Rozmowy z katem [2018]

Rozmowy z katem [2018]

Autorzy: Kazimierz Moczarski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.19 zł

„Do widzenia, Herr Moczarski, do zobaczenia niedługo u św. Piotra!” – mówi Stroop na pożegnanie, idąc na egzekucję. Czy można sobie wyobrazić podobną sytuację? Taki sam wyrok, wyrok śmierci, wydany na bezlitosnego nazistę i bohatera Armii Krajowej przez Polskę Ludową?

 

Chociaż oprawcy w więzieniu mokotowskim mają wyjątkową wyobraźnię – poddają Moczarskiego 49 rodzajom tortur – on sam również wpada na oryginalny pomysł. Zachęca nazistę do szczerych zwierzeń. Zapamiętuje wszystko.

 

Dziś możemy czytać jedną z najważniejszych rozmów, jakie kiedykolwiek się odbyły. To rozmowa śmiertelnych wrogów w celi śmierci. Różnica między nimi jest taka, że tylko jeden z nich dostał sprawiedliwy wyrok.

Od wydawcy

Historia wydania tej książki mogłaby być tematem osobnej pracy.

Pierwszy fragment Rozmów z katem Kazimierza Moczarskiego ukazał się drukiem w warszawskiej „Polityce” w 1968 roku (nr 26), całość została opublikowana w odcinkach na łamach wrocławskiej „Odry” w latach 1972 (od nr. 4) – 1974 (do nr. 2), zaś pierwsze wydanie książkowe miało miejsce dopiero dwa lata po śmierci Autora, który zmarł 27 września 1975 roku w Warszawie.

W latach 1977–1985 Państwowy Instytut Wydawniczy opublikował łącznie pięć wydań tej książki (tłumaczenia ukazały się wówczas w 10 krajach), a w latach 1992–2002 Wydawnictwo Naukowe PWN kolejnych dziesięć edycji Rozmów z katem jako lektury szkolnej, już w kształcie integralnym (z przywróceniem fragmentów wyciętych przez cenzurę, m.in. autorskiego zakończenia), z tłumaczeniem na język polski przedmowy Andrzeja Szczypiorskiego do wydania niemieckiego, z przypisami i kalendarium życia Autora w opracowaniu Andrzeja Krzysztofa Kunerta.

Edycja niniejsza (siedemnasta), również opracowana przez A.K. Kunerta, zawiera – w wersji znacznie poszerzonej – przypisy i kalendarium życia Autora oraz przygotowany specjalnie do niej aneks.

Wstęp

Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego to książka niezwykła, dająca czytelnikowi wgląd w sprawy wielkiej wagi. W świetle stosunków międzynarodowych pokazuje, jak mylny jest panujący powszechnie pogląd, że II wojna światowa była prostym, dwubiegunowym konfliktem między Dobrem a Złem; między państwami demokratycznymi a ich faszystowskim wrogiem. Już choćby to, że Rozmowy... rozgrywają się w powojennym więzieniu, w celi, którą członek podziemnego ruchu oporu dzieli z nazistowskim zbrodniarzem wojennym, dowodzi, że natura konfliktu była bardziej złożona. W istocie wojnę w Europie toczyły nie dwie, lecz trzy siły – faszystowskie Państwa Osi, Związek Radziecki oraz obóz demokratyczny pod przywództwem Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Fakt, że Związek Radziecki rozpoczął wojnę jako sojusznik nazistów, a po roku 1941 przystąpił do koalicji mocarstw zachodnich, nie zmienił głęboko zakorzenionej w Sowietach wrogości zarówno wobec faszyzmu, jak i demokracji. Po zwycięstwie w 1945 roku Stalin bez skrupułów potępił demokrację zachodnią, a jej przedstawicieli traktował z taką samą pogardą, jak pokonanych faszystów. W logice komunistycznej zatem decyzja o umieszczeniu w jednej celi Moczarskiego, żołnierza polskiego ruchu oporu, i generała SS Jürgena Stroopa, współodpowiedzialnego za likwidację getta warszawskiego, była całkowicie naturalna. Mimo iż Moczarski i jego współtowarzysze-akowcy z determinacją i poświęceniem walczyli z nazistami, komuniści bez wahania skazali go na karę śmierci jako kolaboranta.

W polskiej rzeczywistości los Moczarskiego dobitnie ilustruje determinację powojennego reżimu kontrolowanego przez ZSRR. Moczarski należał do wykształconej, świadomej politycznie klasy społecznej, która w normalnych warunkach objęłaby po wojnie władzę, jednak została od niej odcięta. Z drugiej strony, Stalin, z którego rozkazu w latach 1938–1939 wymordowano większość przywódców Komunistycznej Partii Polski, nie dysponował wystarczającą liczbą wyszkolonych kadr administracyjnych. Wskutek tego przez kilkanaście lat od przejęcia wpływów przez Sowietów w 1944 roku w Polsce panoszyły się brutalna siła i matactwo, a stery władzy trzymała grupka polityków bezwzględnie posłusznych rozkazom z Moskwy.

W świetle tych uwarunkowań Moczarski godny jest najwyższego podziwu za to, jak wykorzystał sposobność dłuższego obcowania ze Stroopem. Rozmawiając z nim systematycznie przez kilka miesięcy, zdołał stworzyć sobie szczegółowy obraz nazistowskiego umysłu, a zapamiętując wypowiedzi współwięźnia – zachować zgromadzony materiał do późniejszej publikacji. Stworzony w ten sposób wizerunek „kata” zapada w pamięć bodaj równie mocno, jak okoliczności, w których powstawał. Stroop nie przejawiał ani śladu skruchy za popełnione zbrodnie. Działał na rzecz wprowadzania w życie utopii, w którą szczerze wierzył, i nie żałował niczego, z wyjątkiem zdarzeń, które doprowadziły do upadku III Rzeszy. Ponieważ, podobnie jak i jego współwięzień, czekał na wykonanie kary śmierci, mógł mówić najzupełniej otwarcie, bez przekłamań i przemilczeń. Rankiem w dzień rozstania powiedział raźnym głosem: „Do widzenia, Herr Moczarski, do zobaczenia niedługo u św. Piotra!”.

Rozmowy z katem ukazywały się w rozmaitych edycjach w Polsce oraz w przekładach na języki obce. Pierwsze polskie wydanie książkowe z roku 1977 było oczywiście okrojone przez cenzurę. Niniejsze – kolejne już wydanie pełnej wersji książki Moczarskiego – jest zatem bardzo potrzebne jako wiarygodny dokument jednego z najbardziej znaczących epizodów dwudziestego wieku.

Norman Davies

15 września 2003

(tłum. Agnieszka Pokojska)

I. Oko w oko ze Stroopem

Bo cóż by warte były bunty i cierpienia,

Gdyby kiedyś w godzinę zdobytej wolności,

Nie miały się przerodzić w cierpień zrozumienie [...]

Gdyby się lud gnębiony stawał gnębicielem

I w dłoń przebitą gwoździem chwytał miecz Piłata?

Antoni Słonimski, Do przyjaciół w Anglii

2 marca 1949 roku. Oddział XI Mokotowa, warszawskiego więzienia. Właśnie przeniesiono mnie do innej celi, gdzie siedziało dwóch mężczyzn. Ledwo drzwi przyryglowano, zaczęliśmy się „obwąchiwać” – jak to więźniowie. Ci dwaj mieli chwilowo przewagę w układzie stosunków wewnątrzcelowych, bo byłem do nich przekwaterowany. Co prawda i ja miałem jakieś szańce. Dla zanurzenia się w ochronnej rezerwie mogłem np. robić z siebie „słup soli” lub udawać „Janka z księżyca”. Oni nie byli w stanie stosować podobnych praktyk, bo tworzyli konstelację, w ruchu.

– Sind Sie Pole?1 – pyta starszy, niewysoki, szczupły, z żylastymi rękami, kartoflanym brzuchem i dużymi brakami w uzębieniu. Kurtka feldgrau, więzienne spodnie, drewniaki. Koszula rozchełstana.

– Tak. A panowie?

– Niemcy. My jesteśmy sogennante Kriegsverbrecher2.

Rozpakowuję majdan, upycham graty. Starszy ułatwia te czynności, bez zachęty z mojej strony. Nie mówimy. Wszyscy przejęci. Ja wtedy tak mniej więcej myślałem: – Niemcy. Pierwszy raz w życiu będę z nimi bardzo blisko. Takich hitlerowców z lat okupacji pamiętam, jakby to było dzisiaj. Trudna sytuacja, ale w Mokotowie nieraz łączono w celach więźniów bez zaglądania w rubrykę narodowości. Niemcy. Dzieli mnie od nich wszystko – a więc i ciężar przeszłości, i postawa światopoglądowa. A łączy: interes ludzi w jednej celi. Czy taka więź sytuacyjna, nie wytworzona z dobrej woli, może być podobna do kładki nad przepaścią?

Przerywam błyskawiczne refleksje, bo nawyk czuwania alarmuje: dlaczego ten drugi hitlerowiec jest bierny i wtulony w okno? Niebezpieczny, czy się boi?

Przy zagospodarowaniu pomagał mi Gustaw Schielke z Hanoweru, długoletni zawodowy podoficer kryminalnej policji obyczajowej (Sittenpolizei). W czasie wojny SS-Untersturmführer3, archiwista krakowskiego urzędu BdS, czyli dowódcy Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa4 w Generalnej Guberni.

– Po sprawie? – pytam go.

– Nie.

– Długo w mamrze?

– W Polsce: 1 rok, 9 miesięcy i 27 dni. Przedtem siedziałem w obozach aliantów w Niemczech Zachodnich.

Jeszcze liczy dni, stawiając prawdopodobnie kreseczki na ścianie, z nadzieją, że opowie wnukom o więzieniu w Polsce – pomyślałem.

Ten drugi, co niepokoił mnie, był wysokim i nawet pozornie barczystym mężczyzną. Zasłaniając część okna, ustawiał się pod światło. Trudno go obserwować. Znałem te metody. Ma kompleksy śledcze, więzienne – skonstatowałem – ale zachowuje się fachowo.

– Stroop – przedstawił się wreszcie. – Mein Name ist Stroop, durch zwei „o”. Vorname: Jürgen. Ich bin General-leutnant. Po polsku: division-general... Enchanté, Monsieur5.

Podniecony, miał czerwone uszy. Ja chyba także. Przybycie do obcej celi lub poznanie więźnia to wielka emocja.

Ledwo wymieniłem nazwisko, wtoczył się kocioł i zapach obiadu. Kalifaktorzy6, również Niemcy, dali moim kompanionom znak, że nie jestem kapuś. Od dawna znali mnie z różnych okoliczności życia mokotowskiego.

Stroop dostawał, oficjalnie, podwójną porcję. Jadł z apetytem, systematycznie. Obiad w milczeniu. Zmuszam się do spokojnego połykania, aby nowi towarzysze nie spostrzegli, jak jestem poruszony.

Więc to jest właśnie Stroop, zaufaniec Himmlera, warszawski SS- und Polizeiführer7, likwidator stołecznego getta i poprzednik ukaranego przez nas Kutschery8. Siedzi o metr i zajada obiad. Pięćdziesięcioletni. Starannie, jak na więzienie, ubrany. Ciemnopąsowa wiatrówka, pod szyją biały halsztuk z chusteczki kunsztownie zawiązanej. Spodnie beige9. Trzewiki brązowe, lekko sfatygowane, wyczyszczone na glans.

Schielke wiosłuje łyżką. Zjadł szybko, zanucił „In Hannover an der Leine, haben Mädchen dicke Beine”10, i jakby od niechcenia spytał: – Dawno pan siedzi?

Odpowiedziałem. Zaproponował wtedy, że umyje moją menażkę. Musiał się spotkać z odmową, bo takie usługi przyjmuje się z pilnej potrzeby albo z przyjaźni.

Stroop obiadował wolno. W końcu podał Schielkemu dwie miski do umycia. Przedtem popuścił spodnie, zapinając je w pasie na jeden z rezerwowych guzików, przyszytych przez niego na „średnie” lub „większe” nafaszerowanie brzucha.

Schielke pucuje naczynia. Stroop milczący, przy stoliku podokiennym, oparty na łokciach, twarz w dłoniach. Mięsisty nos wystaje zza palców. Pozycja tragicznego mędrca.

Zainteresowała mnie ta kontemplacja. Wiązałem ją z fotografiami Stroopowskiego „ołtarzyka” na stoliku. Obok Biblii leżały tam dwie paczki listów z NRF11, kilka książek, zeszyt, ołówki. Ale co mnie przede wszystkim uderzyło – to poliptyk fotograficzny rodziny Stroopa. Na kartonie pod każdym zdjęciem wykaligrafowane gotykiem napisy: „Unsere Mutter”, „Unsere Tochter”, „Unser Sohn” i „Meine Frau”12. W zakamarkach „ołtarzyka” – drobne pamiątki, m.in. piórko kraski ze smugą błękitu i listek. Zasuszony listek brzozy. Kontemplacja Stroopa wydawała się melancholiczna, więc pytam, o czym duma. Nie wykluczałem odpowiedzi: „o swoich sprawach”, co oznaczałoby, że myśli o rodzinie i prosi, aby nie przeszkadzać. A Stroop rzekł:

– Zapomniałem, jak po polsku nazywa się ptaszek, którego mianem określają u was młode kobiety. Jakoś tak: szy... szy... szybka czy podobnie?

– Gdzie pan to słowo słyszał?

– Na spacerze, gdy więźniowie kryminalni z ogólnych cel zagadywali aresztantkę z klasa biustem, która pracuje w pralni. Nie mogę tego słowa spamiętać. Co dzień je powtarzałem. Brzmi jak: szybka, szczyrka...

– Może mówili: ścierka? Ale to nie ptaszek.

– Na pewno był ptaszek. I na pewno nie szczerka.

– Upiera się pan przy ptaszku, więc może sikorka?

– Tak – rozpromienił się – szykorka, szykorka, die Meise. Tamta młódka z pralni przeginała szyję niby szykorka.

– Jak generał sobie podje – zarechotał Gustaw Schielke – to robi się pies na młode baby. Nie te czasy, Herr General! A ponadto, jak żyję, nie widziałem szykorek z piersiami!

Generał zgromił Schielkego wzrokiem. Po raz pierwszy zobaczyłem ołów w oczach Stroopa.

*

Cela miała jedno łóżko, które można było podnosić i przytwierdzać na dzień do ściany (w żargonie więziennym zwane legimatą). Dotychczas spał na nim Stroop, a Schielke rozkładał siennik na podłodze. Przy końcu dnia musieliśmy ustalić nowy system spania. Stroop zwrócił się wtedy do mnie: – Idę na podłogę. Panu przysługuje łóżko, ponieważ pan jest członkiem narodu tu rządzącego i zwycięskiego, a więc narodu panów. (Powiedział: „Herrenvolk”).

Osłupiałem. To nie była ze strony Stroopa komedia, poza lub grzeczność. On po prostu ujawnił swój pogląd na stosunki między ludźmi. Wylazły z niego wpajane od dzieciństwa: kult siły i służalstwo – nieuchronny produkt ślepego posłuszeństwa.

Schielke poparł Stroopa. Uzasadniłem odmowę truizmem, że wszyscy więźniowie są równi w zakresie bytu więziennego. I do ostatnich dni ze Stroopem i Schielkem spaliśmy wszyscy na podłodze, na trzech siennikach.

Nie wykluczam, że Stroop uważał mnie – jeśli idzie o tę sprawę – za wariata.

*

Wkrótce po konflikcie z Schielkem na temat szykorki Stroop zaproponował obejrzenie książek. Miał ich około 180; większość z zasobów bibliotecznych więzienia. Wszystkie w języku niemieckim. Były tam dzieła naukowe (m.in. historyczne, geograficzne, gospodarcze), podręczniki szkolne, powieści, broszury i nawet druki propagandowe NSDAP13.

Rzuciłem się na książki żarłocznie: objaw normalny w więzieniu. Początkowo przeglądałem teksty, ilustracje i mapy. Potem zaczytywałem się. No, i dyskutowaliśmy. Chłonąłem informacje o Niemczech oraz komentarze obu hitlerowców do zjawisk niezrozumiałych dla Polaka. Pogłębiałem znajomość niemieckiego. Słuchałem gawęd, naświetleń, opinii i – co jest nieuchronne – zwierzeń.

Słuchałem opowiadań o miastach i wsi niemieckiej, o górach, dolinach, lasach, o życiu nie tylko miast, ale i rodzin, i poszczególnych jednostek. Przeżywałem zapach sieni i kuchni, pokojów jadalnych i salonów, knajp i ogrodów, bitew i tęsknot za Heimatem14. Szedłem – były żołnierz Armii Krajowej – ślad w ślad za życiem hitlerowca Stroopa, razem z nim, koło niego i jednocześnie przeciw niemu*, choć jasne, że nie z dozorcami więziennymi*.

*

Jürgen Stroop. Ochotnik I wojny światowej. Były kombatant detmoldskiego pułku pruskiej piechoty. Współorganizator partii hitlerowskiej w księstwie Lippe. Maszeruje ulicami Norymbergi wśród ryków na cześć Hitlera. Pnie się – mimo słabego wykształcenia – po drabinie zaszczytów i protekcji SS-owskiej. Urzęduje w Münsterze i Hamburgu. Działa twardą ręką, często okrutnie i morderczo: w Czechosłowacji, Polsce, na Ukrainie i Kaukazie, w Grecji, zachodnich Niemczech, Francji i Luksemburgu. Kocha swoje i obce kobiety, ale tylko swoje dzieci. Rozmawia z politykami III Rzeszy, z Himmlerem i czołówką SS. Jeździ horchami i maybachami. Cwałuje konno przez pola Teutoburskiego Lasu i Ukrainy. Nosi monokl i celebruje godność partyjnego generała. I nigdy nie powie inaczej o Hitlerze i Himmlerze, jak: Adolf Hitler i Heinrich Himmler; zawsze z imionami – w czym wyrażał się jego stale wiernopoddańczy stosunek do tych „wielkich ludzi Niemiec XX wieku”.

Podążałem również za Stroopem w kwietniowe dni getta warszawskiego, choć trudno mi było czasem słuchać jego relacji z Grossaktion15. Czułem jeszcze dym tej dzielnicy mego miasta, pokonanej i palonej w 1943 roku.

Towarzyszyłem mu także w sierpniowym mordzie 1944 roku – na generale-feldmarszałku von Kluge, oraz w likwidowaniu jeńców – lotników USA na obszarze Reńskiej Marchii Zachodniej.

*

Dyskutowaliśmy o wielu sprawach – szczególnie w końcowym okresie wspólnego pobytu w celi.

Stroop nie był gadułą, ale miał tendencję do opowiadania o sobie, m.in. do chwalenia się. Wlazły w niego dygnitarskie nawyki! Lubił mieć swoją publiczność. Teraz Schielke i ja byliśmy jego jedynymi słuchaczami. Ta okoliczność pozwoliła mi na zdobycie wielu wiarygodnych, choć przekazanych słowem, materiałów.

Stroop nie opisywał chronologicznie swego życia. Czasem rozmawialiśmy godzinami o jednej kwestii. Innego dnia przeskakiwaliśmy z tematu na temat. Z tak prowadzonych rozmów starałem się skonstruować możliwie usystematyzowany tok książki.

Gustaw Schielke często patrzył z innego niż Stroop punktu widzenia na niektóre fakty i zjawiska. Był raczej prostolinijny psychicznie. I grały w nim relikty świadomości socjaldemokratycznej oraz związkowo-pracowniczej z okresu młodości. Prawdy wygłaszane mimo woli (a może nieraz w sposób zamierzony) przez Schielkego stanowiły odczynnik na jednostronność Stroopa. Były również narzędziem kontroli i uzupełnieniem Stroopowskich wynurzeń.

Początkowo układ stosunków w celi cechowała ostrożność połączona ze zdziwieniem, wywołanym niezwykłością bądź co bądź sytuacji, potem – dyplomatyzowanie i język podtekstów, wreszcie – otwarte, czasem brutalne, wypowiadanie niektórych opinii i wiadomości. Stąd dochodziło do spięć.

*

Czy nasze rozmowy były szczere? Wydaje mi się, że w dużej mierze tak – szczególnie gdy już się dobrze poznaliśmy. Proste i niekłamane są wyznania więźniów w obliczu ostateczności. Była to jednak szczerość bierna, polegająca na unikaniu okoliczności, które mogłyby spowodować przypadkowe „zakapowanie” więźnia. Ponadto panował w celi klimat niepisanej umowy, żeby w zasadzie nie poruszać najdrażliwszych spraw lub mówić o nich oględnie.

Byłoby nielojalne wobec Czytelnika, gdybym nie podkreślił, że dążyłem do szczerości, a przez to do wyłuskania możliwie pełnej prawdy o Stroopie i jego życiu. Moje zaszokowanie z chwilą znalezienia się z hitlerowcami, o czym piszę na początku, szybko przekształciło się w postanowienie: jeżeli już jestem ze zbrodniarzami wojennymi, to niech ich poznam, niech próbuję rozłożyć na włókna ich życiorysy i osobowość. Gdy to się uda, mam możność – choć w pewnym stopniu – odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki mechanizm historyczny, psychologiczny, socjologiczny doprowadził część Niemców do uformowania się w zespół ludobójców, którzy kierowali Rzeszą i usiłowali zaprowadzić swój Ordnung16 w Europie i w świecie.

*

W czasie prawie dziewięciomiesięcznego pobytu ze Stroopem znajdowałem się więc oko w oko z ludobójcą. Stosunki między nami przebiegały w płaszczyźnie swoistej lojalności. Starałem się, choć to z początku sprawiało mi niejaką trudność, widzieć w Stroopie tylko człowieka. On wyczuwał taką postawę, mimo że jasno akcentowałem inność oraz wrogość wobec myśli i działań, którym służył lub których dokonał. Stroop również nie próbował przechodzić na pozycję przyjaciela Polaków i ostrego potępiania własnych czynów.

Ten wspólny pobyt stał się bodźcem i materiałem źródłowym do napisania niniejszej książki. Obraz, jaki przedstawiam, na pewno jest niecałkowity. I niewolny od moich komentarzy, choć usiłowałem tego unikać.

*

Czy wiernie przekazuję istotę słów i postaw Stroopa oraz Schielkego? Myślę, że tak. Tym bardziej że wkrótce po opuszczeniu więzienia poczyniłem notatki i zapiski, a niektóre elementy wypowiedzi Stroopowskich sprawdziłem w archiwach i dostępnej dokumentacji historycznej. I nigdzie nie natrafiłem na ślad, że Stroop w rozmowach ze mną kłamał czy zbyt podbarwiał.

Pewne fragmenty Rozmów z katem mogą budzić nieporozumienie. Jeżeli podobne reakcje nastąpią, to będą – myślę – wywołane: albo niedopasowaniem doświadczeń Czytelnika do opisywanych faktów, albo subiektywnymi trudnościami napisania tej relacji. Powtarzam: relacji, gdyż literaturyzowanie wydaje się być, w przypadku takiej książki, niewłaściwe.

I jeszcze jedna sprawa. Dotyczy dialogów, stosowanych dość często w niektórych rozdziałach Rozmów z katem. Może tych dialogów być za dużo, jak na niektóre gusty. Lecz mój 255-dniowy wspólny pobyt17 w trójkącie: Stroop, Schielke i ja (przez krótki czas był z nami czwarty współwięzień), charakteryzował się dialogiem – podstawową formą słownych kontaktów w niedużych celach. Jakże z tej formy nie korzystać, gdy idzie o prawdę?!

1 Sind Sie Pole ? (niem.) – Czy pan jest Polakiem ?

2 ... sogennante Kriegsverbrecher (niem.) – ... tak zwani przestępcy wojenni (zbrodniarze wojenni).

3 Untersturmführer (Untersturmführer w SS, SS-Untersturmführer w Waffen-SS) – najniższy stopień oficerski (odpowiednik stopnia Leutnant w Wehrmachcie), podporucznik.

4 Befehlshaber des Sicherheitspolizei und der Sicherheitsdienst (BdS) im Generalgouvernement (niem.), Dowódca Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie.

5 Mein Name... (niem., franc.) – Moje nazwisko Stroop, przez dwa „o”. Imię: Jürgen. Jestem generałem-porucznikiem. Po polsku: generałem dywizji... Bardzo mi miło, proszę pana.

6 Kalifaktor – dawniej: kalefaktor (łac.), ubogi uczeń w szkołach zakonnych, który w zamian za utrzymanie palił w piecach, rąbał drwa i karał cieleśnie winowajców, w przenośni: pochlebca, donosiciel; w okresie PRL w gwarze więziennej kalifaktor – więzień funkcyjny, korytarzowy, często Niemiec.

7 Warszawski SS- und Polizeiführer (niem.) – Der SS- und Polizeiführer (SSPF) im Distrikt Warschau, Dowódca SS i Policji na Dystrykt Warszawski.

8 SS-Brigadeführer und Generalmajor der Polizei (Brigadeführer SS i generał-major /generał brygady/ policji) Franz Kutschera (1904–1944), Dowódca SS i Po-licji na Dystrykt Warszawski od września 1943 r., który podpisywał obwieszczenia o masowych egzekucjach publicznych w Warszawie, dokonywanych przez Niemców od 16 października 1943 r. Zlikwidowany 1 lutego 1944 r. przez żołnierzy oddziału specjalnego „Pegaz” Kierownictwa Dywersji (Kedywu) Komendy Głównej Armii Krajowej (późniejszy batalion „Parasol” Armii Krajowej). Oficjalny komunikat o tej akcji opublikowano na łamach centralnego organu prasowego AK „Biuletynu Informacyjnego” 24 lutego 1944 r. (nr 8), nazywając w nim Kutscherę „głównym organizatorem trwającego od kilku miesięcy wzmożonego terroru”.

9 Beige (franc.) – beżowe.

10 „In Hannover...” (niem.) – „W Hanowerze, nad rzeką Leine, dziewczęta mają grube nogi”.

11 Nazwę utworzonego we wrześniu 1949 r. państwa: Bundesrepublik Deutschland (BRD) tłumaczono w Polsce początkowo jako: Niemiecka Republika Federalna (NRF), dopiero po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych w 1972 r. wprowadzając właściwą nazwę: Republika Federalna Niemiec (RFN).

12 „Unsere Mutter” ... (niem.) – „nasza matka, nasza córka, nasz syn, moja żona”.

13 Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei, NSDAP (niem.) – Narodowo-Socjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza.

14 Heimat (niem.) – ojczyzna, ziemia rodzinna.

* Gwiazdkami zaznaczono fragment tekstu obecny w odpowiednim odcinku edycji Rozmów z katem na łamach „Odry” (1972, nr 4, s. 19), lecz usunięty przez cenzurę w pierwszych pięciu wydaniach książkowych w latach 1977–1985.

15 Grossaktion (niem.) – Wielka Akcja (Wielka Operacja), używana w sprawozdaniach Stroopa nazwa operacji „całkowitego zburzenia getta warszawskiego”, którą na rozkaz Heinricha Himmlera z 16 lutego 1943 r. przeprowadzał on od 19 kwietnia do 16 maja 1943 r. (szerzej opowiada o niej niżej).

16 Ordnung (niem.) – porządek, ład.

17 Autor przebywał w jednej celi więziennej ze Stroopem od 2 marca do 11 listopada 1949 r., a zatem 255 (dwieście pięćdziesiąt pięć) dni. W poprzednich wydaniach powtarzano podaną błędnie liczbę 225 dni.

II. U stóp Bismarckowego Cheruska1

SS-Gruppenführer i General-leutnant der Waffen SS – Stroop, znany jako Jürgen, nosił przez 46 lat, do maja 1941, imię Józef, wyznaczone przez tradycję rodzinną, matkę (Katarzynę z domu Welther) i ojca, Konrada Stroopa, dowódcę policji księstwa Lippe-Detmold. Rodzice Józefa byli katolikami. Ojciec nie demonstrował swego wyznania, za to matka – jak wynikało z opowiadań Stroopa w celi – miała cechy dewotki. Do więzienia mokotowskiego nadchodziły w latach 1947–1952 listy, pisane sztywnym, gotyckim szryftem, w których Witwe2 Käthe Stroop przesyłała synowi ewangeliczne błogosławieństwa – pomimo że był odstępcą od wiary (gdy został oficerem SS, zerwał z Kościołem rzymskokatolickim, deklarując się jako „Gottgläubig”3). Sądzę, że grzechów syna – za które siedział w Polsce, a przedtem w Landsbergu4 – matka nie uważała za przestępstwa. Tak wynikało z jej listów, które Stroop dawał mi do czytania.

Wydawałoby się, że dowódca policji księstwa Lippe-Detmold to członek elity rządzącej i wyższy specjalista w swej profesji. Tymczasem Konrad Stroop miał stopień starszego wachmistrza policji i dowodził tylko pięcioma policjantami. Te fakty określały jego poziom zawodowy i wyznaczały pozycję społeczną.

*

Księstwo liczyło przed I wojną ok. 150 tysięcy mieszkańców, ale do roku 1918 stanowiło samodzielne państewko kajzerowskiej Rzeszy. Książę Lippe-Detmold, mimo dynastycznej tradycji i rozległych koligacji, też nie był wielkim władcą. A jego szef policji – to w istocie komendant posterunku.

Co innego, że nie było potrzeby zatrudniać tam wielu stróżów bezpieczeństwa publicznego. Leniwy bieg czasu, przywiązanie do miejsc rodzinnych, ustalone obyczaje i brak nowoczesnych form gospodarki – stwarzały stan ustabilizowanej, dobrej (z punktu widzenia prawa karnego) moralności. W miasteczkach i wsiach wszyscy na oczach wszystkich, więc lęk przed opinią publiczną mógł nieraz paraliżować chęć popełnienia przestępstwa. Ponadto ruchliwsze elementy i amatorzy przygody emigrowali stale, czasami licznie, do niedalekich rejonów westfalsko-reńskich, gdzie przemysł rósł jak na drożdżach.

*

Oberwachtmeister5 Konrad Stroop (wywodzący się z westfalskiej rodziny chłopskiej) mieszkał w 11-tysięcznym mieście Detmoldzie, przy Mühlenstrasse, prawie w centrum miasta. Dawny żołnierz, wytresowany w posłuszeństwie wobec Boga, dalekiego kajzera6 i bliskiego Fürsta7-chlebodawcy. Całe życie wierny knecht8. W młodości czasem burzył się – nie proletariacko, lecz bauersko9. Denerwowała go od czasu do czasu pańska postawa szlachty i arystokratów, ale rozumiał ich władanie ziemią, bo najskrytsze marzenia Oberwachtmeistra Konrada Stroopa, jak relacjonował w celi syn, sprowadzały się do posiadania własnego bauerhofu10.

Przypuszczam, że gdy 26 września 1895 przyszedł mu na świat syn, właśnie Józef, to żona, Käthe, mogła powiedzieć do męża pod grubą pierzyną, przy Mühlenstrasse:

– My co prawda nie jesteśmy jeszcze w towarzystwie, choć książę cię poklepuje, a mnie okazuje sympatię. Ale zrobię wszystko, i ty także, stary, żeby Józio stał się kimś. W Detmoldzie.

*

Nieduży Detmold był od wieków stolicą owego państewka i rezydencją książąt Lippe; nosili oni dawniej tytuł hrabiowski.

W przeciwieństwie do pobliskiego Lemgo, jedynego miasta hanzeatyckiego w księstwie, gdzie przy kupieckim skąpstwie założeń urbanistycznych ton nadają domy mieszczańskie, Detmold posiada stosunkowo dużo budowli reprezentacyjnych, dawnych książęcych, o charakterze użyteczności społecznej.

Poza placami, parkami, ogrodami, alejami spacerowymi, oranżeriami, halą jazdy konnej itp. Detmold ma klasycystyczny gmach teatru, gdzie grywa się od półtora wieku opery. Ma Bibliotekę Krajową, Lippskie Muzeum oraz tzw. Heimatshaus11 ze zbiorami z dziedziny kultury. Ma siedemnastowieczny budynek dawnej administracji księstwa i barokowy niegdyś pałac, przebudowany w XIX wieku i zajęty przez Nordwestdeutschen Musik-Akademie12. Ma inne zabytkowe domy, galerię obrazów, kolekcję gobelinów, zbiory porcelany, Stare i Nowe Miasto, ratusz, kościoły kilku wyznań, rynek oraz wiele urządzeń komunalnych – wśród nich studnię, o której wielokrotnie wspominał mi Stroop, z rzeźbą boginki i sarny (tzw. Donopbrunnen).

Ale przede wszystkim szczyci się Detmold, „mały, czysty, garnizonowy i stołeczny”, zamkiem władców Lippe.

Zamek w XVIII stuleciu zajmował jedną czwartą powierzchni miasta, leżącego w widłach Werry i Berlebecke. Nie lada instrumentem politycznej, społecznej i moralnej presji była taka obronno-zaczepna rezydencja władzy. Co słabszy mieszczanin musiał się był co dzień uginać wewnętrznie pod naporem kompleksu murów fürstowskich oraz przed siłą swego wyobrażenia o potędze feudała i kruchości własnej pozycji. Przez stulecia nie było dla mieszczanina z Detmoldu innej alternatywy jak bunt (a takie zjawisko zdarzało się w Lippe niezmiernie rzadko) lub koegzystencja z władzą. Wybierano prawie zawsze koegzystencję. Przeradzała się ona, w miarę przepływu pokoleń, w bezwzględne posłuszeństwo.

*

Zgodnie z tradycjami Westfalii, zamek detmoldski to niegdyś „twierdza na wodzie”, otoczona zalewami fos ochronnych. Gdy Stroop się urodził, fosy pozostały już tylko z dwóch stron zamku, którego trzon – jak mówił Stroop w celi – jest czteroskrzydłowy i sprawia „wrażenie potęgi przy jednoczesnym umiarze”. Stroop nie znał się na architekturze i historii sztuki. Ale z jego dość szczegółowych opowiadań wywnioskowałem, że zamek wybudowano w stylu północnoniemieckiego renesansu z zachowaniem reliktów gotyku.

Po wyjściu z więzienia wpadła mi w ręce praca dra Gerharda Petersa, działacza kulturalnego w Lippe. Natrafiłem w niej na taki komentarz o wystroju rzeźbiarsko-architektonicznym zamku: „Frontony, wykusze, ornamenty, naturalistyczne i abstrakcyjne ozdoby wzbudzają w swej całości romantyczną radość życia, wyrażającą prawość i pewność siebie panującej rodziny”.

I powiedzcie sami, jak należy ustosunkować się do tych detmoldczyków?! Bo jeśli w roku 1960 naukowiec z Lippe publikuje takie schlebiające opinie o byłych władcach kraiku, to co się dziwić, że inny detmoldczyk, hitlerowiec Stroop, nasączony w młodości wypowiedziami analogicznych doktorów, również głosił chwałę rodziny fürstowskiej i potrzebę posiadania dóbr rycerskich (na Ukrainie). Oraz że miał, podobnie do dra Petersa, zaklepany na fest gwóźdź w mózgu – jak mówi się w żargonie więziennym. Otóż uznania dla każdej władzy, o ile ta władza czuwa nad zachowaniem „Ordnungu”, a więc kieruje twardo obywatelem.

*

Detmold gromadził zawsze pewną liczbę ludzi wykształconych – naukowców i półnaukowców, artystów, poetów, muzyków, duchownych, nauczycieli, a nawet dziennikarzy. Bo wychodziły tam dwa, czasami trzy dzienniki.

W Detmoldzie działały również regionalne towarzystwa naukowe, zespoły muzyczne, stowarzyszenia społeczne itp. Tu zorganizowano w 1802 roku pierwsze w Niemczech przedszkole dla dzieci, które istnieje po dziś dzień; założycielką jego była księżna Paulina zur Lippe z domu zu Anhalt-Bernburg, siostrzenica Katarzyny Wielkiej. Stroop tak opowiadał o akcji socjalnej fundatorki przedszkola:

– Księżna Paulina, czczona przez całe Lippe, nie kupiła sobie wówczas kilku sukien, a pieniądze, uzyskane dzięki tym wyrzeczeniom, przeznaczyła na ufundowanie przedszkola. Była przyjaciółką żony Napoleona, cesarzowej Józefiny.

– Przyjaciółką Józefiny! Fiu, fiu! Przyjaciółki często wzorują się na sobie. Czy wasza Paulinka nie przyprawiała mężowi rogów? – zażartowałem.

– Dlaczego pan sugeruje świństwa księżnie Paulinie? – zaperzył się Stroop.

– Przede wszystkim, naprawdę miłowany kochanek nie jest świństwem – odparłem. – A po drugie, mówiąc już poważnie, oceniam dodatnio działalność księżny w zakresie realnej pomocy matce i dziecku. Księżna zajmowała, na owe czasy, pozycję postępową. A to jest dużo.

I tu zaczęła się dyskusja „problemowa”, „pryncypialna”. Spory w celi są kwestią swoistego sportu. Więc i ja uległem tej manii czy potrzebie, aż do chwili, gdy przypomniałem sobie zdanie Puszkina, w którym radzi, żeby z niektórymi unikać dysputy.

*

Piękne są wzgórza Teutoburskiego Lasu, który ramieniem dotyka Detmoldu. Zielone zbocza spływają w doliny o ubogim pokładzie próchnicy. Pejzaż uroczy, ale ziemia kamienista. O kamieniach tak mi raz mówił Stroop:

– Znam się, Herr Moczarski, na glebie, gdyż byłem kiedyś Katasterinspektorem13 w księstwie Lippe. Tam kamieni pełno i nie można ich się pozbyć, gdyż rosną w ziemi.

– Jak to rosną? Kamień nie jest żywą materią, więc nie rośnie.

– Myli się pan. Kamienie rosną w ziemi. Niedostrzegalnie dla oka. Co rok narasta otoczka i po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach mały kamyczek staje się bryłą.

Wielokrotnie wracał Stroop do tego tematu. Wiedział, że nie podzielam jego zdania i znał moje uzasadnienie. Nie zdołałem go jednak nigdy przekonać. W końcu, gdy już był śmielszy w wypowiedziach, rzekł:

– Pańska teza, Herr Moczarski, o kamieniach świadczy, że pan nasiąkł myślą marksistowską.

*

W kamienistym Lippelandzie są piękne lasy, wspaniałe drzewa iglaste i liściaste, jeziorka, strumienie, romantyczne grupy skalne, wielkie polany i trochę terenów rolno-pasterskich. Dobry rejon łowiecki. A gdzie wielkie polowanie, tam koń, długie buty, pies. I czasami amazonka.

O polowaniu Stroop mało opowiadał. Nie był widać w kajzerowskich i weimarskich czasach dopuszczany ani on, ani jego ojciec, do takich konfidencji z potentatami – chyba że w charakterze ochrony... Ale o koniach: westfalskich, szwabskich, frankońskich, detmoldskich, wschodniopruskich, fryzyjskich, węgierskich, polskich, ukraińskich, poleskich i innych, oraz o końskich maściach, urodach, nawykach, o szkołach jazdy konnej i powożeniu końmi – nasłuchałem się całych epopei.

*

Józef Stroop miał dzieciństwo pogodne, w stylu bauersko-mieszczańskim. Ojciec był srogi, żołnierski, szowinistyczny i pachnący fajką. Lubił chodzić na piwo z towarzyszami, a gdy Fürst potraktował go lampką wina czy sznapsa, wracał do domu z licem nader rozpromienionym.

Matka rządziła domem twardą ręką. Uznawała chłopskie tradycje męża policjanta, ale żyła już tylko miastem, kumami, wygodą sklepów, rajcowaniem na Marktplatzu oraz kazaniami Pfarrera14. Jej światopogląd utrwalały od lat: konfesjonał i poduszka na parapecie okna.

Praktyczny sprzęt, taka poduszka okienna. Można się na niej oprzeć, nie urażając brzucha, i godzinami obserwować ulicę, wypatrywać znajomych, oficjalnie podglądać. Ta poduszka jest chyba elementem reakcji kobiet niemieckich na tradycyjną tam niewolę wspólnoty małżeńskiej. Umożliwia pozostawanie dolną częścią ciała w domu, a okiem, uchem i czasami słowem – poza nim.

Jedna norma – jak wspomniał Stroop – była przy tym w Detmoldzie przestrzegana. Mianowicie w czasie poduszkowego wyglądania niewiasta powinna mieć za sobą odsłoniętą albo całkiem przezroczystą firankę. W żadnym przypadku nie może zwisać za kobietą gęsta zasłona. Taki obyczaj – powtarzam za Stroopem – przyjęli mieszczanie od czasu, gdy pewna detmoldska Ehefrau15 manifestowała wierność mężowi, wyglądając samotnie oknem małżeńskiego mieszkania, a jednocześnie z tyłu, za ciężką, zasuniętą kotarą, młody człowiek poczynał sobie z damą dość obcesowo.

Ten obyczaj (zakaz kotarowy, a nie figle mężatek) pamiętał – zdaniem Stroopa – okres palenia czarownic. Po wojnie trzydziestoletniej szaleństwo czarownicowe w Lippe osiągnęło szczyty. Zamordowano wówczas w Detmoldzie (który w roku 1648 miał 900 mieszkańców) aż dziewiętnaścioro czarownic i czarowników. Zarzut kontaktów z diabłem przypisano również owej krewkiej żonie leciwego mieszczucha, która (zapewne nie pierwsza pozorantka) wynalazła metodę kotary.

Ale nie idzie o praktyki okiennej zdrady lub o historię wspomnianego obyczaju. Ani o dzieje okrucieństwa narodów europejskich. Centralną kwestią, godną tu chyba uwagi, jest hipoteza, że stałe gwałty, aprobowane przez ludność w myśl dogmatu o bezdyskusyjnym posłuszeństwie wobec silnych przywódców, trwale deformowały (przy braku kontrdziałania wychowawczego) psychikę społeczeństwa. Przykładem takich gwałtów, może normalnych wówczas, jest wspomniana liczba zabiegów na czarownicach w Lippe. Liczba olbrzymia, bo dotycząca ok. 2% mieszkańców Detmoldu. To jakby spalono na stosach 26–28 tysięcy mieszkańców dzisiejszej Warszawy.

*

Raz kilkuletni Józef porwał matce okienną poduszkę; zjeżdżał na niej z braćmi po desce, na podwórku. Oszczędzał spodni. Matka mu tak za ten eksperyment wlała, że pamiętał do końca życia.

Od czasu do czasu Józef był wzorowo posłuszny i wyprężał się przed rodzicami. W czasie rozmów i gawęd więziennych o przeszłości i przygodach dzieciństwa Stroop zawsze podkreślał, że żołnierska dyscyplina ojca i reżim matki wyrobiły w nim charakter i ustrzegły od zbytniego rozrostu indywidualizmu.

– Befehl ist Befehl!16 Herr Moczarski. Władza ma rację (myślał zapewne o ojcu, o księciu Lippe i o Himmlerze), a Bóg to popiera (przypomniał sobie chyba matkę-dewotkę i Wotana17).

Drugie bicie, już nie w pupę, dostał Józef w czasie Bożego Narodzenia, na długo przed I wojną światową.

Według westfalsko-detmoldskiego obyczaju, rodzice kładli dzieciom świąteczne prezenty do pantofli. Rozgorączkowany Józef stwierdził, że jego „tufle” są puste, bo brat pożyczył sobie prezent. Pobił więc brata. W kotłowaninę dzieci wkroczyła matka. Brat miał zakrwawiony policzek, a Józef wściekłe oczy. Mutti dała Józefowi w papę – raz, drugi i trzeci. Ale nadszedł ojciec i pochwalił jasnookiego potomka za spranie „przywłaszczyciela”, choć ten był słabszy. Oberwachtmeister wtajemniczył wówczas dzieci w metody niemieckiego działania: – Bij, synku, nieprzyjaciół jak najmocniej i bez litości, tak jak ja prałem wrogów Vaterlandu18 i jak wygrzmociłem Knopfa, tego gołodupca spod lasu, za usiłowanie kradzieży kury Frau Direktor Müller!

Mama załamała ręce, ale potem przyznała mężowi rację. Syn zwyciężył przy pomocy ojca policjanta. Lecz mama była smutna. Może w pierwszej fazie awantury dostrzegła po raz pierwszy ołów w oczach chłopca.

*

Dzieciństwo biegło Józefowi raczej sielsko, choć nie wszystkie jego pragnienia były zaspokojone. Tato zarabiał skromnie, ale matka był oszczędna, więc wystarczało. No i sąsiedzi, mieszczanie oraz interesanci z Landu odwdzięczali się szefowi policji za pomoc, opiekę i legalną protekcję.

Dość wcześnie zaczęło się budzić u Józefa pożądanie dóbr doczesnych. Widywał eleganckie damy i wytwornych panów w parku książęcym. Frau S., żona Hoflieferanta19 cygar, nosiła stale jedwabie, koronki, brylanty i miała powóz. Kolega szkolny, Kurt W., dysponował kucykiem, a Luiza, córka producenta mebli, jadła tyle czekolady, ile chciała.

Bogactwo jednak utożsamiało się u małego Stroopa z wielkim landem zaprzężonym w białe konie. Nigdy nie zapomniał widoku Jego Wysokości Fürsta Lippe-Detmold, wyjeżdżającego takim właśnie landem na urzędowy spacer po alejach parku zamkowego, aby przyjmować objawy szacunku i uległości. Często Stroop opowiadał w uniesieniu, jak wzdłuż trasy gromadzili się wystrojeni urzędnicy, ziemianie, oficjaliści, wojskowi, kupcy, renciści – z rodzinami. Panowie zginali się uroczyście lub bili w dach, trzaskając obcasami. Panie, zawsze chętne ceremoniom, dygały nisko, rozpościerając piórka szat. A ojciec, Oberwachtmeister, trzymał małego Stroopa za rękę, szepcząc:

– Patrz i zapamiętaj sobie. To nasz książę, nasz władca. Bądź mu zawsze, synku, posłuszny i wierny, jak ja.

I kłaniali się dworsko, kłaniali się nisko obaj Stroopowie. Józef przyrzekał w głębi serca, że będzie wierny „naszemu księciu” do końca życia, ale również postanawiał sobie, że kiedyś uplasuje się bliżej ośrodka władzy. Miał dosyć skromnego domu przy Mühlenstrasse i pieszej na ogół służby ojca. Chciał mieć konia, dużo dobrego jedzenia i salon w swoim przyszłym domu. (O majątku ziemskim jeszcze nie marzył).

Mamę bolało, że oni – Stroopowie – są tak blisko zamku i księcia, a tak daleko od społecznej czołówki miasta i okolicy. A okolica często przewalała się przez ulice Detmoldu kawalkadą powozów, konnych chevalierów oraz napchanych sprawunkami bryczek i karet. Po mieście kroczyły wtedy grupki ziemian i pięknych kobiet. Kupcy zginali się wpół, subiekci wynosili paczki i wdychali perfumy szlachcianek. Wszystkie poduszki w oknach były zajęte. Tłukły się później po Detmoldzie plotki o lepszym życiu.

*

Ale najbardziej utrwalonym kultem cieszył się w Lippe mundur. Pod skrzydła księcia zjeżdżali się z całych Niemiec emeryci. Wśród nich wielu byłych wojskowych. Bo to i tanio, i dobry klimat, i szacunek dla orderu i stopnia oficerskiego.

Nie przypuszczam, aby zadomowił się w Detmoldzie jakiś spensjonowany generał. To za małe i za nudne miasteczko dla takich dygnitarzy. Myślę, że i Oberstów można tam było zliczyć na palcach obu dłoni. Ale majorów, kapitanów i Oberleutnantów20, starszych wiekiem – spod Sedanu, i mniej posuniętych latami – z wojsk kolonialnych, z pułków huzarskich, ułańskich, artyleryjskich, jegierskich i piechocińskich – było wielu. Gdy się ci weterani zbierali w historycznych uniformach na wojskowo-rocznicowe obchody, na capstrzyki przy pochodniach i orkiestrze – całe miasto przychodziło. Ojcowie, kobiety i dzieci krzepili się mowami i gestami wojskowymi, śpiewali Niederländisches Dankgebet21, Wacht am Rhein22 i Deutschland, Deutschland über alles23. Przeżywali żołnierską historię kraju i księstwa.

*

Głęboko sięgały korzenie tradycji. Przecież pod Detmoldem Arminius-Hermann, książę germańskiego plemienia Cherusków, pobił w 9 roku n.e. wielotysięczną armię legionów rzymskich pod wodzą Varusa.

– Cheruskowie, najdzielniejsi z dzielnych Germanów, to nasi praojcowie – głosili mieszkańcy Lippe, wśród nich Stroop. – Jesteśmy z ich krwi. My, Kernland24 Rzeszy, z Teutoburskiego Lasu!

Tym czysto teutońskim pochodzeniem pyszniło się Lippe. Chełpił się nim również ojciec Stroopa (choć zapomniał, że pochodził z Westfalii), chełpiła się matka i chełpił się aż po czubki przystrzyżonych włosów Józef (Jürgen) Stroop. Zaprzysiągł od dzieciństwa wierność Hermannowi Cheruskowi i rasie germańskiej, choć jeszcze wówczas teorie rasistowsko-pangermańskie nie osiągnęły apogeum. Ale pomnik Hermanna Cheruska już wznosił się nad księstwem Lippe. Kształtował dusze „narodu panów”, był symbolem Germanii oraz wspomnieniem i jednocześnie – jak mówił Stroop – napomnieniem Niemców.

Zaczęto budować ten pomnik w roku 1838 na szczycie góry Grotenburg koło Detmoldu. Projektodawcą był Ernst von Bandel, jak miliony Niemców opanowany ideą wszechgermańską.

Do czasu wojny francusko-pruskiej budowa pomnika kulała. Zdołano tylko wystawić 28-metrowy cokół. Dopiero bismarckowskie zwycięstwo nad Francją i złoto odszkodowań wojennych pozwoliły na szerszy gest. Reichstag dał 10 tysięcy talarów, kajzer Wilhelm I – 9 tysięcy, żelazny kanclerz25 też coś dołożył z premii za swój triumf francuski. Wszyscy Fürstowie, grafowie, Freiherry26, generałowie, wszyscy ziemianie, junkrzy, przemysłowcy, bankierzy, kupcy i bauerzy popuścili kiesę. Oni zawsze i z chęcią finansowali przedsięwzięcia, które umacniały nacjonalizm niemiecki. Tym bardziej teraz, kiedy mit Prus – które doprowadziły Niemców do zwycięstwa i pokazały, jak to zwycięstwo realizować – stał się przesłanką postaw wiernopruskich, wszechniemieckich i pangermańskich.

Figurę Hermanna Cheruska (26 metrów wysokości) pospiesznie wyklepano z miedzianych blach i postawiono na gotowym już cokole, a w roku 1875 ten 14-piętrowy pomnik odsłonięto wyjątkowo uroczyście. Obecny był cesarz Wilhelm I w świcie królów i książąt niemieckich. Miasto żyło w ekstazie nacjonalizmu, co mu zresztą łatwo przychodziło.

Kolosalny Hermann der Cherusker, z 7-metrowym mieczem wymierzonym w niebo, stanął na teutoburskim wyniesieniu z inicjatywy Detmoldu, z woli przywódców niemieckich i z pieniędzy zabranych Francuzom.

Znalazł się także, jako pozycja obrachunkowa, w kontach buchalteryjnych Fürsta Lippe, który uzupełniał swą pozycję feudalno-ziemiańską zdobyczami nowych czasów, kapitalizmu handlowo-przemysłowego.

Potęga pieniądza stokroć większa od miecza... Hermanna der Cheruskera – myślał pewnie Fürst, trawestując stare chińskie przysłowie, i tak kombinował, że „do jego kasy – opowiadał w celi Stroop – wpływały fenigowe opłaty za zwiedzanie pomnika”. A pomnik był dowcipnie skonstruowany. Każdy patriotyczny pielgrzym, żeby stanąć tuż pod postacią Arminiusa, musiał wejść wewnętrznymi schodami potężnego cokołu na taras, skąd roztacza się widok na pragermańskie ziemie. Za dostęp do kolan księcia Cherusków musiał płacić aktualnemu księciu Lippe. Tych korzyści Stroop nie mógł przebaczyć swemu władcy.

– Powiedz pan sam, Herr Moczarski, czy to patriotycznie ciągnąć zyski z tych, którzy przywędrowali pod pomnik wielkiego Germanina dla wzmocnienia poczucia narodowego?

– Taka architektoniczna konstrukcja pomnika – zauważyłem – wymaga dozoru i remontów. Książę odpowiadał za pomnik, więc musiał pobierać opłaty na konserwację.

– On nie tylko wyrównywał koszty, ale robił na pomniku interesy przez wiele lat. Znam stan faktyczny od ojca.

*

Wróćmy jeszcze do pieniędzy Francuzów, za które postawiono pomnik Cheruska. To po raz drugi obywatele Lippe skorzystali z francuskiego złota, które przyniosła koniunktura wojenna.

W roku 1759 bowiem zdobyli oni w zamku detmoldskim brzęczące walory oceniane na milion guldenów. Były to fundusze większych francuskich jednostek wojskowych, których generałowie, po bitwie pod Minden, schronili się w zamku detmoldskim, skąd ich potem wyrzucono.

Nie jestem historykiem, lecz dziennikarzem. Mogę więc sobie pozwolić na bardzo prawdopodobne przypuszczenie, iż ów milion tak zasugerował władcę Lippe i armię Lippe (jeden batalion!) – dotychczas neutralnych w wojnie siedmioletniej – że zapomnieli o neutralności, gdy wróg osłabł, i zbrojnie zagarnęli zamek z guldenami.

Utwierdza mnie w tym przekonaniu dyrektor archiwum w Detmold, dr Erich Kittel, który w historycznym szkicu o tym mieście27 pisze, że nie majątek wojsk francuskich, lecz wielkie generalskie bagaże wartości miliona guldenów zostały zdobyte przez „wojska połączone z Prusakami”. O jakie wojska, które się „połączyły z Prusakami”, może chodzić archiwiście z Detmoldu, jeśli przynależności tych wojsk zapomina wymienić? Moim zdaniem, tylko o będących na miejscu i pazernych na forsę wojaków Lippe oraz ich szefa, Fürsta. Nie wojując, zdobyli gotówkę! Można podziwiać zręczność ustawiania się rodu Lippe-Detmold tak w czasach pokoju, jak i wojny.

Spryt i realizm książęcy bardzo imponował Stroopowi.

*

Józef Stroop nie był zdolnym uczniem, chociaż matka, chcąc w nim widzieć realizatora swoich marzeń, głosiła opinię, że to łebski i utalentowany chłopak. Był systematyczny, pilny, pedantycznie czysty, zawsze wyczesany. Staranny w kaligrafii, choć dość późno – mówił mi – nauczono go rozróżniać litery alfabetu. Miał dryg do kreśleń i rysunku (slogany, girlandki z dębowych liści i uzbrojenia). Stwierdziłem, że nie znał ojczystej literatury, choćby w skali uczniowskiej. Pojętny odbiorca antologii banałów, miał pogardę dla rówieśników o uzdolnieniach intelektualnych i skłonnościach do myśli humanistycznej. (Czytacze i talmudyści – tak ich określał w rozmowach więziennych). Uwielbiał siłę fizyczną, zapach uprzęży i siodła. Nęcił go mundur i rynsztunek wojskowy, ordery, odznaki, naszywki i dryl zewnętrzny.

Ale jednocześnie odwaga moralna i fizyczna nie zawsze znajdowały się w centrum jego istoty. Rozmawialiśmy kiedyś w celi o strachu, lęku, bojaźni. Schielkego wywołano właśnie do kancelarii więziennej. Stroop był jakiś rozluźniony i szczery. Wracając wspomnieniem do swych szczenięcych lat, opowiadał mi, jak pocił się ze strachu, gdy śladem kilku chłopców musiał przebiec po wystających kamieniach górskiej rzeki. A nawiązując do szkolnych przeżyć, mówił, że nie był w stanie przeciwstawić się presji jednego z nauczycieli, byłego wojskowego, gdy ten zażądał ujawnienia kolegi, który nauczycielowi zrobił psikusa. Stroop zdradził towarzysza. Nauczyciel dość okrutnie ukarał zakapowanego. Jak wynikało ze zwierzeń Stroopa, nie uważał on za stosowne, aby kiedykolwiek przeciwstawić się władzy. Ale nade wszystko, moim zdaniem, bał się nauczyciela-feldfebla28. Profesorom był zbyt oddany. Stąd przyszły konflikty z pewną małą częścią kolegów szkolnych.

*

Mama znała cały Detmold. Jeszcze przed ślubem z Oberwachtmeistrem Konradem spotykała Księcia Pana, który utrzymywał bezpośrednie kontakty z wieloma ludźmi w księstwie, z wszystkimi urzędnikami i ich rodzinami. Książę lubił Käthe Stroop, bo była lojalna, postawna i przystojna. Stroop po niej prawdopodobnie odziedziczył urodę. Był niewątpliwie męski, choć miał budowę asteniczną. Już jako dziecko, a później chłopak, górował wzrostem nad rówieśnikami. W wieku dojrzałym osiągnął 1 metr 82 cm.

Do szkoły powszechnej chodził w Detmoldzie, a po jej ukończeniu zaczął 1 kwietnia 1910 roku pracować zarobkowo w inspektoracie katastralnym księstwa Lippe (w dziale nie mierniczym, lecz podatkowym).

W swym SS-owskim życiorysie pisze Stroop, iż był wówczas Katasterwärterem29 w lippskim „Regierungu”30. To brzmi, jakby był młodszym urzędnikiem w prezydium rady ministrów. Stroop miał pociąg do centralnych urzędów, a w Detmoldzie większość Amtów31 to centralne – oczywiście w skali tego państewka.

Ponieważ w wielu kartach ewidencyjnych Stroopa, w aktach śledczych polskich i amerykańskich oraz w teczkach więziennych i sądowych, a ponadto w niektórych publikacjach32 Stroop figuruje jako człowiek z wyższym wykształceniem, stwierdźmy (na podstawie rozmów ze Stroopem i posiadanych dowodów pisemnych), że Józef (Jürgen) Stroop posiadał niższe wykształcenie33. Zaczął bowiem pracować w urzędzie katastralnym po Schulentlassung34, mając czternaście i pół roku. Wszystkie inne „studia” były dokształcającymi, krótkimi kursami, tak w zakresie mierniczym, jak i policyjno-partyjnym SS.

*

Ponieważ stanowił typ asteniczny, imponowały mu atletyczne ramiona i zapaśniczy tors. Dużo uwagi poświęcał sportom. Ćwiczył nieraz hantlami. Chętnie stawał na zbiórki szkolne. Nauczyciele gimnastyki chwalili go za wzorową postawę na baczność. Zwiedził w młodzieńczych wędrówkach okolice Detmoldu i księstwa. Był wrażliwy na piękno przyrody, ale najbardziej na żołnierskie i nacjonalistyczne tradycje swego narodu. Często opowiadał z dumą o tzw. drodze Hermanna Cheruska w Teutoburskim Lesie i o placu boju, gdzie „zostali wycięci w pień albo uciekli ci kruczowłosi Rzymianie”. Wspominał o lippskich miejscach bitew (m.in. Karola Wielkiego przeciwko „frakcjonistom” Sasom), o pomnikach tamtejszej historii, którą – sądzę – widział jak ugładzony landszaft35 z rycerskim wodzem na czele.

Nigdy się nie nudził w swoim miasteczku, gdzie łabędzie pływały po zamkowym kanale. Jeśli nie miał nic do roboty, szedł z kumplami na promenadę miejską. Były w Detmoldzie dwie lub trzy ulice czy aleje. Tam popołudniami wolno przechadzała się młodzież. Chłopcy i dziewczęta, oddzielnie. To był ich salon, miejsce flirtów, pożądań, prezentacji nowego stroju czy dorosłości. Jeśli było ciepło, we wszystkich oknach tkwiły poduszkowe damy.

Stroop był wysoki, smukły, ciemny blondyn, niebieskooki z brązowo-zielonymi refleksami i chodził – nie, on nie chodził, tylko kroczył – z charakterystyczną nieraz dla prowincji elegancją, która mu została do końca życia: lekko wachlował ramionami.

– Jaki on jest męski (miał orli i przy tym mięsisty nos), a jednocześnie paziowaty! – szeptały zapewne detmoldskie dziewczęta, wychowane w kuchniach i przy kościołach, pod ręką poduszkowych mam. Nawet córki miejscowych osobistości i okolicznych ziemian patrzyły na niego przymilnie, choć ambicja i przykaz rodziców nigdy by im nie pozwoliły na bezpośrednią rozmowę czy spacer z Józiem Stroopem, synem Oberwachtmeistra.

Stroop przejawiał od dzieciństwa predylekcję do koni, więc marzył o długich butach. Ojciec godził się na ten nabytek, sygnalizujący żołnierskie skłonności syna. Ale mama nie mogła dać pieniędzy. Józio więc długo oszczędzał. Przyjmował drobne roboty dodatkowe (również napiwki) i w końcu kupił buty. Codziennie czyścił je długo szuwaksem, spluwając na szczotkę. Gdy spacerował po Bismarckstrasse, Rynku i Langestrasse, stwierdzał, że cały ten „wunderschöne Stadt”36 przegląda się w lustrach jego cholew.

O butach zapominał przy pomniku Hermanna Cheruska lub gdy całował w zagajach Teutoburskiego Lasu „złotowłosą” Martę z ustami „jak płatki róż”. Stroop lubił Martę i miał szacunek dla róży, która była herbem księstwa Lippe. Rysunek tego kwiatu znajdował się również na tarczy miejskiej Detmoldu (stylizowana róża w gościnnej bramie murów obronnych).

*

Las Teutoburski, Hermann der Cherusker i róża – symbole kraiku Lippe. Ale róża jest zbyt delikatna i poetycka, żeby mogła zostać na trwałe w sercu potomka żołnierzy Cheruska. Kto by pamiętał o różanych płatkach, jeśli miecz Hermanna wskazuje wyraźnie drogę. Róża niech pozostanie w herbie Lippe, niech ją opiewają poeci, literaci, pięknoduchy i indywidualiści.

– Dla ludzi z Lippe ważny był zawsze miecz... – powiedział raz Stroop.

Wpadłem mu wówczas w zdanie, kończąc:

– ...i powróz na niewolnika.

1 Cheruskowie – jedno z najpotężniejszych plemion germańskich.

2 Witwe (niem.) – wdowa.

3 Gottgläubig (niem.) – wierzący w boga. Sformułowanie to oznaczało przynależność do „religii germańskiej”, neopogańskiego kościoła III Rzeszy Niemieckiej, improwizowanej duchowej przybudówki nazizmu (określenie Richarda Grunbergera). W 1939 r. niemiecki rocznik statystyczny rejestrował jako gottgläubig prawie 3,5 miliona Niemców (5% populacji).

4 W Landsbergu w Bawarii mieściło się po zakończeniu II wojny światowej amerykańskie więzienie nr 1 dla niemieckich przestępców wojennych. Więziony tam Stroop (skazany na karę śmierci przez Amerykański Trybunał Wojskowy w Dachau 21 marca 1947 r.) został ekstradowany do Polski 30 maja 1947 r.

5 Oberwachtmeister (niem.) – starszy wachmistrz.

6 Kajzer (z niem. Kaiser) – cesarz.

7 Fürst (niem.) – książę.

8 Knecht (niem.) – dosłownie: parobek, tu – piechur w wojsku niemieckim, zwłaszcza pruskim i krzyżackim.

9 Od: Bauer (niem.) – chłop.

10 Bauerhof (z niem. Bauernhof) – zagroda wielkochłopska.

11 Heimatshaus (niem.) – tu: muzeum regionalne.

12 Nordwestdeutsche Musik-Akademie (niem.) – Północno-Zachodnia Niemiecka Akademia Muzyczna.

13 Katasterinspektor (niem.) – inspektor pomiarowy przy spisie nieruchomości ziemskich, na podstawie którego wymierzano podatki gruntowe.

14 Pfarrer (niem.) – proboszcz.

15 Ehefrau (niem.) – żona.

16 Befehl ist Befehl! (niem.) – rozkaz jest rozkazem!

17 Wotan – w mitologii germańskiej bóg wojny, zwycięstwa i śmierci (odpowiednik skandynawskiego Odyna), postać z oper Richarda Wagnera.

18 Vaterland (niem.) – ojczyzna.

19 Hoflieferant (niem.) – dostawca dworu królewskiego.

20 Niemieckie stopnie wojskowe: Oberleutnant (porucznik), Hauptmann (kapitan), Major (major), Oberstleutnant (podpułkownik), Oberst (pułkownik).

21 Niederländisches Dankgebet (niem.) – Holenderska modlitwa dziękczynna, niemiecka pieśń patriotyczna, powstała w XVII wieku w Niderlandach.

22 Wacht am Rhein (niem.) – Straż nad Renem, niemiecka pieśń patriotyczna z 1840 r.

23 Deutschland, Deutschland über alles (niem.) – Niemcy, Niemcy ponad wszystko, niemiecka pieśń z 1841 r. (znana także jako Deutschlandslied, Pieśń Niemiec), od 1922 r. niemiecki hymn narodowy.

24 Kernland (niem.) – jądro kraju.

25 „Żelaznym kanclerzem” nazywany był Otto von Bismarck (1815–1898), pierwszy kanclerz Rzeszy Niemieckiej w latach 1871–1890.

26 Freiherr (niem.) – baron.

27 Erich Kittel, Geschichte der Stadt, w pracy zbiorowej: Führer durch die Stadt Detmold, E. Hammann Verlag, Detmold (b.d.w.), s. 13 – przyp. aut.

28 Feldfebel (z niem. Feldwebel) – sierżant (wachmistrz).

29 Katasterwärter (niem.) – praktykant katastralny.

30 Regierung (niem.) – rząd.

31 Amt (niem.) – urząd.

32 Np. w pracy Stanisława Piotrowskiego, Sprawozdanie Juergena Stroopa o zniszczeniu getta warszawskiego, Warszawa 1948, s. 41 – przyp. aut.

33 Tak też podają Janusz Gumkowski i Kazimierz Leszczyński we wstępie do Raportu Stroopa o likwidacji getta warszawskiego w 1943 roku, „Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce”, t. XI, Warszawa 1960, s. 117 („Stroop otrzymał wykształcenie zaledwie w zakresie szkoły powszechnej”).

34 Schulentlassung (niem.) – ukończenie szkoły powszechnej (podstawowej).

35 Landszaft (z niem. Landschaft) – krajobraz, obraz przedstawiający krajobraz.

36 Wunderschöne Stadt (niem.) – przepiękne (prześliczne) miasto.

III. Pod sztandarem Kajzera

Księstwo Lippe-Detmold nie dysponowało w kajzerowskiej armii odrębnymi jednostkami taktycznymi i wystawiało przez wiele lat tylko jeden (III.) detmoldski batalion w 55. pruskim pułku piechoty. W początkach XX wieku, jak relacjonował Stroop, naczelne dowództwo postanowiło uformować z mieszkańców Lippe cały 55. pułk, a w razie wojny, dodatkowo, 256. rezerwowy Infanterie-Regiment1. Brały one udział w I wojnie światowej.

– Konflikt 1914–1918 sprowokowali – powtarzał wielokrotnie Stroop – skumotrzeni wrogowie Niemiec. Rzesza nigdy nie pragnęła i nie inspirowała wojen, zawsze tylko się broniła. Wilhelm II, gdy mu Francuzi z Anglikami przystawili pistolet do czoła, znalazł się w przymusowej sytuacji. Musiał chronić własne gniazdo, więc rozpoczął prewencyjne działania militarne.

Po wybuchu „narzuconej wojny” Józef Stroop, początkujący urzędnik katastralny z Detmoldu, zaciągnął się ochotniczo do 55. pułku piechoty. Było to 18 sierpnia 1914 roku. Miał wtedy niecałe 19 lat. Mama płakała. Ojciec, trochę markotny, chodził jednak dumny niby paw z bojowości syna. Księstwo żyło w nacjonalistycznym upojeniu i nienawiści do „śmiertelnego wroga”.

W połowie września 1914 roku Stroop jest już w oddziałach bojowych na froncie zachodnim. Jadąc na linię walki, zobaczył po raz pierwszy Ren. – Przeprawialiśmy się przez tę wielkogermańską rzekę w słoneczny dzień – opowiadał. – Niebo i oczy tamtejszych dziewczyn miały wtedy barwę „kornblumenblau”2, zupełnie jak w piosence.

Myślę, że nie tylko wino (według słów reńskiego walca), ale i entuzjazm wojenny nasycał oczy Niemek aż do chabrowego błękitu.

*

Wkrótce Stroop poznał Francję. Poznał – to nieodpowiednie słowo. On liznął nieco Francji. Jego wiedza o tym kraju ograniczała się – tak wynikało z rozmów więziennych – do informacji wyniesionych ze szkoły podstawowej i wzbogaconych propagandą, sączoną latami pod pomnikiem Hermanna Cheruska.

– Francuzi to zgniłki i meteki3 – powiedział tak, aby pokazać, że niby zna francuski. – Żadna rasa. Wszystko Mischlingi4. Anarchiści i niechluje. Kobiety brudne, choć troszczą się o podmywanie. Według moich doświadczeń – dodał – Francuzki to na ogół prostytutki.

I zaraz opowiedział wulgarną historyjkę o rzekomych przygodach jakiegoś żołnierza na okupowanych przez Rzeszę francuskich terenach, wyczytaną zapewne w propagandowym romansie.

A jednak Francja mu imponowała. Może dlatego, że został ranny w łopatkę pociskiem z broni francuskiej w październiku 1914 roku, pod La Bassée.

Jak on się musiał bać na zachodnim froncie! Minęło 35 lat, a Stroop nie był w stanie uniknąć w celi słów i gestów, które świadczyły, że mu we Francji skóra cierpła ze strachu.

Wyrwał się z ognia na głębokie tyły, do szpitala. Potem rekonwalescencja, która miała trwać krótko, bo rana nie była najcięższa. Ale Mutti zaczęła działać. Książę dbał o stosunki w sztabach ugrupowań, gdzie walczył jego Lippische Regiment, więc dzięki fürstowskiej protekcji szeregowiec Józef Stroop korzystał do lata 1915 roku z urlopu ozdrowieńczego. Często odwiedzał wtedy Detmold. Małe miasto – sława duża. Więc nie tylko dziewczęta w Mühlenstrasse podziwiały jego mundur i nadany w styczniu 1915 Lippische Militärverdienstmedaille mit Schwertern5 oraz świeżutkie oznaki Gefreitera6. Mama wraz z kumoszkami, policjanci oraz konfidenci policjantów, emerytowani wojskowi, księża, dworzanie Fürsta i cały patriotyczny Detmold – piali nad bohaterstwem syna Oberwachtmeistra. Kancelaria księcia, ulegając muzyce nastrojów, działała. I dopiero po ośmiu miesiącach leczenia i wypoczynku przeniesiono Stroopa z Zachodu na front wschodni, znacznie wówczas bezpieczniejszy. Od 1 lipca 1915 służy w 256. rezerwowym detmoldskim pułku piechoty.

Przebywa ze swym oddziałem w Polsce i na Litwie, Białorusi, Polesiu i w Galicji, nieczęsto na pierwszej linii, bo książę Lippe starał się, żeby pułk nie poniósł dużych strat. Stroop awansuje jesienią do stopnia Unteroffiziera7, a 2 grudnia 1915 dostaje za zasługi na froncie francuskim Żelazny Krzyż II klasy8.

– Gdy mi uroczyście wręczano te odznaczenia – powiedział raz w celi – wydawało mi się, że jestem w germańskim niebie!

Stroop to zdyscyplinowany podoficer. Odpowiada mu życie koszarowe, regulamin służby wewnętrznej, ślęczenie nad wykazami kompanii i pułku. Kaligrafuje tam, kreśli. Nie wyobraża sobie lepszej szkoły życia niż pruski dryl. Zazdrośnie patrzy na monokl oficerski. Pije rozkazy z ust szefów. Brutalne połajanki i wymyślania oddaje z nawiązką szeregowcom. Wśród podwładnych ma pupilków – co nie skarżą się na ostre traktowanie i umieją organizować jedzenie.

*

Trafia ze swoją kompanią do Brzeżan. Dostaje kwaterę w polskim domku. Nieźle mu się wiedzie, bo i tryb życia uregulowany, i oficerowie mniej naciskają. Żołnierze – wytrąceni przedtem z równowagi częstymi transportami i pierwszą linią frontu – wrócili do normy, do kieratu codziennych zajęć. I jedzenia mają dużo.

Stroop lekko przytył. Chodził od czasu do czasu na deptak brzeżański, gdzie spacerowała młodzież. Jak w Detmoldzie.

Zainteresował się tam dziewczyną. Poszedł za nią krokiem wywiadowcy. Mieszkała niedaleko ich kwatery.

– Nie wiedziałem – wywnętrzał się w celi – że jest kuzynką naszych gospodarzy i że czasem ich odwiedzała. Poznaliśmy się później. To była ładna dziewczyna i taka...

– Miła? – zagadnąłem, słysząc, że głos mu mięknie w sposób nieoczekiwany.

– Tak. Chodziliśmy na spacery. Świeciło słońce i księżyc był srebrny, ładny kraj...

– No i co?

– No i chodziliśmy tak z sobą. Rozmawialiśmy. Nigdy jej nie pocałowałem w usta. Raz tylko w nosek, niech pan wierzy – ciągnął rozmarzony. – Ona była dobra i tyle rzeczy wiedziała, i taka była wykształcona, i taka kobieca, ta Lona C. Zamierzałem – jeśliby chciała – pobrać się z nią, nawet może w Polsce zostać na stałe. Pisywałem listy z Rumunii do niej, z Węgier, i nawet z Detmoldu. Jeszcze w roku 1922 z nią korespondowałem.

– Dlaczego pan się z Loną nie ożenił?

– Pragnąłem. Ale rodzice i przyjaciele z Detmoldu odradzili, mówiąc o różnicy kultur. Dobrze zrobiłem, nie angażując się w to małżeństwo.

– Czy dlatego, że Lona była kobietą z tak zwanej przez was „niższej sfery”?

– Muszę się panu przyznać, że tak. Mając za żonę Polkę, Francuzkę czy Amerykankę, nigdy nie mógłbym znaleźć się w SS, a moje dzieci byłyby mieszańcami.

Nieraz jeszcze wspominał Stroop w więzieniu Lonę C., chyba największą miłość swego życia. W Mokotowie wyobrażałem sobie tę Lonę. Była z pewnością dziewczęco-naiwna, przezroczysta i promienna od wewnątrz. Może ją idealizowałem, ale każdy ma prawo do fantazjowania, gdy mu z tym dobrze. Szczególnie w więzieniu.

*

Stroop często wracał do przeżyć pierwszej wojny. Był zafascynowany lasami i bagnami Polesia, które uważał za naturalny park narodowy Europy. Szczególnie interesowały go żubry, łosie, żbiki i białorusko-poleskie konie chłopskie. Dawał im wysoką notę.

– Takie koniki niczego nie potrzebują, a są piekielnie wytrzymałe i silne – mówił. Nazywał je „panje-Pferde”. Zwracał uwagę na ubóstwo mieszkańców Polesia przy potencjalnych walorach gospodarczych tego obszaru. Nie mógł zrozumieć przyczyn zacofania techniczno-cywilizacyjnego ludności i mówił o tych chłopach: „tamtejsi tubylcy to dzicz”. Uważał, że są stworzeni na niewolników i że pod zarządem niemieckim osiągnęliby szczęście. Był zachwycony bogactwem Ukrainy, surowcami, czarnoziemem i fizyczną tężyzną oraz sprawnością kobiet.

Z Galicji przeszła jednostka Stroopa do Rumunii, w Karpaty. Opisywał nam szczegółowo front na szczytach i w śniegach, ciężkie warunki transportu i aprowizacji, pierwszą linię oraz luzowanie jej odcinków, bliskie i dalsze etapy, kantyny, zaopatrzenie, łączność i tęsknotę do kraju. Często był „unrasiert und fern der Heimat”9, wojsko niemieckie śpiewało już wówczas to zdanie na melodię Wołga, Wołga. W celi często nucił swą niemiecką Wołgę Gustaw Schielke, szczególnie gdy był w dobrym humorze. Kpił wtedy sam z siebie i z nas, czasem nawet zaśmiewał się dobrotliwie, popluwając przez szczerbate zęby.

*

Tęsknił Stroop w Karpatach do Lony C., do swojej „świętej z Brzeżan”. Ale jednocześnie z zainteresowaniem obserwował karpacko-rumuńskie góralki, „brudne i dzikie, ale z najładniejszymi pod słońcem piersiami”, jak mówił.

Raz, po obiedzie, zaczął męsko-konfidencjonalne zwierzenia.

– Chłopki rumuńskie sprzedawały nam mleko. Była zima. Mroźno. Ale mleko zachowywało letnią temperaturę, bo one nosiły butelki bezpośrednio na piersiach, przysłoniętych, tamtejszym obyczajem, rozciętą bluzką, a na to kożuch. Można było pierś zobaczyć. Nie krępowały się tym. Do nas przynosiła mleko mężatka.

– Starsza od pana?

– Tak. Chyba o osiem lat, ale nie była chuda, jak inne góralki. Patrzyła na mnie z ogniem.

– Pewno czuła w panu samca?

Stroop się speszył i rzekł:

– Przecież jeszcze nie wiedziałem wówczas, co to jest stosunek z kobietą.

Raptem zarzucił mnie potokiem słów:

– Panie, to było około Bożego Narodzenia. Wyszliśmy z kwatery. Mróz cholerny, księżyc, gwiazdy. Przytuliłem ją i poszliśmy. Po dwóch godzinach wyszedłem z pasterskiej szopy jako pełnoprawny mężczyzna.

– Odprowadził ją pan potem w stronę domu, opierając się od czasu do czasu o opłotki? – zapytałem.

– Rumunkę? Nie! Nie odprowadziłem.

Tego dnia więcej nie rozmawialiśmy.

*

Niewiele opowiedział nam Stroop o swych obserwacjach i poglądach na temat armii niemieckiej w Rumunii i na Węgrzech. Ubogie to były relacje. Nawet nie znał dokładnie przebiegu działań wojsk kajzerowskich na tym obszarze. Wspominał za to, ale bardzo oględnie, że został drugi raz ranny. Przypuszczam, że chodziło o przypadkowe zadraśnięcie. A może się mylę. Opowiadał również o Bukareszcie, dokąd go odkomenderowano w 1918 roku na czteromiesięczny kurs topograficzny w Vermessungschule10. Od tej pory zaliczył siebie do kategorii „dyplomowanych topografów”.

Stroop pędził na ogół w Rumunii życie tyłowego podoficera, między kompanią, kuchnią, maszynami, musztrą, rekwizycjami, kasynem podoficerskim i piwiarnią. Jednakże udekorowany został we wrześniu 1916 roku odznaczeniem, które się nazywało: Fürstliche Lippische Verdienstkreuz11.

– Rosła liczba blach na piersi generała – zauważył Schielke, który na I wojnie nosił belki w formacjach pionierów i budował mosty, nierzadko po pas w wodzie.

Często wspominał Stroop Węgry z roku 1918 i „wielkiego” Mackensena12. Do Madziarów czuł sympatię, choć ich krytykował.

– Czy można darować węgierskim idiotom – powiedział raz – że dopuścili do puczu Beli Kuna13 w tym kraju cudownych majątków ziemskich, pięknych polowań, wspaniałych koni i kawaleryjskiej fantazji?

*

Stroop żywił kult dla feldmarszałka Augusta von Mackensena za talenty wojskowe i przede wszystkim za to, że trzymał żelazną ręką armię niemiecką na Węgrzech w roku 1918.

– Von Mackensen miał sylwetkę arystokraty i kawalerzysty – opowiadał. – Często chodził w mundurze huzarskim i futrzanej bermycy. Był doskonałym strategiem oraz trzeźwym politykiem ze szkoły bismarckowskiej. Nie pozwolił na przesiąkanie do armii wpływów obcego wywiadu, tzn. agitacji komuny, Żydów, masonów i liberałów. Oddziały Mackensena nie zostały pobite. Byliśmy z końcem roku 1918 w pełni sił militarnych i psychicznych, zabezpieczeni materiałowo i operacyjnie. Niezwyciężeni, musieliśmy wycofać się do Heimatu tylko dzięki kreciej robocie na innych frontach i wewnątrz Niemiec, prowadzonej od dawna przez Żydów, marksistów i mniejszości narodowe Rzeszy.

– Von Mackensen przybył do naszego eszelonu przed odjazdem do kraju – mówił dalej. – Oddaliśmy mu honory prawie cesarskie. Uroczystości tej nikt nie zakłócił jakimś wystąpieniem, podobnym do warcholstwa frontowców innych naszych armii czy Mannschaftu14 marynarki wojennej, częściowo skomunizowanego. Siwy Mackensen przemówił krótko i wskazał cele...

– Artyleryjskie? – pytał Schielke.

– Nie. Wojskowo-polityczne. Uczył, jak mamy stać na straży porządku w ojczyźnie, której siły kiedyś muszą się w pełni odrodzić. Pożegnaliśmy go jak ojca. Potem sprawny załadunek do wagonów i z bronią, w oddziałach zwartych wróciliśmy koleją do Niemiec. Nie rozbiegliśmy się jak niektórzy. Ja, Herr Moczarski, skończyłem moją wojnę nie 11 listopada, ale dopiero 21 grudnia 1918 roku. Wróciłem do domu przed samym Bożym Narodzeniem.

– To późno. A jak was przywitało społeczeństwo Detmoldu?

– Opiekuńczo i bez pesymizmu, mimo że czasy nie były lekkie.

– Wspominał pan o wyjściu z armii w randze Vizefeldwebla15. Dlaczego nie mianowano pana po tylu latach oficerem?

– Byłem za młody.

Moje pytanie zrobiło przykrość Stroopowi. Dotknąłem tego, co uważał za skazę swego życia. Przecież on ukończył tylko szkołę podstawową.

*

Stroop pewno myślał, idąc na wojnę jak na wesele i spacer po sąsiednich krajach, spichlerzach, kuchniach i łóżkach, że wróci do Lippelandu z listkiem wawrzynu Hermanna der Cheruskera oraz z jaką taką zdobyczą. A tymczasem przegrał swą pierwszą wojenną szansę. I zupełnie do jego świadomości nie docierał fakt, że powrót z Feldzugu16 oznaczał pewną dozę szczęścia. Przecież w I wojnie światowej straty Niemiec (zabitych i zaginionych) wynosiły ok. 2 milionów ludzi. A ilu zostało inwalidami?

*

Czytelnicy mogą z tych skąpych na ogół informacji i opowieści wyciągnąć wniosek, że przeżycia Stroopa w latach 1914–1918 miały charakter łagodny, że nie doświadczał męki fizycznej bitew, lazaretu, zawszenia, głodu, zimna, widoku trupów itp.

Tak nie było. Co prawda, pomijam wiele okoliczności ze służby Stroopa pod sztandarami Wilhelma II, ale nie chcę wracać do zdarzeń typowych, znanych. Według mnie, Stroop (choć nieraz udawało mu się leserować) dostatecznie poznał okrucieństwa i bóle wojny.

Jednakże Stroop miał we krwi kult wojny jako instrumentu porachunków i metody zagarnięcia dóbr dla swego kraju i dla siebie. Jego wyznania na ten temat charakteryzowały się wysokim poziomem sformułowań, odbiegającym od codziennego języka Stroopa. Widać było wyraźnie, jak ten posłuszny umysł przyswoił sobie w sposób mechaniczny słownictwo propagandy i szkoleń partyjnych NSDAP.

– Wojna jest selekcyjnym zabiegiem biologicznym i psychologicznym – mówił – koniecznym dla każdego narodu. Tylko ludzie o duszy rycerza mogą dostąpić przywileju odczucia i zrozumienia tej wyższej kategorii przeżyć, jaką jest wojna.

Ponadto nieraz powtarzał w celi, że wojna to najlepsze wrota do wolności.

Taka postawa rodziła w pewnej mierze sportowy stosunek do własnych przejść wojennych 1914–1918. Stąd niefrasobliwe wspominki o „wielkiej przygodzie żołnierskiej”, że użyję terminologii Stroopa.

I jeszcze jedna uwaga: Stroop zakończył I wojnę z natychmiastową myślą o możliwie szybkim odwecie i zemście. O rewanżu na sąsiednich narodach, na Anglii i Rosji, oraz na „zdrajcach”, którzy w roku 1918 „zadali Niemcom, od wewnątrz, Dolchstoss17”, podpisali „niebywale krzywdzący traktat wersalski” i utworzyli w Rzeszy „rząd listopadowych demagogów i obcych agentów”.

1 Infanterie-Regiment (niem.) – pułk piechoty.

2 Kornblumenblau (niem.) – w kolorze modrym (żartobliwie – zalany w pestkę), tytuł popularnej piosenki niemieckiej.

3 Le métèque (franc.) – wyrażenie pogardliwe: osiadły cudzoziemiec.

4 Mischling (niem.) – wyrażenie pogardliwe: mieszaniec.

5 Lippische Militärverdienstmedaille mit Schwertern (niem.) – Lippski Medal Zasługi Wojskowej z Mieczami.

6 Gefreiter (niem.) – starszy szeregowiec.

7 Unteroffizier (niem.) – kapral.

8 Eisernes Kreuz II Klasse (niem.) – Żelazny Krzyż II klasy.

9 „Unrasiert und fern der Heimat” (niem.) – „Nie ogolony i z dala od ojczyzny”.

10 Vermessungschule (niem.) – szkoła miernicza.

11 Fürstliche Lippische Verdienstkreuz (niem.) – Książęcy Lippski Krzyż Zasługi.

12 August von Mackensen (1849–1945), feldmarszałek niemiecki, w czasie I wojny światowej dowódca kolejno korpusu, armii i grupy armii na froncie rosyjskim, serbskim i rumuńskim.

13 Bela Kun (1886–1939), współzałożyciel Węgierskiej Partii Komunistycznej w 1918 r., przywódca Węgierskiej Republiki Rad w 1919 r., stracony w ZSRR.

14 Mannschaft (niem.) – załoga (w marynarce i lotnictwie), żołnierze, masa żołnierska.

15 Vizefeldwebel, właściwie: Unterfeldwebel (niem.) – sierżant.

16 Feldzug (niem.) – kampania wojenna.

17 Dolchstoss (niem.) – pchnięcie sztyletem, w przenośni: nóż w plecy.

IV. Redaktor

Dostępne w wersji pełnej

V. Objawienie w Monachium

Dostępne w wersji pełnej

VI. Lippe „wyraża wolę narodu”

Dostępne w wersji pełnej

VII . Posłuszny, syty i dostojny

Dostępne w wersji pełnej

VIII. Na czele Block-Standarte

Dostępne w wersji pełnej

IX. Dachau, willa Benesza i wanna Churchilla

Dostępne w wersji pełnej

X. Złowróżbna sowa

Dostępne w wersji pełnej

XI. Na „tyłowym” froncie

Dostępne w wersji pełnej

XII. Autostrada i marzenia ukraińskie

Dostępne w wersji pełnej

XIII. „Już był w ogródku...” Na Kaukazie

Dostępne w wersji pełnej

XIV. Wprawki i uwertura do Grossaktion

Dostępne w wersji pełnej

XV. Flagi nad gettem

Dostępne w wersji pełnej

XVI. Wielkie łowy

Dostępne w wersji pełnej

XVII. Krzyż Walecznych

Dostępne w wersji pełnej

XVIII. Aber ein guter Mann!

Dostępne w wersji pełnej

XIX. W siódmym germańskim niebie

Dostępne w wersji pełnej

XX. Marmurowa ambasada i żydowskie dywany

Dostępne w wersji pełnej

XXI. Ośmioletni SS-owiec

Dostępne w wersji pełnej

XXII. „Trzymałem ludność w garści!”

Dostępne w wersji pełnej

XXIII. Stroop likwiduje feldmarszałka

Dostępne w wersji pełnej

XXIV. Werwolf – ostatni szaniec

Dostępne w wersji pełnej

XXV. Mord na amerykańskich lotnikach

Dostępne w wersji pełnej

XXVI. Szafot

Dostępne w wersji pełnej

Aneks

Dostępne w wersji pełnej

Fotografie

Dostępne w wersji pełnej

Indeks osób

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Jakub Sowiński

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Opracowanie typograficzne

Irena Jagocha

Daniel Malak

Korekta

Małgorzata Biernacka

Katarzyna Onderka

Indeks

Artur Czesak

Copyright © by Elżbieta Moczarska 2002, 2007, 2017

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o.

Fragment Dziennika pisanego nocą © Estate of Gustaw Herling-Grudziński – fragment ten ukazał się w „Kulturze” (Paryż) 1979, nr 7–8

ISBN 978-83-240-4215-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rozmowy z katem [2018] 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie