Pokojówka miliardera

Pokojówka miliardera

Autorzy: Marie Benedict

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.99 zł

Uciekają od głodu i marzą o rozpoczęciu lepszego życia. Wśród nich jest Clara Kelley – jedyna nadzieja swojej rodziny, wysłanniczka mająca znaleźć nowy dom.

 

Młoda, ambitna dziewczyna, schodząc z pokładu statku, ma przed sobą ponurą perspektywę wielu lat ciężkiej pracy w fabryce. Gdy pojawia się szansa na lepszą zatrudnienie, kłamie, by je dostać. Tak staje się pokojówką w domu Andrew Carnegiego– najbogatszego człowieka w Ameryce. Ten szybko odkrywa, że Clara ma wyjątkowy dryg do interesów i dziewczyna zostaje jego sekretnym doradcą.

 

Uczucie, jakie się między nimi narodzi, postawi Clarę przed najtrudniejszym z wyborów: szczęście własne lub najbliższych. Czy zaryzykuje i przyzna się do oszustwa? Czy miliarder poświęci fortunę dla miłości?

Po rewelacyjnej Pani Einstein Marie Benedict przedstawia opowieść o namiętności, na którą nie powinno być miejsca w świecie wielkich pieniędzy.

Prolog

23 grudnia 1868 r.

Nowy Jork, stan Nowy Jork

Łagodna melodia kolędy dobiegała z ulicy i wypełniała biuro. Muzyka nie miała wpływu na jego nastrój ani zachowanie. Siedząc wygodnie za biurkiem z czarnego, orzechowego drewna w luksusowo urządzonym apartamencie w St. Nicholas Hotel, Andrew Carnegie pisał niczym w szale.

Przerwał, szukając właściwego słowa. Rozejrzał się po gabinecie oświetlonym najnowszym modelem lampy gazowej i odniósł wrażenie, że widzi go po raz pierwszy. Ściany pokryte były żółtą, brokatową tapetą, a okna okalały ciemnozielone aksamitne zasłony, związane ciężkimi, złotymi linami, za którymi roztaczał się widok na Broadway. Wiedział, że to najwspanialszy apartament w całej Ameryce, może nawet wspanialszy niż jakikolwiek apartament w Europie. Jednak to, co tak bardzo go cieszyło podczas wcześniejszych wizyt w Nowym Jorku, dzisiaj go odpychało. Zdawało mu się, że złote liny zaciskają mu się na szyi, czuł się jak zamknięty w ekskluzywnym więzieniu.

Próbował przekonać matkę, że powinni zatrzymać się gdzie indziej, w mniej ostentacyjnym miejscu. Pragnął znaleźć się gdzieś, gdzie nie nękałoby go wspomnienie Clary, chociaż nie powiedział tego głośno. Źle się czuł w St. Nicholas bez niej. Większą część roku spędzał, szukając jej, na próżno jednak. Ani detektywi, ani jego znakomici ochroniarze czy najlepsi w branży łowcy nagród nie natrafili na żaden jej ślad.

Niestety, matka go nie słuchała. „Andra – mówiła ze swoim niepodrabialnym akcentem – oznaki bogactwa są świętym prawem Carnegiech, a przysięgam na Boga, że wywalczyliśmy sobie nasze miejsce”. Zgodził się, pozbawiony siły, by walczyć. Kiedy jednak kilka godzin wcześniej dotarli do St. Nicholas Hotel, Andrew wyjątkowo wygonił matkę z sąsiadujących pokoi i zignorował jej błagalne prośby, by udali się na świąteczną kolację do Vanderblitów, choć zaproszenie na spotkanie nowojorskiej socjety było trudno zdobyć. Chciał być sam ze swoimi myślami. Myślami o Clarze.

Clara. Wyszeptał jej imię, pozwalając, by spłynęło mu po języku jak dobry likier. W ciszy swojego gabinetu mógł się oddać wspomnieniu ich pierwszego spotkania. Clara weszła za jego matką do salonu Fairfield, ich domu w Pittsburghu, krocząc tak lekko, że ledwie docierał do niego dźwięk jej butów dotykających podłogi i szelest spódnicy. Jej powściągliwe zachowanie i spuszczony wzrok nie przyciągały jego uwagi, póki matka nie wydała jakiegoś rozkazu. Dopiero wtedy, gdy Clara uniosła głowę i popatrzyła na niego, zauważył jej obecność. W tej ulotnej chwili, nim znów opuściła wzrok, dostrzegł przez mgnienie błyskotliwą inteligencję ukrytą pod statecznym sposobem bycia wymaganym od służącej.

Kolejne, bardziej intymne wspomnienia wypełniły mu myśli, a wraz z nimi tęsknota tak gorąca, że poczuł niemal fizyczny ból. Nagle jednak jego zadumę przerwał wybuch śmiechu i brzęk kryształowych kieliszków dobiegające z wielkiej sali balowej piętro niżej. Zastanawiał się, kto świętował w tym pozłacanym pokoju. Czy to jeden z jego kolegów magnatów stalowych przyjechał w odwiedziny, czy może któraś rodzina z listy dziesięciu tysięcy najbogatszych nowojorczyków postanowiła opuścić bezpieczny świat kolacji w kamienicach z piaskowca, żeby zajrzeć do pełnych przepychu nowojorskich sal? Czy powinien zejść na dół i sprawdzić?

„Stop” – zdyscyplinował sam siebie. „Właśnie takiego myślenia, pełnego chciwości i dążącego do poprawiania swojego statusu nienawidziła Clara”. Obiecał jej, że znajdzie dla siebie inną drogę niż droga tych materialistycznych przemysłowców i socjety, i zamierzał dotrzymać słowa, nawet teraz, kiedy odeszła. Powrócił do swojego planu uczczenia jej, który próbował zrealizować nieskończoną ilość razy, sporządzając kolejne szkice dokumentu. Przyciskając stalówkę wiecznego pióra tak mocno, że poplamił papier atramentem, napisał:

Trzydzieści trzy lata i dochód 50 000 dolarów rocznie! Za dwa lata o tej samej porze zapewnić sobie co najmniej 50 000 per annum. Więcej nie zarabiać – nie powiększać fortuny, ale co roku wydawać nadwyżkę na cele dobroczynne. Na zawsze odsunąć od siebie biznes, chyba że dla dobra innych.

Zamieszkać w Oksfordzie, zdobyć wykształcenie i poznawać ludzi nauki – zajmie to trzy lata ciężkiej pracy. Zwracać szczególną uwagę na umiejętność publicznego przemawiania. Potem przenieść się do Londynu i kupić pakiet kontrolny jakiejś gazety czy kroniki oraz poświęcić się zarządzaniu nią przez angażowanie się w sprawy publiczne, zwłaszcza związane z edukacją i poprawą sytuacji ubogich klas.

Człowiek musi mieć idola (gromadzenie bogactwa to jeden z najgorszych rodzajów idolatrii), a trudno o idola bardziej poniżającego niż pieniądze. W cokolwiek się zaangażuję, zrobię to bez reszty: dlatego muszę starannie wybrać takie życie, które okaże się w swym charakterze najbardziej wzniosłe. Poświęcenie się w dalszym życiu trosce o interesy i jak najszybszemu zarabianiu pieniędzy poniży mnie tak, że nie będzie już nadziei. Zrezygnuję z biznesu w wieku lat trzydziestu pięciu, jednak przez nadchodzące dwa lata zamierzam spędzać popołudnia na kształceniu i systematycznej lekturze.

Andrew uniósł pióro i przeczytał zapisane słowa. Były toporne i niedoskonałe, czuł jednak zadowolenie. Chociaż Bóg zadecydował, że Clara nie będzie należeć do niego, zamierzał wywijać jej przekonaniami niczym mieczem. Nie mógł już dłużej czcić idoli w postaci statusu społecznego i bogactwa – nie dla nich samych. Reputacja i pieniądze miały teraz służyć wyższemu celowi: poprawie losu innych, zwłaszcza budowaniu drabin, po których będą się mogli wspinać przybywający do jego przybranej ojczyzny. Mimo ogarniającej go rozpaczy Andrew pozwolił sobie na najdelikatniejszy z uśmiechów, na maleńką satysfakcję. List spodobałby się jego Clarze.

Rozdział 1

4 listopada 1863 r.

Filadelfia, Pensylwania

Nie powinnam tu być. Cecelia albo Eliza mogłyby zajmować moje miejsce na tym cuchnącym statku. Miały prawo – a Eliza, jako najstarsza, nawet obowiązek – wyruszyć w podróż i zacząć od nowa na innej ziemi. Mama i tata przygotowali jednak całą litanię wymówek: Eliza miała dwadzieścia jeden lat i była bliska zamążpójścia, które miało pozwolić rodzinie dalej dzierżawić naszą farmę – jak wyjaśnił ojciec – a zaszczyt ten ominął mnie z winy mojego przemądrzalstwa. Cecelia natomiast, mając piętnaście lat, była za młoda, a zresztą również zbyt słaba na samotną podróż. I tak, przekonana do racji rodziców, wsiadłam na pokład statku Envoy. Czterdzieści dwa dni później pożałowałam arogancji wobec swoich sióstr i przechwałek w chwili, gdy poznałam decyzję rodziców. Wiedziałam już, że bycie uznaną za síofra[1] w swojej rodzinie – podrzutka zdolnego do przeobrażenia się w cokolwiek, czego wymagać będzie od niego Ameryka – nie jest żadną nagrodą. Rozpaczliwie tęskniłam za siostrami.

Światło wniknęło do kabiny najniższej klasy przez właz, oślepiając mnie na chwilę. Odruchowo zamknęłam oczy. Nawet kiedy osłabło, wciąż ich nie otwierałam, ciesząc się resztką słonecznego ciepła. Chciałam, żeby znikające promienie mnie oczyściły. By usunęły kwaśną woń długiej podróży przez Atlantyk i osuszyły powracające łzy pożegnania.

Steward uderzył w dzwon, sygnalizując, że nadeszła pora wyjścia na ląd. Otworzyłam oczy i niepewnie rozejrzałam się po kabinie. Matki ze ślamazarnymi noworodkami w ramionach wstały, a starsze dzieci o pustych oczach chwytały się ich spódnic, przestraszone biciem dzwonu. Ojcowie i starcy starali się wygładzić swoje brudne, pogniecione ubrania, by zachować choćby resztki godności. Tylko kilku młodych mężczyzn, fir òga[2] było wystarczająco silnych i chętnych, by od razu ustawić się w kolejce.

Podróż była trudna, zmęczyła nawet fir òga. Niemal trzy tygodnie wcześniej, już po burzliwej przeprawie, burza zaskoczyła Envoy i zmusiła pasażerów trzeciej klasy, którzy nie leżeli w łóżkach, by udali się do ładowni pełnej wody. Gdy załoga i moi towarzysze podróży zaczęli pompować wodę w mroku bezksiężycowej nocy, statek zakołysał się z boku na bok, a wtedy pewna dziewczyna z Dublina – mniej więcej szesnastoletnia i podróżująca samotnie, jak ja – wpadła na jeden z drewnianych pali podtrzymujących sufit. Z jękiem upadła na mokrą wciąż podłogę i nie odzyskała już przytomności. Kiedy następnego poranka umarła, kapitan przysłał do najniższej klasy pierwszego oficera i marynarza. Zawinęli ją w prześcieradło, przywiązali do nóg kamienie i wyrzucili za burtę, nie wypowiadając nawet słowa modlitwy. Ta strata i zachowanie załogi były dla mnie – dla nas wszystkich – wielkim ciężarem, gdyż zdawały się zapowiedzią tego, co może nas czekać na nowej ziemi.

Na drewnianym pokładzie ponad naszymi głowami usłyszeliśmy kroki, a potem łomot i odgłos przesuwanych bagaży. Moi współpasażerowie rzucili się, by zebrać nędzne pakunki: plecaki, wiklinowe kosze, narzędzia, ukochane obrazki i Biblie, a czasem nawet zniszczone kufry. Wiedziałam jednak, że nie ma co się spieszyć. Musieliśmy czekać, aż pozostałe klasy opuszczą statek. Zawsze czekaliśmy: na suche ciastka, cuchnącą wodę czy skwaśniałą owsiankę, które stanowiły nasze posiłki; na sen, którego nie przerywałyby ataki kaszlu i dziecięcego płaczu; na powietrze niezanieczyszczone smrodem wymiotów i pełnych nocników; na burze i na otwarcie włazów, dzięki czemu mogliśmy spędzić kilka rozkosznych chwil na świeżym powietrzu; na intymność, której nie doświadczaliśmy nigdy.

Miałam dość czekania. Nie mieliśmy jednak wyboru, musieliśmy stanąć w kolejce – nieruchomo, jeśli nie liczyć bujania statku, który wpływał do portu. Zerknęłam na młodą matkę obok mnie, której zniszczona brązowa sukienka nosiła na sobie ślady ciągłej choroby dziecka. Miała jakieś siedemnaście lat, była więc o jakieś dwa lata młodsza ode mnie, jej oczy jednak zdawały się starsze. Lekkie zmarszczki ustąpiły już bruzdom. Podczas strasznej, samotnej podróży znosiła niepokoj i cierpienie nie tylko własne, lecz także dziecka. Wstydziłam się swojego narzekania na niewygody i tęsknotę za domem.

– Ádh mór[3] – powiedziałam, nie mogąc zaoferować ani jej, ani dziecku niczego prócz życzenia szczęścia. Nie musiałyśmy się tu martwić, że nauczyciel zaznaczy, iż mówimy po irlandzku, a nie po angielsku, na naszym bata scóir[4] i nas za to ukarze, jak to było w Irlandii. Zresztą ta biedna młoda matka pewnie nigdy nie została uderzona za mówienie po irlandzku w szkole, gdyż prawdopodobnie nie chodziła do żadnej szkoły.

Moje słowa ją zaskoczyły. Zgodnie z zaleceniem matki trzymałam się od współpasażerów na dystans, a z tą dziewczyną nie rozmawiałam ani razu. Taka postawa pozwoliła mi zachować zdrowie, choć uczyniła mnie niepopularną wśród biednych rodaków, którzy uznawali ją za wyniosłość. Zbyt zmęczona, by się odezwać, pokiwała tylko głową z wdzięcznością.

Właz otworzył się, a kabinę wypełniło chłodne, słone powietrze. Odetchnęłam głęboko i przez długą minutę świeża bryza mi starczała. Powietrze pachniało domem. Chwytałam je łapczywie.

– Ustawcie się w kolejce! – krzyknął do nas steward.

Jego blada, wychudła twarz terroryzowała nas przez czterdzieści dwa dni: odmawiał nam jedzenia, wody i czasu na pokładzie, kiedy uznawał, że nie jesteśmy dość ugrzecznieni. Gdyby nie był władny odmówić nam także wstępu do naszego nowego kraju, powiedziałabym mu, że zachowuje się okrutnie. Nie ugryzłabym się w język, choć tego uczyli mnie rodzice.

Utworzyliśmy kolejkę i czekaliśmy. Jakiś cichy sygnał dotarł wreszcie do stewarda, bo kazał nam wspiąć się po schodach na pokład. W jednym rzędzie po raz ostatni opuściliśmy cuchnące kabiny najniższej klasy i wyłoniliśmy się na powierzchnię w stonowanym świetle filadelfijskiego portu.

Trap prowadzący na brzeg zdawał się niestabilny, podobnie jak kamienisty ląd, na którym stanęłam. Miałam wrażenie, jakby to ziemia się bujała, a nie statek. Moje nogi były teraz bardziej przyzwyczajone do ruchu wody niż do nieruchomej ziemi.

Urzędnicy w czarnych uniformach poprowadzili nas do budynku z napisem „Lazaretto”. Podczas długich, ciemnych nocy na statku moi towarzysze z lękiem mówili o tym miejscu – stacji kwarantanny. Wcześniej od podróżujących krewnych dowiedzieli się, że najmniejsza oznaka choroby u któregoś z pasażerów może oznaczać tygodnie, a nawet miesiące w Lazaretto – miejscu, do którego ludzie przychodzili i z którego wychodzili równie chorzy. Albo nie wychodzili wcale.

Nie obawiałam się tego, że mogłam się czymś zarazić. Instrukcje matki zapewniły mi bezpieczeństwo. Słyszałam jednak wystarczająco dużo kaszlu, by wiedzieć, że pozostali pasażerowie nie tryskają zdrowiem – a nasze losy były teraz ze sobą związane. Gdyby inspektor znalazł jednego zarażonego pasażera najniższej klasy, jego obowiązkiem było zatrzymanie wszystkich w Lazaretto do czasu, aż nie wyzdrowieją.

Szliśmy po kolei w stronę inspektorów. Skrzywiłam się, kiedy urzędnicy badali moich towarzyszy podróży, bo mój ojciec podobnie badał zwierzęta gospodarskie. Przyglądali się ich dziąsłom i powiekom w poszukiwaniu oznak choroby, przeczesywali im włosy w poszukiwaniu wszy czy innych robaków, sprawdzali paznokcie i skórę pod kątem cholery czy żółtej gorączki, a wreszcie grzebali w ich rzeczach. Dowolne uchybienie mogło skazać nas wszystkich na Lazaretto. W myślach błagałam Najświętszą Panienkę, by maluch kaszlący przez całe noce teraz zdołał się uspokoić.

Kolejka przesunęła się naprzód i nadeszła moja kolej. Zdjęłam wygnieciony czepek i wrzosowo-szary płaszcz, wyciągnęłam ramiona i poddałam się badaniu.

– Dobrze wyglądasz – powiedział mi do ucha brodaty inspektor, rozpuszczając moje ciężkie, ciemnorude włosy.

Jego gest i szept wydały mi się dziwnie intymne i całkiem nie na miejscu. Nie mogłam jednak zaprotestować. Nie wolno mi było zniszczyć wszystkiego, na co pracowali matka i ojciec. To zniweczyłoby wszystkie poświęcenia, dzięki którym zdołali zapłacić za mój bilet.

Pokiwałam głową, jakby w jego uwadze nie było nic dziwnego. Jakby było to zwykłe stwierdzenie. Moje dłonie trzęsły się jednak, kiedy spinałam włosy, a on dalej badał moją skórę. Dopiero kiedy przeniósł uwagę na plecak, mój płytki, szybki oddech się uspokoił.

Z lekkim uśmiechem wskazał mi gestem, że mogę iść. Wyglądało na to, że przeszłam test. Ale co z moimi towarzyszami?

Razem z resztą pasażerów zostałam wepchnięta do dużej, obskurnej poczekalni, która cuchnęła brudnymi ciałami i uryną. Po raz kolejny musieliśmy czekać. Obiecałam sobie, że jeśli uda mi się wyjść z Lazaretto i stanąć na amerykańskiej ziemi, postaram się już nigdy nie czekać.

Po kolejnej długiej godzinie, kiedy do środka spływali kolejni pasażerowie, a niepokój się wzmagał, zadzwonił dzwon. Starcy, zmęczone matki i małe dzieci popatrzyli na siebie pytająco. Czy powinniśmy wiedzieć, co to znaczy?

Wreszcie drzwi otworzyły się szeroko, a pokój wypełniło światło.

– Witajcie w Ameryce – oznajmił urzędnik w okularach.

Choć nikt się nie odezwał, ulga była wyraźnie wyczuwalna. Po raz ostatni ustawiliśmy się w kolejce i wyszliśmy w amerykańskie słońce.

Odetchnęłam z nadzieją.

Wszędzie wokół słyszałam radosne okrzyki: moi towarzysze rzucali się w ramiona czekającym na nich krewnym. Ja jednak szłam dalej. Nikt na mnie nie czekał.

[1] Síofra (irl.) – przedwcześnie dojrzałe dziecko, także: odmieniec, podrzutek. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumaczki.)

[2] Fir òga (irl.) – młodzi mężczyźni.

[3] Ádh mór (irl.) – powodzenia.

[4] Bata scóir (irl.) – rabosz, kawałek drewna, który irlandzkie dzieci nosiły na szyi; nauczyciele zaznaczali na nim, kiedy słyszeli, że ich uczniowie mówią po irlandzku, a pod koniec dnia liczyli nacięcia i wymierzali dzieciom odpowiednią karę.

Rozdział 2

4 listopada 1863 r.

Filadelfia, Pensylwania

Szłam zdecydowanym krokiem. Nie miałam pojęcia, dokąd idę, ale nie mogłam sobie pozwolić na wahanie, które sugerowałoby moją słabość. Nawet w naszej małej wiosce w hrabstwie Galway, niedaleko Tuam, słyszeliśmy plotki o imigrantach, którzy po przybyciu do Ameryki zostali zaatakowani przez oszustów, pozbawionych skrupułów ludzi, zaangażowanych w najróżniejsze intrygi i szykany. Kiedy mama i tata podjęli decyzję, że to ja wyjadę, zachowywałam się arogancko, teraz jednak zastanawiałam się, jak poradzę sobie na tej dziwnej ziemi.

Jeśli nie liczyć krzyku mew i tętentu koni, w porcie tym rozbrzmiewały inne dźwięki niż w Galway. Rybacy reklamowali swoje towary w języku, który był angielskim, ale brzmiał bełkotliwie, podobnie zresztą jak mowa sprzedawców gazet. Jeśli nie liczyć słonego powietrza i zapachu końskich odchodów, zapachy również były inne niż w domu. Nowi przybysze wokół mnie potykali się, usiłując utrzymać równowagę na lądzie, a powietrze cuchnęło ich ciałami. Nadmorskie powietrze nie było w stanie usunąć odoru ludzi, którzy nie myli się przez długie tygodnie. Nawet żebracy krzywili się, czując smród moich towarzyszy podróży.

Otoczona ludzką masą po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, jak bardzo jestem samotna na tej nowej ziemi.

– Clara Kelley? – Usłyszałam w zgiełku czyjś głos.

Nie sposób było pomylić nazwiska. Tak się nazywałam.

Nasłuchiwałam chwilę, ale nie usłyszałam go drugi raz. Pomyślałam, że ponieważ czułam się bardzo samotna, wyobraziłam je sobie. Musiało tak być. Nikt mnie tu nie oczekiwał.

– Clara Kelley? Szukam panienki Clary Kelley z Galway. – Dobiegło mnie głośniejsze nawoływanie.

Ruszyłam za głosem. Należał do wysokiego, ogolonego mężczyzny w meloniku i płaszczu w pepitkę. Tak eleganckiego człowieka nie widziałam od dawna. Zanim podeszłam bliżej i się przedstawiłam, chwilę patrzyłam na niego. Czy był to jeden z uciekinierów, o których słyszeliśmy od naszych sąsiadów, O’Donnellów? Pewien Irlandczyk podszedł do ich siostrzeńca Anthony’ego w nowojorskim porcie i obiecał mu miły pokój w rozsądnej cenie, po czym zaprowadził go do pełnej szczurów speluny w Lower East Side, w której mieszkało już dziewięciu innych imigrantów, i policzył sobie sześć razy wyższą cenę, niż zapowiadał. Kiedy okazało się, że Anthony nie jest w stanie mu zapłacić, mężczyzna wyrzucił go na ulicę, a jako rekompensatę zabrał chłopakowi jego jedyną własność – kufer z rzeczami. O’Donnellowie i biedni rodzice Anthony’ego nie mieli od niego żadnych wieści od czasu listu z tą historią. A nie był to najgorszy los, jakiego mógł się spodziewać imigrant. Słyszałam, jak O’Donnellowie opowiadali moim rodzicom o dziewczynie z sąsiedniej wioski, samotnie podróżującej do Bostonu, której szmugler zgotował znacznie gorszą pokutę niż konfiskata bagażu.

Ten mężczyzna nie wyglądał groźnie. Moja młodsza siostra, Cecelia, nazwałaby go pewnie szykownym, zwłaszcza że opierał się o elegancki czarny powóz z dwoma nakrapianymi szarymi końmi. Zresztą, skąd szmugler miałby znać moje imię?

Mężczyzna zauważył moje spojrzenie i zapytał:

– Pani nazywa się Clara Kelley, prawda? – Jego amerykański akcent był wyraźny, zrozumiałam jednak od razu.

– Tak, sir.

Przez dłuższą chwilę przyglądał się mojej twarzy, ubraniu i plecakowi.

– Panna Clara Kelley, która przypłynęła statkiem Envoy?

– Tak, sir – odparłam, lekko dygając.

– Nie tego się spodziewałem – powiedział, kręcąc głową. – Ale pani Seeley wie, co robi. Nie mnie sądzić.

Już miałam zapytać, dlaczego mnie szukał i kim jest ta pani Seeley, lecz kazał mi wsiąść do powozu.

– Czekałem ponad godzinę. Jeszcze długo po tym, jak pasażerowie drugiej klasy wyszli z Lazaretto. Bóg jeden wie, czemu się panienka tak guzdrała. Teraz jesteśmy spóźnieni w naszej podróży do Pittsburgha. A pani Seeley nie lubi czekać.

W słowach mężczyzny kryło się kilka wprowadzających zamęt stwierdzeń, ale ja usłyszałam tylko słowo „Pittsburgh”. Czy naprawdę oferował mi podróż do Pittsburgha? To przemysłowe miasto leżące o ponad trzysta mil od Filadelfii było ostatecznym celem mojej podróży. W Irlandii słyszeliśmy, że bez trudu można tam znaleźć pracę, a ponadto było to jedyne miejsce w tym ogromnym kraju, gdzie moja rodzina miała jakichś krewnych. Nie bliskich, oczywiście, ale na tyle, bym mogła się do nich odezwać, kiedy już znajdę pracę w zakładzie włókienniczym albo w jednym z tych wielkich domów, w których potrzebują służby.

Zachomikowałam resztę funtów i pensów od mamy i taty, by starczyło mi na podróż do Pittsburgha. Zakładałam, że będę musiała zebrać pieniądze na najtańszy możliwy transport, kombinację podróży koleją i kanałami, jako że pociągi nie pokonywały całej trasy. Teraz jednak całkiem obcy człowiek najwyraźniej proponował mi podróż konnym powozem przez Allegheny, nie pytając o zapłatę. Czy byłabym głupia, gdybym nie przystała na jego ofertę? A może przeciwnie?

Miałam wybór. Mogłam powiedzieć temu mężczyźnie prawdę. Nie byłam Clarą Kelley, której szukał. Clara Kelley to dość popularne nazwisko. Prawdopodobnie ta Clara Kelley z drugiej klasy, na którą czekał, nie wysiadła ze statku płynącego z Irlandii, skoro do tej pory jej nie spotkał. Cholera i tyfus zabrały wielu pasażerów z różnych klas. Choroba nie wybiera. Być może tylko choroba.

Mogłam też jednak zostać tamtą Clarą Kelley. I być nią, przynajmniej póki nie dojedziemy do Pittsburgha.

Patrzyłam na czarny powóz, usiłując podjąć decyzję. Na pokładzie Envoy obiecałam sobie, że dłużej nie będę czekać, a kiedy nadejdzie pora, wezmę swoją przyszłość we własne ręce.

Mężczyzna otworzył przede mną drzwi powozu:

– Proszę, panienko.

Spojrzałam na niego i powiedziałam:

– Przepraszam za spóźnienie, sir. To się więcej nie powtórzy.

I weszłam po schodkach do środka.

Rozdział 3

4 listopada 1863 r.

Filadelfia, Pensylwania

Powóz nie był pusty. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do półmroku, zauważyłam, że są w nim już dwie inne dziewczyny. Obie w podobnym do mnie wieku i o rudawym kolorze włosów, charakterystycznym dla moich rodaków. Na tym jednak podobieństwa się kończyły. Moje towarzyszki miały na sobie suknie z wystającymi krynolinami, grubymi jedwabnymi szarfami, dekoltami wykończonymi koronką i długimi, luźnymi rękawami – wytworniejsze od wszystkiego, co kiedykolwiek miałam na sobie. A nawet – co kiedykolwiek widziałam, jeśli nie liczyć dwóch okazji, kiedy usługiwałam jako podkuchenna przy świątecznych obiadach w Castle Martyn, średniowiecznej cytadeli należącej do rodziny Martynów, którzy byli panami wszystkich rolników w naszym regionie.

Kim, na Boga, była ta Clara Kelley, którą się stałam?

W oczach dziewcząt zobaczyłam podobne do mojego zaskoczenie. Nie mogłam dać po sobie niczego poznać, bo ryzykowałabym utratę miejsca w powozie. Co miałam zrobić, żeby zająć miejsce tajemniczej Clary?

Na pewno nie mogłam mówić tak, jak zwykle. Dziewczęta nie wyglądały na takie, których akcenty przypominały ten córki rolnika z zachodniej Irlandii – nawet jeśli sąsiedzi uznawali ją za niezwykle wytworną, gdyż tata nie zaniedbywał jej edukacji. Podejrzewałam, że ta druga Clara Kelley mówi podobnie do nich. Nie do mnie.

Wysłannik pani Seeley zajrzał do powozu:

– Panno Kelley, muszę zapakować do środka wasz bagaż. Gdzie on jest?

Jak mogłam odpowiedzieć, że torba, którą mam na ramieniu, zawiera cały mój ziemski dobytek? Prawdziwa Clara Kelley z pewnością podróżowałaby z kuframi na tyle wielkimi, by mogły pomieść suknie z krynolinami, podczas gdy w mojej małej torbie nie było miejsca nawet na żadną z moich ukochanych książek o historii czy tomików wierszy. Zabrałam tylko konieczne rzeczy. Chociaż bardzo starałam się je spakować, zniszczone wydanie O demokracji w Ameryce Alexisa de Tocqueville’a – dzieła stanowiącego inspirację dla politycznego zaangażowania taty w sprawę Fenian i służącego mi do poznania Ameryki – za nic nie chciało się zmieścić. Porzucenie książek, dzięki którym mój ojciec wykształcił wszystkie swoje córki (zresztą ku niezadowoleniu sąsiadów), było niemal równie trudne jak rozstanie z rodziną.

– Przepraszam, sir – odparłam. – Powinnam była poinformować pana, że mój bagaż został po drodze zagubiony.

Modliłam się, by udało mi się skopiować angloirlandzki akcent, jakim jak zakładałam, mówiły moje towarzyszki. Wzorowałam się na rodzinie Martynów.

Martynowie. Sama myśl o nich sprawiała mi przykrość. Ich działania były przyczyną mojego wyjazdu. Kiedy po raz kolejny wypłynęły plotki na temat związków taty z Fenianami – ruchem niepodległościowym, który zrodził się, gdy Anglicy nie pomogli ofiarom głodu w Irlandii, i uznawał, że Irlandia powinna być niezależnym krajem, że rolnicy powinni mieć zapewnione sprawiedliwe komorne i stałe zatrudnienie, a wszyscy ludzie mają prawo do życia i polepszenia swego losu – angloirlandzcy Martynowie postanowili się zemścić. Stopniowo zagarniali po kawałku ziemię z naszego ośmiohektarowego gospodarstwa. Dzięki jego wielkości udało nam się uprawiać na tyle różnorodne rośliny, że przetrwaliśmy głód, który pochłonął wielu rolników mających jedynie pół hektara ziemi i uprawiających tylko ziemniaki. W tej sytuacji nasza rodzina potrzebowała innego źródła pieniędzy i to ja miałam być tym źródłem. Lord Martyn, jego żona i córka równie dobrze mogli sami zaprowadzić mnie na pokład Envoy i popchnąć statek w stronę Ameryki przez niebezpieczne wody Atlantyku.

– Zagubiony? – spytał woźnica.

Nie zrozumiał mojego udawanego akcentu czy może mi nie dowierzał? Tak czy inaczej podważał moje wyjaśnienie, a ja musiałam zachować spokój.

–Tak, sir. Zagubiony w czasie sztormu. – Pożałowałam kłamstwa, gdy tylko je wypowiedziałam.

Dziewczęta, które dotąd przysłuchiwały się tej rozmowie ukradkiem zza swoich wachlarzy, teraz podniosły wzrok prosto na mnie. One również były na pokładzie Envoy i chociaż łódź niemal ciągle musiała pokonywać wysokie fale i przetrwać burzę, która zalała najniższą klasę, żaden sztorm nie zaskoczył starego statku. Czy dziewczęta zdradzą moje kłamstwo?

Woźnica pokręcił z niedowierzaniem głową:

– Sztorm? Te panie nic o nim nie mówiły. Nie słyszałem też o nim ani słowa od żeglarzy.

– Tak, sir. – Pokiwałam głową z przekonaniem. Mimo pytających spojrzeń dziewcząt siedzących w powozie musiałam trzymać się tego kłamstwa i przekonać mężczyznę.

Kręcąc głową – nie byłam pewna, czy z niedowierzaniem, czy frustracją – woźnica zatrzasnął drzwi powozu. Zostałam sama z dwiema dziewczynami, które najwyraźniej postanowiły zachować mój sekret dla siebie. Przynajmniej na razie.

Niezręczną ciszę przerwał trzask bicza i powóz ruszył. Szarpnięcie zaskoczyło nas, więc musiałyśmy doprowadzić się do porządku. Kiedy powóz jechał już spokojnie, tylko lekko szarpiąc, gdy napotykał kamień czy koleinę, niezręczna cisza trwała nadal.

Wyglądałam przez okno, udając, że skupiam się na mijanych widokach. Z początku chodziło mi tylko o to, by uniknąć spojrzeń moich towarzyszek, jednak w miarę upływu kolejnych minut moje zaskoczenie rosło. Kiedy powóz opuścił port i ruszył dalej siatką filadelfijskich ulic, nie dostrzegałam żadnych budynków z szarego kamienia, obrośniętych winoroślami i mchem. W tym nowym mieście, tak różnym od Galway, nie było zieleni ani historii. Ulice były natomiast proste i szerokie, krzyżowały się pod kątem prostym, a stały przy nich domy z czerwonej cegły, wykończone białymi kolumnami i skrzydłami okiennymi, oznaczone świeżo wymalowanymi tablicami z nazwiskami dostawców i nazwami ich wyrobów. Wszystko było tu uporządkowane i świeże, chociaż nie tak elegancko zaprojektowane jak domy i place w Dublinie czy Londynie, których rysunki widziałam w książkach ojca.

– Panno Kelley?

Oderwałam wzrok od szyby.

– Tak, panno… – Zdałam sobie sprawę, że dziewczęta nie zostały mi przedstawione.

– Nazywam się Coyne, a to jest Quinn. Powiedziała pani woźnicy, że była na pokładzie Envoy?

Teraz zrozumiałam. Chociaż dziewczęta z sobie tylko znanych powodów postanowiły nie zdradzać mojej tajemnicy służącemu pani Seeley, nie zamierzały mi odpuścić. Musiałam zachować pewność siebie, chociaż wszystkie dobrze wiedziałyśmy, że moja historyjka jest, przynajmniej w części, zmyślona.

– Byłam.

– W drugiej klasie?

– Tak. – Miałam nadzieję, że brzmię przekonująco. Musiałam zachować ostrożność: ryzykowałam, że dziewczyny zdradzą to kłamstwo woźnicy i pogrzebią moją szansę.

– Ciekawe. Ani ja, ani panna Quinn nie widziałyśmy pani podczas tej długiej podróży.

– Ja was też nie. Zresztą z mojego punktu widokowego nie widziałam właściwie nikogo ani niczego przez większość podróży. – Nie chcąc stracić akcentu, mówiłam powoli i wyraźnie. Brzmiałam fałszywie.

– Punktu widokowego?

– Z podłogi kabiny praczek. Zapadłam na tak ciężką chorobę morską, że nikt nie chciał ze mną spać. – Wskazałam na sukienkę. – Wyjaśnia to również mój zaniedbany strój. Moje sukienki nie przetrwały choroby. Zmuszona byłam zakupić tę od marynarza.

Dziewczęta wzdrygnęły się na sam dźwięk słów „choroba morska”. Chociaż być może cierpiały na tę samą przypadłość, rozmawianie o niej było uznawane za niegrzeczne. I umilkły – jak się spodziewałam.

Znów wyjrzałam przez okno, starając się skupić na interesujących widokach, jakie ukazywały się moim oczom. Szept dziewcząt odwracał jednak moją uwagę. Skorzystałam z okazji, by wyłowić z ich cichego mamrotania kilka słów i nazwisk: „Seeley”, „służba” i „pani Carnegie”.

– Czy dobrze słyszałam, że woźnica mówił, iż wybiera się pani do pani Seeley z Pittsburgha? – odezwała się tym razem druga dziewczyna, panna Quinn.

– Tak. Wy również?

– Owszem. Czy wie pani, komu zostanie przydzielona?

Co miała na myśli? Szukając w myślach odpowiedzi, zastanawiałam się nad zasłyszanymi chwilę wcześniej słowami. Chyba pytała mnie o to, komu będę służyć. Czy tę właśnie rolę odgrywała pani Seeley? Czyżby zajmowała się szukaniem służących dla rodzin? Jeśli tak, pytanie dotyczyło tego, jakiej rodzinie będę służyć.

Po niezręcznej chwili ciszy, kiedy paraliżował mnie lęk przed udzieleniem niewłaściwej odpowiedzi, panna Quinn spytała:

– To chyba nie znaczy, że będzie pani służyć u pani Carnegie?

– Tak. Tak, właśnie u niej. – Podchwyciłam jej sugestię.

Dziewczęta popatrzyły po sobie. Nie rozumiałam, o co chodzi.

– Ma pani być nową służącą pani Margaret Carnegie? Rozważano nasze kandydatury do tej roli, ale pani Seeley uznała, że nasze kwalifikacje wystarczają, byśmy zajęły ważniejsze pozycje, nauczycielek.

Tym razem znaczenia ich słów nie dało się nie domyślić. Najwyraźniej uważały, że nie nadaję się do tej roli. Większość dam by się z nimi zgodziła. Wyglądałam jak córka rolnika – którą byłam – a takim dziewczętom rzadko pozwalano objąć lepszą posadę niż pomywaczka, jeśli w ogóle dopuszczano je do służby.

– Tak – odparłam, uspokajając głos.

Skoro dziewczęta chciały rzucić mi wyzwanie, lepiej, żeby zaczęło się to teraz, a nie w obecności pani Seeley. Kimkolwiek była. Wtedy przynajmniej byłabym już w Pittsburghu.

Spokój mojego spojrzenia onieśmielił pannę Quinn, która wbiła oczy w podłogę. Panna Coyne wytrzymała jednak mój wzrok i wreszcie wypowiedziała skrywane dotąd myśli:

– Cóż, nie wygląda pani odpowiednio. A wygląd służącej świadczy nie tylko o jej pozycji, ale też o pozycji jej pani. Każda pokojówka powinna o tym wiedzieć. Gdybyśmy chciały zostać nauczycielkami córek Oliverów i Standishów i pojawiłybyśmy się ubrane tak jak pani, panno Kelley, z pewnością zostałybyśmy natychmiast odrzucone. Nie zważając na chorobę morską. – Zmarszczyła swój mały nosek, jakby sama myśl o mdłościach brzydko jej zapachniała. – Ma pani jednak służyć rodzinie Carnegiech, a z tego, co mi wiadomo, oni dopiero pracują na swoją pozycję. Może nie potrafią jeszcze wybierać służących.

Dziewczęta zachichotały.

Jeśli panna Coyne miała nadzieję, że mnie zniechęci, myliła się. Jej słowa przyniosły odwrotny skutek. Utwierdziły mnie tylko w zasadności odgrywanej roli oraz obudziły upór i determinację, o których nadmiar oskarżali mnie często mama i tata. To właśnie ta determinacja miała pomóc mi w moim nowym życiu w Ameryce i – być może – dać szansę na lepsze życie całej mojej rodzinie, wciąż zagrożonej przez Martynów.

Przypominając sobie nadany mi przez rodziców przydomek síofra, zastanowiłam się, jak zareagowałaby ta nowa Clara Kelley. Uśmiechnęłam się słodko i ułożyłam dłonie na kolanach.

– Czyż w Księdze Przysłów nie jest napisane, że „strojem jej siła i godność”? Pozwolę, by to mój charakter – którego pani Seeley jest bez wątpienia świadoma – wystawiał mi świadectwo.

Rozdział 4

11 listopada 1863 r.

Pittsburgh, Pensylwania

Pani Seeley patrzyła na mnie, jakby widziała, co kryje się pod moją zniszczoną sukienką, jakby potrafiła przejrzeć historię, którą zaczęłam jej opowiadać, i tożsamość tej Clary Kelley, którą byłam naprawdę. Moja fałszywa pewność siebie zaczęła się kruszyć, a zastępował ją strach. Wiedziałam, że jeśli się nie wezmę w garść i nie spojrzę prosto w oczy pani Seeley jako ta Clara Kelley, którą udawałam, stracę swoją szansę. Nagroda w jej rękach – upragniona praca, dotąd niewyobrażalna, a teraz na wyciągnięcie ręki – przepadnie na zawsze.

Czy odważę się reklamować przed panią Seeley, jakbym zachwalała świąteczny smakołyk z jarmarku? Co innego miałam jej jednak zaoferować? Nie mogłam stracić tej szansy.

Odetchnęłam głęboko i powiedziałam:

– Przepraszam najgoręcej, pani Seeley, że pojawiam się przed panią w tak żałosnym stanie. Choć wyjaśniłam już jego przyczynę, wiem, że trudy podróży nie są wystarczającym usprawiedliwieniem. Zwłaszcza w takim miejscu jak to. – Wskazałam gestem na salon, miejsce wyjątkowo czyste, biorąc pod uwagę mrok miasta otaczającego dom.

Podczas krótkiego spaceru z powozu do domu pani Seeley widziałam brud, jakiego nie spodziewałam się tu nigdy zobaczyć. Z wysokich kominów wznosiły się w górę czarne chmury. Pełne smoły powietrze brudziło pyłem budynki, na których murach, niczym duchy, odcinały się białe kontury afiszy. Czemu nikt mi nie powiedział, że industrializacja przypomina biblijne piekło?

Opuściłam szybko wzrok i przybrawszy minę pełną skromności i wstydu, czekałam na werdykt.

Pani Seeley nie odpowiedziała, a ja nie ważyłam się unieść głowy. Czy oceniała stan mojej sukienki – brudnej już wcześniej, a teraz dodatkowo osmolonej po kilku godzinach spędzonych w Pittsburghu – na tle relatywnej elegancji mojej wymowy? Czy zastanawiała się, na ile reputacja ekskluzywnego rejestru służących ucierpi, gdy zaryzykuje i przyjmie mnie do siebie? Z urywków zasłyszanej, a właściwie podsłuchanej rozmowy między pannami Quinn i Coyne w ciągu ośmiu dni naszej podróży dowiedziałam się, że miałam rację. Pani Seeley była właścicielką głównej bazy służących w mieście: była to osoba, do której zgłaszały się damy z towarzystwa poszukujące specjalistycznie wyszkolonej służby, a nie jakichś przypadkowych praczek, oczywiście. Pani Seeley szczyciła się służącymi z nieskazitelnymi pisemnymi referencjami. Ta druga Clara Kelley musiała mieć doskonałe referencje, które nijak się miały do mojego obecnego stroju.

Cierpliwość nie była moją cnotą, jednak wykorzystanie tej okazji zależało od mojej zdolności stania się tą osobą, której poszukiwała pani Seeley. Nie przerywając ciszy ani nie zmieniając swojej skruszonej pozy, patrzyłam, jak jej wzrok pada najpierw na moją brudną suknię, a potem na twarz. Popatrzyłyśmy na siebie. Widziałam, że ma wątpliwości – co do mojej historii, skromności, akcentu. Ale chciała mi uwierzyć. Może musiała.

Ona też ryzykowała.

– No dobrze, musimy doprowadzić cię do porządku, tak by wygląd pasował do referencji. Pani Carnegie dokładnie wie, jakich cech poszukuje u swojej służącej, a nawet jeśli masz ich całe mnóstwo, nigdy ich nie dostrzeże przez tę brudną suknię. I przez to, jak cuchniesz.

A więc cuchnęłam? Spędziłam w tych ubraniach tak dużo czasu, że przestałam je czuć. Pani Seeley podejmowała zatem podwójne ryzyko.

– Oczywiście, pani Seeley – odparłam z uprzejmym dygnięciem.

– Muszę dbać o swoją reputację: szukam służących do najlepszych domów. – Przerwała, po raz kolejny przyglądając mi się od stóp do głów, i pokręciła głową, jakby nie mogła uwierzyć w to, że zamierza przedstawić mnie klientce. – Nie wspominając o tym, że już w ciebie zainwestowałam i zamierzam odzyskać swoje pieniądze. Droga z Filadelfii kosztuje tyle, ile wyniesie twoja pensja za niemal dwa miesiące.

Wzdychając, minęła mnie, by podejść do szafy przy przeciwległej ścianie. Nad jej biurkiem wisiała lista, na której widniały imiona dziewcząt, zapisane większymi literami, niż to było konieczne, a obok nich odpowiednie przewinienie. Kilka razy wyczytałam słowa „leniwa” i „niechlujna”. Wyglądało to na ostrzeżenie dla wszystkich dziewcząt, które przekraczały próg domu pani Seeley. Przysięgłam sobie, że nigdy nie znajdę się na tej liście.

Pani Seeley wyjęła z szafy prostą, czarną suknię i podeszła do mnie. Suknia z czesankowej wełny, pozbawiona szarf czy ozdobnych rękawów, jakimi wykończone były stroje panien Quinn i Coyne – być może odpowiednie jedynie dla lepszych posad, takich jak nauczycielki – przypominała praktyczne uniformy służących. Przyłożyła ją do mnie, sprawdzając, czy rozmiar jest dobry, po czym powiedziała, jakby kogoś cytując:

– Porządna i skromna służąca nie nosi rzeczy brudnych ani wytwornych. – Skinęła głową i dodała: – Będzie pasować. Doliczę jej koszt do sumy, którą jesteś mi winna za podróż powozem, i odejmę od pierwszych pensji. Oczywiście pod warunkiem, że pani Carnegie przyjmie cię do siebie, co wcale nie jest pewne.

– Tak, pani Seeley – powiedziałam i znów dygnęłam. Zrobiłabym wiele, byle nie zmieniła zdania.

– Toaletę znajdziesz po prawej stronie, gdy wejdziesz po schodach. Kiedy się umyjesz i przebierzesz, zanieś swoją wstrętną suknię na dół i spal w kominku. – Uniosła pogrzebacz i wskazała na płomienie. – Na nic więcej się już nie zda.

Rozdział 5

11 listopada 1863 r.

Pittsburgh, Pensylwania

Kiedy powóz wyjechał z miasta, ponury dzień ustąpił miejsca słońcu. Gdy minęłyśmy z panią Seeley rosnące ku niebu wysokie biurowce i fabryki wypluwające czarne chmury w powietrze, a czarną wodę do rzeki, zobaczyłam, że pogoda wcale nie jest okropna, ale piękna i jasna. To miejska trucizna przykryła słońce.

Im dalej jechałyśmy, tym bardziej arkadyjska i zielona stawała się sceneria. Nie spodziewałam się farm, domów i falistych wzgórz, podobnych do tych, które znałam z domu. Powóz trząsł się teraz na niewybrukowanych ulicach, ja jednak trzymałam się na swoim miejscu

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 30

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 31

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 32

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 33

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 34

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 35

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 36

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 37

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 38

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 39

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 40

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 41

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 42

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 43

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 44

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 45

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 46

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 47

Dostępne w wersji pełnej.

Epilog

Dostępne w wersji pełnej.

Od autorki

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału

Carnegie’s Maid

Copyright © 2018 by Marie Benedict

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Fotografia na okładce

coka/shutterstock

Opieka redakcyjna

Natalia Gawron-Hońca

Adiustacja

Bogusława Wójcikowska

Korekta

Alicja Bojko

Copyright © for this edition by SIW Znak Sp. z o.o.

© Copyright for the translation by Natalia Mętrak-Ruda

ISBN 978-83-240-4257-9

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pokojówka miliardera Pani Einstein 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter