Wspaniała Gilly

Wspaniała Gilly

Autorzy: Katherine Paterson

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 2.29 zł

Powieść Katherine Paterson (autorki „Mostu do Terabithii”), na podstawie której powstał film z Sophie Nélisse („Złodziejka książek”), Kathy Bates i Glenn Close w rolach głównych!

Jedenastoletnia Gilly, opuszczona we wczesnym dzieciństwie przez matkę, po wielu złych doświadczeniach znajduje schronienie w kolejnej rodzinie zastępczej. Inteligentna i zbuntowana dziewczyna myśli jednak jedynie o tym, by nieznana i idealizowana w marzeniach matka zabrała ją w końcu do siebie. Robi wszystko, by nie przywiązać się do nowej rodziny i zniechęcić ją do siebie. Czy z Trotterami poradzi sobie tak samo jak z poprzednimi opiekunami?

Katherine Paterson, współczesna pisarka amerykańska, urodziła się 31 października 1932 roku w Chinach. Tam też spędziła część dzieciństwa. Uczyła się kolejno w Chinach i Stanach Zjednoczonych. Po ukończeniu studiów (King College, Bristol, Tennessee) wyjechała na cztery lata do Japonii, gdzie studiowała w Kobe i była nauczycielką na wsi, na wyspie Shikoku. Jest laureatką licznych nagród: National Book Award (1977, 1979), Medalu im. Johna Newbery’ego (1978 – za „Most do Terabithii”, 1981), Scott O’Dell Award for Historical Fiction, Medalu im. Hansa Christiana Andersena (1998) oraz Nagrody im. Astrid Lindgren (2006). Ma czworo dorosłych dzieci. Książki Katherine Paterson podejmują często trudne, ale ważne dla młodego czytelnika tematy, przedstawione w bardzo wiarygodny sposób.

Katherine Paterson

Wspaniała Gilly

Fragment

Przełożyła

ALICJA SKARBIŃSKA

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Wspaniała Gilly Fragment

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

Dedykacja

ROZDZIAŁ I Powitanie w Thompson Park

ROZDZIAŁ II Facet, który przychodzi na kolację

ROZDZIAŁ III Następne przykre niespodzianki

ROZDZIAŁ IV Sarsaparilla – Sztuki magiczne

ROZDZIAŁ V William Ernest i inne nikczemne kwiatki

ROZDZIAŁ VI Panna Harris

ROZDZIAŁ VII Kurz i zniechęcenie

ROZDZIAŁ VIII Bilet w jedną stronę

ROZDZIAŁ IX Bach! Bach!

ROZDZIAŁ X Niespodziewany gość

ROZDZIAŁ XI „Nigdy” i inne odwołane obietnice

ROZDZIAŁ XII Wyjazd

ROZDZIAŁ XIII Jackson w stanie Wirginia

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV Dom

O autorce

Przeczytaj także

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

DLA MARY

z wyrazami miłości

od prawdziwej i przybranej matki

ROZDZIAŁ I

Powitanie w Thompson Park

– Słuchaj, Gilly – powiedziała panna Ellis w stronę pasażerki na tylnym siedzeniu, potrząsając długimi blond włosami – chciałabym widzieć, że się choć trochę starasz.

Galadriel Hopkins przesunęła balonówę do przodu i zaczęła ją ostrożnie wydmuchiwać. Po chwili kształt głowy panny Ellis ledwie było widać przez różowy balon.

– To twój trzeci dom w ciągu niespełna trzech lat. – Panna Ellis, kuratorka z opieki społecznej, rozejrzała się na lewo i prawo, a następnie zaczęła bardzo ostrożnie skręcać kierownicą w lewo. – Oczywiście daleka jestem od tego, żeby w każdym przypadku winić ciebie. Weźmy przeprowadzkę państwa Dixonów na Florydę. Po prostu pech. Tak samo jak i to, że pani Richmond musiała pójść do szpitala – Gilly zdawało się, że kuratorka zrobiła długą, znaczącą pauzę, nim dokończyła: – ze względu na stan nerwów.

Pyk!

Panna Ellis drgnęła i spojrzała w lusterko, ale nadal kontynuowała spokojnym, zawodowym tonem, gdy Gilly wyskubywała kawałeczki gumy przyklejone do rzadkiej grzywki, policzków i brody.

– Powinniśmy byli dokładniej zbadać jej sytuację zdrowotną, nim posłaliśmy do niej dziecko. Właściwie to moja wina.

„Ojej – pomyślała Gilly – ta kobieta zaczyna być szczera, co za okropność”.

– Nie mówię, że to twoja wina, Gilly. Tyle że musisz z nami, ze mną, współpracować, jeśli coś ma w ogóle z tego wszystkiego wyjść. – Znowu pauza. – Nie wyobrażam sobie, żebyś lubiła te ciągłe przeprowadzki. – Niebieskie oczy w lusterku sprawdziły reakcję Gilly. – Nowa opiekunka jest zupełnie inna niż pani Nevins.

Gilly beznamiętnie zdrapała kawałek gumy z czubka nosa. Nie ma co, z włosów nie da się zdrapać. Oparła się wygodniej i spróbowała żuć uratowaną resztkę. Guma przykleiła się jej do zębów cienką warstwą. Gilly wyciągnęła z kieszeni dżinsów następną kulkę gumy i zdarła paznokciem opakowanie, po czym wsunęła ją do ust.

– Zrobisz coś dla mnie, Gilly? Tym razem nie zachowuj się tak, jakbyś wstała lewą nogą.

Gilly wyobraziła sobie siebie wirującą po pokoju w domu nowej przybranej matki na prawej nodze jak tancerka na lodzie. Uniesioną lewą stopą kopała przybraną matkę. Z zadowoleniem zamlaskała gumą.

– I jeszcze jedno. Wyrzuć tę balonówę, zanim tam dojedziemy.

Gilly posłusznie wyjęła gumę z ust, widząc w lusterku oczy panny Ellis. Kiedy kuratorka z powrotem spojrzała przed siebie, Gilly dokładnie okleiła gumą spód klamki z lewej strony – ktoś, kto kiedyś te drzwi otworzy, będzie miał niespodziankę.

Przejechały dwa następne skrzyżowania, po czym panna Ellis podała jej wilgotną chusteczkę.

– Trzymaj – powiedziała – i postaraj się zetrzeć to paskudztwo z twarzy.

Gilly wytarła chusteczką usta i rzuciła ją na podłogę.

– Gilly – westchnęła panna Ellis i zmieniła bieg dziwaczną przekładnią umieszczoną w podłodze – Gilly...

– Mam na imię Galadriel – rzuciła przez zęby Gilly. Panna Ellis nie zwróciła na to uwagi.

– Słuchaj, Gilly, daj Maime Trotter szansę, dobrze? To naprawdę miła kobieta.

„Jest skreślona” – pomyślała Gilly. Przynajmniej nikt nie zarzucał państwu Nevinsom, jej poprzednim przybranym rodzicom, że są „mili”. Pani Richmond, ta z nerwami, była „miła”. Newmanowie, którzy niestety nie mogli zatrzymać pięcioletniej dziewczynki siusiającej w łóżko, też byli „mili”.

„Dobra, teraz mam jedenaście lat, kochani, i jak chcecie wiedzieć, już od dawna nie siusiam do łóżka. Ale nie jestem miła. Za to jestem nadzwyczajna. Słynna w całym kraju. Nikt nie chce się narazić wspaniałej Galadriel Hopkins. Jestem za mądra i zbyt trudno sobie ze mną poradzić. Mówią na mnie okropna Gilly”. Rozsiadła się wygodniej. „Uważaj, kochana Maime, nadchodzę”.

Wjechały w dzielnicę wielkich drzew i starych domów. Kuratorka zwolniła, zatrzymała samochód obok brudnego białego ogrodzenia. Dom za parkanem był stary i brunatny, z werandą przypominającą sterczący brzuch.

Kiedy stały na werandzie, panna Ellis, zanim jeszcze nacisnęła dzwonek, wyciągnęła grzebień.

– Spróbuj się uczesać.

Gilly potrząsnęła głową.

– Nie mogę.

– Oj, Gilly, przestań...

– Nie. Nie mogę się czesać. Zamierzam pobić rekord nieczesania się z Księgi rekordów Guinnessa.

– Gilly, na litość boską...

– Witam. Zdawało mi się, że słyszę samochód. – Drzwi się otwarły i stanął w nich ogromny hipopotam w ludzkiej postaci. – Witaj w Thompson Park, Gilly, złotko.

– Galadriel – mruknęła Gilly, choć nie spodziewała się, żeby ta gruba beka umiała powtórzyć jej prawdziwe imię. O rany, nie musieli jej przecież posyłać do potwora.

Zza ogromnego biodra pani Trotter wychyliła się połówka małej twarzy, zakrytej okularami w grubej metalowej oprawie i ozdobionej brudnymi ciemnymi włosami.

Pani Trotter spojrzała w dół.

– Przepraszam, złotko. – Objęła ramieniem głowę, jakby chciała ją wyciągnąć przed siebie, ale jej się nie udało. – Chcesz zobaczyć nową siostrzyczkę, prawda? Gilly, to jest William Ernest Teague.

Głowa natychmiast znikła za wielkim ciałem pani Trotter, która się wcale nie przejęła.

– Wchodźcie, wchodźcie. Przecież nie będziecie tu stały na werandzie jak jaki wędrowny handlarz. To jest teraz twój dom.

Cofnęła się. Gilly poczuła na plecach palce panny Ellis, lekko popychające ją do środka.

Wewnątrz było ciemno i brudno. Wszystkie przedmioty pokrywał kurz.

– Williamie Erneście, złotko, czy zechciałbyś pokazać Gilly jej pokój?

William Ernest potrząsnął głową, uczepiony z tyłu fartucha pani Trotter.

– Nie szkodzi, zajmiemy się tym później.

Zaprowadziła je do pokoju.

– Proszę siadać i czuć się jak u siebie w domu.

Uśmiechnęła się do Gilly całą twarzą, jak na reklamach cudownych diet, na zdjęciu „po”. Ciało „przed”, a uśmiech „po”.

Szeroka i niska brązowa kanapa, ze stosem pokrytych wyszarzałą koronką poduszek z jednej strony. Identyczny brązowy zapadnięty fotel z wytartymi poręczami pod przeciwległą ścianą. Pojedyncze okno obramowane firankami z szarej koronki, obok, na czarnym stoliku, staroświecki telewizor z zajęczymi uszami anteny. Nevinsowie mieli kolorowy telewizor. Pod ścianą z prawej strony, między drzwiami a brązowym fotelem, czarne pianino z zakurzonym brązowym stołkiem. Gilly wzięła z kanapy jedną z poduszek i dokładnie starła nią kurz ze stołka, zanim usiadła.

Panna Ellis spojrzała na nią z brązowego fotela z całkiem niezawodowym wyrazem złości. Pani Trotter usiadła na kanapie i się roześmiała:

– Brakowało nam tu kogoś, kto by trochę poodkurzał, prawda, Williamie Erneście, złotko?

William Ernest wspiął się na oparcie kanapy i ułożył jak wałek za wielkim ciałem pani Trotter, wystawiając od czasu do czasu głowę, żeby spojrzeć na Gilly.

Gilly poczekała, aż pani Trotter i panna Ellis zaczęły rozmawiać, i wykrzywiła twarz w najbardziej przerażającym grymasie ze swego repertuaru – coś jakby połączenie Drakuli i Godzilli. Brudna twarzyczka znikła szybciej niż uciekająca w otwór od umywalki zakrętka od pasty do zębów.

Mimo woli Gilly zachichotała. Obydwie kobiety spojrzały na nią. Natychmiast, bez trudu, na jej twarzy pojawił się wyraz pod tytułem: „ja nic nie robię”.

Panna Ellis wstała.

– Muszę wracać do biura. Da mi pani znać – obejrzała się na Gilly, przeszywając ją swymi niebieskimi oczami – da mi pani znać, jeśli będą jakieś kłopoty?

Gilly obdarzyła pannę Ellis swym najwspanialszym uśmiechem barakudy.

Tymczasem pani Trotter z trudnością podnosiła się na nogi.

– Niech się pani nie martwi. Gilly, William Ernest i ja jużeśmy się prawie zaprzyjaźnili. Mój Melvin, niech odpoczywa w pokoju, zawsze powtarzał, że dla mnie nikt nie jest obcy. Miałby całkowitą rację, jeśli chodzi o dzieciaki. Jeszcze nie spotkałam dzieciaka, z którym bym się nie zaprzyjaźniła.

Gilly nie potrafiła wymiotować na zawołanie, gdyby jednak umiała, zrobiłaby to teraz z prawdziwą przyjemnością. Z braku więc najodpowiedniejszej reakcji, uniosła nogi, zakręciła się na stołku w stronę pianina i zaczęła lewą ręką tłuc w klawisze Heart and Soul, a prawą – Chopsticks.

William Ernest podreptał za obydwiema kobietami i Gilly została sama, z kurzem, rozstrojonym pianinem i satysfakcją, że doskonale rozpoczęła swój pobyt w nowym domu. Pomyślała, że zniesie wszystko – grubą opiekunkę, stukniętego dzieciaka, brzydki, brudny dom – jeśli tylko ona będzie tu rządzić.

A miała na to wszelkie szanse.

ROZDZIAŁ II

Facet, który przychodzi na kolację

Pokój, do którego pani Trotter zaprowadziła Gilly, miał rozmiary nowego samochodu typu combi u Nevinsów. Większość przestrzeni zajmowało wąskie łóżko i ktoś, nawet tak chudy jak Gilly, musiał uklęknąć na nim, żeby móc wyciągnąć szuflady komody stojącej naprzeciwko.

Pani Trotter nie miała zamiaru wchodzić do środka; z uśmiechem zatrzymała się w drzwiach, lekko się kołysząc i posapując od wspinaczki po schodach.

– Powinnaś poukładać swoje rzeczy w komodzie i zadomowić się. Jeśli będziesz miała ochotę, możesz zejść na dół i oglądać telewizję z Williamem Ernestem albo pobyć ze mną w kuchni, kiedy będę przygotowywać kolację.

„Ależ ona ma okropny uśmiech – pomyślała Gilly. – W dodatku nie ma wszystkich zębów”.

Rzuciła walizkę na łóżko i usiadła obok, kopiąc w szuflady komody.

– Jeśli będziesz czegoś potrzebować, po prostu mi powiedz, dobrze, złotko?

Gilly skinęła głową. Przede wszystkim chciała zostać sama. Z głębi domu usłyszała piosenkę z czołówki Ulicy Sezamkowej. Na początek musi koniecznie popracować nad gustem W.E. w kwestii programów telewizyjnych.

– Wszystko będzie dobrze, złotko. Nie miałaś łatwego życia z tymi ciągłymi przeprowadzkami.

– Lubię się przenosić. – Gilly szarpnęła jedną z górnych szuflad tak mocno, że prawie spadła jej na głowę. – To nudne tkwić ciągle w jednym miejscu.

– Taak. – Kobieta poruszyła się, potem zawahała: – Cóż...

Gilly ześliznęła się z łóżka, położyła lewą rękę na klamce, a prawą oparła na biodrze.

Pani Trotter spojrzała na dłoń na klamce.

– Cóż, rozpakuj się i rozgość. Słyszysz?

Gilly zatrzasnęła za nią drzwi. „Boże! Słuchać tej kobiety to jak wylizywać roztopione lody z kartonowego kubka”. Zbadała ilość kurzu na komodzie, a potem, stojąc na łóżku, napisała wielkimi pochyłymi zakrętasami: „Pani Galadriel Hopkins”. Przez chwilę przypatrywała się wspaniałemu napisowi, później klapnęła otwartą dłonią w sam jego środek i wszystko starła.

Dom Nevinsów był biały, kwadratowy i wymuskany, tak jak wszystkie białe, kwadratowe, wymuskane domy w pozbawionym drzew osiedlu, gdzie mieszkali. W całym sąsiedztwie jedynie Gilly wydawała się czymś niestosownym. Teraz tam, w Hollywood Gardens, znów wszystko pasowało. Pozbyli się jej. Nie. To ona się ich pozbyła – tych cholernych głupców.

Wypakowywanie nawet niewielkiej ilości rzeczy z brązowej walizki zawsze wydawało się Gilly stratą czasu. Nigdy nie wiedziała, czy zostanie gdzieś dostatecznie długo, żeby się to opłacało. Można było jednak jakoś zabić czas. Komoda miała dwie małe szuflady na górze, cztery większe pod nimi. Gilly włożyła bieliznę do jednej z mniejszych szuflad, a bluzki i dżinsy do większej, później z dna walizki wyjęła fotografię.

Z tekturowej oprawki przez plastykową osłonę śmiały się do niej, tak jak zawsze, ciemne kobiece oczy. Błyszczące czarne włosy okalały twarz łagodnymi, starannie uczesanymi falami. Kobieta wyglądała jak gwiazda z jakiegoś telewizyjnego programu, ale nią nie była. Proszę – w rogu było napisane: Dla mojej ślicznej Galadriel, będę Cię zawsze kochać.

„Napisała to dla mnie – powiedziała sobie Gilly, jak zawsze, kiedy oglądała zdjęcie – tylko dla mnie”.

Odwróciła ramkę. Ciągle był tam mały kawałek klejącej taśmy z nazwiskiem: Courtney Rutherford Hopkins.

Gilly przygładziła swoje słomiane włosy, jeszcze raz odwracając zdjęcie. Nawet zęby miała piękne. Przecież dziewczyny powinny być podobne do matek. Słowo „matka” poruszyło jej coś głęboko w sercu. Znała ten niebezpieczny sygnał. Gwałtownie wepchnęła fotografię pod bluzki i zatrzasnęła szufladę. To nie pora, żeby się rozklejać. Zeszła na dół.

– Jesteś, złotko. – Pani Trotter obróciła się od zlewu. – Może byś mi pomogła w przygotowaniu sałaty?

– Nie.

– O!

Punkt dla Gilly.

– Cóż... – Pani Trotter przeniosła ciężar ciała na lewą nogę, nie odrywając wzroku od marchewki. – William Ernest ogląda Ulicę Sezamkową w telewizji.

– Och, Boże, uważasz mnie za psychiczną, czy co?

– Psychiczną?

Pani Trotter przeszła do kuchennego stołu i zaczęła krajać marchewkę na małej okrągłej desce.

– Tępą, głupią.

– Nic takiego nie uważam.

– To dlaczego, do diabła, mam oglądać jakiś kretyński serial?

– Posłuchaj, Gilly Hopkins. Jedną rzecz musimy sobie od razu wyjaśnić. Nie pozwolę, żebyś się wyśmiewała z tego chłopca.

– Wcale się z niego nie wyśmiewam.

„O czym właściwie ta kobieta mówi? Przecież nic nie mówiłam o chłopaku”.

– To, że ktoś nie jest tak inteligentny jak ty, to nie powód, żeby go traktować z góry.

– Kogo ja traktuję z góry?

– Dopiero co powiedziałaś – tłusta kobieta mówiła coraz głośniej, zawzięcie krojąc marchew – dopiero co powiedziałaś, że William Ernest jest – dokończyła szeptem – kretynem.

– Nic podobnego. Przecież go nawet nie znam. W życiu go do tej pory nie widziałam.

Pani Trotter wciąż rzucała gniewne błyski, ale zapanowała nad dłonią z nożem i nad głosem.

– Ciężko mu było w życiu, ale teraz jest ze mną i jak długo Bóg pozwoli, żeby był w tym domu, nikt na świecie nie zrobi mu krzywdy. Zrozumiałaś?

– Dobry Boże! Chciałam tylko powiedzieć...

– I jeszcze jedno. W tym domu nie używa się imienia boskiego nadaremno.

Gilly uniosła ręce, jakby się poddawała.

„Dobra, dobra. Nie ma o czym mówić”.

Ruszyła do drzwi.

– Jedzenie prawie gotowe. Może byś poszła do domu obok po pana Randolpha? Jada z nami kolację.

Gilly znów miała zamiar odmówić, ale rzuciła okiem na panią Trotter i doszła do wniosku, że poczeka na lepszą okazję.

– Do którego domu?

– Szary, po prawej stronie. – Pani Trotter niedbale kiwnęła nożem w górę. – Zastukaj do drzwi. Usłyszy, jeśli głośno zapukasz. Lepiej włóż coś, jest zimno.

Gilly zignorowała ostatnie polecenie. Wybiegła z domu, przeszła przez furtkę z palików i weszła na werandę sąsiedniego domu, tupiąc i podskakując, żeby się rozgrzać. Bach, bach, bach, zabębniła do drzwi.

Stanowczo za zimno jak na październik. Dom pana Randolpha był mniejszy i jeszcze bardziej niechlujny niż dom pani Trotter. Zastukała znowu.

Nagle drzwi otworzyły się i zobaczyła małego, skurczonego człowieka. Z pomarszczonej brązowej twarzy patrzyły dziwne białawe oczy.

Gilly rzuciła na niego okiem i pędem wróciła do kuchni pani Trotter.

– Co się stało? Gdzie jest pan Randolph?

– Nie wiem. Nie ma go. Tam go nie ma.

– Co to znaczy: nie ma go tam?

Pani Trotter zaczęła wycierać ręce w fartuch, idąc do drzwi.

– Nie ma. Otworzył mi jakiś niesamowity, mały, kolorowy człowiek z białymi oczami.

– Gilly! To był pan Randolph. Jest niewidomy. Musisz wrócić i przyprowadzić go za rękę, żeby się nie przewrócił.

Gilly się cofnęła.

– Jeszcze nigdy w życiu nie dotknęłam żadnego z tych ludzi.

– To najwyższy czas, nie? – powiedziała sucho pani Trotter. – Naturalnie, jeśli uważasz, że sobie nie poradzisz, poślę Williama Ernesta.

– Poradzę sobie, nie martw się.

– Pan Randolph jest pewno całkiem skołowany i nie wie, co się stało.

– Trzeba było mnie uprzedzić.

– Ciebie uprzedzić? – Pani Trotter rąbnęła łyżką w stół. – Powinnam była ostrzec biednego pana Randolpha. Idziesz czy mam posłać Williama Ernesta?

– Przecież powiedziałam, że idę. Dobry Boże! – Ręka z łyżką uniosła się w górę. – No, dobra, nic nie mówiłam. Cholera, człowiek nie może się tu nawet odezwać.

– Taka inteligentna osoba jak ty powinna być chyba w stanie nauczyć się kilku normalnych słów i używać ich czasami zamiast przekleństw. – Łyżka zamieszała sałatkę. – Pośpiesz się, jeśli się w ogóle wybierasz.

Mały, czarny mężczyzna ciągle stał w otwartych drzwiach.

– To ty, Williamie Erneście? – spytał cicho, kiedy Gilly weszła na schody.

– Nie – odparła ostro. – To ja.

– A! – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, chociaż źrenice się nie poruszyły. – Jesteś tą nową dziewczynką. – Wyciągnął prawą dłoń. – Witaj, witaj u nas.

Gilly lekko dotknęła jego łokcia, a nie wyciągniętej dłoni.

– Pani Trotter kazała mi przyprowadzić pana na kolację.

– Dziękuję, bardzo dziękuję. – Sięgnął za siebie, pomacał przez chwilę, nim znalazł klamkę, i zamknął drzwi. – Trochę dziś chłodno, prawda?

– Taa.

Pomyślała ze złością o pannie Ellis. Dobra, nie była w porządku wobec Nevinsów, ale nie zrobiła nic takiego, żeby zasłużyć sobie na to, co teraz: dom tłustej, religijnej fanatyczki z kurzym móżdżkiem, z psychicznie niedorozwiniętym siedmiolatkiem... Zresztą jest czy nie jest niedorozwinięty, pewno czegoś mu brakuje w mózgu, inaczej pani Trotter nie robiłaby takiego halo.

Dałaby sobie radę z tą dwójką, ale to niesprawiedliwe, żeby jeszcze w dodatku napatoczył się ten czarny ślepiec, co przychodzi na kolację.

A może panna Ellis nic o tym nie wie. Może pani Trotter trzyma to w tajemnicy.

Chodnik był krzywy. Pan Randolph zaczepił czubkiem buta o wystający róg płyty i kiwnął się w przód.

– Uwaga! – Gilly odruchowo objęła ramionami chude plecy i złapała go, nim upadł.

– Dziękuję, bardzo dziękuję.

Gilly opuściła ramiona. Przez jedną straszną chwilę myślała, że pan Randolph ma zamiar chwycić ją za rękę, lecz nie zrobił tego. „No, panno Ellis, jeszcze pani pożałuje, że mnie tu pani przysłała”.

– Ehm, pani Trotter mówiła mi oczywiście, jak się nazywasz, lecz wstyd przyznać, obawiam się, że sobie nie przypomnę. – Postukał się po głowie pokrytej krótkimi, siwymi, kręconymi włosami. – Mam tu wszystkie luksusy, a rzeczy konieczne uciekają.

– Gilly – mruknęła.

– Słucham?

– Gilly Hopkins.

– Ach, tak. – Powoli wdrapywał się po schodach domu pani Trotter.

O rany! Dlaczego nie sprawi sobie na przykład białej laski?

– Bardzo mi przyjemnie poznać cię, panienko Gilly. Bardzo jestem przywiązany do wszystkich dzieci pani Trotter. Mały William Ernest jest dla mnie jak wnuk. Jestem więc pewien...

– Uwaga, drzwi!

– Tak, tak, dziękuję.

– Czy to pan Randolph? – rozległ się ze środka głos pani Trotter.

– Tak, to ja, proszę pani, ze wspaniałą małą opiekunką.

Pani Trotter stanęła w przedpokoju z dłońmi opartymi na biodrach.

– Jak się pan czuje przy tych chłodach?

– Obawiam się, że nie najlepiej. Ta dzielna mała uratowała mnie przed upadkiem.

– Czyżby?

– Widzisz? Dałam sobie radę.

– Będzie teraz trochę weselej u pani, co?

– Prawdopodobnie – odrzekła pani Trotter bezbarwnym głosem, którego znaczenia Gilly nie potrafiła odczytać.

Posiłek przebiegł spokojnie. Gilly była głodna, postanowiła jednak nie okazywać, jak bardzo jej wszystko smakuje. William Ernest jadł, nie odzywając się, jedynie od czasu do czasu rzucał okiem na Gilly. Widziała, że okropnie się jej boi. To jedyna satysfakcja w ciągu ostatnich dwóch godzin. Władza nad chłopakiem z pewnością na dłuższą metę da jej władzę nad panią Trotter.

– Wie pani – odezwał się pan Randolph – codziennie myślę sobie, że dzisiejsza kolacja nie może być tak pyszna jak wczorajsza. Ale mówię pani, to najwspanialszy posiłek, jaki kiedykolwiek miałem przyjemność zjeść.

– Straszny z pana komplemenciarz.

– Zapewniam panią, że nie są to komplementy. – Pan Randolph się roześmiał. – William Ernest i panienka Gilly powiedzą to samo. Jestem stary, ale nie straciłem jeszcze smaku, choć niektórzy twierdzą, że brak mi wszystkich pozostałych zmysłów.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

The Great Gilly Hopkins

Text copyright © 1978 by Katherine Paterson

Published by arrangement with HarperCollins Children’s Books, a division of HarperCollins Publishers.

© Copyright for the Polish edition

by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2018

Projekt okładki Paulina Radomska-Skierkowska

Zdjęcia na okładce:

© Augustino/Fotolia.com

© Loren Kerns/Flickr.com

© Bernard Spragg/Flickr.com

© Ana/Flickr.com

Redaktor prowadzący Anna Garbal

Opieka redakcyjna Joanna Kończak

Korekta Ewa Mościcka

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13358-8

Plik wyprodukowany na podstawie Wspaniała Gilly, Warszawa 2018

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wspaniała Gilly Most do Terabithii 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę