Zbrodnie prawie doskonałe

Zbrodnie prawie doskonałe

Autorzy: Iza Michalewicz

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.49 zł

Lubisz czytać kryminały? To tak jak jeden z policjantów z Archiwum X. W nich prawda zawsze wychodzi na jaw, policjanci wygrywają, a sprawiedliwości staje się zadość. Ale w prawdziwym życiu nie zawsze tak bywa.

 

Krakowska sprawa „skóry”, bestialskie morderstwo premiera Jaroszewicza, dziwne „samobójstwo” młodej dziewczyny w Łodzi – te i inne sprawy łączy jedno: ofiarom w brutalny sposób odebrano życie, a sprawcy długo pozostawali lub nadal pozostają nieuchwytni. Gdy działania policji, prokuratury i sądów zawodzą, policjanci z Archiwum X, tajnych zespołów do spraw niewykrytych zabójstw, są dla rodzin ofiar ostatnią nadzieją.

 

Reporterka Iza Michalewicz jako pierwsza dotarła do akt sądowych, zyskała zaufanie policjantów, świadków i rodzin ofiar. W trzymających w napięciu reportażach, z niezwykłą dbałością o szczegóły, opisuje zbrodnie (prawie) doskonałe. Ujawnia motywacje i metody działania morderców, przybliża sylwetki tych, którzy ich ścigają. I uparcie szuka odpowiedzi na dręczące ją pytanie: czy to możliwe, że o naszym życiu i śmierci, zbrodni i karze nieraz decyduje zwykły przypadek?

„Smutek jest wiedzą o tym,

do czego zdolni są ludzie

Że nie pozostało nic poza przymierzem

z kamieniem i polną zwierzyną”.

Ewa Sonnenberg, Anatomia smutku

Gabrielowi z miłością

oraz

wszystkim, którzy łakną i pragną sprawiedliwości

Prolog

Mężczyzna jest średniego wzrostu. Krępy, potężnie zbudowany. Jego głowa dość głęboko zanurza się szerokich, muskularnych ramionach. Kiedy policjanci zakutani kominiarki prowadzą go kajdankach, ma na sobie szary więzienny dres, pod którym rysuje się napakowana hantlami klatka piersiowa. To Robert J. 52 lata, ostrzyżone na jeża włosy i dołek szerokiej, mocno zarysowanej brodzie. Jest jesień 2017 roku. Media czekały na niego 19 lat. Czekali śledczy, wymiar sprawiedliwości. Czekała też matka zamordowanej Krakowie studentki religioznawstwa, Katarzyny Zowady. Od 4 października ten syn krakowskiego poety i malarza jest podejrzany, że pod koniec 1998 roku zwabił Kasię do podkrakowskiego domu, tam zabił i zdjął z niej skórę. W styczniu 1999 roku z Wisły wyłowiła ją załoga rzecznego statku „Łoś”.

Po tym, jak zyskał twarz i własną historię, media okrzyknęły go makabrycznie „Kuśnierzem”.

Kiedy zaczynałam pracę nad tą książką, sprawa „Skóry”, bo taki przybrała na lata nieformalny kryptonim, wciąż była jedną z najbardziej drastycznych i tajemniczych spraw, z jakimi dotychczas mierzyły się polskie organa ścigania.

– Nie byłoby Archiwum X, gdyby nie to zabójstwo – usłyszałam od Bogdana Michalca, jednego z najciekawszych policjantów, z którymi przyszło mi zetknąć się podczas pracy nad tą mroczną opowieścią. Był rok 2015. Szef krakowskiej specgrupy, która rozwiązuje nierozszyfrowane dotąd zbrodnie sprzed lat, sprawiał wrażenie bezsilnego, choć nigdy się do końca nie poddał.

Dwa lata później, po tym jak napisałam już ostatnie zdanie historii o policjantach, dla których skrzywdzony człowiek jest ważniejszy niż paragrafy i kariera, sprawa Skóry nabrała zawrotnego tempa. Robert J. okazał się trudnym przeciwnikiem. Żył niczym pustelnik. Nie było go mediach społecznościowych, nie korzystał z telefonu ani internetu. Rzadko wychodził z domu. Żeby doprowadzić do jego zatrzymania, trzeba było wielkiej determinacji, najnowszej techniki kryminalistycznej, ale również informacji, które przypuszczalnie nigdy nie wyjdą na światło dzienne.

Tajemnica ciągnie niczym przepaść. Jest nieodłączną częścią naszego życia. Tak samo bywa ze zbrodnią, która czasem uzurpuje sobie prawo do bycia doskonałą. Potrafi gwałtownie zmienić los człowieka, nie oszczędzając ani rodziny ofiary, ani zabójcy. Ten ostatni zakłada wiele masek, dlatego latami pozostaje nieuchwytny.

Jak powiedział jeden z amerykańskich aktorów, Sean Penn, „nie żyjemy świecie, którym źli niszczą dobrych. To świat, którym trudno odróżnić jednych od drugich”[1].

I o tym też jest ta książka.

[1] Paweł T. Felis, Sean Penn się wkurza, „Gazeta Wyborcza”, 28.03.2015.

Rozdział pierwszy

WIDMO

Tamtej nocy wrócił do domu podrapany na twarzy. Ojciec, który otworzył mu drzwi, wyczuł od niego alkohol. Zauważył, że jest niespokojny i dziwnie się zachowuje. Syn był skryty, nigdy się nikomu nie zwierzał ani na nic nie skarżył, ojciec wziął go więc pod rękę i zaprowadził do łóżka. Z zasady surowo go traktował, bywał wobec niego gwałtowny i wybuchowy. W dzieciństwie bił go paskiem za najmniejsze przewinienia, na przykład za spóźnianie się do domu.

Tym razem nie krzyczał, nic nie mówił. W ogóle nie nawiązał z synem kontaktu. Oddzielała ich gruba warstwa ciszy, której ojcowskie pytania pozostawały bez odpowiedzi. Syn zachowywał się tak, jakby pod osłoną tej nocy jego życie pękło na pół. Następnego dnia rano przypominał pacjenta po głupim Jasiu. Biegał po domu, nerwowo czegoś szukając.

– Byłem na piwie z kolegami – oznajmił ojcu – chyba mi czegoś dosypano. Jakieś narkotyki. Nic nie pamiętam.

Ojciec ma na imię Władysław i 80 lat. Wszyscy go na osiedlu znają, bo przez długie lata był stróżem. Dowie się od syna, że ktoś napadł go pod Domem Towarowym Zakopanem, przy ulicy Kościuszki. I skradł mu dokumenty.

Policjantom powie po latach, że syn nie zgłosił kradzieży na policję, bo portfel z dowodem i miesięcznym biletem na Gubałówkę dość szybko się znalazł.

– Mój znajomy, Janek, kucharz z karczmy Dolinie Kościeliskiej, chodził po śmietnikach zbierać puszki. I przypadkowo wygrzebał portfel przy łąkach na Równi Krupowej. Poza pieniędzmi niczego nie brakowało. Tak, panowie… – stróż sięga pamięcią wstecz. – Słyszałem o zabójstwie kobiety. Wszyscy słyszeli. Że znaleziono ją na Równi, za bankiem. Ale nie wiem, jak zginęła.

Zakopane, 30 września 1993 roku. Idący z kiosku robotnik skraca sobie drogę, wracając na plac budowy przy polsko-amerykańskim banku na ulicy Kościuszki (dziś siedziba Alior Banku). Przy płocie na tyłach budynku, nazywanego historycznie willą Różeckiego, dostrzega nieruchome, obnażone ciało kobiety. Przerażony biegnie do banku i powiadamia pracowników. Dwaj policjanci, którzy akurat siedzą radiowozie niedaleko Równi Krupowej, dostają polecenie od dyżurnego Komendy Rejonowej Policji, żeby natychmiast udać się tamto miejsce.

Jest około godziny 16.00. Sześć stopni powyżej zera po nocnym przymrozku. Powietrze stoi miejscu. Nie pada. Przyroda zamarła skupieniu.

Policjanci ostrożnie, żeby nie zatrzeć śladów, podchodzą do znaleziska. Kobieta ma około 25–30 lat, włosy blond, ładny, zadarty nos filmowej gwiazdy. W jej nienaturalnie wielkich, niezwykłych oczach odbija się niebo. Zakrwawiona twarz kontrastuje z białą marynarką. Ktoś dźgał ją nożem po piersiach i brzuchu. Leży teraz na trawie jak pęknięta, wyrzucona na śmietnik gipsowa figura. Spodnie zsunięte do kostek. Rajstopy i majtki – do kolan. Nad zakrwawionym łonem góruje wydatny brzuch, odsłonięty przez podniesiony na wysokość piersi fioletowy sweter. Kobieta jest zaawansowanej ciąży.

To jeszcze nie wszystko – zdaje się mówić jej ciało.

Technik kryminalny odwraca zwłoki. Policjanci widzą pocięte we wszystkie strony ostrym narzędziem uda i pośladki.

Dość szybko, bo po dwudziestu minutach, pojawiają się policjanci z psem. Dewon wącha czarną damską torebkę, znalezioną odległości 25 metrów od zwłok i prowadzi do miejsca, którym leży kobieta. Węszy kolejny raz. Biegnie stronę chodnika. Traci trop.

Policjanci wracają do zwłok. Stamtąd pies znów rusza tropem zabójcy. Prowadzi dół Równi Krupowej, wzdłuż ogrodzenia banku, ale po dojściu do uczęszczanej alejki poddaje się.

Jest 17.00. Nieopodal spacerują tłumy ludzi. Śledczy dochodzą do wniosku, że ofiara, której tożsamości jeszcze nie znają, musiała tam leżeć kilkanaście godzin. Jej lewy but z zakrwawioną podeszwą znajdują potem żywopłocie oddzielającym chodnik przy ulicy Kościuszki od Równi Krupowej.

Szła więc albo była wleczona przez mordercę.

Banku nocy nikt nie dozorował. Nikt nic nie widział. Niczego nie słyszał. Ówczesny naczelnik zakopiańskiej dochodzeniówki Janusz Szymański powie mediom, że takiej zbrodni mógł dokonać tylko psychopata. Człowiek psychicznie niezrównoważony. Bo sposób morderstwa i rodzaj ran zadanych ofierze świadczą o znacznej dewiacji jego osobowości.

Tamtego dnia późnym wieczorem policjanci docierają do jej rodziców. Kobieta, która nie zdążyła urodzić dziecka i umarła bez jednego pantofla, miała na imię Danuta.

– To była jedna z pierwszych spraw, jakie robiliśmy. – Karol Suder, emerytowany już policjant, wraca wspomnieniami do początku fenomenu, jakim stał się Polsce Wydział do Spraw Przestępstw Niewykrytych, nazywany policyjnym Archiwum X. – Danuta F., nauczycielka z Nowego Targu. Ewidentne tło seksualne. Kobieta ciąży, z gałęzią narządach rodnych.

Rozwiązanie zagadki tego zabójstwa zajmie policjantom 11 lat. Ale będzie to jedna ze spraw, która nada sens istnieniu Archiwum X.

Jest 1 stycznia 1999 roku, rodzi się nowa Polska. Z dotychczasowych czterdziestu dziewięciu województw rząd klei szesnaście. W wyniku nowego podziału administracyjnego Komenda Wojewódzka Krakowie rozrasta się do małopolskiej. Suder pracuje jako kierownik wydziale operacyjnym sekcji do spraw zabójstw.

Do dziś nigdzie internecie nie ma jego zdjęć. Człowiek widmo.

Nadzoruje pracę dziesięciu osób. Zajmują się przestępstwami przeciwko życiu i zdrowiu. Gwałty, bójki, morderstwa.

Mając świadomość, że komenda pięciokrotnie się powiększy i spadnie im na głowę dużo roboty, Suder robi coś, co się nazywa potocznie „bilansem otwarcia”. To znaczy zbiera ze wszystkich nowych powiatów, komend powiatowych i miejskich sprawy niewykryte, dotyczące zabójstw i zaginięć od 1990 roku do końca 1998. Chce wiedzieć, co trawie piszczy. Sprawdzić, na co stać lokalnych policjantów. Co wykryli, a co pokpili. Musi całość przeczytać i przeanalizować. Niewykryta liczba to porażka policji.

Któryś z komendantów dzielnicowych wysyła do nich młodą dziennikarkę z „Gazety Krakowskiej”.

Suder: – Naopowiadaliśmy jej różnych rzeczy na temat tych zabójstw. Tytuł tekstu na dwie szpalty ze zdjęciem brzmiał: „Nielegalny ubój”. W naszej nomenklaturze nielegalny ubój to zabójstwo rodzinie. Myśmy jej to czysto policyjnym językiem opowiadali. Wydźwięk tekstu był taki: panowie z komendy wojewódzkiej wykrywają sprawy sprzed lat, bo te zostały wyhuśtane i spieprzone przez policyjnych z terenu, którzy, jak się okazuje, umieją tylko ustalać sprawców włamań do kurnika i kradzieży królików. I oczywiście zaczęła się awantura. Wewnętrzna walka policji.

Suder dzwoni do powiatu: „Panie naczelniku, mam do pana gorącą prośbę. Wiem, że macie kilka niewykrytych zabójstw. Jakbyście mi to wszystko przysłali?”. W odpowiedzi słyszy: „A co to pana obchodzi. Nie jesteś pan moim przełożonym!”.

W końcu udaje się zebrać materiały. Przede wszystkim protokoły oględzin miejsc zbrodni. Suder gromadzi papierzyska. Całe sterty. Wstępne plany śledztw, bo po 72 godzinach (tyle potrafią trwać oględziny) taki plan należało wykonać. Są protokoły sekcji zwłok, postanowienia prokuratorskie o umorzeniu śledztw. I co ważne – analiza. Gdy kończyło się śledztwo i działania operacyjne, śledczy wykonywali analizę. W sumie dwadzieścia, trzydzieści kartek do każdej sprawy. Notatek policyjnych, rozpytań świadków. Wszystkiego, co się wiązało z docieraniem do prawdy.

– A co wy na to, gdybyśmy się zajęli sprawami niewykrytymi? – zwraca się do swoich zapaleńców Suder. Wysoki, szczupły, sprężysty. Wielbiciel kryminałów i zagadek pozornie nie do rozwiązania. Pasjonat.

– A są jakieś? – pada pytanie.

U Sudera szafie było już wtedy wszystko. Jakieś trzydzieści, czterdzieści spraw.

– Wiecie, co was czeka?... – zagaja. – Ponieważ to ja zaproponowałem, a nie komendant, nie będzie więc ani dodatkowych pieniędzy, ani urlopów.

Zadeklarowali, że będą harować poza normami. Całkowicie oddali się sprawie. Żadnego życia prywatnego. Dyżurny miał namiary na wszystkich, a także ich żony, kochanki i dziewczyny i skrzykiwał całą tę zgraję, gdy trzeba było. Zjeżdżali się wówczas i harowali. Tempo pracy i życia ekscytowało. Suder nigdy nie wychodził z domu bez porządnego śniadania, bo nie wiedział, czy będzie jadł kolację. Gdy Gumiś terroryzował Kraków bombami, przez tydzień nie było go domu. Dobrze, że już pracowali na Mogilskiej i mieli łazienki.

Spali na komendzie.

Archiwum X powstaje na razie nieformalnie, wydziale operacyjnym krakowskiej policji, co oznacza, że wszystkie jego działania są niejawne.

Karol Suder: – Wiązała się z tym masa problemów, bo żeby prokurator się czymś zajął, musi mieć jakieś materiały procesowe: albo przesłuchanie świadka, albo notatkę urzędową, które by go dopingowały do podjęcia rutynowych czynności. To był na samym początku jeden z dość kłopotliwych elementów tej pracy. Musiałem wychodzić z prośbą do mojego starego wydziału dochodzeniowo-śledczego (gdzie kiedyś pracowałem), żeby udostępnili mi kogoś, kto by na przykład przesłuchał świadka i spisał z tego protokół. W końcu, jak go dostawaliśmy do współpracy przy sprawie, to już u nas zostawał. Gdy pojawiał się problem, dyskutowaliśmy nie tylko ramach grupy operacyjnej, ale i z dochodzeniowcem.

Trzeba wiedzieć, że dochodzeniowiec to ktoś, kto jedzie na miejsce zbrodni i dotyka faktów. A operacyjny przyjeżdża, wymienia informacje i zaczyna myśleć. Dochodzeniowiec musi powiedzieć mu tyle, żeby operacyjny dedukował. Nie może być takiej sytuacji, której ktoś, kto prowadzi śledztwo sprawie zabójstwa, nie był na miejscu zbrodni. Tylko tam można poczuć sprawcę.

Potem następuje wyprowadzanie wniosków, opracowanie wersji i burza mózgów. Bez pomocy operacyjnego dochodzeniowiec sobie nie poradzi. W ten sposób nad sprawą morderstwa spotykają się ludzie z trzech światów: operacyjny, dochodzeniowiec i szef wydziału laboratorium kryminalistycznego. Mają swoich rękach mocne atuty: operacyjnemu ktoś coś szepnął na ucho, kryminalistyk zebrał ślady, a dochodzeniowiec dysponuje zeznaniami świadków. Tak to działa.

Z materiałem procesowym szli do prokuratury, żeby podjęła na nowo umorzone już śledztwo. I pojawiały się następne schody. Najpierw trzeba było jeździć i przekonywać prokuratora okręgowego, potem referenta, który to dostał. I Suder słyszał: „Że się panu chce po tylu latach?!”.

Niechętnie wracano do tych spraw, bo i po co? Co z tego, że zginął człowiek i zostali ludzie, którzy po nim płaczą, skoro trzeba się ciężko narobić.

Dialog był więc taki:

– Panie prokuratorze... (to Suder).

– Wiem, przychodzisz do mnie z ciekawą sprawą.

– No właśnie.

– Ale ja nie chcę. Mam już dość twoich ciekawych spraw.

Suder rozdziela zadania: ty idziesz gadać z ludźmi, ty czytasz akta. Przekopuje sterty policyjnych notatek.

– Nazwę „Archiwum X” wymyśliłem sam. Nasz naczelnik, Eugeniusz Szczerbak [komendant wojewódzki Krakowie latach 1999–2002 – I.M.], bardzo inteligentny facet, zainteresował się takim narzędziem, które długo było modne na Zachodzie, zwłaszcza Holandii. Nazywa się analiza kryminalna. To program komputerowy, który wykrywa błędy uczestników całego zdarzenia, zarówno policji, jak i przestępcy. Trzeba wpisać tam całe akta, a program wyłapie nieścisłości. Jeden z kolegów od nas był na szkoleniu Holandii. Przywiózł nowinki i tak zaaferował naszego szefa, że ten postanowił utworzyć dla nas taką sekcję. Początkowo nie miał argumentów, jak te holenderskie nowości przełożyć na Polskę. Ale wpadł na genialny pomysł. Przyszedł do mnie i powiedział: „Napisz mi na kartce, co wyście tam wykryli, jakie macie sukcesy”.

Suder napisał więc odręcznie: „Z mojego Archiwum X”. Wtedy leciał ten amerykański serial o tajemnicach nie z tego świata. I zrobiła mu się taka nakładka.

A mieli już się czym pochwalić. Archiwum X prześwietlało bowiem tak zwaną ciemną liczbę zabójstw, czyli niewyjaśnione zaginięcia, nieszczęśliwe wypadki czy samobójstwa. I tak lipcu 2003 roku przepada Agata z Zakopanego. Dwadzieścia trzy lata. Wysoka, szczupła, atrakcyjna studentka drugiego roku architektury Politechniki Krakowskiej.

Policjanci prowadzą poszukiwania. Wygląda na to, że uciekła. Miała kiedyś kontakt z narkotykami i jej kolegę aresztowali Ameryce Południowej, więc wpadają na pomysł, że pojechała do niego odwiedziny.

– Panie naczelniku… – Suder na to do funkcjonariusza – … ale zostawiła paszport, dowód osobisty!

– Ależ panie Karolu, Zakopanem nikt się takimi rzeczami nie przejmuje. Przez zieloną granicę i tyle – słyszy odpowiedzi.

Z informacji wynikało, że do zniknięcia mogli przyczynić się dwaj jej bracia – bliźniacy. Tyle że to długo nie mieściło się głowie tamtejszym policjantom. W końcu do Sudera przychodzi matka dziewczyny i mówi: „Panie Karolu, to bracia ją zamordowali”. A oni, że matka opowiada bzdury.

Kobieta pokonała sto kilometrów, żeby wyżalić się na śledczych z Zakopanego. Wszystko opowiedziała ze szczegółami. Nietrudno sobie wyobrazić jej emocje. Archiwum X szuka więc śladów ze specjalistami, ale dopiero dość intensywna współpraca z jednym z zakopiańskich kolegów z pionu operacyjnego przyniesie efekt. Otóż naopowiada on dziennikarzowi „Tygodnika Podhalańskiego”, że policja wie, gdzie jest ciało dziewczyny. A bracia dojdą do wniosku, że źle ją zakopali. I pojadą poprawić. W momencie, kiedy ją wyciągną z dołu i włożą do bagażnika, zatrzyma ich straż graniczna. O wszystkim zdecydował przypadek. Wopiści myśleli, że to kłusownicy.

Poszło o kamienicę centrum Zakopanego. Bracia Grzegorz i Bartosz utrzymywali się z czynszów, jakie płaciły im sklepy mieszczące się na parterze kamienicy. Nie chcieli mieć wspólnika dzieleniu, a potem dziedziczeniu majątku. Pierwszy zabił, drugi pomógł rozczłonkować zwłoki siostry. Grobowcem dla głowy dziewczyny, odciętej kątową szlifierką, stał się dół wykopany pod wysoką sosną, którą bracia wskazali prokuratorowi po tym, jak przyznali się do winy. Resztę ciała pogrzebali innej części lasu.

Dzięki uporowi policjantów z Archiwum X matka, którą synowie przegonili wcześniej z domu, mogła pochować córkę całości.

Jeszcze trakcie śledztwa 2003 roku policjanci zatrzymali braci na 48 godzin.

„Bezczelni, pewni siebie. I ten cynizm. Wiedzieli, że siostra nie żyje, ale po wyjściu z aresztu zjawili się u nas i zapowiedzieli złożenie skargi na zatrzymanie” – mówili wstrząśnięci śledczy dziennikarzowi „Gazety Krakowskiej”. Jeden z braci dostał wyrok 15 lat za kratami, drugi – 4.

Karol Suder: – U nas wszystko szło od strony dedukcji. Nad każdą sprawą intensywnie myśleliśmy. Dopiero potem szukaliśmy rozwiązań.

W 1996 roku, czerwcu, Kościelisku kobieta zgłasza zaginięcie. Że mąż, góral, był i go nie ma. Pojechał do roboty i trzy miesiące nie wraca. Ktoś z grupy Archiwum interesował się zaginięciami i ściągnął akta tej sprawy. I między innymi znalazł notatkę, że dwa, trzy dni przed tym, jak góral wyjechał do pracy pod Warszawę, na terenie posesji palono duże ognisko. Jak to? Zbieg okoliczności, taka duża watra? I przez to ognisko zainteresowali się sprawą.

Policja z Podhala mówiła: „Odwalcie się od tego ogniska. Wiemy, do czego zmierzacie. U nas nie było przypadku, żeby ktoś znieważył zwłoki. Nie ma takiej możliwości! To się nie mieści mentalności górali”. Dlatego czekali, aż delikwent sam się znajdzie.

Suder nie odpuszcza. Współpracuje z Instytutem Ekspertyz Sądowych im. prof. dr. Jana Sehna Krakowie, z sekcją profilerów. W rodzinie jest trójka dzieci wieku szkolnym. Profilerzy opracowują dla nich związany z ojcem temat wypracowania do szkoły, bo – jak ustalił Suder – „koleżanka trochę pochodziła po domach i okazało się, że góral maltretował tę rodzinę”. Sąsiedzi dobrze wiedzieli, co się u nich działo.

W końcu Archiwum X ściąga do siebie matkę i najstarszego chłopca. A ten pierwszych słowach przyznaje się, że to on zamordował. Ojciec bił i jego, i matkę, która leczyła się z tego powodu na depresję.

Powoli kolejne wersje tej historii zaczynają otwierać się wokół śledczych jak trujące kwiaty.

Chłopiec bierze wszystko na siebie, choć to nie on zabił. Chce uchronić matkę. Widział, ile musiała znieść upokorzenia i bólu. W końcu nie wytrzymała. Po kolejnej awanturze nafaszerowała męża lekami, żeby nie miał siły się bronić. I zabiła siekierą.

Zamordowała, a wszystkie dzieci paliły. Wrzucili ciało do ogniska. Śledczy nie znajdą nawet kosteczki. To, co zostało z ojca, najstarszy wywiózł do lasu i zakopał. Miał wtedy 12 lat.

Kobieta nie była góralką. Urodziła się pod Warszawą. Nie miała więc kulturowych oporów, by spalić ciało.

Kiedy policjanci pozałatwiali już wszystko prokuraturze, zjawili się gabinecie Sudera euforii sukcesu. Popijali jakieś sowietskoje igristoje, gdy ktoś rzucił: „Tylko nie wygadajcie Suderowi, że jest taka sprawa – facet od dwóch lat jeździ na rowerze. I do tej pory go nie ma”.

Suder zapamiętał, że już go podkręcili. Istotnie, 35-letni góral z Białego Dunajca wsiadł na rower, pojechał do kochanki i słuch po nim zaginął. Od dwóch lat figurował kartotece zaginionych. Suder był już na emeryturze, gdy Bogdan Michalec znalazł górala razem z rowerem pod podłogą, domu tej kochanki.

Michalec to dziś kręgosłup krakowskiego Archiwum X. I jego mózg. Zawsze mediach miał tylko imię i pierwszą literę nazwiska. Zamiast jego zdjęć wyszukiwarkach internetowych pojawiają się fotografie uśmiechniętego artysty, konferansjera i showmana o tych samych personaliach. Śledczy Michalec to skupiony, ogolony na zapałkę, dość krępej budowy mężczyzna z nieodłącznym elektronicznym papierosem na szyi.

Przyszedł do sekcji Karola Sudera 1999 roku z małego komisariatu jednej z dzielnic Krakowa, Borku Fałęckim. Kameralnego. Bliżej obywatela. „Wychowywali” go starzy, doświadczeni milicjanci, od których nauczył się ABC kryminalistyki.

– W pierwszej kolejności trzeba być człowiekiem. To jest dla policjanta najważniejsza rola – powie mi po latach.

– Dowiedziałem się, że jest taki pasjonat i szaleniec policji, który nie wychodzi z komendy i ma sukcesy – wspomina Suder. – Przeczytałem ze dwie, trzy jego notatki: pełna profeska. Inne podejście niż wszystko, co się wokół działo.

Zadzwonił więc: – Czy nie zastanowiłby się pan nad pracą Archiwum X? „Taka fucha TAKIM wydziale”. Na co Michalec: – Nie jestem zainteresowany. Ale po jakimś czasie sam się odezwie, a Suder go przyjmie. Nie pomyli się, choć niektórych momentach potrzebowali rozjemców. Mieli odmienne zdania. To dobrze, bo dyskusja zawsze jest dochodzeniem do prawdy.

Jak mawiał Albert Einstein: „Bez myślenia intuicja jest ślepa”.

Bogdan Michalec: – Intuicja to podstawa. I dar. Odejście od schematu działania policji i prokuratury jest wielu nie na rękę. Może dlatego okrzyknięto mnie szaleńcem. Nasza praca jest jak wchodzenie ciemny las. Na początku wzrok nieprzyzwyczajony do ciemności, więc potykamy się, przewracamy. Powoli jednak oko się przyzwyczaja i wtedy można dostrzec więcej szczegółów. Najistotniejsze jest uważne czytanie akt.

Akta sprawy zamordowanej Danuty F. zalegają archiwum Sądu Okręgowego Nowym Sączu. Notatki policjantów, zeznania świadków, oględziny pisane odręcznie albo na starej maszynie, której czcionka wypłowiała z upływem czasu. Ciężko przebrnąć. Ale to jest codzienna droga, którą zaczyna iść każdy śledczy z Archiwum X. Jak powiedział Karol Suder: „Ludzie wychowani na filmach kryminalnych nie wiedzą, że to żmudna praca. Bo policjant z Archiwum siedzi swoim pokoju popołudniową porą i nie widać go spoza stosu akt”.

Tylko ten sposób ma możliwość wrócić na miejsce zbrodni sprzed lat.

Mamy 1999 rok. Akta cofają śledczych do 30 września 1993, kiedy przypadkowy robotnik znajduje ciało Danuty. Od tamtej pory upłynęło 6 lat, a sprawca wciąż pozostaje nieznany.

Człowiek widmo.

Karol Suder i Bogdan Michalec czytają historię dramatu kobiety i jej rodziny strona po stronie.

Kiedy pies policyjny znajduje niedużą czarną torebkę kształcie półksiężyca – mówią akta – śledczy poznają tożsamość ofiary. Danuta F. miała niej dowód osobisty swój i męża, Kazimierza, 119 tysięcy złotych (przed denominacją można było za to kupić kilo cukru i mleko), magazyn „Jestem”, opakowanie po batoniku Snickers, pismo z PZU Nowym Targu z blankietem z wpłatą za karę (mąż spowodował wypadek po alkoholu i dostał kolegium), bilety na PKS i książkę Mówienie prawdy sobie samemu. Jak sobie radzić z problemami życia? Williama Backusa i Marie Chapian.

Kim byłaś? – zastanawiają się policjanci. – Jakiej wskazówki szukałaś tej książce?

Backus to luterański pastor i psycholog. Chapian – autorka książek chrześcijańskich, psychoterapeutka. Podróżuje jako nauczycielka Biblii i mówca na chrześcijańskich konferencjach. Książka, jak zaczynają autorzy we wstępie (można jej wysłuchać internecie), „została napisana, aby pomóc ci żyć z tą jedną osobą, z którą musisz żyć przez całe życie – a więc z samym sobą. »Terapia błędnych przekonań«, jak nazwaliśmy nasz sposób działania, polega na wprowadzeniu prawdy do twojego systemu wartości, do twej filozofii życia, wymagań, przekonań moralnych i emocjonalnych, a także do słów, które mówisz sam sobie. Biblia mówi, że prawda czyni człowieka wolnym”.

Czy zdążyłaś przeczytać choć pierwszy rozdział o tym, czym jest owo „błędne przekonanie”? „Dlaczego czuję się tak fatalnie? – pyta człowiek przeżywający trudne chwile. W życiu każdego z nas istnieje coś, co chcielibyśmy zmienić. Twoje przekonania determinują twoje zachowanie. Większość depresji bierze się ze słów, jakie mówimy sami sobie, kiedy spotyka nas jakaś strata”.

A co spotkało ciebie? – na to pytanie śledczy spróbują znaleźć odpowiedź.

Kiedy ustalą adres zamieszkania jej rodziców Nowym Targu, na miejscu zastaną brata, Zbigniewa. I szybko okaże się, że mąż, Kazimierz, poszukuje jej już od dwóch dni. Brat na temat siostry nie umie podać zbyt wielu informacji, prócz tego, że była skryta i niekoniecznie akceptowana przez rodzinę męża. Małżeństwem byli od kwietnia 1993.

Policjanci tego samego dnia docierają do Kazimierza, który razem z rodzicami i Danutą mieszkał małej wiosce Rogoźnik pod Nowym Targiem. Zajmowali pokój z kuchnią na parterze z oddzielnym wejściem:

– Żona była na zasiłku – mówi – i pomagała gospodarstwie moich rodziców. Utrzymywaliśmy się z niego, jej zasiłku, oraz tego, co dorywczo zarobiłem, najczęściej na budowach. Danuta nie chodziła do ginekologa. Nie miała też skłonności do alkoholu. Nigdy nie było przypadku, żeby nie wróciła na noc, kiedy jechała do swoich rodziców do Nowego Targu. Ponieważ była nauczycielką, starała się o pracę jednej z tamtejszych szkół podstawowych. 28 września o 6.30 rano wyjechała z Rogoźnika, mówiąc, że jedzie do Nowego Targu na badania przychodni, która znajduje się pobliżu kina. Pojechała pekaesem. Na palec założyła obrączkę, którą kiedyś dostała od swojej matki. Złotą, szeroką, bez grawerki.

Obrączka nigdy się nie odnajdzie.

Kazimierz opisze żonę dość dokładnie. Jak była ubrana (jasne dżinsy, jasna marynarka), co miała ze sobą (skórzaną czarną torebkę o półkolistym kształcie, zamykaną na błyskawiczny zamek). Oraz to, że dał jej pieniądze, które miała wpłacić do PZU Nowym Targu za spowodowany przez niego wypadek drogowy. Wzięła tym celu ze sobą jego dowód osobisty.

Kazimierz: – Włożyła też do torebki słoiczek z moczem. Widziałem to. Dwa tygodnie wcześniej powiedziała mi, że będziemy mieli syna. Bardzo się z tego cieszyła. Wychodziliśmy z domu razem. Ja do pracy, do Czarnego Dunajca, a ona do Nowego Targu. Wsiadała do autobusu sama. Nikogo nie było na przystanku. Powiedziała, że jak da radę, to tego samego dnia wróci do Rogoźnika. Gdy nie wróciła, pomyślałem, że została u rodziców.

Początek lat dziewięćdziesiątych nie był światem telefonów komórkowych. Na wsi rzadko kto posiadał nawet stacjonarny. Kazimierz nie miał, więc gdy kolejnego dnia nie doczekał się Danuty, wsiadł autobus do Nowego Targu i odwiedził jej rodziców: Genowefę i Jakuba. Genowefa pracowała miejscowym Urzędzie Skarbowym. Powiedziała zięciowi, że córka przyszła wpłacić pieniądze za jego kolizję około 10.00 rano 28 września. Wpłaciła i od razu wyszła.

Zaniepokojony Kazimierz poszedł więc do szwagra, ale i tam jej nie zastał. Rodzice powiedzieli, że na noc też nie została. – Chciałem nawet dzwonić na komisariat – zezna Kazimierz – ale teściowa powiedziała, że to nie honor dzwonić na policję. Że może się przecież zjawi. Będą jej szukać. Szwagier odwiózł mnie swoim simsonem do Rogoźnika. Czekałem, że może przyjedzie ostatnim autobusem, ale nie przyjechała.

Nakarmił więc Kazimierz krowy i owce, a później zmęczony i zmartwiony z kurami położył się spać. Następnego dnia znów pojechał do Nowego Targu. Szukał żony po kawiarniach i lokalach na rynku. Wtedy szukali jej już wszyscy.

– Nigdy między nami nie było kłótni, przekonywał Kazimierz śledczych. – Nigdy jej nie uderzyłem. Żyła z moimi rodzicami zgodzie. Mieliśmy wspólną kuchnię. Nie słyszałem od niej, żeby miała jakichś wrogów.

Mimo to rodzina nie miała Rogoźniku dobrej opinii, bo – jak powiedzieli policji sąsiedzi – byli skłóceni ze wszystkimi. I z nikim nie utrzymywali kontaktów.

W notatce jednego z policjantów, zazwyczaj pisanej policyjnym żargonem, wypranym z emocji, znajdzie się tym razem miejsce na bezradność i rozpacz:

„W tym momencie oznajmiłem rozpytanemu, że jego żona została zamordowana. Stwierdziłem, że oczy zaszkliły mu się łzami i załamanym głosem zapytał, czy mógłby zobaczyć swoją żonę, gdzie ona się znajduje. I czy zamordowaną na pewno jest ona”.

Dzień 30 września 1993 ciągnie się niemiłosiernie. Koło godziny 21.00 policja zaczyna przesłuchanie rodziców.

Jan, z zawodu cholewkarz, rencista, ojciec Danuty:

– Mamy dwoje dzieci: Danutę, rocznik ’64, i Zbigniewa, młodszego od niej o 3 lata. Córka skończyła Liceum Sztuk Plastycznych Zakopanem i podjęła pracę jako nauczycielka plastyki podstawówce Nowym Targu. W innej podstawówce była świetliczanką. W 1991 roku podjęła pracę Ośrodku Szkolno-Wychowawczym, ale po roku ją straciła. Brała zasiłek dla bezrobotnych. Ostatni na kilka dni przed zniknięciem. Była też społecznym kuratorem przy Sądzie Rejonowym Nowym Targu. Spokojna, lubiąca czytać książki, domatorka. Nie chodziła po dyskotekach. Nigdy nie było z nią problemów wychowawczych. Raczej pomagała osobom, które weszły konflikt z prawem. Nigdy nie zgłaszała problemów ze swoimi podopiecznymi. Cieszyła się z tej pracy.

Genowefa, jej matka:

– Faktycznie dwa dni temu była u mnie Urzędzie Skarbowym. Wpłaciła pieniądze za wypadek zięcia, trochę jej zostało, a ja dałam jej jeszcze na obiad. 1 października kończyło jej się bezrobocie, co ją załamywało. I to, że nie może sobie znaleźć pracy. Córka była bardzo ufna i dobra, ale unikała tematu teściów. Starałam się ją zawsze pocieszyć. Uważałam, że bywają ciężkie chwile, i to się zmieni. Wiedziałam, że zięć czasami zagląda do kieliszka. Nigdy nie była przez niego pobita, jedynie strofowana przez teściową. Chorowała na tarczycę (stąd nienaturalna wielkość oczu). Była po operacji. Leczyła się klinice endokrynologicznej Krakowie. Po tej chorobie, jakieś półtora roku temu, przeżyła załamanie nerwowe. Lekarze jednak mieli dobre prognozy.

Policja ustala, że ostatni raz Danuta była Urzędzie Pracy 13 września. Pytała, czy może jest coś dla niej. Ale nie było. 29 września kupiła bilet (znaleziony później jej torebce) na PKS Nowym Targu, parę minut po 14.00. Kurs Myślenice – Zakopane. Autobus przyjechał do Zakopanego planowo o 14.42, ale kierowca nie zapamiętuje Danuty. Śledczy ze zdumieniem odkrywają też, że kobieta potrafiła mieć swoje tajemnice. Na przykład przez kilka miesięcy nie mówiła matce, że jest ciąży, dopóki ta sama nie zauważyła. Tak dzieje się wtedy, gdy emocjonalne więzi między matką a córką gdzieś zostaną nadszarpnięte. A może dziecko nie było jej męża? Danuta, jak sprawdzili policjanci, ani razu nie poszła do lekarza. Kartoteki medyczne nie odnotowały jej nazwiska.

Dopiero lipcu, dwa miesiące przed śmiercią córki, Genowefa odkryła, że zostanie babcią. „Cieszyła się z tego, że będzie miała dziecko, nawet się do tego przygotowywała, bo kupiła już pieluchy” – zeznała matka, ale tak naprawdę nie wiedziała o własnej córce nic więcej.

Mówi się, że kobiety są psychicznie silniejsze od mężczyzn. Ale nie wtedy, gdy muszą pochować dziecko. Tamten dzień będzie więc wystawał z życia matki jak zardzewiały gwóźdź.

– Ona jest dla mnie niczym wyrwane z korzeniami drzewo – powie Genowefa dziennikarzom TVN, przygotowującym 2006 roku reporterski cykl „Archiwum X. Śledztwa po latach”. Krótkowłosa, okrągła na twarzy, elokwentna. Smutek wygiął jej usta podkówkę.

To ojciec zidentyfikuje zwłoki.

Jednego policjanci nie zdołają ustalić: gdzie Danuta spędziła noc z 28 na 29 września, skoro nie u rodziny? Nie u znajomych? Przyjaciół nie miała, podobnie jak wrogów. Raptem dwie koleżanki. Szkołę Zakopanem skończyła 10 lat wcześniej.

Policja odwiedzi poradnię zdrowia psychicznego i przychodnię lekarską Nowym Targu, ale nie znajdzie nich ani śladu po Danucie. Ośrodek Szkolno-Wychowawczy na Kowańcu, gdzie pracowała od 1 września 1991 roku, zdradzi, że od początku mieli z nią problemy, bo była pracownikiem na „nie”: niezdyscyplinowanym, nieodpowiedzialnym, nieobliczalnym. „Wśród pracowników ośrodka panowała opinia, że jest wariatką” – odnotują policjanci. Pracowała tam do końca 1992 roku.

Z nikim nie utrzymywała kontaktów. Miała już za sobą taki epizod, że zimą 1991 roku wyszła po pracy z ośrodka, ale nie dojechała na noc do domu. Nie wiadomo, gdzie była.

1 października 1993. Policyjna notatka. Trzech policjantów rozmawia z mieszkańcami bloków przy Alei 3 Maja Zakopanem (ulicy prostopadłej do Kościuszki, gdzie znaleziono zwłoki).

Jedna z mieszkanek około drugiej nocy z 29 na 30 września słyszy kobiecy głos, „nie wyrażający potrzeby pomocy ani bólu”. Głos dochodzi od pobliskiej ulicy Zborowskiego. Z kierunku baru Green. Właścicielem jest Gerard Z. Relacjonuje, że tamtym dniu barze pracowała jego żona, Magdalena. W rozmowie z żoną policjanci ustalają, że bar był czynny do 21.30. I przebywały nim tylko dwie osoby: Piotr S., zatrudniony Radiowo-Telewizyjnym Ośrodku Nadawczym na Gubałówce, i jego kolega, pracownik Urzędu Ochrony Państwa.

– W tym dniu między 18.00 a 19.00 do baru weszła blondynka, krótkie blond włosy, białej marynarce, i zaraz wyszła. Była sama. Jestem ją stanie rozpoznać – mówi Magdalena policjantom.

Śledczy szybko ustalają, kim był funkcjonariusz UOP. To Kazimierz S., któremu od razu pokazano zdjęcie Danuty.

– Chyba ją widziałem barze Green… – zafrasuje się świadek. – Wczoraj około 19.00 razem z kolegą, Piotrem S., piliśmy piwo. Siedzieliśmy tyłem do wejścia. Po półgodzinie ktoś mocniej otworzył drzwi, co zwróciło moją uwagę. Zobaczyłem tę kobietę. Weszła na środek sali i wyglądało na to, że się rozgląda, jakby czegoś szukała. Do nikogo nie podchodziła i z nikim nie rozmawiała. Pół minuty później wyszła z baru.

2 października Piotr S. (lat 28, kawaler, wykształcenie średnie techniczne) zezna, że tamtego dnia, a była to środa, od godziny 17.00 faktycznie siedział Green Barze. Około 18.00 przyszedł kolega, Kazimierz.

Świętowali, bo kolega podżyrował pożyczkę jego bratu, za co, on, Piotr, był mu niezmiernie wdzięczny.

– Siedzieliśmy przy barze, z tym że ja nie widziałem, kto wchodził (tu policjanci okazują mu planszę z siedmioma zdjęciami kobiet, tym jednym Danuty). Nie. Nie rozpoznaję. W barze była jeszcze koleżanka barmanki i jakichś dwóch mężczyzn.

Akta pokazują, jak policjanci wraz ze zdjęciem Danuty chodzą po Zakopanem i skrupulatnie odwiedzają ciąg lokali i sklepów od skrzyżowania Krupówki z ulicą Witkiewicza, aż do skrzyżowania ze Staszica. Widziano ją kilka razy aptece (ale nie wiadomo, czy dniu śmierci). Dość często też nadawała kupony totolotka kolekturze przy ulicy Tetmajera.

Kelnerka z baru Hajduczek przy dworcu PKS Zakopanem, patrząc na planszę ze zdjęciami, przypomina sobie, że widziała Danutę 27 września (w poniedziałek, podczas gdy kobieta wyszła z domu dzień później):

– Około 30 lat, włosy do ramion, lekko kręcone, blond. Szczególną uwagę zwróciłam na jej oczy, bo były wyłupiaste. Miała na sobie kurtkę dżinsową, spodnie, czarne buty typu czółenka. Żadnej torebki ani reklamówki. W pewnym momencie podeszła do nieznanego mi mężczyzny, moim zdaniem przyjezdnego, i poprosiła, aby kupił jej porcję ruskich pierogów. Powiedział, że nie ma pieniędzy. On około 25 lat. Szatyn z wąsami, włosy opadające na kark. Miał plecak i sprawiał wrażenie, jakby czekał na autobus z Zakopanego.

Kobieta postała chwilę przy drzwiach wejściowych, a potem podeszła do mnie i poprosiła o wrzątek. Dałam jej szklankę wrzątku. Zapłaciła mi, usiadła przy stoliku, wypiła, oddała szklankę i wyszła. Odniosłam wrażenie, jakby była czymś przygnębiona, zmartwiona. Zachowywała się dziwnie. Po godzinie przyszła z powrotem do baru. Kierowniczka spytała ją, czy nie jest głodna, i gdy usłyszała, że tak, zaproponowała jej zjedzenie obiadu. Ale kobieta odparła, że nie ma czym zapłacić. Mimo to kierowniczka osobiście podała jej obiad: rosół z makaronem, gulasz, ziemniaki i jakąś surówkę. Zjadła wszystko i wyszła.

Kolejny raz widziałam ją koło godziny 16.00, piętnaście minut później. Podeszła do jednej z dziewczyn, która zamawiała ruskie pierogi i poprosiła, by ta kupiła jej porcję. Dziewczyna zamówiła, a ja podałam. Zjadła dwa, po czym jakby się czegoś wystraszyła – gwałtownie wstała od stołu, wywracając pierogi na blat. I szybko wyszła z baru. Nigdy jej więcej nie widziałam.

Pracownica baru Kłos, Maria S., powiedziała śledczym, że osoba okazana na zdjęciu, czyli Danuta, dwa tygodnie wcześniej oferowała jej kupno bluzy, tłumacząc, że potrzebuje pieniędzy, bo musi pilnie wyjechać. Więcej jej nie widziała.

Co planowałaś, Danuto? Byłaś Zakopanem wcześniej niż dniu swojej śmierci? – gorączkowo myślą policjanci. Czy twoja bezradność i zagubienie mogły sprowokować zabójcę?

Bogdan Michalec z Archiwum X, który pójdzie śladami ofiary, przez lata będzie się trzymał definicji wybitnego prawnika i kryminalistyka, Jana Sehna. A Sehn uważał, że śladem jest każda zmiana obiektywnej rzeczywistości. Nie wolno się ograniczać jedynie do śladów linii papilarnych. Michalec definicję Sehna połączy z kapitalnym spostrzeżeniem autora Małego księcia Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, że prawdziwie patrzy się tylko sercem. Oczy widzą materię, ale serce dostrzega to, co trudno jest utrwalić jako ślad. Lecz bywa od niego ważniejsze. To wszystko połączeniu z zasadą starożytnej kryminalistyki, że brak dowodów też jest śladem, stanie się punktem wyjścia do rozwiązania zagadki tej śmierci.

Michalec będzie więc obserwował, jakim środowisku popełniono zbrodnię, z jakimi świadkami ma do czynienia. Podobnie jak inni przed nim, postawi sobie wiele pytań.

Bywałaś głodna, Danuto? Nieszczęśliwa? Zastanawiałaś się, jak zmienić swoje życie?

Każde pytanie od razu zamieniało się tajemnicę.

Z opowieści świadków można wysnuć wniosek, że Danuta nie dojadała, nie miała pieniędzy i rozpaczliwie szukała wyjścia z tej sytuacji.

Po rozmowie z jej matką policjanci odnotują, że dzień przed pogrzebem Kazimierz przyszedł do domu teściowej kompletnie pijany i powiedział: „Gdzie ta cipa pojechała i po co do Zakopanego?!”.

„Nie licowało to z pamięcią jego zmarłej żony” – zapisał policjant.

Matka powie końcu, że motorem kłótni była zwykle teściowa Danuty. Miała opowiadać ludziom, jaka to trafiła się jej synowa. Pije alkohol, nic nie robi i „biesi jej syna”.

– A moja Danka – rozpacza matka – nigdy nie piła alkoholu i nie paliła papierosów.

Rodzina jej męża do tego stopnia nie przejęła się tą śmiercią, że dzień przed pogrzebem urządzili domu chrzciny dziecka siostry Kazimierza.

– Byli do tego stopnia bezczelni, że przyjechali do nas, czy wuj Danuty nie woziłby im gości – matce nie mieści się to głowie. Pomyśli: a może teściowa mojej córki znalazła Kazikowi jakąś inną kandydatkę na żonę? I Danka stała się niewygodna?

Z początkiem października 1993 prokuratura zwraca się z prośbą do wszystkich, którzy 29 września widzieli kobietę wieku około 30 lat, średniego wzrostu, włosy blond, lekko kręcone, dość tęgą, ubraną biały żakiet, sweter koloru fioletowego czarne wzory, jasnoniebieskie dżinsowe spodnie i czarne półbuty. Jeśli ktoś widział – proszony jest o stawienie się Prokuraturze lub Komendzie Rejonowej Policji Zakopanem.

Policjanci analizują też teczki pod wspólnym kryptonimem „Nierząd” – zjawiska prostytucji na terenach zakopiańskich. Ale nazwisko Danuty tam się nie pojawia.

Śledczy zataczają więc coraz szersze kręgi. Docierają do byłego chłopaka Danuty, Jana P.:

– Znałem ją od 1985 roku, chodziliśmy ze sobą rok. Mieliśmy brać ślub. Była normalną dziewczyną, może nieco za bardzo zamkniętą sobie, co niewątpliwie utrudniało jej życie. Zerwaliśmy, bo ja nie miałem czasu pomagać jej rodzicom przy budowie domu na Kowańcu. Decyzja była wspólna.

O śmierci Danuty Janek dowiaduje się na postoju taxi (jeździ taksówką). Jest wstrząśnięty. Danka nie tylko nie nadużywała alkoholu, ale i nie zawierała łatwo kontaktów z mężczyznami. Zapamiętał, że była domatorką i nie lubiła chodzenia po lokalach. Pracuje jako taksówkarz Nowym Targu od 1991 roku. Jeździ głównie nocą i nigdy nie widział, by Danka wychodziła z jakiegoś lokalu.

Nie usłyszy też o tym od innych taksówkarzy. A znali jej mamę, bo pracowała na kasie Urzędzie Skarbowym, więc i pośrednio znali Dankę. Wszyscy są zszokowani tym, co się stało. Mieli o niej jak najlepsze zdanie.

Dyrektorka podstawówki, do której chodziła Danuta, powiedziała, że dziewczyna była rzetelna, spokojna i chętna do pracy. Ale gdy odeszła ze szkoły, nie utrzymywała więcej żadnych kontaktów. Jakież było więc zdziwienie, kiedy przyszła prosić jedną z nauczycielek, by była świadkiem na jej ślubie. Do tej szkoły przyszedł też ojciec Danuty, niedługo przed jej śmiercią, prosić z kolei o przyjęcie na etat świetliczanki. Tyle że ten był już zajęty.

Dla kuzynek Zofii i Ewy Danuta była osobą właściwie nieznaną. Nie utrzymywały żadnych kontaktów poza tym, że były na jej weselu.

W Liceum Plastycznym im. Antoniego Kenara, gdzie się uczyła, śledczy dowiadują się, że była osobą dość zamkniętą.

Tomasz P. i jego żona Joanna, nauczyciele, a niegdyś koledzy z klasy Danuty, zapamiętają, że nie była zbyt atrakcyjna fizycznie, i miała nieco zwariowane usposobienie. Nie zapraszano jej więc na imprezy. Żyła jakby obok klasy. Ubierała się skromnie, bez ekstrawagancji. Nie była „puszczalska”, nie używała narkotyków, nie paliła papierosów.

Małżeństwu utkwi pamięci jako nawiedzona koleżanka, o której zapomina się zaraz po opuszczeniu murów szkoły.

Najważniejsze godziny, tuż po odnalezieniu zwłok, uciekają. Im szybciej biegną, tym trudniej będzie złapać mordercę.

Policjanci wiedzą, że sprawie zabójstwa Danuty F. czas staje się coraz większym ich wrogiem.

8 października przesłuchują Jacka B.

Zeznaje: „29 września, kiedy otwierałem swój sklep, zauważyłem kobietę wieku około 30 lat, włosy blond, rozpuszczone, lekko kręcone. Ubrana była obcisłe spodnie powyżej kolan, tzw. kolarzówki. W widocznej ciąży. Na nogach miała chińskie szmaciaki czarnego koloru. Twarz bardzo zmęczona, ciemne obwódki wokół oczu. Widać, że była zdenerwowana i szybko szła. Po około 5 minutach wracała tą samą drogą. Dzień później okolicy godziny 23.00, będąc domu, usłyszałem krótki krzyk. Otworzyłem okno i nasłuchiwałem. Na pewno był to krzyk kobiety. Przeraźliwy, dochodzący od Dolnej Równi Krupowej. Moje okno kuchni wychodzi na tę właśnie stronę. Krzyk się więcej nie powtórzył. Zamknąłem okno. Na drugi dzień, gdy policja zaczęła jeździć, dowiedziałem się, że doszło do zabójstwa.

Kiedy dziś Jacek B. wraca do tamtych wydarzeń, mówi, że wciąż słyszy ten krzyk.

– Krzyk zarzynanego człowieka – opowie mi po latach. – Mieszkałem sto metrów od tamtego miejsca, dzień było ciepło, wszystkie okna pootwierane. I wówczas długi, straszliwy, przerażający wrzask. Ale tylko jeden. W tym czasie przechodziła pod oknami jakaś wycieczka. Tak się darli, że pewnie zagłuszyli ofiarę. Ja jestem człowiekiem dość odważnym. Gdybym usłyszał jeszcze jeden krzyk, wyszedłbym sprawdzić. I może mógłbym ją uratować. A tak pomyślałem, że nic się nie stało.

Czy B. był tym, który jako jeden z ostatnich widział Danutę? A dzień później słyszał jej krzyk? Co robiła niemal przed północą samotna, właśnie tam, przy Kościuszki Zakopanem?

Zapamiętał jeszcze zagubienie części policjantów, którzy kluczyli ulicami, nie znając miasta (bo przyjechali z Nowego Sącza). – Odniosłem wrażenie kompletnego chaosu, pojechali nawet pod inny bank, a nie ten, gdzie zdarzyło się zabójstwo.

Prokuratura zamieszcza apel do dwóch świadków, którzy mogli widzieć zabójcę. Prosi o kontakt kobietę, która 30 września około 7.00 rano na ulicy Chramcówki, jak ustalili policjanci, została zaatakowana przez nieznanego mężczyznę, który zranił ją nogę. I kierowcę czerwonego fiata 125 p, który tamtego dnia około 7.30 zawoził do szpitala dwie kobiety. Jedna była ranna. Zapukała do pierwszych lepszych drzwi przerażona, że ktoś rzucił nią hakiem i rozszarpał jej nogę. Drzwi otworzyła kobieta, która taksówką zawiozła ją do szpitala.

Ale nikt się nie zgłasza.

Jacek B.: – Panował ogólny strach, a mieście wybuchła panika. Ludzie bali się wychodzić z domu, zeznawać. Byłem jednym z nielicznych, który odpowiadał na pytania policjantów.

Była też Stanisława M., pomoc kuchenna z Domu Wypoczynkowego Bristol.

4 października około godziny 18.40, po mszy kościele na Chramcówkach, szła na dworzec PKS Zakopanem. Idąc ulicą Chramcówki, zauważyła mężczyznę zmierzającego tą samą ulicą dół. Sprawiał wrażenie pijanego. Zataczał się. Kiedy się zbliżył, usłyszała brzęk łańcucha, obijanego o chodnik. Szedł przy siatce ogrodzeniowej, a ona częścią chodnika obok jezdni. W chwili gdy go mijała, mężczyzna wykonał łańcuchem koło, jak lassem nad głową, i rzucił tym łańcuchem jej kierunku. Kobieta uskoczyła i uciekła.

„Łańcuch był nowy, świecący, cienki, z ogniwek formie rozciągniętych kółek, długości około 1,5 metra” – zeznała. „Mężczyzna szczupły, średniego wzrostu, jakieś 30 lat, czapka z daszkiem, kurtka ciemnego koloru z czerwonymi wstawkami, jasne adidasy. Byłam przerażona, schowałam się przy kiosku Ruchu. Mężczyzna poszedł dalej ulicą, nigdzie się nie spiesząc”.

Trzeci tom akt zabójstwa Danuty F. będzie nosił tytuł „Dewiacje”. Policjanci, bezradnie kręcąc się martwym punkcie, zaczynają sprawdzać, gdzie jeszcze na terenie kraju zdarzyło się podobne zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem.

Komenda Wojewódzka Policji z Kalisza pisze do KWP Nowym Sączu, że na terenie województwa kaliskiego była sprawa, której modus operandi, czyli sposób działania sprawcy, bardzo przypominał ten z Podhala: „Sprawca nie został ustalony, jednakże zebrane przez nas dane mogą naprowadzić na trop zabójcy i gwałciciela, jeżeli to ta sama osoba”.

Jelenia Góra, 3 grudnia 1993. Wydział kryminalny wykonuje tak zwane czynności sprawdzające kierunku zabójstwa Danuty. Z notowań tutejszego wydziału informatyki wynika, że podobnego przestępstwa dopuścił się 22 marca 1992 niejaki Adam P.

„Z uwagi na wspólne cechy obu zdarzeń zwracamy się do Zakopanego z prośbą o wypożyczenie akt sprawy” – piszą policjanci.

Niestety, wszystkie tropy prowadzą donikąd.

Prokurator poddaje się 31 marca 1994 roku i umarza sprawę. Rozpatrzono kilka wersji: nieporozumienia rodzinne, zabójstwo przez osobę chorą psychicznie, analizowano też przypadki zabójstw z terenu Polski. Nic z tego.

Mężczyzna, który zamordował Danutę, atakował też inne kobiety. Mógł więc być seryjnym mordercą. A to będzie czuły punkt „archiwistów”, którzy chętnie mierzą się z rozwiązywaniem zwłaszcza seryjnych zabójstw.

Karol Suder nigdy nie zapomni słynnej sprawy „Inkasenta”, mężczyzny, który przedstawiał się jako pracownik elektrowni. Nazwie ją „jedną z większych porażek policji”. Był rok 1994. Sprawca jeździł po Małopolsce i strzelał do ludzi, po czym niektórych okradał. Zabił trzy kobiety, mężczyznę i 7-letnie dziecko strzałem głowę z przyłożenia. Praca nad tymi seryjnymi zabójstwami była dla Sudera preludium przed powstaniem Archiwum X.

– Naharowałem się przy tej sprawie, do dziś widzę wszystkie te ofiary. Wytypowaliśmy go, współpracowaliśmy z różnymi specjalistami od Ameryki po Europę. Wszystko wskazywało na to, żeśmy się nie pomylili.

Archiwum X zaczęło od skontaktowania się ze światowej sławy profilerem, Robertem Resslerem.

Ressler, twórca kryminalistycznego terminu „seryjny zabójca”, dosłużył się amerykańskiej armii stopnia majora i 1970 roku rozpoczął pracę Federalnym Biurze Śledczym (FBI), gdzie był agentem przez następnych 30 lat. Kiedy dodzwonił się do niego Karol Suder, Ressler od 4 lat był już na emeryturze. Miał własną firmę i pracował jako profiler. Na podstawie akt i pobytów na miejscach zbrodni typował osobowość sprawcy.

– Chciał do nas przyjechać – Suder zapamiętał, jakby to było dzisiaj. – Ale jak moi przełożeni dowiedzieli się, ile to będzie kosztowało, to powiedzieli mi, żebym sobie ten pomysł wybił z głowy. On chciał zarobić tylko sto dolców, bo to go pasjonowało. Ale jak się amerykański urząd podatkowy dowiedział, że leci do pracy, kazano mu zadeklarować zarobki. Reszta to były koszty przejazdu, kwaterunku i wyżywienia. W sumie jakieś osiem tysięcy dolarów. Kiedy z niego rezygnowałem, powiedział: „Domyślam się, skąd jesteś”. Amerykanie traktowali nas wtedy trochę jak Trzeci Świat. Zaproponował mi jednak swojego ucznia, psychologa i analityka kryminalnego Thomasa Müllera z Wiednia. Austriacy pokryli jego koszty transportu, bo nasi przełożeni nie byli stanie zrozumieć, że człowiek nie chce jechać samochodem, tylko koleją.

Austriak przyjechał na 3 dni. Najpierw analizował sprawę, bo policjanci chcieli, żeby im pomógł „rozwaleniu podejrzanego, który przestał z nimi współpracować”.

Suder: – Miał nam podpowiedzieć, jak go rozgryźć.

Podejrzany, były milicjant, którego bronił słynny mecenas Jan Widacki, był jedną z 5876 wytypowanych osób. Żeby powiązać go z ofiarami, wykonano niemal trzysta prób osmologicznych, porównując jego zapach z tym pozostawionym na miejscu zbrodni. Jego los zależał od merdnięcia psiego ogona.

– Ale dostaliśmy gola sądzie – Suder do dziś ma poczucie klęski – bo się okazało, że to jednak nie był on. Kiedy sprawa została umorzona, jeden z szefów nam polecił, żeby całe akta przekazać do analizy kryminalnej.

Po dwóch miesiącach się poddali. Przez ten czas uzbierało się z dwieście tomów samego materiału procesowego. Seryjnego mordercy nie znaleźli.

W 2001 roku niedoszły Inkasent dostał od polskiego państwa odszkodowanie wysokości 84 tysięcy złotych za przeszło dwa lata spędzone więzieniu. Podczas procesu okazało się, że przed badaniami nikt nie sprawdził, czy zapach tego człowieka był atrakcyjny dla psów do tego stopnia, że szkolone do pracy czworonogi wskazywały tylko na jego próbkę.

Inkasent tuż potem przestał zabijać i przeszedł do historii niczym amerykański Zodiak, który zabił pięć osób, ale twierdził, że zamordował 36. Nigdy nie poniósł kary.

Kraków, 2004. Karol Suder przechodzi na emeryturę. Archiwum X, które wymyślił, rozwiązało od 1999 roku trzynaście beznadziejnych spraw. Od zabójstwa Danuty F. mijał już rok jedenasty. Archiwum mimo to nie odpuszczało.

W pewnym momencie do Sudera dzwoni Bogdan Michalec:

– Panie naczelniku, kończę Danutę F. Tak zwaną sprawę Hakowego, bo tam, na podudziu kobiety, były obrażenia od haka.

– Nikt do niej na pewno nie wróci – odparł świeżo upieczony emeryt.

– Daję sobie jeszcze dziesięć dni. A może byśmy tę sprawę nagłośnili mediach?



Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Rozdział drugi

MASKA

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział trzeci

PLANTATOR TRUSKAWEK

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział czwarty

SKÓRA

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział piąty

CZŁOWIEK TYSIĄCA ŚMIERCI

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział szósty

ZAPACH OJCA

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział siódmy

STRATEGIA LWA

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział ósmy

MIĘDZY OCZY

Dostępne w wersji pełnej.

Epilog

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej.

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Opieka redakcyjna

Daniel Lis

Adiustacja

Ewdokia Cydejko

Korekta

Katarzyna Onderka

Copyright © by Iza Michalewicz

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5400-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zbrodnie prawie doskonałe Powstanie Warszawskie Życie to za mało 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI