Życie przecięte

Życie przecięte

Autorzy: Joanna Wiszniewicz

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 34.57 zł

Rocznicowe wydanie książki pięćdziesiąt lat po wydarzeniach z Marca 1968 roku.

„Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca” to niezwykły dokument, oparty na rozmowach z przedstawicielami pierwszego powojennego pokolenia polskich Żydów, którzy urodzili się i wychowali w różnych miastach i miasteczkach komunistycznej Polski. Tu przeżyli Marzec — swoje pierwsze i podstawowe doświadczenie generacyjne.

Książka ta jako pierwsza penetrowała tak głęboko i na tak szeroką skalę powojenne przemiany oraz komplikacje losów i tożsamości polskich Żydów. Za pośrednictwem relacji rozmówców, którzy opisują swoje doświadczenia na szerokim tle historycznym i socjologicznym, autorka wprowadza czytelnika do różnych środowisk żydowskich i pokazuje różne aspekty powojennego doświadczenia polskich Żydów. Nie ogranicza się jedynie do portretowania pierwszej postholocaustowej generacji, ale prezentuje też zaobserwowane przez rozmówców, i często pełne sprzeczności, postawy ich rodziców-ocaleńców.

Książka Joanny Wiszniewicz to bardzo ważny i mocny głos we wciąż toczącej się debacie dotyczącej losów polskich Żydów, a także niezwykłe świadectwo dramatycznych wydarzeń sprzed pięćdziesięciu lat.

„Z rozmów Joanny Wiszniewicz wyłaniają się różnorodne, fascynujące losy ludzkie, rozmaite drogi życiowe, i odmienne sposoby zmagania się z doznaną krzywdą. Myślę, że nie można tej krzywdy w żaden sposób naprawić, ale można o niej mówić i można pozwolić mówić ludziom, którzy jej doznali. Można dopuścić ich do głosu. Takim właśnie — ważnym, mocnym głosem jest książka Joanny Wiszniewicz.” Barbara Engelking-Boni

Joanna Wiszniewicz

Życie przecięte

Opowieści pokolenia Marca

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Na okładce grafika Druga brama dla studiującego Talmud (1981) Stanisława Fijałkowskiego ze zbiorów Artoteki Grafiki Biblioteki Sztuki Uniwersytetu Zielonogórskiego

Copyright © by Joanna Wiszniewicz, 2008

Copyright © for the text Zamiast przypisów by Grzegorz Berendt, 2008

Korekta i skład d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Książka powstała w ramach badań naukowych Żydowskiego Instytutu Historycznego

Książka została wydana dzięki pomocy finansowej Fundacji Żydowskiego Życia i Kultury im. Tada Taubego

Zrealizowano w ramach Programu Operacyjnego Promocja Czytelnictwa ogłoszonego przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wydawnictwo dziękuje Żydowskiemu Instytutowi Historycznemu za pomoc w wydaniu książki

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-651-4

SPIS TREŚCI

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

OD AUTORKI

CZĘŚĆ

I

II

III

ANDRZEJ

17

305

491

MARTA PETRUSEWICZ

33

311

509

BRONKA KARST

45

325

517

EWA

51

333

525

WŁODEK

65

339

539

HALINA BROWN

71

347

553

HENIA

81

355

569

MAŁGOSIA TAL

95

359

577

LEON ROZENBAUM

109

367

585

REGINA GROL

125

379

595

ALIK

135

385

607

ZOSIA

149

391

617

MAREK

159

397

627

LENA

169

403

635

LESZEK

185

409

645

DORA

191

415

657

WŁADEK POZNAŃSKI

207

421

663

PAULINA

213

427

673

TOLEK

221

433

679

MICHAŁ FAJERSZTAJN

233

439

685

IZA WINTER­-CIEŚLAK

247

445

689

LUBA TARCZYŃSKA

259

453

699

MIETEK KLAJMAN

269

459

711

LILA SZMERKOWICZ­-WYSIŃSKI

275

465

717

LEON GUTMAN

283

473

727

JÓZEF BOTKIER

291

477

733

ROMEK

299

483

745

ZAMIAST PRZYPISÓW…

PODZIĘKOWANIA

Kolofon

OD AUTORKI

Co napisać we wstępie do książki, z którą nie można się było rozstać przez ponad piętnaście lat: Bardzo dziękuję?

To na pewno. Wspierało mnie wiele instytucji, a zachęta i energia, którymi przez cały ten czas byłam obdarowywana przez ludzi w różnych miejscach świata, są po prostu nieskończone. Dlatego poświęcam temu oddzielne stronice na końcu książki.

Co jeszcze powiedzieć: Przykro mi, że tak długo?

To na pewno też. Wywiady przeprowadzałam w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, od tego czasu dwoje rozmówców umarło, dwoje zniknęło gdzieś i nie umiem ich odnaleźć, wielu ludzi czekających na książkę przestało wierzyć, że ją zobaczą, niektóre wątki się zdezaktualizowały, niektórzy rozmówcy uznali, że po latach nie chcą już autoryzować udzielonego kiedyś wywiadu.

Co jeszcze? Że mi się nie udało zrealizować zamierzonego celu? Bo chciałam przedstawić całość doświadczenia pierwszego powojennego pokolenia polskich Żydów mieszkających w Polsce do Marca (i także po Marcu), a umknęły mi różne zjawiska – nie tylko te, do których nie dotarłam, ale i będące w zasięgu mojej obserwacji?

Za dużo wątpliwości, niepewności – w dodatku mam poczucie, że nie ogarniam do końca materiału, z którego książka powstała. Widzę tylko poszczególnych rozmówców, pamiętam pasjonujące historie ich życia, twarze, gestykulację, język – każdy z nich mówi do mnie w inny sposób, inną ekspresją i intonacją, każdy nosi inny bagaż tego doświadczenia, którym było ich żydostwo w powojennej Polsce, i myśli o tym inaczej po latach…

To była niezwykła przygoda wybrać się z magnetofonem w świat pamięci Żydów i osób pochodzenia żydowskiego należących do generacji marcowej. Ludzi urodzonych w pierwszej powojennej dekadzie, wyrastających w komunistycznej Polsce i w domach, w których cień Zagłady był na ogół obecny (przy jednoczesnym wielkim wysiłku rodziców chronienia dzieci przed swym własnym bólem) – ludzi, dla których podstawowym doświadczeniem pokoleniowym był Marzec i którzy w większości wyrastali w polskiej kulturze, w polskim języku, byli kształtowani przez polską literaturę, film, teatr i przez polskie jednolite programy nauczania obowiązujące również w szkołach dla żydowskich dzieci.

Doświadczenie tego pokolenia wciąż jest w Polsce mało znane. Nie tylko dlatego, że wiedza o nim razem z ludźmi po Marcu wyemigrowała, ale również przez to, że długo była rozproszona i ukryta w pamięci zbiorowej niewielkich żydowskich grup i środowisk oraz w indywidualnych życiorysach. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych zaczynałam swoje wywiady z przedstawicielami tej generacji – wywiady o tym, jak się było w powojennej Polsce Żydem lub kimś żydowskiego pochodzenia, jakie miejsce w otaczającej moich rozmówców i wszędzie obecnej polskości zajmowało ich żydostwo lub żydowskie pochodzenie i jak zmienił to Marzec – nawet mi do głowy nie przyszło, że dotknę tak różnorodnego socjologicznie i psychologicznie świata! Byłam ograniczona perspektywą warszawskiego środowiska: moich kolegów ze zasymilowanych rodzin o żydowskich korzeniach. Oni zresztą w pewnym momencie swego dorosłego życia (na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych) uznali, że ich żydostwo jest w jakiś sposób ułomne, bo poddane w dzieciństwie i młodości rodzinnym przemilczeniom i zatarte przez wychowanie w polskiej kulturze – i postanowili poznać tradycję przodków i ją kultywować. Ja zaś, szanując tę determinację, czułam zarazem, że to nie mój sposób rozpoznawania żydowskich korzeni. Że to nie jest moja droga do zrozumienia, czym było żydostwo w polskim powojennym i komunistycznym świecie, dlaczego ono takie właśnie było i w jaki sposób, mimo rodzinnych przemilczeń i polskiego wychowania, żydowska przeszłość rodziców jednak na dzieci oddziaływała.

Ciągnęło mnie w pozawarszawski świat. Chciałam zobaczyć, jak w powojennym Wrocławiu, Szczecinie, Wałbrzychu i Łodzi ludzie byli Żydami. Jak sobie dawali radę, nosząc piętno (wydawało mi się wtedy, że to piętno!) żydowskiej inności. Jak, wraz z przechodzeniem z wieku dziecięcego w ­młodzieńczy, zmieniała się ich świadomość żydostwa i polskości, i co z tym zrobili w trakcie Marca i po Marcu. Szukałam rozmówców przez innych rozmówców, przez znajomych znajomych, przez instytucje żydowskie formalne i nieformalne, przez internet. Jeździłam z Wrocławia do Wałbrzycha, z Łodzi do Szczecina, pojechałam aż do Stanów na wiele miesięcy, żeby tam z emigrantami marcowymi mówić o ich życiu – i z wywiadu na wywiad coraz szerzej otwierały mi się ze zdziwienia oczy. Nie mogłam zrozumieć, jak żyjąc w tym samym kraju i w tym samym czasie, ja i moi rozmówcy byliśmy w tak różnych światach! Kiedy Michał Fajersztajn czy Alik opowiadali mi o pełnej etniczno-środowiskowego kolorytu atmosferze szkół i klubów żydowskich z Łodzi i Wrocławia, słuchałam tego jak egzotycznej opowieści. Kiedy Dora i Paulina opisywały swe dolnośląskie miasteczka, gdzie przez wiele lat po wojnie na ulicy wciąż słyszało się żydowski, miałam poczucie, że jestem w świecie fikcji literackiej.

A potem zaczęłam odkrywać, że również w Warszawie, którą, jak mi się zdawało, nieźle znałam, były budzące niedowierzanie zjawiska. Na przykład opisane przez Martę Petrusewicz, Ewę i Włodka śródmiejskie szkoły tepedowskie, w których liczba zasymilowanych uczniów pochodzenia żydowskiego była taka duża, że oni, choć wiedzieli o swym pochodzeniu (prowadziłam wywiady tylko z tymi rozmówcami, którzy o tym dowiedzieli się nie później niż w liceum), to przez wiele lat nie mieli żadnego poczucia inności. Uważali się za polskich patriotów, a choć ich patriotyzm był specyficzny, bo ­opierał się na akceptacji socjalistycznych idei i światopoglądu materialistycznego, sądzili, że reprezentują uniwersalny model przywiązania do Polski i polskości, bo całe ich szkolne otoczenie miało podobną postawę.

Z czasem nabrałam pokory. Przestałam ufać, że łatwo poznam i zrozumiem tę różnorodność życia żydowskiego w powojennej Polsce i że ogarnę jakość kulturową tego zjawiska. Że rozpoznam granice między tym, co polskie i co żydowskie w bagażu dziedzictwa moich rozmówców, i że znajdę na to jakąś definicję. Z grubsza już rozeznawałam się w mapie środowisk żydowskich Polski lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Wiedziałam, że w Warszawie istniała społeczność żydowska prowadząca atrakcyjne życie kulturalne, lecz że oprócz niej było spore środowisko osób pochodzenia żydowskiego nieukrywających swych korzeni, ale czujących się głównie uczestnikami polskiego życia polityczno-społecznego i polskiej kultury. Że z kolei w Łodzi, w Szczecinie czy na Dolnym i Górnym Śląsku Żydzi, którzy licznie tam przybyli po wojnie (zwykle ze wschodnich terenów) i z wielką energią odbudowywali swe żydowskie życie, dzieci jednak kierowali na ogół ku polskiej kulturze. Stwarzając tym między sobą a nimi ogromną generacyjną przepaść.

Zaczęłam również wyłapywać ważniejsze i powtarzające się wątki w moich wywiadach. Że większość rozmówców – a nie tylko grupka mych warszawskich zasymilowanych kolegów – osiągnąwszy doros­łość, odczuwała niedosyt żydowskiego zakorzenienia rodzinnego i kulturowego, bo ich ocalonym z Zagłady rodzicom trudno było mówić z dziećmi o żydowskiej przeszłości. Że ważnym momentem w procesie tożsamościowym wielu moich rozmówców były wyjazdy na żydowskie kolonie i obozy. I że ważnym też, a zarazem często bolesnym przeżyciem, było wprowadzenie po pięćdziesiątym szóstym roku religii katolickiej do szkół, bo to często oznaczało napiętnowanie w oczach katolickich dzieci.

Była jeszcze jedna rzecz uderzająca: że wielu rozmówców pochodziło z domów mniej lub bardziej akceptujących system. Bo rodziny żydowskie, które komunizmu nie uznawały, wyemigrowały na ogół na długo przed Marcem, a ja przeprowadzałam wywiady tylko z tymi, którzy w czasie Marca wciąż mieszkali w Polsce.

Rozpoznając powtarzalność tych – i wielu innych – wątków w moich wywiadach, coraz wyraźniej dostrzegałam wagę indywidualnego doświadczenia każdego z rozmówców. I nieskończoną liczbę czynników zewnętrznych, rodzinnych i psychologicznych, które się na to doświadczenie składały. Coraz bardziej też byłam przekonana, że ono wymyka się wszelkim kategoriom, podziałom i uogólnieniom. I że jedynym sposobem opisania go jest oddanie głosu moim rozmówcom, bo tylko oni mogą je przekazać.

Był jednak pewien problem: jak oddać głos dziewięćdziesięciu osobom, których opowieści trwały po kilkanaście godzin, a częściej i kilka dni?

Po pierwsze, musiałam dokonać wyboru wywiadów do druku. I sprawa ta męczy mnie do dziś: że tyle ludzkich historii pominęłam. Opracowywałam jeden wywiad po drugim, dobierałam je tak, by pokazać całe bogactwo doświadczeń, sytuacji i przeżyć, jakie były udziałem moich rozmówców – a w pewnym momencie materiału nieoczekiwanie zrobiło się tak dużo, że trzeba to było zamknąć. I teraz snują mi się po głowie zdarzenia, cytaty i powiedzonka, których Czytelnik już w mojej książce nie przeczyta. I tak żałuję, że już nie będzie wywiadów z dziewczynami z Bielska-Białej ani z chłopakiem, który wychował się w Zakopanem, ani z rozmówcami z Krakowa i z Żar, ani z wieloma ludźmi z Lublina, Łodzi, Wrocławia…

Po drugie, musiałam uporządkować wywiady. Ale jak uporządkować coś, co jest pełną pourywanych wątków, dygresji, wybuchów złości, a nawet płaczu rozmową czy zwierzeniem? Co czasem jest cało­nocną kłótnią, czasem kulturalną konwersacją przy lunchu, czasem pośpiesznie nagrywanym wywiadem w samochodzie albo na lotnisku. Jeden spisany wywiad ma zwykle od stu do dwustu stron maszynopisu, w sumie tych stron mam około dziewięciu tysięcy. Same zapisy wywiadów, z których składa się książka, liczą ponad cztery tysiące stron! I gubią się w nich nie tylko wątki, ale urywają zdania, myśli, emocje. Bo kiedy wówczas, w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, ­prosiłam ­rozmówców o to, by opowiedzieli mi o swoim doświadczaniu żydostwa krok po kroku, fakt po fakcie i na przestrzeni całego swego życia, to okazywało się, że wielu z nich tak szczegółowej analizy dokonywało w ogóle po raz pierwszy! Dzielili się ze mną spontanicznymi i nie do końca wyklarowanymi sądami i przemyśleniami, to wszystko było jeszcze niezracjonalizowane, niezwerbalizowane, więc stworzyć spójną całość z tego wyrwanego im spod serca materiału…

Zdecydowałam się na kompromis. Kierując się pragnieniem jak najwierniejszego oddania przeżyć rozmówcy, starałam się, po przeczytaniu spisanego wywiadu, zorientować, jakie są punkty przełomowe w rozwoju jego tożsamości, badałam również siebie jako czytelnika: co w wywiadzie zrobiło na mnie największe wrażenie – po czym budowałam zarys kompozycji tekstu, używając już do tego swojej własnej wyobraźni i empatii. Niespójnej opowieści rozmówcy nadawałam spójny kształt i dynamikę. Sama rozkładałam akcenty i pointy, opierając się na własnej intuicji, własnym wyczuciu psychologicznym i własnych doświadczeniach.

Co zatem zostawało z rozmówcy? Niemało: historia jego życia, zapis przeżyć i obserwacji. Zasadą było, że trzymam się opowiedzianych mi przez rozmówcę faktów i nic nie dodaję, nawet jeśli opowieść jest fragmentaryczna (stąd krótkość niektórych tekstów). Zostawał również język rozmówcy: cechy jego składni, słownictwa i charakterystyczne powiedzonka. Zostawała atmosfera naszej rozmowy – moje relacje z rozmówcą, napięcia emocjonalne, jakie się między nami podczas tego tworzyły, oraz charakter naszego języka: języka mówionego, a przez to niestarannego, pełnego niegramatyczności, ale za to z bogatą ekspresją i charakterystyczną dla mowy potocznej metaforyką.

Po opracowaniu wywiadu każdy z nich był przez rozmówcę autoryzowany. I to najczęściej dwukrotnie: pod koniec lat dziewięćdziesiątych w wersji pierwszej i w zeszłym roku w wersji ostatecznej (chyba że nie dotarłam do nich). Autoryzacji dokonywałam niezależnie od tego, czy rozmówca decydował się na ujawnienie nazwiska, czy nie. Prosiłam, by rozmówcy zweryfikowali prawdziwość podanych w tekście faktów, potwierdzili autentyczność ich zapisanych przeze mnie refleksji i odwzorowanych procesów psychologicznych – ale zarazem nakłaniałam ich, by ograniczali swoje zastrzeżenia co do kompozycji i stylu. Oraz żeby nie uaktualniali tekstów, które utrwalały ich poglądy i emocje z momentu prowadzania wywiadu, a to było zwykle parę lat przed pierwszą autoryzacją (nie mówiąc o drugiej!).

Dla rozmówców autoryzacja była sprawą trudną. W jakimś ­momencie opowiedzieli mi coś o sobie – w ciągu wielu godzin, czy nawet wielu dni – zapomnieli potem o wszystkim, a ja po paru latach proszę o akceptację historii ich życia spisanej na podstawie dawnej i zapomnianej już rozmowy. Nie ma tego momentu ani nastroju, poza tym rozmowa toczyła się wokół tylko jednego wątku: żydostwa, a wątek ten wcale nie musiał być dla ich życia najważniejszy i najbardziej dramatyczny, został po prostu wtedy przez nas wyizolowany z całego spektrum innych przeżyć i problemów – i teraz rozmówcy widzieli w tym pewną nieproporcjonalność.

Ponadto niektórym trudno było odtworzyć swoje uczucia i poglądy sprzed kilku czy kilkunastu lat. Dla innych z kolei założenie, że staram się zachować mowę potoczną, było problematyczne i źle się czuli, widząc w tekście swoje błędy językowe. Jeszcze innych peszyła myśl o skutkach publikacji: że własne zwierzenia będą teraz szeroko czytane i może krytykowane. Wszystko to powodowało większy lub mniejszy dyskomfort rozmówców – tym bardziej więc doceniam, że po pertraktacjach i poprawkach w końcu na ogół teksty autoryzowali. I tym bardziej cieszą mnie stwierdzenia tych, którzy mówili, że się w moich tekstach w pełni odnajdują.

W trakcie pracy nad książką musiałam jeszcze zmierzyć się z problemem jej struktury. Wywiady były rozbudowane treściowo, obejmowały wszystkie etapy życia rozmówców, również ich losy pomarcowe – dlatego zdecydowałam się podzielić książkę na trzy części, odpowiadające trzem okresom życia bohaterów. Otwiera ją czas do Marca, potem pokazuję moich bohaterów w Marcu (który prawie dla każdego z nich stanowił dramatyczną cezurę) i wreszcie ich życie po Marcu – aż do momentu, w którym prowadzona była rozmowa.

Każdy wywiad został więc w pewnym momencie przerwany, by znaleźć kontynuację w części drugiej, a następnie w trzeciej. W ten sposób starałam się ułatwić Czytelnikowi porównywanie doświadczeń różnych rozmówców na tych samych etapach ich życia, wczucie w atmosferę opisywanych wielokrotnie, choć przez każdego z rozmówców inaczej, tych samych wydarzeń czy zjawisk – i ogarnięcie losu nie tylko jednostek, ale także całej generacji.

Przyznam się, że książkę wypuszczam z rąk z pewnym niepokojem. Nie jest to bowiem taka całość, jaką sobie zamierzyłam. Chciałam pokazać wszystko, wszystkie aspekty życia opisywanego pokolenia, dotrzeć do różnych środowisk i sytuacji – a po paru latach okazało się, że nie utrwaliłam pewnych ważnych zjawisk. Nie mam na przykład ani jednego wywiadu z osobą pochodzenia żydowskiego, która w Polsce lat osiemdziesiątych przeszła na katolicyzm, a fenomen ten, nawet jeżeli nieczęsty, był zauważalny (miałam taki wywiad, ale z powodów technicznych nie dało się odczytać taśmy). Nie mam też wywiadów z ludźmi ze środowiska skupionego w latach dziewięćdziesiątych wokół rabina Schudricha, co jest niewybaczalne. Bo grono to – i sam rabin Schudrich, ze swoją charyzmą – rozpowszechniając formułę żydostwa odwołującego się do tradycji, odegrało ogromną rolę nie tylko w świadomości pokolenia marcowego, ale i w polskiej kulturze tamtego okresu w ogóle (miałam jeden wywiad świetnie oddający atmosferę wewnątrz tego środowiska, opracowałam go, ale rozmówca w końcu nie zdecydował się na publikację).

Muszę jednak uczciwie powiedzieć, że wtedy, w połowie lat dziewięćdziesiątych, ludzie z tego grona, których zresztą dobrze znałam, robili na mnie wrażenie przekonanych, że odnajdywanie żydowskich korzeni jest ich misją, często wypowiadali się w mediach na temat tego, jak być Żydem czy jakimi są Żydami, i ja ich właściwie świadomie nie ­zaprosiłam do rozmowy (tych najbardziej znanych). Bałam się, że ta energia tworzenia silnej żydowskiej tożsamości zdominuje wywiad i odbierze mu autentyczność. Dziś tego żałuję, widząc, jak głęboka jest ich żydowska przemiana – i przykro mi, że tak ważny fragment procesów tożsamościowych tego pokolenia nie znalazł w książce odbicia.

Podobnego zaniechania dokonałam w stosunku do znanych postaci Marca. Zakładałam, że ich również nie zaproszę do wywiadu, bo jako osoby publiczne będą się w rozmowie za bardzo kontrolowały. Na szczęście nie byłam tej zasadzie absolutnie wierna (co Czytelnik zauważy), i dzięki temu pewien obraz warszawskiego przedmarcowego fermentu jednak w książce jakoś jest widoczny.

Oddzielny problem, o którym już wspominałam, stanowi odległość czasowa między publikacją książki a momentem prowadzenia wywiadów. Dwanaście, trzynaście, czternaście lat – ludzie się postarzeli, dorobili wnuków, dzieci rozmówców są już dziś dorosłe i zaczynają szukać własnej formuły żydostwa. Zmieniła się odległość psychologiczna między Polską a emigrantami marcowymi. Do osiemdziesiątego dziewiątego roku nie dostawali wiz do Polski, co boleśnie wzmacniało ich poczucie wyrzucenia, jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy z nimi rozmawiałam, ciągle czuli bagaż tego wieloletniego odcięcia – dziś natomiast dostęp do Polski mają łatwy i wielu z nich bywa tu często, co łagodzi trochę ból i częściowo przenosi go w sferę intelektualnej refleksji. Zmieniły się również pewne obszary polskiej świadomości. Z jednej strony jest tu zainteresowanie etnicznością, wielo­kulturowością i wieloreligijnością, a z drugiej, po debacie o Jedwabnem, ostra dyskusja o antysemityzmie i wola różnych polskich środowisk do zmierzenia się z tym problemem. Zmienił się też poziom samoświadomości pokolenia marcowego, zarówno w Polsce, jak i na emigracji. W Polsce grupa Żydów zafascynowanych powrotem do tradycji wymusiła swą skrajną postawą refleksję tożsamościową na całym rówieśniczym pokoleniu, na emigracji zaś, gdzie w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych powstały liczne nowe kanały komunikacji emigrantów: biuletyn emigracji ’68, lista internetowa emigracji ’68 i pismo internetowe emigracji ’68, odbywa się przez ostatnie lata nieustająca i bardzo żywa dyskusja na temat ­tożsamości i historii tego pokolenia.

Myślę dziś, że miałam szczęście, mogąc dotrzeć z magnetofonem do moich rozmówców, zanim dyskusja ta zaczęła się upowszechniać. Że uchwyciłam ich żydowską świadomość w momencie, kiedy jeszcze się do końca nie zwerbalizowała, nie oszlifowała w dysputach internetowych, ale ciągle była trudną do wyartykułowania emocją. To trochę łagodzi wstydliwość faktu, że moja książka w jakimś sensie jest nieaktualna. Co więcej, z jej nieaktualności czyni pewnego rodzaju zaletę. Bo chwyta tożsamość rozmówców w tym niejako „prenatalnym” momencie, pokazując impet i świeżość ówczesnego wysiłku odkrywania przez to pokolenie jego tożsamościowego podłoża, i utrwala odległy już czasowo i psychologicznie, a niezwykle ważny, moment wkraczania tego pokolenia w dojrzałość. Moment kiedy wraz z osiągnięciem wieku średniego, ludzie zaczynali odnajdywać w sobie potrzebę, energię i wolę zrozumienia własnej tożsamości i historii, zrozumienia, w jak szczególnym momencie przyszli na świat (po Zagładzie), w jak szczególnym ­geopolitycznym ­miejscu i czasie się wychowywali (w komunistycznej i dążącej do uniformizacji kulturowej Polsce), i jak silny miało to wpływ na ich sposób postrzegania swojego żydostwa i polskości.

To wszystko chyba, co mogłabym o tej książce powiedzieć. I nie chce mi się wierzyć, że w ogóle wypuszczam ją z rąk. Chętnie pracowałabym nad tekstami jeszcze dłużej, ale nie mogę. Jestem winna tę książkę moim rozmówcom, jestem ją winna tym, którzy mnie przy niej wspierali i towarzyszyli, jestem winna ją mojemu pokoleniu, również sobie samej – w jakimś też sensie winna ją jestem pokoleniu Rodziców.

Dlatego książkę zamykam i oddaję. A wraz z nią – opowieści, z którymi obcowałam przez ostatnie piętnaście lat. Teraz muszą już one iść w świat same, żyć swoim własnym życiem, na własny rachunek.

No i już beze mnie.

Joanna Wiszniewicz, luty 2008

CZĘŚĆ PIERWSZA

ANDRZEJ

Warszawa

O tym, że jestem Żydem, nie wiedziałem. Ochrzczono mnie, byłem u komunii, a w trzeciej klasie, kiedy wprowadzono religię do szkół (w pięćdziesiątym szóstym roku), ojciec kazał mi na religię chodzić.

Ale mniej więcej w tym okresie coś się stało z kolegami w szkole. Odsunęli się ode mnie. Powiedzieli, że jestem Żydem, że moi rodzice przed wojną mieli inne, żydowskie nazwisko, wychowawczyni także kierowała pod moim adresem kąśliwe uwagi.

To był cios! Bo byłem lubiany. Poskarżyłem się rodzicom („o co tym chłopakom chodzi?!”) i wiesz co? – oni mi nie powiedzieli. Oburzali się ze mną na klasę, wspierali w przyjaźni z kolegą, który mówił, że jest Żydem, i teraz mu dokuczano tak jak mnie, uczyli, że trzeba bronić ludzi krzywdzonych i opierać się antysemityzmowi, bo jest przejawem najwyższego prymitywizmu i chamstwa – ale o tym, że sam jestem Żydem, mi nie powiedzieli.

Czy mam o to do nich pretensje? Nie, nie mam pretensji. To takie amerykańskie: mieć pretensje do rodziców! Wyobrażam sobie, że uznali za nieodpowiednie poinformowanie dziecka o tym w momencie, gdy wszyscy je atakują. To zresztą w ogóle musiało być dla nich kłopotliwe, bo oni jeszcze przed wojną, mieszkając w Krakowie, czuli ambiwalencję wobec żydostwa – wobec tych Żydów tradycyjnych, religijnych, zamkniętych w świecie swych żydowskich nakazów. Sami uważali się za Żydów ciekawszych, tych, których żydostwo jest otwarte i nowoczesne. Żydostwo było dla nich taką jakby aspiracją kulturalną, że Żydzi to jest coś w rodzaju wspólnoty rozproszonych po świecie liberalnych inteligentów, wśród których kulturalny Żyd z Krakowa świetnie się porozumie z kulturalnym Niemcem, Polakiem czy Włochem, nawet zresztą nie Żydem, a po prostu Europejczykiem o orientacji otwartej i liberalnej. Od Żydów tradycyjnych dzieliła ich przepaść kulturowa. Ileż to razy ja od nich w moim powojennym dzieciństwie (bo urodziłem się w czterdziestym siódmym roku) słyszałem: „Nie garb się tak jak rabin! Nie wymachuj rękami jak w żydowskim miasteczku!”.

A jednocześnie w tej ich koncepcji żydostwa – zakładającej uniwersalizm cywilizowanego świata – mieściło się przeświadczenie o wadze przynależności do narodowych kultur państw, w których się żyje. Rodzice nigdy nie byli kosmopolitami, to byli polscy patrioci, którzy w Polsce widzieli, że coś tam jest, jakaś tajemnica, wspaniałe rzeczy się dzieją. Ojciec chodził do polskiej szkoły – był wychowany na Sienkiewiczu, na wartościach romantycznych, w czasie wojny walczył w AK – i owa romantyczna polskość, ten tradycyjny polski etos romantycznego bohaterstwa i patriotyzmu były dla moich rodziców elementami niezwykle ważnymi. Ważniejszymi nawet niż żydostwo.

Ich dystans do żydostwa pogłębiał jeszcze chrzest, który przyjęli wiele lat przed wojną (ja miałem starych rodziców) i traktowali przede wszystkim jako gest zbliżający ich do polskiej kultury, nie zaś do religii i katolicyzmu. Moja matka ochrzciła się w dwudziestym szóstym roku, kiedy brała ślub z ojcem, a jego rodzina przeszła na katolicyzm jeszcze przed pierwszą wojną, gdy ojca stryj został generałem w austriackim wojsku (bo monarchia od swojego generała oczekiwała, że będzie wyznawcą panującej religii). Po drugiej wojnie ten ich dystans do żydostwa pogłębiony został jeszcze o poholokaustowy kompleks: wstyd za żydowskie poniżenie. Rodzice mieli jakieś poczucie, że są rodzaje śmierci mniej godne i bardziej godne i że z pójściem na śmierć tych mas ze sztetli nie wszystko było w porządku. Na pewno nie uważali życia tamtych biednych ludzi ginących w komorach za mniej warte niż swe własne życie (ja nie chciałbym być wobec ­moich rodziców oskarżycielski!), ale pamiętam, jak zawsze podkreślali, że mój starszy brat walczył jako łącznik w powstaniu warszawskim i zginął od granatu. Jako harcerz­-żołnierz. Miał ledwie czternaście lat i zginął godną śmiercią! Nikt go do gazu nie zapędził. A poniżenie tamtych ludzi jadących w wagonach dla bydła na masowy mord bolało rodziców strasznie. Tak strasznie, że żydostwo po Holokauście stało się dla nich czymś jakby dwuznacznym i wstydliwym.

I pewnie dlatego mi o nim nie powiedzieli.

I jeszcze raz ci mówię: nie, nie mam o to do nich pretensji! To przecież była taka filozofia poradzenia sobie z tamtym. Taka decyzja, którą wielu polskich Żydów po wojnie podjęło. Skończyć, zapomnieć. Zostawili sobie to swoje fałszywe okupacyjne nazwisko, o którym wiadomo było na pewno, że nie jest żydowskie – i już. Skończyć z tym! Skończyć z żydostwem, z Holokaustem, z przeszłością, wszyscy jesteśmy tacy sami, Polacy, nie ma być żadnych…

Wiesz, ja dopiero w osiemdziesiątym piątym roku po raz pierwszy pojechałem do Oświęcimia i Treblinki. Już jako emigrant, przyjechawszy do Polski tylko na chwilę z wizytą. Bo w czasach mojego dzieciństwa i młodości w wielu rodzinach żydowskich się tego nie robiło. I kiedy stosunkowo niedługo po wojnie polska propaganda zaczęła milczeć na temat szczególności okupacyjnego losu Żydów, kiedy Oświęcim zaczęto traktować jako miejsce, gdzie wszyscy (a nie przede wszystkim Żydzi) byli ofiarami, gdzie wszyscy (a nie przede wszystkim Żydzi) ginęli – to ludziom w rodzaju moich rodziców ta oficjalna linia odpowiadała. To był element sprzyjający ich asymilacji, integracji – to była droga do wyparcia tamtej potworności.

Więc jeszcze raz ci powtarzam: nie, nie mam o to do nich pretensji.

Ale też nie jest mi z tym zbyt wygodnie. Bo ja ogromnie jestem do nich przywiązany i zawsze miałem o nich wysokie mniemanie – a to jest jednak pewien moment słabości: swoje żydostwo jak brudną jakąś tajemnicę przechowywać, część siebie samego ukrywać. To mi się nie podoba, ja bym dziś tego tak nie zrobił, ale czy my w ogóle możemy zrozumieć ludzi tej strasznej epoki? Bo oni przeszli przez to wszystko, a potem chcieli już to mieć za sobą, chcieli mnie przed tym uchronić, myśleli, że to pomoże…

To nie pomogło. To na pewno nie pomogło!

Chociaż – a czy ja wiem? Może stałem się przez to bardziej odporny na antysemityzm? A może mniej odporny? Bo z jednej strony to od razu uczyniło dla mnie żydostwo czymś wstydliwym, postawiło w pozycji defensywnej, więc pod tym względem niedobrze, ale z drugiej… Może ci Żydzi, co twierdzili, że być Żydem jest równie dobrze, albo i lepiej nawet niż Polakiem – może oni w Polsce czuli się obco, nie mieli tej mojej psychicznej swobody bycia w Polsce u siebie, bycia w Polsce w domu?

Nie wiem. Tu na pewno coś jest nie w porządku. Ale czy to wina moich rodziców? Czy otoczenia? Czy błąd? Czy po prostu takie było powietrze?

*

Na mnie przeszłość okupacyjna rodziców szalenie ciążyła. Bo zawsze sądziłem, że nie jestem taki jak oni. Oni mieli niesamowitą inicjatywę, niesamowite poczucie tego, co zrobić, żeby przeżyć – uciekali, chowali się, zmieniali adresy, nazwiska – a ja bym chyba tak nie umiał. W taki sposób bym tego nie przeżył.

Bo jak to można wytrzymać? Ucieczki przez pięć lat, chwili spokoju! I jeszcze oni tworzyli wspaniały zespół taki, bo matka wszędzie w czasie wojny potrafiła zdobyć pieniądze na chleb, produkując mydło (po prostu zapamiętała z lekcji chemii w szkole, jak się mydło robi), a ojciec miał nieprawdopodobną intuicję, jeżeli chodzi o niebezpieczeństwo. Zawsze wiedział, w którym momencie uciekać, zmienić adres, i matka całkowicie mu ufała. Kiedy raz na Podhalu ktoś rodziców ostrzegł, że w pobliskiej miejscowości Niemcy ich szukają (a mieszkali wtedy u chłopa z moją czternastoletnią wówczas siostrą i jedenastoletnim bratem – tym, który później zginął w powstaniu warszawskim), to ojciec najpierw powiedział: „Pakujemy się i uciekamy!”, i matka szybko wszystkich zapakowała, potem wyszedł na chwilę na spacer i zmienił zdanie: „Ee, daj spokój, nigdzie nie jedziemy”, i matka znów wszystkich rozpakowała, potem poszedł na jeszcze jeden spacer, pomyślał i zdecydował: „Wyjeżdżamy!”, i matka jeszcze raz bez słowa rodzinę zapakowała, uciekli – a kilka dni później gestapo całą wieś przetrząsnęło, szukając rodziców (i takich sytuacji zdarzyło im się jeszcze parę).

Rodzice uciekali z powodów i żydowskich, i politycznych. Bo ojciec – krakowski adwokat, który bronił komunistów (sam będąc socjalistą) – figurował na liście osób poszukiwanych przez Niemców. Więc oni najpierw ukrywali się na pobliskim Podhalu, a potem uciekli do Warszawy, gdzie wcześniej już przeniosła się spora część ich krakowskiego środowiska. To była w dużym stopniu żydowska inteligencja, bo w przedwojennym Krakowie istniało szerokie inteligenckie środowisko Żydów zasymilowanych, a wśród nich też wychrzczonych – i ci krakowscy przyjaciele pomogli rodzicom załatwić po aryjskiej stronie w Warszawie mieszkanie, załatwili im fałszywe papiery i wciągnęli do akowskiej konspiracji. Ojciec był oficerem AK, a matka brała udział w pomocy ukrywającym się Żydom: nosiła im jedzenie i pieniądze.

Jak, będąc Żydówką, ona nie bała się kręcić po ulicach i chodzić do ukrywających się Żydów? Nie wiem, ale zawsze była tak odważna i energiczna, że potrafiła zniknąć, nim ktokolwiek się nią zainteresował. Później twierdziła, że w czasie okupacji Żydów rozpoznawano nie po wyglądzie, a po lękliwym spojrzeniu (i pewnie dlatego żaden szmalcownik matki nigdy nie zaczepił, ojca zaś, mimo jego „dobrego wyglądu”, parę razy wciągnięto do bramy, na szczęście zawsze umiał się wykręcić) – ale kiedy dorosłem, opowiadała czasem straszne rzeczy. Na przykład o swej podopiecznej Żydówce, ukrywającej się za pieniądze z kilkuletnim synkiem w schowku u jakiejś baby. Baba zawsze witała matkę wrednym spojrzeniem i burkliwą uwagą: „ta to przynajmniej ma wygląd” – dając do zrozumienia, że w matce również żydostwo rozpoznaje, a Żydów ukrywa wyłącznie dla zysku. Mimo to matka odwiedzała tę Żydówkę i przynosiła jej pieniądze i jedzenie. Synek Żydówki szalenie się do mojej matki przywiązał, tulił, ona była jedyną osobą z zewnętrznego świata, którą widywał – i dopiero w czasie powstania warszawskiego ten kontakt się urwał. I kiedy po powstaniu matka poszła znowu do tej kamienicy, okazało się, że Żydówki z synkiem nie ma, a sąsiedzi mówią o ich odejściu różne sprzeczne rzeczy.

I wtedy matka zrozumiała, że tę kobietę i dziecko ci ludzie po prostu zabili. Bo w czasie bombardowań niebezpiecznie było mieć Żydówkę w domu. A kiedy później powiedziała ojcu, co się stało, on tylko ją zapytał: „I co z tym zrobisz? Pójdziesz ich skarżyć do sądu?”.

I rodzice zostawili to po prostu.

Oni po wielekroć podkreślali, że w Polsce istnieli ludzie niezwykle ofiarnie pomagający Żydom, mimo że pomoc ta była szalenie niebezpieczna i prowadzona w ogromnym osamotnieniu. I zawsze mówili, że sami też bez pomocy Polaków nie przeżyliby okupacji. A przecież cały ten czas, przez wszystkie te lata wojny, nosili w sobie świadomość, że ich prawdziwym niebezpieczeństwem nie są Niemcy – choć oczywiście zabijają, zabierają z gett ludzi do obozów, a jednak na aryjskiej stronie nie mają pojęcia, kto tam jest Żydem, a kto nie – ale polski szmalcownik. Albo zawistny sąsiad. Albo nieznajomy przechodzień, który może Żyda rozpoznać, zadenuncjować czy zdemaskować choćby nieumyślnie.

Rodzice w czasie wojny nawet najbliższym polskim znajomym bali się powiedzieć, że są Żydami. Nawet ludzie z AK o nich nie wiedzieli! (z wyjątkiem ich krakowskich przedwojennych przyjaciół). I nie wiedzieli o nich też późniejsi współwięźniowie ojca w Woldenbergu (gdzie był jeńcem wojennym po powstaniu warszawskim) – poza jednym tylko oficerem, który z ojcem spał na wspólnej pryczy, po wojnie został moim chrzestnym ojcem, a wiele lat później, w Marcu sześćdziesiątego ósmego (ojciec wtedy już nie żył), niespodziewanie do mnie zadzwonił i przyszedł z wizytą.

I matka jeszcze mówiła, że ona tylko w momentach nalotów bombowych czuła się w czasie wojny naprawdę bezpiecznie. Bo tylko wtedy miała pewność, że nikt się jej żydostwem nie będzie interesował.

*

Po wojnie do naszego warszawskiego mieszkania przychodzili różni poważni panowie profesorowie, panowie mecenasi – ze środowiska tych przedwojennych krakowskich Żydów zasymilowanych, które zadomowiło się już wtedy na stałe w Warszawie. Ale koledzy ojca z AK i z Woldenbergu u nas nie bywali. Bo to nie byli jego bliscy przyjaciele, on z nimi miał niewiele wspólnego: najniższy rangą (jedyny kapitan) w obozie, i nie był zawodowym wojskowym, i w dodatku dużo od nich młodszy.

A jednak raz ich do siebie zaprosił. Na mój chrzest. To był czterdziesty ósmy rok i ten chrzest, o rok zresztą spóźniony, był takim gestem pokazującym, że ojciec, mimo flirtu z powojenną władzą, swoich akowskich znajomości bynajmniej się nie wypiera.

Bo ojciec z władzą komunistyczną rzeczywiście flirtował. Przed wojną socjalista, człowiek wprawdzie lewicy, ale nie komunistycznej, tylko liberalnej (wtedy w Krakowie było silne środowisko socja­listyczno­-liberalne, zdecydowanie niekomunistyczne) – po wojnie znalazł się wśród tych socjalistów, którzy współpracę z komunistami podjęli. Trochę go w tym kierunku pchano (Aniela Steinsbergowa go po wojnie pchała, Cyrankiewicz, przedwojenny krakowski inteligent­-socjalista pchał), trochę faworyzowano: zrobiono dyrektorem administracyjnym Huty Pokój na Śląsku, potem dyrektorem Centrali Zbytu Węgla, posłem socjalistów (kiedy PPS występowała jeszcze jako oddzielna partia), potem posłem PZPR­-u (kiedy PPS „zlał się” z PPR­-em), a w pięćdziesiątym roku został dyrektorem departamentu kulturalnego Ministerstwa Finansów…

Swoich akowskich kolegów, którzy w tym czasie siedzieli w więzieniach, ojciec, jak tylko mógł, starał się wyciągać (i czasem się udawało) – ale i jemu także w końcu akowską przeszłość władze wypomniały. Wezwano go w pięćdziesiątym drugim do KC, zarzucono, że nie zdezerterował z AK (na co powiedział, że do dezercji trzeba się urodzić, i rzucił legitymację partyjną), potem go usunięto z pracy i czekał na aresztowanie, a kiedy szedł ulicą, znajomi odwracali głowy.

Na szczęście umarł Stalin i ojca nie aresztowano. Dostał poślednią posadę w Instytucie Naukowo­-Badawczym Kolejnictwa, dorabiał tłumaczeniami – a kiedy przyszedł Październik, to zrehabilitowano go i mianowano sędzią Sądu Najwyższego. I znowu w to wszedł! Bo miał nadzieję, że teraz system w Polsce jednak złagodnieje, że będzie odrobinę przyzwoiciej (może nie tak jak we Francji, ale że można liczyć na korzystne zmiany).

Ja to rozumiem, bo trochę ten okres pamiętam. Bo byłem takim dzieckiem kręcącym się przy dorosłych. Pamiętam te rozmowy przyjaciół ojca o Gomułce: kto to jest i czy ma szansę coś zrobić – pamiętam taki moment oddechu: wtedy dużo się działo i sporo było wolno. I nawet kiedy ta sfera swobody zaczynała się już kurczyć, kiedy zamk­nięto „Po Prostu” i widać było, że politycznie się już bardzo zaciska, to u nas w domu wciąż jeszcze się zastanawiano, czy to odbywa się za sprawą Rosjan czy Gomułki.

– Czy ten Gomułka musiał tak zrobić? – pamiętam dyskusje ojca z przyjaciółmi. – Czy to on zamknął czy Rosjanie? I jakie on planuje dalej te swoje manewry?

Był rodzaj zaufania, że Polska z Gomułką to już będzie coś innego. Dlatego właśnie ojciec nadal godził się partycypować w tym wszystkim.

Potem by zresztą doszło do następnych scysji ojca z władzami, ale on w sześćdziesiątym roku umarł.

A wkrótce potem uświadomiłem sobie, że jestem Żydem.

*

To stało się jakby w wyniku nagłego olśnienia. Zobaczenia czegoś, co od dawna powinno być już dla mnie oczywiste. Znalazłem w domu jakąś książkę z dedykacją: „For Herman Rittigstein”, zapytałem matkę, kto to jest ten Herman, ona odpowiedziała: „twój ojciec” – i wtedy natychmiast wszystko zrobiło się dla mnie zrozumiałe. Przypomniały mi się moje antysemickie incydenty, kiedy dzieci w szkole mówiły, że mój ojciec miał przed wojną żydowskie nazwisko, przypomniałem sobie, że korespondowaliśmy z kuzynem, który mieszkał w Izraelu, powiązałem fakty…

Byłem więc jakoś na tę wiadomość przygotowany. Nie spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba. Ale to nie była dobra wiadomość. Nie chciałbym tu nic upiększać – to było coś nieprzyjemnego dla mnie. Jakbym dowiedział się, że jestem trochę trędowaty. Bo od tego momentu moje życie towarzyskie zaczęło być skomplikowane, i wiedziałem już, że kiedy tylko ktoś poruszy wątek żydowski, to wkrótce padnie: „A Żydzi to, Żydzi tamto”, i nie będę umiał reagować (być obrażonym czy nie usłyszeć?), i na cokolwiek się zdecyduję, to i tak potem ogarnie mnie niesmak. Więc kiedy rok albo dwa lata później w Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności (zwanym też Klubem Michnika) spotkałem ludzi, którzy słowa „Żyd” używali w zupełnie innych, normalnych i często pozytywnych kontekstach, było to dla mnie takie zaskoczenie, że nawet powodowało jakby lekki mój dyskomfort.

Klub Michnika – gdzie mnie Adam wciągnął już na samym początku, chodził wtedy do mojej szkoły, Liceum Batorego – to było środowisko niezwykłe. Licealiści, którzy nie interesowali się piłką nożną, tylko filozofią, socjologią, ekonomią, i to już w dziewiątej klasie! Młodzież szalenie inteligentna, zachłanna na wiedzę, niesamowicie wcześnie rozwinięta intelektualnie. Na profesorach, którzy do nas przychodzili (a Michnik ciągle nam sprowadzał profesorów z Uniwersytetu, pisarzy, dziennikarzy), musieliśmy robić niesamowite wrażenie! Spotykaliśmy się na wydziale filozofii, a potem w Staromiejskim Domu Kultury, w sekcjach wygłaszaliśmy referaty o Platonie, Arystotelesie i Tomaszu Hobbesie (była sekcja filozoficzna, ekonomiczna i socjologiczna), na ogólnych spotkaniach dyskutowaliśmy z zaproszonymi gośćmi – byliśmy jedyną chyba w całym obozie komunistycznym grupą szkolnych uczniów, którzy zorganizowali się tak całkowicie samodzielnie i na taką skalę! Liczba uczniów dochodziła tam niekiedy nawet do stu, oczywiście masę w tym było pozerstwa i często mówiło się o książkach, których się w ogóle nie czytało – ale jednocześnie ta snobistyczna atmosfera zmuszała, żeby czytać więcej, wiedzieć więcej i lepiej się orientować. Byliśmy bezczelni i hucpiarscy, śmiano się z nas na mieście, że pyskacze, że „klub raczkujących rewizjonistów” – ale ja życzyłbym każdemu młodemu człowiekowi, żeby na swojej drodze spotkał grupę ludzi tak intelektualnie rozbudzonych. I tak łapczywie zainteresowanych wszystkim.

Klub Michnika to głównie było środowisko dzieci czerwonej burżuazji – takiej będącej już trochę w odstawce (rodzice to często eks­komuniści i eks­prominenci) – i pewnie dlatego większość przychodzącej tam młodzieży była mocno przywiązana do socjalizmu. Ale takiego opozycyjnego i rewizjonistycznego socjalizmu: z krytycznym nastawieniem do stalinizmu i Polski gomułkowskiej też, i z gotowością do rozliczania przeszłości komunistycznej. W związku z tym historia ruchu robotniczego omawiana tam była ciągle, trzydziesty ósmy rok, sprawy czystek, KPP, rozgrywek różnych – to wszystko absolutnie niecenzuralne i szalenie interesujące, a dla wielu tych ludzi bliskie też w jakiś sposób rodzinnie.

Więc właśnie w tym środowisku dosyć często słyszałem słowo „Żyd” mówione tak, jakby ktoś z dumą to manifestował. Bo grono to było dość żydowskie, niektórzy należeli nawet do TSKŻ-u – i dla mnie zarówno taki skład grupy rówieśniczej, jak i obecna tam pozytywna aura wokół słowa „Żyd” stanowiły zaskakującą nowość. I czasem peszyły. U pewnych osób dostrzegałem chełpliwość w traktowaniu swojego żydostwa, czy wręcz prowokacyjność – i słysząc ich rzucane półżartem uwagi: „Żydzi oczywiście muszą być inteligentniejsi” albo „On nie jest Żydem, więc nie może być inteligentny”, czułem w tym odreagowywanie antysemityzmu. Jakby ci ludzie chcieli światu powiedzieć: „A właśnie że my się żydostwa nie wstydzimy! Antysemic­kie otoczenie skłania nas do tuszowania naszego żydostwa, więc pokażemy otoczeniu i sobie samym (a zwłaszcza sobie samym!), że się naszego żydostwa nie wstydzimy!”.

I w takich chwilach natychmiast zaczynałem myśleć o tych, którzy w Klubie Michnika nie byli Żydami. Jak odbierali tego rodzaju sytuacje, skoro mnie, Żyda, to tak deprymowało? I rzeczywiście ktoś z nich mi po latach powiedział, że przez swój brak żydostwa czuł się tam trochę jakby handicapped. Upośledzony. Ale na szczęście zdarzenia te były sporadyczne i nie pomniejszały istoty tego miejsca: niezwykłej energii ludzi tam, żeby się dowiadywać i rozwijać.

Bo Klub Michnika był bardzo poważną instytucją. Na długi czas stworzył środowisko, z którego wiele osób znalazło się potem w elitach intelektualnych i politycznych. Ci, którzy wyemigrowali, także dzisiaj kimś są. To miejsce odegrało w życiu wielu ludzi ogromną rolę, również w moim: tam właśnie zainteresowałem się filozofią, tam właśnie zawarłem przyjaźnie intelektualne, które mi zostały do dziś.

A że czasami dawała znać o sobie żydowska hucpa?

A niechże! Przynajmniej jedno takie środowisko w Polsce, w którym lepiej było być Żydem niż nie­-Żydem.

*

Środowisko Klubu Michnika było częścią innego, dużo szerszego środowiska: środowiska polskiej elity intelektualnej.

A ta elita była czymś więcej niż elitą. To była taka jakby „klasa” intelektualna w Polsce, jak gdyby jedna wyższa warstwa społeczna pełniąca w latach sześćdziesiątych – i później zresztą też – zastępczą rolę czegoś w rodzaju arystokracji czy burżuazji (bo tamte w socjalizmie przestały istnieć, gdy odebrano im pieniądze i znaczenie). Te kręgi intelektualne w innych krajach wyglądają inaczej, niż to było wtedy w Polsce: są podzielone na profesje i mają różne kryteria przynależności. A w Polsce należeli tu i artyści, i profesorowie, i ludzie wolnych zawodów – a wszystko to połączone opozycyjnością wobec władzy i wymieszane: z jednej strony ekskomuniści i środowisko Klubu Michnika, z drugiej zaś katolicy różni, inteligenci jacyś z przedwojennymi sympatiami i koneksjami (a więc przeciwni socjalizmowi). W sumie z parę tysięcy osób, a całość w pewnym sensie centrowa. Ze względu na ekskomunistów nie można tam było być za bardzo na prawo (zwłaszcza nacjonalistycznie), a ze względu na ludzi wrogich systemowi – za bardzo na lewo.

Ja do tej elity należałem i jako Michnikowiec, i dlatego że był w niej kiedyś ojciec (który już nie żył). Bo przynależność tam się ­dziedziczyło: jeśli twój ojciec był profesorem, literatem czy aktorem, to miałaś tu dostęp zupełnie naturalny. Ale też pomagało to, że kogoś znałaś albo miałaś jakieś osiągnięcie reputacyjne: na przykład napisałaś dwa artykuły albo w kawiarni powiedziałaś coś dowcipnego. Oczywiście lepsze wrażenie zrobiłaby na pewno dobrze napisana książka. Ale ponieważ środowisko było małe i wszyscy się znali, to po co pisać książkę, którą przeczytają trzy osoby, skoro można ją opowiedzieć w kawiarni i efekt reputacyjny jest ten sam?

Dla kogoś z zewnątrz przebicie się do tej elity było trudne. Ale raz osiągnięta pozycja trwale tam człowieka definiowała jako „kogoś z nas” i stracić ją można było tylko w jednym wypadku: jeżeli człowiek się ześwinił w kontaktach z władzami. Tego jednego nie było ci wolno! A to dawało szalony opór i jednoczesną jasność kryteriów moralnych. Bo było oczywiste, kto jest człowiekiem porządnym, a kto nie – i cena przyzwoitego zachowania właściwie nie istniała. Nawet więzienie nie było bardzo wygórowaną ceną! Bo w latach sześćdziesiątych system już przestał być taki represyjny, a bycie zaaresztowanym dodawało splendoru i chwały.

*

Przy końcu szkoły średniej (gdzieś sześćdziesiąty piąty, sześćdziesiąty szósty rok) już trochę się od grona Michnikowców oddaliłem. Bo oni byli rewizjonistami, a ja w tym czasie stawałem się zapiek­łym anty­komunistą. I czułem, że nie tylko komunizmu, ale i żadnego socjalizmu w ogóle nie chcę! Że mnie ten system doprowadza do szału, że irytuje mnie brak książek, normalnego życia, otwartego mówienia. Z nienawiści do komunizmu zacząłem szukać jego przeciwwagi w wartościach narodowych, zacząłem przeżywać jakąś polsko­-narodową egzaltację, w pewnym momencie wpadłem nawet w obsesję i na świat patrzałem tylko pod tym kątem, czy coś zaszkodzi komunistom, czy im nie zaszkodzi…

Oddalając się trochę na prawo, wszedłem w inne kręgi ludzi: był tam Krzyś Michalski, był Wojtek Karpiński (niby to samo środowisko warszawskiej inteligencji, ale mniej komunistyczne i mniej żydowskie może troszkę też, a także z pewnymi narodowościowymi akcentami). I choć utrzymywałem kontakty z Michnikowcami (Adam zawsze przychodził na moje urodziny), to ich poglądy budziły we mnie coraz większy sprzeciw.

Więc pewnie dlatego w przygotowaniach tej grupy do protestu marcowego nie uczestniczyłem. I zaangażowałem się dopiero wtedy, kiedy oni w Marcu zostali wyaresztowani.

ciąg dalszy opowieści na stronie 307

MARTA PETRUSEWICZ

niektóre imiona w tekście zmienione

Warszawa

Myśmy się urodzili po wojnie w Śródmieściu: moi przyjaciele i ja. Oni byli dziećmi przyjaciół rodziców – z tego środowiska przed­wojennych komunistów Żydów, którzy znali się jeszcze z sanacyjnych więzień, z przedwojennych organizacji różnych nielegalnych, z pism jakichś – i po wojnie my, ich dzieci, razem chodziliśmy do przedszkola wojskowo­-komunistycznego, razem jeździliśmy na wakacje do specjalnych rządowych domów wczasowych i razem poszliśmy do TPD­-owskiej szkoły im. Gottwalda. Słynnej czternastki – szkoły „czerwonej burżuazji” (tej stalinowskiej jeszcze). W mojej klasie wszystkie dzieci były w zasadzie dziećmi ministrów i wiceministrów, wielu ojców miało służbowe samochody i szofera do dyspozycji, mieszkaliśmy w wygodnych mieszkaniach, w których porządek utrzymywały gosposie.

Czy wiedziałam, że moje koleżanki szkolne i przedszkolne to często Żydówki? Nie, i o wielu nie wiedziałam aż do sześćdziesiątego ósmego roku jeszcze. Ale dla mnie problem żydostwa i inności bardzo długo nie istniał. Bo nikt wokół nie był inny! Wszystkie znajome dzieci były tak samo jak ja niewierzące i często też tak jak ja żydowskie (ale bez głębszej świadomości żydostwa). I chociaż kiedy z moją przyjaciółką Lucynką szłyśmy z nianią i ludzie się na ulicy pytali, czy to może Cyganeczka albo Hiszpaneczka – to dla nas to było tylko miłe zainteresowanie. Nie oznaczało niczego niepokojącego. I nawet kiedy nasza gosposia oświadczyła mi, że jestem Żydówką i trzeba mnie od tego żydostwa „zbawić” – nawet wtedy jeszcze mnie to nie zdziwiło! Wręcz przeciwnie: to „zbawianie” było jak zabawa w podchody, bo wszystko się odbywało w sekrecie przed rodzicami: i zaprowadzenie mnie do kościoła, i przedstawienie bardzo miłemu księdzu, i nawet obdarowanie mnie przez niego świętymi obrazkami, które potem w domu musiałam chować pod materacem.

I w tej ekscytacji w ogóle nie dotarł do mnie fakt, że tu chodziło o usunięcie ze mnie czegoś! O oczyszczenie mnie z mojej nieodpowiedniej części.

Bo żydowskiej.

*

W domu rodzice byli bardzo zajęci. Mama robiła doktorat i habilitację, a tatuś był lekarzem wojskowym i prowadził Instytut Hematologii (nazywał się Hausman). Ale już w pięćdziesiątym trzecim roku tatuś umarł. I ta jego śmierć tak do końca nie jest wyjaśniona (czy to zawał, czy to było samobójstwo). Bo on wynalazł nowy jakiś sposób konserwacji krwi, tę krew wysłano na wojnę do Korei i ona doszła tam nie bardzo w porządku (na szczęście na nikim jej nie użyto). A ponieważ w Rosji trwało właśnie szaleństwo wokół rzekomego spisku lekarzy żydowskich, to tatusia od razu oskarżono o sabotaż, wyrzucono z partii, z pracy i zaraz potem nastąpiła ta jego tajemnicza śmierć.

Po trzech latach moja mama ponownie wyszła za mąż i przepro­wadziliśmy się na Żoliborz. No i ja zmieniłam szkołę. Bo mój drugi tata, Petrusewicz (to w ogóle był rewelacyjny człowiek), nie lubił tego śródmiejsko­-rządowo­-wojskowego getta i mówił nam, że my – to znaczy ja i Ewa, jego córka z pierwszego małżeństwa o rok ode mnie młodsza – powinnyśmy iść do normalnej szkoły i wychowywać się z normalnymi dziećmi, a nie z dziećmi z uprzywilejowanych klas społecznych.

Ten mój drugi tata był naprawdę strasznie miły taki. Strasznie! I uczył nas, że nie należy się niczego bać, bo nie ma się czego bać – i że trzeba być komunistą (on był przedwojennym komunistą, ale nie był Żydem). I że bycie komunistą to jest właśnie to, że się człowiek nie boi, i jest marynarzem albo partyzantem, i broni ­zwierzątek, i potrafi się w lesie poruszać (on był biologiem, przez jakiś czas także właśnie marynarzem). No i komunista oczywiście zawsze jest ze wszystkimi uciskanymi i siedzi w więzieniu – więc się trzeba przygotować! I mówił mi:

– Nie pal, bo jak będziesz siedzieć więzieniu, to ci zabiorą papierosy i będą mieć powód do szantażu!

– Pamiętaj, że jak będziesz siedzieć, to ci mogą zabrać poduszkę, więc się naucz spania bez poduszki!

Oczywiście twierdził też, że wszyscy są równi – ale ja widziałam, że nie wszyscy, i że my na przykład, nasza rodzina, jesteśmy zdecydowanie uprzywilejowani. Bo on był ministrem w kilku powojennych rządach, a także prezesem Polskiej Akademii Nauk, i sekretarzem Wydziału Nauki KC. I mieliśmy piękny dom z ogrodem, a w nim oddzielną gosposię i oddzielną „wychowawczynię”, która pilnowała mojego i siostry odrabiania lekcji. I jeszcze był u nas dochodzący ogrodnik, i dochodzący palacz, a w kuchni ciągle przesiadywał służbowy kierowca ojca.

Ja codziennie w drodze do szkoły mijałam na Brodzińskiego śmierdzące rudery, w których robotnicze rodziny (często pijackie) żyły w strasznej biedzie, i nawet raz opisałam ten kontrast w klasowym wypracowaniu „Moja ulica” i tata mnie bardzo poparł, że mam wrażliwość społeczną (on mnie w ogóle we wszystkim popierał). Ale ja już wtedy wiedziałam, że on nawet nie ma pojęcia, ile kosztuje bilet tramwajowy!

I w dodatku zdradził się z tym przy mojej koleżance, i ja potem okropnie się bałam, że ona to zapamięta i ja będę się musiała za mojego tatę wstydzić.

*

W mojej klasie w szkole na Żoliborzu (TPD nr 1 na Felińskiego, ta słynna „Jedynka”), tylko troje dzieci było niewierzących: Grażynka, Henio i ja. A ponieważ właśnie nadszedł czas komunii, to dzieci się dowiedziały, że my nie chodzimy do kościoła (szkoła była bez religii­, ale wszyscy stamtąd i tak po lekcjach chodzili do tego samego ­księdza na katechezę) – więc zaczęto nam z tego powodu dokuczać. Ja byłam duża, bez kompleksów i dawałam sobie radę (kiedy taki wielki drugoroczniak zaczął mnie ciągnąć za włosy i szeptać: „Żydówa, Żydówa”, to z taką siłą wbiłam mu w policzek stalówkę zanurzoną w atramencie, aż mu się zrobił tatuaż, który chyba ma do dziś!), ale Grażynka i Henio nie byli tak przebojowi. Grażynka się bez przerwy mazała, a Henio – mały, gruby, z odstającymi uszami, platfusem i beznadziejnie grający w piłkę… Ktoś taki, kto jeszcze do tego jest Żydem, natychmiast przecież podłoży się przerośniętym drugoroczniakom, którzy tylko szukają ofiary! Więc Heniowi pewnego dnia specjalnie na boisku wybili ząb (któryś z nich zamiast kopnąć w piłkę, kopnął w Henia), a jakiś czas później zaciągnęli go na szkolny strych i przybili tam do krzyża za uszy.

Tak! Zrobili krzyż i ukrzyżowali na nim Henia za uszy!

My z Grażynką i Heniem zawsze w tym okresie wychodziliśmy ze szkoły razem (podświadomie chyba dla bezpieczeństwa), tego dnia Henia jednak wciąż nie było i zaczęłyśmy go z Grażynką szukać po całej szkole, weszłyśmy na strych, on tam leżał do tego krzyża przybity – odczepiałyśmy go, odbijałyśmy mu te uszy z krzyża, on nam zemdlał, potem szukanie woźnego, pogotowie, i jeszcze ta Grażynka, taka malutka, z czarnymi warkoczami i taka łzami zalana zupełnie!

I potem nasz Henio był operowany, bo dostał zakażenia uszu, bo go do tego krzyża zardzewiałymi gwoździami przybili, przy okazji operacji wyprostowali mu te uszy i już nie ma takich odstających…

Wiesz, ja później nigdy z Heniem o tym zdarzeniu nie rozmawiałam i nawet nie wiem, czy on o nim komukolwiek opowiedział. I co w ogóle mógł wtedy myśleć, co czuł – nie pamiętam zresztą, co ja sama wtedy czułam! A to przecież na pewno musiał być dla nas z Grażynką straszny szok, bo myśmy naprawdę Henia zdejmowały z krzyża! Więc takiej historii nie można chyba ot tak spokojniutko przeżyć, prawda? Nie można nad nią tak spokojnie przejść do porządku chyba?

Nie wiem. Mówisz, że to wyparłam? Może.

*

A potem byliśmy oczywiście wszyscy przesłuchiwani w gabinecie dyrekcji na tę okoliczność. Ale żadne z nas nie zdradziło, kto przybił Henia do krzyża, bo należeliśmy już do walterowskich „zuchów”, a etyka walterowska uczyła nas, że się nie donosi. W naszej żoliborskiej „Jedynce” harcerstwo walterowskie prowadził Jacek Kuroń, i on to zdarzenie długo potem w drużynie analizował. I ja z moim tatą też dużo na ten temat mówiłam – i zarówno Jacek, jak i tata, podkreślali, że dopóki są na świecie antysemici, dopóty każdy przyzwoity człowiek jest Żydem. Przez solidarność! (sami zresztą obaj nie byli przecież Żydami). I tata jeszcze opowiadał, że kiedy przed wojną na Uniwersytecie Wileńskim wprowadzono getto ławkowe, to on i grupa innych polskich studentów stali wtedy razem z żydowskimi kolegami, żeby podkreślić swoją solidarność właśnie.

Dziś widzę, że żydostwo w rozumieniu Jacka i mojego taty miało polegać głównie na poczuciu godności i nawyku mobilizowania się do odpierania ataku antysemitów. I w tej ich interpretacji żydostwa zupełnie się gubiło pytanie, czym żydostwo w ogóle jest. I kim jest ktoś taki jak Żyd. A przecież dla mnie właśnie ta ograniczona wykładnia żydostwa – ograniczona, bo ahistoryczna i akulturowa – była wtedy najbardziej naturalna i jest mi bliska jeszcze do dziś. Bo w moim domu żydostwo właściwie nie istniało, już matka mojej mamy (moja babka) na początku dwudziestego wieku pracowała jako lekarka (co oznaczało wówczas Żydówkę nadzwyczajnie wyzwoloną!), bracia babki, ku ogólnemu zgorszeniu, pożenili się w Petersburgu z jakimiś tancerkami, mąż babki – mój dziadek biznesmen – w wolnych chwilach pisywał recenzje literackie po polsku, w domu mówił po polsku, był niewierzący i niepraktykujący… Więc z jakąś bardziej skomplikowaną interpretacją żydostwa w ogóle byłoby mi trudno utożsamić się emocjonalnie. A tymczasem taka prosta wykładnia Jacka i mojego taty pozwalała mi czuć się dumną Żydówką i manifestować to wobec antysemitów.

*

Jacek i tata przez długi czas byli moimi największymi autorytetami. I moi rodzice zawsze się do Jacka zwracali, kiedy miałam jakiś ostry bunt czy coś, żeby on mi przemówił do rozsądku (bo on był jedyny, który miał na mnie jeszcze jakiś wpływ). I do Jacka ja przez całe życie z różnymi problemami chodziłam. Od momentu, kiedy mając osiem lat, wstąpiłam do zuchów w jego Walterowcach.

W Walterowcach zawsze bardzo dużo było zabawy. Ale jednocześnie z nauką: że jeśli jesteśmy Apaczami, to bycie Apaczem polega na pomaganiu słabszym, że jeśli śpiewamy piosenki, to piosenki różnych narodów – polskie, rosyjskie, żydowskie, a także rewolucyjne: hiszpańskie z okresu wojny domowej, chińską piosenkę z okresu rewolucji, kubańską piosenkę z okresu rewolucji. Uczył nas Jacek, uczył Sewek Blumsztajn – a wkrótce potem ja następne dzieci też uczyłam, bo po skończeniu dziesiątego roku życia mogłam już samodzielnie prowadzić zastęp ośmiolatków.

Ty wiesz, że ja jeszcze do dziś pamiętam rodziców tych dzieci, jak przed obozem przychodzą do mnie – dziesięcioletniej dziewczynki! – i mówią: „Tu jest lekarstwo dla mojego dziecka, trzeba mu je dawać trzy razy dziennie”. Rozumiesz? Powierzali mi swoje dziecko i jego lekarstwo! I to poczucie odpowiedzialności, którą ty w wieku dziesięciu lat bierzesz na siebie za te dzieci ośmioletnie. Owszem, na obozie byli też jacyś dorośli, tak zwana obozowa kadra – ale to jednak głównie my, dziesięciolatkowie, z tymi ośmiolatkami rozbijaliśmy namioty, to my braliśmy ich do lasu i spędzaliśmy z nimi czas. Bo w Walterowcach dzieci wszystko same mogły zrobić, wszystkiego same mogły się nauczyć, nie było ograniczeń typu: „Poczekaj, jak dorośniesz, to zobaczysz”.

Dzieci też mogły wszystko dyskutować i kwestionować (Jacek zachęcał do tego, żebyśmy mieli swoje zdanie i umieli go bronić), a jednocześnie tam był niesamowity kult kolektywności! Jeśli współzawodnictwo, to nie, jak w „normalnym” harcerstwie, między poszczególnymi dziećmi, ale między zastępami. Jeśli ktoś popełnił wykroczenie, to cały zastęp tracił punkty, a za czyjeś indywidualne osiągnięcie cały zastęp był wyróżniany. I w dodatku to same dzieci z zastępu dodawały lub odejmowały zastępowi punkty! I ciśnienie tej odpowiedzialności było tak wielkie, że czasami one tego nie wytrzymywały. Ja jeszcze dziś pamiętam rozpacz jednego chłopczyka, kiedy okropnie szlochając, wyznawał nam, że zjadł sam w lesie wszystkie słodycze z paczki, którą dostał od rodziców, że z nikim się nie podzielił (a w Walterowcach jak ktoś dostał paczkę, to musiał się nią podzielić z całym zastępem) i teraz – oświadczał nam – zastęp musi sobie przez niego obniżyć punktację.

Jacek nas uczył też, że bycie mniejszością nie jest mankamentem. Bo my, czerwone harcerstwo z czerwonymi chustami, byliśmy na tle ówczesnego skautowskiego ogólnopolskiego harcerstwa mniejszością. I Jacek się z tamtych harcerzy­-skautów trochę wyśmiewał – i my za nim też. I chociaż dzisiaj wiem, że nie jest to najlepsza metoda wychowawcza, to pamiętam, jak nam to wtedy dodawało poczucia ważności tego, co robimy (że tamci skauci bawią się w bezużyteczne podchody, a my oferujemy wiejskim dzieciom zajęcia i pomagamy w siano­kosach i to ma jakiś sens) – i jak uczyło nas bycia innym z szacunkiem dla własnej inności. I z umiejętnością cieszenia się z niej.

Ciekawe, że mimo iż byliśmy czerwonym harcerstwem (w Walterowcach przyrzekało się „sprawy zastępu stawiać ponad sprawy własne, sprawy drużyny ponad sprawy zastępu, a ideę komunizmu ponad wszystko inne”), wszystko tam prowadziło nas (paradoksalnie) ku opozycji. Bo przede wszystkim ta zachęta Jacka do dyskutowania i kwestionowania wszystkiego sprawiała, że zaczynaliśmy dostrzegać pęknięcia systemu. W drużynie na przykład sporo było ubogich robotniczych dzieci (czy nawet młodocianych żuli wyciągniętych przez Jacka z żoliborskich spelun), i to od razu rodziło pytanie: „Dlaczego dzieci robotników w robotniczym państwie są biedne, a ich rodzice piją albo są w więzieniu?”. Albo na przykład kochaliśmy piosenki Bułata Okudżawy i oburzało nas, że są w Rosji zakazane. Albo walterowski nakaz, że się nie donosi: to było przecież jak trening do późniejszych przesłuchań na milicji! Oczywiście wtedy, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, Jacek o żadnym przygotowywaniu nas do opozycji w ogóle nie myślał, on nas tylko wychowywał tak, jak uważał, że wychowywać należy.

Ale wystarczyło.

*

W żoliborskiej „Jedynce” czułam się w pełni zintegrowana z dziećmi (antysemickie historie wygasły, jak skończyły się te pierwsze komunie), ale w szóstej klasie mnie z „Jedynki” wyrzucono. Bo zaczęłam rozrabiać, wagarować, hormony mi zwariowały, walterowskie harcerstwo też się już dla mnie zrobiło za grzeczne – i wylądowałam w szkole im. Stefanii Sempołowskiej. Która była takim skrzyżowaniem przedwojennej pensji dla panien i szkoły komunistycznej.

Wtedy bywałam już w Klubie Michnika (gdzie mnie wprowadziła moja przyjaciółka Lucynka) i to, o czym tam mówiono, opowiadałam potem dziewczynom z Sempołowskiej. Później zaczęłam im przynosić „Kulturę” paryską (krążyła w Klubie Michnika) i „Biuletyny Specjalne” (wyciągnięte od mojego taty). I żebyś ty widziała, jak te panienki z dobrych domów czytały to z płonącymi policzkami pod ławką! Potem one wybrały mnie szefową szkolnego ZMS­-u, moją przyjaciółkę Basię Weigl też wybrały – na szefową samorządu szkolnego – i opanowałyśmy szkołę. Dyskusje, spotkania z różnymi ludźmi organizowałyśmy, był u nas Janek Strzelecki, była później debata o „Liście otwartym” Kuronia i Modzelewskiego (to już w klasie przedmaturalnej, po tej debacie zresztą partyjni nadzorcy zabronili nam tych spotkań).

Oczywiście wszystko to głównie miało taki aspekt nastolatkowej przekory. Bo po to przecież zawładnęłyśmy szkolnymi organizacjami, żeby móc robić na złość naszym nauczycielkom! Dochodziły w nas do głosu bunty różnego rodzaju, seks, normalna młodzieżowa kontestacja – ale jednocześnie to było ważnym społecznym doświadczeniem. Bo ja dopiero w Sempołowskiej zobaczyłam, jak bardzo ludzie w Polsce boją się rzeczy politycznie zakazanych. Nauczycielki tam nam nawet wprost mówiły, że się boją! – i kiedy na historii na przykład padało z klasy pytanie wykraczające poza podręcznikowe ­ograniczenia, to historyczka zaczynała nagle szybko i głęboko oddychać, rozpaczliwie trzepotać rękami i tak trzepocząco z pośpiechem mówiła: „Ach, przestańcie, przestańcie, bo to tylko będą dla mnie i dla was kłopoty”.

Przedtem ja nie widziałam tego strachu. W TPD­-owskiej „Jedynce” koledzy przekrzykiwali się na przerwach, że w Polsce jest radziecka okupacja, że akowscy bohaterowie siedzą w więzieniach, a komuniści tępią polski naród. A ja im odkrzykiwałam, że są wsteczną czarną reakcją i mówią nieprawdę – bo przecież mnie tata przekazywał zupełnie inną wersję historii. I dopiero wiele lat później zorientowałam się, że w „Jedynce” też był strach i że ludzie, którzy się tam bali, byli nawet bardzo blisko mnie! Bo moja ówczesna przyjaciółka powiedziała mi, jak już byłyśmy dorosłe, że jej ojciec – który kiedyś należał do AK i potem siedział za to kilka lat w więzieniu – zawsze, jak przychodziłam do nich do domu, przed moim przyjściem zdejmował krzyż ze ściany! Żebym ja, dziecko żydokomuny i nomenklatury, swoim rodzicom nie doniosła przypadkiem. Ja tam do nich bardzo często i bardzo chętnie przychodziłam, chyba po prostu lubiłam u nich być – a oni się mnie bali.

*

Kiedy byłam już w liceum, najważniejszym dla mnie środowiskiem stała się taka moja międzyszkolna gromada żoliborskich rówieśników. Szeroka i wymieszana. Znaliśmy się i z Walterowców, i z różnych żoliborskich szkół, i z żoliborskich podwórek (pamiętasz te wielkie żoliborskie kolonie?). Wojtek Topiński (Topek), Mirek Sawicki, Sewek Blumsztajn – bez przerwy razem spędzaliśmy czas. Siostry Kolarskie mieszkały na Niegolewskiego, więc jak się szło Niegolewskiego… Tak, jak na Żoliborzu: idziesz, patrzysz w okno (one mieszkały na parterze) i jak ktoś jest, to się po prostu wpada.

To moje międzyszkolne środowisko było czymś innym niż dziewczyny z Sempołowskiej i czymś innym niż Klub Michnika (do którego chodziliśmy trochę). Klub Michnika był dla nas inspirujący, tam odbywały się spotkania z bardzo ważnymi profesorami – ­Kołakowski, Schaff, wszystko szalenie sophisticated – ale to jednak było Śródmieście. To było in. Tam chodziły eleganckie panienki z dobrych domów, co to uczyły się we francuskich klasach u Żmichowskiej, nosiły szpilki i na pewno nie potrafiły wdrapywać się na drzewa i rozrabiać – a myśmy byli z Żoliborza! Mieliśmy własny, luźny styl, śpiewaliśmy, tańczyli, a na wakacje, zamiast jeździć wciąż, jak tamci, do Złotych Piasków czy domów Urzędu Rady Ministrów, ruszaliśmy na obozy walterowskie, żeby na wsi pomóc chłopom zbierać siano.

Nasz Żoliborz był szalenie spójny i szalenie specyficzny. Inspiracje z Klubu Michnika rozwijaliśmy we własnym gronie i po swojemu: samiśmy dyskutowali, sami wyszukiwali sobie książki. Na Żoliborzu mieszkała pani Anna Radziwiłł, ta słynna nauczycielka historii z Liceum im. Lelewela (później wiceminister w rządzie Mazowiec­kiego i w innych rządach), i zapraszała do siebie swoich ulubionych uczniów, robiła takie domowe kursy niecenzuralnej historii. Mirek Sawicki i Krzyś Michalski do niej chodzili, potem nam opowiadali, pożyczali książki, to nas kształtowało. I choć ja u niej byłam chyba tylko raz (bo ona nie uczyła w mojej szkole), to jednak właśnie dzięki niej w pewnym momencie zaczęłam rozumieć, że człowiek, który jest przeciwnikiem komunizmu, może być kimś inteligentnym i uczciwym. Wcześniej tak nie uważałam, wychowana przez mojego ojca i indoktrynowana przez szkołę – i w okolicach drugiej czy trzeciej klasy liceum dotarło do mnie wreszcie, że antykomunistyczna opozycyjność zasługuje na uwagę i szacunek.

I zaczęły mi się otwierać oczy na to, czym było powstanie warszawskie, kto tej Polski tak naprawdę bronił, co się stało z ludźmi z AK – no i co to był stalinizm.

ciąg dalszy opowieści na stronie 313

BRONKA KARST

Warszawa

Czy byliśmy inni? Na naszej żoliborskiej XI kolonii WSM na pewno. Bo sąsiedzi traktowali nas jako innych. Dokuczali gosposi, że pracowała u Żydów, ja nie poszłam do pierwszej komunii, niektóre dzieci na podwórku nie chciały się ze mną bawić, kiedyś nam ktoś drzwi wysmarował gównem. Wiesz, ja wierzę, że człowiek jest inny dlatego, że narzuca mu się tę świadomość z zewnątrz. Rosło się od dziecka, wiedząc, że się różnisz (choć niezbyt jasne czym) – i to jest tak, jak ktoś ma niebieskie oczy czy zielone, czy brązowe, i żyje cały czas z tym kolorem. Tak się żyło w Polsce z tą innością bycia Żydem.

I ja nawet ojca nie pytałam o to. Bo jeśli są rzeczy, o których się nie mówi, to o nie nie pytasz – a u nas w domu o żydostwie się nie rozmawiało. On w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że ja „wiem”, ja sobie zdałam sprawę, że on wie (że ja „wiem”) – i już. Żadnej rozmowy. W dzieciństwie prawdopodobnie rodzice mi nic nie mówili, bo nie chcieli, abym o tym rozmawiała z rówieśnikami, kiedy zaś byłam starsza i jeździłam do naszej rodziny w Belgii – a to była rodzina bardzo żydowska i ojciec tam ze swoją siostrą rozmawiał często w jidysz – też się o tym nie mówiło, bo sprawa była czymś oczywistym, normalnym i akceptowanym. Pamiętam właściwie jedno tylko wyraźne stwierdzenie ojca na ten temat. Jak mu powiedziałam, że chcę jechać na obóz TSKŻ­-u (bo znajomi jechali), a on się wtedy strasznie zdenerwował, powiedział, że mieszkamy w Polsce i jesteśmy tacy sami jak wszyscy, i nie będziemy się separować i należeć do innej grupy. I że na żadne obozy TSKŻ­-u ja nie będę jeździła!

I już więcej o tym się nie rozmawiało.

Poza tym moja inność była nie tylko żydowska. Moją innością było także to, że mieszkałam tylko z ojcem (rodzice byli rozwiedzeni i u mamy spędzałam niedziele). I że ojciec był pisarzem i miał specyficzny rytm życia: jak wychodziłam do szkoły, to on jeszcze spał, jak przychodziłam, to go już nie było, obiad podany przez gosposię jadłam sama, potem on wracał i pisał w swoim gabinecie, potem szedł do znajomych i kolację znowu jadłam sama.

I innością było nasze trzypokojowe mieszkanie. Bo ojciec miał zezwolenie z Ministerstwa Kultury na gabinet, a na tej samej klatce schodowej mieszkały z rodzicami w jednym pokoju z kuchnią bez łazienki moje dwie przyjaciółki i do nas chodziły się kąpać.

To też była moja inność. Nie tylko żydostwo i nie tylko to, że nie wiedziałam nic o przeszłości moich rodziców.

*

Bo nie wiedziałam. I do dzisiaj prawie nie wiem! Mama jeszcze teraz nic nie mówi – przeszła przez koncentracyjne obozy niemiec­kie i jej cała rodzina zginęła, macocha chyba tylko się uratowała. I z ojca rodziny też wszyscy, którzy byli w Polsce, zginęli. Jego matkę z innymi żydowskimi kobietami Niemcy wywieźli za miasto (w Rzeszowie czy w Tyczynie) i tam musiała kopać swój grób, i ją zastrzelili – a on sam wcześniej jeszcze uciekł na wschodnie tereny, które właśnie Rosjanie zajęli, i został tam przez nich zaaresztowany, że był bez paszportu. Oskarżyli go o szpiegostwo, dali karę śmierci, próbował popełnić samobójstwo w celi, ale go odratowali, karę śmierci zamienili na dwadzieścia lat łagrów na Syberii, tam przeżył, wrócił z polską armią jako podporucznik…

Ale sam mi nigdy tego nie powiedział, tylko podsłuchałam. Miałam dwanaście, trzynaście lat, pojechaliśmy do Kazimierza, był wieczór, do ojca przyszedł pewien pan, ojciec myślał, że już śpię, ja stałam pod drzwiami i słuchałam.

To wszystko musiało na mnie zrobić niesamowite wrażenie, skoro jeszcze w tej chwili ci o tych rzeczach opowiadam takim głosem! Ale ja go nigdy potem nie pytałam już o te tematy. A jak z dzieckiem o czymś nie rozmawiasz, ono się nie pyta i nie zastanawia nawet.

I pewnie dlatego ja dość długo o tym w ogóle nie myślałam. Tym bardziej że u nas w domu się na kupę innych tematów mówiło. Przyjaciele ojca wpadali po spacerze albo przychodzili wieczorem grać w karty i dyskutowali o różnych rzeczach, często politycznych.

Ale o przeszłości rozmów nie było. Przeszłość nie była wtedy w Polsce tematem numer jeden, pamiętasz?

*

W szkole o przeszłości też z kolegami się nie rozmawiało. Ani o przeszłości, ani o żydostwie – mimo że większość osób, z którymi się wtedy przyjaźniłam, to byli Żydzi. Nie wiem zresztą, dlaczego akurat w taki sposób się dobraliśmy – to byli koledzy ze szkoły, moją szkołą było TPD nr 1 na Felińskiego, spotykaliśmy się po lekcjach, chodziliśmy na prywatki, na których prowadziliśmy dysputy antyreżimowe, śpiewaliśmy wywrotowe piosenki, a mnie i moją przyjaciółkę Bożenę koledzy podsadzali na szafę i ryczałyśmy te piosenki z szafy, i tam świetnie niosło! Ale dopiero po maturze zdałyśmy sobie z Bożeną sprawę, że wszystkie osoby w naszej paczce były Żydami. W rozmowach nikt z nas naszego pochodzenia nie roztrząsał (wiedzieliśmy, ale to nie było tematem), poza tym nic nas nie różniło od reszty młodzieży z Żoliborza: tak samo byliśmy oczytani, tak samo z pochodzeniem inteligenckim, tak samo o zróżnicowanym poziomie materialnym – a jednak przylgnęliśmy do siebie właśnie my.

Oczywiście każdy z nas prawdopodobnie jakieś historie anty­semickie za sobą miał. Ja na przykład z trochę wcześniejszego okresu szkolnego pamiętam, jak jeden chłopak z klasy (on mi się podobał, nawiasem mówiąc), powiedział do mnie przed lekcją: „ty kurwo ­Żydówo”. Ja go spytałam, czy „kurwo” to dlatego, że się źle prowadzę, czy że jestem Żydówką? – a on: „bo jesteś Żydówką”.

Nie przypominam sobie swojej reakcji na to. Prawdopodobnie weszłam normalnie do klasy. Ale pewnie nie spłynęło to tak ze mnie całkiem, skoro ci to jeszcze teraz opowiadam (popatrz, jakie głupie rzeczy człowiek przechowuje w głowie!).

ciąg dalszy opowieści na stronie 327

EWA

imię bohaterki zmienione

Warszawa

Więc wiesz, to jest coś takiego, z czego się moja przyjaciółka śmiała: że jak ja mówię na ulicy słowo „Żyd”, to ściszam głos. Nie jestem w stanie powiedzieć tego głośno. Parę miesięcy temu na spacerze z nią wspomniałam, że ciotka znajomego jest Żydówką, to „Żydówką” powiedziałam ciszej, a ona jak nie wrzaśnie: „Czemu szepczesz, kiedy mówisz »Żyd«?! Wstydzisz się tego!”. I ja natychmiast zaczęłam się rozglądać, czy ktoś obcy aby nas nie słyszy.

Od dzieciństwa wiedziałam, że o tym, że jesteśmy Żydami, się nie mówi głośno. Się nie mówi głośno. U mnie w domu zresztą właściwie nie używano słowa „Żyd”, tylko tego charakterystycznego powiedzenia: ex nostris. Ja go długo nie rozumiałam, myślałam, że to jest jedno słowo określające jakichś ludzi, że ludzie dzielą się na tych, którzy są ex nostris, i tych, co nie są, i to mi się wydawało bardzo tajemnicze. Określenie ex nostris pojawiało się zwykle w kontekście czyjegoś zagrożenia, jakichś prześladowań, głównie politycznych – a zarazem w aurze pewnej wspólnoty. I oczywiście wymawiano je półgłosem. Dużo czasu musiało upłynąć, zanim zorientowałam się, co ono naprawdę znaczy – i od tej chwili już go bardzo nie lubiłam.

Kim byli dla nas ci ex nostris? To trudne do zdefiniowania. Najprościej rzec – żydowscy inteligenci, którzy przychodzili do domu moich rodziców. Specyficzny typ ludzi. Otwarci na świat, na nowinki, znający języki, traktujący kulturę tak, jakby nie miała granic. Jakby mieli poczucie, że mogą być obywatelami w różnych krajach, w ­każdym miejscu. To nie był chyba kosmopolityzm. Ale na pewno jakiś brak zakorzenienia. Poczucie braku osadzenia w tradycyjnej polskiej kulturze. Zafascynowanie najnowszymi kierunkami socjologicznymi we Francji. Ich rozmowa skrzyła się nieustannym dowcipem, mieli szczególny rodzaj poczucia humoru, inteligencji, zainteresowań (na ogół humanistyczno­-filozoficzne). I myślę, że moje dzisiejsze wymagania towarzyskie są konsekwencją tego, że w dzieciństwie przebywałam właśnie z nimi.

*

Oprócz aury wnoszonej przez owych ex nostris specyficzną atmosferę naszego domu tworzyła obecność w nim kultury rosyjskiej. I w ogóle życia radzieckiego. To się przejawiało w rozmowach moich rodziców, w dowcipie, w ciągłym cytowaniu „Lejzorka Rojtszwańca”, w anegdotkach (na przykład o stanowisku żartobliwie nazywanym „Zamkom po mordzie” – to był skrót od Zamiestitiel Komisaria po Morskim Diełam). Wiele książek w naszym domu to były książki rosyjskie – i rodzice, jeśli nie chcieli, żebym rozumiała, o czym mówią, przechodzili na rosyjski. A ponieważ to mnie ciekawiło, szybko się nauczyłam rosyjskiego, i potem prócz Mickiewicza i Słowackiego czytałam Puszkina i Lermontowa. I to były dwie właściwie tak samo bliskie mi kultury.

Jednym z ważniejszych symptomów obecności życia radzieckiego w moim domu były opowieści ojca o łagrach. On się w łagrze znalazł pod koniec lat trzydziestych jako syn działaczki KPP (Stalin rozprawiał się wtedy z polskimi komunistami), i myślę, że ja w pewnym okresie mojego dzieciństwa peniłam rolę jakby psychoterapeuty ojca. Miałam dwanaście, trzynaście lat, nikt już chyba wspomnień ojca nie chciał słuchać, a ja dużo czasu z nim spędzałam i on opowiadał mi całe swoje obozowe życie. Dzień po dniu. Szczegóły. Jak mu kazali wieźć chleb, a ten chleb się ukruszył, brakowało i mogli go za to rozstrzelać. Jak było zimno i jak oni konstruowali piecyk, żeby nie zamarznąć. Jak się rąbie las, jak się robi tratwę, jak stłukł okulary i nie widział, w którą stronę upadają ścinane przez niego drzewa (i one go mogły zabić). I jak przyjaciel malarz mówił: „Do każdej rzeczy musi być idea i ­wykonanie. Ideą moją jest, żeby szybko zrąbać drzewo, a co do wykonania, powierzam je wam” – po czym siadał na wyrębie, żeby kontemplować wschód słońca, a potem musiał oczywiście umrzeć z głodu, bo racje żywnościowe uzależnione były od wykonania normy.

Wiesz, są dzieci, które historii rodzinnych słuchają jak bajki czy westernu. Ale świat opowiadany mi przez ojca nie był westernowy. To była bardzo nieprzyjemna wizja świata. Tam dominowało totalne zagrożenie, brak perspektywy – oraz to, że musisz bez przerwy pamiętać, że trzeba stać przy swoim i bronić prawdy. Niezależnie od tego, czy cię boli na ciele, czy duszy, masz być lojalny wobec idei, która była u początku! Będą cię zmuszali do sprzeniewierzenia się wartościom, do wrogości wobec drugiego człowieka, ktoś ci po drodze żonę zapuszkuje, paznokietki wyrwie – a ty masz wciąż być dzielny. Przeciwko tobie zwrócą się nawet ludzie z twojej formacji, a ty i tak będziesz równo podążać w tym samym kierunku.

Lekturami mojego dzieciństwa były powieści o komunistach, których inni komuniści wsadzili, i oni tego nie mogą zrozumieć. Sama zresztą znałam przyjaciół rodziców, którzy przeszli przez łagry w Związku Radzieckim, a potem w Polsce w czasach stalinowskich siedzieli, wciąż będąc komunistami. Wychowana więc na tych historiach uważałam, że więzienie, obóz, walka należą do każdego życiorysu, bo to jest oczywista cena, jaką płaci się za własne poglądy. Ojciec nawet uznawał to za naturalną zasadę działania świata. Znał bowiem tylko taki świat: komunistyczny i zamknięty, bo miał ledwie czternaście lat, kiedy jego matka komunistka, uciekając z sanacyjnej Polski przed aresztowaniem, wywiozła go nielegalną drogą do Moskwy.

W Moskwie ojciec – dorastając w kominternowskim środowisku polskich komunistów, coraz bardziej odsuwanych, podejrzanych i wreszcie wyaresztowywanych – boleśnie doświadczał działania komunistycznego systemu i uczył się poruszania w nim. Kiedy go dwukrotnie wyrzucano z Komsomołu za kontrowersyjne poglądy (już jako studenta), to za każdym razem tak się potrafił wybronić, żeby tym swoim przekonaniom nie zaprzeczyć. A kiedy NKWD oskarżyło jego matkę o „walkę przeciwko linii partii i Kominternu” i w związku z tym on też był przesłuchiwany, nie zawahał się oświadczyć, że ona jest dla niego autorytetem osobistym i politycznym. To ojca dodatkowo obciążało, ale rozumiał, że w tej sytuacji i tak nie uniknie aresztowania, i żadne kunktatorstwo ani oględność sformułowań jego losu w sposób istotny nie zmienią.

Ja dużo czytałam literatury o Związku Radzieckim tamtych lat, bo to mnie ciekawiło jako świat młodości moich rodziców. I miałam wrażenie, że tam w pewnym momencie wchodzisz w taką jakby koleinę, która cię prowadzi prosto do łagru. Robisz różne rzeczy, które cię tam w końcu prowadzą. Zaczynasz bronić wartości, to ma jakieś konsekwencje, potem eskalujesz tę swoją postawę wraz ze świadomością nieuchronności wydarzeń…

Mój ojciec kiedyś nawet czekał na aresztowanie. Wyliczył sobie, że ono musi nastąpić tuż przed 1 Maja (czy przed rocznicą rewolucji październikowej, już nie pamiętam), więc za całe miesięczne stypendium studenckie nakupował sobie ciastek, żeby choć raz w życiu najeść się ich wreszcie do syta – ale wtedy się akurat pomylił i go nie wsadzili. I potem przez następny miesiąc miał już ponoć do jedzenia tylko kipiatok.

*

Mama, podobnie jak ojciec, również była dzieckiem komunistów. Również spędziła część dzieciństwa w Związku Radzieckim i również miała komunistyczne wspomnienia (jako siedmioletnie dziecko na przykład, jeszcze w Polsce, przenosiła w dzbanku komunistyczne ulotki przykryte fasolką i wiedziała, że musi tak oczarować policjanta, tak dobrze zagrać maleństwo niosące dzbanuszek, żeby on się rozczulił i do środka nie zajrzał).

Mama też oczywiście znała cenę, jaką się w komunizmie płaciło za wierność wartościom. A jednak ani ona, ani ojciec nigdy mi nie mówili, że „partia powiedziała, to jej trzeba słuchać” – co w swoich domach często słyszeli ci moi koledzy, których rodzice wstąpili do partii dopiero po wojnie i zabraniali wszelkiego krytycyzmu wobec systemu. Moi rodzice byli komunistami już w drugim pokoleniu i nie mieli poczucia, że muszą coś swoją wiernością udowadniać. Przeciwnie: w domu był nieustanny ferment, nieustające analizowanie i kwestionowanie. Dla ojca, wiecznego buntownika i rewizjonisty, nawet „List otwarty” Kuronia i Modzelewskiego był całkowicie akceptowalny, a jego autorów – i także studenta Michnika – ceniło się u nas w domu tak, że stali się moimi młodzieńczymi idolami (i kiedy Michnik przychodził do ojca porozmawiać, to ja, nastoletnia i strasznie tym zafascynowana, podawałam herbatę, a tata potem żartował: „Nie myj ręki przez tydzień, bo ci ją Adam uścisnął”).

Opozycyjność przestawała być dla mojego ojca dopuszczalna dopiero wtedy, kiedy oznaczała wykraczanie poza granice systemu, kwestionowanie jego podstaw i mówienie, że jest on z gruntu nieuczciwy i zły. To było dla ojca nie do przyjęcia i z czasem spowodowało starcia między mną a nim. Bo ja, będąc już na studiach, zaczęłam się przeciwstawiać jego światopoglądowi. I choć przez jakiś swój „okres przejściowy” próbowałam jeszcze z ojcem polemizować, używając jego własnego języka i pojęć (w tym celu musiałam żmudnie wczytywać się w dzieła Marksa i Lenina), to w końcu dotarło do mnie, że to nie ma sensu. Że zamiast szukać błędów i rys wewnątrz systemu, który i tak od podstaw oparty jest na fałszu i antyhumanitaryzmie – należy go po prostu w całości odrzucić. I zaczynałam rozumieć owo tragiczne zapętlenie tych uczciwych komunistów, którzy, owszem, byli w zasadzie uczciwi, ale wewnątrz czegoś, co całkowicie niwelowało uczciwość.

A ojciec cierpiał, że porzuciłam ideologię, i mówił, że to dlatego że mi się podobają zachodnie dżinsy.

*

Wygląd zawsze mnie wyróżniał na ulicy. Budził pozytywne reakcje, to się podobało. „Boże, jaka ciemna…” – ludzie mówili, wiesz, z zachwytem. „Jaka ciemna, jakie oczy, jaka ciemna, jakie włosy!”. I pytali gosposię (kiedy mnie i siostrę prowadziła na spacer): „Te dzieci to niepolskie, to chyba włoskie muszą być te dzieci?”.

Pytania te odbierałam jako podziw, odpowiedź gosposi zaś – że owszem, że te dzieci polskie – jako naturalną. Nie przypominam sobie żadnej jej dwuznacznej reakcji w tym kontekście, pamiętam natomiast, że kiedy w ten sam sposób zagadywano moją mamę, to robiła się speszona i zażenowana. Może z obawy, że nastąpi komentarz w rodzaju: „Polskie, ale takie ciemne? To przecież wiadomo…”.

O tym, że jestem Żydówką, ojciec oficjalnie mnie poinformował, kiedy miałam dziesięć lat. Posadził w fotelu w swoim gabinecie, poczułam się bardzo dorosła, że mi powierzają rodzinną tajemnicę – ale on nie wyjaśnił mi w ogóle, co to znaczy „być Żydówką”, tylko powiedział: „Jesteśmy Żydami i może się zdarzyć, że ktoś inny też kiedyś tak o tobie powie”. Najwyraźniej starał się uprzedzić sytuację, że jakiś antysemita krzyknie za mną na podwórku „ty Żydówo”, a ja nie będę wiedzieć, o co chodzi.

Informacja o naszym pochodzeniu była dla mnie ekscytująca i nios­ła egzotykę: wyobraziłam sobie, że jestem tajlandzką księżniczką albo pochodzę od chińskiego mandaryna. Ale kiedy powiedziałam o tym w szkole, koleżanki się nie zainteresowały. Wiele z nich pewnie zresztą nie wiedziało, że same są Żydówkami. Bo wtedy, na początku lat sześćdziesiątych, w ich domach, tak jak i w moim, mało się o żydostwie mówiło. Temat pojawił się dopiero dwa, trzy lata później, kiedy Klub Babel przy warszawskim TSKŻ­-ecie stał się bardzo modny i waliła tam na potańcówki młodzież z całej Warszawy. Wówczas niektóre dziewczyny z mojej klasy zaczęły martwić się, że nie są Żydówkami.

Kiedy mnie także ktoś zaczął zapraszać do Klubu Babel i zachęcać do jeżdżenia na żydowskie kolonie, moja mama bardzo się zaniepokoiła. Jakby przerażało ją, że ja nagle zacznę śpiewać żydowskie piosenki, tańczyć horę, chodzić do żydowskiego Klubu i stanę się częścią TSKŻ­-towskiego środowiska. Rodzice zawsze trzymali się z dala od tego żydowskiego świata. Nie chodzili do TSKŻ­-tu, do Teatru Żydowskiego ani na cmentarz żydowski, nie obchodzili żydowskich świąt (o tym w ogóle nie mogło być mowy! – myśmy przecież mieli co roku Wigilię). Uważali się bowiem za część polskiego społeczeństwa i choć nie ukrywali nigdy żydowskiego pochodzenia, to unikali sytuacji, w których ono by ich definiowało i wyznaczało ich zachowania.

Podobny stosunek do żydostwa mieli również owi ex nostris, bywający u nas w domu. Oni też, tak jak rodzice, separowali się od wszelkich form i sytuacji kulturowych związanych z żydostwem. Tak samo nie obchodzili żydowskich świąt, tak samo byli zasymilowani, tak samo mówili piękną polszczyzną i tak samo wychowywali swoje dzieci: nie wysyłając ich na żydowskie kolonie i dbając o ich związek z polską kulturą.

Mnie tata w ogóle wychowywał dość specjalnie. Dbał nie tylko o to, bym identyfikowała się z polskością, ale też żebym w swoim zachowaniu nie robiła rzeczy, które „robią Żydzi”. „Nie gestykuluje się, bo Żydzi gestykulują – mówił. – Nie odpowiada się pytaniem na pytanie, bo to jest żydowskie”. Ja przez lata zwalczałam w sobie pokusę gestykulacji, myśląc, że tak się po prostu zachowywać nie wypada (podobnie jak nie wypada smarkać w rękaw) – i dopiero w czasie mojego pobytu w Ameryce, kiedy mi już mijała trzydziestka, zrozumiałam, że prawdziwym przesłaniem tego szczególnego savoir­-vivre’u ojca było to, że kulturalny człowiek nie zachowuje się tak, jak Żyd. I że celem tego wychowania (zapewne podświadomym) było jakby wytępienie we mnie czegoś, co mogłoby świadczyć o moim żydostwie.

Był w tym niewątpliwie podskórny przekaz, że żydostwo należy maskować, ukrywać – ciekawe zresztą, że samo słowo „Żyd” w ustach moich rodziców miało często konotacje negatywne. Na przykład jeśli ktoś żydowskiego pochodzenia był trochę bezczelny, to rodzice mówili o nim: „On ma żydowską hucpę” albo „To jest taki hucpowaty Żyd!”. W opinii moich rodziców powiedzieć o kimś „hucpowaty Żyd”, to już było najgorsze, co można.

Czy zdawałam sobie sprawę, jak paradoksalne były te ich emocje? Nie wiem. Ale do Klubu Babel nigdy jednak w końcu nie poszłam i na żydowskie kolonie nie pojechałam. Z powodu oporów mamy i taty? Ależ skąd! Gdybym bardzo chciała, toby przecież ustąpili! Myślę, że po prostu miałam bardziej atrakcyjne możliwości spędzania czasu. Ale może być też tak, że część tej pełnej sprzeczności postawy rodziców wobec żydostwa bezwiednie przejęłam.

*

Z ojcem często rozmawiałam o historii. W tej dziedzinie mam do niego duże zaufanie: on ma taką umysłowość superkrytyczną i ja na każdy temat dostawałam od niego opinie i kontropinie. Że są dokumenty za tym i za tym, i że fakty historyczne są manipulowane. O Katyniu zawsze od ojca wiedziałam, że to zrobili sowieci. O powstaniu warszawskim on mi nigdy nie powiedział, że było niesłuszne czy słuszne. O PPS i SDKPiL – że raz były oceniane w historii ruchu robotniczego pozytywnie, a raz negatywnie i że jest pewna technika propagandowego wykorzystywania tego rodzaju historycznych zjawisk.

Ale o Zagładzie ojciec ze mną nie rozmawiał.

Mówiłam ci, że w wieku czternastu lat ja już miałam dużo przeczytanych książek o radzieckim życiu, łagrach, także o obozach hitlerowskich – ale o Zagładzie jednak nie. Tego w domu było mało. Może dlatego że rodzice, wychowani w Związku Radzieckim i jeszcze jako dzieci oddzieleni od swoich rodzin mieszkających w Polsce, osobiście tej Zagłady nie przeżyli? Zapewne. Ale była chyba też i inna przyczyna. Że ojciec nie chciał, żeby u nas w domu temat żydowski w jakikolwiek sposób się wybijał. On nie znosił takiego częstego u Żydów semicko­-centrowego podejścia do świata. Nie chciał być o to nawet przed samym sobą posądzony! I na przykład w dyskusjach o antysemityzmie w Polsce przedwojennej często z przekorą podkreś­lał, że tam źle traktowano nie tylko Żydów, ale również Ukraińców i Białorusinów.

W rezultacie ja, choć w zasadzie historycznie dobrze wyedukowana, rosłam z ogromnymi lukami w wiedzy na temat przedwojennego żydowskiego świata i Zagłady. Dopóki w pierwszej klasie liceum mama mojej przyjaciółki nie wzięła mnie dziewiętnastego kwietnia pod pomnik Bohaterów Getta, to w ogóle nie wiedziałam, po co tam się chodzi! Przez długie lata nie było też we mnie żadnego emocjonalnego rezonansu związanego z tym, że cały żydowski świat zniknął, że zniknęła pewna kultura, a wraz z nią również specyficzne środowisko tych warszawskich Żydów, wśród których obracała się moja przedwojenna rodzina.

Bo ja dopiero na początku lat osiemdziesiątych zrozumiałam, jak głęboko w życiu żydowskim osadzona była ta moja rodzina. Stało się to w Ameryce, byłam już dorosła i o wszystkim opowiedziała mi kuzynka mojego ojca – siostrzenica jego matki – i od niej, właśnie w Ameryce, usłyszałam po raz pierwszy zupełnie nową wersję historii naszej rodziny. Przedtem żyłam w przekonaniu, że model kulturowy dla nas uosabiają tacy ludzie, jak Słonimski i Tuwim, czyli absolutnie zasymilowani. Ojciec bowiem karmił mnie głównie anegdotami ze świata komunistycznego, a one, nawet jeśli potrącały o wątek żydowski, to zawsze miały jakąś formę zanegowania naszych związków z tym. Że na przykład kiedy jego mamę KPP jeszcze w Polsce oddelegowała do pracy z żydowskimi robotnicami mówiącymi tylko w jidysz, to ona specjalnie dla nich musiała się tego jidysz nauczyć (tak dalecy byliśmy od żydowskiego świata). A tymczasem moja amerykańska ciocia powiedziała mi, że jej ojciec (czyli wuj mojego ojca) był radnym gminy żydowskiej w Warszawie (i zresztą często podobno powtarzał, że różne jego kuzynki dlatego sobie życia osobistego nie ułożyły, że się z gojami wiązały). A po powrocie do Polski odnalazłam na cmentarzu żydowskim w Warszawie, gdzie nigdy przedtem nie byłam, kilka, jeżeli nie więcej, nagrobków osób z mojej rodziny.

I wtedy już naprawdę musiałam porządnie zweryfikować wszystkie postawy wobec żydostwa, jakie przekazali mi moi rodzice. Musiałam z wolna zacząć oswajać ten fakt, że chociaż mieszkam w Polsce, mówię po polsku i myślę tylko po polsku, to należę w jakiś sposób do żydowskiego świata i do jakiejś formy kultury żydowskiej. Ale minęło aż trzydzieści parę lat mojego życia, zanim ten proces mógł pojawić się w mojej świadomości. Aż trzydzieści parę lat życia musiało upłynąć, żebym mogła uważniej i bardziej otwarcie przyjrzeć się mojej żydowskiej części.

*

Pierwszym bardzo ważnym dla mnie środowiskiem zewnętrznym była moja TPD­-owska szkoła. Ona była bez religii, więc razem ze mną chodziło do niej dużo innych uczniów pochodzenia żydowskiego. Bo kiedy po pięćdziesiątym szóstym roku wprowadzono religię do szkół, to rodzice niewierzący, a więc głównie Żydzi, wybierali dla swoich dzieci szkoły bez religii. A ponieważ w mojej śródmiejskiej okolicy mieszkało dużo działaczy partyjnych, pracowników MSW, więc ze środowiska, w którym sporo było ludzi niewierzących pochodzenia żydowskiego, to właśnie ich dzieci znalazły się w mojej szkole.

Niewiele osób w moim pokoleniu wyrastało w aż tak wyselekcjonowanej grupie. U nas nawet klasy były w specjalny sposób dobierane! (o tym dowiedziałam się dopiero po latach) i na przykład do mojej klasy zapraszane były właśnie dzieci osób wybitnych czy na stanowiskach (choć nie wszystkie z tego korzystały). Wyjątkowość szkoły trwała jednak krótko i skończyła się w momencie wycofania religii ze szkół. Na początku lat sześćdziesiątych nasza szkoła nie różniła się już specjalnie od innych.

Że to moje środowisko rówieśnicze było wyselekcjonowane i uprzywilejowane – długo nie zdawałam sobie sprawy. Właściwie do studiów. Bo większość kolegów żyła mniej więcej tak samo. Mieszkaliśmy w ładnych, dużych mieszkaniach, nasi rodzice nie mieli kłopotów finansowych, jeździliśmy za granicę (za taką, jak wtedy można było: do Bułgarii, do Jugosławii), nawet wyglądaliśmy tak samo! Bo mój wygląd, na ulicy egzotyczny i budzący zainteresowanie, w klasie nie był niczym szczególnym – osób wyglądających tak jak ja było tam przynajmniej parę.

Naszego uprzywilejowania dostrzegać nie mogłam, bo ten wyselekcjonowany świat otaczał mnie zawsze, jeszcze w przedszkolu. Bo chodziłam najpierw do przedszkola MSW, a potem do przedszkola KC. Ojciec jednego z moich przedszkolnych kolegów był szefem wydziału w KC, inny pracował wysoko w wojsku czy prokuraturze wojskowej, jeszcze inny wykładał w szkole partyjnej. To był zamknięty krąg! Getto w pewnym sensie. I po Marcu oczywiście większość moich dawnych kolegów przedszkolnych i szkolnych z Polski wyjechała.

Oprócz podobnego statusu materialnego łączyły nas podobne wyobrażenia o świecie przekazane przez naszych rodziców. Akceptowaliśmy ustrój i nie chodziliśmy do kościoła. W naszym otoczeniu prawie nie było znajomych, którzy by porządnie obchodzili Wigilię (w moim domu Wigilia była bez opłatka i z szynką jako jednym z dań!). Ja oczywiście wiedziałam, że gdzieś na wsi są ludzie religijni i że religijna na przykład jest nasza gosposia (nawiasem mówiąc, „religijny” to w języku moich rodziców oczywiście katolik, o żydowskiej religii nikt mi nie wspominał) – i w stosunku do uczuć tych ludzi kazano mi się zachowywać z ogromnym szacunkiem. Ale oni byli daleko od mojego środowiska. Do naszej klasy chodził tylko jeden katolicki chłopiec i kiedy ktoś raz zerwał mu z szyi łańcuszek z krzyżykiem, to nasza wychowawczyni (młodziutka) dała nam szczególną, jak na polskie warunki, „lekcję tolerancji”. Tłumaczyła, że wolno nosić krzyżyk i że można być wierzącym.

Nasze pojmowanie świata było więc dokładnie odwrotne niż powszechna wtedy polska norma. Rośliśmy w przekonaniu, że wszyscy inteligentni ludzie w Polsce myślą takimi samymi kategoriami jak my, wszyscy są tak samo niewierzący, tak samo akceptujący ustrój i tak samo polsko­-patriotyczni.

Tak. Polsko­-patriotyczni! Bo my, w większości dzieci żydowskiego pochodzenia, byliśmy absolutnymi patriotami­-Polakami. Kochaliśmy polską literaturę, utożsamialiśmy się z Mickiewiczem, Słowackim, pisaliśmy wypracowania o pomniku Chopina, czuliśmy się dumni jako Polacy, ponieważ Chopin był Polakiem…

Byliśmy Polakami niewierzącymi, ale uważaliśmy, że na tym – właśnie na tym! – polega nowoczesny patriotyzm. I polskość.

*

Ów ateistyczno­-komunistyczny patriotyzm wzmacniany był przez szkolną drużynę harcerską. Śpiewaliśmy piosenki o zachłannych, ohydnych kapitalistach, udawaliśmy przedwojennych, nielegalnie działających komunistów, przed 1 Maja nasz drużynowy pomagał nam konstruować specjalne żabki do zarzucania sztandarów na druty (także według patentu przedwojennych komunistów: żeby sztandar zawisł tak wysoko, by policja nie mogła go zdjąć).

Jakie miejsce w tym komunistycznym harcerstwie zajmowała „Polska”? Ważne. Dużo czasu na przykład się u nas poświęcało powstaniu listopadowemu, a później i powstaniu warszawskiemu. To wychowanie łączyło więc jakby różne wątki i wzory z przeszłości – przy czym one wszystkie, niezależnie od ich ideologicznego i historycznego usytuowania, uczyły tego samego: że się walczy o sprawiedliwość, o prawdę, że się nie odstępuje od swoich przekonań i jest się bezwzględnie oddanym wartościom. Tych postaw dopatrywano się i w tradycji KPP, i w tradycji AK (i ja w ogóle nie widziałam w tym sprzeczności), etos ten obecny był także w szkolnych lekturach i w naszych domach, i w propagandzie tego okresu – to wszystko współgrało w uczeniu nas, że o to, co się uważa za słuszne, należy walczyć.

I ja do dziś jestem przekonana, że to komunistyczne wychowanie bardzo dobrze nam posłużyło. Wychowywano nas bowiem szalenie czupurnie – i na efekt nie trzeba było długo czekać. W Marcu za udział w studenckich protestach aż dwóch instruktorów z naszej drużyny zostało wsadzonych.

ciąg dalszy opowieści na stronie 335

WŁODEK

Warszawa

Miałem trzynaście lat, czytałem właśnie kolejny raz „Krzyżaków” i powiedziałem siostrze, że byłoby wspaniale, gdyby jakiś nasz przodek był takim rycerzem jak u Sienkiewicza i dzielnie walczył pod Grunwaldem mieczem – ale niestety ona, starsza ode mnie o sześć lat, poinformowała mnie, że nasi przodkowie może i te miecze pod Grunwaldem sprzedawali, ale na pewno nimi nie walczyli. I specjalnie przyjemnie mi się nie zrobiło. Bo już wtedy przeczytałem trochę polskiej literatury, w której przecież jest dużo pogardy dla Żydów. Ja uwielbiam Sienkiewicza, uwielbiam jego język, ale kiedy tylko tam pojawiają się Żydzi, to ten piękny język natychmiast przestaje być obrazowy. Żyd jest bez imienia, „u Żyda” się kupuje, „Żyda” się bierze na spytki. To samo u innych pisarzy, u Gąsiorowskiego na przykład…

O naszym żydostwie ja musiałem zresztą słyszeć jakoś wcześniej (słyszałem i nie słyszałem). Pamiętam na przykład, że któregoś razu (miałem dziesięć lat) kolega z podwórka na Parkowej powiedział do mnie o mojej rodzinie: „Wy jesteście Żydzi” (bez żadnej intencji, ani pozytywnej, ani negatywnej), i ja mu odpowiedziałem: „Tak, może jesteśmy”. Przy czym nie wiedziałem właściwie, co słowo „Żyd” znaczy. Bo w mojej rodzinie, jak w wielu innych warszawskich żydowskich rodzinach, o naszym żydostwie się prawie nie mówiło, a ja sam nie miałem poczucia, że mnie coś różni od polskich kolegów. W domu na Parkowej mieszkały rodziny podobne do naszej. Tam wszyscy, Żydzi i nie­-Żydzi, byli niewierzący. Tam mieszkali ludzie mocno ­kiedyś ­zaangażowani w komunizm, z których wielu po pięćdziesiątym szóstym potraciło swe wysokie stanowiska. W sąsiednich domach też mieszkały rodziny podobne, a nawet lepsze: po jednej stronie ulicy Ochab, po drugiej Zawadzki za wysokim murem (i jak graliśmy w piłkę, ona często przez ten mur przelatywała i ją potem trzeba było z żołnierzem, który stał na warcie, negocjować). Do mojej szkoły na Parkowej (szkoła podstawowa i V Liceum Ogólnokształcące TPD) również chodziły podobne dzieci, bo z okolicy, zatem też z rodzin niewierzących. Więc ja dzieci wierzących właściwie nie znałem. I ros­łem w przekonaniu, że w Polsce po wojnie nikt już, poza starcami, nie wierzy. I nawet raz na koloniach z pracy mojego ojca – gdzie były dzieci spoza mojego wąskiego komunistycznego środowiska – oświadczyłem, że idea Boga jest w ogóle dosyć śmieszna (przekonany, że to taka oczywistość jest dla wszystkich), i następne dni kolonii oczywiście były już torturą. Bo mi ciągle ktoś bezbożność wypominał, a raz jakiś chłopak wcisnął mi do łóżka kota, mówiąc: „Módl się do niego! W Boga nie wierzysz, to na pewno w koty wierzysz!”.

Ja nie tylko nie zdawałem sobie sprawy, że istnieje Polska katolicka (dopiero mając prawie trzydzieści lat, uświadomiłem sobie, że moja wiedza o katolicyzmie jest tylko z literatury pięknej!), ale też nie miałem poczucia, że większość ludzi ma duże rodziny. Bo koledzy z Parkowej (często żydowscy, jak się później okazywało), tak samo jak ja mieli tylko mamę i tatę (to był tam standard: żadnych wujków, cioć, kuzynów), a w naszych wygodnych mieszkaniach krzątały się polskie gosposie, które dla nas często rolę babć pełniły. I ja w dzieciństwie nawet się nie zastanawiałem, dlaczego moi rodzice nie mówią o swoich bliskich. Nie mówili nic – więc tamci jakby dla mnie nie istnieli. Zdjęcia rodzinne matki, które ona cudem uratowała, uciekając w czasie wojny do Rosji, ojciec pokazał mi, dopiero kiedy wyemigrowaliśmy po Marcu do Szwecji. I dopiero w Szwecji opowiedział, jak umarł mój drugi dziadek (jego ojciec, który był mecenasem żydowskich artystów i poetów): że bolszewicy wywieźli go w czterdziestym pierwszym gdzieś do Archangielska jako wroga ludu, bo utrzymywał się z handlu koszernym mięsem – i tam przy wyrębie lasów zmarł.

A matka nawet do dziś o swej ogromnej zamordowanej rodzinie nie mówi (tylko jej siostra zdołała przeżyć). Dopiero niedawno pierwszy raz coś napomknęła o swoim ojcu, że on przed wojną skórami hand­lował (i powiedziała to nie mnie, ale mojej żonie). Ja teraz rozumiem, skąd u matki taki ciepły stosunek do skóry, dlaczego, kiedy widzi skórę, zawsze jej dotyka, sprawdza, jaką ma grubość, zapach…

*

Czasami usiłuję wyobrazić sobie moment, kiedy w czterdziestym piątym roku rodzice wracają z Gruzji do Polski – i jest taka nieprawdopodobna próżnia! Nie ma ich rodzin, rodziców, sióstr, nie ma domu, śladów ich dawnego świata. I w tej pustce ojciec spotyka nagle przedwojennych żydowskich przyjaciół – i okazuje się, że oni są komunistami. Niektórzy to rówieśnicy ojca z gimnazjum, inni są kolegami z Haszomer Hacair, żydowskiego przedwojennego harcerstwa. Przed wojną uważali się za Żydów, mając zarazem poczucie przynależności do polskiej kultury, a teraz są komunistami. I mówią ojcu: „Wiesz, my tu zmieniamy rzeczywistość, wprowadzamy sprawiedliwy system, już nie będzie dyskryminacji – robimy tu wielkie rzeczy!”.

I w tej próżni, w pustce – wciągają go! On w to wchodzi. Bo proponują coś, co w tym wykorzenieniu może mu dać jakiś grunt, poczucie wartości, przynależności (podobny mechanizm działa chyba w murzyńskich gangach amerykańskich, które czarnym wyobcowanym nastolatkom dają poczucie bycia potrzebnym i docenianym) – i ojciec godzi się na ten komunizm. Pasuje do tego interesu jak piąte koło u wozu, bo nie znosi konfliktów i jest niezwykle przyjaznym i łagodnym człowiekiem (życiowo strasznie niezaradny, najchętniej siedziałby z nosem w książkach i czytał, a gdyby dać mu młotek do ręki, to na pewno wziąłby go z niewłaściwej strony) – ale godzi się! Zmienia sobie nazwisko na mniej żydowskie, jak mu to sugerują, zaczyna pracować w UB w jakimś dziale kultury (dobrze nie wiem, co to było, on się okropnie wstydzi, jedyne, co mi powiedział, to to, że na szczęście chronił go szósty zmysł niepozwalający zrobić czegoś, czego musiałby się wstydzić jeszcze bardziej, i nikogo nie musiał mieć na sumieniu – a po paru latach go z tego UB zwalniają, mianują ­attaché kulturalnym w Szwajcarii, utrzymuje się tam tylko rok, bo nie robi rzeczy, których się od niego oczekuje (jakiś pisarz powiedział mu kiedyś: „Ty jesteś prawdziwym attaché kulturalnym, a nie szpiegiem”) – i w końcu zostaje dziennikarzem PAP­-u. I ja już ojca z tego okresu pamiętam: to jest ten ojciec, który mnie kształtował, z którym spacerowałem Alejami Ujazdowskimi i z którym dużo rozmawiałem o historii i polskiej kulturze (on zawsze czuł się związany z polską kulturą i ja to chyba po nim odziedziczyłem).

Do komunizmu wtedy ojciec miał już bardzo duży dystans – zresztą chyba nigdy nie zaangażował się tak, jak jego przyjaciele, był za bardzo myślącym człowiekiem. Raz, kiedy wśród starych książek znalazłem w domu opowieść o Pawce Morozowie (tym niby­-bohaterze, co swoich rodziców zadenuncjował), zdenerwował się: „Donoszenie na rodziców nie jest dobrą stroną charakteru”). Innym razem, jak moja nauczycielka historii powiedziała nam, że w ZSRR telefony i elektryczność są za darmo, mruknął tylko: „Za darmo, bo ich tam w ogóle nie ma!”.

A jednak w niektórych sprawach, mimo naszej wzajemnej bliskości, nie jest ze mną otwarty nawet do dziś. O swoim ubeckim okresie rozmawia ze mną bardzo niechętnie. Ma sobie za złe, że brał udział w tym komunistycznym oszustwie, i nie chce wracać do tego, to mu kością w gardle staje! Na szczęście nie zostawił po sobie nikogo pokrzywdzonego, nikogo, kto wskazałby na niego palcem, kto by się domagał sprawiedliwości, nie ma na niego żadnych skarg, żadnych donosów, nie jest wymieniany w pamiętnikach – więc dziwi mnie, że aż tak jest w tej sprawie wobec mnie zamknięty.

Może się boi, że go będę oceniać? Mimo że wie, ile mam miłości i szacunku dla niego? I przecież ja go wcale nie oceniam! Mam absolutne zrozumienie, dlaczego to się stało, dlaczego on w tym był!

I zastanawiam się, czy on w ogóle z kimkolwiek o tym rozmawia. Może z innymi żydowskimi komunistami? Którzy może też, jak on – się wstydzą?

ciąg dalszy opowieści na stronie 341

HALINA BROWN

niektóre imiona w tekście zmienione

Warszawa

Ja bardzo mało wiem o mojej mamie i ojcu jako o ludziach: kim są i co myślą. Znałam ich tylko w jednej roli – rodziców. To było takie pokolenie, taka filozofia wychowania, że dzieci mają wiedzieć to, co mają wiedzieć dzieci, a dorosłe sprawy to dorosłe sprawy. Mama nigdy nie powiedziała do mnie jak człowiek do człowieka: „Ach, jestem zła na siebie, nawymyślałam dziś sprzedawczyni w sklepie i żałuję”. Ojciec też, kochał mnie bardzo, ja dla niego byłam tak jakby królewna, ale wracał do domu przywożony z pracy przez szofera (jako dyrektor dużych zakładów elektrycznych) i zanurzał się w gazecie. Miał swój dorosły świat poważnych spraw.

W rezultacie my, dzieci, rośliśmy osobno. I tylko po ściszonych głosach, po nagłych szeptach i pozostawianych bez odpowiedzi pytaniach orientowaliśmy się, że niedostępny świat dorosłych ma jakieś swoje tajemnice i może nawet nam zagrażać.

Tą tajemnicą była przeszłość. Myśmy z bratem nie mieli żadnej przeszłości. Rodzice całkiem to odcięli, nie było nic – pusto, pusto! Jedyny przekaz przeszłości, jaki dostałam w dzieciństwie, to to, że ojciec wymienił mi imiona wszystkich swoich braci i sióstr w czasie wojny zamordowanych i mama wymieniła imiona wszystkich swoich braci i sióstr w czasie wojny zamordowanych (w obu rodzinach nikt się nie uratował). Rodzice o tych bliskich nigdy nie mówili ani nigdy nie opowiadali nam o swoim życiu przed wojną, nie pokazali swoich przedwojennych domów, nie poszli na groby dziadków, którzy umarli jeszcze przed Zagładą.

Dziś wiem, że mama wychowywała się w tradycyjnym, małym żydowskim miasteczku, że w domu jej mówiło się po żydowsku, przestrzegało żydowskich nakazów i zakazów – ale bardzo długo nie miałam o tym wszystkim pojęcia (podobnie jak nie miałam pojęcia, że istnieje jakaś religia i tradycja żydowska). Mama coś wspominała o strasznej nędzy, w której rosła (miała rok, kiedy jej ojciec umarł, zostawiając moją babcię z ósemką dzieci bez środków do życia), ale jak dramatyczna musiała być jej droga do wyrwania się z tej tradycyjnej społeczności, jakim szokiem musiało tam być jej przejście do komunizmu i związek z moim ojcem­-komunistą (z którym przez wiele lat żyła bez ślubu) – o tym zupełnie nie wiedziałam. A przecież oni złamali wszystkie konwencje!

I tylko o swych latach wojennych w Związku Radzieckim rodzice chętnie wspominali (i nawet, mówiąc o tym, mama czasami jeszcze dziś ma jakiś błysk w oczach). Bo kiedy osiedli w Taszkiencie (wraz z całą grupą swych przyjaciół­ komunistów) – i byli młodzi, zakochani, żyli w solidarnej grupie nawzajem się wspierającej – to był to dla mamy, mimo głodu, strasznych warunków i morderczej pracy w fabrykach, bardzo dobry okres w życiu. Lepszy niż czas przed­wojennej biedy w tym jej zamkniętym sztetlu – i lepszy niż czas powojenny, w którym nie mogła się uporać ze świadomością żydowskiej śmierci rodziny.

W kulturze, w której się chodzi na psychoanalizę, mamę prawdopodobnie by określono jako clinically depressed. Bo ona zawsze była bardzo smutną osobą, każdego dnia myślała i myśli o swych zabitych w czasie wojny braciach i siostrach – i ja ten jej codzienny smutek pamiętam z dzieciństwa, i zawsze kojarzyłam go z nieżyjącymi krewnymi.

O tym się w domu prawie nie mówiło, ale to było cały czas. Wisiało w powietrzu.

*

Czasami myślę, że gdybym sama wychowywała się w przedwojennym, żydowskim, małomiasteczkowym i pozbawionym perspektyw świecie mojej mamy, to pewnie też poszłabym tą jej komunistyczną drogą (mama do dziś jeszcze uważa się za ideową komunistkę). Bo mnie, tak jak i jej, potrzebny jest idealizm: walka o lepszy świat, o ideę. Pamiętam, że kiedy w mojej tepedowskiej podstawówce na Polnej chodziłam na zbiórki Walterowców, to owo poczucie przynależenia do ideowej grupy, która ma służyć czemuś wielkiemu (bo taka była atmosfera w Walterowcach), dawało mi ogromną satysfakcję.

Ja nie wiem, jak moja mama potrafiła łączyć wiarę w słuszność systemu ze swoim strachem przed systemem – ale jakoś to robiła. Ten strach w niej był, i choć rodzice chronili nas przed nim, o różnych rzeczach mówili szeptem i nie odpowiadali na nasze pytania, myśmy go czuli. Kiedy miałam dwanaście lat, odwiedziłyśmy z mamą kobietę, która wydawała się stara i dziwnie, bełkotliwie mówiła – i potem z usłyszanej rozmowy rodziców wywnioskowałam, że ona wiele lat przesiedziała w łagrze na Syberii. A jej córkę Rosjanie wychowali w domu dziecka tak, że potem swej matki­-zdrajczyni znać nawet nie chciała. „I w końcu się tej biednej kobiecie rozum od tego pomieszał”, mówiła prawie szeptem mama do mojego ojca. Innym z kolei razem mama, dowiedziawszy się, że ktoś znajomy pracuje w Orbisie, ściszyła głos i poinformowała nas: „Jeżeli tak, to on na pewno donosi na UB. Prawie każdy, kto prowadzi wycieczki orbisowskie, donosi na UB!”.

A jednak, wiedząc to wszystko, mama potrafiła wierzyć w słuszność reżimu – i ja za nią też. Z jednej strony zbudowałam sobie w wyobraźni obraz przerażającego sowieckiego systemu, w którym ludzie znikali, i powiązanego z nim polskiego systemu, w którym ludzie mieli kontakty z UB – a z drugiej wierzyłam we wszystko, co mi w szkole sprzedawano. Włącznie z opowiadaniami o młodym Leninie i Stalinie! (pamiętasz te czytanki szkolne z tamtych lat?). Strach przed systemem nie przeszkadzał mi być w szkole przewodniczącą Towarzystwa Przyjaźni Polsko­-Radzieckiej (pewnie nauczycielka mi to zaproponowała, a ja, porządna uczennica, jak zwykle ­powiedziałam: „tak”), a wiedza, że komuniści zabijali ludzi, nie przeszkadzała mi na studiach działać w ZMS­-ie (wielu się tam zapisywało z zimnej kalkulacji, a ja z przekonania – i potem jeździłam na ZMS­-owskie zjazdy, wycieczki, bardzo to lubiłam).

Dziś czasem o sobie myślę: „Co za głupia dziewczyna! Jak można było nie mieć własnego rozumu? Nie mieć zdania!”. Ale to wszystko wtedy miało u mnie jak gdyby oddzielne szufladki. Stanowiłam idealny materiał dla systemu. I stałam się idealnym produktem systemu.

*

Myśmy byli takim pokoleniem baby boom. Bawiło się nas na podwórku zawsze bardzo dużo, koleżanki przybiegały do mnie do domu, ja do ich domów też (choć mieszkania były ciasne i rodzice nas wyrzucali: „Idź na dwór, baw się na dworze!”). Widziałam, że w domach koleżanek są krzyże, a w moim domu nie, widziałam, że te koleżanki w niedzielę idą do kościoła, a ja nie – ale to nas nie zajmowało. Były ważniejsze sprawy: zagrać w piłkę, iść do Łazienek, zorganizować podchody. Miałam tam dobre towarzystwo.

O tym, że różnice między nami mają jakąś swoją definicję, dowiedziałam się w wieku siedmiu lat, kiedy w mojej szkole – a jeszcze wtedy nie chodziłam do tej TPD­-owskiej szkoły na Polnej, tylko byłam w takiej zwyczajnej – wprowadzono religię. Mama wówczas zawyrokowała: „Nie będziesz na lekcje religii chodzić, bo jesteśmy Żydami!”.

Nawet się tak bardzo nie zdziwiłam: może fragmenty rozmów rodziców już mi wcześniej to zasugerowały, a może naprowadził mnie na to właśnie ten brak krzyży u nas na ścianach? Ale coś mnie w tym żydostwie musiało uwierać, bo się zaczęłam z mamą przekomarzać:

– Ja nie chcę być Żydówką! A może byśmy to jednak zmieniły?

Mama śmiała się, mówiła, że tego zmienić nie możemy, ja jakoś po dziecięcemu czułam, że ona ma rację – ale się i tak upierałam. Wiedziałam, że bycie Żydem nie jest bardzo dobre: nie wyglądałam na Żydówkę, więc ludzie przy mnie często mówili o Żydach niepochlebne rzeczy. Że zawsze mają pieniądze, że rządzą i że wszystko, co złe, jest przez nich.

A jednak z odmiennością wynikającą z żydostwa radziłam sobie nieźle. I mimo że na koloniach z pracy mojego ojca byłam jedynym dzieckiem niechodzącym do kościoła (i jak w niedzielę cała kolonia szła na mszę, ja jedna się pętałam przy pustych kolonijnych budynkach), to kiedy koleżanki z sali ogłosiły: „Od dziś mówmy pacierz na głos razem”, robiłam to z nimi! Co wieczór klękałyśmy przed łóżkami w piżamkach, rączki złożone, „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…”. Oczywiście one wiedziały, że dla mnie to modlenie się jest jakby zabawą, teatrem! (bo ja i tak w Boga nie wierzę), ale chętnie mnie wszystkich tych modlitw nauczyły i było nam bardzo fajnie.

Sygnały antysemityzmu odsuwałam od siebie i bagatelizowałam. Kiedy wychodziłyśmy z koleżankami po lekcjach z mojej ­TPD­-owskiej szkoły na Polnej i dzieci z sąsiedniej szkoły wołały za nami „Żydzi! Żydzi!” (bo u nich była religia, a u nas nie), to ani moje koleżanki katoliczki się tym nie przejmowały, ani ja – bo dla mnie tamci byli po prostu głupcami. Kiedy na wczasach w okresie Bożego Narodzenia – (myśmy z rodzicami zwykle jeździli wtedy na wczasy, choć przed wyjazdem oni kupowali nam niedużą choinkę i dawali prezenty) – przed ogólną kolacją wigilijną jedna pani, zapytawszy mnie, czy jestem Żydówką, i usłyszawszy moje „tak”, stwierdziła, że tu nie ma miejsca dla mnie dziś wieczór, też się nie przejęłam. Nawet mi nie przyszło do głowy oburzać się czy odczuwać przykrość z powodu jej antysemickiego odrzucenia! „A to jędza” pomyślałam sobie tylko, i oczywiście byliśmy na tej Wigilii, zjedliśmy kolację, a rodzicom o tym nawet nie wspomniałam (dzieci wiedzą, o czym się w rodzinie mówi, a o czym nie mówi – a u nas się o antysemityzmie nie rozmawiało).

Podobnie traktowałam te sprawy na studiach. Spotykałam się z pewnym chłopakiem przez rok i on u mnie w domu ciągle bywał, a ja jeszcze nie znałam jego rodziców i kiedy pewnego dnia zagadnęłam go o to, odpowiedział: „Bo moi rodzice nie byliby zachwyceni, że z Żydówką chodzę!”.

I wiesz co? Żal mi się człowieka po prostu zrobiło (o Boże, z taką rodziną żyć?) – i w ogóle mi przez myśl nie przeszło, że ta sytuacja przede wszystkim mnie samą dotyka!

I jedyny przejaw antysemityzmu, jaki sprawił mi wtedy rzeczywistą przykrość, to rozmowa mamy mojej przyjaciółki katoliczki o jej chłopaku, który był Żydem. Ta mama namawiała córkę przy mnie, żeby przedstawiła mi tego żydowskiego chłopaka („bo Halinka i Witek tak do siebie pasują!”), i intencja była tu zupełnie jasna. Że lepiej, żeby Żyd zbliżył się do Żydówki, a z jej córką nie chodził.

*

To paradoksalne, że moi rodzice – przedwojenni komuniści i ojciec dyrektor prominent – po podstawówce posłali mnie do Liceum im. Klementyny Hoffmanowej, a więc szkoły o tradycjach przedwojennej pensji dla panien. Uczyły tam przedwojenne nauczycielki, chodzili uczniowie ze starych rodzin inteligenckich albo prywaciarskich (nienawidzących komunizmu), czyli zupełnie nie mój świat! I pamiętam, jak ojciec jednej koleżanki (mieszkającej w takim dworku pod Warszawą, z obrazami Wyspiańskiego na ścianach) posadził mnie kiedyś u nich w domu i zaczął maglować: „A dlaczego komuniści zabrali własność prywatną tym, co mieli do niej prawo? A dlaczego komunizm ma być lepszy niż kapitalizm?”. Ja marzyłam tylko, by się stamtąd jak najszybciej wyrwać, a on w kółko z uporem powtarzał to samo, uważając, że córka Żydów i komunistów musi odpowiadać za komunizm (dla niego zresztą Żydzi i komuniści to jedno: nienawidził ich z równym zacietrzewieniem).

Na szczęście byłam porządną i dobrze ułożoną uczennicą, więc antykomunistyczni rodzice moich koleżanek nie sprzeciwiali się naszym przyjaźniom – a one były dla mnie bardzo ważne. Najważniejszą przyjaciółką była Wanda Wierzbicka, z którą rozmawiałyśmy o poezji, odkrywałyśmy teatr, literaturę, Camusa i wszystkie te książki, w których człowiek szuka drogi (pamiętasz przecież te lata sześćdziesiąte w Polsce? – wtedy to było naturalne, że człowiek żyje kulturą i książkami). Niestety, przyjaźń z Wandą trwała tylko rok, dopóki do naszej klasy nie przyszła nowa koleżanka (właśnie ta z dworkiem pod Warszawą). Bo wtedy one dwie bardzo się zbliżyły i dla mnie nie było w tym miejsca. Próbowałyśmy jeszcze trochę przyjaźnić się we trójkę, ale szybko stało się jasne, że od nich odstaję. One były z podobnych rodzin, łączyła je wspólna tradycja (trochę ziemiańska i inteligencka, jakoś tam patriotyczna i antykomunistyczna zarazem) – a ja tej tradycji nie miałam.

Ja żadnej tradycji nie miałam. Byłam na zewnątrz ich świata i na zewnątrz każdego chyba świata.

W tym czasie jeździłam już na żydowskie obozy organizowane przez TSKŻ i lubiłam kulturę tych obozów: tańczenie hory, śpiewanie piosenek żydowskich, piosenek rosyjskich (rosyjskich dlatego, że rodzice wielu tych dzieci przeżyli wojnę w Związku Radzieckim i przekazali im sentyment do rosyjskiej kultury). A jednocześnie czułam, że także i do nich nie pasuję. Na zewnątrz pasowałam, bo ja jestem taki grupowy typ: lubię rajdy, obozy i na pewno nikt nie zdawał sobie sprawy, że mam tam jakieś poczucie alienacji – ale jednak miałam. Peszyła mnie męsko­-damska swoboda tych obozów (taka Marysia zawsze mi pokazywała: „Widzisz? Ten śpi z tą, a tamten z tą!”, i ja wtedy mówiłam: „Nie gadaj…”, a ona: „Na jakim ty świecie żyjesz?”), peszyła mnie też śmiałość intelektualna, jaką oni mieli. Interesowali się polityką, Izraelem, perorowali, lubili się spierać, a ja nie miałam odwagi, żeby zabrać głos. Niejeden raz widziałam powierzchowność ich rozmów („ojej, ja te wszystkie książki znam, a oni odwołują się tylko do jednej!”), ale siedziałam cicho, przytłoczona ich pewnością siebie.

Najbardziej czułam się obco, kiedy ta młodzież grupowo demonstrowała swoje żydostwo na zewnątrz. Pamiętam, że jak w Gdańsku czekaliśmy przez godzinę na autobus i ktoś zaproponował, byśmy na przystanku zatańczyli horę (przy stojących tam pasażerach), to czułam się bardzo skrępowana. Wszyscy tańczyli, ja też, ale to miało dla mnie sens takiego wyzwania: „Patrzcie! My jesteśmy Żydzi!” – a ja przecież nie czułam się aż tak żydowska, żeby chcieć to pokazywać. Mnie się trudno było z żydostwem identyfikować – wychowana w domu bez przeszłości, z dwuznacznym stosunkiem rodziców do żydostwa. Mama czasem nawet wręcz z lekceważeniem mówiła o Żydach. Zwłaszcza po swojej wizycie kiedyś w Izraelu: „Tacy oni tam wścibscy, tacy małomiasteczkowi, każdy musi wiedzieć, co drugi na obiad gotuje!”.

Więc ja byłam tak między różnymi światami zawieszona. I w związku z tym dosyć niepewna.

ciąg dalszy opowieści na stronie 349

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

honorata@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2018

Wydanie III

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Życie przecięte 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze