśmy, że się poddajemy, weszło wojsko i kazało nam wychodzić. Gdy ja wyszłam przed dom, widziałam już kilkanaście zabitych. Wtedy podszedł do mnie jakiś mężczyzna po cywilnemu i wziął mnie ze sobą, torując sobie drogę przez tłum127. Doprowadził mnie do ulicy Sienkiewicza i dalej kazał iść samej.

Zdjęcie ocalałych z pogromu kieleckiego, wykonane na podwórzu WUBP w Kielcach. Dora Dajbog na kolanach matki w pierwszym rzędzie

Niestety, gdy tylko ten mężczyzna odszedł, tłum znowu się mną zainteresował. Chcieli koniecznie wiedzieć, czy jestem Żydówką. Ja się nie przyznawałam. Idąc dalej Sienkiewicza, spotkałam wartownika128, który stoi przed UB blisko Focha. Chciałam, by mnie do siebie wpuścił, ale on też zaraz spytał mnie, czy jestem Żydówką. Odpowiedziałam, że nie i dowody osobiste mam w domu na Sienkiewicza 72. Więc poszedł tam ze mną. Weszłam z nim do mieszkania, gdzie Polka, moja znajoma pani Pogorzelska129 pokazała mu swój dowód. Wtedy ja odegrałam komedię: „Ojej, przecież mój dowód zabrał ten wojskowy, co mnie najpierw odprowadził” – powiedziałam. Ta znajoma za mnie poręczyła i dlatego ocalałam130.

Estera Mappen

Siedemnastoletnia Estusia Mappen131, po Auschwitz i Bergen Belsen, od razu w maju 1945 roku przyjechała z mamą132 do Kielc szukać ojca. Na dworcu spotkały dwóch chłopców od Kahanów, którzy mieli na Sienkiewicza sklep z lampami. Codziennie przychodzili na dworzec, wypatrując, czy ktoś nie wraca. Jeden z nich, Chomek, powiedział im dwie rzeczy: że pan Mappen zginął w Auschwitz i żeby dla własnego bezpieczeństwa zdjęły obozowe pasiaki, bo po nich rozpoznaje się Żydów133. Zdjęły je więc i zakopały na zapleczu dworca, a potem poszły prosto na Planty 7.

Na Plantach wszyscy znajdowali się w podobnej sytuacji, więc czuły się tu całkiem nieźle – nawet jeśli dom był tak przepełniony134, że spały z mamą w jednym łóżku, w kibucu na drugim piętrze. Przez rok czekały na wizę amerykańską, bo chciały jechać do wuja.

4 lipca po 8.00 Estusię obudził odgłos, jakby ptak pukał w szybę albo jakby ktoś bawił się, rzucając kamyki. Był już jasny letni dzień, ale zrobiło się jakoś ciemno. W końcu wyjrzała przez okno i zobaczyła, że to nie chmura, tylko tłum zabrał światło z placu. Masa ludzi stała pod domem. Usłyszała ich krzyki, coś o zabitych dzieciach i o biciu Żydów – „jakby wróciło Gestapo”. Potem poleciał grad kamieni.

Jeszcze później, kiedy byli już pierwsi ranni, pielęgniarka pani Estera Proszowska poprosiła ją, żeby jednemu podtrzymała głowę, bo chce iść po bandaże. Razem z matką posadziły go na krześle. Głowę miał niemal rozpołowioną. I kiedy pani Proszowska wracała, niosąc już ten bandaż, nagle ktoś ją zastrzelił135. Mama Estusi podeszła do pani Proszowskiej i sprawdziła, czy żyje. A potem wyjęła jej ten bandaż z ręki i opatrzyła głowę rannemu. I ten człowiek przeżył136.

Kilka godzin trwało to ganianie się z kąta w kąt, ukrywanie się po pokojach, aby tylko nie zejść na plac, skąd się już nie wracało. W końcu i one zostały ściągnięte na dół, gdzie leżało już wielu zabitych. I wtedy nagle pojawiło się dwoje wojskowych, kobieta i mężczyzna w mundurach UB137.

No to teraz nas zabiją – mówi do siebie Estera, ale kobieta odpowiada: „Nic wam nie będzie, tylko róbcie, co każemy”. Kazali nam wejść do jakiegoś samochodu. Stał tam amerykański willys, takie kombi138, jakim jeździli wtedy bezpieczniacy. Wepchnęli nas do środka, mnie, mamę i tych trzech chłopców z kibucu, z którymi się ukrywałyśmy, i wywieźli z tego piekła. Zabrali nas do siebie do domu, chyba na Focha. Umyli nas, nakarmili. Byliśmy cali we krwi, szczególnie mama, która była ranna w nogę.

Oni się nazywali Klimczakowie, Sylwester139 i Zosia Zylbersztajn140. Para z nich była nie z tej ziemi. Ona Żydówka, komunistka po Treblince, on Polak, też przedwojenny komunista z Częstochowy. I wcale nie żaden anioł: brutalny, pijący, ale z ułańską fantazją (przed wojną faktycznie był ułanem141). W czasie wojny przechował osiem osób, Żydów, całe dwie rodziny. Słyszałam, że dla pieniędzy, ale co z tego? Uratował ich, jak teraz nas. Byliśmy u nich do poniedziałku, a po pogrzebie pojechaliśmy do Łodzi.

Zdjęcie rannego, któremu udzieliły pomocy Estera Mappen z matką, na rewersie dedykacja z 1948: „Na pamiątkę ofiarowuję Estusi Mappenównie w dowód wdzięczności za udzielenie pomocy lekarskiej w czasie kieleckiego pogromu”

Sylwester Klimczak i Zosia Zylbersztajn, 1946

Opowieść Niusi Borensztajn, ciąg dalszy

Kiedy przedarłam się przez tłum przed naszym domem, zrozumiałam, że być może dzisiaj tu umrę. Żałowałam, że się nie pożegnałam ze Szmulkiem, ale cieszyłam się, że odważyłam się wrócić.

Nie wiem dokładnie, co się działo po drugiej stronie kibucu, tam gdzie siedzieli chłopcy, ale my, dziewczęta, byłyśmy zabarykadowane w ostatnim pokoju. Jeden z naszych chłopców siedział na podłodze i miał rewolwer. I mówi: Ja was będę bronić. I były takie ciężkie drzwi, myśmy te drzwi zamknęły. I jedną pryczę – bo tam prycze były – tę jedną pryczę tam postawiłyśmy. On siedział naprzeciwko drzwi142.

W pewnej chwili słyszymy, wołają, żeby otworzyć te drzwi. To myśmy nie chciały, myśmy się bały, zaczęłyśmy płakać. Po chwili zaczęło się strzelanie. Strzelili w zamek, żeby otworzyć te drzwi, i ten chłopiec, Abram Wajnberg – on był już całkiem dorosły mężczyzna właściwie, był porucznikiem w radzieckiej armii, on po wojnie wrócił z powrotem do Kielc – i oni trafili go w głowę. To było coś okropnego widzieć coś takiego.

I potem zaczęli wszystkich nas wyganiać przez klatkę schodową na dół. Zejdźcie, wyjdźcie, wynoście się stąd. I w pewnej chwili odwróciłam się i widziałam, że biorą tę małą Balkę Gertner i wyrzucają przez balkon na dół. I potem słyszałam, że ją złapali na bagnety143. I jeszcze jedna była, Fania Szumacher, piękna dziewczyna, wysoka, blondynka, przyjechała z Rosji z Baruchem Dorfmanem, który do dziś jest niewidomy. To była jego przyjaciółka. Ona śpiewała, on grał na gitarze, było wesoło w kibucu. I zamordowali tę Fanię też144. Znaczy, ją też rzucili z piętra i słyszałam potem, że te dwie dziewczynki złapali na bagnety, zakłuli je na śmierć.

Zeszliśmy na dół. Ja myślałam, że oni, milicja i wojsko, przyszli nas bronić, ocalić nas, ale już widziałyśmy, że tutaj się dzieje coś niedobrego. Po drodze jak sobie kogo upatrzyli, to bili. Tośmy zeszli i stało tam koło drzwi dwóch żołnierzy albo milicjantów z karabinami. Też walili karabinami po głowie. Myślę sobie: jak dostanę po głowie, to upadnę i nie będę się ruszać, może przeżyję. I tak zrobiłam. Dostałam po głowie. Nie wstałam więcej, żeby się bronić. Ale jeszcze zdążyłam powiedzieć: „Przecież wyście przyszli, żeby nas bronić, żeby nas ocalić”. Dostałam po głowie, upadłam i leżałam. Straszne były wrzaski, straszne były przekleństwa i straszny, straszny był ruch naokoło.

Ludzi było jak maku. Zamknęli fabryki i wszyscy poszli mordować Żydów. Jak szłam, to słyszałam, że mówią to po drodze, ale kto brałby to sobie do serca? Słyszałam, że mówią, przeklinają, że straszą, Żydzi do Palestyny, Żydzi do Palestyny. Ta historia z dziećmi chrześcijańskimi, że się zabija na macę, to przecież od średniowiecza już idzie. Kogo można obwiniać? Czy można powiedzieć dokładnie, kto tę kaczkę puścił? Nie można. Nie wyobrażam sobie, żeby Rosjanie byli winni. Rosjanie mnie wyzwolili z obozu koncentracyjnego.

Niusia Borensztajn-Nester

Moja twarz była na bruku, nie patrzyłam. Ja udawałam, że jestem nieprzytomna, że nie żyję, tylko od czasu do czasu podglądałam, co się dzieje. Widziałam, że tutaj jedna albo druga stara się wstać i uciec, to dostała jeszcze raz, i jeszcze raz. I jeszcze raz po głowie, i jeszcze raz po plecach. Potem pod wieczór zrobiło się cicho. Nie wiem, kto tam zrobił porządek. Wiem tylko, że przyjechały ambulanse i zabrali nas do szpitala, i potem zaczęli się nami „opiekować”.

I pierwszą rzecz, którą zrobili, to ogolili nam głowy. Moja przyjaciółka Hindzia145, siostra Jakuba i Eliasza Średnich, miała taki długi warkocz – blondynka, piękne włosy, które ocaliła przez cały czas, gdy była w Rosji. I ostrzygli jej tę głowę, ogolili zupełnie. Mnie też. Tak że warunki w szpitalu nie były zbytnio przyjazne. To się czuło w powietrzu, to się słyszało, że szkoda, że was nie zabili, szkoda, że wy jeszcze żyjecie. Były zakonnice w szpitalu, wszędzie tam były zakonnice, i zakonnice tak mówiły. To w ogóle nie jest po chrześcijańsku, żeby tak powiedzieć, że szkoda, że ludzie zostali przy życiu.

Jednej takiej siostrze, szarytce, powiedziałam: Pani się nie musi mną opiekować, nic mi nie jest. Ja dostałam tylko po głowie. Mnie boli, ale to mi przejdzie. Ja tylko trochę jodyny potrzebuję, ja wam jeszcze pomogę opiekować się rannymi. I zaczęłam się opiekować rannymi, karmić ich. Siedziałam tam, dopóki nie przyszli i nie zabrali nas do Łodzi.

Mieszkańcy Plant 7, zdjęcie wykonane przed pogromem

Rozdział 2: Dowody rzeczowe

Fotografie

Julia Pirotte, fotografka Wojskowej Agencji Fotograficznej z przeszłością we francuskim ruchu oporu, wyjechała do Kielc z Warszawy 4 lipca o północy146. Dla Żydówki podróż pociągiem tego dnia stanowiła znaczne ryzyko, więc redakcja „Żołnierza Wolności” przydzieliła jej uzbrojonego asystenta. Nad ranem dotarli do miasta.

„Perony i poczekalnie jakby wymarłe. Tu i ówdzie jakiś kolejarz. – Co tu się u was dzieje? – Ja nic nie wiem, nic nie widziałem”147. Wyludnioną ulicą Sienkiewicza przeszli z dworca pod numer 64, do Komitetu Wojewódzkiego PPR. Sekretarza Józefa Kalinowskiego nie było, ale któryś z pracowników opowiedział im o zajściach.

Podobno zanim tłum skierował się na Planty, rozważał, czy nie przyjść właśnie tu. Z relacji dowódcy AL-owskiego Tadeusza Maja wiemy, że w trakcie pogromu Komitet PPR był zamknięty na cztery spusty148. W oknach ułożono worki z piaskiem i umieszczono stanowiska karabinów maszynowych149. Wybuch przemocy zupełnie sparaliżował władze lokalne. Wymienieni poniżej instruktorzy PPR, którzy pojawili się w Kielcach tego samego dnia, zanotowali: „W chwili przybycia tow. Buczyńskiego i tow. Chełchowskiego do Kielc panował tam taki stan, jak gdyby Komitet Wojewódzki PPR pakował manatki i szykował się do ucieczki”150. Obawiano się wybuchu powstania.

Nazajutrz porządek był już przywrócony. Na rogatkach pojawiły się czołgi i wozy pancerne, po ulicach krążyły uzbrojone patrole. Przy parku miejskim na końcu ulicy Staszica, obok skrzynek z amunicją, karabiny były ustawione w kozły. Stanowiska karabinów maszynowych z założonymi taśmami ulokowano nawet na łąkach po obu stronach drogi na Białogon151.

Fotografie Julii Pirotte, dowody rzeczowe na pierwszym procesie po pogromie

Budynek przy Planty 7/9 Julia Pirotte zastała pusty i opieczętowany. Pilnujący terenu wartownicy opalali się na słońcu152. Wszędzie pierze, porozrzucane papiery, potłuczone naczynia, podeptana bielizna.

Na placu szkolnym Pirotte zrobiła pierwsze zdjęcia: męska czapka, cegła, plamy krwi, drzwi rozbite granatem153, jakieś pręty i łom, żeberka od kaloryfera. Będą to dowody rzeczowe na procesach.

W Kielcach fotografka zużyła w sumie trzy filmy trzydziestosześcioklatkowe, z których zostawiła sobie dziewiętnaście negatywów. Resztę dała na przechowanie szefowi Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, który zapomniał o ich istnieniu154.

Pierwszą partię dowodów Najwyższy Sąd Wojskowy w Warszawie przyjął w depozyt na początku lipca. Były to dwa pociski pistoletowe, dwa klucze i grzebień, ułamek drutu żelaznego, złoty damski pierścionek z białym kamyczkiem (diamentem), list, dokumenty radziecko-polskiej komisji repatriacyjnej155, świadectwo urodzenia Barucha Dajcza, kartka pocztowa, banknot 20 złotych (w starej walucie), kawałek złota z trzema opalami koloru seledynowego (ułamek bransoletki), bursztynowe korale i dwa wezwania sądowe156.

Kilka rzeczy z tej listy było własnością trzydziestodwuletniego Barucha Dajcza, którego ciało z głową rozbitą „narzędziem twardym, krawędzistym” zostało opisane w protokole oględzin zwłok z 5 lipca157.

Pierwszą jest jego świadectwo urodzenia158.

Drugą – list od siostry Feli z 1940 roku 159 .

Trzecią – adresowana do Dajcza kartka pocztowa, znaleziona w kostnicy na podłodze160.

Jest jeszcze koperta z wezwaniami dla Judki Mosze Ajzenberga, rocznik 1910, na rozprawę w kieleckim Sądzie Grodzkim o „wprowadzenie w posiadanie” własnego domu w Chmielniku161. Judka to prawdopodobnie wysoki mężczyzna w kamizelce czy płaszczu, którego śmierć w Silnicy widziało wielu świadków162.

Masakra low-tech

Pogrom kielecki był w znacznym stopniu masakrą low-tech. To, co dotychczas stosowano jedynie jako narzędzie w fabryce, tartaku, w rolnictwie czy budownictwie163, teraz stało się narzędziem mordu. Zdaniem badaczy ludobójstwa świadczy to o gwałtowności afektu i działaniu bez premedytacji.

6 lipca 1946 roku prokurator Wilkoszyński164 dokonał oględzin drugiej partii przedmiotów znalezionych na Plantach. Były to: „element kaloryfera – element dwurogowy, długości około 60 centymetrów, po obu stronach ślady krwi szeroko rozlane oraz z jednej strony przylepione włosy koloru ciemnego. Kawałek żelaza w kształcie litery T165, 20×3 milimetry, długości około 50 centymetrów, na jednym końcu ślad zaschniętej krwi o długości 6 centymetrów. Brukowce, 6 sztuk, na nich obfite ślady krwi, na najmniejszym z nich przyschnięte włosy koloru ciemnego. 2 sztuki cegły – obfite ślady krwi z obu stron. 6 sztuk sztachet drewnianych – sztacheta z dwoma zagiętymi gwoździami posiada do połowy swej długości, od strony gwoździ, po obu stronach ślady szeroko rozlanej krwi, szczególnie na kantach. Inne sztachety w mniejszej i większej wielkości posiadają, przeważnie do połowy swej długości, obfite plamy krwi o różnych wielkościach od 5 do 20 centymetrów długości”166.

Nazajutrz po pogromie Wilkoszyński przeprowadził wizję lokalną.

Obejrzał uważnie nieogrodzone podwórze, graniczące z gimnazjum św. Kingi. Przed samą klatką schodową, to znaczy od strony południowej, odnotował „ślady dużych plam skrzepłej krwi w ilości 19, w pewnych odstępach od siebie, na przestrzeni około 150 metrów kwadratowych”. Obok leżały narzędzia zbrodni, „w postaci łomu żelaznego długości około 60 centymetrów, jedna oddzielna część kaloryfera, całego skrwawionego, kamienie i cegły różnej wielkości oraz połamane sztachety, które zostały wyrwane z ogrodzenia i którymi to sztachetami zadawano obrażenia Żydom”.

Drzwi klatki schodowej nr 2 (lewe skrzydło budynku) na wysokości około 40 centymetrów ochlapane były krwią. Kolejna duża plama krwi i kawałek skrwawionej cegły znajdowały się na pierwszym piętrze tejże klatki. Na drugim piętrze prokurator odnalazł dwie wystrzelone łuski od KBK rosyjskiego i jedną łuskę wystrzeloną z pepeszy167. Kolejną łuskę, wystrzeloną z karabinu maszynowego systemu MP, znalazł na podwórzu od strony wschodniej. Na wszystkich mieszkaniach wewnątrz wisiały kartki z pieczęciami Komisariatu MO w Kielcach. Wszędzie widać było ślady zniszczenia sprzętów domowych, wybito szyby w oknach. Na korytarzu wychodzącym na ulicę Planty walały się garderoba, obuwie i bielizna168.

Konkret

Nazajutrz po pogromie Niusia Borensztajn zeznała, że dwa pierwsze strzały oddane przez drzwi kibucu śmiertelnie zraniły Abrama Wajnryba169 i Chila Sokołowskiego, a do pierwszych ofiar Rafael Blumensztajn doda jeszcze Naftalego Tajtelbauma, lat 16170.

Protokół oględzin zwłok podporucznika Abrama Wajnryba171: lat około 30, wzrost 166 cm, oczy piwne. „Strzaskanie dolnej połowy prawej szczęki z wybiciem zębów i górnej połowy lewej szczęki. (…) W okolicy lewej kości ciemieniowej wydobyto kulę”172. Biegli uściślą, że jest to kula z broni automatycznej173, co oznacza, że w kibucu, gdzie zginął Wajnryb, strzelano z pepeszy. Łuski po strzałach z tej broni znalazł na miejscu prokurator Wilkoszyński.

Ale już Chil Sokołowski, wzrost 152 cm, którego Niusia uznała za drugą ofiarę strzelaniny, prawdopodobnie nie został postrzelony, tylko zatłuczony: na prawej kości ciemieniowej rana w kształcie litery T, kompletne załamanie sklepienia czaszki, pęknięcie jej podstawy, nos zmiażdżony, zęby powybijane z dziąseł, narzędzie twarde, ciężkie, tępokrawędziste174.

Niusia mogła jednak mówić nie o nim, ale o jego bracie, Symsze („jeden z naszych chłopców siedział na podłodze i miał rewolwer, i mówił: »Ja was będę bronić«”175). W protokole oględzin czytamy: „Chory blady, bez tętna, opatrunek przemoczony krwią, tony serca głuche, 100 uderzeń na minutę. W okolicy kąta dolnego prawej łopatki rana postrzałowa wielkości dwugroszowej monety, przez ranę płynie krew, wchodzi i uchodzi powietrze”176. Symcha umrze niespełna dwadzieścia dni później w szpitalu w Łodzi.

A teraz obrażenia Niusi, lat 19: „Rany tłuczone głowy w okolicy potylicy długości 2 centymetrów. Siniak obu powiek lewego oka i wylew dospojówkowy. (…) Obrażenia powyższe powstały wskutek uderzenia narzędziem tępym”177.

Borys Dorfman, „ładny chłopak”: „Rana tłuczona grzbietu nosa z wgnieceniem kości nosowych. (…) Obrzęk i siniaki wszystkich powiek. W lewej gałce ocznej wylewy dospojówkowe, prawa gałka oczna uszkodzona. Obrzęk nosa, dwukrotne złamanie żuchwy”178 .

Rafael Blumenfeld, lat 25: „Pięć ran tłuczonych głowy od pół do 1 centymetra długości, rana kłuta pół centymetra na tylnej powierzchni klatki piersiowej u wewnętrznego brzegu lewej łopatki na wysokości piątego żebra. Siniec obu powiek prawego oka. (…) Powyższe powstały na skutek uderzeń narzędziem tępym i ostrym”179.

Józef Fajngold, lat 23, skrzypek – mołotobojec: rany tłuczone głowy, jedna w okolicy skroniowej lewej długości 3 centymetrów, druga w okolicy ciemieniowej lewej długości 1,5 centymetrów, rana okolicy ciemieniowej prawej długości 1 centymetra. Obrzęki i siniaki obojga oczu180. W łódzkim szpitalu rozpoznano pęknięcie kości potylicznej.

Teraz zmarli.

Bajla Gertner, lat 17, wzrost 154 cm, wyrzucona z okna: złamania kości czaszki z przemieszczeniem, liczne rany cięte głowy, w szczęce górnej prawostronnie wybite jedynka i dwójka, obrażenia zadane narzędziem twardym tępokrawędzistym181. Tatuaż z numerem obozowym: A–16910.

Geolożka Fania Szumacher, czyli Fania z Pińska, która chodziła z Borysem Dorfmanem182: lat 19, wzrost 160 cm, na lewej kości potylicznej rana tłuczona, brzegi poszarpane, złamanie kości sklepienia czaszki. Obrażenia „w okolicy ud, stawów kolanowych, w przedniej powierzchni prawego podudzia mocno zasinione (…), także kończyny górne w obrębie ramion sine, z drobnymi zadrapaniami”183.

Pielęgniarka Estera Hinda Proszowska, która poszła po bandaże, lat 43, wzrost 158 cm, wytatuowany numer obozowy A–16416: dwudziestocentymetrowa rana na potylicy, zgruchotanie kości czaszki z wypłynięciem mózgu, liczne zasinienia i zadrapania naskórka na czwartym palcu ręki prawej (zdzieranie pierścionka), „sutek lewy z podbiegnięciami krwawymi całej zewnętrznej powierzchni”, obrażenia może od kija, cios zadany z dużą siłą184.

Małżeństwo Kierszów (Kerszów), które zginęło we własnym mieszkaniu na Piotrkowskiej, późniejszej 1 Maja 71 (przed wojną był to prawdopodobnie Nowy Świat 45, zob. Apendyks 1: Lista ofiar): Hersz Kiersz, lat 35, wzrost 156 cm, oczy bladoniebieskie, strzaskana kość skroniowa prawa i potyliczna, wgniecenie do wewnątrz185. Mania Kiersz, rok urodzenia i wzrost ten sam, kości czaszki wielokrotnie złamane. Tatuaż 21.558. W okolicy nasady trzeciego członu drugiego palca po stronie grzbietowej rana cięta tłuczona (brutalnie ściągnięty pierścionek)186.

Sierżant Karp, lat 30, wzrost 155 cm: strzaskana połowa czaszki, rany od bagnetu na klatce piersiowej i pośladku187.

Podporucznik Icchak Prajs, lat 40, wzrost 170 cm, syn właścicieli Hotelu Polskiego, który zginął na wysokości ulicy Sienkiewicza 71: wgniecenie nad prawym oczodołem, pęknięcie kości potylicy po lewej stronie. „Obrażenia na głowie zostały zadane jakimś narzędziem twardym, tępokrawędzistym, być może kawałkiem żelaza”188.

Seweryn Kahane, prezes Komitetu, lat 37, podobno zastrzelony przez nieznanego oficera WP: „z tyłu na wysokości kąta łopatki prawej otwór okrągły wielkości grochu (…) od postrzału z broni palnej krótkiej”189.

Rywka Fisz, lat 24, karmiąca, zabita przez milicjanta Stefana Mazura: rana postrzałowa głowy w okolicy lewego ucha. Grzbietowa część lewej dłoni z licznymi punktowymi osmaleniami (zasłaniała się przed strzałem z odległości mniejszej niż jeden metr). Syn Rywki, Abram Hersz190: rana postrzałowa kości czołowej.

Jan Jaworski, wartownik PPR na Sienkiewicza 64, jeden z dwóch Polaków-chrześcijan zabitych na Plantach: rana postrzałowa czaszki, wlot nad prawym uchem191. Broń krótka192. Oczy zielone.

Stanisław Niewiarski, polski dozorca na Plantach, 165 cm wzrostu: postrzał, „wlot 4 centymetry powyżej pępka, wylot powyżej łuku żebrowego”193, po 3 godzinach zmarł w szpitalu wskutek krwotoku wewnętrznego. W opisie nie zgadza się wiek: podano, że miał około 25 lat, tymczasem świadkowie (Miriam Machtynger, Julian Chorążak i oficerowie UB ) podają, że Niewiarski był siwym starcem194. Z protokołem nie zgadza się też typ zadanych mu obrażeń – do bicia dozorcy kijem po głowie przyznał się Julian Chorążak195, a świadkami byli oficerowie WUBP, Szott i Woźniak196. Tymczasem zwłoki przypisane Niewiarskiemu nie noszą żadnych śladów bicia, według protokołu śmierć nastąpiła od postrzału.

Musiała zajść pomyłka i ciało dozorcy znajduje się wśród nierozpoznanych197. W pośpiechu pomyłki były prawdopodobne: biegli pracowali w upale, oględziny rozpoczęli 5 lipca, a musieli skończyć przed pogrzebem 8. Ocena wieku jest zresztą najsłabszą stroną protokołów.

Kolejne wątpliwe połączenie ciała z osobą dotyczy Lejzora Harendorfa198, lat 47, którego wiek w opisie zwłok oceniono na 35–40 lat. W relacji złożonej w Shoah Foundation jego znajomy Carl Langer mówi, że Harendorf był wspólnikiem jego ojca w interesach w Częstochowie i że wybrał się do Kielc sprawdzić, czy ktoś z jego rodziny przeżył199. Był więźniem Auschwitz, stracił tam palce u stóp. Ciało przypisane Harendorfowi ma jednak kończyny bez obrażeń.

NN

5 lipca doktor Latałło ze Szpitala Miejskiego w Kielcach wysłał telefonogram do Prokuratury Wojskowej, w którym zawiadamia, że „w związku z zajściem awantury w dniu 4 lipca 1946 roku w Kielcach przy ulicy Planty 7, przywieziono do tutejszego szpitala 43 osoby rannych, w tym 42 osoby Żydów i 1 Polak200. Zwłok przywieziono 36 osób, w tym 34 Żydów, 2 Polaków. Ze względu na wysoką temperaturę Zarząd Szpitala prosi o jak najszybszą decyzję co do pochowania zwłok”201.

Aż osiemnaście osób liczy grupa nierozpoznanych ofiar pogromu. Można to wytłumaczyć tym, że byli przyjezdnymi, których w Kielcach nikt nie znał, ofiarami tzw. akcji wagonowej202.

Inaczej wyjaśnia to Jechiel Alpert: „wchodzę do kostnicy i widzę, kto leży, twarze były tak zmasakrowane, że nie wszystkich poznałem. Leżała tam jedna dziewczynka, chyba miała 14 lat, Rachela203. I zapomniałem jeszcze powiedzieć, że moja żona dzwoniła do Buska, to było uzdrowisko, bo jedna z naszych koleżanek była tam na leczeniu, a ta Rachela odwiedziła ją. I moja żona do nich dzwoni do Buska, żeby nie ważyły się teraz przyjechać, żeby czekały, aż wszystko przejdzie. Kiedy dzwoniono do niej, żeby nie przyjeżdżała, ona była tak zdenerwowana, że powiedziała, że nie może usiedzieć. Przyjechała i zginęła. I ja widziałem tę Rachelkę, poznałem ją w kostnicy, ale mówię: »To jest przecież niemożliwe. Hania do nich dzwoniła, żeby nie przyjechała«. Więc myślę: to niemożliwe, żeby to była ona. I jej nazwiska nie podałem”204.

Bajla (Belka) Gertner

Rachelka Sonberg (Sander, Zander)

Osoby nierozpoznane są w większości miernej budowy, a ich ciała zdradzają ślady wojennych przejść. Numer pierwszy na liście przydzielono omyłkowo Abramowi Wajnrybowi, którego potem zidentyfikowano205.

Pozbawiony numeru był za to „nieprzytomny mężczyzna nieustalonego imienia”: „rana tłuczona lewej małżowiny usznej z krwawieniem z lewego ucha. Rana tłuczona w okolicy prawej kości ciemieniowej 4 centymetry. Obrzęk i sińce obu oczu, duży obrzęk na szyi po stronie lewej. Chory nieprzytomny, tętno 60 uderzeń na minutę, twarde”206. Brak świadectwa zgonu. Być może jest to towarzysz Józefa Fajngolda, Wolf Zylbersztajn, który był początkowo nieprzytomny, ale wyzdrowiał, bo 1 sierpnia uczestniczył już w zebraniu ziomkostwa kieleckiego w Łodzi207.

Pozostali o nieustalonej tożsamości:

NN 2, kobieta lat około 22, wzrost 160 cm, uszkodzenie czaszki i rany kłute, oczy piwne;

NN 3, kobieta lat 15–16, wzrost 153 cm, wklęśnięcie potylicy od ciosu bagnetem, oczy niebieskie;

NN 4, mężczyzna lat około 35, wzrost 165 cm, brak wzmianki o obrzezaniu, wgniecenie czaszki, złamanie obu szczęk, wybite zęby, rany od postrzału, oczy piwne;

NN 5, mężczyzna lat około 30, wzrostu nie podano, obrzezany, uszkodzenie czaszki i postrzał brzucha, oczy piwne;

NN 6, mężczyzna lat około 30–35, wzrost 163 cm, obrzezany, czaszka przestrzelona, oczy piwne;

NN 7, mężczyzna lat około 35, wzrost 168 cm, obrzezany, zmiażdżenie kości czaszki, oczy brunatne208;

NN 8, mężczyzna lat około 30, wzrostu nie podano, obrzezany, uraz głowy od bagnetu, oczy szaroniebieskie;

NN 9, mężczyzna lat około 30, wzrost 179 cm, obrzezany, zmiażdżenie kości skroniowej, rany postrzałowe, oczy piwne;

NN 10, mężczyzna lat około 35–40, wzrost 157 cm, obrzezany, twarz zmasakrowana nie do poznania, rany kłute, oczy piwne;

NN 11, mężczyzna, wieku nie podano, wzrost 164 cm, obrzezany, obrażenia głowy zadane np. dużym kamieniem, rany postrzałowe, koloru oczu nie podano;

NN 12, mężczyzna lat około 30, wzrostu nie podano, obrzezany, zmiażdżona głowa i rany od bagnetu, oczy szaroniebieskie;

NN 13, mężczyzna, wieku nie podano, wzrost 176 cm, obrzezany, obrażenia zadane np. sztabą żelazną, rany postrzałowe obu rąk, oczy piwne;

NN 14, mężczyzna lat około 24, wzrost 155 cm, obrzezany, zmiażdżenie kości czaszki, oczy niebieskie;

NN 15, kobieta lat około 20–25, wzrost 146 cm, zmiażdżenie kości czaszki, oczy szaroniebieskie;

NN 16, mężczyzna lat około 35, wzrost 160 cm, obrzezany, uszkodzenie kości czaszki, oczy piwne (zasłaniał się ręką, bo wlot kuli jest pod pachą);

NN 17 z oczami jasnopiwnymi, lat 35, wzrost 153 cm, w szóstym miesiącu ciąży, złamana podstawa czaszki od ciosów w głowę209;

NN 18, kobieta lat około 35, wzrost 154 cm, śmierć od urazów czaszki, oczy niebieskie.

W grupie nierozpoznanych znajdują się wspomniana już Rachela Sander (Zander, Sonberg), prawdopodobnie NN 3, oraz Dawid Fajnkuchen210, prawdopodobnie NN 13, których zwłoki widziano na Plantach, ale w szpitalu nie dopełniono identyfikacji.

Być może w tej samej grupie znalazł się też poszukiwany przez rodzinę Menasze Tajtelbaum, o ile nie był on mężczyzną, którym w czasie pogromu, w zastępstwie zastrzelonej Estery Proszowskiej, zaopiekowały się Estusia Mappen z mamą211. Menasze był kuzynem szesnastolatka Naftalego212, kolejnej ofiary pogromu. Jego kuzyn, Zelig Tajtelbaum, był tego dnia w Kielcach i odwiedzając dom rodzinny przy ulicy Targowej 10/13, sam cudem uniknął śmierci213.

Berl Frydman z żoną

W tej grupie muszą też być zwłoki blacharza Berla Frydmana, zdaniem niektórych pierwszej ofiary pogromu214. W archiwum Estery Mappen znajduje się poruszająca fotografia Frydmana z żoną215.

Jak wynika z listy transportu przybyłego 7 lipca 1946 roku z Kielc do Łodzi, kielecka lista oględzin lekarsko-sądowych jest niepełna. Brak na niej na przykład małżeństwa Sacharów216. Z innych dokumentów wynika, że w Łodzi znajdowało się przeszło czterdziestu rannych217, choć informacje prasowe informują o 27218. Z kart szpitalnych odczytać można nazwiska 22 osób, z czego o Symsze Sokołowskim wiadomo, że zmarł 26 lipca219. Prokuratorowi Zbigniewowi Mieleckiemu, prowadzącemu drugie śledztwo kieleckie, udało się ustalić jeszcze nazwiska pozostałych pięciu rannych, ale nie było wśród nich obojga Sacharów z listy CKŻP.

Na liście zebrania organizacyjnego Komitetu Żydów Kieleckich, które odbyło się w Łodzi 1 sierpnia 1946 roku, pojawiają się nazwiska Natana i Motela Grynewidzów220, Eliasza, Hindy i Jankiela Średnich, Neli Fiszel221, Chai (Anny) Bańszczyk, Lodzi Micmacher oraz Izraela Terkieltauba222.

Biegli

Inspektor Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia, doktor Józef Ocepa, zeznawał na procesie lipcowym.

Przy sekcji zwłok w kostnicy szpitala św. Aleksandra – mówił – oprócz mnie był lekarz miejski doktor Janowski, doktor Majewski oraz doktor Bawor223. Były badane zwłoki, najpierw rozpoznane, a później nierozpoznane. Przy zwłokach stwierdzono zmiażdżone czaszki i rany postrzałowe. Przy zwłokach Seweryna Kahane stwierdziłem rany postrzałowe. Stwierdzono, że rany powstały wskutek uderzenia twardym narzędziem. Niektóre czaszki były mocno zdeformowane. Pomiędzy zwłokami były zwłoki kobiety ciężarnej w 6 miesiącu ciąży224. Ogółem zbadałem 16 zwłok obojga płci. Dzieci między nimi nie było.

Zwłoki czterotygodniowego Abrama Fisza badał inny lekarz, wspomniany przez Ocepę doktor Janowski. Mówił: Ogółem obejrzałem 20 zwłok w 2 etapach. Czaszki były w 100 procentach strzaskane. U dwóch były rany postrzałowe. Poza tym u niektórych stwierdziłem rany od kłucia nożem, względnie innym narzędziem. Rany te jednak nie mogły być śmiertelne. U jednych zwłok stwierdziłem wbitą przez szyję sterczącą na zewnątrz drzazgę225. Uszkodzenia musiały być zadawane z ogromną siłą. U zwłok jednej kobiety, Rywki Fisz, stwierdziłem ranę postrzałową głowy na wylot.

Biegły doktor Majewski, lekarz Szpitala Miejskiego w Kielcach, zeznawał: Dokonałem oględzin 42 osób, w tym 10 kobiet. U 5 stwierdziłem rany postrzałowe, u 2 rany od kłucia, reszta miała rany przeważnie od tłuczenia twardym narzędziem. Kilka osób było bardzo ciężko rannych, w tym 2 do 3 osób niepewnych, pomimo ran powierzchownych. U jednej kobiety stwierdziłem na piersiach plamy, ślady i podbiegnięcia krwawe226. Jedna kobieta w ciąży kłuta była w brzuch (Gienia Samborska vel Płótno), miała ranę trójkątną. Macica była przebita, trzeba było operować. Dziecko zmarło, kobieta po operacji czuje się dobrze.

Doktor Ocepa był wtedy inspektorem lekarskim województwa. „Jako lekarz widziałem w czasie wojny wielu zabitych i zmasakrowanych, na przykład przez Gestapo. Ale tak makabrycznie pomiażdżonych głów i poszarpanych na strzępy ciał nie widziałem nigdy. Nawet zwłoki postrzelone nosiły ślady pośmiertnej masakry”227.

Zwrot nadużywany w protokołach: „śmierć nastąpiła natychmiast”.

Julia Pirotte zrobiła w szpitalu i kostnicy sporo zdjęć, nie wszystkie daje się oglądać228. Na jednym kojarząca się z Auschwitz plątanina zwłok, które zrzucano byle jak z noszy i z ciężarówek229. Na innym trzy obdarte z ubrań (część odzieży zrabowano230) ciała ułożone na czarno-białej mozaice szpitalnej podłogi, takiej samej jak na Plantach. Najbliżej ułożono starszego mężczyznę, być może doktora Kahanego lub Berla Frydmana231.

W tej samej scenerii zwłoki Rywki Fisz i jej synka ubranego w staromodne śpioszki. Wyraźnie widać kwiecisty wzór na sukience i modną fryzurę Rywki232.

Szpital św. Aleksandra

Żydowskie pogotowie lekarskie „Jutrzenka” zawiesiło swoją działalność w 1939 roku, przekazując ambulanse szpitalowi żydowskiemu, który mieścił się przy ulicy Aleksandra233. Cztery lata wcześniej szpital żydowski, wybudowany z funduszy Gminy, został połączony z kieleckim Szpitalem Miejskim. Nie będzie więc dużej przesady w stwierdzeniu, że rannych w pogromie kieleckim przywożono żydowskimi ambulansami do żydowskiego szpitala234. W dodatku CKŻP pokrył koszty hospitalizacji i pogrzebu235.

Aron Binsztok1 (Binensztok), fot. Julia Pirotte

Dwaj niezrozpoznani ranni w szpitalu św. Aleksandra, fot. Julia Pirotte

Rafael Blumenfeld opowiada: Zawieźli nas do szpitala. Ale to nie był koniec przykrości. W szpitalu baliśmy się pielęgniarek, podejrzewaliśmy, że ktoś tu się tylko przebrał za siostry miłosierdzia i po prostu chce nas dobić. Komuś zginęła biżuteria. Ktoś inny skarżył się, że przy myciu oblano go wrzątkiem. Kogoś fryzjer ogolił na łyso, a kogoś innego czesał, wyrywając włosy. W sali opatrunkowej można było usłyszeć: „Jeszcze żyjesz, skurwysynu?”236. Baliśmy się, że nas otrują. Zaczęliśmy się buntować, żądać, żeby nas stamtąd zabrali. Dlatego przewieźli nas do Łodzi237.

Jechiel Alpert: „W niedzielę przychodzi do mnie do pokoju jakiś pan Gertler, wielki milioner w Niemczech, jeden z najbogatszych Żydów. I mówi do mnie: »Słuchaj, w szpitalu ogłosili strajk głodowy, nie chcą jeść, bo jak patrzą na milicjantów, którzy ich pilnują, to sobie przypominają mundury tych, którzy ich mordowali w kibucu«”238. Gertler dołożył się do kosztów transportu rannych do Łodzi. Przewożący ich pociąg pancerny został po drodze ostrzelany239.

Alpert wspomina, że jeszcze wcześniej w Kielcach, gdy chcieli przenieść rannych do polikliniki UB, nie można było znaleźć sióstr, które by się nimi opiekowały. Z żydowskich lekarzy był jedynie doktor Bałanowski. Pojechali po pomoc do Częstochowy, gdzie było duże skupisko żydowskie. Ale każdy miał wymówkę: a to matka chora, a to coś innego, ani jeden się nie zgodził.

Zgłosiła się tylko jedna siostra, Helena Majtlis.

Siostra Helena Majtlis

W Częstochowie cieszyłam się wielką sympatią. Mieliśmy duży dom w śródmieściu, dom Majtlisa, tak go nazywali. Ja do tego domu po wojnie już nigdy nie weszłam, bo tam cała moja rodzina zginęła. Gdzie indziej miałam pokoik. Ludzie przyszli, koc mi przynieśli, poduszkę mi przynieśli. Z taką wielką życzliwością spotkałam się240.

Któregoś dnia pukanie do drzwi. Otwieram, a tam żołnierz. – Helena Majtlis? – pyta. – Przyjechałem z Kielc, Antek Cukierman241 przysłał po panią. – Co się stało? – W Kielcach jest pogrom, jest potrzebna pielęgniarka. Pojechaliśmy ciężarówką. Ja siedziałam obok szofera, dalej on siedział z pepeszą, a drugi z pepeszą z tyłu, z granatami. Straszna była ta droga kielecka. Jak myśmy jechali, to też rzucili granat. Baliśmy się bardzo, rozglądaliśmy się na wszystkie strony.

Przyjechaliśmy do Kielc, a tam całe ulice zalane krwią. Nie mogłam sobie wyobrazić, że tak w ogóle może być. Byłam zupełnie oszołomiona tym widokiem. Skąd tyle krwi? Czyja to krew? Jeszcze nie mogłam zrozumieć, że to jest tylko żydowska krew.

Przede wszystkim kazano mi przewieźć chorych ze szpitala miejskiego do polikliniki UB, bo personel szpitala miejskiego źle obchodził się z chorymi. Na lekarzy się nie skarżyli, ale na tamte pielęgniarki242. Na przykład jeden pacjent Żyd miał cięcie dosłownie przez całą górę głowy, tak że czaszkę było widać, i bardzo krwawił243. Pielęgniarka zdejmowała mu opatrunek. Bolało go strasznie przy zrywaniu, krzyczał, to go uderzyła w twarz. Powtarzam to, co mówił mi ten pacjent. Gdy ja mu ten opatrunek zmieniałam, łzy mu się leją i mówi: „Teraz to ja wierzę, że pani jest Żydówką”. Straszna rana, szyć już nie można było, bo to już było po kilku dniach. To stary Żyd był.

Opowiadał mi chory, jeden z pacjentów, że wyszedł ksiądz i powiedział: „No tak, tak, jesteście ranni, ale ile naszych dzieci pomordowanych?”. No to siostrzyczki potem się mściły na tych chorych.

Ja nie znałam języka żydowskiego. Z początku ci ranni nie wiedzieli, że ja jestem Żydówką, więc mnie odpychali. Musiałam ich dopiero przekonać, że chcę im pomóc. Było nas tylko dwoje Żydów fachowców na miejscu: ja, jedyna pielęgniarka, i doktor Bałanowski. Więcej personelu nie było, choć też byli sanitariusze, wojskowi, którzy pomagali.

Trudno mi powiedzieć, ilu było rannych, a ilu zabitych. Wiem tylko, że z tych przywiezionych zmarło nam sześć osób244. Na zmianę żeśmy pracowali przy tych chorych. Byliśmy tak zmęczeni, że trudno sobie wyobrazić.

Muszę powiedzieć, że Czerwony Krzyż zachował się nadzwyczajnie. Całą penicylinę, jaką mieli, dali do naszej dyspozycji. A także soki – chorzy przecież wołali: „Pić, pić!”. To był lipiec, straszne upały. No i lekarzy się prosiło, i tam specjaliści byli potrzebni, neurolog był potrzebny i chirurg. To polscy lekarze przychodzili, zachowywali się bardzo przyzwoicie i z wielką troskliwością. To byli lekarze z prawdziwego zdarzenia, muszę powiedzieć na ich usprawiedliwienie.

Ja byłam po obozie, wycieńczona, no i już po prostu mdlałam ze zmęczenia. Po prostu traciłam przytomność. Ja byłam wygłodzona po tych latach, a tu po prostu nie miałam czasu jeść. Byłam tam dwa tygodnie chyba.

Stan rannych był bardzo ciężki. Wielu było nieprzytomnych, bo przeważnie mieli rany głowy – przede wszystkim bito ich w głowę. To byli tak ciężko chorzy, tak wystraszeni, że z początku jak podchodziłam, to musiałam ich prawie wyciągać spod łóżka. Z bardzo wieloma chorymi w ogóle nie można było kontaktu nawiązać. Tam na przykład leżał młody chłopak, który z powodu uderzeń w głowę był sparaliżowany. Chłopak był w ogóle młody, dwudziestokilkuletni, bardzo przystojny245.

Ale ja się tych żołnierzy pytałam: „Tyle rannych. Kto to zrobił? Kto to zrobił?”. Mówili mi: „Pani, tłumy, wszystkie fabryki wyszły”. No, to jest trudno sobie wyobrazić. No, cały naród ich bił, robotnicy, nie robotnicy, kto tylko mógł, ich tłukł. Kto tylko mógł. Wszyscy, wszyscy. I przeważnie w głowę. To był lód, lód i lód, jeszcze raz lód w robocie – ciągle kładło się im lód na głowę.

Na pogrzebie były całe Kielce razem z tymi robotnikami, którzy brali udział w pogromie. Ci sami, wszystkie fabryki. Dlaczego to zrobili? No zrobili dlatego, że tamta Biskupska wyszła na ulicę i krzyczała, że jej zamordowano dziecko, zamordowano. A to dziecko schowała sama Biskupska246. To był motyw przecież tego pogromu.

23 lipca 1946 roku Julian Goldwaser, mgr Jechiel Alpert i doktor Bałanowski, w imieniu komórki kończącej działalność Komitetu Żydowskiego w Kielcach, na ozdobnym blankiecie skierowali do Heleny Majtlis „za ofiarną, za pełną poświęcenia, troskliwą, bezinteresowną pomoc ciężko rannym ofiarom pogromu kieleckiego od dnia 8 do dnia 23 lipca br. (…), w imieniu rekonwalescentów i pozostałego społeczeństwa żydowskiego z głębi serca płynące podziękowania” 247 .

Kapitan Semen Mielnik

Mówi Semen Mielnik, żołnierz radziecki, który przypadkiem znalazł się w Kielcach kilka godzin po pogromie248.

W 1946 roku wysłali mnie do Kielc. Pytają: Mówisz po polsku? – Mówię.

Wzywa mnie komendant dywizji i mówi: „Siemion, pojedziesz do Kielc po zaopatrzenie dla wojska”. Tam były wielkie magazyny armii naszej i polskiej. Przyjeżdżamy do Kielc, ale na wjeździe do miasta stoi polski żołnierz i nas nie wpuszcza. Oprócz mnie było nas w tym samochodzie – amerykańskim – jeszcze ośmiu. Ten żołnierz mówi twardo: „Nie ma wjazdu”. Podszedł do niego generał i tłumaczy, że my z Komisji i musimy wjechać do miasta do składów.

Ja podszedłem, on mówi: „Nielzja! – Dlaczego? – Bo w mieście był pogrom”. Dostałem rozkaz nikogo nie wpuszczać. Ale wpuścił, bo mieliśmy przepustkę. Miasto był otoczone wojskiem, co dziesięć metrów stał żołnierz. Dowódca powiedział: „Idź i zorientuj się w sytuacji”.

Poszedłem, a miasto całe we krwi. To było straszne. To był 4 lipca 1946 roku249. Zabili wszystkich Żydów, którzy zjechali do Kielc z różnych gett. Dla mnie, dla żołnierza i oficera, który sam był w getcie, to było niewiarygodne, nie do uwierzenia. Rozebrane trupy, martwe kobiety. Szedłem po pustym mieście. Na ulicach nikogo. Tylko zwłoki leżały jeszcze ciepłe. To było 5–6 godzin przed naszym przyjazdem.

Zachodzę do szpitala. Straszne rany ludzie mieli, straszne. Dziewczynka mała, ręka prawie odcięta. Prowadzą mnie do głównego lekarza. Siedzi z grupką lekarzy, popijają. Pytam, gdzie jest ordynator. To ja – mówi tamten. – Czego pan sobie życzy, kapitanie? – Co się dzieje w waszym mieście? – A on mi odpowiada: Zrobiliśmy, czego Niemcy nie skończyli. – Ale za co? – A najechało tu do nas Żydów jak szarańczy250…

Ja chwytam za kaburę, chcę zastrzelić tego lekarza. Z tyłu stał dowódca naszej grupy, generał. Chwyta mnie za rękę: „Co ty, Siemion, uspokój się!”.

Wyszedłem z tego szpitala chory251.

Pogrzeb

Gdy tylko zakończono oględziny zwłok, w poniedziałek 8 lipca odbył się pogrzeb na Pakoszu. Pochowano tam żydowskie ofiary pogromu252.

„Wpatrywałem się w twarze ludzi zebranych po obu stronach ulicy, którą szedł kondukt, i próbowałem coś z nich wyczytać – wspomina naczelny rabin Wojska Polskiego, Dawid Kahane. – Trudno powiedzieć, by malował się na nich żal albo smutek. Przeciwnie, na niektórych przebłyskiwał krzywy uśmieszek i to przeważnie on odprowadzał mnie na cmentarz”253.

Kondukt szedł z Bazarów i Szpitala Miejskiego ulicami Słowackiego, późniejszą Marchlewskiego, Marmurową i Pakoszem254. Za przedstawicielami władz państwowych i wojskowych jechały ciężarówki, po jednej, dwie trumny na każdej255. Na czele konduktu wieziono trumnę prezesa Seweryna Kahanego, przykrytą biało-niebieską flagą. Potem czwórkami szli robotnicy z Ludwikowa, Granatu, Tartaków, Kadzielni. Dalej wszystkie urzędy i szkoły.

„W chwili gdy kondukt już prawie ruszał, z bocznej uliczki wyszła nagle grupa przerażonych ludzi eskortowanych przez wojsko. Byli to kieleccy Żydzi, którzy przeżyli pogrom i zostali umieszczeni w budynkach służby bezpieczeństwa”256.

Julia Pirotte udokumentowała pogrzeb, dlatego znamy nawet napisy na wieńcach: „Ofiarom kieleckim American Joint Distribution Committee” (szarfę trzyma Miriam Rozenkranc, obok niej wieniec trzyma Niusia Borensztajn)257. „Ofiarom mordu – Miejska Rada Narodowa”258 – na pierwszym planie przewodniczący.

Dalej grupa oficerów, skupionych wokół dowódcy pułkownika Stanisława Kupsza, prezentuje wieniec od wojska. Widać tylko końcówkę napisu: „W bestialski sposób przez zbirów faszystowskich…”259.

Osobno, bez kwiatów, idzie sześciu żołnierzy różnych formacji. Pierwszy od prawej, z opatrunkiem na głowie, kapral celowniczy WP Maks Erlbaum, ranny na Plantach260. Następny – porucznik Zygmunt Majewski z WUBP, który wyratował rodzeństwo Średnich261. Trzeci porucznik Albert Grynbaum z PUBP, który do południa organizował obronę na Plantach262. Kolejny, w jasnej bluzie z odznaczeniami, major Adam Kornecki263, poprzednik Sobczyńskiego w kieleckim UB, do Kielc ściągnięty na potrzeby śledztwa. Piąty jest zastępca Sobczyńskiego w WUBP, kpt. Mieczysław Kwaśniewski. Szereg zamyka porucznik Sylwester Klimczak z WUBP, który uratował Ewę i Estusię Mappen264.

Pogrzeb ofiar pogromu kieleckiego, fot. Julia Pirotte

Nie ma nigdzie wzmianek o uczestnictwie reprezentantów duchowieństwa katolickiego w pogrzebie265. Rafael Blumenfeld wspomina jednak, że gdy kondukt znalazł się „w pobliżu cmentarza żydowskiego, pojawiła się nieoczekiwanie procesja polskich dzieci i młodzieży, które śpiewały katolickie pieśni i niosły w rękach krzyże i kościelne sztandary. Dzieci nie przerwały śpiewów i nawet nie odwróciły wzroku w stronę konduktu pogrzebowego, który nadciągał z naprzeciwka”266.

Cmentarz żydowski był ufortyfikowany jak twierdza: żołnierze stojący wzdłuż wysokiego drewnianego płotu uzbrojeni byli w karabiny i pistolety maszynowe267. Na cmentarzu, równolegle do ulicy Pakosz, wykopano dół, mający pomieścić ponad czterdzieści trumien.

Żołnierze niespiesznie wyładowywali je z ciężarówek i układali na skraju wykopu. Jeden, stojąc na skrzyni auta, podsuwał trumnę do brzegu, drugi podchodził, brał ją na ramię i podnosił, robiąc miejsce kolejnym – każdą trumnę niosło w ten sposób czterech mężczyzn. Na zdjęciach Pirotte widać wyraźnie ich twarze: Alberta Grynbauma i Mieczysława Kwaśniewskiego oraz cywili, Zygmunta Majewskiego i Herszla Kotlickiego268. Potem znajoma twarz: tuż obok, na górze wykopu, stoi Marek Edelman269.

Trumienkę Abrama Fisza270 niósł jego ojciec271.

Przy dźwiękach marsza żałobnego trumny zostały ułożone w wykopie. Rozpoczęły się przemówienia. Minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz oznajmił, że pogrom był dziełem emisariuszy Rządu Polskiego na Zachodzie i generała Andersa.

Zapowiedział proces, który ukarze winowajców. W imieniu rządu przemówił minister odbudowy, profesor Michał Kaczorowski, a w imieniu CKŻP – doktor Adolf Berman272.

Gdy przystąpiono do pochówku religijnego, zaczął padać deszcz. Władysław Dzikowski pisze: „Zostałem, aby zobaczyć egzotyczne obrzędy. Modłom przewodniczył naczelny rabin WP, płk Kahane, pochodzący z Kielc. Modlący się założyli śmiertelne koszule273. Chór przywieziony z Warszawy odśpiewał przeraźliwie smutne pieśni274, trąbiono też na baranich rogach”. Dzikowski przytacza dwa fragmenty mowy, którą wygłosił rabin Kahane275.

Pogrzeb ofiar pogromu, na wprost pośrodku nad grobem stoi Marek Edelman; trumnę niesie m.in. Hersz Kotlicki (bez munduru, po prawej)

„W starym Zakonie, gdy znaleziono człowieka zabitego, należało go pochować, a następnie stojący nad mogiłą żywi mówili: Panie, nie jesteśmy winni śmierci tego człowieka276. Ilu w tej wielkiej pogrzebowej masie mogłoby powtórzyć to zdanie?”.

„Po całym obszarze Polski po strasznych dniach hitlerowskich rozsypane są mogiły poległych. Oczywiście w większej części Polaków, ale także Żydów277. Jakże odmiennie są traktowane. Przechodzień, gdy zobaczy mogiłę partyzancką lub pomordowanych Polaków, zatrzyma się, zdejmie czapkę i pomodli się lub ciszą uczci to miejsce. Lecz jeśli będzie to mogiła Żyda, powie: Parchaty Żyd. A potem splunie na grób i pójdzie”.

Wyjdź

Syjonistyczne „wyjdź”278 rozumiał każdy religijny Żyd, bo w Księdze Rodzaju Pan mówi do Abrahama: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę” (Rdz 12, 1). Nazajutrz po pogromie nabrało to nowego znaczenia.

Rozpoczął się odpływ, największa fala emigracyjna w powojennej historii Polski279. O ile wcześniej granicę państwa przekraczało nielegalnie około tysiąca Żydów miesięcznie, po pogromie liczba ta wzrosła sześćdziesięciokrotnie (szacunki dotyczą lipca, sierpnia i września)280. Po zakończeniu repatriacji z ZSRR, tuż przed pogromem kieleckim, było w Polsce ponad 210 tysięcy Żydów, rok później liczba ta spadła o sto tysięcy281. Fala emigracji osiągnęła apogeum w sierpniu 1946 roku – wyjechało wówczas 33 346 osób282.

Zanim jednak fala ta wezbrała, trzeba było zająć się ocalałymi. W utkanym ze staromodnych ablatiwów sprawozdaniu Jointu z okresu 6–14 lipca 1946 roku czytamy, że z ponad sześciuset „po pogromie zostało w Kielcach 168 Żydów, w tym 11 rannych umieszczonych w Szpitalu Miejskim, 27 rannych ewakuowano do Łodzi. Większa część tych ludzi (około 100 osób) została umieszczona w gmachu Urzędu Bezpieczeństwa, reszta w dwóch przylegających domach, ul. Focha 18 i 20, gdzie przebywa pod ochroną władz bezpieczeństwa.

Warunki mieszkalne w gmachu bezpieczeństwa są niezadawalające: ludzie stłoczeni w trzech pokojach, w tym co prawda dość duża sala świetlicowa, śpią na podłodze, stołach i krzesłach. Dłuższy pobyt w tych warunkach jest niedopuszczalny, ale na razie, wobec niepewnej jeszcze sytuacji, nie było innego wyjścia. Ludzi tych nie wypuszcza się na miasto ze względów bezpieczeństwa.

(…) Sytuacja w Kielcach wydaje się być całkowicie opanowaną przez władze bezpieczeństwa i po mieście krążą liczne patrole wojska i milicji oraz samochody pancerne. Przeprowadzane są liczne aresztowania podejrzanych o udział w pogromie. Niepokojące natomiast wieści nadchodzą z okolicznych miejscowości, jak Skarżyska, Ostrowca i innych283.

W fabrykach Skarżyska zostały zorganizowane wiece protestacyjne przeciwko pogromowi, ale robotnicy nie dopuścili mówców do słowa i ciężko ich pobili. W mieście wytworzyły się nastroje pogromowe”284.

Wtedy decyzją władz centralnych „wszyscy Żydzi z terenu kieleckiego zostali przymusowo rozproszeni po całym kraju”285. Problem uznano za rozwiązany. Była to strategia, którą zastosowano już rok wcześniej po pięciu zabójstwach w Radomiu w sierpniu 1945 roku. Szef delegacji KC PPR napisał wówczas: „Ponieważ po wyjeździe Żydów z Radomia nastąpiło poważne odprężenie, wydanie specjalnej odezwy do społeczeństwa, nawołującej do walki z rasizmem, nie wydało mi się wskazane i dlatego nie wydano jej”286.

Pomyślano też o profilaktyce pogromowej. Sygnalizuje ją charakterystyczny tytuł w „Gazecie Ludowej” z 11 sierpnia 1946 roku: „Żydzi kierowani będą do pracy produkcyjnej”287.

Dom przy Planty 7/9 po pogromie

Rozdział 3: Henio i inni

Janek Binkowski, lat 9

Janek Binkowski ze Starowarszawskiego Przedmieścia, zwanego „gęsim”, uczeń trzeciej klasy szkoły powszechnej na Pocieszce, uciekł z domu równo miesiąc przed pogromem, 4 czerwca 1946 roku. W domu się nie przelewało. Nigdy nie starczało na zeszyty, za co wciąż dostawał burę od pani w szkole. Ojciec, wyrobnik stolarski w tartaku na Henrykowie, siedział w więzieniu. Matka prała ludziom bieliznę po domach. Poza Jankiem miała na utrzymaniu jeszcze dwoje dzieci, więc najstarszy syn musiał sobie dawać radę sam. Nie dawał, a matka tylko krzyczała. Gdy dwa tygodnie po pogromie chłopiec się odnajdzie, poskarży się przesłuchującemu go oficerowi, że uciekł, bo bał się, że za wagarowanie trafi do więzienia. Długa opowieść Janka o miesięcznym tułaniu się po Pocieszce to historia zaniedbanego dziecka, bardzo podobnego do Henia Błaszczyka, którego zaginięcie było zapalnikiem pogromu.

W dniu 4 czerwca 1946 roku zachodząc do szkoły o godzinie 11.00, zostałem wyrzucony z klasy przez panią za to, że przyszedłem bez zeszytów – opowiadał potem Janek na przesłuchaniu w UB. – Przychodząc do domu o godzinie 15.00, zjadłem obiad i po obiedzie wyszedłem na ulicę i chodziłem po mieście do wieczora. Będąc na ulicy w czasie szarówki, zaczepiłem przechodzącą panią, prosząc ją, żeby mnie przenocowała. Pani ta wzięła mnie do swego domu, gdzie spałem całą noc u niej. Na drugi dzień, to jest 5 czerwca 1946 roku, poszedłem do jednego szewca, prosząc się, aby mnie przyjął do służby, lecz on powiedział, że gdyby miał krowę, to by mnie przyjął za pastucha, ale krowy nie ma, więc nie jestem mu potrzebny. Będąc u tego szewca, wypytywał mi się, skąd jestem i czy mam rodziców. Odpowiedziałem, że tatusia i mamusi nie mam, bo tatuś został zabrany do więzienia, a mamusia mi umarła. Na trzeci dzień i na czwarty kręciłem się po mieście. Dwie noce nocowałem na ulicy Radomskiej. W sobotę przed Zielonymi Świątkami poszedłem do jednego pana na Pocieszce, żeby mnie przyjął do służby, to będę mu pasał krowy, lecz że ten pan nie miał krów, tylko kozę, więc nie chciał mnie przyjąć do siebie. Będąc przez Zielone Świątki u niego, w pierwszy dzień po świętach zabrał mnie i zaprowadził na Szydłówek do jednego gospodarza, który szukał chłopca do pasienia krów. Na Szydłówku pasłem u niego krowy przez dwa tygodnie i ponieważ on był biedny, to mało dawał mi jeść, natomiast kazał mi co dzień wyrzucać gnój i słać pod krowy. Po dwóch tygodniach uciekłem od Sztańca Józefa i poszedłem na Piaski do jednej starej babki, gdzie pasłem trzy krowy. U babki tej byłem tydzień czasu i postanowiłem również od niej odejść, i po odejściu poszedłem do gospodarza nazwiskiem Jagielski Karol, zamieszkały na Piaskach. We wtorek, tj. 16 lipca 1946 roku, Jagielski kazał swojemu synowi Bogdanowi przyprowadzić mię do Kielc do mojego domu288.

Matki i ojcowie

Zanim to nastąpiło, mama Janka, czterdziestoczteroletnia niepiśmienna kielczanka, złożyła meldunek o zaginięciu syna, a następnie przez miesiąc bez żadnej reakcji czekała na jego powrót. Zapytana, co w dniu pogromu robiła na Plantach, gdzie ją aresztowano, opowiedziała, że rano przyszły do niej sąsiadki z wieścią, że jest straszny ruch na placu pod domem żydowskim i żeby poszła sprawdzić, czy nie ma tam jej syna. Mówią, że Żydzi zamordowali polskie dzieci, może zabili też jej Janka?

Kiedy dowiedziałam się o dziejącym się wypadku – mówi Binkowska – poszłam do domu żydowskiego, w którym miały być zamordowane dzieci. Trudno było się dopchać, więc udałam się na milicję. Zapytałam, czy nie wiadomo, jakie dzieci zostały zamordowane. Może mogłabym tam się przejść w towarzystwie milicjantów i sprawdzić piwnice? Ale powiedziano mi tylko, że jak tam syna znajdą, dadzą znać. Wyszłam więc z milicji i udałam się na ulicę Sienkiewicza. Na rogu Sienkiewicza i Planty zaczęłam płakać, krzyczałam, że Żydzi zamordowali mi syna. Wtem podszedł do mnie wojskowy i powiedział mi, żebym się uspokoiła, że „jak się odnajdzie, to pani się dowie”. I odszedł. Ja się nie uspokoiłam, lecz płakałam i mówiłam, że Żydzi zamordowali mi syna. Podszedł do mnie drugi wojskowy i mnie aresztowano289.

Binkowską, rozpaczającą pod domem żydowskim, zapamiętała autorka anonimowej relacji, którą posłużyli się mecenas Jan Wrzeszcz i ksiądz Mieczysław Żywczyński, profesor KUL, poproszeni przez biskupa Czesława Kaczmarka o sporządzenie raportu na ten temat290.

Autorka relacji twierdzi, że kiedy o godzinie 10.00 stała w tłumie na Plantach, usłyszała głos płaczącej kobiety, choć jej samej z powodu tłoku nie widziała (nie wiemy więc, czy, jak to zapamiętał Szmulek Nester, była ubrana w jasną suknię i czy włosy miała zaczesane wysoko do góry).

„Moja droga dziecina… tu ją zamordowali” – lamentowała. Dom otoczony był już przez milicję i tłum. Autorka relacji znalazła sposób, aby podejść pod bramę oblężonego domu: „Z bramy wyszedł major MO, który zwrócił się do ludzi: »Uciszcie się, to nieprawda, nic nie znaleziono, to wszystko prowokacja«291. Na to ja powiedziałam głośno: »Czy ta kobieta, płacząca o dziecko swoje, to też prowokacja?«. Gdy tłum usłyszał moje słowa, zawołał: »Precz z nim, puśćcie nas, cywilnych ludzi, my będziemy szukać, bo milicja i wojsko to są obrońce żydowscy«. Na to major się szybko z tłumu wycofał. Tłum krzyczał nadal: »Puśćcie nas, precz z Żydami, dajcie nam tu Żydów!«”292.

Jak widać z opisu, tłum na Plantach, a w nim owa anonimowa kobieta, szturmował Komitet w przekonaniu, że wspomaga osierocone matki. Takich rodziców pod domem żydowskim można doliczyć się więcej.

Antonina Biskupska

„Biskupska, ona krzyczała wszędzie, że Żydzi, bij Żydów i tak dalej – mówi starszy mężczyzna w silnych szkłach, pracownik fabryki Iskra, autor tzw. raportu Dzikowskiego293. – No i prawdopodobnie tak było, bo po całym mieście było wszędzie, że trzeba Żydów wszystkich wymordować. Takie było ogólne, może nie ogólne, ale przeważające stanowisko mieszkańców Kielc. Na procesie mówiła, że to z głupoty robiła”294.

Rzeczywiście, to słowa Antoniny Biskupskiej, lat 26, bez zawodu i wykształcenia, matki pięcioletniego dziecka. Poza okolicznością łagodzącą w postaci epilepsji i nadczynności tarczycy chyba właśnie ta skrucha przyczyniła się do złagodzenia wyroku295. Co ciekawe, jej nazwisko panieńskie brzmiało tak samo jak nazwisko Stanisława Krowy, milicjanta z pierwszego patrolu wysłanego na Planty296. Jeżeli byli spokrewnieni, ich spotkanie pod Komitetem Żydowskim mogło ugruntować pogromowy animusz.

Sensację dnia Biskupska usłyszała wcześniej przez okno, ścieląc łóżko w swoim mieszkaniu, róg Sienkiewicza i Focha. Przechodząca pod oknem kobieta lamentowała, że Żydzi pomordowali czworo dzieci polskich „na krew” i że ich ciała leżą na Plantach. „Ojej! Ojej! Pomordowane nasze polskie dzieci” – wołała, a za nią szli zaciekawieni ludzie. Poszła z nimi także Biskupska, zostawiając na podwórku swoje pięcioletnie dziecko297. Na Plantach mówiono, że „jedno dziecko uciekło od Żydów, dało znać na milicji”, w piwnicy są inne dzieci, „jeszcze ciepłe”, a pozostałe czternaścioro już wcześniej pozalewano „wapnem, aby nie było śladu”. Wtedy zaczęła krzyczeć: „Precz z Żydami! Oni nasze dzieci mordują! Oni nam niepotrzebni!”. Gdy tłum rzucał kamieniami w okna, Biskupska też rzucała. Odeszła dopiero około południa, gdy jakiś starszy człowiek powiedział: „Głupia kobieto! Ja ciebie już dłuższy czas obserwuję – idź do domu!”298. Gdy ochłonęła, na podwórku jej dziecka już nie było. Szukała go na ulicy i w parku. W końcu ktoś odprowadził je do domu.

„Sędzia Łukasik na procesie 12 lipca 1946 roku: Na co chora jest oskarżona?

Biskupska: Na tarczycę. Jak się zdenerwuję, to nie mogę się opanować.

Prokurator Golczewski: Czy oskarżona sprawdziła tę plotkę o zabójstwie dzieci? Czy badała, czy to prawda?

Biskupska: Pytałam się i ludzie mówili – widocznie prawda”299.

Biskupska, skazana na 10 lat więzienia za podżeganie i nawoływanie do zabójstwa, od października 1946 roku pisze prośby o ułaskawienie. Jej mąż Stanisław, „ideowy członek PPR”, cały dzień jest w pracy300 i nie ma kto zająć się dzieckiem. W kolejnej prośbie wspomina już nie o jednym, ale o dwojgu dzieciach, pięcio-301 i siedmioletnim302. To drugie, przybrane303, miało zniknąć z domu tego samego ranka, kiedy miał miejsce pogrom, i dlatego Biskupska poszła na Planty (na marginesie skargi rewizyjnej ktoś dopisze niebieskim ołówkiem: „nowość!”); skądinąd liczba dzieci zwiększa się w tym samym liście do trojga – zapewne skazana doliczyła też dorosłą już córkę z pierwszego małżeństwa męża, która pracowała w Ludwikowie304.

O sobie napisze tak: „Będąc dzieckiem biednych rodziców, od siódmego roku życia wychowywałam się u obcych ludzi, pracując na własne utrzymanie. Nie mam żadnego wykształcenia, oprócz jednego oddziału szkoły powszechnej, ponieważ czas, który u dziecka przeznaczony jest na szkołę, przepracowałam ciężko. Całe moje życie było walką o byt. Nie miałam ani dzieciństwa, ani młodości. Oprócz ciężkich warunków materialnych obarczona jestem ciężką chorobą epilepsją, a także powiększeniem tarczycy. (…) Połączenie tych dwóch chorób w okresie mającego nastąpić ataku odbierają mi możność normalnego myślenia i w trakcie szalonego zdenerwowania za czyny swoje nie jestem odpowiedzialną”305.

Gdyby najmłodszym dzieckiem Biskupskiej nie był pięcioletni Staś, tylko dziewczynka, jej ślad mogłoby stanowić zeznanie wicekomendanta Komendy Wojewódzkiej MO, Romana Olszańskiego-Przybyłowskiego, który wspomina, że przesłuchiwał kobietę, mieszkającą „w niedalekiej odległości od Plantów 7, po drugiej stronie rzeczki Silnicy”, której zaginęła sześciolatka. Gdy się odnalazła, na Plantach stał już gęsty tłum306.

Pustuła i jego dzieci

Podobnie wzburzony był tego dnia milicjant Komendy Powiatowej MO, Ludwik Pustuła, lat 36, według opinii jednych przełożonych „dobry Polak i demokrata”307, zdaniem innych – krzykliwy pijanica i hulaka308. Kapral Pustuła ma liczną rodzinę, składającą się z trzynastoletniego309 Zenona, dziesięcioletniej Leokadii, dziewięcioletniego Henryka, siedmioletniego Alfreda i pięcioletniej Teresy. Kolejne dziecko urodzi mu się jesienią310.

O godzinie 8.00 zameldował się do służby w komendzie MO na Wesołej. Szef działu gospodarczego Antoni Jarosz wysłał go zaraz do magazynu po konserwy. Po drodze Pustuła wpadł jeszcze do domu na śniadanie, po czym kierując się na Zagórską, wstąpił do sklepu po papierosy. Właściciel Kwiatkowski „wlał nam wszystkim wódki do kieliszków i wypiliśmy około pół litra”.

Chwilę później dogoniła Pustułę zdenerwowana żona, aby powiedzieć mu, że córka gdzieś przepadła. Mężczyzna, który miał przy sobie automat MP311, udał się w kierunku ulicy Planty, gdzie pędzili wszyscy. „Zalatując na ulicę Planty, a było to około godziny 10.00, zacząłem krzyczeć w tłumie, że Żydzi zabili mi dziecko. Słysząc to, ludzie zaczęli krzyczeć: »To jest ten, co mu dziecko zginęło«312.

W tej roli widziało go co najmniej trzech świadków. Pierwszym jest Marian Antonkiewicz, milicjant ze szkoły MO, następnie oskarżony o okradanie rannych w szpitalu: „Była może godzina około 10.30, jak stanąłem na posterunku. (…) jeden jakiś nieznany mi osobnik ubrany w ubranie amerykańskie, bez czapki, w stanie podpitym, zaczął krzyczeć, że «Żydzi zamordowali mi dziecko, puśćcie mnie«. Na zwróconą uwagę przez chorążego Biczysko, aby poszedł do domu i nie krzyczał, zaraz wzięło go dwóch cywili nieznanych mi pod pachę i odeszli z nim”313.

Także przechodzień, Andrzej Drożdżeński, szukający w okolicznych sklepach zsiadłego mleka, opowiada o pijaku, który „zataczając się, chodził pod ścianą domu pod nr. 7 i bełkotał coś o córeczce porwanej przez Żydów. Od czasu do czasu walił w zamknięte drzwi domu. Przewracał się i zasypiał. Gapie zrobili sobie z niego pośmiewisko, budzili go i namawiali, aby szedł bronić swojego dziecka”314 .

Trzecim świadkiem wyczynów Pustuły jest funkcjonariusz UB Henryk Rybak, który zapamiętał milicjanta krzyczącego, że „jego dziecko zaginęło i jest w tym domu”315.

Po południu okaże się, że w czasie gdy Pustuła rozpaczał na Plantach, jego córka Leosia handlowała lemoniadą na dworcu kolejowym, być może kolportując najważniejszą wiadomość dnia.

Bezdzietna

Porucznik Albert Grynbaum, zastępca szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach, który znalazłszy się przypadkowo na Plantach, przez kilka pierwszych godzin pogromu będzie organizował tam obronę, mówi, że wewnątrz Komitetu Żydowskiego widział kobietę i chłopca, oprowadzanych po budynku przez żołnierzy316. „Mając przy sobie funkcjonariusza UBP Rokickiego Jana, zastąpiłem im drogę, mówiąc do nich: »Nie prowokujcie, wyprowadźcie tę kobietę tu gdzie trzeba«. Wówczas skierował do mnie pepeszę jeden z żołnierzy, mówiąc do mnie: »Milcz, bo cię zastrzelę jak psa«”317. Czy kobietą z chłopcem była matka Henia Błaszczyka, nieobecna w dokumentach śledztwa, mimo iż na pewno więziono ją z synami na Focha318?

Świadkowie widzieli też kilkunastoletniego chłopca biegnącego wzdłuż rzeki w stronę komisariatu, o którym ludzie mówili, że „uciekł z tej piwnicy, z tego domu”319. Wątek chłopca nad rzeką powróci w drugim śledztwie kieleckim, gdy Antoni Frankowski, w 1946 roku pułkownik, opowie, że na moście nad Silnicą stała jakaś kobieta, trzymała za rękę chłopca w wieku około 4 lat, pytając go głośno, gdzie był. „Chłopiec ten odpowiedział, że był w tym budynku w piwnicy – wskazując dom gminy żydowskiej, i tam widział w piwnicy główki leżące na węglu pomordowanych dzieci”320. Ta scena wygląda na refleks spowiedzi Henia Błaszczyka na Podwalnej, o której za chwilę.

Jak zezna milicjant Karol Świątek, na Plantach była jeszcze inna kobieta, bezdzietna, choć równie głośno krzycząca, że jej dziecko zostało zabite przez Żydów. Podobno nazywała się Zofia Prokop321. „Potem została ona przez nas zatrzymana, to znaczy przez moich kolegów z UB. (…) Po jej przesłuchaniu okazało sie, że wcale nie miała dzieci”322. Zeznanie potwierdzi kapral Maks Erlbaum z 2 Warszawskiej Dywizji Piechoty WP: „przy ulicy Planty, gdzie przybyłem około godziny 11.30, spotkałem wśród tłumu porucznika Kumaka z WUBP w Kielcach, z którym zatrzymałem jedną kobietę, która podburzała zgromadzony tłum do zabijania Żydów. Krzyczała ona: »Myśmy krew przelewali, a teraz Żydzi mordują nasze dzieci«. »Zabili moje dziecko, pomścijcie się«. Po przyprowadzeniu jej do UB okazało się, że jest ona panną i dzieci w ogóle nie ma”323.

Taka była atmosfera kieleckich ulic. Rozwinęła się na podłożu legendy o krwi – kultu niewiniątek mordowanych przez Żydów324. Jak dowodzi zeznanie Miriam Rozenkranc, histeria udzielała się też osobom wykształconym325. Zeznanie milicjanta Karolą Świątka dowodzi, że udzielała się i takim, które w ogóle nie miały dzieci.

„Mit mówi nam coś o strachu kobiet” – pisze Marcin Zaremba w „Wielkiej trwodze”326. Ale, jak wynika z historii Pustuły, chodziło również o strach mężczyzn. Przykład Pustuły pokazuje, że – niezależnie od płci – panice ulegali przede wszystkim ludzie, którzy sami zaniedbywali potomstwo.

Badacze przemocy dowodzą, że figura Innego często służy jako „pojemnik” na te aspekty nas samych, do których posiadania trudno nam się przyznać327, zaś poczucie winy najłatwiej rozładowuje się w agresji. Jest to reguła dobrze znana z wczesnonowoczesnych legend o krwi – ich bohaterami najczęściej były dzieci, o których przypominano sobie dopiero wtedy, gdy zginęły.

Henio Błaszczyk, lat 8

Historia Henia mogłaby zaczynać się tak: pewnego razu w biednej rodzinie w Trupieniu pod Kielcami, później przerobionym na Strawczynek328, urodził się chłopiec. Nikt na niego nie czekał, nie licząc dwunastoletniego brata Tadeusza, od urodzenia niespełna rozumu, oraz przyrodniego brata Jana, rocznik 1919, który powiesi się w 1954 roku 329 .

Z fotografii spogląda ośmioletni Henio, zmartwione dziecko w marynarskim mundurku, krótkich spodenkach, z trochę za dużą głową330. Ojciec Henia, Walenty, na zdjęciach zawsze w czapce i pod wąsem, był szewcem, pijącym i bijącym matkę Henia, Józefę, o której nie wiadomo nic poza tym, że była jego drugą żoną i chodziła po prośbie331. Nieskutecznie, skoro dzieci bywały głodne i sąsiedzi brali rodzinę na języki.

Henio Błaszczyk

Tadeusz Błaszczyk, brat Henia

Błaszczykowie mieszkali na ulicy Podwalnej 6332 na Głęboczce, przy torach kolejowych i Moście Herbskim. Właśnie na tym moście Henio wyśni sobie dobroczyńcę Żyda „z dużym nosem i czarnymi włosami”, który za odniesienie paczki obieca mu całe dwadzieścia złotych333.

W kwestii przyczyn swej ucieczki z domu zapewne zrozumiałby się bez słów z Jankiem Binkowskim. Znikanie dzieci było zjawiskiem sezonowym, latem w Kielcach bardzo popularnym. W materiałach do filmu Marcela Łozińskiego rozmówcy używają na nie określenia „stlenić się” i w tym kontekście wymieniają nazwiska kolegów: „Później idę do szkoły i nagle dowiaduję się: A wiesz, a wiesz, Antek Wawszczyk to był brany na macę… Janek Binkowski to był brany na macę…”334. Bojąc się ojcowskiego pasa, chłopcy zrzucali winę na ówczesnych body snatchers (porywaczy ciał) 335 , czyli Żydów. To działało. Nazwisko Binkowski już znamy, a Wawszczyk jeszcze powróci336.

Rodziny takie jak Błaszczyków czy Binkowskich to byli – jak mówi rozmówca Marcela Łozińskiego – ludzie z „pokoju na poddaszu”. Przeważnie zajmowali „niskie i ciemne nory o zgniłej podłodze (…) albo przybudówki z desek, bez światła, w których prócz tapczanu pryczy nic się zmieścić nie może, albo wreszcie poddasze zimne i zaciekające. Przy ulicy Domaszowskiej było kilka takich chlewików mieszkalnych” – pisze Jan Pazdur w swojej „Historii Kielc”. I cytuje przedwojenną „Gazetę Kielecką”, opisującą te „wpadłe w ziemię, wilgotne domostwa przy ulicy Polnej i Niskiej, szerzące gruźlicę i rachityzm. Drożyzna wapna do bielenia, słomy do zmiany na nędznych tapczanach przyczynia się do niechlujności, a co za tym idzie – szerzenia się chorób. Z braku odzieży i obuwia dzieci po prostu karłowacieją od przebywania całymi dniami na zgniłej słomie w skulonej postaci”. Pazdur dodaje, że ludzie ci nie mieli prawa niczego żądać od właścicieli domów, w których mieszkali. Przed wojną istniał bowiem z dawna stosowany przywilej „rumacji337 świętojańskiej”, który w dzień św. Jana upoważniał do wyrzucania lokatorów – bez żadnego uzasadnienia338.

Walenty Błaszczyk, ojciec Henia i Tadeusza

Co mogło zmienić się w ich życiu zaraz po wojnie, szczególnie z perspektywy dzieci? Na wieś uciekały nie tylko przed szkołą, jak Janek Binkowski, ale też, jak Henio, przed głodem339. „Brak szyb, brak opału oraz brak aprowizacji – złożyły się na to, iż obywatel kielecki stał się nerwowy” – pisała powojenna „Gazeta Kielecka”340. Od kwietnia 1946 roku na kartki zamiast tłuszczu otrzymywano biały ser, a zamiast mięsa – śledzie341. Także listy zatrzymane przez cenzurę wojenną i wojskową są wypełnione skargami kielczan na trudności zaopatrzeniowe: „U nas tylko wiece, zebrania i nic więcej nie robią. Jeśli tak pójdzie dalej, to za rok normalnego życia nie będzie. Chleba dostajemy ćwiartkę na osobę na 2 dni i nic poza tem. Trudno będzie wyżyć. Handel zupełnie ustał”342.

„U nas warunki są okropne. Oprócz przydziału chleba i mięsnego (10 dkg na osobę) nic więcej nie ma. Można dostać żywność, ale za jakiś towar, i odwrotnie, towar za żywność, tylko na zamianę, bo pieniądze w ogóle nie mają żadnego znaczenia”343. Na wsi były przynajmniej wiśnie.

Gdy zrobiło się ciepło, Henio uciekł do Pielaków, wsi koło Końskich, niedaleko Strawczynka, gdzie się urodził. Tęsknił za wsią, gdzie mieszkał z matką, gdy Niemcy zabrali ojca do stalagu. Uciekł do kolegów z dzieciństwa, Józka i Cześka Bartosińskich, do wyganiania krów na łąki i spania w stodole. W Pielakach przyjęto go ze zdziwieniem, ale gościnnie344. Jedzenia było w bród, kartofle, mleko, chleb i wiśnie. Jednego dnia pomógł paść krowy na górce, drugiego pracował przy kozach, a dopiero na trzeci dzień zaczął myśleć o powrocie.

Dygnarowicze i Pasowski

Z Błaszczykami sąsiadował przez ścianę Władysław Dygnarowicz, ślusarz z Ludwikowa, jeden z trzech braci mieszkających przy ulicy Podwalnej. To ulica z zaledwie kilkoma numerami. Jeszcze na początku XX wieku były tu stawy i błota, utrwalone w nazwie dzielnicy Głęboczka. Na Podwalną prowadziła „polska droga” – bez twardej nawierzchni, każdej wiosny zmieniająca się w bagno, któremu nie dawały rady furmanki.

Po wojnie wciąż nie wszędzie jest prąd, brak też kanalizacji. Kiedy w latach osiemdziesiątych w ten gąszcz uliczek o swojsko brzmiących nazwach – Miła, Hoża, Herbska, Niewachlowska, Zamość – zapuści się Jerzy Mac, autor jednego z najlepszych artykułów prasowych o pogromie, zastanie tu „niemal kurne chaty”, stojące w rozkisłym błocie, jakby żywcem przeniesione z epoki łapci z łyka345. Jednopiętrowy dom Henia z siedmioma mieszkaniami346 ma drewniane stropy, zniszczone schody i ustęp w ciemnym kącie. Życie na podwórkach toczy się pod koślawym krzakiem bzu, gdzie dorośli grają w tysiąca.

Współwłaścicielem jednego z „pożydowskich” domów przy tej ulicy (Podwalna 6) jest Antoni Pasowski. To w jego przesłuchaniu pojawia się fenomenalne określenie „dom sukcesorski”347 (czyli właśnie „pożydowski”). Współwłaścicielką drugiego jest z kolei żona Antoniego, Julia348, siostra Władysława, Wacława i Zygmunta Dygnarowiczów, z którymi dzieli ona własność Podwalnej 8349. Udział w domu na Podwalnej 6 ma też najstarszy z Dygnarowiczów, Jan, nazywany „sukcesorem oficyny”.

Antoni Pasowski

Antoni Pasowski przepracował całe życie jako elektromechanik w tartaku przy Stolarskiej 3, róg Zagnańskiej, gdzie znajdował się zakład „Posadzka” Sendera Liebfelda350. W czasie wojny przebiegała tam granica getta, a sam zakład sąsiadował przez parkan z żydowskimi szopami351. Podobno tą drogą szmuglowano żywność do getta (rzecz niesprawdzalna, skoro świadkowie dawno nie żyją). Dozorca domu, po nowemu administrator, jest tak samo biedny jak lokatorzy. Różni się od nich tylko tym, że dzięki mniej lub bardziej formalnemu przejęciu żydowskiej własności został tu dozorcą. Jeszcze od czasów przedwojennych ma tu też meldunek, którego w 1946 roku wciąż nie mają Błaszczykowie 352 .

Lokatorzy nie śmierdzą groszem. Niektórzy, jak rodzina Henia, przenieśli się po wojnie ze wsi do Kielc w poszukiwaniu lepszego życia. Lepszego życia nie znaleźli. Ojciec Henia zeluje buty, matka gotuje „zupę na gwoździu”. Henio ma żonatego już brata Jana, który wyprowadził się na ulicę Jasną i pracuje w Ludwikowie, i drugiego brata, upośledzonego dwunastoletniego Tadeusza. A jest jeszcze przyrodnia siostra Krystyna, wychowująca się w ochronce353.

Widząc niezaradność Józefy Błaszczykowej, sąsiadki czasem podrzucą jej trochę kartofli. Inne kobiety na Podwalnej dorabiają, chodząc prać aż „na Chechły”354, nad niski brzeg Silnicy. Niektóre bielą też bieliznę na podwórku. W ciepłe dni wynoszą na dwór balie i tary, a powietrze napełnia się cierpkim zapachem chloru i mydlin. Na sznurach rozciągniętych pomiędzy oknami schnie bielizna i wietrzą się czerwone poduszki.

Na Głęboczce, daleko od centrum władzy, mieszkają ludzie, o których napisano, że są wszędzie i nie należą nigdzie355. Postrzegali się jako odwieczną kategorię biedoty, wyrzutków, nieszczęśników i nie uważali się za proletariuszy. Ich żywiołem była ulica, „niezliczone drobne interesy, legalne i nielegalne, z których utrzymywały się całe rodziny, choć tylko niektóre z tych zajęć można uznać za pracę najemną w jakimkolwiek sensie”356. Nie związki zawodowe czy partia, ale społeczność sąsiedzka, rodzina, Kościół i ziomkowie tworzyli sieć, w której byli zawieszeni.

Są biedni, a bieda jest nieprzyjemna, brzydka, bałaganiarska, chora, niewykształcona, agresywna, kryminogenna357. Dlatego z ludźmi z ulicy Podwalnej nikt nie chce mieć do czynienia. Państwo przypomina sobie o nich, gdy trzeba iść na wojnę, Kościół – gdy zbiera datki. Nie interesowali się nimi Niemcy, a i komuniści raczej rzadko do nich zaglądali. Mężczyźni pracują w tartaku, cegielni i w Ludwikowie.

Jednym z nich jest Władysław Dygnarowicz358, trzydziestopięcioletni pracownik odlewni w Ludwikowie, który popołudniami dorabia jako szewc u siebie w domu. 1 lipca po powrocie z pracy zjada obiad u sąsiadki z parteru, Józefy Olszewskiej, po czym zabiera się do reperowania butów. Potem wspólnie z kolegą Feliksem Gałczyńskim i szwagierką Janową (dziś akurat wypuszczoną z więzienia) wypijają butelkę wódki. Około 21.00, znowu u Olszewskiej, Dygnarowicz słyszy, jak Walenty Błaszczyk mówi za ścianą, że idzie na milicję zameldować o zaginięciu syna Henia. Jest upał, okna są otwarte, trudno coś ukryć przed sąsiadami.

Trzy dni później kolega Gałczyński powtórzy mu, że pod oknem słyszał opowieść chłopca Błaszczyków, który został porwany przez Żydów. Gdy nazajutrz rano Władysław Dygnarowicz pojawi się w pracy, z miejsca poskarży się na Żydów ślusarzowi Stanisławowi Umoferowi359. W południe Umofer z ekipą pojawi się na Plantach.

Najmłodszy z braci Dygnarowiczów, fryzjer Wacław z zakładu na Piotrkowskiej, mieszka na Podwalnej pod ósemką360. Domy stoją blisko siebie, więc mężczyzna często rozmawia z Walentym Błaszczykiem przez okno. Na początku lipca Błaszczyk zwierzył mu się, że nigdzie nie może znaleźć Henia. Sprawdzał, gdzie tylko mógł – „może poszedł się kąpać do rzeczki na Nowy Świat”, „może został na lotnisku”, „może poszedł na wieś” albo na Karczówkę? Obawia się, że syn mógł zostać porwany, „bo to chłopak był nierozsądny”.

Następnego dnia z rana Wacław Dygnarowicz będzie rozmawiał o tej sprawie z klientami, którzy wpadli do jego zakładu na Piotrkowskiej. Koło południa przyjdzie tu też praktykant fryzjerski z wieścią, „że na ulicy Planty są jakieś rozruchy antyżydowskie i wojsko wszystko rozgania”361.

Jan Dygnarowicz, kum Błaszczyka

Najstarszy z Dygnarowiczów, Jan, podawał Henia do chrztu. Kumostwo to prawie związek krwi362, dlatego nikogo nie dziwi, że po zniknięciu chłopca Jan bywał u Walentego codziennie i że 4 lipca z rana zainicjuje on prywatną wizję lokalną przy Plantach. To również on poradził Walentemu zgłosić zaginięcie na milicji i codziennie wysłuchiwał, gdzie też ojciec poszukiwał syna. A dowiadywał się w Komisariacie Kolejowym przy Żelaznej, rozlepiał ogłoszenia na słupach telegraficznych, dał znać w kościele na Karczówce363. Gdy chłopak się znalazł, przejął się jego opowieścią: „Ja się go zapytałem, czy pozna tego gościa, któremu odnosił pakunek, a on odpowiedział, że pozna. I określił, że siedział w piwnicy (…). Ja zaś zapytałem się go, czy to czasem nie był Żyd”364.

Następnego dnia rano poszli we trzech szukać domu, w którym trzymano Henia. „Przechodząc ulicą Planty koło budynku, w którym mieszkali Żydzi, powiedziałem mu, żeby pokazał, w którym domu siedział. Chłopiec ten wskazał na budynek żydowski, że tu siedział. I udaliśmy się na milicję, na ulicę Sienkiewicza. Po drodze mówiłem do Błaszczyka, że zameldujemy w milicji, że syn się odnalazł i że właściwie był złapany przez Żydów, i że był trzymany w piwnicy. Po przyjściu na komisariat Błaszczyk zameldował, że syn mu się odnalazł, że poznaje jednego Żydka z Plantów. Syna Błaszczyka i ojca wzięli do komisariatu, a mnie kazali wyjść ze wszystkimi z komisariatu.

Jan Dygnarowicz

Po upływie pół godziny wyszło z komisariatu kilku milicjantów wraz z Walentym Błaszczykiem i jego synem Henrykiem i udali się na Planty. Po drodze kazali Błaszczykowi odejść, a poszli tylko ze synem. Gdy dalej szedłem razem z Błaszczykiem365, który po drodze płakał, ludzie poczęli się pytać mnie, czego ten chłop płacze. Ja odpowiedziałem, że to jest ojciec tego chłopca, który zaginął, a który się odnalazł i był złapany przez Żydów z Plantów. Na co ludzie zaczęli zaraz zbierać się pod tym budynkiem, w którym mieszkali Żydzi, i zaczęli ludzie krzyczeć: »Bić Żydów«.

Chłopiec ten na Plantach poznał rzekomego gościa, który miał być tym Żydem, który go zamknął, i milicja zabrała tego Żydka na posterunek, gdzie też udał się Błaszczyk. Ja zaś zostałem na ulicy, informując ludzi, że jest to ten chłopak, który był złapany przez Żydów i który się odnalazł. Oraz że Żyd ten jest już aresztowany i doprowadzony na milicję. Ludzie zaczęli udawać się, jedni na Planty, a drudzy na posterunek MO przy ulicy Sienkiewicza, gdzie słyszałem, jak milicjanci mówili, że miał ten Żyd bardzo dużo przy sobie pieniędzy i że to jest ten Żyd, który tego chłopaka zamknął w piwnicy”366.

Po tych wyjaśnieniach raczej wszystko jest już jasne. Przesłuchujący świadka oficer WUBP wymyśla tylko jedno pytanie: dlaczego przechodząc koło innych domów, Dygnarowicz nie sprawdzał, czy Henio je poznaje? Odpowiedź brzmi: nie było sensu pytać, skoro tam Żydzi nie mieszkają367. Co oznacza: z góry wiedzieliśmy, że to Żydzi porwali Henia, więc szukaliśmy ich tam, gdzie można było znaleźć Żydów.

Szala z losem gwałtownie opada ku ziemi

Zanim, jak mówi poeta, „szala z losem gwałtownie opadnie ku ziemi”, jest w tej historii moment, gdy wszystko mogło się jeszcze odwrócić. W nocy z 3 na 4 lipca szczęśliwy i z lekka zawiany Walenty Błaszczyk idzie na komisariat i mówi, że Henio się znalazł. Ale zaspany dyżurny – plutonowy Stefan Kuźmiński368, Tadeusz Nyga369 lub Antoni Kręglicki370 – każe mu przyjść rano.

Gdy Błaszczykowie powrócą nazajutrz, szansa na powstrzymanie losu będzie jeszcze większa. Bo na posterunku są już nie tylko ospali milicjanci, ale też rasowy inteligent, kierownik Referatu Kryminalno-Śledczego MO, Stefan Sędek. Żaden tam urzędniczyna z awansu, tylko zacny kielczanin z endeckiej rodziny, rocznik 1908, po dwóch kursach prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Rekomendację do MO napisał mu sam prezydent Kielc – mecenas Roman Cichowski, który zna go od lat i w jego postępowaniu nigdy nie dostrzegł „uchybień przeciw uczciwości i etyce”371.

Niestety, szala losu szybko opadła. Za chwilę na Planty powędruje wysłany właśnie przez Stefana Sędka372 patrol pierwszy, drugi i trzeci, na lewo i prawo opowiadając o skandalu. Rusza maszyna pogromu.

Obecny w komisariacie szeregowy Stanisław Krowa widział, jak Błaszczykowie rozmawiali z Sędkiem, składając przed nim zeznanie. Następnie kierownik zszedł do dyżurki, gdzie oprócz Krowy i ormowca Hińczy373 do patrolu dobrał jeszcze sześciu „najzdolniejszych zwiadowców”374: Rogozińskiego375, Godka376, Wacława Sapę377, Romana Kasprzyckiego378, Franciszka Furmana379 i Leona Szeląga380. Dostali zadanie ustalenia „miejsca zatrzymania chłopca, który miał być złapany przez Żyda w dniu 1 lipca 1946 roku i przebywał tam w jednym mieszkaniu, a w którym – wskaże sam chłopiec”381.

W poleceniu Sędka, zatwierdzonym przez komendanta Zagórskiego, nie ma wahania. Dziecko ogłasza, że zostało porwane przez Żydów i Milicja Obywatelska zaraz to potwierdzi. Takie jest społeczne oczekiwanie. Żydzi nie są nietykalni – zwłaszcza że każdy wie, co robią z dziećmi.

Tadeusz Nyga

Antoni Kręglicki

Stefan Sędek

Wacław Sapa

Marian Godek

Leon Szeląg

Mimo że na procesie będzie temu zaprzeczał, dwóch świadków zezna, że Sędek382 osobiście udał się na Planty. O ile wtrącenie Franciszka Furmana można uznać za pomyłkę protokolanta383, drugim jest relacja fotografa Sikory, wiele lat później zarejestrowana przez waszyngtońskie Muzeum Holokaustu. Tego dnia z balkonu obserwował on sceny nad Silnicą, skądinąd ukrywając w domu swojego pracownika, Żyda. „Znałem tego człowieka z policji – mówi Sikora. – Czy był on komisarzem? Sędek się nazywał, był kierownikiem w jakimś Wydziale Śledczym. Widziałem nawet, jak on szedł na Planty”384.

Wątek Pasowskiego

W tym momencie, na ile to możliwe, omijamy labirynt poszlak spiskowych. Pozostawiamy za sobą żałosny wątek „spisku reakcji”, zaprezentowany na procesie lipcowym przez prokuratora Golczewskiego jako dowiedziony385. Nie powiemy też o rzekomo podstawionych przez władzę „andersowcach”, umundurowanych w jednolite battledressy. Jednakże wątku „wkręcania” Antoniego Pasowskiego, administratora domu przy Podwalnej 6, w spisek, uknuty, aby wywołać pogrom, nie możemy zostawić bez komentarza.

W zeznaniu z 5 lipca 1946 roku Pasowski opowiada o wieczornym tryumfalnym powrocie Henia, którego witała cała ulica Podwalna, a on, administrator domu, nie był w stanie wypchnąć sąsiadów z mieszkania chłopca. Powtarza też za Heniem historię o panu i pani, za pośrednictwem których malec trafił do „pustego domu”, gdzie była tylko „starsza kobieta obdarta i brudna” oraz „mały chłopiec brudny i obdarty, który miał czarne kręcone włosy, który mu podał krzesło do piwnicy, ażeby wydostał się na zewnątrz i mógł uciec”386.

W kolejnym zeznaniu Pasowski mówi więcej o swojej rozmowie z Heniem. Przyznaje, że aby ustalić tożsamość „porywaczy”, zadawał chłopcu pytania, ale kluczową kwestię, „czy to byli cyganie, polaki, czy żydy?”, przypisuje Walentemu387. Pasowski wie, że jest typowany na kozła ofiarnego, więc robi, co może, żeby odsunąć od siebie podejrzenia.

Jeśli oprzeć się na źródłach, oficjalna wersja, która w roli inicjatora spisku obsadza Pasowskiego, po raz pierwszy pojawia się już w dniu pogromu lub nazajutrz388, w telefonogramie Jana Muchy z WUBP Kielce, przysłanym do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego o godzinie 22.15 i odebranym osobiście przez Julię Brystigerową389. Pasowski miał zabrać Henia do siebie, dać cukierków, przetrzymać trzy dni i nauczyć bajki o Żydach. Telefonogram nawiązuje do przesłuchania Henia z 4 lipca 1946 roku390.

Następnie rola Pasowskiego zostanie jeszcze uwydatniona, szczególnie w zeznaniu Walentego Błaszczyka z 7 lipca, gdzie padnie stwierdzenie o tajemniczych „nieznanych osobach w mieszkaniu”: „Po przywitaniu się z moim synem gospodarz mój, Antoni Pasowski, wydalił wszystkie dzieci i starszych ludzi, z tym że w mieszkaniu pozostało pięć nieznanych mi osób. Wtedy Pasowski zapytał, gdzie syn był”391 . I dalej płynie bajka o panu, który na Moście Herbskim dał Heniowi paczkę, którą chłopiec zaniósł we wskazane miejsce, za co dostał pieniądze, po czym został uwięziony w „piwniczce ciemnej”, dopóki „mały czarny chłopak” nie pomógł mu w ucieczce po stołeczku przez okno.

Nie wiadomo, czy Błaszczyk sam zaczął oskarżać Pasowskiego o spisek, mający na celu wywołanie pogromu, czy też oskarżenie to zasugerowali mu przesłuchujący. Jakkolwiek było, w świetle tych przesłuchań Antoni Pasowski jawi się jako nieprzekonujący mastermind pogromu kieleckiego, na którego nieprawdopodobne knowania nie znaleziono żadnych dowodów.

Wersja ze spiskiem ewidentnie miała wzmocnić hipotezę o winie reakcji za wywołanie pogromu – wspomniano o niej w „Rzeczpospolitej” z 5 lipca 1946 roku. W porozumieniu z reakcją Pasowski miał ukryć Henia w swoim mieszkaniu. „Jak zeznał chłopak, w ciągu tych 2 dni wyuczono go, aby opowiadał, że Żydzi zamieszkali przy ulicy Planty 7 trzymali go przez 2 dni w piwnicy z zamiarem zamordowania go, lecz udało mu się cudem zbiec” – czytamy w dzienniku392.

Mirek Pasowski

Tę samą hipotezę powtórzył, ale nie wzmocnił jej dowodowo, prokurator Golczewski na lipcowym procesie. Raz jeszcze przywołał ją 19 lipca wiceminister bezpieczeństwa Henryk Wachowicz393, a potem stopniowo o niej zapomniano. Pasowski, pół roku więziony w kieleckim WUBP, nigdy nie został o nic oskarżony. Jego syn, też uwięziony przez UB, przesłuchiwany i wtedy, i pięć dekad później, nic do sprawy nie wniesie394.

W dokumentacji archiwalnej zachowały się też inne przekłamania wątku spiskowego z Pasowskim w roli głównej. Na przykład w raporcie biskupa Kaczmarka mianuje się go Żydem i wplata w misterną intrygę: „Niektórzy świadkowie mówią, (…) że Żyd ów nazywał się Antoni Pasowski. On to ich zdaniem wmówił w Błaszczyka, że Żydzi z domu Planty nr 7 chcieli go zamordować, a oprócz tego, sterroryzowawszy chłopca, kazał mu o tym opowiadać naokoło. Nie wiadomo dokładnie, na czym się ta wersja opiera, nie wydaje się ona jednak zmyślona, gdyż analiza wypadków raczej ją potwierdza, niż podważa. (…) Gdyby opowiadanie chłopca było całkowicie przez niego zmyślone, to niewątpliwie pokazano by chłopca w procesie sądowym na dowód, że sam przyznaje, iż kłamał. Tego nie zrobiono widać w obawie, by się nie wsypał. A wobec tego kto namówił chłopca do opowiedzenia całej tej historii? Mogli to zrobić jacyś reprezentanci WiN czy NSZ lub też, co, a priori biorąc, wydaje się paradoksalnym, sami Żydzi”395.

Nie mniej dziwaczną wersję na temat Pasowskiego, którego nazwisko pomylono w dodatku z nazwiskiem ojca Henia, rozpowszechniał kanałami oficjalnymi dowódca Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego, pułkownik Włodzimierz Dembowski, który w „Meldunku nadzwyczajnym” z 5 lipca pisał, że „chłopak został zatrzymany w dniu 1 lipca 1946 roku przez niejakiego Błaszczyka Walentego sic!, który przekupiwszy go słodyczami, w czasie 1–4 lipca 1946 roku nauczał go tego, co ma uczynić w dniu 4 lipca 1946 roku. Chłopak ów, zgodnie z otrzymanymi od Błaszczyka instrukcjami, w dniu 4 lipca 1946 roku udał się do żydowskiego domu, następnie wybiegł z niego z krzykiem: »Żydzi mnie chcą zamordować«396 i pobiegł do domu. Następnie z ojcem udał się do milicji i przez zeznania jego został spowodowany alarm całej MO. (…) Błaszczyka Walentego nie ujęto”397.

Brzuchomówstwo

Po tym wtrąceniu wracamy do historii Błaszczyków.

Opowieści Henia, przekazane przez niego samego398 oraz świadków399, wysłuchujących ich najpierw na Podwalnej, a potem na Focha, mówią o strachu przed światem, w którym dorośli są podstępni, a sytość – nieosiągalna.

Są w nich też obdarci, potargani400 i brudni Żydzi, mieszkający w pustych domach na uboczu jako ich widmowi właściciele. Na dodatek są niebezpieczni: „Mówił mi o tym pan Pasowski Antoni z Podwalnej, sąsiad nasz, że Żydzi mordują polskie dzieci, wsadzają je w beczkę, tam jest nabite gwoździ, i tak toczą tę beczkę, aż zamordują dziecko”401. Ale nie tylko Pasowski znał w Kielcach tę historię. Henio to brzuchomówca, przez którego sny przemawia społeczeństwo od wieków straszone Żydami.

Wyobraźmy sobie tę scenę 3 lipca wieczorem na Podwalnej, kiedy Henio wraca, w mieszkaniu i na podwórku tłoczą się sąsiedzi z całej okolicy402, rodzice ze łzami w oczach pytają, gdzie się podziewał. Zaniedbane, spragnione uwagi dziecko nagle znajduje się w centrum zainteresowania. Czy może zawieść dorosłych? Gdy powie prawdę, sąsiedzi się rozejdą, a ojciec z miejsca spuści mu lanie. Może jednak powiedzieć nieprawdę, na którą wszyscy czekają i którą opowiadano im samym od dzieciństwa. Henio mówi, że porwali go Żydzi – i pstryk! – zostaje bohaterem podwórka. Od tego momentu nie ma już odwrotu: dziecko opowiedziało bajkę, która pokieruje dorosłymi, ponieważ dorośli żyją w tej bajce od dawna.

Fantazja ułatwia życie w nieznośnym świecie, ale jej ceną jest utrata kontaktu z rzeczywistością. Człowiek pogrążony w fantazji nie ma wyrzutów sumienia, gdy okradnie kogoś lub skrzywdzi; mówi wtedy, że „na biednego nie trafiło”. Schronisko dla rozbitków nazywa „pensjonatem”, a prezesa Komitetu Żydowskiego – „rabinem”403, bo nie może sobie wyobrazić, że ludzie skupiają się wokół różnic innych niż religijne albo że ktoś bardziej niż on sam zasługuje na współczucie. Wizja ubeków mieszkających na Plantach404, enkawudzistów405 i podstawionych pepeerowców z Ludwikowa, którzy zrobili pogrom, skutecznie uchroni go przed wstydem i naruszeniem dobrego o sobie mniemania.

Drugim, oprócz Żydów, ważnym motywem w opowieściach Henia jest głód406. Opis poranka w dniu ucieczki z domu: „po zmówieniu pacierza przed śniadaniem mamusia odgrzała mi kaszy z zeszłego dnia i wlawszy mleka, kazała mi zjeść. (…) Po zjedzeniu kaszy wyszedłem na podwórko (…) i z powrotem wszedłem do domu zobaczyć, czy gotuje się śniadanie”407. Nawet w fantastycznych fragmentach narracji mówi o głodzie: skarży się, że był głodzony przez Żydów. To, że dziecko jest głodne, rozpoznaje także ów wymyślony pan z jego opowieści, proponujący odniesienie pakunku: Henio „zaczął płakać, na co ten gość powiedział, że chodź, dostaniesz co zjeść”408.

Henio żyje w nierzeczywistym świecie, a ponieważ jest głodny, dosłownie żywi się fantazją. Wybrawszy się do Pielaków, oszukuje Marię Bartosińską, że przyszedł tu ze starszym bratem Tadeuszem409. Wróciwszy do Kielc, skłamie, że porwali go Żydzi. Po pogromie stwierdzi, że do kłamstwa zmusił go Antoni Pasowski. Po 1989 roku obciąży tym samym ubeków, a w drugim śledztwie kieleckim zrzuci winę na ojca. Sam, podobnie jak Antoni Pasowski, zostanie uznany za agenta – Krzysztof Kąkolewski napisze, że zrobił karierę w PZPR410. Legendę o jego ojcu jako agencie UB, ps. „Przelot”, podchwycą uznani historycy, pisarze i filmowcy.

Mały Henio kłamał z głodu i ze strachu, jednak dorosły Henryk Błaszczyk, miłośnik kanarków, stróż w szkole przy ulicy Leśnej 16411, do końca życia pilnujący miejsca zbrodni, pozostaje wciąż tym samym dzieckiem. Warianty jego opowieści znajdują się w ciągłym ruchu, bo prawda, jak on sam zbyt słabo wyodrębniona, nie daje mu oparcia. Ludzie z klas ludowych tak właśnie reagują na dominującego rozmówcę: mówią mu to, co chciałby usłyszeć412.

Henryk Błaszczyk wyprodukuje więc najpierw wersję pogromu dla rodziny i sąsiadów, następnie dla UB i prokuratury, dla amerykańskiego dziennikarza Samuela Loeba Shneidermana413, potem dla księdza Jana Śledzianowskiego414, Jerzego Daniela415, Artura Sandauera416, Krzysztofa Kąkolewskiego417, Andrzeja Miłosza418, na koniec dla prokuratorów IPN w drugim śledztwie kieleckim419. Każdą z nich będzie rozpoczynał formułą: powiem panu teraz coś, czego jeszcze nikomu nie mówiłem.

Część II: Kadrowanie

Rozdział 4: Autorytety

Silnica

Dom przy Plantach 7/9 stoi nad Silnicą, która nie przypomina tej z dnia pogromu. „Dziś nie ma tu już dawnej rzeki” – stwierdza autorka rozprawy o kieleckiej topografii, jakby cytując Hannę Krall420.

Woda mocno podmywa historię Kielc. Zapisuje się w nazwach ulic – Grobla, Mokra, Czysta, Mostowa, Kryniczna, Zdrojowa, Źródłowa, Kąpielowa, Siedem Źródeł – i całych dzielnic. Takich jak Ponikwa, pas wzdłuż Silnicy od Kadzielni po Zalew na Piaskach, oznaczający „rzekę, co w ziemi ginie, aby dalej znowu wytrysnąć”421, czy Głęboczka, gdzie jeszcze na początku XX wieku były błota, a potem przy ulicy Podwalnej 6 mieszkał jeden z bohaterów tej książki, Henio Błaszczyk. Bugaj, niewielka część śródmieścia, gdzie dawniej Silnica wpadała do Dąbrówki, to inaczej niski brzeg zalewany przez wodę. To tutaj znajdował się dom, w którym mieścił się Komitet Żydowski, a woda sprawiła, że nie mogło być w nim piwnicy, której szukano.

„Przez nazwy miejscowe, najstarsze i najtrwalsze pomniki dziejowe, dawno wymarły naród opowiada swoje dzieje – pisał geograf Wilhelm vo Humboldt – tylko zachodzi pytanie, czy jego głos pozostaje dla nas jeszcze zrozumiały”422. Można to sprawdzić na przykładzie nazwy „Kielce”. Dla językoznawcy Aleksandra Brücknera Kielce miały oznaczać osadę, która powstała na terenie mulistym, błotnistym, szlamowatym, podatnym na kiełkowanie roślin. Inni dopatrywali się w tej nazwie Celtów, łacińskiego wapna (calx, calcis), osady otoczonej „kłami ostrokołu”, zębów i kłów, a nawet szkieletu przedpotopowego zwierzęcia. Każdy słyszy w tej nazwie to, co chce usłyszeć.

Ale już nazwę „Silnica” jednoznacznie wiązano z siłą: jej udzielaniem i odbieraniem. Zgodnie z legendą, wodą z Silnicy miał się pokrzepić wyczerpany polowaniem Mieszko, syn Bolesława Śmiałego. Niestety w XIX wieku rzeka, zamieniona w cuchnący ściek, do którego odprowadzano nieczystości z całej okolicy, przestała być dla mieszkańców źródłem jakiejkolwiek siły. Plany jej przykrycia, zrodzone w latach dwudziestych, zrealizowano w dekadę po drugiej wojnie423.

Dopiero po skanalizowaniu starej, pojawiła się nowa, poprawiona Silnica. Koło kościoła św. Wojciecha jest to rzeka tak czysta, że podobno żyje w niej nawet kiełż zdrojowy, niewielki skorupiak mieszkający pod kamieniami i butwiejącymi kawałkami drewna, żerujący na padlinie i obumarłych szczątkach roślin. Występuje tam także piskorz, przypominający egzotycznego węża z pomarańczowo-brązowymi pasami wzdłuż ciała. Zagadką dla badaczy pozostaje sposób, w jaki piskorz niezawodnie wyczuwa letnie burze. Ryba wypływa wtedy z dziennych kryjówek i krąży niespokojnie tuż pod powierzchnią wody424.

Przestrzeń

Ale 4 lipca 1946 roku dzień był jak lusterko. W Anglii dopiero przed miesiącem przeszła defilada zwycięstwa na zakończenie drugiej wojny światowej. W Ameryce szykowano się do święta narodowego. W Kielcach ten czwartek nie różnił się niczym od poprzednich. Był 535. dniem po wyzwoleniu – określenie znienawidzone przez tych, których właśnie wtedy wtrącono do więzień, kochają je z kolei ci, których wówczas uwolniono. 535. dzień od wkroczenia Armii Czerwonej425.

W mieście znajdowały się ledwo dwa jej oficjalne przyczółki: komendantura wojsk radzieckich vis à vis Plantów 7, przy ulicy Focha 47, i siedziba NKWD pod numerem 24. Ale obecność nowego ładu wyczuwało się wszędzie: w zgrzebnym kroju nowych mundurów wojskowych, w „kwoce zamiast orzełka” na czapkach426, w nazwie i obejściu Milicji Obywatelskiej, powołanej w miejsce Policji Państwowej, w tytułach gazet nowych i zmienionej treści starych. Wdzierał się on w topografię miasta, w nazwy ulic takich jak Piotrkowska, właśnie przemianowana na 1 Maja, Mała przemianowana na Kilińskiego, Duża427, którą wkrótce zastąpi generała Karola Świerczewskiego, no i Focha, którą zastąpi ulica komunisty Mariana Buczka. Pojawienie się ulicy samej Armii Czerwonej jest już tylko kwestią czasu428.

Podczas gdy Rosjanie wciąż dbają o pozory praworządności, w ich imieniu Kielcami trzęsie dwóch Polaków, których niespecjalnie one obchodzą. Obaj mają na sumieniu Żydów rozstrzelanych z ich rozkazu nad Kotyską przez oddział AL Tadeusza Maja w lipcu 1944 roku429. Ich zasługi dla polskiego wariantu komunizmu są jednak tak wielkie, że nawet gdy w apogeum stalinizmu wyjdą na jaw ich wojenne zbrodnie, ujdzie im to na sucho.

Pierwszym z nich jest przedwojenny sekretarz Stronnictwa Ludowego, Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk, w czasie wojny najpierw dowódca plutonu w AK, następnie konfident Gestapo430, a kiedy stało się jasne, kto wygra tę wojnę – twórca pierwszego oddziału partyzanckiego Armii Ludowej na Kielecczyźnie.

Drugim – pułkownik Władysław Sobczyński-Spychaj, przedwojenny KPP-owiec z Ostrowca431, w czasie wojny spadochroniarz NKWD, zrzucony na tyły frontu na Polesiu432.

Wiślicz, rocznik 1911, jest wojewodą kieleckim i rezyduje w najważniejszym budynku miasta, wczesnobarokowym Pałacu Biskupów Krakowskich, usytuowanym na wzgórzu naprzeciwko katedry (Pl. Katedralny 1).

Enkawudzista Sobczyński, rocznik 1904, z zawodu tokarz, szefuje Wojewódzkiemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego, mieszczącemu się w skromniejszej, choć też centralnie położonej siedzibie przy ulicy Focha 10/13. Symbolem jego władzy jest otoczone złą sławą więzienie kieleckie na Zamkowej, wcześniej carskie, następnie polskie, a jeszcze niedawno – niemieckie.

Adam Kornecki

Władysław Sobczyński

Rok wcześniej, w sierpniu 1945 roku, więzienie to, w którym przetrzymywano żołnierzy podziemia, zostało zaatakowane przez oddział partyzancki Antoniego Hedy „Szarego” i rozbite po trwającej blisko dwie godziny walce433. Uczestniczący w akcji Stanisław Bembiński, ps. Harnaś/Sokół, tak wspomina ten nocny triumf: „wojsko rosyjskie powynosiło karabiny maszynowe, (…) lecz ja poleciłem jednemu podoficerowi przemówić po rosyjsku, że my od nich nic nie chcemy, i o ile oni nie użyją ognia, my też damy im spokój, tak że bez użycia ognia się obeszło”434. I dalej: „Po wypuszczeniu więźniów udaliśmy się pieszo ulicą Żeromskiego (…). Przez całe miasto żeśmy szli, jeden obok drugiego o pięć metrów (…) ulicami, które były obstawione karabinami maszynowymi tak, że mogłyby na nas nacierać wojsko lub bezpieczeństwo”435.

Ale natarcie nie nastąpiło. Winą za tę kompromitację obarczono pierwszego powojennego szefa UB, Adama Korneckiego436, spadochroniarza po szkole NKWD w Kujbyszewie, którego nie zdołało ochronić polsko brzmiące nazwisko, przewidująco nadane mu jeszcze w Rosji. Zwolennicy antysemityzmu detektywistycznego zadbali, by nie zapomniano o żydowskim437.

W związku z promowanym przez Stalina „kursem słowiańskim z wykluczeniem Żydów”438 w październiku 1945 roku w kieleckim WUBP Korneckiego zastąpił jego rywal Sobczyński, o którym, biorąc pod uwagę sposób, w jaki sprawował podobny urząd w Rzeszowie, z całą pewnością wiedziano w Kielcach tylko dwie rzeczy: że na pewno nie jest Żydem i że się nie patyczkuje. Sławę zawdzięczał strachowi, który budził zarówno we wrogach, jak i w sojusznikach. Nigdy nie zwątpił w święte prawo rewolucji do niszczenia jednych i drugich439.

Z chwilą gdy Sobczyński dołączył do Wiślicza, w symbolicznym sercu Kielc rozgorzała wojna terytorialna. Widać ją w adresach ich siedzib. Wiślicz i jego Urząd to Plac Katedralny 1440, Sobczyński i więzienie UB to Zamkowa 1/3. Ale i tak najważniejszym adresem w okolicy była siedziba kurii biskupiej przy ulicy Bandurskiego. Wzgórze Katedralne i przylegający do niego plac z bazyliką stanowiły trzon Klerykowa, powieściowego wcielenia Kielc w „Syzyfowych pracach” Żeromskiego, miasta „zbudowanego przez księży na warstwie bigoterii”441, a przede wszystkim na potężnej własności kościelnej.

Widać ją w starym opisie biegu Silnicy, pozornie dotyczącym rzeki, ale tak naprawdę kieleckich stosunków. Posuwając się wzdłuż brzegu, autor recytuje długą listę własności kościelnych: „dwa młyny biskupie”, „trzy stawy biskupie”, koło kościoła św. Wojciecha pole ze stawem i łąkami kustosza prałata, łąki należące do schroniska kapłanów, sadzawka organisty i nauczyciela szkoły na placu Marii Panny442.

Miejscowi biskupi od zawsze mieli na pieńku z Żydami. Wprawdzie miasto nigdy nie posiadało przywileju non tolerandis Judaeis443, ale Izraelitom nie wolno było się tu osiedlać, bo nie zezwalali na to właściciele miejscowości, biskupi krakowscy444. Żydzi handlowali tu, ale co wieczór, po zamknięciu sklepów, długimi furami opuszczali miasto, udając się na nocleg do Chęcin445. Pierwszy kielecki okręg bóżniczy powstał dopiero w 1868 roku, ale wcale nie dlatego, że zmieniło się nastawienie biskupów. Stało się to możliwe dzięki carskiemu ukazowi o równouprawnieniu z 1862 roku.

„Pozycję Żydów w mieście i żydowskie sukcesy zawodowe i ekonomiczne powszechnie odbierano jako panoszenie się, które należy powstrzymać – pisze współczesny kielecki historyk. – Drażniło to, że lekarzami, prokuratorami czy sędziami w Kielcach były przede wszystkim osoby pochodzenia żydowskiego. Sytuację zaogniała dodatkowo żydowska «propaganda sukcesu«, przejawiająca się w kieleckiej wersji pamiętnego sloganu «wasze ulice, nasze kamienice« – «święty Wojciech w kącie, a nasza bóżnica na froncie«”446.

Analizę kategorii „panoszenia się” musimy odroczyć do rozdziału 15, tu ograniczając się do spostrzeżenia, że „żydowska propaganda sukcesu” była oczywiście polskim hasłem antysemickim. Zestawiwszy dziewiętnastowieczne reakcje kielczan na Żydów z ich w echami w XX wieku, łatwiej zrozumieć, dlaczego Stefan Żeromski napisał o tym mieście, że nic się w nim nie zmienia447.

Hasła antyżydowskie wzywające do bojkotu handlu i rzemiosła pojawiały się co najmniej od 1912 roku. Przodowała w nich „Gazeta Kielecka”, określająca Żydów mianem hien, oszustów i bezbożników i apelująca o stworzenie systemu ich skutecznej segregacji448. Narodowcy wzywali Towarzystwo Kultury Polskiej do wyeliminowania ich ze swych szeregów w przekonaniu, że „żydowska kultura pod nazwą polskiej nie ma racji bytu w Kielcach”.

Pierwszy pogrom Żydów w Kielcach miał miejsce w chwili odzyskania niepodległości. To nie jest żadna metafora: 11 listopada 1918 roku w Teatrze Ludwika (dziś Teatr im. S.Żeromskiego) kieleccy Żydzi zorganizowali wiec. Spotkanie rozpoczęto od modlitwy dziękczynnej za odzyskanie niepodległości. Gdy przemówił mecenas Frajzynger, który nie znał żydowskiego – przodek pani Pogorzelskiej, ocalałej z pogromu 1946 roku449 – a sala domagała się, by mówił w jidysz, w miasto poszła wiadomość, że „Żydzi nie chcą Polski”450. Rozeszła się pogłoska, że przed teatrem został zraniony polski legionista. Gdy do środka wtargnął tłum, w bijatyce zginął siedemnastoletni skaut, Chaim Jeger. Przed teatrem zamordowano Szmula Owsianego. Na mieście tłum rabował żydowskie sklepy i wybijał okna. W pogromie zginęło czterech Żydów, a stu zostało rannych. Władze polskie nie kwapiły się z wyjaśnianiem okoliczności, dopiero w 1922 roku pięć osób skazano na kilka miesięcy więzienia. Choć amerykańska komisja Morgenthaua orzekła, że wydarzenia miały miejsce w sytuacji chaosu politycznego, gdy wojska austriackie opuściły miasto, a polskie władze jeszcze się nie ukonstytuowały, kieleccy Żydzi przeczuwali, że życie w mieście, w którym doszło do przemocy, nie będzie łatwe451.

Pasterz

Jak podano w dorocznym raporcie o stanie diecezji za rok 1945, po wojnie Kościół kielecki liczył 240 parafii, w skład których wchodziło 841 116 dusz452. W roku tym udzielono 9 292 ślubów kościelnych i odnotowano 309 małżeństw „nielegalnych”, czyli cywilnych, urodziło się 19 842 dzieci, z czego narodziny 710 określono jako „nieprawne” (nie wiemy, czy chodziło o dzieci pozamałżeńskie, czy tylko nieochrzczone). Na ponad osiemset tysięcy członków diecezji przypadało ledwie 153 „niewiernych” oraz 504 „heretyków”. Raport nie wdaje się w szczegóły, ale można się domyślać, że pierwszą kategorię stanowili między innymi protestanci, drugą zaś – świadkowie Jehowy oraz komuniści. Nie wiadomo, czy i jak policzono Żydów453.

Dwa lata po wojnie Kościół kielecki był osłabiony skutkami reformy rolnej454 i pełzającej nacjonalizacji. Od września 1945 roku Polska Lubelska nie uznawała już konkordatu, więc księża diecezjalni stracili wypłacane im przed wojną pensje. Stan posiadania Kościoła został uszczuplony, ale jego potęga nie ograniczała się przecież do dóbr materialnych. Od ośmiu lat gospodarzem kurii był biskup Czesław Kaczmarek, doktor teologii, rocznik 1895455.

Biskup Czesław Kaczmarek

Choć w starciu z przeważającymi siłami komunizmu chwilowo przegrywał, z trójcy Wiślicz – Sobczyński – Kaczmarek tylko on jeden dysponował faktycznym autorytetem. O jego popularności czytamy w anonimowym tekście, znalezionym przez funkcjonariuszy UB na strychu katedry kieleckiej w latach pięćdziesiątych: „Przełamując wydane polecenia co do skromnych ram zewnętrznych uroczystości, ludność, pomimo poufnego zakazu władz i najróżnorodniejszych stosownych szykan, samorzutnie przemieniała wizytację biskupią w pochód iście monarszy. Setki koni liczące banderie, towarzyszące biskupowi na całej trasie wizytacji, powszechny udział ludności w uroczystościach wizytacyjnych, bogate zdobienia domów i ulic, wreszcie szczere przemówienia przedstawicieli poszczególnych parafii, w których składali zapewnienia trwania przy Kościele i swym Pasterzu – to słaby jeno obraz codziennej rzeczywistości w dniach wizytacji biskupiej”456.

Stosunki biskupa z nowymi władzami od początku były napięte niemal jak za okupacji. O ile jednak po napisaniu w czerwcu 1940 roku pojednawczego w tonie listu pasterskiego457, za który prześladowano Kaczmarka po wojnie, jego relacje z Niemcami ułożyły się w miarę bezkonfliktowo, w stosunkach z komunistami nie było na to żadnych widoków. Jedyną nadzieją Kościoła stawał się wicepremier Stanisław Mikołajczyk458, po cichu nazywany przez hierarchów Nikodemem. Nikodem, członek wyższej kapłańskiej rady żydowskiej, był tajnym uczniem Chrystusa. „Z obawy przed Żydami i faryzeuszami przychodził on do Chrystusa w nocy”. Potajemnie, jak – podobno – premier Mikołajczyk do prymasa Hlonda459.

Narastające napięcie coraz silniej odzwierciedlało się w kieleckiej przestrzeni, gdzie do rywalizacji z urzędem wojewody Wiślicza naprzeciwko katedry dołączyły także inne miejsca. W późnych latach czterdziestych ulegną zmianie adresy dwóch ważnych kościołów kieleckich. Parafia św. Wojciecha znajdzie się teraz przy ulicy Amii Czerwonej, parafia Św. Krzyża – przy 1 Maja460, a sama kuria – przy Świerczewskiego. Nawet jeśli zmiany te były przypadkowe, z pewnością zostały zauważone.

Rywalizację z Kościołem widać w meldunkach milicjantów, oddelegowanych do pacyfikacji cudów, które po wojnie systematycznie nawiedzały Kielecczyznę. W Częstochowie opowiadano o nieznajomym, który pojawił się w klasztorze jasnogórskim, przynosząc ze sobą świecę. Ilekroć świeca została zapalona, rozlegał się z niej płacz dziecka461.

Kupcy staszowscy jadący na jarmark do Klimontowa spotkali na drodze człowieka odzianego na biało, który wręczył im pieniądze na zakup ubrań i żywności. Kupcy spełnili jego prośbę, ale przy okazji zawiadomili milicję. Nieznajomy skarcił ich jako ludzi małej wiary i przepowiedział urodzaj, którego ze względu na wielką wojnę i rozlew krwi nie będzie komu zbierać. „Ludność osobę tę uważa za zjawisko bóstwa. Dochodzenie w toku” – czytamy w raporcie MO462.

W latach czterdziestych płacząca Matka Boska ukazywała się ludziom w studniach oraz na drzewach w lesie, a oglądanie jej skutkowało natychmiastowym zapadnięciem w sen. Ten spektakularny efekt prowadził do seansów ekstazy religijnej – pokładających się wiernych nie można było dobudzić. Choć pielgrzymom utrudniano dotarcie na miejsce, zamykając przeprawy na Wiśle, płynął tam nieprzerwany potok ludzi. Pewien meldunek opisuje jedną z uczestniczek podobnej pielgrzymki, „obywatelkę Pieczonkę zam. w Beszowie (pow. Busko)”, która powracając z cudu, „rozpowszechniała propagandę, że cud naprawdę był i że dużo ludzi widziała, jak zasypiali około tego cudu, tylko bezpieczeństwo i milicja są przekupieni przez Rusinów, nie dają cudu oglądać”. Obywatelka Pieczonka utrzymywała ponadto, że pewnego popołudnia przed zachodem „słońce rozpadło się na dwie części i ze środka wystąpił krzyż, a naokoło jego było dużo ludzi”463. Ludowe uniesienia władze próbowały bezskutecznie zrównoważyć masówkami.

Tym gorliwiej inwigilowano biskupa kieleckiego. Każdą jego mszę wizytował sceptyczny wysłannik bezpieki: „na wszystkich trzech mszach były kazania przekonywujące, że bóg istnieje i widzi się go we wszystkim, co nas otacza”464. Jeśli wierzyć raportom Zrzeszenia WiN, UB do kontrolowania kazań w kościołach powszechnie wykorzystywał Żydów. „Na wszystkich nabożeństwach widzi się ich w tłumie wiernych” – donosił agent o wyćwiczonym oku465.

Interesujące efekty przynosiła kontrola korespondencji ludzi z otoczenia biskupa, zintensyfikowana po pogromie, szczególnie zaś tuż przed jego aresztowaniem w 1952 roku. Okazało się, że o komunizmie pisywał on jako o „ideowym najeździe obcej doktryny” i o „diabelstwie”466. Katolikom nakazywał głosować wyłącznie na „takie osoby, listy i programy wyborcze, które nie sprzeciwiają się katolickiej nauce i moralności”467. Angażującym się w politykę obozu rządowego groził klątwą, a wprowadzony w 1950 roku plan sześcioletni piętnował jako „systematyczne skoszarowanie życia”468. Jak wynika z przechwyconych raportów dla Watykanu, najbardziej obawiał się „spoganienia”, czyli postępującej ateizacji kraju, i aktywnie mu przeciwdziałał. Zabraniał wiernym wstępowania do PPR, Związku Młodzieży Wiejskiej i „Wici”, które nazywał „organizacjami szatańskimi”. Potępiał uczestnictwo w zlotach i capstrzykach, śluby cywilne, posyłanie dzieci do szkół Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, a nawet kupowanie nowych podręczników szkolnych, szczególnie tych głoszących, „że człowiek pochodzi z małpy”469. Ostrzegał przed wychowaniem bez krzyża i pieśni „Kiedy ranne wstają zorze”470. Sugerował bojkot reformy rolnej, potem zaś spółdzielni produkcyjnych i współzawodnictwa pracy471, które uważał za przejawy nowej pańszczyzny. Opowiadał o nieszczęśliwych wypadkach niewierzących, straszył karą za popieranie „konstytucji Barabasza”, jak określał projekt nowej ustawy zasadniczej proponowanej przez komunistów472. We wszystkich tych działaniach powoływał się na wydany w lipcu 1949 roku, w praktyce jednak obowiązujący już wcześniej dekret Świętego Oficjum, dotyczący komunizmu i ekskomunikowania jego zwolenników473.

Solą w oku władzy była wojenna opieka, którą Kaczmarek miał rzekomo sprawować nad kieleckim NSZ, przekształconym później w Brygadę Świętokrzyską (inaczej zwaną Katolicką474). Osobiście miał wyznaczać jej kapelanów475, a księża kurialni udzielali ślubów jej żołnierzom. Po wojnie biskup opiekował się podobno pozostałymi w Polsce rodzinami brygadzistów476. Ale prawdziwym casus belli stała się postawa Kaczmarka w kwestii pogromu kieleckiego.

4 lipca 1946 roku biskupa w ogóle nie było w Kielcach – chwilę wcześniej wyjechał na urlop do Polanicy Zdroju, pozostawiając na miejscu m.in. proboszcza katedry kieleckiej Romana Zelka, przedwojennego senatora V kadencji z list OZN477, księży Henryka Peszkę, Piotra Dudźca i kanonika Jana Danilewicza478. Po powrocie z uzdrowiska, jeszcze w tym samym miesiącu, na życzenie kardynała Hlonda479 hierarcha zleci księdzu profesorowi Mieczysławowi Żywczyńskiemu z KUL-u i , jak twierdzą niektórzy, księdzu profesorowi Władysławowi Mąkowskiemu z Płocka480, a także zaufanemu kurii, prokuratorowi Janowi Wrzeszczowi481, opracowanie raportów o przebiegu zajść.

Procesja z okazji Bożego Ciała w Kadzidle

Wedle jego własnych słów, memoriał miał zostać wysłany do Rzymu i przekazany amerykańskiemu ambasadorowi Arthurowi Bliss Lane’owi, który kilkakrotnie odwiedzał go w Kielcach482. Zgodnie z notatką znajdującą się w aktach śledztwa i potwierdzoną w tymże w raporcie483, „dawał Bliss Lane’owi informacje o pogromie żydowskim w Kielcach, podając, że była to robota rządu, po to, by przedstawiając później męczeństwo Żydów, wysyłać ich jako agentów do różnych krajów”484.

Apogeum konfliktu Kaczmarek-komuniści przypadło na tydzień po pogromie, kiedy wojewodzie Wiśliczowi nie udało się nakłonić władz kościelnych do podpisania uspokajającej odezwy do ludności485. Z punktu widzenia prewencji pogromowej kluczową rolę odgrywało w owej odezwie zasugerowane przez władze zdanie: „Według posiadanych już przez władze śledcze materiałów żadnego morderstwa dzieci polskich przez Żydów nigdy nie było”486. Kościół kielecki, pod nieobecność biskupa reprezentowany przez księdza Danilewicza, tego oświadczenia nie podpisał.

Zastąpić je chciał tekstem o innej wymowie, w którym znalazło się zgoła odmienne stwierdzenie: „Właściwi sprawcy, bez względu na przynależność narodową i wyznaniową, zostaną przykładnie ukarani”487. Władze komunistyczne odebrały je jako zakamuflowane potwierdzenie plotki o Żydach porywających dzieci na macę. Wyrzucały więc Wiśliczowi, że na nie przystał, a biskupowi – że pozostaje bezczynny wobec niebezpieczeństwa kolejnego pogromu. Kanonik Danilewicz zgodził się z tą ostatnią opinią dopiero pod presją śledczych, gdy uwięziono go w 1951 roku. „Władze UB kazały, bym wydał odezwę do narodu – zeznawał. – Wydałem, lecz była oficjalna, zimna, nic nieznacząca…”488.

Nie wiadomo, co myśleć o następującym zeznaniu księdza Danilewicza: „W lipcu 1946 roku w czasie rozruchów antysemickich w Kielcach był w Kielcach kardynał Hlond, który udawał się do Krakowa. Biskupa Kaczmarka w tym czasie nie było w Kielcach, przebywał on w Polanicy Zdroju. Hlond zatrzymał się u biskupa Sonika, dokąd ja zostałem wezwany, aby zreferować Hlondowi sprawę rozruchów antysemickich”489.

Natomiast z zeznań księdza Widłaka490, chyba zbyt rewelatorskich, by były wiarygodne, wynika, że w kurii dyskutowano o tych sprawach na długo przed pogromem: „Po raz pierwszy o rzekomym porywaniu dzieci aryjskich przez Żydów dowiedziałem się w marcu 1946 roku od księży prefektów Czeluśniaka Władysława, Nawrota i Wróbla. (…) ksiądz Czeluśniak wspominał, że na terenie Kielc istnieje i działa propagandowa komórka antyżydowska, zorganizowana na powrót po wyzwoleniu przez narodowców491. Zaznaczył przy tym, że z tą komórką jest on w kontakcie i stamtąd posiada materiał propagandowy przeciwko Żydom. (…) Spreparowała ona plotki o porwaniu nieletniej dziewczynki z Domaszowskiego Przedmieścia w Kielcach”492. Dotychczasowa kwerenda nie potwierdziła jego słów.

Procesja na Boże Ciało 1946

Eksplozja w katedrze

Sobczyńskiego i Wiślicza dawno nie będzie już w mieście, gdy w styczniu 1951 roku władze zdecydują się wyrównać rachunki z Czesławem Kaczmarkiem. W procesie, który rozpocznie się dwa lata później, nie oskarżą go jednak o współodpowiedzialność za pogrom. Nie posłużą się nawet takimi rewelacjami jak trudne do uwierzenia, ale zaskakująco dobrze udokumentowane w zeznaniach księży kurialistów informacje o przechowywaniu na terenie katedry broni493 i radiostacji494, współpracy księży kurialistów z prasą NSZ495 czy domniemanym molestowaniu zakonnic przez biskupa496. Skupią się za to na zgodnym z duchem epoki oskarżeniu o szpiegostwo w związku z kontaktami biskupa z amerykańskim ambasadorem Bliss Lane’em.

Adam Humer

21 stycznia 1951 roku funkcjonariusze MBP wkroczyli do siedziby biskupa, którego dzień wcześniej497 aresztowano pod zarzutem „faszyzacji życia, kolaboracji z hitlerowcami i szpiegostwa na rzecz USA”498. Pierwsza rewizja nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Poza słoikami z kosztownościami i walutą, zakopanymi na plebanii w Baranówku499, odnaleziono jedynie trochę kompromitującej literatury – m.in. „Mein Kampf” Hitlera czy „Mit XX wieku Rosenberga” (podobne książki przetrwały w wielu polskich bibliotekach). Jednak samych raportów o pogromie wówczas nie odnaleziono. Trzeba było wielokrotnych przesłuchań księży Danilewicza i Widłaka, aresztowanych w sierpniu i wrześniu, żeby wyszło na jaw miejsce ich przechowywania. W protokołach zachowały się staranne rysunki ich autorstwa przedstawiające przekrój katedry, gdzie na strychu od strony zamku, pomiędzy blachą pierwszej kondygnacji dachu a deskami, został ukryty pakiet zawierający raporty500.

12 stycznia 1952 roku funkcjonariusze MBP, podpułkownicy Humer i Więckowski, w asyście kapitanów Morawskiego, Kędziory i Opary, a także świadków, proboszcza katedry kieleckiej księdza Romana Zelka i jej kościelnego Jana Brożka, dokonali przeszukania w katedrze. Jak wynika z protokołu rewizji501, na strychu odnaleziono trzy teksty: „elaborat »Uwagi i spostrzeżenia na temat zajść kieleckich z dn. 4 lipca 1946 roku«”502, „dokument zatytułowany »Raport o zajściach w Kielcach«”503 i „opracowanie pod tytułem »Zeznania naocznego świadka«”504. Ponadto w skrytce znajdowała się korespondencja, teksty odezw z podpisami księdza Jana Danilewicza, wojewody Wiślicza i księdza Piotra Dudźca oraz dokument „Uwagi kardynała Hlonda Prymasa Polski wobec dziennikarzy amerykańskich w Warszawie dnia 11 lipca 1946 roku”505.

Zlecona przez UB ekspertyza pisma maszynowego wykazała, że wszystkie mogły zostać napisane na maszynie remington, będącej własnością kurii506. Czytelnik sam może wyrobić sobie zdanie o charakterze tych tekstów opublikowanych w tomie 2. Choć niejedyny to powód, dla którego warto je studiować, fakt, że archiwa kościelne wciąż pozostają słabo dostępne dla badaczy507, podnosi ich wartość jako źródła wiedzy o mentalności środowisk kościelnych.

Raporty z katedry

Świat ekspertów kurii kieleckiej jest skonstruowany konsekwentnie według linii plemiennych. Polak nie może zabić Polaka, do tego potrzebny jest Żyd: „podczas zajść zabito paru Polaków (…), którzy przecie nie padli z rąk polskich, a więc musieli być (…) zabici przez Żydów”508. Tymczasem na podstawie dowodów przedstawionych w rozdziale 2 wiadomo, że dwie polskie ofiary pogromu, Jan Jaworski i Stanisław Niewiarski/Niewiarowski, padły z ręki rodaków. Okoliczności śmierci pierwszego opisuje profesorka Pedagogium, Janina Kulpa509. Drugiego zabił Julian Chorążak z Czarnolasu510.

Prymas Hlond w dniu swojego ingresu Warszawa, 30 maja 1946

Autorzy raportów z katedry zgodnie uważają, że gniew kieleckich rodziców zatroskanych o los zagubionych dzieci był usprawiedliwiony, a tylko forma, jaką przybrał – spowodowana oporem żydowskich mieszkańców budynku przy ulicy Planty 7, którzy nie chcieli poddać się ludowej rewizji – zbyt drastyczna. Zarówno „Relację naocznego świadka”, jak i przytaczaną w zleconym przez biskupa raporcie prokuratora Jana Wrzeszcza opowieść o perypetiach Henia Błaszczyka – „wynajętego przez jakiegoś pana do odniesienia walizki do domu przy ulicy Planty nr 7”, gdzie „dostał jakiegoś napoju, poczem zasnął i obudził się 3 lipca nad wieczorem w piwnicy” – traktują oni z powagą. Co więcej, uwiarygodniają je, wspominając podobne przypadki z Krakowa z sierpnia 1945 roku, gdy pogłoska o zwłokach dzieci w synagodze Kupa stała się zarzewiem pogromu.

W tekście raportu znajduje się tylko jedno zdanie, które można potraktować jako zdystansowanie się od legendy o krwi: „na skutek błędnych i wyolbrzymionych wieści, że jakoby Żydzi mordują dzieci polskie, robotnicy…”. Nie wiadomo jednak, co jest tu „błędne” albo „wyolbrzymione”: czy sam fakt rytualnego zabójstwa, czy tylko liczba pokrzywdzonych dzieci511.

Raport przepełnia empatia wobec doprowadzonych do ostateczności rodziców. Wiele miejsca zajmuje opis wyprawy na Planty księdza Romana Zelka, o godzinie 11.00 zawróconego przez wojsko512. Po latach do IPN zgłosi się świadek z tytułem profesorskim, który widział tę sytuację. Opisuje ją następująco: „Po upływie około godziny lub półtorej od mojego przybycia na ulicę Planty tłum się zmniejszył, przybył ksiądz w sutannie, leżały zwłoki tych trzech osób zabitych Żydów, być może było więcej ciał. Ksiądz był bierny i patrzył, i nic nie mówił, być może obawiał się tłumu”513.

„Być może zbyt łatwo poddałem się zakazowi władzy – powie po latach nieznany ksiądz kielecki, indagowany przez dziennikarza. – Może gdybym przedarł się przez milicyjny kordon, wszedł między tłum i powiedział: »Mnie kamienujcie«, składając swoje życie w ofierze, uratowałbym tamtych niewinnych”514.

Ponownie delegacja pod wodzą kanonika Zelka udała się na Planty o 14.30, gdy nastąpiło chwilowe uspokojenie, po to tylko, by stwierdzić, że nie ma tam nic do roboty515. Do wieczora, mimo że Żydów atakowano także w innych miejscach Kielc (przy ulicach Sienkiewicza, Piotrkowskiej, Głowackiego, Leonarda i na Bazarach), żadnych więcej działań nie podjęto. Pogrom miał miejsce kilka kwartałów od budynków kurii i trwał osiem godzin. W jego trakcie w katedrze odprawiono m.in. mszę za duszę generała Sikorskiego. Wezwanie do opamiętania można było wpleść choćby w kazanie. Nie wiadomo, co było przyczyną zerwania komunikacji Kościoła z wiernymi.

Równie chwiejnie autorzy raportów odnoszą się do krążących po Kielcach plotek o żydowskich okrucieństwach wobec dzieci. Piszą, że podczas wojny dom żydowski na Plantach miał być rzekomo „wytwórnią wędlin”, zaopatrzoną w „chłodnie i składy dla celów konserwacji mięsa”516. Ta rzucona mimochodem informacja (skądinąd sprzeczna z ustaleniem, że znajdowały się tu koszary SS517, a przynajmniej niemieckiej żandarmerii518) sprawia, że fantazja o „porywaczach ciał” nabiera realnych kształtów.

W raportach pojawia się wątek dołów z wapnem, znajdujących się na zapleczu Plantów 7. U Wrzeszcza czytamy: „mówiono, że mordowane dzieci przechowywano w cementowych dołach, a potem dopiero palono. Dotąd sami milicjanci (można ustalić ich nazwiska) twierdzą, że w czasie walk widzieli na podwórzu domu dół, w którym miały znajdować się zwłoki ludzkie pokryte wapnem”. Istotnie, jak podaje w swym raporcie starszy sierżant Rybak, „jeden z żołnierzy krzyczał, że widział cztery trupy dzieci w wapnie”519.

O zasięgu powyższej fantazji, może zabarwionej jakimś okupacyjnym horrorem, informują też wzmianki w protokołach przesłuchań oficerów WP, np. Antoniego Frankowskiego520, oraz pogromszczyków takich jak Antonina Biskupska: „Usłyszałam, że jedno dziecko jest jeszcze ciepłe oraz że dzieci pomordowane są w piwnicy, później, że na placu, a później, że pozalewane wapnem, aby nie było śladu”521. Podobnie zeznawał Jan Soboń, podpierając się (kłamliwie) autorytetem córki, która pracowała na Plantach 7 jako sprzątaczka: „Powiedziałem im przechodniom, że na Plantach jest bardzo dużo zgromadzonych ludzi, jest strzelanina, ponieważ z dołu z wapnem wyciągnęli czternaścioro polskich dzieci, a ludność oburzona bije Żydów. Spytali mnie, czy to prawda. Odpowiedziałem: »Prawda, a jeżeli nie wierzycie, możecie iść na Planty, a zresztą słyszycie, strzelają tam w dom żydowski«”522.

Za domem żydowskim przy Plantach istotnie był dół z wapnem523, do którego wrzucano odpadki spożywcze. Przyciągał uwagę tak samo jak nieoszklone, zabite deskami okna na parterze domu od strony dziedzińca, które sprowokowały plotki o tym, że Żydzi mają jednak coś do ukrycia. Okna te zabezpieczono w ten sposób wskutek rozporządzenia MO, wydanego po wrzuceniu granatu do lokalu Komitetu Żydowskiego 18 października 1945 roku524. Autor raportu objaśnia to inaczej: „Okna są stale zabite deskami, co daje podstawę do podejrzeń, że tam właśnie miano dokonywać tych zbrodniczych eksperymentów. Ludność uzasadnia swoje podejrzenia faktem, że obecnie można łatwo uzyskać szkło na przydział, co szczególnie przy wpływach żydowskich jest możliwe. Wobec tego pozostawienie w tych czasach jeszcze części domu nieoszklonej uzasadnia domysły”.

Raport kurii nie opatruje tych rojeń krytycznym komentarzem. Chyba że za taki uznamy teorię, że Żydzi wyłącznie skorzystają na pogromie: „faktem jest, że Żydzi europejscy pragną wywrzeć presję na rząd Wielkiej Brytanii, by oddał im w niepodzielne władanie Palestynę. (…) Po drugie, aby łatwiej uzyskać możność wyjazdu do Palestyny, Żydzi europejscy starają się dowieść, że w niektórych krajach europejskich są prześladowani. Do takich krajów należy Polska, której Żydzi, zwłaszcza rosyjscy, szczególnie nie lubią za to, że nie chce dobrowolnie przyjąć narzucanego sobie ustroju komunistycznego. Ze względu na przytoczone zjawiska nie jest wykluczone, że ktoś z Żydów mógł skłonić Henryka Błaszczyka do opowiadania wyżej przytoczonej historii w przewidywaniu, że skłoni ona podniecony już i tak przeciw Żydom tłum do ekscesów, które będzie można potem obszernie wyzyskać”.

Kielecka ulica w roku 1947

Innymi słowy, „pewne komunistyczne czynniki żydowskie w porozumieniu z opanowanym przez siebie Urzędem Bezpieczeństwa” postanowiły wykorzystać przypadki ginięcia dzieci, „aby wywołać pogrom”. Dałby on władzom trzy korzyści: „dowód potrzeby emigracji Żydów do własnego kraju, (…) dowód opanowania społeczeństwa polskiego przez antysemityzm i faszyzm i wreszcie (…) dowód reakcyjności Kościoła, którego zabijający byli członkami”525.

Zarówno raport Kaczmarka, jak i znalezione w katedrze opracowania są wyraźnie niechętne Żydom. Winne swemu losowi stają się ofiary526. Żydów obciąża się zbiorową odpowiedzialnością za pogrom, mając na myśli zarówno „tych u władzy”, opieszale poszukujących zaginionych dzieci, „Żydów rosyjskich” i palestyńskich, którym insynuuje się czerpanie korzyści z pogromu, jak i tych, którzy mieszkając przy Plantach, nie zadbali w porę o wstawienie szyb, likwidację dołu z wapnem czy umożliwienie ludowej rewizji (której się zresztą poddali).

„Fakty tu opisane – czytamy w kluczowym zdaniu raportu Kaczmarka o przypadkach zaginionych dzieci – były meldowane milicji, która jednak okazywała wobec nich zupełną obojętność, nie przeprowadzając śledztwa, ale i nie dementując otrzymanych wiadomości. Ta bezczynność władz policyjnych utwierdzała szerokie masy w przekonaniu, że Żydom w Polsce wszystko wolno, że wszystko może im uchodzić bezkarnie”527.

Legenda o krwi i transfuzjach

Autorzy raportu stronią jednak od pytania, kto wytworzył skojarzenie pomiędzy ginięciem dzieci i Żydami. Instytucja przez stulecia podtrzymująca kulty dzieci-męczenników, demonizująca Żydów, przedstawiająca ich jako kanibali i wampirów nie przyjmuje do wiadomości własnego uwikłania w pogrom.

Jak piszą autorzy książki „Witchcraft, Sorcery, Rumors and Gossip”, aby plotka komuś zaszkodziła, jej słowa muszą zostać wypowiedziane w stosownym kontekście, a zatem raczej ów kontekst, a nie same słowa są winne wywołanemu przez plotkę skutkowi528. Kontekstem pogłoski, która spowodowała pogrom kielecki, jest kościelna legenda o żydowskich mordach rytualnych, wędrująca po Europie co najmniej od XII wieku. W ciągu stuleci doprowadziła ona do wytępienia wielu zachodnioeuropejskich gmin starozakonnych. Szczególnie chętnie dawano jej posłuch w miastach, które mogły zyskać na wypędzeniu Żydów, bo ich mieszkańcy byli u nich zadłużeni. Legenda stanowiła też poręczne narzędzie rozprawiania się z konkurencją handlową – nawet na odległość. Wystarczyło wymusić na mękach zeznanie aresztowanego na przykład w Trydencie, że wysłał na przykład do Frankfurtu macę z dodatkiem krwi dziecięcej, aby obalić tam dowolnego żydowskiego kupca czy bankiera529.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pod klątwą. Tom 2 Pod klątwą. Tom 1 Okrzyki pogromowe. Szkice z antropologii historycznej Polski lat 1939-1946 Wyzwolenie przez zmysły. Tybetańskie koncepcje soteriologiczne 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie