Kazimierz Moczarski

Kazimierz Moczarski

Autorzy: Anna Machcewicz

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 31.99 zł

Bohater książki Anny Machcewicz w czasie wojny był oficerem Armii Krajowej, spędził ponad dziesięć lat w stalinowskim więzieniu i pomimo tak długiej przymusowej rozłąki z ukochaną żoną potrafił odnaleźć łączącą ich więź. Należał do straconego pokolenia – ale swojego życia nie stracił.

 

O książce Anny Machcewicz:

To godny uwagi punkt widzenia. Anna Machcewicz spogląda dziś oczami nowych pokoleń na tragiczne doświadczenia Kazimierza Moczarskiego w okresie władztwa komunizmu w Polsce. Opisuje jego cichy i nierówny bój o ocalenie godności ludzkiej i o prawdę na temat walki podziemia niepodległościowego o wolności Polski, a także losy jego i jego żony – ludzki wymiar tej politycznej i moralnej tragedii, cenę, jaką przyszło im płacić za zachowaną przyzwoitość w czasach próby. 

Władysław Bartoszewski

Maćkowi i Agacie

WSTĘP DO II WYDANIA

Od pierwszego wydania niniejszej książki minęło dziewięć lat. Mam poczucie, że w tym niezbyt długim czasie niektóre zmiany, którym uległ świat wokół nas, nadały losom Kazimierza Moczarskiego nowe znaczenie.

Po pierwsze, coraz bardziej atrakcyjne stają się postawy nacjonalistyczne, zwłaszcza w wydaniu radykalnym. Dzieje się tak nie tylko w Polsce, ale właśnie tu jest to zaskakujące, ponieważ nasi rodzice i dziadkowie doświadczyli okrutnej w skutkach okupacji ze strony nazistowskich Niemiec. Przekazane przez nich doświadczenie II wojny raz na zawsze powinno uleczyć nas z wszelkich form prześladowania ludzi innych narodowości, ras, religii czy przekonań. Tymczasem we współczesnej Polsce odrodziła się Organizacja Narodowo-Radykalna. Nie odcięła się ona od rasistowskiej ideologii i nacjonalizmu, wykluczającego ze wspólnoty obywateli Rzeczpospolitej innej narodowości niż polska oraz od stosowania przemocy. A to przecież było powodem zdelegalizowania ONR w 1934 roku przez ówczesne władze państwowe. Rasizm, ksenofobia, fascynacja przemocą mają dziś inne podłoże niż to, które w latach dwudziestych ubiegłego wieku było źródłem faszyzmu i nazizmu, ale sposób postępowania zwolenników takich idei jest w gruncie rzeczy ten sam – proste przekonanie, że dysponując nagą siłą, można narzucać swoją wolę i bezkarnie deptać cudzą godność.

Dlaczego o tym piszę we wstępie do drugiego wydania biografii Kazimierza Moczarskiego? Bo Moczarski z jaskrawą przenikliwością sportretował ten mechanizm w Rozmowach z katem. Jego książka, pokazująca historię życia, karierę i zbrodnie nazisty Jürgena Stroopa, przed paru laty wydawała mi się reportażem historycznym, opisującym demony przeszłości. Teraz demony próbują wydobyć się na wolność i znowu trzeba być czujnym, by zająć wobec nich właściwe stanowisko.

Moczarski był czujny całe życie. I wtedy, gdy jako młody człowiek angażował się w latach międzywojennych w walkę o demokratyczną Polskę. I wtedy, gdy na własnej skórze przekonał się, czym był nazizm i okrucieństwo wojny, gdy na z górą pięć lat włączył się w ruch oporu. Po wojnie na prawie jedenaście lat zamknięto go w więzieniu. Odebrano mu zdrowie, ale nie odebrano ani woli walki, ani potrzeby nazywania rzeczy po imieniu. Pozostał czujny. Po odzyskaniu wolności, w czasie procesu rehabilitacyjnego publicznie oskarżył stalinowski system, który go pod fałszywymi zarzutami na tyle lat zniewolił.

Nie stracił czujności wtedy, gdy rozpoczęło się w Polsce antysemickie „polowanie na czarownice” w 1968 roku ani gdy jako dziennikarz swą energię poświęcał problemom społecznym, takim jak walka z plagą alkoholizmu.

Oddając w ręce Czytelników drugie wydanie Biografii, pragnę podkreślić, że w każdym momencie życia Moczarski był przede wszystkim człowiekiem uczciwym wobec siebie i własnych przekonań.

Los stawiał go przed wieloma próbami, ale przecież nie jego jedynie. Historia Moczarskiego jest jednym z wariantów losów całego pokolenia. Jej wyjątkowość polega na tym, że stworzył Rozmowy z katem. Jego czujności zawdzięczamy, że zdecydował się swoje spotkanie ze Stroopem w celi stalinowskiego więzienia potraktować jako przestrogę. Rozmowy z katem mają ponadczasową wartość nie dlatego, że pisał je były więzień stalinowski, lecz dlatego, że sportretował w nich „banalność zła”.

Rozwijający się w ostatnich latach w Polsce kult tzw. żołnierzy wyklętych skłania mnie do zadania pytania, czy Moczarski był jednym z nich. Mianem tym określa się ludzi, którzy po zakończeniu wojny nie złożyli broni, lecz nadal walczyli, teraz z instalującą się w Polsce władzą komunistyczną. Ginęli, wielu było aresztowanych, skazywanych na śmierć lub długie lata więzienia. W PRL ich dzieje były zohydzane lub pomijane milczeniem, teraz ta pamięć jest przywracana i kultywowana. Ich postawę wskazuje się jako jedyny godny uznania w powojennych latach model patriotyzmu.

Losy Moczarskiego na pierwszy rzut oka doskonale wpisują się w ten schemat.

Po zakończeniu wojny pozostał we władzach konspiracyjnych, został aresztowany, dwukrotnie skazany, cudem uszedł z życiem, a jego staż więźnia politycznego w okresie stalinowskim należał do najdłuższych. Do końca istnienia PRL cenzura broniła publikowania jakichkolwiek wzmianek na ten temat.

Przekonania i wybory Moczarskiego wyłamują go jednak z tego schematu. Przez lata pracy w konspiracji na własne oczy widział, jak wojna demoralizuje ludzi. Po rozwiązaniu Armii Krajowej w styczniu 1945 roku uważał, że należy jak najszybciej zakończyć walkę zbrojną, a władze podziemia powinny pomagać osobom pozostającym jeszcze w ukryciu w bezpiecznym powrocie do cywilnego życia. Tym, którzy zasmakowali w wojennym rzemiośle, radził, by zajęli się teraz odbudową zniszczonego wojną kraju. Dla siebie samych i przyszłych pokoleń – nie dla komunistów przecież.

Czy Moczarski był zatem „żołnierzem wyklętym”, czy nim nie był?

Jeżeli uznamy, że nim nie był, to czy jego model patriotyzmu, okupiony osobistym dramatem, okaże się mniej cenny?

Gdy stwierdzimy, że mimo wszystko jednak nim był, to warto zastanowić się, czy koncepcja „żołnierza wyklętego” w ogóle jest prawdziwa, skoro nie przystaje do dramatycznych i złożonych realiów powojennych lat?

* * *

W tekście drugiego wydania dokonałam niewielkich zmian, a także poprawek niedostrzeżonych wcześniej błędów.

OD AUTORKI

On chyba lubił kwiaty

niech pachną za jego duszę,

więc położyli mu u stóp

męczeńskiego krzyża

wieniec biało-czerwony

chyba podobny do

koła ratunkowego

dla zmarłych na dnie

żeglarzy

Jerzy Ficowski, Epitafium pamięci Kazimierza Moczarskiego

Nigdy nie był człowiekiem publicznym, ale jego życie przeszło do legendy, wcale jednak nieoczywistej.

Gdy pierwszy raz usłyszałam o Kazimierzu Moczarskim, PRL trwał w najlepsze, a stan wojenny wciąż był tylko zawieszony. Gdzieś w okolicach matury przeczytałam z zapartym tchem Rozmowy z katem, sugestywną biografię kata warszawskiego getta Jürgena Stroopa. Dzieło Moczarskiego znajdowało się już wśród szkolnych lektur, lecz wyłącznie jako „świadectwo czasów hitlerowskich”. Osoba autora pozostawała w cieniu, bo druga prawda zawarta w książce – okoliczności spotkania się nazistowskiego zbrodniarza i oficera Armii Krajowej w jednej celi stalinowskiego więzienia – były tematem zakazanym przez cenzurę.

Prawdziwą historię poznawałam z grupą przyjaciół gdzie indziej, na tajnych kompletach zorganizowanych przez zaprzyjaźnioną nauczycielkę. Spotykaliśmy się w jej mieszkaniu pełnym starych zdjęć, z dreszczykiem emocji towarzyszącym atmosferze konspiracji. To tutaj usłyszałam o praktykach stalinowskich oprawców, którzy wtrącali do więzienia, dręczyli i fałszywie oskarżali żołnierzy Armii Krajowej, pracowników struktur Polskiego Państwa Podziemnego. Tu, wbrew obowiązującej w PRL-u propagandowej wersji o reakcjonistach stojących z bronią u nogi, dowiedziałam się, że Państwo Podziemne zorganizowali ludzie, którzy myśleli o przyszłości swego kraju, kierując się poczuciem odpowiedzialności za jego powojenną jakość. Moczarski był jednym z nich.

Był jednym z wielu, ale właśnie warto wiedzieć, skąd oni się brali – przyzwoici, odpowiedzialni, lojalni; warto przypomnieć człowieka, który twardo stąpał po ziemi, myślał niezależnie, działał racjonalnie, a w czasach próby był w stanie sprostać największym wyzwaniom. Szczególnie istotne wydaje mi się to w czasach łatwej narodowej tromtadracji i dewaluacji patriotycznych haseł. Moczarski nie cenił efektowych gestów i wielkich słów, raczej obowiązek i solidną pracę.

Był człowiekiem lewicowej wrażliwości. Choć wyczulony na krzywdę społeczną, wykazywał całkowitą odporność na rewolucyjny zapał służący zmianie świata. Dlatego z szacunkiem traktował prawo i umowy społeczne. Patrzył na świat krytycznie, walczył o zasady oparte jednak nie na utopijnej idei, ale na pozytywistycznej pracy nad zmianą etycznych postaw społecznych. Ideowy wybór Moczarskiego brał się z tego nurtu kształtowanej w końcu dziewiętnastego stulecia formacji inteligenckiej, który Bohdan Cywiński w Rodowodach niepokornych nazwał humanistyczno-laicką tradycją etyczną inteligenta radykała. Taka formacja, właściwa dużej części przedwojennej polskiej inteligencji, mimo że w okresie PRL-u zapomniana, wpisywała się w najlepsze tradycje obywatelskiego myślenia, a jej symbolami są nazwiska Edwarda Abramowskiego i Stefana Żeromskiego.

W czasie okupacji Moczarski działał w kilku strukturach: w Biurze Informacji i Propagandy (BIP) zajmował się analizą bujnego życia politycznego w podziemiu, wstąpił do konspiracyjnego Stronnictwa Demokratycznego (SD), w Kierownictwie Walki Podziemnej (KWP) w imieniu Polskiego Państwa Podziemnego tropił kolaborantów, donosicieli i szmalcowników. Tę ostatnią pracę uważał za szczególnie ważną, bo działając w granicach polskiego prawa, chronił prześladowanych obywateli swego kraju.

Przypadek sprawił, że w zawierusze ostatnich miesięcy okupacji niemieckiej ze stosunkowo niewysokiego stanowiska w hierarchii wojskowej awansował na szefa Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Po zakończeniu okupacji niemieckiej należał do tych, którzy uważali dalsze trwanie w konspiracji za błąd, nie widział szansy na zwycięstwo w walce zbrojnej, miał świadomość, że pozostawanie w podziemiu deprawuje ludzi. Wiosną 1945 roku był zwolennikiem szukania możliwości legalnego działania w nieokreślonych przecież jeszcze do końca politycznych realiach i powrotu do pracy dla kraju. Ten realizm stanowił przyczynę głębokiego rozdarcia. Pozostał w konspiracji wbrew własnemu przekonaniu, ponieważ kierował się odpowiedzialnością za los podwładnych i lojalnością wobec przełożonych.

Jest paradoksem, że właśnie on trafił do komunistycznego więzienia na jedenaście lat, a jego więzienny staż okazał się jednym z najdłuższych w stalinowskiej Polsce. Poddany okrutnemu śledztwu, zmuszany do składania fałszywych zeznań przeciw towarzyszom z konspiracji, pozostał nieugięty i z tego powodu wtrącony do wspólnej celi z jednym z największych nazistowskich zbrodniarzy. Takich dzielnych ludzi było wielu, on miał szczęście, że przetrwał i mógł otwarcie podczas procesu rehabilitacyjnego ten system oskarżyć w imieniu swoim i innych ofiar. Wystarczyło mu siły i talentu, by opisać spotkanie ze Stroopem, będące świadectwem mrocznych czasów. Po opuszczeniu więzienia pozostawał z boku wielkich wydarzeń. Tacy jak on w komunistycznym państwie mieli zamknięte usta i kariery. Państwo polskie, choć niesuwerenne, traktował jako własne. Nie potrafił uprawiać wewnętrznej emigracji i znajdował sobie miejsce zgodnie ze swym społecznikowskim temperamentem. Rozmowy z katem, które przyniosły mu sławę, świat poznał dopiero po jego śmierci.

Dziś chętnie słuchamy świadków historii i z ich opowieści czerpiemy wiedzę o wieloznaczności świata. A z długiego życia Kazimierza Moczarskiego można się dowiedzieć o polskim losie w XX wieku o wiele więcej niż z najobszerniejszych podręczników. Dla moich dzieci, urodzonych po 1989 roku, wojna, okupacja, czasy PRL-u są opowieściami o „żelaznym wilku”. Doświadczenie Moczarskiego jest dla nich, na szczęście, tylko lekcją historii własnego kraju. Chciałabym, by czytając o nim, dostrzegły nie tylko cierpienie, ale przede wszystkim by z historii człowieka, który miał ciekawe, choć trudne życie, był rzetelny, lojalny i wierny wielkiej sprawie, choćby przegranej, uczyniły dla siebie jeden z drogowskazów. Taki wzór przydaje się w każdych czasach.

* * *

Kazimierz Moczarski był daleki od patosu. „Nie lubię frazesu i wielkich słów, bo zawsze podejrzewam, że tu się kryje oszustwo” – napisał w liście do swej przyjaciółki Marty Rajchman. Tak jasno wyrażone upodobanie miałam stale w pamięci, pisząc książkę poświęconą jego życiu.

Nie byłam pierwsza. W 1977 roku w Paryżu Jerzy Giedroyc wydał wspomnienia pięknej postaci polskiej adwokatury, Anieli Steinsbergowej, która występowała w obronie wielu ofiar stalinowskich, a potem, gdy sprawy te usiłowano wymazać z oficjalnej historii PRL-u, ocaliła je od niepamięci. Jednym z głównych bohaterów jej książki Widziane z ławy obrończej stał się właśnie Moczarski.

Dopiero w wolnej Polsce mógł ukazać się pierwszy pozbawiony białych plam portret Moczarskiego, autorstwa Andrzeja K. Kunerta. Książka Oskarżony Kazimierz Moczarski przybliża działacza społecznego i polityka, żołnierza AK, ofiarę prześladowań władz komunistycznych i oddaje hołd jego bohaterstwu. Pracę magisterską poświęconą Moczarskiemu obroniła na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego Małgorzata Malanowska. W pracy naukowej nie ma jednak miejsca ani na wahania, ani na życie osobiste. Chciałam zdjąć Moczarskiego z pomnikowego piedestału, poznać człowieka z krwi i kości, dowiedzieć się, co myślał i czuł w momentach wyborów, spróbować je zrozumieć.

Odpowiedzi szukałam w rozmowach z ludźmi, którzy Moczarskiego znali osobiście. A także we wspomnieniach, w zapiskach, w listach. W domowym archiwum córki Kazimierza Moczarskiego Elżbiety znalazłam notatki jej ojca, obszerną korespondencję między nim a żoną Zofią, listy do przyjaciół pisane na przestrzeni blisko dwudziestu lat życia, które mu pozostały po opuszczeniu więzienia, i wreszcie fotografie, z których najbardziej wzruszające powstały w pierwszych miesiącach wolności – latem 1956 roku. Te zdjęcia są pogodne, jest to najlepsze świadectwo siły jego charakteru, ale i ogromnego ładunku życiowego optymizmu. Ich dopełnienie stanowią notatki z więziennych zeszytów; marzenie o powrocie na wolność przeplata się w nich z postanowieniem walki o oczyszczenie z fałszywych zarzutów.

Dzięki dokumentom wyjętym z domowych szuflad ważne miejsce w tej książce zajęła Zofia Moczarska. Wśród odnalezionej korespondencji jeden zbiór ma wagę szczególną – listy, które Zofia i Kazimierz pisali do siebie podczas jedenastu lat więziennej rozłąki. Są one zupełnie wyjątkowym świadectwem przeżyć, uczuć i myśli dwojga najbliższych sobie ludzi. Okrutne praktyki totalitarnego państwa odcisnęły na ich małżeństwie silne piętno. Nie byli z pewnością wyjątkiem; o tej osobistej cenie, płaconej przez wszystkie ofiary stalinowskich więzień, rzadko się pamięta.

Po otwarciu archiwum Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) dostępne stało się jeszcze jedno źródło: na temat Kazimierza Moczarskiego Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), a potem Służba Bezpieczeństwa (SB) zgromadziły obszerną dokumentację, rozpoczynającą się w dniu aresztowania 11 sierpnia 1945 roku. W IPN znalazłam te materiały ze śledztwa, które nie weszły do dokumentów procesowych, wśród nich donosy ujawniające okoliczności dekonspiracji i aresztowania w 1945 roku, przekazane przez człowieka darzonego przez Moczarskiego zaufaniem.

Po opuszczeniu więzienia w 1956 roku Moczarski, jak większość byłych akowców, stał się obiektem zainteresowania tajnej policji. Inwigilacja trwała do jego śmierci, a jeszcze potem SB nękała Zofię Moczarską i w odpowiedzi na rosnącą legendę autora Rozmów z katem usiłowała swoimi metodami zdyskredytować jego dobre imię. Ale oszczerstwo jest bronią zawistników, ludzi słabych i zdemoralizowanych. Uczciwych się nie ima.

* * *

Poznawanie czyjegoś życia jest długą podróżą. W trakcie tej wędrówki spotkałam wielu ludzi, którym za poświęcony mi czas i uwagę pragnę wyrazić wdzięczność.

Dziękuję za udzielenie relacji Zbigniewowi Bauczowi, Leonowi Janowiczowi, prof. Jackowi Kochanowiczowi, prof. Marcinowi Kuli, Zbigniewowi Łence, Radosławowi Ostrowiczowi, Marii i Januszowi Rakowskim, Małgorzacie Szejnert, Teresie Szydłowskiej, Janinie Szczuce, Andrzejowi Wajdzie. Irena Rakowska-Bartel i Tadeusz Rogoziński odeszli w trakcie pisania książki. Prof. Władysławowi Bartoszewskiemu dziękuję za listowne wyjaśnienia, prof. Andrzejowi Friszke za długie rozmowy, dr. Januszowi Marszalcowi za cierpliwe odpowiadanie na e-maile, dr. Andrzejowi Kunertowi, prof. Grzegorzowi Mazurowi, prof. Tomaszowi Szarocie za rady i wskazówki, dr. hab. Markowi Ney-Krwawiczowi za przekazanie niektórych dokumentów.

Na koniec pozostawiłam tych, których pomoc była dla mnie najcenniejsza. Moja praca byłaby niemożliwa, gdyby nie wielkie zaufanie Elżbiety Moczarskiej, za które składam jej serdeczne podziękowania. Pawłowi, pierwszemu uważnemu czytelnikowi tej książki, dziękuję za nieustanne wsparcie.

ROZDZIAŁ I

SEN O POLSCE

Należał do pierwszego pokolenia Polski niepodległej. W 1918 roku, gdy odradzała się Rzeczpospolita, miał jedenaście lat. Ile mógł zapamiętać z tych listopadowych dni? Czy widział na własne oczy ojca rozbrajającego w listopadzie 1918 roku Niemców w rodzinnym Lipnie? Jeśli tak, to takie obrazy zapadają w pamięć na całe życie. Czego dowiedział się w domu? Na pewno znał rodzinną tradycję niepodległościową, w której byli żołnierze Napoleona i uczestnicy powstań. Po dziadku, powstańcu styczniowym, odziedziczył obydwa imiona: Kazimierz Damazy. Urodził się w Warszawie 21 lipca 1907 roku. Był trzecim z kolei dzieckiem w rodzinie.

Gdy był małym chłopcem, słuchał pewnie w domu opowieści ojca, który jeszcze jako gimnazjalista znalazł się na Syberii za działalność w tajnym kółku niepodległościowym. W rodzinnej historii była jeszcze pewnie mowa o organizowaniu przed wybuchem I wojny strajku szkolnego, zakładaniu drużyn skautowych i o tajnej akcji oświatowej w zaborze rosyjskim, która splotła się z historią rodziny. To wtedy Jan Moczarski poznał pannę Michalinę Skarbek-Wodzinowską, swą przyszłą żonę. Czy to wszystko wystarczyło, by „zachorować na Polskę”? W każdym razie dzieci Jana i Michaliny sprawdzian z patriotyzmu zdały celująco. W okupacyjną działalność konspiracyjną zaangażowało się troje spośród czworga rodzeństwa.

Czego mógł uczyć się w domu z podsłuchanych rozmów dorosłych? Rodzina była nauczycielska. Ojciec, absolwent Wydziału Przyrodniczego Uniwersytetu Warszawskiego, był sympatykiem Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) i admiratorem Piłsudskiego. W niepodległej Polsce kierował gimnazjami w Kole, Lipnie, w Brzezinach Łódzkich i w Koluszkach. W Lipnie, niewielkim miasteczku na Kujawach, zasłużył sobie na dobrą pamięć. W ścianie szkoły jest wmurowana pamiątkowa tablica. Matka w szkołach prowadzonych przez męża przez całe życie uczyła literatury polskiej.

W warszawskim Gimnazjum im. Jana Kreczmara, dokąd Kazimierz Moczarski trafił pod koniec szkolnej edukacji, nauczyciele słynęli z lewicowych sympatii. Liczni koledzy żydowskiego pochodzenia traktowani byli życzliwie, i tam pobrał zapewne naukę o wzajemnej tolerancji, której pozostał na zawsze wierny. Gdy wkraczał w dorosłość, obserwował zamach majowy i początki sanacyjnych działań zwolenników Piłsudskiego.

W niepodległej Polsce Moczarscy dali dzieciom solidne wykształcenie – najstarszy syn i córka ukończyli medycynę, najmłodszy, który zginął w czasie okupacji, rozstrzelany przez Gestapo, zapowiadał się na utalentowanego malarza. Kazimierz wybrał studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Po dwóch latach, w roku 1928, został jeszcze słuchaczem Wyższej Szkoły Dziennikarskiej.

Na Uniwersytecie Warszawskim od końca lat dwudziestych coraz potężniejsze wpływy wśród studentów ma radykalnie prawicowy Obóz Wielkiej Polski (OWP), który odpowiada za ekscesy antyżydowskie i wprowadzenie getta ławkowego. W 1930 roku, jako przeciwwaga dla radykalnych młodych narodowców, powstaje sanacyjny Legion Młodych; ideologia tej organizacji powołanej przez piłsudczyków była propaństwowa i nienacjonalistyczna. Moczarski dokonuje swego pierwszego politycznego wyboru i wstępuje do Legionu. „Legion Młodych przyciągał młodzież, której doskwierał terror OWP. Szeregi organizacji pęczniały. Przychodzili tam młodzi ludzie pozostający po urokiem marszałka Piłsudskiego, ale nie bez znaczenia była też idea państwowa, co dla młodych ludzi, którzy mieli w pamięci odrodzenie państwa, miało wielką moc przyciągania” – tak charakteryzuje Legion Tadeusz Kochanowicz, przyjaciel Moczarskiego od czasów studiów.

Moczarski tryskał energią – pisze o nim w niepublikowanych wspomnieniach. – W niedługi czas po naszej inauguracji miało miejsce pierwsze publiczne wystąpienie Legionu na terenie akademickim. Okazją był wiec, nie pamiętam w jakiej sprawie, ale w każdym razie niekontrowersyjnej. Wiec odbywał się w hallu Politechniki Warszawskiej. Był on oczywiście w pełni kontrolowany przez OWP. Grupa nasza w liczbie trzydziestu, czterdziestu osób zajęła miejsce z boku, przy ścianie. W pewnej chwili rozwinęliśmy transparent z napisem „Legion Młodych” i zaczęliśmy śpiewać Pierwszą Brygadę. Reakcja OWP była natychmiastowa. W ciągu niespełna 10 minut wypchnięto nas z gmachu na ulicę, lekko poturbowanych. W miarę upływu czasu utarczki stawały się coraz częstsze i coraz gorętsze. W związku z tym ustalił się zwyczaj, że przed spodziewaną poważniejszą utarczką kupowano za pieniądze organizacyjne kilkadziesiąt lasek bambusowych. Miałem możność oglądania lasek nazajutrz po starciu. Niektóre z nich przypominały raczej zużyte trzepaczki, gdyż cała ich dolna część stanowiła pęk zwisających łodyg bambusowych. Refleksje budziła we mnie wówczas wytrzymałość ludzkich czaszek. Członkowie Legionu, którzy doznali obrażeń wymagających opatrunku, przechadzali się potem dumnie po lokalu organizacyjnym, demonstrując obandażowane głowy i ramiona.

Wśród nich był student Moczarski, który razem z kolegami własną głową bronił swych przekonań.

W Polsce i w całej Europie trwa wielki kryzys, a wraz z nim pojawia się bezrobocie i ubóstwo na ogromną skalę. Oceny, że jest to początek końca kapitalizmu, formułuje nie tylko PPS, ale także ludowcy, chrześcijańscy demokraci i narodowcy. Na lewicy i na prawicy powstają radykalne programy przebudowy społecznej i gospodarczej. Do głosu w życiu społecznym i politycznym coraz liczniej dochodzi pokolenie dojrzewające już w państwie niepodległym, i to ono odczuwa najdotkliwiej skutki kryzysu. Moczarski wchodzi więc w dorosłość w czasach przełomu, a kryzys gospodarczy pogłębia jeszcze jego wrażliwość społeczną. W 1932 roku Polską wstrząsnęła tak zwana sprawa żyrardowska, która ujawniła nie tylko korupcję, ale i brutalne stosunki pracy panujące w Zakładach Żyrardowskich, znajdujących się we władaniu francuskiego koncernu tekstylnego. Legion Młodych angażuje się w kampanię przeciwko napływowi obcego kapitału do Polski i w obronę praw robotników. Jesienią tego roku domaga się zniesienia opłat za studia wyższe dla niezamożnej młodzieży i wprowadzenia czesnego dla bogatych. Te żądania socjalne wcale nie oznaczają, że jest organizacją lewicową. Legion Młodych nigdy nie był do końca spójny ideowo. Jego członkami byli tak różni ludzie, jak bliski konserwatyzmowi Stefan Kisielewski, ewoluujący ku socjalizmowi Wacław Zagórski, komunizujący Stefan Żółkiewski. Komendantem Legionu został Zbigniew Zapasiewicz, polityk o silnych tradycjach PPS-owskich.

„Zapasiewicz w czasie pobytu w Paryżu nawiązał bliższe stosunki z francuską organizacją młodzieżową Jeunesse Laïque et Républicaine – pisał Kochanowicz. – W dążeniu do wzmocnienia lewicowego nurtu w Legionie korzystał z doradztwa dwóch osób: Haliny Krahelskiej i Wincentego Rzymowskiego”. Te dwa nazwiska są reprezentatywne dla środowiska lewicującej warszawskiej inteligencji i prawdopodobnie pod ich wpływem już w pierwszej połowie lat trzydziestych w Legionie krystalizuje się skrzydło zorientowane w stronę lewicy. Jest też drugie skrzydło, dążące do pełnej identyfikacji z rządzącą sanacją. „Obaj z Moczarskim znajdowaliśmy się na lewym skrzydle tej organizacji, któremu przewodniczył Zbigniew Zapasiewicz – wspomina Tadeusz Kochanowicz. – To właśnie on załatwił Moczarskiemu stypendium MSZ, które umożliwiło mu studia w Institut des Hautes Études Internationales”.

Do Paryża, stolicy ówczesnej Europy, Moczarski przyjeżdża w grudniu 1932 roku. Czas był wtedy szczególny – w styczniu 1933 roku Hitler zostaje kanclerzem Niemiec, narasta poczucie zagrożenia wojną. We Francji popularność zdobywają socjaliści i komuniści, a lewicową opinię publiczną współtworzy między innymi Fryderyk Joliot-Curie. Salon Ireny i Fryderyka Joliot-Curie jest magnesem dla przybyszów z Polski. „Ja sam tam, na zdaje się rue de Médici, nie miałem zaszczytu być dopuszczony. Ale moi najserdeczniejsi przyjaciele bywali u pani Ireny i jej męża Fryderyka dość często. A ja znów z tymi przyjaciółmi się afiszowałem po Quartier Latin” – pisał Moczarski po latach w liście do adwokata Władysława Winawera, który walczył o zwolnienie go ze stalinowskiego więzienia. W tym samym liście wspominał o próbie zmontowania w ramach paryskiej komórki Legionu Młodych romantycznego, na wpół utopijnego zespołu studentów – Polaków na wzór „komuny” w Bièvre, o której pisał francuski pisarz Georges Duhamel. Wszyscy mieli wpłacać swe dochody do wspólnej kasy i prowadzić wspólne gospodarstwo. Z tych czasów wywodzi się jego przyjaźń z Martą Rajchman, córką słynnego bakteriologa, a po wojnie pomysłodawcy UNICEF-u Ludwika Rajchmana. Marta znana była z radykalnych lewicowych przekonań; na uniwersytecie w Zurychu, gdzie studiowała, zyskała przezwisko „bolszewik”.

Do Polski, pewnie z powodu tego „afiszowania się po Quartier Latin”, Moczarski wraca z łatką „czerwonego”. Tak przynajmniej szeptano o nim w Ministerstwie Opieki Społecznej, gdzie udało mu się po kilkumiesięcznych poszukiwaniach znaleźć posadę radcy prawnego. Pomógł mu przyjaciel Tadeusz Kochanowicz.

Tu wyspecjalizował się w prawie pracy i począwszy od roku 1936, wyjeżdżał corocznie wraz z rządową delegacją do Genewy na Międzynarodową Konferencję Pracy.

Życie urzędnicze nie było ani nudne, ani monotonne. Szefowa sekretariatu wiceministra, Irena Rakowska-Bartel, która poznała Moczarskiego w pierwszych dniach pracy w ministerstwie, mimo swych dziewięćdziesięciu lat wspomina to spotkanie z werwą:

Zostałam wezwana do ministra i wracając, usłyszałam, jak rezydujący ze mną w pokoju Tadeusz Paczkowski mówi do kogoś przez telefon: „Mamy nową dziewczynę, ma nogi aż do samej szyi, chcecie ją zobaczyć?”. Potem z piętra zbiegło dwóch młodzieńców – Kazimierz Moczarski i Tadeusz Kochanowicz. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Później doszlusowała do nas Lula Hołówkówna, córka Tadeusza Hołówki, który został zamordowany przez Ukraińców. Byliśmy młodzi. Całe popołudnia spędzaliśmy razem. Po wyjściu z ministerstwa, które było na ulicy Długiej w pałacyku Pod Wiatrami, szliśmy ulicą Bielańską, przez plac Teatralny, do żydowskiej restauracji na przekąskę. Potem każde z nas biegło do swojego domu, żeby się przebrać, i spotykaliśmy się znów. Szło się do kina albo do teatru. A czasem kończyło się dancingiem. Potem brało się prysznic i… do pracy.

Mimo barwnego tła tej relacji Moczarski lekkoduchem nie był na pewno. W oczach przyjaciół był skromny, zrównoważony, nawet cokolwiek spięty. I raczej miał poważny stosunek do życia. „Gdy śmialiśmy się i żartowaliśmy, on często stał z boku i tylko uważnie nam się przyglądał” – dodaje Irena Rakowska-Bartel.

W Ministerstwie Opieki Społecznej, instytucji niewielkiej, pracowało około dwustu osób. Zbigniew Baucz, który w 1937 roku trafił do pałacu Pod Wiatrami jako początkujący prawnik, wspomina dziś, że było nowocześnie zarządzane, koncepcyjne, w małym stopniu zbiurokratyzowane: „Ja, młody bardzo człowiek, na dodatek z prowincji, jaką jednak wobec Warszawy pozostawał Lublin, byłem dość oszołomiony, bo nagle znalazłem się w gronie ludzi, którzy tworzyli kadrę intelektualną ministerstwa. Towarzystwo, które tam pracowało, było otwarte, ludzie dalecy byli od uprzedzeń, ale każdy miał swoje poglądy polityczne, których nie ukrywał”. Zbigniew Baucz skończył studia prawnicze na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. „To, co działo się na Uniwersytecie Warszawskim, na Krakowskim Przedmieściu, te ataki na Żydów, bojówki oenerowskie, to było szokujące. W Lublinie takich napięć nie było. Ja studiowałem na KUL-u i tam, na katolickiej uczelni, nic takiego nie miało miejsca. W naszym ministerstwie pracowało wielu Żydów i nigdy nie był to żaden problem. Tym, co działo się na warszawskiej ulicy, myśmy się po prostu brzydzili, a Moczarski dawał temu wyraz szczególnie głośno”.

W tym czasie był już mocno zaangażowany w politykę. W 1934 roku, tuż po powrocie z Francji, z grupą przyjaciół opuszcza w ślad za Zapasiewiczem Legion Młodych. Próbują założyć niezależne pismo „Płoń”, najwyraźniej radykalnie antyrządowe w opiniach, skoro sanacyjna cenzura prewencyjna przeznacza kolejne numery do konfiskaty. Po kilku miesiącach muszą zrezygnować z jego wydawania. Moczarski szuka swojego miejsca, angażuje się w działalność związkową urzędniczej inteligencji i wstępuje do Stowarzyszenia Urzędników Państwowych (SUP), gdzie działali ludzie o sympatiach lewicowych, niekiedy komunizujących. Redaguje pismo wydawane przez Stowarzyszenie, ale nie ogranicza się do działalności związkowej. „Razem wyszukiwaliśmy ludzi o zbliżonych do nas poglądach i nieustannie organizowaliśmy dyskusje polityczne – wspomina Tadeusz Kochanowicz. – Zebrania te odbywały się w prywatnych mieszkaniach, często na Hożej, u Moczarskiego”. Miały charakter nieformalny, a nawet nieco konspiracyjny. A dyskutowano o wszystkim – o polityce międzynarodowej i, bardzo krytycznie, o Polsce sanacyjnej i koniecznych zmianach politycznych. Spotkania nazywali „maurycówkami”, bo za patrona obrali Maurycego Mochnackiego. Po kilku latach jednym z okupacyjnych pseudonimów Moczarskiego będzie właśnie „Maurycy”. Na spotkaniach klubowych zbierali się inteligenci o przekonaniach lewicowych, ale bez tendencji do zamykania się w jakichkolwiek dogmatach, otwarci i poszukujący.

Co nas łączyło? Co nas wiązało ze sobą w większości na duży szmat życia? – Moczarski wspominał te spotkania klubu „Maurycy Mochnacki” po latach na łamach „Tygodnika Demokratycznego”. – Nie będzie to chyba odpowiedź fasadowa ani drętwa, gdy stwierdzę, że przede wszystkim cementowała nas postawa ideowa i odpowiadająca tej postawie metoda działania. Podzielaliśmy pogląd Norwida o jedności treści (postawa) i formy (metoda). Nasza postawa ideowa to (…) myśl racjonalistyczna, materialistyczna, humanistyczna, postępowa, wywodząca się z jednej strony z demokratycznych tradycji narodu, z drugiej zaś z nauk Marksa, Engelsa i jego następców. Ponadto łączyła nas metoda działania, to znaczy respektowanie wspólnych nam zasad postępowania politycznego i organizacyjnego. Na pewno byliśmy zwolennikami wdrażania postępu nie terrorem, dyktatem, wodzostwem, lecz dobrą robotą, kulturą czynów politycznych, uporządkowaną dyskusją, przekonywaniem, swobodnym wyrażaniem poglądów i opinii, tolerancją – wszystko to jednak w granicach rozsądku, umiaru, bez nadmiernych, niepotrzebnych ekspansji dla mózgu, języka i czasu. I była jeszcze jedna platforma łącząca tych trzydziestu 30-latków z klubu „MM”. Mianowicie nasza codzienna, od lat prowadzona praca społeczna w związkach zawodowych pracowników umysłowych. Ona nam nie pozwalała bujać w obłokach taniego idealizowania czy demagogii. Ilustrowała naocznie dotykalny problem nędzy, niedorozwoju, wyzysku, walki klas, mechanizmu kapitalistycznego rządzenia. (…) Wiele miesięcy mówiliśmy w klubie „MM” o potrzebie partii politycznej, która – choć w jakiejś mierze – byłaby legalnym odpowiednikiem ruchu pracowniczego. I działaliśmy w tym kierunku. Przeprowadziliśmy setki dyskusji, konfrontacji, narad, dysput, a nawet kłótni.

Spotykali się z ludźmi z różnych lewicujących środowisk: z członkami Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej, z „życiowcami”, młodymi ludowcami, a nawet z działaczami Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej (KZMP). Fascynował ich Henryk Dembiński, charyzmatyczna postać w komunizującym akademickim środowisku wileńskim. Próby legalizacji nieformalnego klubu jako stowarzyszenia spotkały się z odmową Komisariatu Rządu na miasto Warszawę.

Te dyskusje rozbudzonej politycznie lewicowej inteligencji warszawskiej odbywały się już w nowym klimacie politycznym, jaki nastał po śmierci marszałka Piłsudskiego. Parlament wyłoniony na podstawie nowej ordynacji wyborczej w 1935 roku nie odzwierciedlał rzeczywistych podziałów politycznych ani społecznych. Poza sejmem znalazły się wszystkie ugrupowania, które miały krytyczny stosunek do obozu władzy. Zabrakło autorytetu marszałka, a propaństwowa dotąd ideologia sanacji ewoluowała w stronę nacjonalizmu. Powstaje scentralizowany Obóz Zjednoczenia Narodowego (OZN) i przejmuje część haseł endecji. Postępy czyni polityka ograniczania praw kulturalnych mniejszości ukraińskiej. OZN opowiada się za ekonomiczną walką z Żydami i ich emigracją do Palestyny.

W takim klimacie źle się czują starzy piłsudczycy, związani z marszałkiem od czasów PPS, Związku Strzeleckiego i Legionów. Pozostali oni przy swych liberalno-lewicowych przekonaniach. W październiku 1937 roku związani z lewicą sanacyjną senatorzy Regina Fleszarowa i Mieczysław Michałowicz, wspólnie z Marcelim Handelsmanem, Jerzym Makowieckim, Antonim Wieczorkiewiczem i Haliną Krahelską, zakładają w Warszawie pierwszy Klub Demokratyczny. W tym samym kręgu znajduje się między innymi Tytus Filipowicz, dyplomata, jeden z przywódców PPS sprzed 1914 roku, związany z Piłsudskim od czasów wspólnej wyprawy do Japonii. Kluby Demokratyczne powstają też w innych miastach: w Krakowie, Lwowie, Wilnie, Białymstoku. Grupują środowiska inteligenckie, szczególnie postępowe sfery intelektualne. Swoje miejsce znajdują tu nie tylko politycy i wojskowi z dawnych środowisk legionowych, ale też działacze społeczni ze związków zawodowych, zbliżeni do PPS, Stronnictwa Ludowego (SL), radykalna młodzież studencka. W tworzenie Klubów Demokratycznych angażowali się też członkowie nielegalnej Komunistycznej Partii Polski (KPP), którzy wśród ludzi o lewicowej, choć odległej od komunizmu orientacji, szukali bazy dla swej działalności.

Kluby występują przeciwko rządzącej sanacji, nacjonalizmowi i antysemityzmowi, postulują radykalne reformy społeczne. Swoje miejsce znalazła tu również naturalnie większość osób spod znaku „Maurycy Mochnacki”. Sam Moczarski uczestniczy w wirze przygotowań do powstania warszawskiego Klubu Demokratycznego. Gdy dyskutowana jest treść deklaracji programowej, postuluje wyraźne stwierdzenie, że Klub sprzeciwiać się będzie wszelkim rozwiązaniom politycznym czy gospodarczym wynikającym z uprzedzeń rasowych.

Kamienica Książąt Mazowieckich. Pierwsze piętro. Sala Towarzystwa Miłośników Historii. Strop podpierały wówczas drewniane słupy. Skrzypiąca podłoga. Rzędy krzeseł – wszystkie zajęte. Wiele osób stoi. Profesorowie, pisarze, inteligencja naukowa i twórcza, wolne zawody, działacze społeczni i polityczni, związkowcy z ruchu pracowniczego, przedstawiciele postępowego mieszczaństwa, młodzież akademicka – tak Moczarski wspominał dwadzieścia lat później swe wrażenia z pierwszego spotkania warszawskiego Klubu Demokratycznego w 1938 roku na Rynku Starego Miasta. – Za wzorem Warszawy powstawały żywiołowo Kluby Demokratyczne w innych miastach Polski. W krótkim czasie sieć Klubów tak się rozrosła, że na czerwcowy zjazd Klubów we Lwowie w roku 1938 przybyło 55 przedstawicieli.

W kwietniu 1939 roku Kluby połączyły się w Stronnictwo Demokratyczne (SD). Nie było ono liczne, ale ze względu na potencjał intelektualny znaczące i Moczarski, stając się członkiem Stronnictwa, obracał się wśród wybitnego grona polskiej inteligencji. O specyficznym charakterze Klubów, budzącym zrozumiałe emocje u osób postronnych, świadczy jeszcze jedna cecha. Moczarski znalazł się tu wśród wpływowej grupy polskich wolnomularzy, którzy obecni od lat w życiu publicznym (wielu z nich pełniło ważne funkcje w administracji państwowej), poprzez działalność klubową zamierzali oddziaływać na szerszą grupę polskiej inteligencji. Prof. Mieczysław Michałowicz, senator, członek Wielkiej Loży Narodowej i orędownik indywidualnego doskonalenia jednostki, mawiał: „Kluby to fotele – a w fotelach dobrze się dyskutuje”. Sam Moczarski wolnomularzem jednak nie został, w każdym razie brak jakichkolwiek dowodów takiej przynależności.

Wiosna 1939 roku jest ważnym czasem w życiu Moczarskiego z całkiem jeszcze innego powodu. W marcu rozpoczęła pracę w Ministerstwie Opieki Społecznej dwudziestoletnia studentka dziennikarstwa – Zofia Płoska. Jej kuzynka i przyjaciółka Irena Rakowska-Bartel wspomina: „Pewnego dnia zaproponowano mi awans. Miałam zostać szefową sekretariatu nowego wiceministra i musiałam szybko znaleźć kogoś na swoje miejsce, wtedy zadzwoniłam do Zosi, z którą przyjaźniłam się od dzieciństwa. I tak Zosia i Kazik spotkali się. Dzięki mnie”.

Na zdjęciach z tego okresu wydają się zupełnie różni. Ona wysoka, wiotka, szczupła, z wielkimi oczami, pełnymi inteligencji i radości życia. On raczej średniego wzrostu, ale dobrze zbudowany, ciemnowłosy, o poważnych głęboko osadzonych oczach. Dzieli ich niebagatelna, bo dwunastoletnia różnica wieku. Wspólny przyjaciel Tadeusz Kochanowicz wspominał wiele lat po wojnie: „[Zosia]* była dziewczyną inteligentną i bardzo atrakcyjną. Obaj z Moczarskim zalecaliśmy się do niej. Moczarski zwyciężył…”.

Oboje na całe życie zapamiętali dzień 6 czerwca 1939 roku. Spotkali się w jednej z warszawskich kawiarni, potem był spacer, który przeciągnął się późno w noc. Tego dnia narodziła się ich miłość. Dalej sprawy potoczyły się niezwykle szybko. Moczarski wyjeżdża na miesiąc do Genewy. Wraca stamtąd z przeświadczeniem, że wojna jest blisko. Ten argument przekonuje ojca Zosi, Aleksandra Płoskiego, który zgadza się na jej małżeństwo z Kazimierzem, choć cała ich znajomość i narzeczeństwo trwały tak krótko. Decyzja o szybkim ślubie zaskoczyła znajomych i rodzinę. „Byliśmy paczką zgranych przyjaciół, wszędzie chodziliśmy razem, a tu nagle oświadczyli nam, że biorą ślub – Irena Rakowska-Bartel, mimo upływu kilkudziesięciu lat, nadal mówi o tym z niedowierzaniem. – I rzeczywiście po miesiącu byli już małżeństwem”.

Pobrali się w kościele Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu 31 lipca 1939 roku, kilka zdjęć, mimo późniejszej wojennej tułaczki, przetrwało w domowym archiwum. Zosia do ślubu miała pantofelki na niewielkim słupku, a sukienka była od krawcowej pani Myszkorowskiej.

Weselny obiad w hotelu Bristol na Krakowskim Przedmieściu zjadła tylko rodzina panny młodej i pana młodego. Uroczystość była bardzo skromna, bo rodzina Moczarskich była w żałobie z powodu śmierci ojca. Jeszcze tego samego wieczoru najbliżsi odprowadzili ich na pociąg. Miodowy miesiąc spędzili w Krynicy i ten wyjazd na wiele kolejnych lat stanie się wspomnieniem krótkiej beztroski. Wrócili kilka dni przed wybuchem wojny. „W Warszawie panowała atmosfera wyczekiwania, w ministerstwie czytaliśmy gazety i roztrząsaliśmy znaczenie każdego słowa aż do ostatniego dnia sierpnia” – wspomina Zbigniew Baucz. Moczarski jeden dzień spędza jeszcze na ćwiczeniach rezerwistów w Różanach, skąd wraca do Warszawy bez żadnego przydziału.

Pierwsze bomby spadły na Warszawę wczesnym rankiem 1 września. Poranne gazety przyniosły już nieaktualne wiadomości z poprzedniego dnia o mobilizacji i przewidywanym rozwoju sytuacji politycznej. Od tej chwili życie Moczarskich, podobnie jak tysięcy warszawiaków, wypadło z normalnych trybów. Niemieckie czołgi dotarły do przedmieść Warszawy pod wieczór 6 września 1939 roku. Tego samego dnia ewakuowały się władze państwa i urzędy. Pracownicy Ministerstwa Opieki Społecznej rozkaz ewakuacji dostali w nocy z 4 na 5 września. Wsiedli do autokarów razem z ministerialnymi workami pieniędzy, dokumentami i pieczęciami i ruszyli na wschód. Po tygodniu dotarli do Dubna i tam próbowali urzędować, ale trwało to zaledwie kilka dni. Rozlokowani zostali w dubieńskiej szkole. Spali pokotem w salach lekcyjnych. Moczarskim, jako młodemu małżeństwu, koledzy oddali do wyłącznego użytku mały korytarzyk łączący dwie klasy.

W mieście panuje spokój, tylko co jakiś czas nadlatują samoloty niemieckie. Moczarskiego męczy bezczynność, bez skutku szuka jednostki wojskowej, która by go wcieliła. Z braku innego zajęcia, korzystając ze strzępów informacji radiowych, wspólnie z żoną i kilkoma kolegami z ministerstwa przygotowują gazetkę dla ludności Dubna. Na wieść o wkroczeniu wojsk sowieckich kierownictwo i spora część zwykłych pracowników ministerstwa decydują się na dalszą ewakuację w stronę granicy rumuńskiej. Wyjazd następował w takim pośpiechu, że na biurkach starostwa wśród porzuconych w nieładzie papierów ci, którzy zostali, odnaleźli pieczęć ministerstwa. Rozpoczyna się palenie akt, opiekujący się ministerialną kasą wiceminister Kokoszkiewicz dzieli pozostałe pieniądze.

Moczarscy po naradzie z przyjaciółmi ruszają będącym jeszcze do ich dyspozycji autokarem do Równego. Tu 19 września obserwują wkroczenie sowieckich oddziałów. Przez miasto przejeżdżają na zachód sowieckie działa, a na wschód transporty wziętych do niewoli polskich oficerów. Ministerialne pieniądze, nim całkiem straciły wartość, uciekinierzy z Warszawy zamieniają na cywilne ubrania i w porozumieniu z kolejarzami przemycają oficerom do wagonów. Legitymacje urzędników Ministerstwa Opieki Społecznej stanowią nieoczekiwanie glejt zapewniający im bezpieczeństwo w oczach sowieckiej administracji. Na początku października radio podaje wiadomość o utworzeniu we Francji polskiego rządu pod przewodnictwem generała Władysława Sikorskiego i o formowaniu się polskiej armii. Dylemat – wyjazd z kraju z nadzieją na dalszą walkę zbrojną czy powrót do Warszawy – wywołuje pełne emocji dyskusje. Na opuszczenie kraju decyduje się jeden z najbliższych przyjaciół Moczarskich Tadeusz Kochanowicz. Moczarski odprowadza go na pociąg do Lwowa i oddaje część posiadanych pieniędzy.

Kochanowicz przez Węgry i Francję zdoła dotrzeć do Anglii, gdzie będzie pracował w radiostacji Świt w podlondyńskim Bletchley Park. Wiadomości dla radiostacji udającej, że nadaje dla rodaków wprost z okupowanego kraju, pochodzić będą między innymi z raportów Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej (BIP KG AK), w którym działa Moczarski. Przyjaciele spotkają się dopiero w Warszawie w 1956 roku, gdy obaj opuszczą stalinowskie więzienie.

Moczarscy pozostają w grupie, która postanawia wracać do Warszawy. Przebijają się w stronę rzeki Bug. Most w Uściługu jest zamknięty, a za rzeką stacjonują Niemcy. Szukając możliwości przedostania się na drugą stronę, Moczarski poznaje sowieckich żołnierzy strzegących szczególnego łupu – kolumny uszkodzonych aut, zarekwirowanych lub porzuconych przez uciekinierów. Żołnierze mają kłopot, bo nie potrafią uruchomić pojazdów, ale wśród grupy z ministerstwa jest inżynier. Rosjanie w zamian za naprawę aut obiecują pomoc w przekroczeniu granicy.

I rzeczywiście nam pomogli – wspomina Irena Rakowska-Bartel. – Załadowaliśmy się na chłopskie fury i dotarliśmy nad rzekę. Noc była księżycowa, pobliskie wzgórze dawało głęboki cień na wodę, a przy brzegu czekała na nas łódź. Przewożono nas partiami, a Rosjanie puścili nawet traktor, żeby zagłuszyć plusk wody. Po drugiej stronie okazało się, że wozak, który przywiózł nas nad Bug, odjechał z większością naszego bagażu. Na całe szczęście, bo nikt nie miałby siły targać tych waliz.

Do Hrubieszowa zdołali dotrzeć bez przygód na piechotę, z miasta jeździły już pociągi na zachód. W Warszawie znaleźli się dopiero u progu pierwszej okupacyjnej zimy. Był 1 grudnia 1939 roku.

* * *

* Wszystkie uzupełnienia w nawiasach kwadratowych pochodzą od autorki.

ROZDZIAŁ II

OKUPACJA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ III

POWSTANIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IV

NA CZELE BIP-U

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ V

ARESZTOWANIE I PIERWSZY PROCES

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VI

PIEKIELNE ŚLEDZTWO

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VII

ZOSIA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VIII

POWRÓT NA WOLNOŚĆ

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IX

W CZYSTYM NURCIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ X

ROZMOWY Z KATEM

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

BIBLIOGRAFIA

Dostępne w wersji pełnej

WYKAZ SKRÓTÓW

Dostępne w wersji pełnej

INDEKS NAZWISK

Dostępne w wersji pełnej

FOTOGRAFIE

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Jakub Sowiński

Opieka redakcyjna

Maciej Gablankowski

Krzysztof Chaba

Adiustacja

Jadwiga Grellowa

Korekta

Małgorzata Uzarowicz i Magdalena Kędzierska / d2d.pl

Indeks

Małgorzata Uzarowicz / d2d.pl

Copyright © by Anna Machcewicz

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o.

ISBN 978-83-240-4213-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kazimierz Moczarski Bunt. Strajki w Trójmieście. Sierpień 1980 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002