Wyznania

Wyznania

Autorzy: św. Augustyn

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 33.99 zł

Napisał je niedługo po tym, jak został biskupem.

Opisując wydarzenia z własnego życia, zilustrował swoją teorię człowieka.

Poszukując prawdy o sobie, świecie i Bogu, przechodzi od sceptycyzmu, poprzez manicheizm,

aż do odkrycia chrześcijaństwa.

 

Kiedy w tej słynnej książce, jednej z najsłynniejszych, jakie przechowuje nasza cywilizacja,

w rozważaniach o tajemniczej naturze czasu czytamy (XI 20), iż istnieją trzy jego dziedziny, „obecność rzeczy minionych, obecność rzeczy teraźniejszych, obecność rzeczy przyszłych”, może nam zaświtać myśl o tym, że w strefie, do której należą Wyznania, owe trzy dziedziny są w szczególny sposób zjednoczone. Strefą tą jest trwała, nieprzemijająca dziedzina literatury prawdziwie klasycznej. Właściwa nam tradycja kultury polega na tym, że istnieje pewna liczba dzieł, które stale nam towarzyszą i są dla nas zawsze obecne, jakiekolwiek by ogromne fale czasu z przyszłości przetoczyły się – poprzez teraźniejszość – ku przyszłości i w nią zapadły.

 

Ze wstępu Zygmunta Kubiaka:

Kiedy w tej słynnej książce, jednej z najsłynniejszych, jakie przechowuje nasza cywilizacja, w rozważaniach o tajemniczej naturze czasu czytamy (XI 20), iż istnieją trzy jego dziedziny, „obecność rzeczy minionych, obecność rzeczy teraźniejszych, obecność rzeczy przyszłych”, może nam zaświtać myśl o tym, że w strefie, do której należą Wyznania, owe trzy dziedziny są w szczególny sposób zjednoczone. Strefą tą jest trwała, nieprzemijająca dziedzina literatury prawdziwie klasycznej. Właściwa nam tradycja kultury polega na tym, że istnieje pewna liczba dzieł, które stale nam towarzyszą i są dla nas zawsze obecne, jakiekolwiek by ogromne fale czasu z przyszłości przetoczyły się – poprzez teraźniejszość – ku przyszłości i w nią zapadły. ze wstępu Zygmunta Kubiaka 

Pracę tę dedykuję mojej Córce Monice

Z.K.

Zygmunt Kubiak

Od Tagasty do Ostii

Kiedy w tej słynnej książce, jednej z najsłynniejszych, jakie przechowuje nasza cywilizacja, w rozważaniach o tajemniczej naturze czasu czytamy (XI 20), iż istnieją trzy jego dziedziny, „obecność rzeczy minionych, obecność rzeczy teraźniejszych, obecność rzeczy przyszłych”, może nam zaświtać myśl o tym, że w strefie, do której należą Wyznania, owe trzy dziedziny są w szczególny sposób zjednoczone. Strefą tą jest trwała, nieprzemijająca dziedzina literatury prawdziwie klasycznej. Właściwa nam tradycja kultury polega na tym, że istnieje pewna liczba dzieł, które stale nam towarzyszą i są dla nas zawsze obecne, jakiekolwiek by ogromne fale czasu z przyszłości przetoczyły się – poprzez teraźniejszość – ku przeszłości i w nią zapadły.

Już autor Wyznań żyje w kręgu owej klasycznej literatury. Wspomina (I 13), jak w chłopięctwie czytał Eneidę Wergiliusza: „Płakałem nad śmiercią Dydony, która z miłości się zabiła (...)”. Potem zaś, w dziewiętnastym roku życia, w szkole retoryki, opowiada Augustyn (III 4), wziął pewnego dnia w ręce jeden z dialogów filozoficznych wielkiego mówcy rzymskiego: „W zwyczajnym porządku studiów natrafiłem wówczas na jedną z książek autora imieniem Cycero, którego styl podziwiają wszyscy bardzo, a ducha – już nie tak. Książka ta zawiera zachętę do filozofii, a nosi tytuł Hortensjusz. To właśnie ona zmieniła uczucia moje i ku Tobie, Panie, zwróciła moje modlitwy, i nowe, odmienne wzbudziła we mnie życzenia i pragnienia”.

Dialog Hortensjusz, który do naszych czasów się nie zachował (może go kiedyś nam oddadzą odkopane gdzieś papirusy), jest jedną z zaginionych cząstek dziedziny literatury klasycznej. Można o tym pomyśleć z bólem podobnym do tego, jakiego się doświadcza, gdy za którymś z kolejnych przyjazdów do Rzymu odkrywa się, iż jedna z kamiennych westalek nad sadzawką u stóp Palatynu utraciła część ramienia, które jeszcze niedawno wyciągała ku nam jakby w geście powitania. Z bólem podobnym – bo dzieła literatury klasycznej są też posągami ustawionymi w alei. W alei naszej medytacji, od której nieraz odchodzimy – tylko po to aby kiedyś znów do niej powrócić. Już nie w czasie istnieją dla nas te dzieła, ale jakby w otaczającej nas, stale obecnej przestrzeni. Czy w czasie przemienionym w przestrzeń? Czy może raczej w czasie objawiającym się nam jako przestrzeń? W Wyznaniach zapisana jest (XI 26) taka refleksja: „(...) wydało mi się, że czas nie jest niczym innym jak rozciągłością. Lecz czego rozciągłością? – nie wiem. Zastanawiam się, czy nie jest on rozciągłością samego umysłu”. Taką czy inną trzeba by dać odpowiedź na to pytanie, wyczuwamy jednak, iż dzieła prawdziwie klasyczne, takie jak Wyznania, istnieją w nieprzemijającej teraźniejszości, jakby w pewnym rodzaju wieczności doczesnej, wieczności na miarę naszego doczesnego świata.

Ciągle się dla nas toczy wojna trojańska i wędruje Eneasz w Eneidzie. Nie gaśnie żar Cyceronowego Hortensjusza, chociaż doświadczamy go tylko poprzez zachwyt Augustyna. Nie przemija też wędrówka, o jakiej czytamy w Wyznaniach.

Oto jesteśmy w Afryce Północnej w IV wieku po Chr., w Tagaście, mieście położonym w odległości około trzystu kilometrów od wybrzeża Morza Śródziemnego, we wschodniej części dzisiejszej Algierii, na południowy zachód od nadmorskiej Kartaginy (na obszarze dzisiejszej Tunezji, naprzeciw Rzymu), którą niegdyś Rzymianie po upartych wojnach punickich zburzyli w roku 146 dawnej ery, a potem ją odbudowali jako miasto rzymskie i od nowa uczynili gwarnym portem. Te regiony nazywano wówczas Numidią. Pod panowaniem rzymskim była ona, jak zresztą cała Afryka Północna, ziemią kwitnącą, krainą mocno utwierdzonej cywilizacji łacińskiej. Wszędzie tu, od morza aż po piaski Sahary, odkrywamy dziś ruiny rzymskich budowli i wyżłobione kołami wozów wielkie kamienie słynnych rzymskich dróg, z których najważniejszy był trakt biegnący wybrzeżem nieprzerwanie od Atlantyku do Aleksandrii. Aż do ostatnich jednak lat cesarstwa, może aż do islamskiego podboju, rozbrzmiewa tu obok łaciny język punicki.

Przyszły autor Wyznań wychowuje się w domu (z rodzicami i jednym bratem, może też z dwiema siostrami) i w szkole łacińskiej, która ze szczególną gorliwością stara się go ustrzec od barbaryzmów w mowie i w sposobie myślenia; wszystkie kultury są szczególnie gorliwe i czujne na kresach swego obszaru, rzecz to znana. Mając kilkanaście lat, zostaje przez rodziców wyprawiony do pobliskiego miasta, Madaury (położonego trochę dalej w głąb afrykańskiego lądu), na studia retoryki. Studia takie, oparte na bogatym programie erudycji humanistycznej, przygotowują ludzi do uczestniczenia w życiu społecznym i do sprawowania różnorodnych stanowisk publicznych. W Augustynie, który zapewne już wtedy jest artystą urzeczonym słowami będącymi jakby „naczyniami wybornymi, drogocennymi” (I 16), wcześnie budzi się zainteresowanie samą retoryką jako nauką i sztuką; postanawia, że w przyszłości będzie innych uczyć wymowy sądowej i politycznej, zostanie profesorem.

Oprócz tych przygotowań do praktycznego zawodu pochłaniają Augustyna jeszcze różne myśli i troski. Od momentu przeczytania w dziewiętnastym roku życia (373 po Chr.) Hortensjusza aż do wydarzeń własnej biografii duchowej, które się rozegrają w latach 386–387 i których zapis kończy narrację historyczną Wyznań, Afrykańczyk odbywa pełną niepokoju wędrówkę filozoficzną. Najpierw go przyciągnęła do siebie wspólnota manichejska (III 6; IV 1; V 10).

Miano manicheizmu wywodzi się od mówiącego językiem starosyryjskim Babilończyka Manesa (Mani, ok. 216–277 po Chr.), który żył i nauczał w Persji, i zginął śmiercią męczeńską na rozkaz króla z dynastii sasanidzkiej Bahrama I. Z pism Manesa i jego uczniów przetrwały dosyć znaczne szczątki na papirusach ustrzeżonych przez piaski Egiptu i Turkiestanu. Głosił on doktrynę wywiedzioną w dużej mierze z wyobrażeń zoroastryzmu i buddyzmu, z którymi połączył pewne elementy zaczerpnięte z judaizmu i nauki chrześcijańskiej; uważał siebie za wcielenie Pocieszyciela, czyli Ducha Świętego, obiecanego w Nowym Testamencie (J 14, 16–17). Istnieją, według manicheizmu, dwie potęgi, dobra i zła, światłość i ciemność; przed powstaniem świata, który znamy, moce ciemności wdarły się do dziedziny światła, a skutkiem owego wtargnięcia jest to, co widzimy wokół siebie: pomieszanie w naszym świecie rzeczy dobrych i złych; boska substancja światłości została uwięziona w materii zasługującej na potępienie. Wskazania Manesowe mają otwierać przed wyznawcami drogę do wyzwolenia duszy od zła; wyznawcy ci dzielą się na dwie kategorie: „wybranych”, którzy w ogóle nie uczestniczą w materialnym determinizmie życia, nie zawierają małżeństwa i nie sprawują funkcji publicznych, i „słuchaczy”, którzy etykę manichejską praktykują częściowo, ufając, iż w przyszłej egzystencji odrodzą się jako wybrani.

Przez dziewięć lat (374–383), podczas których Augustyn studiuje retorykę, a potem jej naucza w Tagaście, w Kartaginie i wreszcie w Rzymie (ok. 383), skąd pojedzie do Mediolanu, jest on „słuchaczem” manichejskim. Zarazem interesuje się żywo astrologią (IV 3), ale także skromniejszymi i rzetelniejszymi badaniami, zgłębianiem natury otaczającego nas świata, przyrody ziemskiej i kosmicznej (V 3). Trzeba jednak też pamiętać o tym, że astrologia nie jest w epoce Augustyna tylko domeną prostactwa, wykorzystywaną przez układaczy horoskopów i wyśmiewaną przez satyryków; na wyższych swoich piętrach intelektualnych wiąże się ona z filozoficzną koncepcją odpowiedniości i współzależności zjawisk ziemskich i kosmicznych: jak astronomia przewiduje powtarzające się fenomeny niebieskie, tak astrologia usiłuje przepowiadać zdarzenia ziemskie, które uważa za uzależnione od zjawisk niebieskich. Rozpowszechniła się ona w cywilizacji greckiej od epoki hellenistycznej, gdy w Aleksandrii i innych miastach śródziemnomorskich dokonała się synteza tradycji helleńskich i orientalnych. Wysoko ją cenią w kręgach greckich i rzymskich świetne umysły, astronomowie Hipparch i Ptolemeusz, liczni filozofowie, zwłaszcza stoicy, którzy widzą w niej konkretyzację nauki o fatum-przeznaczeniu, nauki człowiekowi niezbędnej:

Poznajcie prawa losów, od wieków nieporuszone,

Pieczętujące lata znakami koniecznych wydarzeń!1

Tak do ludzi przemawia znakomity poeta łaciński, stoik Maniliusz (na przełomie dawnej i nowej ery), który astronomię i astrologię uczynił przedmiotem poematu dydaktycznego Astronomica. Trudno się dziwić temu, iż Augustyn przez lata zmaga się z problemami astrologii i uwolni się od niej (VII 6) późno i z wielkim trudem.

Spokojniejsze zaś i bardziej poważne zainteresowania badawcze wiodą go – drogą od fizyki do metafizyki – ku studiowaniu dzieł platoników. Jakiś zwolennik platonizmu podsuwa mu (VII 9) teksty tego nurtu filozoficznego, przełożone na łacinę przez Gajusza Mariusza Wiktoryna (VIII 2). Znamy tego autora z przechowanych do naszych czasów traktatów teologicznych, jakie napisał w początkach drugiej połowy IV wieku, będąc już chrześcijaninem, oraz z powstałych wcześniej jego komentarzy do retorycznego traktatu Cycerona; dzieła tego pisarza dotyczące gramatyki i stylu łacińskiego ceniono tak wysoko, iż za życia postawiono w Rzymie jego pomnik na forum Trajana. Zaginęły przekłady Wiktoryna z greki, wiemy jednak, iż tłumaczył Platona, Arystotelesa, a także Porfiriusza, filozofa z drugiej połowy III wieku po Chr., ucznia Plotyna i komentatora jego myśli; jest możliwe, iż Augustyn wśród dzieł platoników czyta wówczas również przekłady tekstów samego Plotyna, twórcy neoplatonizmu, jakieś przynajmniej fragmenty Ennead. Traktaty te wprowadzają afrykańskiego retora w krąg medytacji metafizycznej platonizmu rozwiniętego i przekształconego przez wielkiego filozofa z Egiptu. Głosi tedy Plotyn, że wszelkie rodzaje bytu, czy to materialne, czy duchowe, doczesne czy wieczne, są emanacjami jedynej Potęgi niematerialnej i nieosobowej, którą utożsamia on z Parmenidesowym „Jednym”, jak też z „Dobrem” Platona, stwierdzając jednak, iż Absolutu tego nie można ludzką mową określić. Materia, będąca ostatnią emanacją Jednego, jest najbardziej zewnętrznym spośród koncentrycznie ułożonych kręgów bytu. Pomiędzy Jednym i materią są trzy stopniowo coraz nędzniejsze warstwy tego, co istnieje: umysł kosmiczny, dusza kosmiczna i przyroda. Postępująca ta degeneracja polega na coraz bardziej wzmożonej indywiduacji i na słabnięciu wewnętrznej harmonii. Najniższą spośród emanacji jeszcze twórczych jest przyroda, physis, wyposażona w świadomość zarówno słabą, jak też pełną urojeń, i właśnie projekcją tych urojeń jest otaczający nas świat materialny. Człowiek, według tej doktryny, skupia w sobie różne warstwy bytu, jest mikrokosmosem, w którym istnieją aktualnie albo potencjalnie trzy emanacje oddzielające Jedno od materii: najzwyklejszym procesem jego świadomości jest myślenie dyskursywne na poziomie duszy kosmicznej, ale poniżej tej świadomości ciągle kipią i burzą się w człowieku urojenia na poziomie przyrody; niekiedy zaś potrafi się on wznieść ku przekraczającej zwykłą świadomość ludzką intuicji na poziomie kosmicznego umysłu. Wzbijając się jeszcze wyżej, ponad umysł kosmiczny, człowiek może czasem osiągnąć enosis (zjednoczenie), czyli takie doświadczenie, w którym ludzkie „ja”, całkowicie zharmonizowane wewnętrznie, przez chwilę się utożsamia z najwyższą jednością Jednego. Jest to neoplatońska koncepcja ekstazy.

Obszernie i dobitnie, dając nam poznać, jak wielkie wrażenie wywarła na nim ta lektura, Augustyn opowiada o swoim obcowaniu z dziełami platoników (VII 9–20). „Te książki zachęcały mnie, abym wrócił do samego siebie. Zacząłem więc wchodzić w głębię mej istoty za Twoim przewodnictwem” (VII 10). Medytacja neoplatońska przezwycięża w jego umyśle doktrynę manichejską, jednocześnie prowadząc Augustyna ku dalszym poszukiwaniom: afrykański retor bierze w ręce teksty biblijne (VII 21), które niegdyś wydawały mu się obce, dalekie (III 5); studiuje zwłaszcza listy św. Pawła.

Mieszka teraz od paru lat w Mediolanie, dokąd przyjechał w roku 384 po niezbyt długim pobycie w Rzymie. Niebawem przybyła tu do niego matka, Monika, towarzysząca jego intelektualnej wędrówce modlitwą. Jest też w Mediolanie ceniony bardzo przez Monikę biskup katolicki tego miasta Ambroży, nie tylko pasterz i myśliciel, lecz i poeta, wielki poeta, autor wspaniałych hymnów, którymi będą się karmić wieki, pieśni przenikniętych ufnością, że do Absolutu można kołatać wołaniem o pomoc i opiekę; jak tego hymnu zaczętego słowami Aeterne rerum Conditor:

Wieczysty rzeczy Stworzycielu,

Ty, który dniem i nocą rządzisz,

Ty, co odmieniasz pory czasu,

Aby nam ulżyć w trudach życia!

Już pieje dnia radosny zwiastun,

Który w głębokiej nocy czuwa.

Światło wśród mroku dla wędrowców,

Światło dzielące noc od nocy.

Wołaniem kura przebudzona

Jutrzenka nocny mrok rozprasza,

A cała zgraja błędnych duchów

Przestaje ludziom czynić szkodę.

Żeglarz z otuchą ster ujmuje,

Fale się morza cichsze ścielą.

Słysząc wołanie kura, Kościół

Opoka płacze grzechów swoich.

Powstańmy teraz pełni mocy!

Już kur leżących ze snu budzi,

Woła, omdlałych napomina,

Tych, którzy przeczą, przekonuje.

Nadzieja wraca z jego śpiewem

I zdrowie krzepi ciała chore.

W pochwę się kryje miecz mordercy.

Kto zrozpaczony – znowu ufa.

Spójrz, Jezu, na tych, co upadli.

Spojrzeniem swoim nas podźwignij.

Gdy na nas patrzysz, giną grzechy

I we łzach wina się rozpływa.

Ty światłość jesteś. O, zabłyśnij

Zmysłom i mroki duszy rozprosz!

Ciebie niech sławi głos nasz pierwszy,

Ciebie niech sławi pieśń ostatnia.

Jakże wyraźnie mamy go przed oczyma – tego pasterza, którego trudno dopaść w chwili naprawdę wolnej, bo ciągle biega wokół trosk mnóstwa ludzi – gdy na niego patrzymy z Augustynem nieśmiącym wtargnąć w jego odosobnienie (VI 3): „Długo się wtedy siedziało przy nim w ciszy – któż by się bowiem ośmielił przeszkadzać człowiekowi tak pogrążonemu w studiach? – i nieraz odchodziło się, bo nietrudno było się domyślić, że w tym krótkim czasie, kiedy był oddzielony od burzliwych spraw innych ludzi i mógł dać pokarm własnemu umysłowi, nie chciałby, żeby go od tego odrywano”.

W Mediolanie kłębi się wiele burzliwych spraw. Jest to w owej epoce najbardziej gwarne, najbujniejsze miasto Italii, zaćmiewające nawet Rzym. Położone u zbiegu głównych dróg równiny nad Padem, najbogatszej części Półwyspu Apenińskiego, stało się w IV wieku po Chr. głównym grodem cesarskim, najważniejszym miastem rezydencjalnym władców i dworu, faktyczną stolicą zachodniego cesarstwa. Tu się też splatają ogniwa tajnej policji cesarskiej, słynnych agentes in rebus, których nieraz spotykamy w Wyznaniach (VIII 6; IX 8). W błyszczącym pałacu w Mediolanie wygłaszają doroczne mowy na cześć cesarza kolejni retorzy zaszczytnie do tego wybrani; Augustynowi ten honor przypadł już w drugim roku (385) jego pobytu w cesarskim mieście (VI 6). Afrykańskiego retora, gdy szamocze się w udręce intelektualnej, otacza zarazem kłębowisko codziennych problemów egzystencji. Daremnie próbuje się z nich wywikłać projektem założenia z przyjaciółmi wspólnoty filozoficznej, dzięki której mógłby żyć w świecie, a zarazem jakby poza światem (VI 14); projekt się rozpada, wymogi życia są twarde, osaczają Augustyna. Skończył trzydzieści lat, żąda się od niego – zgodnie z prawami społeczeństwa, do którego należy – stabilizacji zawodowej i rodzinnej. Przystaje on, nie bez oporu i bólu (VI 15), na rozstanie z bezimienną towarzyszką życia, matką jego syna Adeodata i na zaręczyny ze swataną dziewczyną, aby za dwa lata zawrzeć legalne małżeństwo (VI 13); ale i ten projekt wcale się nie spełni. Matka Adeodata wraca z Mediolanu do ojczystej Afryki, zostawiając kilkunastoletniego chłopca z Augustynem (VI 15), i na zawsze znika nam z oczu; dowiadujemy się jednak, iż jest ona chrześcijanką (VI 15). Odsunięcie jej jest niezrozumiałe; może kryje się w nim jakaś nieznana nam tajemnica; ale chyba do dziś nie możemy się z nim, jako z gołym faktem, pogodzić. Ktoś powiedział, że geniusz tylko z daleka grzeje. A z bliska – pali? Mrozi? Bardzo mało wiemy o tej mater ignota Adeodati; ale zadajemy sobie pytanie: geniusz, który od tylu wieków rozgrzewa i ocala serca niezliczonych ludzi, czymże ten geniusz był dla niej jednej?

Już niebawem dokona się w życiu Augustyna przełom. On sam mówi o nim jako o wyzwoleniu „od wysługiwania się sprawom doczesnym” – de saecularium negotiorum servitute (VIII 6); wyzwolenia od takich więzów pragnęli też stoicy i platonicy. Pewnego dnia w sierpniu 386 do domu wynajmowanego w Mediolanie przez afrykańskiego retora i jego bliskich przybywa człowiek rodem z Afryki, Pontycjan, wysoki urzędnik cesarski, i gawędzi z Augustynem i jego przyjacielem Alipiuszem. Nagle dostrzega na stole listy św. Pawła, opowiada więc ziomkom o św. Antonim i jego naśladowcach, którzy strząsnęli z siebie ową saecularium negotiorum servitus. Pontycjan odchodzi (VIII 7), Augustyn zostaje z Alipiuszem, idzie do ogrodu, jaki jest przy domu, kroczy wzburzony, rzuca się na ziemię pod drzewem figowym; razem z Alipiuszem, krok za krokiem, śledzimy chwile niezwykłego boju (VIII 11). I nagle zadźwięczał głos dziecka: „Tolle lege, tolle lege” – „Weź to, czytaj! Weź to, czytaj!” (VIII 12). Medytację w owym ogrodzie tradycja nazywa „nocą mediolańską”; lektura jednak tekstu Wyznań przekonuje nas, iż rzecz się rozgrywa przed nocą, może w czasie przedwieczornym; nocą bowiem dziecko spałoby, nie śpiewałoby refrenów; chyba że śpiewa ono o poranku, po nocy spędzonej przez Augustyna na medytacji. U kresu tego „niezwykłego boju”, pod jakimikolwiek gwiazdami czy cieniami się rozegrał, Augustyn wyrzeka się wszelkich dotychczasowych projektów, wybiera zupełnie inną drogę życia.

Nastaje teraz kilka zacisznych miesięcy, wypełnionych pracą, w Kasycjakum u stóp Alp. W kwietniu zaś 387 roku w Mediolanie Augustyn wraz z Adeodatem i Alipiuszem przyjmuje chrzest (IX 3–6). Postanawia wrócić ze swymi bliskimi do Afryki. Nad Morzem Tyrreńskim czekają na okręt do Kartaginy (IX 8). Ostatnia część zawartej w Wyznaniach narracji biograficznej mówi o tym, co się działo w Ostii, porcie u ujścia Tybru, mieście leżącym blisko Rzymu i stanowiącym jego wrota morskie. Znamy to miasto dosyć dobrze, bo po zburzeniu go przez barbarzyńców pokrył je piasek, glina, trawa, a brzeg morski z powodu mułu niesionego z wieku na wiek przez Tyber dosyć daleko się od Ostii odsunął, więc potomni nie budowali już portu i miasta w tym miejscu, poniechanym i dziczejącym. Przeto archeologowie mieli tu i mają wiele rzeczy do odkopywania. Można dziś kroczyć ulicami, ku którym wychylają się zarysy sklepów i warsztatów. Można się wdrapywać na wyższe piętra – tu i ówdzie zachowane – większych domów, tak zwanych insulae, jakbyśmy dziś powiedzieli „bloków”, zawierających po kilka mieszkań i goszczących kilka rodzin; takie gmachy są szczególnie znamienne dla Ostii. Ale natrafiamy tu też na mniejsze domy, do jakich przywykliśmy w Pompejach i w Herkulanum, komnatami i krużgankami otaczające zatajony w ich wnętrzu ogródek, zieleniejący i kwitnący pod otwartym niebem, oddzielony od gwaru i turkotu ulicy, ogarnięty ze wszystkich stron ciszą domowego życia. Można i dziś usiąść na kamieniu w jednym z takich ogródków, w łagodnym słońcu, w mocnej woni ziół. I na taką właśnie zieleń patrzą, takiej ciszy słuchają oni, Monika i Augustyn: „(...) staliśmy tylko we dwoje, oparci o okno, skąd się roztaczał widok na ogród wewnątrz domu, gdzieśmy mieszkali” (IX 10). Rozmawiając z sobą (colloquebamur ergo soli valde dulciter), doznają wizji innego bytu, innego brzegu, już nie brzegu Afryki, do którego matka Augustyna Monika nie pożegluje, bo niedługo po owej rozmowie umiera w Ostii (IX 11) i zostaje tu pogrzebane jej ciało; potomni przeniosą relikwie do kościoła św. Augustyna w Rzymie. Dziś w tym kościele o surowej i wspaniałej fasadzie renesansowej idzie się ku ołtarzowi św. Moniki przez półmrok lewej nawy, obok bosych pięt ubogich pielgrzymów klęczących przed Madonną i Dzieciątkiem na zachwycającym obrazie Caravaggia Madonna dei pellegrini (można go wydobyć z półmroku, wrzucając do metalowej skrzynki monetę, która uruchamia elektryczność), do klęcznika i jarzących się świec, ciągle zapalanych w modlitwie do patronki wszystkich strapionych i niewyzbywających się nadziei matek.

Najważniejsze więc momenty trwającej w Wyznaniach opowieści, medytacja mediolańska i wizja w Ostii, rozgrywają się w ogrodach, może nawet oba w tej najpiękniejszej w Italii porze przed zmierzchem, gdy krzewy dygoczą błogą muzyką świerszczy, gdy lekki powiew znad morza, ponentino, chłodzi czoło. Ostia zaś jest miejscem, gdzie przed wiekami przybił do brzegu po długiej na morzach tułaczce Eneasz z wygnańcami ze spalonej Troi. Nie może o tym nie pamiętać Augustyn, który w chłopięctwie płakał nad Dydoną i ścigał z tęsknotą „samej Kreuzy cień” (I 13). Odtrącił tę dawną czułość, podobnie jak przeraża go (IV 4–7) nadmiar przywiązania do bezimiennego przyjaciela (to, iż przyjaciel ów i matka Adeodata są w narracji Wyznań dwoma anonimami, pewnie nie jest przypadkiem: anonimowość chyba okrywa tu wielką miłość). Ale w owych momentach w ogrodach dokonuje się jakby pojednanie rzeczy, które w innych miejscach wydają się sprzeczne. „Już nie powstrzymywałem łez (...)” (VIII 12). Teraz o Nebrydiuszu, zmarłym przyjacielu, Augustyn pisze (IX 3): „Już nie nadstawia uszu na moje słowa, lecz otwiera usta duchowe i pije z Twojej krynicy, ile tylko może; tyle czerpie mądrości, ile może, i jest bez kresu szczęśliwy. Ale nie sądzę, aby oszołomiony tym napojem zapomniał o mnie, skoro Ty, Panie, którego on w siebie chłonie, o mnie pamiętasz”. A w innym miejscu (IX 6) wspomina: „Ileż razy płakałem, słuchając hymnów Twoich i kantyków, wstrząśnięty błogim śpiewem Twego Kościoła. Głosy te wlewały się do moich uszu, a gdy Twoja prawda ściekała kroplami do serca, parowało z niego gorące uczucie pobożnego oddania. Z oczu płynęły łzy i dobrze mi było z nimi”.

Jest w końcowych sekwencjach Augustynowej narracji biograficznej pojednanie. I jest też przekroczenie filozofii antycznej, jej ideału duchowej harmonii człowieka, niewzruszoności mędrca: „Człowiek o wielkiej duszy – uczył Arystoteles w Etyce nikomachejskiej (IV 3), w urzekającym wywodzie o cechach wielkoduszności – porusza się powoli, mówi cicho i spokojnie, bo kto dba o niewiele rzeczy, ten nie ma zwyczaju się śpieszyć, a ktoś, dla kogo nic nie jest ważne, nie daje się rozdrażnić”. Marek Aureliusz, filozof na rzymskim tronie cesarskim, w swych Rozmyślaniach (IV 49) mówi wspaniale: „Podobny bądź do skały, w którą fale nieustannie łomoczą: ona trwa niewzruszona, a wokół niej rozbryzgujące się wody zapadają w sen”. Augustyn rozbija tę harmonię; może właśnie przez wyłom, jaki w niej – nad sobą – wyrąbał, rozbłysło z wyżyn nowe światło? „W zranionym bowiem sercu mym ujrzałem Twoją jasność (...)” (X 41). Jest taka chwila w Wyznaniach (IX 12), gdy nad Augustynem nie mogącym o własnych siłach podołać smutkowi zapala się pamięć o jednym z kosmicznych hymnów św. Ambrożego: jakby nad jego głową wschodził ogromną łuną gwiazd wszechświat.

Światło, tak jak w innych dziełach Augustyna, pała też w wielu miejscach Wyznań: „(...) płoniemy i idziemy. Sercem wstępujemy na wyżynę i śpiewamy pieśń stopni” (XIII 9). To gorejące światło przeniknęło do Boskiej komedii Dantego, gdzie w jego blasku wszystko, co w świecie jest rozproszone, widzi się jako „węzłem miłości spojone w tom jeden” (Raj XXXIII 86); rozświeca ono nie tylko raj, lecz także górę wielkiej wędrówki, gdzie się cierpliwie wchodzi coraz wyżej (Czyściec V 22–24):

Na skos przez owo zbocze pocztem długim

Szła duchów rzesza przed nami, śpiewając

Psalm Miserere, jeden wiersz za drugim.

Wyznania trwają w Boskiej komedii, trwają też w myśli i sztuce Francesca Petrarki, który się nie rozstawał z tą książką. Po wycieczce na Mont Ventoux pod Awinionem pisze on 27 kwietnia 1336 roku do Dionizego da Borgo San Sepolcro: „Z prawej strony wyraźnie widniały góry prowincji lyońskiej, a z lewej zatoka Marsylii i ta, która smaga Aigues Mortes odległe o parę dni drogi. W dole Rodan się iskrzył. Gdy wszystkie po kolei te obrazy piękne podziwiałem i syciłem się urodą ziemi, a potem wznosiłem duszę – podobnie jak ciało podczas tej wspinaczki – ku wyżynom, przyszło mi na myśl zajrzeć do Wyznań św. Augustyna, które mi kiedyś z miłością podarowałeś. Przez pamięć zarówno o autorze, jak i o tobie, przechowuję tę książeczkę i nigdy się z nią nie rozstaję – z tą kieszonkową książeczką, malutką, a napełnioną bezmiarem słodyczy. Otwieram, aby odczytać pierwszy fragment, na który wzrok mój padnie. Bo przecież, na cokolwiek tu natrafię, dobre będzie i pobożne. I natrafiłem na dziesiątą księgę. Mój brat, chciwy słów św. Augustyna, stał przy mnie, nadstawiając uszu. Bogiem się świadczę i tym, który mojego głosu słuchał, że pierwsze słowa, na które padł mój wzrok, były takie: «Oto ludzie wędrują, aby podziwiać szczyty gór, spiętrzone fale morza, szeroko rozlane rzeki, Ocean otaczający ziemię, obroty gwiazd. A siebie samych omijają, siebie nie podziwiają» (X 8). Muszę ci wyznać, że osłupiałem (...)”.

W tej doczesnej wieczności, w jakiej trwają w naszej kulturze Wyznania, w zawsze obecnej przestrzeni tradycji, literatury prawdziwie klasycznej, spotyka je w naszym stuleciu Thomas Stearns Eliot; w zakończeniu Kazania o płomieniu (w. 307), trzeciej części Ziemi jałowej, pada cytat z tamtej łacińskiej autobiografii: „To Carthage then I came” – „Do Kartaginym przybył”, wzięty z samego początku trzeciej księgi Wyznań; zdanie, które bezpośrednio go poprzedza, ostatnie zdanie księgi drugiej, brzmi: „et factus sum mihi regio egestatis” – „I stałem się dla siebie ziemią jałową”. Czy nie jest to główne źródło tytułu Eliotowskiego poematu, Ziemia jałowa?

Siła słowa w tym dziele zdaje się przekraczać miarę mowy, rylca, poddanej rylcowi tabliczki. „Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna a tak nowa, późno Cię umiłowałem” (X 27); „Na Twe skinienie – przelatują chwile” (XI 2); „(...) pałamy i idziemy. W górę idziemy (...)” (XIII 9).

W niniejszym, piątym polskim wydaniu Wyznań nie podaje się, pod tekstem, lokalizacji odniesień Augustyna do Biblii. Cała bowiem jego książka jest przeniknięta Pismem Świętym. W przypisach notuję tylko cytaty z autorów pozabiblijnych oraz wyjaśnienia rzeczowe i niekiedy problemy translatorskie. Biblijnych cytatów – albo quasi-cytatów – o różnym stopniu wierności jest w Wyznaniach bardzo wiele. Odtwarzając je, staram się być w każdym wypadku jak najbliższy wersji przyjętej w oryginale łacińskim i barwie jego stylu. W takiej mierze, w jakiej to jest możliwe przy tym założeniu, staram się też nawiązywać do tradycyjnych polskich tekstów biblijnych, zwłaszcza do przekładu ks. Jakuba Wujka. Te biblijne cytaty w Wyznaniach są przeważnie organiczną częścią tekstu samego Augustyna. Rzecz polega na tym, że Augustyn myśli frazami biblijnymi.

Każda z kolejnych edycji polskich Wyznań (po pierwszym wydaniu, 1978) jest głęboką rewizją tekstu. Rewiduję moje decyzje w wyborze takich czy innych lekcji tekstu łacińskiego, poprawiam, szlifuję. Szlifowanie wynika z uporu: z dążenia, aby w mojej mowie ojczystej dotrzeć bliżej do stylu św. Augustyna. A odtwarzając taki styl, zawsze się kroczy jak po sznurze nad przepaścią. Quod potui, feci.

Zygmunt Kubiak

1 Maniliusz, Astronomica IV 13–14. Wszystkie cytaty w tym szkicu podaję w moim przekładzie – Z.K.

I

1.

Jakże wielki jesteś, Panie. Jakże godzien, by Cię sławić. Wspaniała Twoja moc. Mądrości Twojej nikt nie zmierzy. Pragnie Cię sławić człowiek, cząsteczka tego, co stworzyłeś. On dźwiga swą śmiertelną dolę, świadectwo grzechu, znak wyraźny, że pysznym się sprzeciwiasz, Boże. A jednak sławić Ciebie pragnie ta cząstka świata, któryś stworzył. Ty sprawiasz sam, że sławić Cię jest błogo. Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie.

Ale daj poznać, Panie – niechże to wreszcie zrozumiem – czy najpierw człowiek ma Ciebie wzywać, czy sławić?

I czy w ogóle można Cię wzywać, zanim się Ciebie pozna?

Bo jakże to? Czy można wzywać, nie znając Ciebie? Przecież mógłby wtedy człowiek, myląc się, coś innego przyzywać! Lecz może trzeba Ciebie wołać na pomoc, żeby Cię poznać? Ale jakże będą wzywać Tego, w którego jeszcze nie uwierzyli? Jak uwierzą, póki ich ktoś nie pouczy?

Sławić będą Pana ci, którzy Go szukają. Szukając bowiem, znajdą Go, a znajdując – będą Go sławić.

Niechże szukam, wzywając Ciebie, Panie! Niech Cię wzywam, wierząc w Ciebie. Bo już nas pouczono o Tobie. Wzywa Cię, Panie, wiara, którą mnie obdarzyłeś. Natchnąłeś mnie tą wiarą przez człowieczeństwo Syna Twego i przez służbę człowieka, który mnie pouczył.

2.

Ale czy mogę Go wzywać? On przecież Bogiem jest i Panem moim. Wzywając, w istocie proszę o to, by przyszedł do mnie. A czy jest we mnie takie miejsce, do którego mógłby Bóg mój przyjść? On, który niebo i ziemię stworzył! Czy w ogóle, Boże mój, jest we mnie cokolwiek, co mogłoby Cię ogarnąć? Czy całe niebo i ziemia, które stworzyłeś i w których mnie stworzyłeś, ogarniają Ciebie?

A może dlatego, że bez Ciebie nic by nie istniało, wszystko, co istnieje, zawiera Ciebie? Może dotyczy to i mnie, gdy proszę, żebyś przyszedł do mnie... Bo zupełnie nie byłoby mnie, gdyby Ciebie we mnie nie było! Jeszcze nie jestem w otchłani, a Ty jesteś i tam; choćbym zstąpił do otchłani, tam jesteś. Nie byłoby mnie, Boże mój, zupełnie by mnie nie było, gdyby Ciebie we mnie nie było. A może raczej nie byłoby mnie, gdybym nie istniał w Tobie, z którego wszystko, w którym wszystko? Tak, Panie, tak to właśnie jest. Dokądże więc mam Ciebie wzywać, skoro sam jestem w Tobie? Skąd miałbyś przybyć do mnie? Gdzież miałbym stanąć poza niebem i ziemią, aby tam przyszedł do mnie Bóg mój, który rzekł: „Niebo i ziemię napełniam...”.

3.

Lecz skoro Ty napełniasz niebo i ziemię, czy one Ciebie ogarniają? Czy jeszcze zostaje ta reszta, której ogarnąć już nie mogą? A gdzie wylewasz to, co z Ciebie zostaje po napełnieniu nieba i ziemi? Może wcale nie trzeba, żeby cokolwiek zawierało Ciebie, który wszystko zawierasz? To bowiem, co napełniasz, napełniasz już przez to samo, że to w sobie zawierasz. Naczynia, pełne Ciebie, unieruchomić Cię nie mogą. Gdy się rozpadają, Ty się nie rozlewasz. A gdy rozlewasz się na nas, nie spadasz, lecz nas podnosisz. Nie rozpraszasz się, lecz nas gromadzisz.

Ale napełniając wszystko, czy całym sobą wszystko napełniasz? Czy też, nie mogąc Ciebie ogarnąć całego, wszystkie rzeczy obejmują tylko część Ciebie? I czy wszystkie tę samą część? Czy poszczególne rzeczy – poszczególne części, większe rzeczy – większe, mniejsze rzeczy – mniejsze części? Czy jednak jest w Tobie część większa, część mniejsza? Czy raczej na każdym miejscu jesteś cały, a żadna rzecz Ciebie całego nie ogarnia?

4.

Czymże więc jesteś, Boże mój? Czymże, jeśli nie Panem, Bogiem? Bo któż jest Bogiem oprócz Pana? Jakiż jest Bóg oprócz Boga naszego?

O, najwyższy, najlepszy, najmożniejszy, bezgranicznie wszechmocny, najbardziej miłosierny i najsprawiedliwszy, najgłębiej ukryty i najbardziej obecny, najpiękniejszy i najsilniejszy, zawsze istniejący a niepojęty! Niezmienny jesteś, a przemieniasz wszystko, sam nigdy nowy, nigdy stary, wszystko odnawiasz, a do starości wiedziesz pysznych, gdy oni o tym nie wiedzą. Zawsze działasz, zawsze trwasz w spoczynku, gromadzisz, a niczego nie potrzebujesz, karmisz, prowadzisz ku doskonałości. Szukasz, a niczego Ci nie brakuje.

Kochasz, a nie spalasz się; troszczysz się, a nie lękasz; żałujesz, a nie bolejesz; gniewasz się, a spokojny jesteś; dzieła zmieniasz, a nie zmieniasz zamysłu; przygarniasz, co napotkasz, chociaż nigdy tego nie utraciłeś. Nigdy nie jesteś ubogi, a radujesz się zyskiem. Nigdy się nie łakomisz, a żądasz pomnożenia tego, co dałeś. Daje się Tobie ponad obowiązek, abyś Ty był dłużnikiem – a któż z nas ma cokolwiek, co nie byłoby Twoje? Oddajesz długi, nic winien nie będąc. Długi darowujesz, nic nie tracąc.

Cóż ja tu mówię, Boże mój, życie, słodyczy mego życia święta! I cóż właściwie mówią ci wszyscy, którzy o Tobie mówić usiłują! Lecz biada, jeśli się o Tobie milczy! Choćby najwięcej wtedy mówił człowiek, niemową jest.

5.

O, któż mi da spoczynek w Tobie? Kto sprawi, że wnikniesz w serce moje, że je upoisz? Niechbym zapomniał o niedolach moich i tak przycisnął do piersi jedyne moje dobro, Ciebie...

Czymże Ty jesteś dla mnie? O, sprawić racz, żebym to umiał wyrazić. I czym dla Ciebie jestem ja, że żądasz, abym Ciebie kochał, a jeśli nie chcę, gniewasz się na mnie, grozisz wielkimi nieszczęściami? Czyż małym nieszczęściem byłoby samo to, że nie kochałbym Ciebie? Ach, Panie Boże mój, ulituj się nade mną i objaw mi, czym jesteś dla mnie. Powiedz duszy mojej: „Zbawieniem twoim jestem”. Tak powiedz, abym usłyszał. Czeka na Twój głos dusza moja, przemów do niej, powiedz duszy mojej: „Zbawieniem twoim jestem”. Pobiegnę za tym głosem, pochwycę Ciebie, Panie! Nie odwracaj twarzy ode mnie. Umarłbym, aby nie umrzeć. Aby tę twarz zobaczyć!...

Ciasna to chatka – dusza moja. Przychodząc, zechciej ją rozszerzyć. Wali się w gruzy – chciej ją podźwignąć. I wiem też, Panie, że jest w niej niejedno, co będzie razić Twoje oczy. Lecz któż ją oczyści? Do kogóż oprócz Ciebie wołać mam? „Ze skrytych oczyść mnie występków, Panie, i uchroń sługę Twego od obcych”. Wierzę, dlatego też mówię – Ty wiesz, Panie. Czyż nie oskarżyłem siebie o występki przed obliczem Twoim, Boże mój? A Ty odpuściłeś bezbożność serca mego. Nie będę się prawował z Tobą – z Tobą, któryś Prawdą jest. Nie chcę też karmić się złudzeniami, aby nieprawość moja nie kłamała samej sobie. Nie prawuję się więc z Tobą. Bo dobrze wiem: jeśli na nieprawości będziesz patrzył, Panie, o Panie, któż się ostoi?

6.

Ale chociaż jestem tylko prochem i popiołem, pozwól mi przemówić do miłosierdzia Twego. Pozwól mi mówić, bo oto jest przede mną miłosierdzie Twoje, a nie jakiś człowiek, który by mnie wyśmiał. Może i Ty szydzisz ze mnie, ale przecież w końcu nade mną się ulitujesz.

O czymże będę mówić, Panie? Czyż nie o tym właśnie, że nie wiem, skąd tu przybyłem, do tego życia, które ku śmierci biegnie? Czy może do tej śmierci, która ku życiu wiedzie? Czekały tu na mnie wszystkie pociechy, jakie zapewnia Twoje miłosierdzie. Opowiedzieli mi o tym ojciec i matka, z którego i w której ukształtowałeś mnie w czasie; bo sam tego okresu nie pamiętam. Była to najpierw słodycz mleka. To nie matka moja ani mamki napełniały sobie piersi, lecz Ty, Panie, przez nie dawałeś mi pokarm, jaki przeznaczyłeś dla niemowląt. Udzielałeś bogactw, jakich nie odmawiasz nawet najniższym częściom Twego stworzenia. Tyś także sprawiał, że nie chciałem więcej, niż dawałeś, i że moje karmicielki chciały mnie obdarzyć tym, czego im udzielałeś. Kochając mnie zgodnie z Twoim postanowieniem, chętnie dawały mi to, co od Ciebie miały w obfitości. Im także wychodziło na dobre, co mnie przynosiło pożytek – pożytek, który nie był z nich, lecz tylko przez nie. Bo z Ciebie, Boże, są wszystkie dobra; z Boga mojego – moje ocalenie. Zrozumiałem to później; wołają o tym wszystkie wielkie dary, jakich udzielasz i duszy, i ciału. W niemowlęctwie umiałem tylko ssać, a potem utulić się w błogim spokoju nasycenia, płakać zaś, kiedy ciału coś dolegało. Niczego więcej wtedy nie umiałem.

Po pewnym czasie zacząłem się uśmiechać, najpierw przez sen, potem też na jawie. Tak mi przynajmniej opowiedziano później. Wierzę, bo widzę to u innych dzieci; sam swego niemowlęctwa oczywiście nie pamiętam.

Stopniowo też uświadamiałem sobie, gdzie się znajduję, i usiłowałem wyrażać moje życzenia wobec ludzi, którzy mogli je spełniać. Nie udawało mi się to, gdyż pragnienia te były we mnie, a ludzie przebywali w świecie zewnętrznym i nie mieli takiego zmysłu, którym zdołaliby wniknąć do wnętrza mojej duszy. Miotałem się i krzyczałem, aby nielicznymi znakami, jakie potrafiłem dawać, wreszcie przejawić życzenia; ale znaki te nie były podobne do tego, co miały naśladować. Gdy nie spełniano mojej woli – czy to dlatego że jej nie rozumiano, czy też że domagałem się czegoś, co mogłoby mi zaszkodzić – złościłem się, że starsi ode mnie nie chcą mi być posłuszni i że ludzie wolni nie chcą służyć mi jak niewolnicy. Płaczem na nich się mściłem. Takie zachowanie mogłem potem obserwować u dzieci; one, nic nie wiedząc, bardziej pouczyły mnie, jaki byłem w niemowlęctwie, niż mogli to uczynić wyposażeni w wiedzę ludzie, którzy mnie wychowali.

To dzieciństwo moje dawno już umarło, a ja żyję. Ty zaś, Panie, żyjesz zawsze i nigdy w Tobie nic nie umiera. Przed początkami wieków, przed wszystkim, o czym można powiedzieć, że się stało wcześniej – Ty jesteś. I Bogiem jesteś, Panem wszystkiego, co stworzyłeś. W Tobie istnieją przyczyny wszystkiego, co niestałe, trwają niezmienne podstawy wszystkich rzeczy zmiennych, żyją wieczne uzasadnienia wszystkiego, co nieobliczalne i co przemija w czasie. Ulituj się, Panie, nade mną biednym; racz mnie oświecić. Czy niemowlęctwo nastąpiło u mnie po jakimś okresie już umarłym? Czy tym poprzednim okresem był czas, gdy przebywałem w łonie matki? I o tym nieco się dowiedziałem; widzę też przecież kobiety w ciąży.

A jeszcze przed tym okresem, jeszcze wcześniej? Panie mój, Panie umiłowany! Czy byłem już gdziekolwiek? Czy byłem – już wtedy – kimś? Nikt mi nie może powiedzieć o tym – ani ojciec, ani matka, ani doświadczenie innych ludzi, ani własna pamięć. Może teraz, kiedy tak się dopytuję, Ty się uśmiechasz... Bo pewnie żądasz, abym chwalił Ciebie i wielbił za to, o czym wiem. Wielbię Cię, Panie nieba i ziemi, dziękując Ci za początki moje i niemowlęctwo. Okresów tych nie pamiętam. Ale pozwoliłeś, aby człowiek wiele o sobie samym mógł wnioskować, kiedy się dzieciom przypatruje, a i u kobiet nieco się rozpyta.

Istniałem więc. Żyłem. I już pod koniec niemowlęctwa szukałem znaków, którymi mógłbym uczucia moje oznajmić innym. Skądże to, jeśli nie od Ciebie, Panie, mogłaby pochodzić taka istota? Czyż istnieje jakiś skądinąd biegnący kanał, przez który docierają do nas istnienie i życie? Nie! To Ty stwarzasz nas, Panie, Ty, w którym nie ma różnicy między istnieniem a życiem. Bo w najwyższym stopniu istnieć i w najwyższym stopniu żyć – to jest to samo. Nieskończony jesteś i nie zmieniasz się. Nie przemija w Tobie dzień dzisiejszy, a jednak przemija w Tobie, bo również takie zjawiska wszystkie w Tobie istnieją. Nie znalazłyby dróg przemijania, gdybyś Ty owych zjawisk w sobie nie zawierał. Ale ponieważ lata Twoje nie ustaną, dniem dzisiejszym są Twoje lata. Ileż to dni naszych, ileż dni naszych przodków przepłynęło już przez Twój dzień dzisiejszy. Z niego zaczerpnęły miarę trwania i samo swoje istnienie, a to samo czerpać z niego będą wszystkie dni, które jeszcze nadejdą. A Ty jesteś zawsze ten sam. Wszystko, co jutrzejsze i jeszcze późniejsze, wszystko wczorajsze i jeszcze dawniejsze dziś uczynisz, dziś uczyniłeś. Jakże to pojąć mogę? Jeśli się nie umie tego pojąć, trzeba samym pytaniem się radować. Lepiej jest bowiem znaleźć Ciebie, choćby się nie znalazło odpowiedzi, niż byłoby – znaleźć odpowiedź, a Ciebie nie odnaleźć.

7.

Ulituj się, Boże. Jakże straszne są grzechy ludzi.

Gdy człowiek tak woła, pochylasz się nad nim miłosiernie. Stworzyłeś go bowiem, a grzechu w nim nie stworzyłeś.

Kto mi przypomni grzechy, jakie popełniłem w niemowlęctwie? Wobec Ciebie wolny od grzechu nie jest nikt, nawet dziecko, które zaledwie jeden dzień przeżyło na ziemi. Kto więc mi przypomni? Może każde z tych maleńkich dzieci, w których dostrzegam to, czego o samym sobie nie pamiętam?

Czym grzeszyłem wówczas? Czy tym, że płacząc, wyrywałem się do karmiącej mnie piersi? Gdybym dziś tak łakomie się rwał już nie do piersi, lecz do pokarmu stosownego dla moich lat, wyśmiano by mnie i udzielono mi słusznej nagany. Postępowałem więc w sposób zasługujący na naganę. Ale ponieważ nie byłem zdolny do jej zrozumienia, ani zwyczaj, ani prawo nie pozwalały jej udzielać. Takich cech wyzbywamy się z upływem lat. A nigdy nie widziałem, żeby rozsądny człowiek, robiąc porządki, wyrzucał rzeczy cenne. Zatem i wtedy postępowanie takie nie było dobre – to wymuszanie płaczem nawet rzeczy szkodliwych, złoszczenie się tak zażarte na ludzi wolnych, że nie chcą być niewolnikami, na dorosłych, na własnych rodziców i innych ludzi rozumnych, że nie są posłuszni na każde skinienie. Gorzej jeszcze – te próby, w miarę dziecięcych sił, bicia dorosłych za to, że nie spełniają rozkazów, wtedy gdy ich spełnienie przyniosłoby dziecku szkodę. Niewinność niemowląt polega na słabości ciała, a nie na niewinności duszy. Na własne oczy widziałem zazdrość małego dziecka: jeszcze nie umiało mówić, a pobladłe ze złości, spoglądało wrogo na swego mlecznego brata.

Przecież wszyscy o tym wiedzą! Matki i piastunki powiadają, że potrafią stłumić takie wady. Jakim sposobem – nie wiem. Ale czy można by upatrywać przejaw niewinności w tym, że wobec obfitego i aż nadmiernego źródła mleka nie znosi się obok siebie innej istoty, także w najwyższym stopniu potrzebującej opieki i żywiącej się tylko tym jednym pokarmem? Traktujemy te rzeczy lekko nie dlatego, jakoby chodziło o sprawy nieistotne, błahe, lecz dlatego, że się z nich wyrasta. Nie są to rzeczy błahe. Trudno jest na takie zjawiska patrzeć spokojnie wtedy, gdy się przejawiają u kogokolwiek, kto już nie jest dzieckiem.

O, Panie Boże mój, to Ty mi dałeś jako dziecku życie i ciało. Ty obdarzyłeś ciało zmysłami, wyposażyłeś je w członki i nadałeś mu właściwe proporcje. I wszczepiłeś w to ciało instynkty służące jego sprawności i bezpieczeństwu. Każesz mi za to chwalić i wielbić Cię, i pieśnią sławić imię Twe, najwyższy Panie. Choćbyś niczego więcej ponad to nie uczynił, już byłbyś Bogiem wszechmocnym i dobrym. Nikt bowiem inny nie mógłby tego dokonać, Ty jeden tylko, od którego pochodzi wszelka miara, o, Najpiękniejszy, który kształtujesz wszystko i prawem swoim wszystko porządkujesz.

Ten w moim życiu okres, którego nie pamiętam i o którym muszę dowiadywać się od innych, jak też opierać się na obserwacji niemowląt – co zresztą daje wiedzę dosyć pewną – z przykrością doliczam do czasu, jaki przeżyłem w tym świecie doczesnym. Pod względem gęstości mroku zapomnienia okres ten jest równy poprzedniemu, przebytemu w łonie matki. Skoro zaś w nieprawości zostałem poczęty i w grzechach nosiła mnie w łonie matka, to gdzież, Boże mój, gdzie i kiedy ja, Twój sługa, byłem niewinny?

Ale już tamten czas porzucam. Bo cóż mnie jeszcze może z nim wiązać, skoro nie dostrzegam żadnych jego śladów?

8.

Czy to ja przeszedłem z niemowlęctwa do chłopięctwa, czy raczej ono do mnie zawitało, następując po niemowlęctwie? Lecz niemowlęctwo przecież nie odeszło... Bo gdzież by miało pójść? Dość jednak, że już go nie było.

Nie byłem niemowlęciem. Gadałem. Byłem już chłopcem.

To już pamiętam. Potem zrozumiałem, w jaki sposób nauczyłem się mówić. Dorośli nie uczyli mnie poszczególnych słów w takiej określonej kolejności, jak później uczyli liter. To było tak, że ja sam dzięki rozumowi, jakim obdarzyłeś mnie, Panie, usiłowałem jękami, najróżniejszymi dźwiękami, gestami wyrazić moje uczucia, aby spełniono moją wolę; nie udawało się wyrazić wszystkiego ani wyrazić tego wobec wszystkich, do których się zwracałem. Zachowywałem w pamięci dźwięk, jakim oni daną rzecz nazywali, i gdy widziałem, że pod wpływem takiego dźwięku poruszają się w pewnym kierunku, pojmowałem, że nazywają daną rzecz tym właśnie dźwiękiem, który wypowiadają wtedy, kiedy chcą na nią wskazać.

Tę ich intencję poznawałem z ruchów ciała, z czegoś, co jest jakby naturalną mową wszystkich ludzi, wszystkich ludów, polegającą na wyrazie twarzy, poruszeniach oczu, na różnych gestach, jak też na samym brzmieniu głosu, które ujawnia nastawienie wewnętrzne człowieka w prośbach, stwierdzeniach, odmowach, ostrzeżeniach i poleceniach. Stopniowo rozpoznawałem, jakie rzeczy oznaczane są słowami, które się często pojawiały w określonych miejscach różnych zdań, a opanowawszy wymowę tych słów, wyrażałem za ich pomocą własne życzenia. Odtąd mogłem wymieniać znaki życzeń z ludźmi, pośród których żyłem.

Taką to drogą wszedłem głębiej w burzliwe życie ludzkiej społeczności, zależny od władzy rodziców i innych dorosłych.

9.

Boże mój, ile ja się tam nacierpiałem, ile zniosłem poniewierania, gdy nakazywano mi posłuszeństwo wobec wychowawców, którzy zachęcali mnie do kariery, jaką otworzy przede mną retoryka. Posłano mnie do szkoły, abym poznawał nauki, których pożytek był dla mnie, biedaka, zupełnie niepojęty. Ilekroć opuściłem się w pracy, brałem w skórę. Taką metodę narzucili dorośli. Wielu chłopców, którzy żyli przede mną, przeszło już tę samą ciernistą ścieżkę. Teraz ją musiałem przewędrować ja; nie dosyć jeszcze było trudu i udręki ludzkiej...

Spotkałem jednak ludzi, którzy się modlili do Ciebie, Panie, i właśnie od nich nauczyłem się modlitwy. A miałem takie o Tobie wyobrażenie, do jakiego wówczas byłem zdolny: wyobrażałem sobie Ciebie jako kogoś bardzo wielkiego, kogoś, kto wprawdzie nie ukazuje się naszym oczom, ale może nas wysłuchać i pomóc nam. Już jako mały chłopiec zacząłem się modlić do Ciebie, pomocy i ucieczko moja. Po to aby do Ciebie wołać, rozerwałem więzy, które mój język pętały. Mały byłem, ale wielkie uczucie płonęło w tym zwróconym do Ciebie błaganiu, żeby nie bili mnie w szkole. A gdy mnie nie wysłuchiwałeś, co nie ku głupstwu dla mnie było, baty, jakie dostawałem, budziły śmiech dorosłych, nawet moich rodziców, którzy na pewno niczego złego mi nie życzyli. A baty były dla mnie prawdziwą, ciężką niedolą!

Myślę o tym, Panie mój, czy jest gdzieś człowiek tak wielkiego ducha, tak przemożnym uczuciem do Ciebie przykuty... Nie mówię tu oczywiście o tych, którzy są niezłomni dzięki nieczułości, ale czy jest ktoś, co tak żarliwie do Ciebie przywarł i tak wzniośle ducha swego nastroił, że koła, haki i inne tortury najstraszniejsze, o których uchylenie błagają Ciebie w trwodze ludzie we wszystkich krainach, potrafi aż tak lekceważyć, iż się śmieje z ludzi, którzy bledną na myśl o tych mękach – śmieje się tak właśnie, jak moi rodzice żartowali sobie z cierpień, jakie mi zadawali nauczyciele? Nie mniej się bałem tych cierpień, niż inni boją się tortur. I nie mniej żarliwie błagałem Cię o ich oddalenie. A winą moją było to, że mniej pisałem, czytałem, w ogóle mniej myślałem o nauce, niż tego wymagano ode mnie.

Nie brakowało mi, Panie, pamięci ani zdolności. Obdarzyłeś mnie nimi, jak na mój wiek, dostatecznie. Przepadałem jednak za zabawami. Karę zaś wymierzali mi ludzie, którzy też się zabawiali.

Głupstwa dorosłych nazywa się zajęciami. Kiedy zaś chłopcy głupstwami się zajmują, dorośli wymierzają im karę. I nikt się nie lituje ani nad chłopcami, ani nad dorosłymi, ani nad jednymi i drugimi. Żaden naprawdę sprawiedliwy sędzia nie pochwaliłby bicia mnie za to, że jako mały chłopiec grałem w piłkę, a zabawa ta przeszkadzała mi w szybkim zdobyciu wykształcenia, dzięki któremu miałem się w przyszłości jako dorosły oddawać znacznie gorszym zabawom. Czyż człowiek, który mnie bił, zachowywał się w życiu lepiej ode mnie? Jeśli w jakiejkolwiek dyspucie został przez innego uczonego pokonany, bardziej go żółć zalewała niż mnie, gdy przegrałem z kolegą w piłkę.

10.

A jednak grzeszyłem, Panie Boże, Prawodawco natury, Stwórco wszystkiego w niej oprócz grzechu. Grzeszyłem, sprzeciwiając się rozkazom rodziców i nauczycieli. Bo przecież niezależnie od tego, w jakiej intencji moi bliscy żądali ode mnie odbycia studiów, mogłem w przyszłości wykorzystać to wykształcenie do dobrych celów. Moje nieposłuszeństwo wobec starszych nie polegało na wybieraniu rzeczy lepszych. Jego źródłem była pasja zabawy, ambicja odnoszenia zwycięstw w różnych grach, jak też napawanie uszu przeróżnymi baśniami scenicznymi. Uszy tym bardziej tego pragnęły, im więcej miały podniety. Oczy moje z coraz większą ciekawością się otwierały na takie widowiska, bo były to... widowiska dorosłych. Ci, którzy je organizują, są tak wysoko postawieni w społeczeństwie, że niemal wszyscy ludzie życzą takiej możności swoim dzieciom. A potem bez oporu pozwalają te dzieci bić, jeśli przez owe spektakle zaniedbały się w nauce. W tej nauce, która w zamierzeniu rodziców ma dzieciom umożliwić zdobycie w życiu odpowiedniej pozycji, aby mogły w przyszłości organizować takie właśnie widowiska... Miłosiernie spojrzyj na to, Panie, i uwolnij nas, którzy już potrafimy Ciebie wzywać! Także tych, którzy jeszcze Ciebie nie wzywają, uwolnij, by zaczęli wołać do Ciebie i abyś ich uwolnił.

11.

Na szczęście już jako mały chłopiec dowiedziałem się o życiu wiecznym obiecanym nam przez naszego Pana, który pokornie zstąpił do nas, grzeszników pełnych pychy. Od samego urodzenia żegnano mnie znakiem Jego krzyża i kosztowałem Jego soli. Bo matka moja gorąco w Ciebie wierzyła. Kiedy w chłopięctwie chwyciły mnie pewnego razu okropne bóle żołądka, kiedy trawiła mnie gorączka i już niemal konałem, widziałeś, Boże mój, widziałeś, bo już wtedy czuwałeś nade mną – z jaką natarczywością, z jaką wiarą od mojej pobożnej matki i od Matki nas wszystkich, czyli od Kościoła, domagałem się chrztu w imię Chrystusa, Syna Twego, który jest Bogiem moim i Panem. Moja ziemska matka od razu przystąpiła do dzieła. W swoim czystym sercu, pełnym wiary w Ciebie, bardziej cierpiała, rodząc mnie ku wiecznemu zbawieniu, niż niegdyś rodząc cieleśnie. Szybko robiła wszystkie przygotowania. I gdybym nagle nie wyzdrowiał, dopuszczono by mnie wówczas do zbawczego sakramentu; oczyszczony byłbym wyznaniem wiary w Ciebie, Panie Jezu, ku odpuszczeniu grzechów. Odwlokło się moje oczyszczenie, bo uważano, że jeśli będę żył nadal, jeszcze nieraz splamię się grzechem. A po chrzcie wina taka byłaby większa i bardziej niebezpieczna.

Już wtedy wierzyłem, jak i matka, i cały nasz dom oprócz jednego tylko ojca, który jednak nie zdołał udaremnić wpływu pobożnej matki i odwieść mnie od wiary w Chrystusa; on sam jeszcze w Niego nie wierzył. Matka ze wszystkich sił starała się, abyś Ty, Boże mój, raczej niż on, był moim ojcem. Pomagałeś jej w tym i sprawiłeś, że jej wpływ przeważył wpływ męża, któremu zresztą, będąc od niego lepszą, okazywała posłuszeństwo, aby przez to być posłuszną Tobie. Ty bowiem każesz tak postępować.

Pragnąłbym wiedzieć, Panie – jeśli zechcesz to przede mną odsłonić – w jakim celu został wówczas odwleczony mój chrzest. Czy wyszło mi to na dobre, że rozluźnione zostały dla mnie wędzidła grzechu? A może wcale nie zostały rozluźnione? Czemuż i teraz ciągle słyszymy, jak ludzie mówią: „Zostaw go, niech robi, co chce, jeszcze nie jest ochrzczony” – a kiedy chodzi o zdrowie ciała, nikt nie powie: „Zostaw go, niech się bardziej porani, jeszcze nie jest wyleczony”? O ileż byłoby lepiej, gdybym został uzdrowiony od razu, gdyby troska moich bliskich i moja sprawiła, że zbawienie, jakiego by dostąpiła moja dusza, powierzono by Twojej opiece, skoro Twoim to zbawienie jest darem. O ileż byłoby lepiej! Ale matka wiedziała, jak wiele nawałnic pokusy czeka jeszcze na mnie po okresie chłopięctwa. I wolała wystawić na ich napór raczej glinę, z której miałem się kiedyś ukształtować, niż sam ukształtowany już wizerunek.

12.

W chłopięctwie, uważanym za okres mniej osaczony pokusami niż lata młodzieńcze, nie lubiłem nauki, jeszcze zaś bardziej nienawidziłem tego, że mnie do niej przymuszano. Ale przymuszano mnie i na dobre mi to wyszło, chociaż sam nie postępowałem dobrze: nie uczyłbym się bowiem, gdyby mnie nie zmuszono. Nikt nie postępuje dobrze z musu, nawet jeśli to, co czyni, jest dobre. Nie postępowali też dobrze ci, którzy mnie zmuszali. Ale dobro spływało od Ciebie, Boże mój. Im w ogóle nie świtało w głowie, że wykształcenie, jakie mi siłą narzucali, mógłbym kiedykolwiek wykorzystać do celu innego niż ten, jaki zamierzyli do nasycenia żądzy, której nic nie nasyci – pożądania takiego bogactwa, które w istocie jest nędzą, i takiej chwały, której trzeba by się wstydzić.

Ty zaś, który policzyłeś wszystkie włosy nasze na głowie, błędem ludzi zmuszających mnie do nauki posłużyłeś się dla mojego pożytku. Moje zaś błędy, to przede wszystkim, że nie chciałem się uczyć, stały się dla Ciebie sposobnością do wymierzania mi kary. Niewątpliwie zasługiwałem na chłostę, gdyż byłem, jak na takiego chłopca, wielkim grzesznikiem. Dobro więc mi zsyłałeś przez ręce tych, którzy bynajmniej nie postępowali dobrze, a za moje grzechy sprawiedliwie mnie karałeś. Tak to bowiem jest według Twego postanowienia, że wszelki bezład w duszy jest dla niej samej karą.

13.

Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego język grecki, gdy uczyłem się go w dzieciństwie, budził we mnie tak wielką odrazę. Lubiłem lekcje łacińskie – nie te początkowe, lecz lekcje poświęcone studiowaniu literatury. Początkowe lekcje, podczas których uczyłem się czytać, pisać i liczyć, wcale nie mniejszą były dla mnie udręką niż wszystkie godziny greckie.

Z czego to wynikało? Oczywiście z grzechu i z głupoty. Ciałem byłem, wiatrem, który gna gdzieś, a nie wraca.

O ileż lepsze, bo pewniejsze, były tamte początki nauki. Z nich mam to, co do dziś przynosi mi pożytek: że i przeczytać potrafię, i napisać, co chcę. O ileż więc były lepsze od lekcji późniejszych, podczas których musiałem się pochylać nad błąkaniem się jakiegoś tam Eneasza, a zapominać o własnym zbłąkaniu. Płakałem nad śmiercią Dydony, która z miłości się zabiła, a na to, że sam wśród tych zajęć umierałem z dala od Ciebie, Boże, który jesteś życiem moim – suchymi oczyma patrzyłem. Cóż może być nędzniejszego od nędzarza, który nad własną nędzą się nie lituje? Płacze nad śmiercią Dydony zadaną jej przez miłość do Eneasza, a nie płacze nad sobą, umarłym z braku miłości do Ciebie...

Boże, światło mego serca, chlebie karmiący duszę moją, mocy, która umysł mój zaślubiasz, siło napełniająca korytarze moich myśli – ja nie kochałem Ciebie! Z dala od Ciebie oddawałem się innej, niegodnej miłości, a gdy tak postępowałem, zewsząd wołano: „Brawo! Brawo!”. Tak, miłość do tego świata to zdrada wobec Ciebie. „Brawo!” – wołają ze wszystkich stron – „Brawo!”, aby zawstydzić tych, którzy nie chcą Ciebie zdradzić. Nie płakałem nad tym. Płakałem nad Dydoną, „zgasłą, gdy śmierci dosięgła sztyletem”1, a sam, opuściwszy Ciebie, dosięgałem najlichszych, najniższych części stworzenia; przez ziemię szedłem do ziemi. A gdy nie pozwalano mi tego czytać, jakże się smuciłem, że nie mam tego, co mnie smuciło.Takie to szaleństwo uchodzi za naukę wyższą i owocniejszą od tamtych lekcji, dzięki którym umiem czytać i pisać!

Teraz wreszcie, Boże mój, niech mocny głos zawoła w mojej duszy, niech prawda Twoja wreszcie powie jasno, że jest inaczej, zupełnie inaczej. Lepsza jest tamta nauka początkowa. Wolałbym dziś wyzbyć się wszelkich wspomnień o wędrówkach Eneasza i innych tego rodzaju baśniach niż umiejętności czytania i pisania. W drzwiach szkół gramatycznych wiszą kotary. Czy osłaniają one jakąś czcigodną tajemnicę? Nie, osłaniają pomyłkę. Już nie zakrzyczą mnie ludzie. Nie boję się ich teraz, kiedy Tobie, Boże mój, wyznaję pragnienia mej duszy i bez ogródek mówię o moich winach, aby tym bardziej umiłować drogę, po której Ty mnie wiedziesz ku dobru. Ci, co handlują literaturą, ci, co kupują taki towar – niechże już wszyscy wobec mnie zamilkną. Bo jeśli ich zapytam: „Czy to prawda, co powiada poeta, że Eneasz przybył do Kartaginy?” – mniej wykształceni będą mówić, że nie wiedzą; bardziej wykształceni – że nieprawda.

A jeśli zapytam, jakimi literami pisze się imię Eneasza, wszyscy, którzy nauczyli się pisać, odpowiedzą trafnie – według dobrowolnej umowy, mocą której ludzie we wzajemnym porozumieniu ustanowili te znaki. Jeśli następnie zapytam, co byłoby dla każdego dotkliwszą stratą w życiu: zapomnienie czytania i pisania czy zapomnienie owych poetyckich zmyśleń – jakiż człowiek przy zdrowych zmysłach wahałby się z odpowiedzią?

Grzeszyłem w latach chłopięcych, gdy niedorzeczności ceniłem wyżej od rzeczy pożytecznych. Co mówię! Jedne kochałem, drugich nienawidziłem. Jeden i jeden – dwa; dwa i dwa – cztery. Jakże nienawistna była dla mnie ta śpiewka. A jak błogim widowiskiem przy całej swej wewnętrznej pustce był ów drewniany, pełen wojowników koń trojański! I łuna Troi! I „samej Kreuzy cień...”2.

14.

Czemuż więc nie cierpiałem języka greckiego, w którym przecież to samo się wyśpiewuje? Homer potrafi wcale nie gorsze pleść bajeczki, a jego wewnętrzna pustka jest tak błoga, jak tylko można sobie tego życzyć. A jednak gorzko smakował memu chłopięcemu podniebieniu. Myślę, że tak samo smakuje Wergiliusz małym Grekom, gdy muszą wkuwać jego wiersze w taki sposób, jak my wkuwaliśmy Homera. Sama trudność języka obcego skrapiała żółcią wszystkie greckie uroki bajecznych opowieści. Przedtem nie znałem żadnych słów greckich. Groźbami, karami zmuszano mnie do ich poznawania. To prawda, że i łaciny niegdyś nie rozumiałem, wtedy gdy byłem niemowlęciem. Ale nauczyłem się jej, po prostu słuchając, bez lęku i batów, gdy piastunki mnie pieściły, gdy wszyscy śmiali się do mnie i wesoło się ze mną bawili.

Nauczyłem się łaciny bez gróźb i kar, gdyż własne serce mnie przynaglało, bym jak najszybciej zaczął wyrażać jego pragnienia. Nie mógłbym ich wyrazić, gdybym nie nabył pewnej liczby słów – nie od nauczycieli, po prostu od ludzi, którzy do mnie mówili, a potem słuchali, gdy ja zacząłem mówić. Jasno z tego wynika, że swobodne zainteresowanie bardziej sprzyja uczeniu się języka niż jakakolwiek przymusem narzucona pilność. Lecz prawa Twoje, Boże, pozwalają, by przymus nieraz poskramiał swobodny lot naszego zaciekawienia; do tego celu posługują się tak rózgami nauczycieli, jak i cierpieniami zadawanymi męczennikom. Prawa Twoje przepisują takie gorzkie lekarstwa, aby nas odwieść od zgubnej przyjemności, która od Ciebie nas oderwała.

15.

Modlitwy mej wysłuchaj, Panie! Niech nie omdleje moja dusza pod brzemieniem Twej surowości. Niechaj się nigdy nie znużę dziękowaniem Ci za miłosierną opiekę: za to, żeś wyrwał mnie z gęstwiny zła, za to, żeś stał się dla mnie słodszy od wszystkich pokus, jakim dawniej ulegałem – więc pokochałem Ciebie nade wszystko, całą mocą miłości uchwyciłem się Twojej ręki... O, aż po kres życia chroń mnie od wszelkiego zła!

Tyś, Panie, Królem moim, Tyś moim Bogiem. Tobie niechaj służy wszystko, czego się nauczyłem pożytecznego w chłopięctwie. Tobie niech służy wszystko, cokolwiek mówię, piszę, czytam, obliczam. Nawet wtedy gdy się uczyłem głupstw, Ty mi swoich pouczeń nie szczędziłeś i przebaczyłeś mi naganne upodobanie w rzeczach błahych. Nawet wtedy nauczyłem się wielu słów pożytecznych. Ale mogłem się ich przecież nauczyć także przy studiowaniu przedmiotów wartościowych... Inaczej więc należałoby kształcić chłopców.

16.

Straszliwa rzeko społecznego obyczaju! Kto się tobie oprzeć zdoła? Czy nigdy twoje wody nie opadną, nie wyschną? Jak długo jeszcze będziesz gnać nieszczęsnych ludzi ku morzu wielkiemu i groźnemu, trudnemu do przebycia nawet dla tych, którzy do drzewa Krzyża przywarli?

Czyż, pogrążony w twojej toni, nie czytałem o tym, że Jowisz i pioruny ciskał, i uwodził kobiety? Jedno z drugim jest całkowicie niezgodne, ale ponieważ tak to przedstawiano, urojony grom był dla tych, którzy chcieli naśladować Jowisza, zachętą do występków już realnych.

Jak się to dzieje, że jeden w belferskich szatach człowiek może spokojnie słuchać, jak inny z takiego samego miotu biedak woła: „Zmyślał to Homer; ludzkie sprawy do świata bogów przenosił; o, czemuż nie boskie do nas...”3. Może należałoby powiedzieć raczej, że łajdakom przyznawał cechy boskie, aby ich czynów nie uważano za łajdactwa i aby każdy, kto tak postępuje, wydawał się naśladowcą nie ludzi występnych, ale niebiańskich bogów.

Do ciebie, rzeko piekielna, ludzie rzucają swoje dzieci razem z pieniędzmi, jakie za udzielane im lekcje trzeba płacić. Wiele też jest podniecenia, kiedy publicznie rozważa się na rynku prawa, które przyznają nauczycielom stałą pensję poza opłatami za lekcje. Wtedy swymi falami bijesz, rzeko, w kamienie, łomoczesz, wołasz rozgłośnie: „Tu można słów się nauczyć, tu się nabywa wymowy, jakże niezbędnej, ilekroć trzeba kogoś namówić do czegoś, komuś coś wyjaśnić...”. Zgoła na to wygląda, że nigdy nie poznalibyśmy takich wyrażeń, jak „złoty deszcz”, „łono”, „omamić”, „sklepienie niebieskie”, i wielu innych w tekście zapisanych, gdyby nam Terencjusz nie przywiódł tego młodego nicponia, który usprawiedliwić próbuje cudzołóstwo przykładem Jowisza. Widzi ten obwieś na ścianie

wymalowany obraz,

gdzie takie były sprawy przedstawione:

jak Jowisz niegdyś na łono Danae

spuścił deszcz złoty, aby ją omamić...

Patrzcie no, jak on rzekomo boskim tym przykładem siebie samego do występku zachęca:

Jakiż to bóg?

Ten, który gromem szczyt sklepienia wstrząsa.

Ja, biedny człowiek, tak bym nie potrafił...

Ale to drugie zrobiłem, i z chęcią!4

To nieprawda, że takie niegodziwe brednie ułatwiają poznawanie nowych słów. To raczej dzięki takim, jakie tam się pojawiają, słowom mniej się ludzie wahają przed popełnianiem niegodziwości. Nie słowa tu oskarżam. One są jak naczynia wyborne, drogocenne. Oskarżam wino kłamstwa, które nam w nich podawali do picia nauczyciele pijani. Gdy nie chcieliśmy pić, bito nas. I nie wolno było przywołać jakiegoś trzeźwego sędziego. O, Boże mój! W Twojej obecności już teraz bezpiecznie mogę wspominać, że ja się chętnie tego uczyłem i zachwycałem się tym, nieszczęsny. I z tego powodu mówiono, że jestem chłopcem rokującym duże nadzieje.

17.

Pozwól, Boże mój, abym też trochę opowiedział, na jakie głupstwa trwoniłem cenny dar otrzymany od Ciebie: moje zdolności. Stawiano mi zadanie, które budziło we mnie wielką emocję, gdyż nagrodą za powodzenie miała być pochwała, a karą za nieudaną pracę – ostra nagana albo nawet baty. Miałem wypowiedzieć przemowę Junony gniewnej i rozżalonej tym, że nie może od Italii „wodza Teukrów odegnać...”5. Z góry mi wyjaśniono, że Junona nigdy takich słów nie wypowiedziała. Musiałem błąkać się po ścieżkach poetyckich zmyśleń i wyrazić prozą treść podobną do tej, jaką poeta w wierszach zawarł. Ten zaś chłopiec otrzymywał większą pochwałę, który odział rzecz w takie słowa, że w zdaniach mocniej się burzyły gniew i ból, i to wyrażone w sposób dostosowany do godności przedstawionej osoby.

Po cóż mi to wszystko było, o moje prawdziwe życie, o Boże mój? Cóż z tego, że moją deklamację oklaskiwać będą rówieśnicy z mojej klasy? Czy to wszystko nie jest dymem na wietrze? Czyż nie znalazłby się inny temat, w którym ćwiczyć mógłbym mój język, moje zdolności? Sławienie Ciebie, Panie, sławienie wersetami Pisma Świętego mogło być zadaniem, wokół którego oplotłaby się winorośl serca mego. Tchnienia urojeń już by jej nie targały, nie stałaby się strawą marną, zdatną tylko dla dziobiących ją ptaków. Tym drapieżnikom, grzesznym aniołom, w różny sposób składa się ofiarę.

18.

Trudno się dziwić, że tak się pogrążyłem w marności i odchodziłem daleko od Ciebie, skoro jako wzory do naśladowania przedstawiano mi ludzi, którzy wstydzili się jak hańby tego, że opowiadając o dobrych swoich czynach, popełnili błąd gramatyczny albo użyli wyrażeń prowincjonalnych, a dumnie kroczyli w obłoku pochwał, jeśli o swoich niegodziwych pasjach mówili zdaniami zaokrąglonymi, błyszczącymi obfitą ornamentyką. Widzisz to, Panie, i milczysz – cierpliwy, pełen miłosierdzia, wierny. Czy zawsze będziesz milczał? Jeszcze dziś możesz wydobyć z tej straszliwej przepaści wszelką duszę, która Ciebie szuka i łaknie Twojej pociechy i której serce mówi: „Szukam oblicza Twego; oblicza Twego, Panie, szukać będę”.

Ogarnięty mrocznymi uczuciami, byłem wówczas daleko od oblicza Twego.

Nie po drodze przemierzanej stopami, nie w przestrzeni fizycznej odchodzi się od Ciebie i do Ciebie powraca. Tamten marnotrawny Twój syn czyż potrzebował konia, rydwanu albo okrętu? Czy na skrzydłach widzialnych odleciał? Czy musiał iść drogą, aby potem, żyjąc w dalekim kraju, roztrwonić to, co mu dałeś, gdy odchodził? Miłowałeś go, gdyś mu dawał; jeszcze czulej miłowałeś wracającego nędzarza. On przez to odszedł, że pogrążył się w namiętnościach mrocznych, które zakryły przed nim oblicze Twoje. Spojrzyj na to, Panie, cierpliwie, tak jak zawsze patrzyłeś.

Jakże pilnie przestrzegają ludzie zasad gramatyki otrzymanych od dawniejszych pokoleń, a jak zaniedbują oznajmione przez Ciebie zasady wiecznego zbawienia. Ten, kto przestrzega albo naucza tradycyjnych reguł fonetycznych, jeśli wbrew przepisom językowym wypowie słowo homo bez początkowego h, na większą się u ludzi naraża naganę, niż gdyby wbrew Twoim przykazaniom nienawidził człowieka, istoty takiej, jaką jest on sam.

To jakby ktoś myślał, że nieprzyjazny człowiek może mu bardziej zaszkodzić, niż on sam sobie szkodzi odczuwaną do tego człowieka nienawiścią; albo że dotkliwiej szkodzi temu, kogo prześladuje, niż pustoszy ową wrogością własne serce.

A przecież żaden element wykształcenia nie dotyczy nas w tak wielkim stopniu jak owa zapisana w sumieniu zasada: „Nie czyń innemu tego, czego sam nie chciałbyś doznać”.

Jakże Ty tajemny jesteś, na wysokości trwający wśród milczenia, Panie, jedyny w takim wywyższeniu! Zawsze czuwasz i mocą prawowitej władzy zsyłasz karę zaślepienia za bezprawną ambicję. Oto ten człowiek pnie się ku sławie retora: stoi przed innym człowiekiem, który go ma ocenić; dokoła tłoczy się wielu ludzi; jakże on nienawidzi swego antagonisty; i jak pilnie uważa, żeby nie powiedzieć omyłkowo inter hominibus6; a tym, że przez to szaleństwo może człowieka wygnać spośród ludzi, wcale się nie przejmuje...

19.

Na progu takiego to świata stanąłem nieszczęsny w moich latach chłopięcych. Do owych igrzysk przygotowywałem się w szkole, gdzie bardziej się wystrzegałem popełnienia w mowie prowincjonalizmu niż zawiści wobec tych, co takich błędów nie popełniali. Wyznaję teraz przed Tobą, Boże mój, jakimi sposobami skarbiłem sobie pochwałę ludzi, których uznanie wydawało mi się wówczas sensem życia. Nie rozpoznałem tego wiru upodlenia, w jaki byłem rzucony z dala od oczu Twoich. Dla nich cóż mogło być wówczas wstrętniejszego ode mnie... Nie podobałem się nawet owym ludziom, gdyż ich nieraz okłamywałem – pedagoga, nauczycieli, rodziców – aby uzyskać wolny czas na zabawy i gry, którym oddawałem się z pasją, na oglądanie głupich widowisk, a wreszcie na naśladowanie tego, co widziałem na scenie. Nieraz to i owo kradłem ze spiżarni albo ze stołu, bądź przez łakomstwo, bądź też żeby dać chłopcom; chodziło mi o to, by chcieli się ze mną bawić. Wprawdzie i oni korzystali z radości zabawy, ale pomimo to kazali sobie za nią płacić. Często też pod wpływem zaciekłej ambicji górowania zapewniałem sobie oszukiwaniem zwycięstwo w grze. Nic jednak nie budziło we mnie tak wielkiego oburzenia i nigdy nie kłóciłem się tak wściekle jak wtedy, gdy na próbie oszustwa przyłapałem innych. Kiedy zaś mnie przyłapano i wymyślano mi, wolałem najgorszą nawet awanturę, byle tylko nikomu nie ustąpić.

Czy to jest owa dziecięca niewinność? Nie, Panie! Zmiłuj się, Panie! To nie jest niewinność. Zamiast pedagogów i nauczycieli będą prefekci i królowie, zamiast orzechów, piłek i wróbli – złoto, majątki, służba, a istota rzeczy pozostaje, przenika do lat dojrzałych. Tylko że rózgi nauczycieli zastąpione są gorszymi karami... Dzieci są jeszcze małe; dlatego uznałeś je, Królu nasz, za symbol pokory, mówiąc: „Takich jest królestwo niebieskie”.

20.

Ale nawet gdybym z woli Twojej, Panie, dożył tylko do kresu chłopięctwa, winien byłbym wdzięczność Tobie, najlepszemu, najdoskonalszemu Stwórcy i rządcy wszechświata. Bo już wtedy istniałem, już wtedy żyłem. Widziałem, odczuwałem, troszczyłem się o swoją nienaruszalność, będącą śladem owej tajemniczej Jedności, od której pochodziłem. Zmysłem wewnętrznym harmonizowałem wszystkie moje zmysły. Nawet w sprawach zupełnie drobnych radowałem się prawdą, buntowałem się przeciw złudzie. Miałem dobrą pamięć. Coraz lepiej władałem językiem. Przyjaźń była dla mnie błogą pociechą. Unikałem cierpienia, poniżenia, niewiedzy. Takie małe stworzenie – jakże cudowne, jakże zadziwiające posiadało właściwości.

Są to dary Boga mego. Nie ja sam siebie tak wyposażyłem. Dobre one są. Wszystkie te dary to ja. Dobry jest więc Ten, który mnie stworzył, i On sam jest dobrem moim. Żarliwie sławię Go za wszystkie dobra, jakimi mnie obsypał już w dzieciństwie. Zło polegało na tym, że nie w Bogu, lecz w Jego stworzeniach, w sobie i w innych, szukałem radości, wzniosłości i prawdy. Tak zapadałem w cierpienia, w pomyłki, w błędy.

Słodyczy moja, chlubo i nadziejo, dzięki Ci składam, Boże mój! Za wszystkie dary dziękuję i proszę, abyś raczył mi ich nie odbierać. Mnie też zachowaj, a one wzrosną i osiągną doskonałość. Ja zaś cały będę trwał przy Tobie. Bo samo to, że istnieję, Twoim przecież jest darem.

1 Wergiliusz, Eneida VI 457 (cytaty z pisarzy klasycznych podaję w przekładzie własnym – Z.K.).

2 Wergiliusz, Eneida II 772.

3 Cycero, Rozmowy tuskulańskie I 26.

4 Por. Terencjusz, Eunuch 584–591.

5 Wergiliusz, Eneida I 38.

6 Zamiast inter homines („wśród ludzi”); błąd językowy: użycie przypadka szóstego zamiast czwartego.

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Kalendarium życia św. Augustyna

Dostępne w wersji pełnej

Indeks imion własnych

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Michał Pawłowski

Zdjęcie na okładce

Mondadori Portfolio / Getty Images

Opracowanie graficzne

Joanna Rusinek

Michał Pawłowski

Opieka redakcyjna

Kinga Janas

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Copyright © for the translation by Zygmunt Kubiak

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5398-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyznania [Nowa Gigantomachia] : pamiętnik oblężenia Częstochowy roku 1655 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu