The Perfect Game. Tom 2. Zmiana

The Perfect Game. Tom 2. Zmiana

Autorzy: J Sterling

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 17.90 zł

Jack pojawił się u mnie w nocy, po sześciu miesiącach braku kontaktu. Trzymał dwanaście czerwonych róż. Powiedział, że jest mu przykro, że mnie kocha i chce wszystko naprawić. Cała moja złość o jego planowane małżeństwo i udawaną ciążę z Chrystle, postanowienie, że nie chcę więcej widzieć tego faceta, ulotniły się na sam jego widok. Zapragnęłam zaprosić Jacka z powrotem do swojego życia, ale musiałam wiedzieć jedno – że tym razem zostanie ze mną na zawsze.

W oczekiwanej kontynuacji bestsellerowej powieści The Perfect Game Jack i Cassie szybko zdają sobie sprawę, że ich miłość zostanie wystawiona na kolejne próby.

O przeszłości nigdy nie da się naprawdę zapomnieć.

***

Związek to niełatwa gra zespołowa. Na Cassie i Jacka spada wiele bolesnych ciosów, ale piłka nadal jest w grze. Sprawdź, czy ta para wygra kolejną rozgrywkę. 

Dominika Emilia Lewandowska, Life by Bookaholic

Historia Jacka i Cassie nabiera rumieńców, a prawdziwa rozgrywka o ich wspólne życie dopiero się rozpoczyna, gdy na drodze pojawiają się kolejne przeszkody… Zmiana to gorąca i zaskakująca kontynuacja serii.

Ewelina Nawara, My Fairy Book World

Czy punkt zwrotny okaże się tylko małym przecinkiem w opowieści o Cassie i Jacku? Przekonajcie się, czy warto dać miłości drugą szansę.

Monika Sygo, OnaLubi

Jack i Cassie są dowodem na istnienie prawdziwej miłości. Niektórzy twierdzą, że przezwycięży ona wszystko. Jednak czy kiedy życie rzuca zakochanym kłody pod nogi, dadzą oni radę je ominąć?

Zuzanna Konieczka, Happy Girl

 

BIOGRAM

Jenn Sterling postanowiła zacząć pisać książki, gdy została zwolniona z pracy. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ pisanie od początku wychodzi jej… fenomenalnie. Sterling jest autorką bestsellerowej serii The Perfect Game. Odwiedź jej stronę: www.j-sterling.com.

Co mówi o sobie? „Kocham baseball, ciepłe letnie wieczory, plażę, południową Kalifornię, Dodgersów, Malibu, śmiech, zawieranie nowych przyjaźni, poznawanie ludzi, podróże i… ciebie. Zgadza się, kocham cię. Chyba że jesteś dupkiem – jeśli tak, to jednak cię nie kocham”.

Książkę tę dedykuję wszystkim, których oczarował uroczy partacz o imieniu Jack i którzy nie pozwolili mu odejść.

Dziękuję, że mieliście ochotę na ciąg dalszy.

PRAWDA NICZYM SEN

CASSIE

Otworzyłam oczy, bojąc się, że to wszystko było jedynie snem… cudownie zmysłowym, słodkim i romantycznym snem. Moje spojrzenie od razu zatrzymało się na śpiącym obok mnie Jacku. Puls mi przyspieszył, oparłam się pokusie obudzenia go na rundę numer dwa. A może trzy? Buzowały we mnie wszystkie emocje minionego wieczoru i nim miałam możliwość w pełni je rozgryźć, dotarło do mnie, że to szczęście. A szczęście to uczucie, którego od wielu miesięcy miałam ogromny deficyt.

Wczoraj wieczorem Jack zjawił się w progu mojego mieszkania, po sześciu miesiącach bez znaku życia. Ubrany w bluzę Metsów trzymał w ręce tuzin czerwonych róż. Popatrzył mi w oczy i oświadczył, że mnie kocha, że przeprasza i że zasłuży sobie na odzyskanie mojego zaufania. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, mało brakowało, a cała bym się rozsypała. Pragnęłam przyjąć go z powrotem do swojego życia, musiałam jednak mieć pewność, że tym razem to już na zawsze.

A teraz leżał obok mnie w łóżku. W głowie kotłowały mi się miliony pytań – dlaczego tak długo to trwało? dlaczego w ogóle się ze mną nie kontaktował? – chociaż tak na prawdę w tej chwili nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. A przynajmniej próbowałam sobie wmówić, że nie miało. Pytania mogły zaczekać, ale niezbyt długo. Taka już byłam, wszystko musiałam sobie wyjaśnić. Kto jak kto, ale Jack wiele musiał mi wytłumaczyć.

Powoli wstałam, starając się go nie obudzić. Udało mi się zaledwie postawić stopy na podłodze, kiedy oplótł mnie silnymi ramionami w talii i przyciągnął z powrotem do siebie.

– Dokąd się wybierasz? – szepnął z ustami przy mojej szyi.

– Dokąd tylko mam ochotę, to przecież moje mieszkanie – odparowałam, starając się ukryć uśmiech.

– Nie powiedziałem, że wolno ci opuścić łóżko. – W jego głosie słychać było tyle determinacji, że aż prychnęłam.

– Nie potrzebuję twojego pozwolenia – rzuciłam, a on nakrył mnie swoim ciałem i pocałował w czubek nosa.

– Nie masz pojęcia, jak mi brakowało tej twojej zadziorności.

– Cóż, mnie nie brakowało tego, że próbujesz mnie zabić swoim

ciężarem. Złaź ze mnie.

– Staram się. – Na jego twarzy pojawił się złowieszczy uśmieszek, a dłoń zaczęła wędrować w górę mojego nagiego uda.

Trzepnęłam go w ramię i przewróciłam oczami.

– Świnia z ciebie, wiesz?

– Aha, świnia, ale twoja. – Nachylił się i przycisnął usta do moich. Odruchowo odwróciłam głowę i zacisnęłam wargi. Jack zsunął się ze mnie i położył na boku. – Co się stało?

Zasłoniłam usta dłonią.

– Nie potrafię się całować z samego rana. Najpierw muszę umyć zęby.

Kiwnął głową.

– Rzeczywiście przyda ci się spotkanie ze szczoteczką.

Otworzyłam usta, ale szybko je zamknęłam, starając się oddychać jak najpłycej.

– Wcale nie. Zamknij się!

Roześmiał się, a mnie rozbroiły jego urocze dołeczki. Ależ się za nimi stęskniłam.

– Żartuję, Kiciu. Pachniesz różami.

– Nie pojmuję, jak mogło mi brakować kogoś tak irytującego jak ty.

– To ty jesteś niczym wrzód na tyłku i to ja muszę znosić ciebie.

– O. Mój. Boże. – Wstałam z łóżka, posłałam Jackowi groźne spojrzenie, po czym wyszłam z sypialni.

– Żartuję! Jesteś cholernym aniołem, że ze mną wytrzymujesz.

– Owszem, postaraj się o tym pamiętać! – zawołałam z korytarza.

Umyłam zęby w mojej maleńkiej łazience i wróciłam do sypialni. Jack się nawet nie ruszył. Spojrzał mi w oczy, a przez ciało przebiegł mi dreszcz wyczekiwania. Jednocześnie kochałam i nie znosiłam tego, jak na niego reaguję. Nienawidziłam, że on wie, jak na mnie działa. Ale uwielbiałam uczucie, jakie dzięki niemu wypełniało całe moje ciało.

Powinnam pewnie poszukać pomocy psychiatry.

Tłumiąc westchnienie, przysiadłam na skraju łóżka, a chwilę później położyłam się na boku twarzą do Jacka.

– Co się dzieje, Kiciu? – Brwi miał ściągnięte tak mocno, że między nimi pojawiły się dwie pionowe zmarszczki.

– Nic – skłamałam.

– Za dobrze cię znam, Cass. O co chodzi?

– Chciałam cię o coś zapytać.

– Pytaj, o co tylko chcesz – odparł szczerze.

Zawahałam się, nie miałam pewności, czy chcę od razu poruszać ten temat. Dopiero wrócił. Dopiero przyjęłam go z powrotem. A jednak mój umysł dręczyła przemożna potrzeba poznania odpowiedzi. Wiedziałam, że mi nie przejdzie, dopóki nie zaspokoję ciekawości.

– Co się działo po moim wyjeździe z Kalifornii do Nowego Jorku?

– To znaczy?

– Daj spokój, Jack. Minęło sześć miesięcy, nim się tu zjawiłeś. Sześć miesięcy! – Ton głosu miałam ostrzejszy, niż zamierzałam. Odwrócił ode mnie wzrok. Odetchnął powoli i przeczesał palcami ciemne włosy. – Przykro mi, Jack. Muszę o tym porozmawiać, inaczej będę w sobie dusić emocje, aż w końcu wybuchnę.

Spojrzał na mnie, a na jego twarzy pojawił się niewyraźny, pełen żalu uśmiech.

– Wiem, masz rację. Zasługujesz na odpowiedzi.

– Mamy czas? To znaczy musisz dziś jechać na trening? – Był przecież zawodowym baseballistą, a sezon w pełni.

– Drużyna jest na wyjeździe. Mnie przysłano tutaj, żebym się na spokojnie rozlokował. Mam się stawić jutro o dziesiątej rano.

– Okej. Możemy więc teraz porozmawiać? – Serce waliło mi jak młotem. Jack tu był, ze mną, w moim łóżku. Kochał mnie, nigdy nie przestał. Czemu więc tak bardzo się denerwowałam? – Wyjaśnij, proszę, co się wydarzyło po tym, jak wyjechałam do Nowego Jorku?

– Chodzi ci o szczegółową relację z całych sześciu miesięcy? Mogłabyś zasnąć z nudów.

Przewróciłam oczami.

– Zacznij od tych dobrych momentów.

– Gdyby to była historia składająca się choć w części z dobrych momentów, Kiciu, zjawiłbym się tutaj już dawno temu – zażartował, po czym pogładził mnie kciukiem po policzku.

Wtuliłam się w jego dłoń i zamknęłam oczy, delektując się otuchą, jaką zapewniał mi jego dotyk.

– Miałam na myśli to, co sprawiło, że pół roku czekałeś ze zjawieniem się u mnie. Opowiedz mi to w skrócie – wyszeptałam, nie mając pewności, czego się dowiem.

Jack przytulił mnie do siebie i zaczął swoją opowieść.

I tak po prostu odeszła. Ale najpierw wypowiedziała to cholerne słowo, które prześladowało mnie w snach. Ta dziewczyna zawsze kazała mi udowadniać – moją miłość i oddanie. Zasłużyłem na to po tym, przez co kazałem jej przejść. Przestała mi ufać.

Wtedy sam sobie bym nie zaufał.

Cóż za ironia losu, prawda? Tym razem to ja zostałem sam na parkingu. Przysięgam, że gdyby moje serce było w stanie wyskoczyć mi z piersi prosto w dłonie, tak właśnie by zrobiło. Wyobrażałem sobie to przez chwilę… sączącą się między palcami krew, rozpryskującą się na betonie, gdy tymczasem serce powoli przestaje bić.

Kurwa.

Moje życie bez tej dziewczyny nie ma sensu.

A teraz ona odeszła.

Znowu.

Czemu ciągle ją tracę?

Rozpiąłem guziki przy szyi i obciągnąłem bluzę na spodnie. Obejrzałem się na widoczne u szczytu schodów drzwi i powoli zacząłem iść w ich stronę. Podeszwy butów głośno stukały na chodniku. Nie byłem gotowy, by wrócić do hotelu z drużyną. Nie w tym momencie. Będą świętować dzisiejsze zwycięstwo, a ja pragnąłem opłakiwać swoją stratę.

Prześladował mnie widok odjeżdżającej taksówką Cassie. Zamknąłem oczy, pragnąc, aby ten obraz w końcu zniknął. Z oszołomienia wyrwał mnie śmiech brata i znajomy damski głos.

– O cholera, Jack? – Współczucie Melissy obecne było zarówno w jej tonie, jak i spojrzeniu.

Patrzyłem na najlepszą przyjaciółkę Cassie, stojącą na schodach w towarzystwie mojego brata. Dean był tylko parę lat ode mnie młodszy, ale zawsze będzie dla mnie małym braciszkiem, mimo że już niemal dorównywał mi wzrostem. Powieki miałem ciężkie, w głowie czułem bolesne pulsowanie. Zdobyłem się jedynie na kiwnięcie głową na przywitanie.

– Dalej, bracie, wejdźmy do środka. – Dean otoczył mnie ramieniem i pomógł wejść po betonowych stopniach, tymczasem Melissa otworzyła drzwi swojego mieszkania i weszła do środka.

– Widziałeś się z nią? – zapytała, rzucając swoje rzeczy na kuchenny stół.

– Tak – odpowiedziałem spokojnie, dorzuciłem do tego bajzlu moją czapkę. Klapnąłem na krzesło.

– No i co się stało? Co powiedziała? – zapytała ostro, gwałtownie gestykulując.

– Wyjechała. – Wzruszyłem ramionami. – Przeprowadza się do Nowego Jorku.

– Oczywiście, że się tam przeprowadza – wyrzekła chłodno.

Dean położył mi rękę na ramieniu, po czym wyjaśnił:

– Melissie chodzi po prostu o to, że Cassie musi zacząć żyć dla samej siebie. Musi podejmować decyzje, które nie mają związku z tobą.

Auć, zabolało. Uniosłem głowę i spiorunowałem brata wzrokiem.

– Wiem o tym. Myślisz, że nie wiem?

– Naprawdę? A może sądziłeś, że rzuci ci się w ramiona i będziecie żyli długo i szczęśliwie? – odparował Dean, a w jego głosie zabrzmiała oskarżycielska nuta.

Uśmiechnąłem się z zakłopotaniem.

– Myślałem, że mogę liczyć na jakieś rzucenie się w ramiona – wzruszyłem ramionami.

Zazwyczaj uśmiechnięta Melissa wykrzywiła twarz w grymasie.

– Co za bzdury, Jack. Spodziewasz się, że wyrzeknie się swojej kariery tylko dlatego, że ją o to poprosiłeś?

– Nie prosiłem jej o to. Sądziłem po prostu, że przynajmniej ze mną porozmawia. Przełoży lot. Da mi szansę.

– Tak jak ty dałeś jej szansę przed swoim ślubem z tą zdzirą?

– Melissa! – Dean zbeształ ją cicho, po czym dotknął jej ramienia w sposób, który jakimś cudem zmył gniew z jej twarzy.

Zacisnąłem zęby. Słowa Melissy przeszyły mnie jak sztylety.

– Myślisz, że odejście od Cassie tamtego wieczoru było dla mnie proste? Jedyne, czego wtedy pragnąłem, to zostać z nią, błagać o wybaczenie i…

– Ale tego nie zrobiłeś! Nie zostałeś z nią. Zostawiłeś ją na tym parkingu samą, całą zapłakaną, i odjechałeś z tą suką! – zawołała Melissa, zawierając w każdym słowie całą frustrację, jaką czuła z powodu tego, jak potraktowałem Cassie. Jej oskarżenia świdrowały mi czaszkę i serce.

– Wiem, co zrobiłem! – odkrzyknąłem. – Myślisz, do jasnej cholery, że nie wiem, co zrobiłem? Muszę żyć z tą świadomością każdego dnia. Spierdoliłem sprawę, okej? Wszyscy wiemy, że spierdoliłem! – Uderzyłem pięściami w stół, a jakieś drobniaki zabrzęczały i spadły na dywan, przywołując wspomnienia z mojej pierwszej randki z Cassie. Oczami wyobraźni widziałem, jak siedzi naprzeciwko mnie w małym boksie w restauracji. Przypomniało mi się, jak wyjąłem z kurtki papierową torebkę i wysypałem na stół dwudziestopięciocentówki, dumny ze swojej pomysłowości, a kilka z nich sturlało się na podłogę. Wspomnienia, które dawniej sprawiały mi radość, teraz przepełniały moje serce bólem.

– Jeśli chcesz wszystko naprawić, świadomość tego, że spierdoliłeś, to za mało. Musisz zrozumieć, co zrobiłeś jej – oświadczyła Melissa nieco łagodniejszym tonem.

Spojrzałem na nią, starając się opanować gniew.

– Więc wyjaśnij mi, co zrobiłem.

– Nim Cassie zdążyła wrócić z Alabamy, wszyscy wiedzieli, co zrobiłeś. Wszystkie gazety trąbiły o tym, że się żenisz. I Facebook. Wiesz, że mieli czelność zadzwonić do niej z tej głupiej szkolnej gazety, w której pracowała, i poprosić o twoje zdjęcia? Twierdzili, że mają tylko stare, i chcieli wiedzieć, czy ona nie ma przypadkiem nowych.

– Żartujesz? – wyrzuciłem z siebie z odrazą.

– Chciałabym.

Zacisnąłem dłonie w pięści.

– Zabiję ich, kurwa, co za ignoranckie…

Melissa wymierzyła we mnie oskarżycielski palec, uciszając mnie w pół słowa.

– Nie chodziło tylko o gazety, Facebooka i szkolny magazyn. Mierzyła się z tym wszędzie, dokąd się nie udała. Najgorzej było na uczelni. Nie mogła przejść spokojnie przez kampus, bo zewsząd słyszała komentarze i drwiące uwagi. Każdy mógł oglądać i poddawać ocenie najbardziej osobiste i bolesne chwile jej życia. A uwierz mi, że każdy miał coś do powiedzenia w kwestii waszego rozstania.

Wzdrygnąłem się. Samo słuchanie o tym było wystarczająco bolesne; nie potrafiłem sobie wyobrazić, przez co musiała przejść moja dziewczyna.

– Nie miałem pojęcia, że dzieje się coś takiego, w przeciwnym razie zrobiłbym coś, żeby położyć temu kres. Dopilnowałbym, aby nikt nigdy nie powiedział jej nic nieprzyjemnego.

– Nie mówię ci tego, żebyś się zadręczał, Jack. Chcę po prostu, żebyś zrozumiał reperkusje, jakie miały twoje czyny. Ty popełniłeś błąd, a to ona musiała za niego płacić. – Skryłem twarz w dłoniach i z frustracją pociągnąłem się za włosy. Walczyłem ze łzami, które napływały mi do oczu. – Złamałeś ją, Jack. – To był ostatni cios ze strony Melissy. Nie miałem pojęcia, że aż tak skrzywdziłem Cassie. Absolutnie nie miałem takiego zamiaru. I nigdy sobie tego nie wybaczę.

– Siebie także złamałem – przyznałem, ocierając łzę, która ośmieliła się spłynąć mi po policzku.

– Jack, posłuchaj. – Melissa usiadła naprzeciwko mnie i położyła ręce na stole. – Kocham cię, naprawdę, ale musisz jej pozwolić wyjechać.

Prawda płynąca z jej słów sprawiła, że poczułem ściskanie w klatce piersiowej. Z trudem przełknąłem ślinę.

– Pragnę ją odzyskać. Potrzebuję jej. Dla mnie istnieje albo Cassie, albo nikt.

– To nie mnie musisz o tym przekonać. – Wyciągnęła rękę i opuszkami palców dotknęła moich knykci.

Cofnąłem dłoń. Oderwałem wzrok od jej intensywnie niebieskich oczu i spojrzałem na brata.

– Wiem.

– Ona nadal cię kocha – powiedział Dean i napił się wody z trzymanej w ręce butelki. Zmrużyłem oczy. – No co? Nie wierzysz w to? Kocha cię.

– Nie chodzi o to, czy Cassie go kocha, czy nie – powiedziała Melissa.

– Trochę o to, w przeciwnym razie nie prowadzilibyśmy tej rozmowy – rzekł Dean z uśmiechem.

– Czy ty w ogóle nas słuchałeś? – zapytała żartobliwie, kręcąc głową.

– Dean ma rację – oświadczyłem. – To znaczy nie miałbym żadnej, nawet najmniejszej szansy, gdyby Cassie już mnie nie kochała.

– I co zamierzasz w związku z tym zrobić? – Melissa spojrzała na mnie znacząco.

– Po pierwsze, zamierzam anulować małżeństwo. Następnie polecę do Nowego Jorku i odzyskam swoją dziewczynę – wyrzekłem z nową determinacją.

– Jak? – zapytała.

Przeczesałem palcami włosy i westchnąłem.

– Jeszcze nie wiem.

W powietrzu unosiła się aura niepewności. Czułem presję, aby tym razem zrobić wszystko, jak należy. Skoro zamierzałem błagać Cassie o jeszcze jedną szansę, musiałem mieć pewność, że ją otrzymam. Bo jeśli to schrzanię, między nami definitywny koniec. Miałem tego świadomość.

– Mogę skorzystać z toalety? – zapytałem, po czym wstałem. Potrzebowałem pretekstu, aby wejść do pokoju Cassie. Pragnąłem bliskości czegokolwiek, co po sobie pozostawiła.

– Oczywiście.

– Może to być jej łazienka? – Nie wiem, dlaczego o to zapytałem. Co, u licha, Melissa mi odpowie – nie? I tak bym jej nie posłuchał.

– Eee, okej – odparła, przewracając oczami. Doskonale wiedziała, że mnie tym zirytuje.

Wszedłem do pokoju Cassie i prześlizgnąłem się wzrokiem po ścianach; ich pustka przyprawiała mnie o fizyczny ból. Zniknęły wszystkie zdjęcia. Właściwie to poza meblami niewiele zostało. Ale wtedy coś przyciągnęło moje spojrzenie i mocniej zabiło mi serce. Przysiadłem na skraju łóżka. Na nocnym stoliku stał słoik pełen dwudziestopięciocentówek. Ten, który jej podarowałem. Każda moneta miała być „zapłatą” za mój dotyk. Cofnąłem się myślami do chwili, gdy po raz pierwszy chwyciłem ją za ramię na imprezie bractwa. Wyrwała się z mojego uścisku i rzuciła: „Za każdym razem, kiedy mnie dotkniesz, płacisz pięćdziesiąt centów. Więcej tego nie rób”. Pragnąłem, aby ta jej zadziorność na nowo zagościła w moim życiu.

Ponownie skupiłem się na słoiku. Nadal przytwierdzona była do niego karteczka z odręcznym napisem „dwudziestopięciocentówki Kici”. Nie zabrała go ze sobą. Czemu tego, do diaska, nie zrobiła? To niedobry znak. Przeprowadziła się na drugi koniec kraju, pozostawiając tutaj część nas. Bardzo ważną część.

Słoik w moich dłoniach zdawał się ze mnie naigrawać, chełpił się, że jest niemal pełen, gdy tymczasem moje serce pozostawało puste. Miałem ochotę rzucić nim o ścianę i patrzeć, jak rozbija się na sto kawałków, wiedziałem jednak, że od razu bym tego pożałował.

Ta kolejka górska, którą był mój związek z Cassie, musiała się zatrzymać. Nie znaczy to, że chciałem z niej wysiąść. Pragnąłem jedynie, aby nie była już trzęsącą się, powodującą ból głowy, rozklekotaną, drewnianą kolejką z zamierzchłych czasów, lecz poruszającą się płynnie, nowoczesną, stalową, współczesną.

Odstawiłem słoik na miejsce i wyszedłem z pokoju, zostawiając resztki mojego serca, gdzieś między stolikiem nocnym a podłogą.

– Czemu część jej rzeczy została? – Wróciwszy do salonu, wbiłem spojrzenie w niebieskie oczy Melissy.

– Uznałyśmy, że na razie łatwiej będzie je zostawić. Nie wiemy, na jak długo wyjechała, a ja na pewno w najbliższym czasie się nie wyprowadzam. Poza tym w Nowym Jorku łatwo jest znaleźć umeblowane mieszkanie.

– Co to znaczy, że nie wiesz, na jak długo wyjechała? – zapytałem, złakniony każdego strzępka informacji o planach Cassie.

– Może jej się tam nie spodoba. Albo praca nie wypali. Po prostu nie miała pewności.

Pokiwałem głową i przywołałem wspomnienia związane z tym mieszkaniem. Oczami wyobraźni ujrzałem Cassie w tamtej białej sukience na ramiączkach, którą miała na sobie, kiedy zabrałem ją po raz pierwszy do domu, aby poznała moją rodzinę. Skrzywiłem się i zacisnąłem powieki, poczułem przeszywający ból.

– Wszystko w porządku? – Głos Melissy zmusił mnie do otworzenia oczu.

– Walczę z duchami – odparłem, przełknąwszy z trudem ślinę.

Musiałem stamtąd wyjść. Musiałem opuścić mieszkanie, w którym unosił się zapach Cassie i z którego pochodziło tak wiele wspomnień. Przebywanie tam bez niej przepełniało mnie bólem. Nagle dotarło do mnie, co musiała czuć, kiedy wyjechałem i układałem sobie życie z inną. Jak bardzo musiało ją boleć mieszkanie tutaj ze świadomością tego wszystkiego, co nam zrobiłem. Ależ ona musiała cierpieć z powodu moich postępków. Była przecież niewinna, dlaczego więc to ona zapłaciła najwyższą cenę?

– Wracam do hotelu, bo jeszcze zaczną panikować, że się samowolnie oddaliłem. – Ruszyłem w stronę drzwi, z każdym uderzeniem serca czułem bolesne pulsowanie w głowie.

– Podrzucić cię? – zapytał Dean ze ściągniętymi brwiami.

– Chyba że chcesz, abym zabrał twoje auto do hotelu. Ale jutro z samego rana będziesz je musiał odebrać, żeby go nie odholowano. – Delikatnie mu przypomniałem, że rano drużyna wraca do Arizony.

Dean zerknął na Melissę, po czym uśmiechnął się do mnie.

– Nie. Zawiozę cię.

– Jack? Nie zapominaj, że ja także tu jestem. Możesz dzwonić o każdej porze, a jeśli tylko będę mogła, pomogę – powiedziała Melissa z miną pełną współczucia.

– Trzymam cię za słowo. – Posłałem jej wymuszony uśmiech.

– To dobrze. Bo choć jesteś głupim palantem, to jesteś jej głupim palantem i jesteście dla siebie stworzeni – szepnęła, a potem objęła mnie w pasie i uściskała z większą siłą, niż można się spodziewać po jej drobnej sylwetce.

– Udusisz mnie, kurduplu – wyrzuciłem z siebie, a ona zachichotała.

Dean objął Melissę ramieniem i spojrzał na nią.

– Później się zobaczymy, okej?

– Okej – odparła, a ja nie mogłem nie dostrzec błysku w jej oku. I w jego.

Wziąłem ze stołu klucze, założyłem czapkę Diamondbacksów i odwróciłem się ku drzwiom.

Szliśmy w milczeniu do stalowoszarego mustanga, którego kupiłem dla Deana. W mroku przyciemniane szyby wydawały się niemal czarne. Na początku protestował, upierał się, że wcale go nie potrzebuje, ale wiedziałem, że to jego wymarzony samochód, i kiedy dostałem premię za podpisanie kontraktu, chciałem sprawić mu przyjemność. Rzuciłem mu kluczyki i stanąłem przy drzwiach od strony pasażera. W wieczornej ciszy rozległy się dwa piknięcia i obaj wślizgnęliśmy się na chłodne, skórzane fotele. Zamruczał silnik, a ja wpatrywałem się przed siebie. Przez głowę przebiegało mi co najmniej kilkanaście myśli, walcząc o moją niepodzielną atencję. Pokręciłem głową i skupiłem się na bracie.

– Co się dzieje między tobą a Meli? – zapytałem, chciałem odwrócić uwagę od niespokojnych myśli.

Wyjechał z parkingu z szerokim uśmiechem, ale nie spojrzał mi w oczy.

– Nic. Czemu pytasz?

– Nie kłam. – Dałem mu żartobliwego kuksańca w ramię, przez co on skręcił gwałtownie kierownicą.

– Hej! Nie rób tak! – Zerknął na mnie szybko, po czym ponownie skupił się na drodze.

– No to mów, co się między wami kroi. Widziałem, jak na ciebie patrzyła.

– Jak? Jak na mnie patrzyła? – Dean wyprostował się na fotelu. Wyraźnie zainteresował się moimi słowami.

– Robisz sobie jaja, co? Nie widzisz, jak na ciebie patrzy? Takim wzrokiem, jakby miała ochotę cię natychmiast zjeść. Naprawdę jesteś aż tak ślepy?

Dean prychnął.

– Ona mnie wcale nie chce.

– Jak to możliwe, że jesteśmy spokrewnieni? Stary, ta dziewczyna ma na ciebie ochotę. Uwierz mi. Znam się na kobietach.

Pędziliśmy w milczeniu dwupasmówką, w samochodzie słychać było jedynie ryk silnika. Dean zerknął w końcu na mnie i przeciągle westchnął.

– Raz próbowałem ją pocałować. Sądziłem, że właściwie odczytałem wszystkie sygnały. Ale ona mnie powstrzymała – wyznał z przygnębieniem.

– Zapytałeś ją o powód?

– Nie. Przeprosiłem i tyle.

Zaśmiałem się. Nie mogę, mój brat przepraszał za to, że próbował pocałować dziewczynę, z którą spędzał każdą wolną chwilę.

– Jezu, Dean. Jestem gotów się założyć o tysiąc dolców, że ona cię pragnie.

– To dlaczego nie pozwoliła się pocałować? – Ponownie rzucił mi spojrzenie z ukosa.

– Dobre pytanie. Powinieneś zadać je Melissie – oświadczyłem. – Pora zebrać się na odwagę, braciszku. Jak byś się poczuł, gdyby zaczęła się spotykać z innym facetem?

Zacisnął dłonie na kierownicy tak mocno, że aż mu zbielały knykcie.

– Nie byłbym zadowolony.

– Otóż to.

Dean zajechał na hotelowy parking, a ja wysiadłem z auta, mając nadzieję, że koledzy z drużyny są teraz w swoich pokojach, a nie w barze. Przeszedłem na stronę kierowcy i wyciągnąłem rękę do brata. Ujął ją, ale dodatkowo uścisnął mnie przez opuszczoną szybę. Odsunąłem się, poklepaliśmy się po ramionach, a potem wymieniliśmy długie spojrzenie. W końcu odwróciłem się.

– Wszystko się ułoży. Odzyskasz ją – zapewnił mnie Dean z naiwną pewnością w głosie.

Odetchnąłem głęboko, po czym rzuciłem:

– Oby tak się stało, inaczej nie wiem, co zrobię.

– Pomogę ci. – Dean posłał mi uśmiech.

Kiwnąłem głową.

– Przyda mi się pomoc – przyznałem. Po raz ostatni klepnąłem go w ramię. – Zadzwonię później.

– Dobrze. Trzymaj się.

Patrzyłem, jak odjeżdża, machając mi na pożegnanie. Uniosłem rękę i odmachałem.

Ciężkim krokiem wszedłem do hotelu. Nadzieja na cichy powrót ulotniła się w chwili, kiedy w hotelowym barze i holu rozbrzmiało moje nazwisko.

– Carter! Carterrrrr! Chodź no tutaj!

Dostrzegłem, że paru moich kolegów siedzi w towarzystwie grupki atrakcyjnych kobiet. Pokręciłem głową, po czym podszedłem do nich, nie próbując nawet ukryć dezaprobaty.

– Gdzie się szwendałeś, chłopie? – zapytał Costas, pożerając wzrokiem skąpo odzianą lalkę, która siedziała mu na kolanach. Pomyślałem o jego żonie, opiekującej się w domu dziećmi podczas wszystkich jego wyjazdów, ale zdusiłem w sobie chęć powiedzenia mu czegoś nieprzyjemnego.

– Sprawy osobiste.

– Napij się z nami – powiedział i gestem przywołał jasnowłosą barmankę. Osuszyła trzymaną w dłoni szklankę, odstawiła ją i ruszyła w naszą stronę.

– Nie dzisiaj. – Pokręciłem głową.

– Tym więcej drinków dla nas. – Costas mrugnął do kolegów, a we mnie wszystko się wywróciło. Miałem ochotę wyżyć się na nim, chwycić go za fraki i zapytać, czy zdaje sobie sprawę z tego, co robi, czym ryzykuje. Czy wie, że jedna jedyna dziewczyna… jedna pozbawiona znaczenia noc… mogą spowodować, że jego świat w ułamku sekundy się zawali? Ale nie mogłem się przecież wkurzać na Costasa za własne błędy, za moją stratę.

– Do zobaczenia rano. – Odwróciłem się, zostawiając za sobą ich uwagi.

– Biedny nowicjusz, widzieliście jego minę?

– Witaj w pierwszej lidze, chłopcze… kobiety w każdym stanie. Bez urazy, kotku.

Idioci.

Wstręt malujący się na mojej twarzy wzięli za szok. Może gdyby dane im było stracić jedyną osobę, na której im zależało, zrozumieliby, co naprawdę mówiła moja mina.

Udałem się do hotelowego pokoju i padłem na łóżko. W ręce trzymałem komórkę, wpatrywałem się w wyświetlacz, walcząc z pokusą wybrania numeru Cassie albo wysłania jej esemesa. Dotarło do mnie, że nie będzie proste trzymanie się z dala od niej, gdy tymczasem całe moje ciało pragnęło jej powrotu.

Nagle zerwałem się z łóżka i usiadłem przy biurku. Korzystając z hotelowej papeterii, chyba po raz pierwszy w życiu napisałem list.

Do niej.

Kiciu,

zrozumiałem, że jedynym sposobem na powstrzymanie się przed zadzwonieniem do Ciebie, wysłaniem e-maila czy cholernego gołębia pocztowego jest napisanie listu. I szczerze mówiąc, czuję się trochę jak mięczak. Ale jeśli tego nie zrobię, obawiam się, że zniszczę wszystko, nim w ogóle będę miał szansę to naprawić.

Pewnie się zastanawiasz, co się dzisiaj stało. Wiem, że się mnie nie spodziewałaś, i nie mam pojęcia, jak się z tym wszystkim czujesz, ale liczę, że żywisz uczucia podobne do moich. Nigdy nie przestałem Cię kochać. Wiem, że okazuję Ci to w dziwny sposób, ale wszystko Ci wynagrodzę. Zobaczysz.

Siłą muszę się powstrzymywać, żeby nie wsiąść do następnego samolotu do Nowego Jorku i nie próbować Cię odzyskać. Ale nie mogę tego zrobić, dopóki się nie uwolnię od moich przeszłych zobowiązań. Staram się zachować względem Ciebie, jak należy. Zdaję sobie sprawę, że moje pojęcie tego, jakie zachowanie jest „jak należy”, nie zawsze się pokrywa z definicją innych ludzi, ale mam nadzieję, że w tym przypadku przyznasz mi rację.

Liczę, że zrozumiesz, iż zjawię się i będę błagał o wybaczenie dopiero wtedy, kiedy przestanę być mężem innej kobiety.

Pewnie myślisz, że to głupie, co?

Zawsze będę Cię kochał.

Jack

Skończył opowiadać o tamtym wieczorze, a ja zamrugałam szybko, powstrzymując łzy.

– Napisałeś do mnie list?

– Napisałem wiele listów.

Oszołomiona wydukałam:

– Chciałabym je kiedyś zobaczyć.

Nagle zaczęłam marzyć o zmianie tematu. Wiem, że sama prosiłam o opowieść, ale to tak bardzo bolało. Rozmowa o przeszłości nie powinna mieć znaczenia dla naszej przyszłości. Tylko że moje głupie serce nie dawało się uciszyć. Moje serce… małe, niemądre serce, które pragnęło trzymać mnie w zamkniętym pudełku za wysokim, betonowym murem, gdzie nikt nie będzie mógł mnie zranić. Rozum szedł na wojnę z tym głupim sercem. Szczerze wierzyłam, że jeśli serce i rozum będą mogły stoczyć we mnie bitwę, to tak właśnie zrobią. A ja w końcu umrę od tego wszystkiego.

Nie, Cassie. Musisz to usłyszeć.

Jedynym sposobem na dalsze życie bez żalu było zaakceptowanie przeszłości. Jej nie mogłam zmienić, ale naszą przyszłość owszem. A żeby szczerze wybaczyć Jackowi i na nowo nauczyć się mu ufać, musiałam się dowiedzieć, dlaczego wszystko tak długo trwało. Nie mogłam się doczekać, aby rozpocząć proces wewnętrznego uzdrowienia.

– Co było potem? – Ton głosu miałam poważny.

– Co masz na myśli? – zapytał, wyraźnie skonsternowany moim pytaniem.

– To tylko wieczór mojego wyjazdu. A co wydarzyło się potem? Mamy do nadrobienia sześć miesięcy, Carter.

– Następnego dnia sądziłem, że wyrzucą mnie z drużyny – wyznał.

Wsparłam się na łokciach.

– Pieprzysz. Co się stało?

Zmęczony i z zaczerwienionymi oczami przerzuciłem przez ramię pasek torby i wcisnąłem guzik przywołujący windę. Bawiłem się krawatem. Kiedy drzwi się rozsunęły, wsiadłem do pustej windy. W holu panował lekki rozgardiasz: pojawiało się w nim coraz więcej zawodników z mojej drużyny, ciągnących ze sobą torby, niektórym towarzyszyły dzieci. Wymeldowałem się, założyłem czapkę i ruszyłem w stronę czekającego na nas autobusu.

– Carter, chodź tutaj. – Głos trenera mnie zaskoczył. Postawiłem torbę na ziemi.

Podszedłem do niego, a on objął mnie ramieniem.

– Przejdźmy się – oświadczył.

Cholera. Tak szybko chce mnie odesłać do drugiej ligi?

Trener spojrzał mi w oczy.

– Dobry z ciebie chłopak, Carter. Lubię cię. Ale nigdy więcej nie opuszczaj przebieralni, zanim nie wyrażę na to zgody. Zrozumiano? – Głos miał życzliwy, ale słychać w nim było stalową nutę.

– Tak, trenerze. Naprawdę przepraszam…

– Nie przepraszaj, chłopcze. Po prostu więcej tak nie rób, inaczej w trymiga odeślę cię do drugiej ligi – zagroził, upewniając się, że rozumiem swoją pozycję w drużynie.

– Tak, trenerze – odpowiedziałem z szacunkiem, ciesząc się, że odeszliśmy na tyle daleko, aby nikt nie słyszał naszej rozmowy.

– Wsiadaj do autobusu. – Poklepał mnie po ramieniu.

– Ja bym się chyba poryczała – powiedziałam, krzywiąc się.

– Sam się nieźle wystraszyłem – przyznał lekko zawstydzony.

– Jasne. Okej, więc wróciłeś na mecz do Arizony. Oboje wiemy, jak się to skończyło. – Urwałam, uczyniwszy aluzję do przegranego meczu, który zakończył jego grę na ten sezon. – A co potem?

– Chyba trochę za dużą ci sprawia to przyjemność. – Wyciągnął spode mnie poduszkę i głowa opadła mi na materac.

– Hej! – zawołałam, wyciągając rękę po poduszkę. – Jack, poważnie, muszę to wiedzieć.

Rzucił moją poduszkę na drugi koniec pokoju, po czym zapraszająco poklepał swoją. Zmusiwszy mnie do położenia głowy na jego poduszce, sprawił, że nasze czoła się zetknęły.

– Chcesz usłyszeć o tym, jak zacząłem cię śledzić zaraz po powrocie do Arizony?

– Koniecznie – zapiszczałam, a on się roześmiał.

– Opowiem ci o tym przy śniadaniu. Umieram z głodu. – Mrugnął i pocałował mnie w czoło, a potem zeskoczył z łóżka. Przeciągnął się, mimowolnie demonstrując wyćwiczone mięśnie. Moje spojrzenie zatrzymało się na twardym, opalonym brzuchu. – Podoba ci się?

– Widywałam lepsze – odparłam żartobliwie, nie zamierzając karmić tej bestii, jaką było ego Jacka Cartera.

– Szczerze wątpię. – Przesunął dłonią po wyrzeźbionym brzuchu. – To, co widzisz, to najlepszej jakości towar z certyfikatem. Masz szczęście, że nie pobieram opłaty.

– Za co? Za te popisy? – Kąciki moich ust uniosły się z rozbawienia.

– Otóż to! Popisy – przekomarzał się ze mną. Skoczył na łóżko i przyszpilił mnie do materaca. Trzymał mnie mocno, podczas gdy ja próbowałam mu się wyrwać. – A ty dokąd się wybierasz?

– Myślałam, że coś zjemy – rzuciłam, przechylając głowę na bok.

Wstał.

– Niech będzie. To w końcu ty gapisz się ciągle na mnie jak na kawał mięcha.

– Sam powiedziałeś, że masz certyfikat jakości! Taki sam jak na kawałku pięknej wołowiny! – zawołałam, po czym rzuciłam w niego poduszką.

Złapał ją tuż przed twarzą.

– Skończyłaś się bawić? Sądziłem, że chcesz usłyszeć resztę historii. – Uśmiechnął się lekko drwiąco, po czym wyszedł z pokoju, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami.

STALKER

JACK

Kiedy w końcu weszła do kuchni ubrana tylko w mój T-shirt, mało brakowało, żebym kazał jej wrócić od razu do sypialni. Ignorując pulsowanie w bokserkach, zajrzałem do niemal pustej lodówki.

– Nie masz nic do jedzenia – poskarżyłem się, zamykając drzwi.

– Często jadam na mieście. – Wzruszyła ramionami. – Ale są płatki. I pieczywo.

Włożyła do tostera cztery kromki chleba, a ja zaprowadziłem ją za rękę do stołu i wysunąłem dla niej krzesło. Postawiłem przed nią pustą miskę i łyżkę, a obok mleko i pudełko z płatkami. Zająłem miejsce obok niej i nasypałem sobie do miski tego chrupiącego gówna.

– Mogę teraz usłyszeć o tym stalkingu? – zapytała, nalewając sobie mleko.

– Po pierwsze, Kiciu, musisz zrozumieć, że zawarłem z samym sobą kompromis. Do czasu, kiedy sezon dobiegnie końca, musiałem cię odsunąć na samo dno świadomości. Wiedziałem, że gdybym stracił zarówno baseball, jak i ciebie, nie miałbym w życiu już niczego. Nigdy bym się nie podniósł po takiej stracie.

Byłem pewny, że mnie rozumie, ale i tak musiałem to powiedzieć. Sama myśl o utracie baseballu czy mojej Kici wyzwalała we mnie dojmujące uczucie pustki.

– Rozumiem – rzekła łagodnie, a potem jej oczy zwęziły się diabolicznie. – Przejdziesz wreszcie do rzeczy?

Powoli włożyłem do ust pełną łyżkę płatków. Moje tempo opowiadania stanowiło dla niej udrękę, wiedziałem o tym. Lubiłem sprawiać wrażenie, że mam przewagę w sytuacji, gdy tak naprawdę wcale jej nie miałem. Cieszyłem się, że wczoraj nie zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Ta dziewczyna złamała dla mnie wszelkie swoje zasady. Dam jej wszystko, czego będzie chciała. Jeśli zajdzie taka potrzeba, dwa razy odpowiem na każde pytanie.

– Przeciągasz – powiedziała, wstając od stołu, aby wyjąć tosty.

Mój kompromis nie był już potrzebny w chwili, kiedy przegraliśmy ostatni mecz i skończyły się nasze posezonowe rozgrywki. Miałem dwa tygodnie na wyprowadzkę z tymczasowego mieszkania w Arizonie. Nie miałem tam wielu rzeczy, jako że większość mojego dobytku pozostawała w domu w Alabamie. Domu, który dzieliłem z tą dziwką Chrystle. Wiedziałem, że będę tam musiał wrócić i wszystko spakować, ale sama myśl o tym przepełniała mnie niechęcią. Gdybym tylko mógł, nigdy więcej nie przekroczyłbym granicy tamtego cholernego stanu. Dzięki Bogu Alabama nie miała żadnej drużyny baseballowej w pierwszej lidze.

Wszedłem do salonu i opadłem na sofę. W telefonie wyszukałem numer mojego prawnika. Wybrałem go i oparłem się wygodnie o poduszki.

– Hej, Jack, co słychać? – rozległ się donośny głos Marca. W tle słychać było jakiś hałas.

– Masz chwilę? Muszę z tobą porozmawiać.

– Oczywiście. Chwileczkę. – Zatrzasnął drzwi, a hałasy ucichły. – No dobrze, już jestem. Co się dzieje? Wszystko w porządku?

Kiwnąłem głową, zapominając na chwilę, że przecież mnie nie widzi.

– Tak. Chcę jedynie porozmawiać o tym, co muszę zrobić, aby zakończyć to małżeństwo.

– No tak – odparł szybko Marc i usłyszałem stukanie w klawiaturę. – Okej. No więc istnieją dwie opcje: rozwód albo unieważnienie.

Dotarło do mnie, że zaciskam usta. Wkurzał mnie sam fakt, że w ogóle muszę prowadzić rozmowę na ten temat.

– Unieważnienie oznacza, że będzie można uznać, iż do ślubu w ogóle nie doszło, tak?

– Tak, ale można się o nie ubiegać tylko w pewnych okolicznościach. – Kontynuował pisanie.

– Chrystle skłamała na temat ciąży.

Pragnąłem, aby to gówniane małżeństwo zniknęło z powierzchni ziemi. Okropne było to, że tak długo musiałem czekać, aż coś z tym wszystkim zrobię, ale w trakcie sezonu nie miałem możliwości podjęcia odpowiednich kroków. Gdybym musiał stawiać się w sądzie, aby zeznawać albo składać wyjaśnienia, nie mógłbym brać udziału w rozgrywkach. Życie osobiste musiało zaczekać.

– Wiem. – Czekałem, słysząc szybkie stukanie w klawiaturę. – No dobra, wygląda to tak. Złożymy wniosek o unieważnienie małżeństwa, jako powód podając oszustwo. W razie konieczności to do nas będzie należał ciężar dowodu. Jutro z samego rana przygotuję potrzebne dokumenty.

Odetchnąłem głęboko.

– Doskonale. Dziękuję, Marc.

– Nie ma za co.

– Muszę zrobić coś jeszcze? Ile to wszystko potrwa?

– Na razie nie musisz nic robić. Dowiem się, czy musisz składać wyjaśnienia przed sędzią. Kiedy tylko Chrystle się podpisze, reszta nie powinna potrwać dłużej niż kilka tygodni.

– Cholera. Poważnie? Tylko kilka tygodni? – Na twarzy pojawił mi się uśmiech od ucha do ucha.

– Tak. Wymaga to co prawda postępowania sądowego, ale niezbyt długiego. Będziemy w kontakcie.

– Dobrze. Jeszcze raz dzięki, Marc. Do usłyszenia. – Rozłączyłem się, a potem rzuciłem telefon na stolik i sięgnąłem po laptopa.

Tylko kilka tygodni. No, no!

Otworzyłem wyszukiwarkę i wpisałem: „Cassie Andrews”. Kiedy pojawiła się absurdalna liczba wyników, zawęziłem wyszukiwanie: „Cassie Andrews fotograf”. Wyskoczyła na pierwszej pozycji razem z linkiem do strony jej nowego pracodawcy w Nowym Jorku. Kliknąłem i otworzyła się zakładka z danymi kontaktowymi. Zacząłem gorączkowo szukać kartki i długopisu, jakby to wszystko miało zniknąć, jeśli nie zapiszę sobie tego wystarczająco szybko. Spisałem ze strony jej numer służbowy i na wszelki wypadek adres e-mail.

Na wypadek czego?

Nie możesz do niej zadzwonić, dopóki nie posprzątasz bajzlu w swoim życiu. Dopóki Chrystle nie zniknie z niego na dobre. Nie ma mowy o dzwonieniu czy pisaniu do Cassie, dopóki nie pozbędziesz się swojego bagażu.

Sprawdziłem godzinę. Dwudziesta. W Nowym Jorku była dwudziesta trzecia. Na samą myśl, że mógłbym usłyszeć jej głos, ogarnęła mnie desperacja. Nagle poczułem nieodpartą ochotę, by usłyszeć głos Cassie. Mając pewność, że o tej porze nie może jej już być w pracy, wybrałem jej numer. Serce waliło mi jak młotem.

– Tu Cassie Andrews, młodszy fotograf. – Poczułem ściskanie w żołądku. – Przykro mi, ale nie mogę odebrać telefonu, proszę o pozostawienie wiadomości, oddzwonię tak szybko, jak to możliwe. W sprawach pilnych proszę wybrać zero w celu połączenia się z recepcją. Dziękuję.

Piknięcie – szybko się rozłączyłem. Oddychałem szybko, nerwowo. Głos miała wesoły… wręcz pogodny. Serce ściskał mi ból na myśl, że może być jej dobrze beze mnie. Pragnąłem dla niej szczęścia, ale szczerze mówiąc, chciałem być jego częścią. Ta dziewczyna stała się nieodłącznym elementem mnie. Miałem problem z przypomnieniem sobie, jak to było, zanim wślizgnęła się do mojego serca. Nie pamiętałem życia bez niej. Każdy fragment mnie nierozerwalnie się z nią połączył. W tym momencie dotarło do mnie, jak rozpaczliwie pragnę, aby ona czuła to samo, i że naprawdę nie mam pojęcia, czy to jeszcze możliwe.

– Zadzwoniłeś do mojej pracy i się rozłączyłeś? To urocze. – Oparła głowę o moje ramię, a potem pocałowała mnie w policzek.

– Często to robiłem.

– Jak często?

– Prawie co wieczór – wyznałem. Wsunąłem dłoń między szczebelki krzesła i oparłem ją na dolnej części jej pleców. Miałem nadzieję, że moje zachowanie odbierze raczej jako słodkie, a nie przyprawiające o gęsią skórkę.

– Prawie co wieczór dzwoniłeś na pocztę głosową w mojej pracy, ale nigdy nie zadzwoniłeś do mnie, tak żebym mogła odebrać?

Cholera.

– Nie, bo nadal byłem… – Urwałem, nie chcąc wypowiadać słowa „żonaty”. Wzdrygnąłem się.

– Czasem jesteś okropnie uparty – zbeształa mnie.

– Wiem. Ale przysięgam, że serce mam na właściwym miejscu. – Pragnąłem, aby to także zrozumiała.

– Z twoim sercem później utnę sobie pogawędkę.

– Już się nie mogę doczekać. – Uniosłem brwi, a ona trzepnęła mnie w ramię.

– Kontynuując, kiedy sezon dobiegł końca, wróciłeś do dziadków, do Kalifornii. Pamiętam, że Melissa wspominała o twoim przyjeździe.

Odsunąłem krzesło od stołu i zaniosłem nasze miski do zlewu. Później je umyję. Żeby była jasność: ja nie zmywam. Ale dla Cassie gotów byłbym pozmywać naczynia całemu miastu.

– Aha. Zaraz po zakończeniu sezonu wróciłem do babci i dziadka. Naprawdę się za nimi stęskniłem.

– Założę się, że oni za tobą także. – Jej zielone oczy zalśniły. Działo się tak, kiedy była podekscytowana albo snuła wspomnienia.

– Fajnie było znowu mieszkać w domu. W otoczeniu osób, którym rzeczywiście zależy na tobie i twojej przyszłości.

Wytarłem ręce w ścierkę do naczyń, a potem pociągnąłem Cassie za sobą na sofę. Przytuliłem jej głowę do swojej klatki piersiowej i westchnąłem, kiedy mnie objęła.

– Czy to dziwne, że bardziej tęsknię za twoimi dziadkami niż własnymi rodzicami?

– Nie, twoi rodzice są beznadziejni.

– Twoi także – odparowała, od razu się spinając.

– Co ty nie powiesz?

– Ale z nas para, dwoje nieudaczników, nie? – Wyraźnie się rozluźniła.

– Na to wygląda. – Pocałowałem ją w czubek głowy, wciągnąłem nosem zapach szamponu. Zawsze tak cholernie ładnie pachniała.

– Dziadkowie byli wkurzeni sprawą z Chrystle?

Poczułem ściskanie w żołądku.

– Przede wszystkim zasmuceni. Myślę, że babcia najbardziej to przeżyła. Bolała ją świadomość, że przytrafiło mi się coś, czego nie potrafi naprawić. Ani sprawić, bym mniej cierpiał.

Cassie pokiwała głową.

– Biedna babcia.

– Czułem się strasznie, patrząc na nią. Nadal tak się czuję.

Uniosła głowę, aby na mnie spojrzeć. Od razu zrobiło mi się zimno w miejscu, którego jeszcze przed chwilą dotykała.

– Nie rób sobie tego, Jack. Już po wszystkim. – Jej usta wygięły się w uśmiechu, a ja próbowałem odpowiedzieć tym samym, tyle że nie bardzo mi to wyszło. – Wiedzą, że tu jesteś? Ze mną? – zapytała drżącym głosem. Czemu, u licha, Cassie się denerwowała? Moi dziadkowie ją uwielbiali. Nie mogła o tym nie wiedzieć.

– Tak. Skaczą z radości.

– Naprawdę? W ogóle się nie bali, że mogę cię nie przyjąć? – Patrzyła na mnie z uwagą.

– Raczej nie. – Uśmiechnąłem się.

– Jak to „raczej nie”?

– Babcia stwierdziła, że potrafi rozpoznać prawdziwą miłość. Była przekonana, że mi wybaczysz. Wiedziała, że może nie być łatwo, ale nie miała wątpliwości, że w końcu się ze mną pogodzisz.

Na twarzy Cassie pojawił się blady uśmiech.

– Babcia jest mądra.

Przeczesywałem palcami jej długie, jasne włosy. Napawałem się tą chwilą. Tak długo czekałem, aby się tu znaleźć, przytulać tę dziewczynę, że niemal nie mogłem uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

– Wracaj do opowieści. – Jej słowa przerwały moje rozmyślania.

– Stęskniłam się za tobą! – Babcia najpierw mnie wyściskała, a potem zlustrowała uważnie, od stóp do głów. – Wyglądasz zdrowo, to dobrze. – Na jej twarzy pojawił się uśmiech, a oczy zmieniły się w półksiężyce.

– Ja też za tobą tęskniłem, babciu. – Nachyliłem się i pocałowałem ją w policzek.

– Wydajesz się jakiś większy – oświadczył dziadek z aprobatą, a ja się zaśmiałem i mocno go uścisnąłem.

– Trenuję. Na tym poziomie to konieczność.

– Zawsze trenowałeś – odezwał się Dean, wchodząc do salonu.

Odkąd wyjechałem, aby grać zawodowo, nie sądzę, aby w głowie mojego brata pojawiła się myśl o wyprowadzce. W sumie trudno mu się dziwić. Babcia i dziadek byli najlepsi i już. Zamknąłem go w niedźwiedzim uścisku, a on wydusił z siebie coś niezrozumiałego. Roześmiałem się.

– Nie aż tak. Nie do takiego stopnia,

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

ZOSTAŃ

Dostępne w wersji pełnej.

BFF

Dostępne w wersji pełnej.

PIERWSZA LIGA

Dostępne w wersji pełnej.

JESTEŚ APODYKTYCZNA

Dostępne w wersji pełnej.

JUŻ NIGDY CIĘ

NIE ZOSTAWIĘ

Dostępne w wersji pełnej.

POWITANIE

W PIERWSZEJ LIDZE

Dostępne w wersji pełnej.

NALEGAM

Dostępne w wersji pełnej.

GDY ŻYCIE DAJE

CI CYTRYNY

Dostępne w wersji pełnej.

WIELU FACETÓW

ZDRADZA

Dostępne w wersji pełnej.

NIE POTRZEBUJĘ NIAŃKI

Dostępne w wersji pełnej.

NIE POZWOLĘ, BY COŚ JEJ SIĘ STAŁO

Dostępne w wersji pełnej.

O KAŻDEJ PORZE

DNIA I NOCY

Dostępne w wersji pełnej.

DWUDZIESTE TRZECIE PIĘTRO

Dostępne w wersji pełnej.

PRZYŁAPANY

Dostępne w wersji pełnej.

POWINNAM BYĆ

SEKSOWIEJSZA?

Dostępne w wersji pełnej.

NIE NADAJĘ SIĘ

DO TEGO

Dostępne w wersji pełnej.

CENA NIE GRA ROLI

Dostępne w wersji pełnej.

SIŁA

Dostępne w wersji pełnej.

TO MIŁOŚĆ NADAJE

ŻYCIU SENS

Dostępne w wersji pełnej.

NIE

Dostępne w wersji pełnej.

PUNKT ZWROTNY

Dostępne w wersji pełnej.

NIE MOGĘ UWIERZYĆ,

ŻE TO ZROBIŁAM

Dostępne w wersji pełnej.

KILKA TYGODNI

PÓŹNIEJ

Dostępne w wersji pełnej.

SZESNAŚCIE MIESIĘCY PÓŹNIEJ, 12 STYCZNIA

Dostępne w wersji pełnej.

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej.

O AUTORCE

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

The Game Changer

Copyright © J. Sterling 2013

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2018

Copyright © for the translation by Monika Wiśniewska 2018

Redakcja – Marta Pustuła

Korekta – Aneta Wieczorek

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na okładce – VadimGuzhva / Fotolia.com

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2018

ISBN EPUB: 978-83-8129-105-7

ISBN MOBI: 978-83-8129-106-4

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Discipulus est prioris posterior dies

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

The Perfect Game. Tom 2. Zmiana The Perfect Game. Tom 1. Rozgrywka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę