Dawno zapowiadana nieobecność

Dawno zapowiadana nieobecność

Autorzy: Tomasz Mazur

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 25.17 zł

Wydaje się, że przyszłość dwudziestojednoletniego Tomasza nie kryje niespodzianek. Ma piękną narzeczoną z dobrej rodziny i wygodne życie. Ojciec, przedwojenny fabrykant obuwia, właściciel dochodowej fabryki, szykuje go na swojego następcę. Jednak jego samego dławi niewyjaśniona tęsknota, jego rodzina wydaje się być naznaczona dziwną skazą, a on pragnie zbuntować się przeciw woli ojca.

Pewnego dnia dochodzi do zdarzenia, które diametralnie odmienia jego życie. Przed maskę jego eleganckiego samochodu wbiega zakrwawiona kobieta. Tomasz wysiada z samochodu, próbuje jej pomóc, ale z nią zaczyna się dziać coś niezgodnego ze zdrowym rozsądkiem…

Tajemnicza i alegoryczna opowieść o niełatwych poszukiwaniach własnej tożsamości, kiedy na drodze stają trudne doświadczenia z dzieciństwa i niełatwa historia własnego kraju. I kiedy to, co jest najbardziej nami, okazuje się najbardziej niezrozumiałe. Opowieść tym ciekawsza, że głęboko naznaczona filozoficznym i stoickimi poszukiwaniami autora.

Tomasz Mazur – doktor filozofii, absolwent i wieloletni pracownik Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, stoik, pisarz. W roku 2007 założył Centrum Praktyki Stoickiej, w ramach którego prowadzi warsztaty i spotkania popularyzujące filozofię stoicką. Obecnie pracuje w Liceum Społecznym „Dwójka” w charakterze koordynatora programu matury międzynarodowej oraz, poza szkołą, prowadzi filozoficzne warsztaty, wykłady i seminaria.

Copyright © Tomasz Mazur, 2018

Projekt okładki

Zbigniew Larwa

Ilustracje na okładce

© Christie Goodwin/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Tomasz Olejniczak

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-605-8

Warszawa 2018

Wy­daw­ca

Pró­szyń­ski Media Sp. z o.o.

02­–697 War­sza­wa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej żonie, Ewie

Ale to życie. Radość, smutek, zdrowie, choroba. Wszystko przemija. Istnieje tylko dzieciństwo, wczesne dzieciństwo pełne blasku, które chcielibyśmy przeżyć na nowo, żeby się rozeznać, rozeznać się lepiej. To magia. Naiwność. Kiedy stary świat jest nowy. A życie to wieczysta zgnilizna, nieustanne niszczenie, życie jak ogień odradza się z własnych popiołów, młody tajemniczy feniks, stary sfinks bez tajemnic. Życie. Śmierć. I to już wszystko tak.

Blaise Cendrars, Od portu do portu,

przeł. J. Rogoziński

I

OBECNOŚĆ

1.

Szedłem długim szpitalnym korytarzem. Mijałem kolejne drzwi. Matkę zostawiłem za sobą, zamkniętą w jej pokoju, zatopioną w jej własnym świecie, uśmiechniętą łagodnie, ze wzrokiem nieobecnym i najbardziej odległym, wpatrzoną w rzeczy, których nie pojmowałem. Nie byłem smutny, byłem przyzwyczajony. W ogóle dotychczas niemal wszystko robiłem z przyzwyczajenia, za pomocą starannie wykształconych nawyków.

Dotarłem do głównego holu, zatrzymałem się przy recepcji. Recepcjonista w białym uniformie z żółtymi emblematami podniósł na mnie znużony wzrok. Wziął ciężki pęk kluczy i ruszył ze mną do drzwi wyjściowych. Rzuciłem jakąś grzecznościową uwagę. Odpowiedział coś mętnie, niewyraźnie. Otworzył drzwi ze zgrzytem. Wypuścił mnie na świeże jesienne powietrze. Pożegnałem się z nim uprzejmie, skinął mi głową machinalnie. Niebawem znowu się zobaczymy. Przychodziłem tu mniej więcej raz na tydzień. Kolejny nawyk.

Zapadł już wieczór. Nie było chłodno, ale założyłem swoje eleganckie skórzane rękawiczki. Dotyk skóry na dłoniach uspokajał mnie, nie wiem czemu. Jakby rękawiczki były częścią jakiejś zbroi, razem z surdutem, który teraz odruchowo poprawiłem, kierując się do automobilu zaparkowanego na podjeździe.

Przeszedłem chodnikiem jakieś sto metrów i zatrzymałem się obok mojego pojazdu. Oprócz niego na podjeździe stał jeszcze jeden automobil i dwa wozy zaprzęgnięte w konie. Rozejrzałem się, jakbym czegoś szukał albo na coś czekał. Spojrzałem na budynek sanatorium. Zimna żółtawa bryła. Jej widok przeszywał mnie dreszczem.

Wyjąłem papierosa i zapaliłem. Byłem już spóźniony na przyjęcie, ale nie spieszyło mi się. Nie lubiłem tych przyjęć. Dusiłem się od sztucznych uśmiechów i wymuszonych uprzejmości, wystudiowanych póz, nadziei, aspiracji, cichych rywalizacji, podstępów, pertraktacji. Ojciec chciał wżenić mnie w jakąś bogatą żydowską rodzinę. Pewnie w końcu dopnie swego, jak zwykle. Było mi wszystko jedno. W pewnym sensie już dawno się poddałem. Brakowało mi własnej motywacji. Zazdrościłem ludziom z silną motywacją, wielkimi oczekiwaniami, pasją. Nie mam pojęcia, skąd brali te rzeczy. Ja sam po prostu przyjmowałem bieg wydarzeń. Może nie miałem własnej osobowości, może jej nie potrzebowałem. Pomyślałem teraz, że osobowość może jest tylko dodatkiem do człowieka, niekoniecznym, zbędnym, luksusowym. Uśmiechnąłem się smutno na tę myśl.

Ściemniało się. Jeszcze raz spojrzałem na odpychającą bryłę sanatorium. Jej kanciaste kształty odcinały się ostro na tle purpurowego nieba, po którym przesuwały się z wolna poszarpane i niesymetryczne różowo-szare obłoki. Skąd w człowieku ta potrzeba odcinania się od otaczającej go harmonii natury? Im bardziej rozwinięta cywilizacja, tym bardziej nienaturalne stają się jej wytwory. W naturze dominują różnorodność, złożoność, nieciągłości, w świecie ludzkich wytworów wręcz odwrotnie. Budynki i koleje żelazne mocno wyróżniają się na tle przyrody.

Tymczasem sam człowiek staje się coraz bardziej niezrozumiały, niepojęty dla siebie samego. I pomyślałem, że nie miał racji Sokrates, sądząc, że skoro nie da się zrozumieć świata, lepiej badać sprawy ludzkie. Sprawy ludzkie bardziej są niezrozumiałe niż świat. Możemy przewidzieć zaćmienie słońca, ale nie potrafimy przewidzieć drgnień serca drugiego człowieka. Może stąd ta potrzeba prostoty w projektowaniu budynków. Im bardziej jesteśmy skomplikowani, tym prostsze i banalniejsze stają się zewnętrzne przejawy naszego ludzkiego życia.

Moja własna matka, dziwna i niezrozumiała dla siebie samej, dla mnie, dla lekarzy, tkwiła od lat zamknięta w tej tępej, żółtawej, sraczkowatej bryle. Pomyślałem, że w tym zestawieniu streszcza się kondycja człowieka.

Po drugiej stronie miasta, majacząc w oddali, wznosił się brunatny kanciasty masyw fabryki mojego ojca, niczym pięść wbita w ziemię. Zmrużyłem oczy, próbując wydobyć z gęstniejącego półmroku zarysy budowli. Kiedy byłem małym chłopcem, jawiła mi się jako tajemniczy i magicznym zamek, gdzie zły czarnoksiężnik więzi piękną księżniczkę, której zawsze szukałem, ale nigdy nie znalazłem.

Pomyślałem o moim przyrodnim bracie, ale nie wiem dlaczego. Z jakiegoś powodu przyszedł mi teraz do głowy. Może dlatego że spędziliśmy razem sporo czasu na zabawach w fabryce, podczas gdy ojciec zajmował się swoimi sprawami. Zabierał nas do fabryki, żebyśmy „się pobrudzili”, tak się wyrażał. Dopaliłem papierosa, wsiadłem do automobilu i uruchomiłem go. Tym razem zapalił bez problemu. To dopiero początki motoryzacji, pomyślałem, może kiedyś wymyślą samochody, których uruchomienie nie będzie obciążone tak dużą niepewnością. Trudno mi było zliczyć, ile to już razy mijały mnie powozy konne, kiedy stałem na poboczu, daremnie starając się ruszyć z miejsca. Woźnice obrzucali mnie wtedy wzrokiem wyrażającym satysfakcję i wyższość. Śmiali się z nowości motoryzacyjnych. Nie wierzyli, że to się przyjmie. Ale ja wierzyłem. Pociągała mnie nauka i technika, wierzyłem w postęp. Może miałem to po ojcu.

2.

Jechałem szeroką aleją. Nie było praktycznie żadnego ruchu. Mijałem kolejne eleganckie kamienice. W oddali widniał duży pałac ze strzelistymi kolumnami. Nie pamiętałem jego nazwy. Zapalili już latarnie, które stojąc w długich równych rzędach wzdłuż drogi, rozrzucały dookoła migotliwe ciepłe światło, rysujące na murach cienie i smugi. Silnik pracował kojąco. Moje dłonie w skórzanych rękawiczkach pewnie ujmowały kierownicę.

Na ulicy prawie nie było przechodniów.

Moją uwagę zwróciło jakieś poruszenie. Sto metrów przede mną, z zabudowań po prawej stronie, wybieg­ła jakaś postać, a za nią jeszcze kilka osób. Zwolniłem. Zauważyłem, że ta pierwsza postać miała na sobie skromny strój, który mógł sugerować rolę służącej. Poruszała się nienaturalnie, lekko przygarbiona, dłonią uciskając brzuch. Wbiegła na ulicę i upadła wprost pod koła mego automobilu. Bardzo już zwolniłem, więc zatrzymałem się bez kłopotów.

Tymczasem do kobiety dobiegła grupka podążająca jej śladem. Pochylili się nad nią. Wysiadłem z auta i dołączyłem do nich. Nieznajoma leżała na jezdni, płakała, jęczała cicho, chyba coś mówiła, właściwie coś starała się powiedzieć. Jedną ręką wciąż uciskała brzuch w miejscu, z którego obficie płynęła krew. W ranie tkwił nóż.

– Nie wyjmuj – powiedział ktoś. – Nie wolno wyjmować.

– Ale krwawi – powiedział ktoś inny.

Pochyliłem się nad ranną, starając się jakoś pomóc. Jednak nic nie przychodziło mi do głowy, nie wiedziałem, co mógłbym zrobić. Podtrzymałem jej głowę, zacząłem mówić coś uspokajającego. Wbiła we mnie wzrok pełen bólu. Nie mogłem uwolnić się od jej spojrzenia. Jakieś bezbrzeżne cierpienie wypełniało całą jej twarz. Wciąż starała się coś powiedzieć. Złapała mnie za rękę, szlochała, dyszała ciężko, paroksyzmy bólu przechodziły skurczami przez jej ciało. Wydaje mi się, że mogła mieć jakieś dwadzieścia lat. Trudno jednak było mieć pewność, bo krzywiła się, ściągała brwi, raz wydając się starszą, innym razem młodszą. Było w niej coś starego i młodego jednocześnie. Może człowiek jest zawsze młody, tylko cierpienie go postarza.

Rozejrzałem się, szukając jakiegoś wsparcia albo rady, chcąc się dowiedzieć, czy już wezwano jakieś służby porządkowe, chcąc spytać, co się w takich sytuacjach właściwie robi. Ale dookoła mnie nie było nikogo. Jak to? Wszyscy gdzieś się rozeszli. Zostałem sam z umierającą, która nie przestawała ściskać mnie za rękę, łapczywie chwytając oddech. Umazała mi surdut krwią. Przez chwilę zacząłem się tym zupełnie absurdalnie przejmować, że co to niby sobie pomyślą na przyjęciu, że trzeba by wrócić do domu się przebrać, ale to by dodatkowo zwiększyło moje spóźnienie. Przecież i tak już byłem po czasie. Głupio, że o tym myślałem, ale jakoś nie mogłem przestać. Ratowałem się tymi myślami przed narastającą paniką.

Tymczasem z ranną zaczęło się dziać coś jeszcze, coś dziwnego, niewytłumaczalnego, przerażającego. Zaczęła się zmniejszać, cofać w rozwoju, młodnieć. Ubywało jej gwałtownie. Jeszcze jej twarz wykrzywiał grymas bólu, jeszcze broczyła krwią, ale już jednocześnie wszystko się w niej wygładzało, odświeżało i uspokajało. Nie mogłem tego pojąć. Czy to się naprawdę działo? A może tylko mi się zdawało, może to ja popadałem w obłęd? Czy skończę tak jak matka? Rozejrzałem się nerwowo. Samochód stał na swoim miejscu, reflektory miał zapalone, silnik pracował, bo go nie wyłączyłem. Była już noc. Latarnie wciąż świeciły, lekki wiatr dotknął mojej twarzy. Było raczej ciepło. Wszystko wyglądało całkowicie normalnie. Oprócz leżącej u moich stóp kurczącej się kobiety, która uspokoiwszy się już, jakby zdziwiona tym, co się z nią dzieje, spojrzała na mnie odległym wzrokiem i zwolniła uścisk.

Zdjąłem rękawiczki, dotknąłem jej coraz wątlejszego ramienia. W miejsce początkowego przerażenia naraz poczułem zachwyt, niemal religijne uniesienie. Na ulicy przede mną leżała obecnie dziesięciolatka z dużymi zdziwionymi oczami. Rana na brzuchu przestała broczyć, wszystko było ciche. Dziewczyna dalej się kurczyła, dalej młodniała, jej rysy wygładzały się jeszcze bardziej. Miała już pięć, może cztery lata. Proces nie ustawał. Klęczałem przed nią.

Nie wiem, ile to trwało. Pół godziny? A może pół minuty? W końcu zatrzymało się. Na ulicy u moich stóp leżało teraz kwilące kilkumiesięczne niemowlę. Po ranie na brzuchu nie było śladu. Nóż wysunął się z niej stopniowo. Jedynie widać było jeszcze ślady krwi na za dużej teraz bluzce. Niemowlę tonęło w pokrwawionych ubraniach służącej, którą było kilka chwil wcześniej. Wziąłem je czule na ręce, opatulając tym, co przed chwilą było spódnicą, a teraz pełniło funkcję chusty. Dziecko rozglądało się z zaciekawieniem, dotknęło dłonią mojej twarzy, zagaworzyło.

Trzymając je na ręku, wstałem z kolan i podszedłem do samochodu, żeby wyłączyć silnik oraz reflektory. Następnie rozejrzałem się uważnie dookoła, starając się ustalić, z którego domu wybiegła służąca i gdzie mogli się skryć spieszący za nią ludzie. Nie pamiętałem twarzy żadnej z tych osób, co mocno utrudniało sprawę. Ruszyłem w stronę najbliższego budynku, będącego, zdaje się, skrzydłem pałacu. Zapukałem do drzwi. Czekałem chwilę, zapukałem jeszcze raz. Nic się nie wydarzyło.

Podszedłem do innych drzwi nieopodal. Zapukałem raz i drugi. Otworzył mi lokaj w eleganckim surducie. Spojrzał na mnie surowo, a ja zrozumiałem, że w ogóle nie wiem, co powiedzieć.

– Stąd, zdaje się, wybiegła przed chwilą kobieta – zacząłem niepewnie. – Zostawiła dziecko na ulicy.

Wskazałem znacząco głową na niemowlę, ale to nie zrobiło na lokaju najmniejszego wrażenia.

– Nic mi o tym nie wiadomo – powiedział oschle i zamknął drzwi.

Podszedłem do jeszcze kilku domostw, ale z podobnym skutkiem. Zrobiło się już późno. Ludzie byli nieufni. Zbywali mnie. Któraś z tych osób na pewno coś wiedziała, na pewno coś ukrywała. Nie byłem jednak w stanie ustalić która. Tymczasem niemowlę zaczęło się niecierpliwić, popłakiwało, stękało. Stałem na ulicy, sam, z płaczącym niemowlęciem, z którego posiadania nie mogłem się w żaden sposób wytłumaczyć. Nikt by mi przecież nie uwierzył. Nie mogłem go tu też zostawić.

Wziąłem je ze sobą do samochodu i ostrożnie położyłem na przednim siedzeniu pasażera, odpaliłem silnik i ruszyłem. Zrozumiałem, że moje życie nigdy już nie będzie takie samo.

3.

Ogień płonął w kominku, ktoś przed chwilą dorzucił świeżych drew. Trzaskały cicho. Byliśmy w salonie naszej rodzinnej rezydencji. Babka zajmowała się dziec­kiem. Zdążyła już zorganizować odpowiednie ubranka, służąca właśnie doniosła butelkę mleka i babka zabrała się do karmienia. Siedziała z małą na kanapie nieopodal kominka. Zagadywała ją pieszczotliwie. Nie zadawała mi żadnych pytań, jakby wszystko było dla niej oczywiste, jakby spodziewała się tego.

Ojciec wręcz przeciwnie. Dopytywał się i indagował. Czułem, że muszę mu przedstawić jakieś proste wyjaśnienie, skoro prawda była niewiarygodna. Odruchowo zdecydowałem się na banał: romans z dziewczyną z plebsu, która urodziła mi dziecko, a potem umarła na jakąś dziwną chorobę i zostawiła mi małą. Nic nie wiem o jej rodzinie, chyba była sierotą. Mój rodzic tymczasem wwiercał się we mnie wzrokiem. Właściwie to było bez sensu, że podałem się za jej ojca. Po czasie pomyślałem, że mogłem przecież powiedzieć, że znalazłem niemowlę na podjeździe naszej posesji. To byłoby znacznie prostsze. Ale słowo się rzekło, nie mogłem się wycofać. Byłem na to zbyt dumny. Gdybym teraz zaczął zmieniać wersje, nabraliby podejrzeń, że coś kręcę.

Do salonu wszedł sekretarz ojca z wyrazem gotowości i usłużności w postawie. Ojciec podszedł do niego, zostawiając mnie na moment samego. Słyszałem urywki ich rozmowy.

– Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Proszę zadbać o milczenie wszystkich osób, które mogą się czegoś domyślać – powiedział na koniec mój rodzic.

Sekretarz skinął w milczeniu głową i wyszedł cicho. Bałem się tego człowieka, podejrzewałem, że moja rodzina wykorzystywała go niekiedy do załatwiania spraw trudnych i delikatnych, które wymagały poruszania się na granicy prawa. Mój ojciec był bardzo wpływową osobą, miał kontakty w różnych środowiskach, spotykał się z ministrami. Był surowy, wymagający, zdyscyplinowany, rzadko się śmiał, życie traktował niczym jakieś trudne zadanie do wykonania. Można powiedzieć, że do każdego dnia szykował się jak do misji, skupiony, rzeczowy, chłodny, niemal zawsze dopinał swego. Dorobił się olbrzymiego majątku w przemyśle obuwniczym. Ostatnio otworzył też fabrykę ekskluzywnych pasków.

Znowu zwrócił się do mnie, westchnął ciężko, ale złagodził spojrzenie i jakby się nawet uśmiechnął. Uśmiechnął się?

– Wszystko załatwimy – powiedział z pewnością siebie.

Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Kto załatwi? Jak? Co będzie z małą?

Do salonu wślizgnęła się dyskretnie moja młodsza siostra Izabella. Miała dziesięć lat i wiecznie zalękniony wzrok. Przypominała małego strachliwego szczeniaka, uciekającego z piskiem na odgłos każdego nowego i zaskakującego dźwięku. Wchodząc, od razu zorientowała się, że dzieje się coś niezwykłego. Utkwiła wzrok w naszych zatroskanych twarzach, stanęła niepewnie w wejściu. Ojciec odprawił ją jednym szorstkim gestem. Wyszła pospiesznie. Chyba nie zauważyła dziecka.

– Wszystko załatwimy, wszystko będzie dobrze – powtórzył tymczasem ojciec, zwracając się do mnie konfidencjonalnie i niemal czule, jakbym tym wyskokiem wykupił sobie przepustkę do jakiejś innej ligi czy kasty bardziej doświadczonych mężczyzn, którzy dają upust swoim namiętnościom, ale też robią potem porządek, wszystkiego dopilnowują.

Tak, zrozumiałem teraz, być może pierwszy raz ojciec spojrzał na mnie jak na mężczyznę, bo wreszcie „narozrabiałem”. Za tydzień kończyłem dwadzieścia jeden lat. Najwyższy czas, żebym narozrabiał. Ojciec chciał, żebym po urodzinach rozpoczął terminowanie w fabryce. Może tę aferę z dzieckiem uznał za rodzaj inicjacji albo transakcji. On załatwi sprawę dziecka, a ja, niby w zamian, grzecznie wypełnię misję jego następcy, przejmując obuwnicze imperium, zaopatrując w luksusowe obuwie całą Europę, a może nawet inne kontynenty, kto wie?

Podeszła babka. Objęła nas czułym rozumiejącym spojrzeniem. Kochała bezwarunkowo zarówno ojca, jak i mnie. Zawsze chroniła mnie przed jego przesadną surowością, a jego przed moim nadmiernym krytycyzmem. Była spoiwem.

– Zasnęła – powiedziała szeptem. – To bardzo piękne dziecko.

Ojciec chrząknął ze zniecierpliwieniem. Spojrzałem w stronę kanapy. Drobny nieruchomy kształt spoczywał na niej bezpiecznie opatulony w jakiś becik. Emanowały stamtąd spokój i bezpieczeństwo. Poczułem nieokreś­lone ukłucie bólu. Czułem, że coś połączyło mnie z tą istotą i nie powinienem jej porzucać. W zasadzie poczułem z nią więź silniejszą, niż gdybym był jej ojcem, chociaż oczywiście nie mogłem jeszcze wiedzieć, co znaczy być ojcem. Nie miałem porównania.

– Jak ma na imię? – spytała babka.

Nie wiedziałem. Nie zastanawiałem się nad imieniem. Nie przewidziałem tego pytania. Zacząłem gorączkowo przeglądać zawartość pamięci w poszukiwaniu właściwego imienia.

– Olga – wypaliłem wreszcie.

– Bardzo ładnie – skwitowała babka.

Ojciec prychnął tylko, jakby niezadowolony, że ten problem w ogóle ma swoje imię.

Olga.

Olga spała na naszej kanapie snem niewinnego dziec­ka, którego nie spotkała jeszcze w życiu żadna krzywda.

4.

Trzy lata później stałem przed lustrem, szykując się na duże przyjęcie z okazji osiemdziesiątych urodzin babki. Chorowała ostatnio, była w kiepskim stanie. Być może to były jej ostatnie urodziny. Dlatego ojciec zmobilizował całą rodzinę. To przyjęcie miało być wielkim wydarzeniem. Lokalne gazety rozpisywały się o nim od kilku tygodni.

– Powiesz mu dzisiaj? – spytała Maria, piękna kobieta, moja kochanka, która leżała nago na łóżku za moimi plecami.

W naszej rodzinie kochankami nazywano wszystkie nieżonate partnerki i partnerów, bez względu na łączące nas z nimi relacje emocjonalne. Albo jest się żoną, albo kochanką, wszystkie inne określenia to eufemizmy.

– Nie wiem, czy to dobra okazja, to urodziny babki – odparłem, zmagając się z muszką.

– Ciągle to odwlekasz. Czego się boisz?

– Mojego ojca. Czy nie powinnaś już się zacząć szykować? Spóźnimy się.

– Odkąd to zależy ci na punktualności? Myślałam, że nie lubisz przyjęć.

Mówiła zalotnie i uwodzicielsko, przekomarzała się ze mną. Ale ja nie byłem w nastroju. Denerwowałem się przed przyjęciem, przed rozmową z ojcem. Odpowiadałem jej szorstko i nerwowo. Poza tym chyba jej nie kochałem. Dobrze nam było razem, bo nie mieliśmy żadnych oczekiwań.

Ponieważ nie odpowiedziałem, z ociąganiem zaczęła się gramolić z łóżka. Wciąż odwrócony do niej tyłem, patrzyłem na nią w lustrze. Jej czarne, gęste, długie i skłębione włosy opadały kaskadami na zgrabne blade plecy. Była nieskazitelnie piękna. Dumą mnie napawało, że byłem wybrankiem takiej kobiety. A jednak coś blokowało mnie przed oddaniem jej się całkowicie, jakaś część mnie pozostawała w ukryciu. Im dłużej byliśmy ze sobą, tym bardziej się skrywałem.

Wyjrzałem przez okno. Zamieszki chyba już ustały. Od kilku dni robotnicy z różnych fabryk protestowali gwałtownie przeciw warunkom pracy, narzekali na wyzysk i nieludzkie traktowanie, interweniowała policja, byli ranni, chyba nikt nie zginął. Robotnicy z naszej fabryki też protestowali, ale ojciec to bagatelizował, prychał sarkastycznie, marszczył czoło. Mówił, że ostatecznie wszyscy chcą tego samego, chleba i igrzysk. Teraz robotnicy mają swoje igrzyska, wyjaśniał, ale w końcu wrócą do pracy, nie ci, to inni. Możliwe, że nie rozumiał ducha czasu. Z wiekiem stawał się coraz bardziej arogancki, jak niemal wszyscy ludzie, którzy odnieśli w życiu sukces, uznając to za oznakę swojej mądrości także w sprawach nie mających z ich sukcesem żadnego związku.

– Muszę też o czymś porozmawiać z babką – powiedziałem cicho. – Dawno się z nią nie widziałem.

– Za dużo pracujesz. Ojciec cię wyzyskuje – zawołała z łazienki. – Powinieneś protestować razem z tymi robotnikami.

– O tak, na pewno dobrze by to przyjął. – Zaśmiałem się.

Wyszła z łazienki w pełni przygotowana. Spojrzałem na nią zaskoczony. Nie mam pojęcia, jak ona to robiła. Pięć minut wystarczało jej, żeby wyszykować się na bóstwo. Jęknąłem z zachwytem. Wyglądała imponująco.

– To naprawdę niesprawiedliwe – powiedziałem, a ona się zaśmiała, domyślając się, o co mi chodzi. – Ja muszę godzinę walczyć z moimi włosami, żeby nie sterczały we wszystkie strony, mimo że mam krótkie, podczas gdy tobie wystarczy kilka machnięć szczotką i jest po sprawie.

Śmiała się perliście, głęboko, uwodzicielsko, przez co wyglądała jeszcze piękniej.

– O czym musisz porozmawiać z babką?

– Nic takiego – skłamałem. – Stara rodzinna sprawa. Chodźmy już, miejmy to z głowy.

Podeszła i pocałowała mnie czule w usta.

– Nie martw się, przecież będę przy tobie – powiedziała zalotnie i sarkastycznie jednocześnie.

5.

Wyruszyliśmy więc o czasie. Moje dłonie w skórzanych rękawiczkach znowu spoczywały na kierownicy. Miałem na sobie nowy surdut, szyty na miarę wedle ostatnich paryskich wzorców. Wyglądałem w nim nadzwyczaj szykownie. Ale źle się w nim czułem, czułem się w nim jak w pancerzu, ciążył mi, gdy mijaliśmy kolumnę protestujących robotników otoczonych kordonem policji. Kolejne starcie wisiało w powietrzu. Policjant nakazał nam skręcić w lewo, musieliśmy jechać naokoło. Wychwyciłem pojedyncze wrogie utkwione we mnie spojrzenia. Wychudzone złowrogie twarze. Co się stało z tymi ludźmi? Kiedy byłem małym dzieckiem, w fabryce biegałem między ich nogami z jakimiś prętami pełniącymi funkcję mieczy w moich zabawach. Zagadywali mnie wtedy, uśmiechali się, byli przyjacielscy, wydawali się zadowoleni. Ich twarze chyba nie były wtedy takie wychudzone, lecz raczej krzepkie i surowe, naznaczone wysiłkiem, ciężką pracą, w jakimś sensie zazdrościłem im nawet. Ale teraz? Jeżeli im się nie podobało, czy nie mogli po prostu zmienić pracy? Czego chcieli od mojego ojca?

Skręciliśmy w kierunku wskazanym przez policjanta i znaleźliśmy się teraz na podrzędnej wyboistej drodze. Chyba jeszcze nigdy tędy nie jechałem. Jakaś bryczka tarasowała przejazd i musieliśmy się zatrzymać. Silnik pracował miarowo. Kilka dni temu moje auto miało przegląd. Ojciec sprowadził sobie ostatnio najnowszy model Forda, model A, mi też doradzał ten zakup. Przed nami woźnica szarpał się ze znarowionym koniem. Ktoś zatrąbił, co jedynie pogorszyło sytuację. Woźnica zaczął siarczyście kląć. Bałem się, że otoczą nas protestujący robotnicy. Co, jeśli ich złość wymknie się spod kontroli. Maria siedziała obok mnie raczej spokojna. Opowiadała mi o swojej przyjaciółce, która właśnie wróciła z rodziną z podróży do Afryki. Powiedziała, że też marzy o takiej podróży. Pomyślałem, że to w sumie dobry pomysł. Może powinienem wyrwać się na jakiś czas z tego kraju, nabrać perspektywy. Zdaje się, że czytałem ostatnio w gazecie o jakimś polskim antropologu, który wyjechał na Polinezję czy gdzieś badać zwyczaje dzikich. Zatęskniłem za podobną przygodą, z dala od tych twarzy na ulicy, z dala od ojca, z dala od wielu dręczących mnie pytań.

Maria pochodziła z bardzo dobrego domu. Ojciec życzliwym okiem patrzył na nasz związek. Jej rodzina chyba też. Możliwe, że obie familie dawno już ułożyły się w naszej sprawie. To tylko my nic jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Tknięty jakimś dziwnym impulsem, sprzecznym z tym, co myślałem jeszcze parę chwil wcześniej w mieszkaniu, kiedy szykowałem się do wyjścia, powiedziałem teraz:

– Może pojedziemy tam kiedyś w podróż poślubną?

Nic nie odpowiedziała. Odwróciła się do swojego okna. Nie wiem, czy śmiała się, czy płakała, a może po prostu odpłynęła gdzieś myślami. Ruszyłem. Minąłem bryczkę i po chwili wyjechałem na mniej wyboistą drogę. Może nawet wcale się nie spóźnimy, pomyślałem. Maria wciąż się nie odzywała. Zaczynałem się niepokoić i żałować mojego nagłego wyskoku. Co mi strzeliło do głowy, żeby mówić o podróży poślubnej? Przecież nawet nie byliśmy zaręczeni. Zacisnąłem ze złością dłonie na kierownicy. Skóra rękawiczek zaskrzypiała cicho na skutek naprężeń powierzchniowych.

Wjechaliśmy na podjazd rezydencji ojca, koła zachrzęściły kojąco na żwirze. Maria odwróciła się do mnie. Miała rozmarzone, nieco nieobecne spojrzenie. Spytała:

– Kiedy to będzie?

Odpowiedziałem jej wieloznacznym uśmiechem, a skóra moich rękawiczek znowu zaskrzypiała cicho. Być może oboje przeczuwaliśmy, że nie jesteśmy sobie przeznaczeni, tymczasem jednak graliśmy swoją grę, bo tak trzeba było, tego od nas oczekiwano. Sami też tego oczekiwaliśmy.

6.

Rezydencja wypełniona już była gośćmi, mimo że nie byliśmy spóźnieni. Wszędzie panował tłok, krążyły tace z przekąskami, szampanem, winami, mężczyźni przepychali się do barku z mocniejszymi napojami. Z piętra, z głównego salonu, dochodziła muzyka. To ojciec demonstrował swoje najnowsze nabytki, lampowe radio marki Philips oraz elektryczny gramofon, nie pamiętam marki. Puszczał muzykę na zmianę to z tego, to z innego urządzenia. Ludzie wzdychali zachwyceni. Dawniej ojciec wynajmował kwartet, teraz wolał zaufać technologii. Zawsze wolał maszyny niż ludzi.

Wszedłem na piętro w poszukiwaniu babki. Siedziała za długim stołem razem z resztą bliskiej rodziny. Wspierała się na lasce. Była blada i zmęczona. Obok niej stał lokaj gotów na każde skinienie. Przeszedłem obok ojca, nie zauważył mnie, operując pokrętłami sprzętu. Nie zauważył również Marii. Przywitałem się z babką. Uśmiechnęła się słabo. Popijała rozcieńczone wino, raczyła się też filiżanką herbaty. Ledwo napoczęty łosoś na talerzu przed nią poświadczał jej słabą dyspozycję.

– Wariactwo – powiedziała, wskazując ruchem ręki na wszystkich tych gości wokół. – Uparł się, zawsze był uparty.

Jakieś dziwne zgrzyty dobiegły z gramofonu. Obejrzeliśmy się odruchowo. Za chwilę buchnęła głośna muzyka jazzowa. Ojciec był w swoim żywiole. Kelnerzy się uwijali. Goście tańczyli, śmiali się, jedli i pili.

– Trochę go poniosło tym razem – powiedziałem.

– Mnie się podoba – rzuciła Maria i zaczęła poruszać biodrami w rytm muzyki. – Czasem człowiek musi… no wiecie… poszumieć.

Popatrzyliśmy po sobie z babką.

– Ja nie potrzebuję do tego takich imprez – skwitowała babka. – I tak mi już szumi w głowie. Budzę się rano i od razu jakbym się napiła i grała gdzieś orkiestra. Tyle że nie wiem gdzie. No i nie chcą przestać grać.

Minęło parę chwil. Maria krążyła po piętrach, szumiąc. Ojciec puszczał muzykę, rozmawiał z gośćmi, wpadł i na mnie, zamieniliśmy parę zdawkowych słów. Siedziałem koło babki. Wyglądała, jakby już trochę nie żyła. Może to nasza ostatnia rozmowa, pomyślałem. Podjadłem nieco sałatki greckiej. Też nie miałem apetytu.

– Co z nią? – spytałem w pewnej chwili ze ściśniętym gardłem.

– Z kim? – odpowiedziała pytaniem babka, mimo że dobrze wiedziała, o kogo mi chodzi.

– Co z Olgą? Co u niej? Jak się chowa? Wszystko z nią dobrze?

Babka popatrzyła na mnie uważnie.

– Jest w dobrych rękach. Zajmują się nią porządni ludzie. Dostają pieniądze. Dziecku niczego nie brakuje. Nie martw się, Buziaczku.

Mówiła do mnie „Buziaczku”. Kiedy byłem mały, podobno lubiłem robić taką jedną śmieszną minę, zwłaszcza gdy byłem z czegoś niezadowolony. I babka zaczęła mnie nazywać Buziaczkiem. Może teraz też zrobiłem tę minę. Spojrzałem na nią, wciąż wpatrywała się we mnie z troską. Gdyby tylko wiedziała.

Powiedziałem, że zaraz wrócę. Wstałem. Poszedłem do toalety. W drodze powrotnej poprosiłem w barze o burbona. To był mój ulubiony trunek. Muzyka osaczała mnie, dobiegała zewsząd. Ile tych gramofonów kupił mój ojciec? Co w niego wstąpiło na stare lata? Co chciał zagłuszyć? Nigdy nie przepadałem za muzyką. Zawsze ceniłem sobie ciszę. Muzyka robiła coś z emocjami, odczuwałem to boleśnie. Wchodziła w człowieka i wyciągała z niego różne emocje, czy człowiek tego chciał, czy nie. Nie lubiłem tego. Wolałem, jak moje emocje były głęboko schowane i nikt ich nie wyciągał bez mojej zgody.

Ze szklanką burbona w dłoni natknąłem się na Marię. Bawiła się na całego. Wypiła kilka kieliszków wina, podrygiwała, śmiała się, muzyka wypełniała ją i przepełniała, muzyka zabierała ją ze sobą w jakiś inny wymiar, w który ja nie wierzyłem. Ale patrzyłem na nią w zachwycie.

– Mam na ciebie ochotę – powiedziała uwodzicielsko. – Zróbmy to w toalecie.

Nie zdążyłem odpowiedzieć, podszedł do nas ojciec. Chyba nie usłyszał, co powiedziała przed chwilą Maria. Albo tylko udawał, że nie usłyszał. Może mu to nie przeszkadzało.

– A więc tu gruchacie – powiedział zadowolony. – Bardzo dobrze. Może wreszcie doczekam się jakichś wnuków.

Był dziwnie swobodny. Jemu też muzyka uderzyła do głowy.

– Przecież już… – zacząłem, ale ugryzłem się w język. Chciałem mu przypomnieć o Oldze. Ale to by przecież było głupie. Nie zorientował się jednak, co chciałem powiedzieć. Myślę, że wyparł jej istnienie z pamięci. Była dla niego tylko problemem, który rozwiązał i o którym nie trzeba już było myśleć.

– No nie wiem – podjęła tymczasem Maria. – On przecież chce studiować architekturę, nie będzie czasu na dzieci.

Ojciec spochmurniał. Spojrzał na mnie lodowato. Potem spojrzał na Marię. Zorientowała się, że chlapnęła. Miałem dzisiaj powiedzieć ojcu, że odchodzę z fabryki, że interesuje mnie architektura. Ale nie było okazji. Rozmawiałem z babką.

– Wybij sobie z głowy tę cholerną architekturę – powiedział. – Wybij sobie z głowy te głupoty. Dlaczego uparłeś się, żeby mi komplikować życie? Dorośnij wreszcie! Synowie przejmują interesy ojców. Tak było, tak będzie, tak ma być!

Maria patrzyła na mnie błagalnie. Było jej głupio.

– Przecież jest jeszcze Robert – powiedziałem, przypominając mu o moim przyrodnim bracie, owocu pozamałżeńskiego romansu ojca, dziecku, którego także się wypierał, łożąc jednocześnie na jego edukację, planując karierę, ustawiając go, ale utrzymując z dala od interesów rodziny.

Podniósł rękę, jakby chciał mnie uderzyć w twarz. A przecież nigdy mnie nie bił, toteż raczej zdziwiłem się, niż przeląkłem. Następnie odwrócił się na pięcie i odszedł. Działo się z nim coś dziwnego. Najpierw ta wściekła impreza, teraz to.

– Przepraszam – powiedziała Maria, wtulając się we mnie. – Myślałam, że już z nim rozmawiałeś. Nie wiedziałam, że tak zareaguje. Już rozumiem, dlaczego bałeś się tej rozmowy.

Otrzeźwiała i uspokoiła się naraz. Tymczasem muzyka nie ustępowała, nastając na nas z wściekłością i natarczywością.

– Nic się nie stało – powiedziałem. – Chodź, muszę jeszcze pomówić z babką. Potem będziemy się zbierać.

Ale babki już nie było. Źle się poczuła i poszła do swoich pokoi. Lokaj nie chciał mnie do niej puścić. Pokręciłem się jeszcze trochę z nieodstępującą mnie już Marią. Nigdzie nie było ojca. Chciałem z nim spokojnie porozmawiać, przeprosić, że tak wyszło. Potem rzucona z zewnątrz cegłówka stłukła jedno z okien w salonie. Widocznie jacyś robotnicy, zbulwersowani tutejszym przepychem, podkradli się pod rezydencję i w ten sposób dali wyraz swemu oburzeniu. Pojawiła się policja. Przestraszeni goście zaczęli rozchodzić się do domów. Wyszliśmy z Marią przed rezydencję, zapaliłem papierosa, obserwując powoli pustoszejący podjazd i uwijających się lokai. Maria też obserwowała. W ogóle zrobiło się naraz dziwnie i tajemniczo. Szalejący po mieście robotnicy, osobliwy stan ojca, choroba babki, moje skomplikowane relacje z Marią, odległa relacja z Olgą. Popatrzyłem na chwilę na niebo, było pochmurnie, nie mogłem dojrzeć ani księżyca, ani gwiazd. Dopaliłem papierosa i też wróciliśmy do domu.

Tej nocy kochałem się z Marią długo i namiętnie. Jakiś niepokój, lęk, jakaś groza podkradały się do mnie z różnych stron, a ja mogłem uciszyć to tylko gwałtowną namiętnością, burbonem i jeszcze jednym papierosem. Nie było innego sposobu. Czasem życie to tylko zasadzka.

7.

Wiedziała, że coś ważnego mam jej do powiedzenia. Wiem, że to odgadła. Przez tydzień po imprezie źle się czuła, więc spotkanie nie mogło dojść do skutku. Potem musiałem wyjechać w interesach do Francji – na cały miesiąc. Maria pojechała tam ze mną. Podczas gdy ja zamawiałem odpowiednią skórę na paski, dogadywałem się z dostawcami i podwykonawcami, ona chodziła po sklepach i zwiedzała muzea. Ale byliśmy razem, potrzebowałem jej, z jakiegoś powodu bardzo jej potrzebowałem. Czasami odczuwałem lęk, kiedy znikała na chwilę, kiedy wracała do hotelu później, niż to zapowiedziała. A przecież wydawało mi się, że jej nie kocham.

Do Warszawy wróciliśmy wieczorem. Wysłałem liścik do rezydencji z zapowiedzią wizyty następnego dnia. Prosiłem w nim, żeby uprzedzili babkę, że chcę z nią porozmawiać w cztery oczy, że to ważne. Wszystko sobie przemyślałem, muszę jej powiedzieć prawdę o Oldze.

Ale tej nocy, o czym nie wiedziałem, babka umierała.

– Wezwijcie Buziaczka, chcę z nim rozmawiać – mówiła do ojca i sług.

– Nie trzeba, jutro przyjdzie, poczekaj do jutra – odpowiadał ojciec.

– Wezwijcie go teraz, jutro może już być za późno – dopominała się.

– Wrócił dzisiaj z długiej podróży – mówił ojciec niewzruszony. – Jest zmęczony, niech odpocznie, jutro przyjdzie.

– Ja dzisiaj wyruszam w jeszcze dłuższą podróż, poślijcie po niego teraz – nalegała babka.

– Nie trzeba – odpowiadał jej. – On ci dzisiaj nie jest do niczego potrzebny.

– To on potrzebuje mnie, a nie ja jego.

– Jesteś zmęczona, majaczysz. Zamknij oczy, odpoczywaj.

– Muszę mu coś ważnego powiedzieć.

– Nie musisz, wydaje ci się. Odpoczywaj, jutro przyjdzie twój Buziaczek.

– Coś nad nim wisi, coś zagadkowego, muszę go ostrzec. Trzeba go ostrzec.

– Dobrze, jutro go ostrzeżesz.

– Jutro będzie za późno.

– Nieprawda.

Jeden z lokajów powiedział mi o tej rozmowie parę lat później. Nie byłem przy babce, kiedy umierała. Nie porozmawialiśmy. Najpierw pomyślałem, że trudno, cóż, nic wielkiego się nie stało. Ale potem, z każdym kolejnym rokiem, ten brak pożegnania doskwierał mi coraz bardziej, coraz głębiej we mnie wchodziła ta wyrwa.

Tamtego dnia około południa przyszedłem do rezydencji i powiedziano mi, że babka umarła nad ranem. Pogrzeb odbył się cztery dni później. Maria trzymała mnie za rękę, kiedy stałem nad trumną zamyślony i nieobecny. Nie płakałem. Od lat już nie płakałem, z jakiegoś powodu nie potrafiłem płakać. Maria płakała, mimo że bardzo słabo znała babkę. Może płakała bardziej nade mną niż nad nią. Wiedziała, ile dla mnie babka znaczyła. Wraz z nią w pewnym sensie traciłem też ojca.

Na stypie poinformowałem ojca, że będę studiował architekturę, że odchodzę z fabryki i że to jest nieodwołalne. Nic nie odpowiedział, dopił kawę w surowym i zaciętym milczeniu. Prawie na mnie nie patrzył. Mój przyrodni brat też był na stypie. Mało się odzywał. Podaliśmy sobie dłonie w milczeniu, ja skinąłem jemu, a on mnie. Niech sobie ojciec weźmie teraz tego syna, pomyślałem z goryczą, niech on przejmie fabrykę.

Po stypie pojechałem do fabryki wziąć wszystkie swoje rzeczy. Maria pojechała ze mną. Nigdy wcześniej tu nie była. Przyglądała się wszystkiemu z zaciekawieniem. Dziwiły ją ceglane ściany, ociekające smarem maszyny, zapach garbowanej skóry, umorusani robotnicy, ich puste spojrzenia. Zmieściłem się ze wszystkim do dwóch pudeł. Mogliśmy już iść.

Zapakowałem pudła do samochodu. Wiał silny wiatr, który rozwiewał włosy Marii i dym z kominów. Chyba zanosiło się na deszcz. Zapaliłem papierosa i paląc, patrzyłem na fabrykę, może ostatni raz. Teraz pomyślałem, że było w niej coś przerażającego. Jej wygląd, ściany, kominy, dym, hałas, brudni i smutni ludzie, wszystko to jakoś zasadniczo urągało, choć nie wiem komu ani czemu. Fabryki są absurdalne. Dookoła rosną drzewa, przepływają obłoki, planety krążą po orbitach, a tutaj ludzie, istoty z krwi i kości, istoty wdychające powietrze, dobrowolnie zamykają się w ceglanych murach i cały dzień przesuwają jakieś śmierdzące i brudne maszyny, i to wszystko tylko po to, żeby wyprodukować obuwie dla rzeszy anonimowych osób rozsianych po całym świecie. Dlaczego ci ludzie na to pozwalali? To było przecież bez sensu.

– Jutro pojadę spotkać się z matką – powiedziałem, nie patrząc na Marię. – Powiem jej, że babka zmarła. Chociaż ona i tak tego pewnie nie zrozumie. Czasami wydaje mi się, że rozumie, co do niej mówię, ale chwilę później znowu ją tracę. Jak chcesz, możesz pójść ze mną.

– Nie, wolałabym nie, przepraszam, boję się ludzi… – zawahała się, jak to ująć – ludzi niestabilnych umysłowo, wiesz… to takie smutne.

8.

Miesiąc po pogrzebie odwiedził mnie sekretarz ojca. Właśnie ślęczałem nad papierami, próbowałem ukończyć swój pierwszy projekt domu. Szykowałem się do egzaminów wstępnych na studia. Marii nie było. Zajmowała się swoimi sprawami.

Sekretarz przechadzał się po pokoju z chytrym wyrazem twarzy. Węszył. Zaproponowałem mu herbatę, ale odmówił. Przyniósł mi papiery testamentowe. Ojciec mnie wprawdzie wydziedziczył, ale babka, przewidując taki obrót spraw, ustanowiła dla mnie w testamencie skromne stypendium. Wystarczyło na czynsz w niedrogiej kamienicy i drobne wydatki. Musiałem się więc wyprowadzić do gorszej dzielnicy. Jak Maria to przyjmie? Powiem jej, że to przejściowe.

Sekretarz już miał wyjść, ale odwrócił się i powiedział:

– Nie rozumiem pana. Naprawdę warto było?

Powiedziawszy to, popatrzył na mnie z mieszaniną zadumy i pobłażania, jakby spotkał nowy dziwaczny gatunek psa, krzyżówkę jamnika z chartem. Co miałem mu powiedzieć? Najwyraźniej nie był mnie w stanie zrozumieć.

– Są takie rzeczy… – zacząłem, ale nie wiedziałem, jak skończyć.

Przypatrywał mi się jeszcze przez chwilę, po czym wyszedł. W drzwiach minął się z Marią. Ukłonił się jej z przesadną atencją. Odprowadziła go skonfundowanym wzrokiem. Potem spojrzała na mnie pytająco. Wyjaśniłem jej krótko, w czym rzecz.

– Nie martw się, moja rodzina nam pomoże – powiedziała.

– Wiem, wiem. Dziękuję ci, ale wiesz, wolałbym, na tyle, na ile się da, zdać się na siebie, bez oglądania się na pomoc innych. Razem z tą pomocą zazwyczaj idą różne oczekiwania, niektóre są za ciężkie do udźwignięcia. Wsparcie rodziny jest transakcją, a czasami więzieniem. Wsparcie mojej rodziny zawsze było więzieniem.

– Och, ty mój panie uparty i niezależny – powiedziała i objęła mnie czule.

Powiedziałem jej, że te kłopoty są przejściowe.

– Wiem – odparła. – Wierzę w ciebie.

Potem pokazałem jej moje rysunki. Wyjaśniałem przy okazji, jak bardzo ważne są budynki. To nie jest obojętne, jak i w czym ludzie żyją. Zamieszkanie kształtuje ducha. Prawiłem niczym jakiś filozof, a ona przysłuchiwała mi się z lekkim pobłażaniem, a może nawet ze zniecierpliwieniem. Powoli zamieniałem się w idealistę, podczas gdy ona, prawdopodobnie, pragnęła jedynie wygodnego i światowego życia.

– Co to za koperta? – spytała, wskazując na niepozorną białą kopertę leżącą na krawędzi biurka.

– Nie wiem, sekretarz musiał ją zostawić.

– Jest na niej twoje imię, to do ciebie – zauważyła Maria.

– To pewnie jakieś rodzinne sprawy związane z postępowaniem spadkowym – odparłem, odkładając kopertę na bok.

Maria poszła do łazienki, a mnie coś tknęło, żeby otworzyć kopertę. Był w niej krótki list od babki. Pismo było niewyraźne, niepewne, miejscami nieczytelne. Widocznie pisała to kilka dni przed śmiercią. W liście zwięźle relacjonowała losy Olgi. Załączyła doń adres oraz imiona jej opiekunów. „Ojciec nigdy by ci tego nie zdradził” – dopisała pod spodem. – „Musisz mu wybaczyć, on to robi z miłości. Każdy kocha inaczej”. Zawsze go usprawiedliwiała. Kochała nas obu miłością bezwarunkową, mimo że między nami, zdaje się, nie było miłości, tylko jakieś inne uczucia, jakieś bagienne emocje, podziemne afekty. Emocjonalnie rzecz biorąc, byliśmy grotołazami.

Na odwrocie listu były jeszcze trzy krótkie zdania, jakby dopisane po chwili wahania, już nieco innym, bardziej wyraźnym charakterem pisma, ale na pewno należącym do babki. Długo wpatrywałem się w te zdania. Brzmiały one: „Co naprawdę łączy cię z Olgą? Przecież wiem, że nie jesteś jej ojcem. Mnie nie oszukasz”.

Nie, babki się nie oszuka.

9.

Przez kilka kolejnych tygodni odwlekałem wizytę u Olgi i jej opiekunów. Wynajdywałem rozmaite preteksty, żeby nie iść. Z jednej strony niecierpliwiłem się bardzo, bardzo łaknąłem jej widoku, chciałem sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Czy dobrze się nią opiekowano? Z drugiej strony miałem najrozmaitsze obawy. Co da mi ta wizyta? Dlaczego tak bardzo pragnąłem ją zobaczyć? Co powiem jej opiekunom? Że po co niby przyjechałem? Czy mam się im przedstawić jako jej ojciec?

Budziłem się w nocy i nie mogłem spać, biłem się z myślami. Którejś nocy wstałem, poszedłem do kuchni i zrobiłem sobie herbatę. Siedziałem w ciszy przy stole. Zza uchylonego okna dochodziły przytłumione odgłosy miasta. Kilka na wpół spakowanych kartonów stało na podłodze obok stołu. Szykowaliśmy się do przeprowadzki. Patrzyłem na te pudła, starając się o niczym nie myśleć. Nie udało mi się, myśli napierały na mnie z każdej strony.

Pudła uświadomiły mi, że byliśmy już ze sobą od ponad roku. Być może Maria czekała na oświadczyny. Czekała na to? Nie narzekała na przeprowadzkę do gorszej dzielnicy, z pokorą przyjmowała mój upór, moje wymysły, moją potrzebę niezależności, nie skarżyła się na papiery i wykresy porozrzucane po domu, mój idealizm, moje marzenia o mieście przyszłości, które wypełnię budynkami na miarę człowieczeństwa, budynkami harmonijnie wkomponowanymi w rytm kosmosu, w puls przyrody, w co tam jeszcze.

Na stole przede mną leżała mapa Warszawy i okolic, na której wcześniej oglądaliśmy położenie naszego nowego miejsca zamieszkania. Było stamtąd stosunkowo blisko na moją uczelnię. Maria będzie miała trochę dalej do rodziców, ale na to też nie narzekała. Nasze nowe mieszkanie oznaczyliśmy czarnym krzyżykiem. Dotknąłem go teraz, a potem zacząłem wodzić palcem po sąsiednich ulicach, aż przewędrowałem dalej, do miejsca nieistniejącego na mapie, ale oznaczonego w mojej głowie nieusuwalnym tuszem. Na samej granicy mapy, już poza miastem, po drugiej stronie rzeki. Tam właśnie położone było małe gospodarstwo, w którym wychowywała się Olga. Wpatrywałem się teraz w to miejsce, ponownie przepowiadając sobie w głowie trasę dojazdu.

Zaspana Maria, jak mały piesek, przyczłapała za mną do kuchni. Pospiesznie wróciłem palcem do czarnego krzyżyka. Usiadła koło mnie, oparła głowę na moim barku. Jej gęste włosy spłynęły na moje ramię i plecy.

– Nie możesz spać? – spytała, nie otwierając oczu.

– Jakoś tak, sam nie wiem.

– Martwisz się przeprowadzką?

– Może, trochę, tak.

– Chcesz się pokochać?

– Na wszystko umiesz znaleźć lekarstwo – powiedziałem czule i pocałowałem ją.

Wróciliśmy do sypialni, położyliśmy się do łóżka, zaczęliśmy się całować, zszedłem niżej, zacząłem pieścić jej piersi, całować aksamitny brzuch. Ale jakoś nam nie szło, ona była zaspana, a ja spięty i nieobecny. Poddaliśmy się po pół godzinie.

– Przepraszam – powiedziałem zrezygnowany.

– Nic się nie stało, zdarza się – odparła, przewracając się na drugi bok. – Masz dużo stresu.

Chwilę później zasnęła. A ja dalej myślałem. Postanowiłem, że następnego dnia pojadę do Olgi, pojadę sprawdzić, co u niej. To będzie przecież zwykła wizyta, nic strasznego. Sprawdzę tylko, czy wszystko u niej w porządku. Powiem, że jestem dalekim krewnym, powołam się na babkę, że niby to była jej prośba na łożu śmierci. Uspokojony tym planem, zasnąłem wreszcie, ale sen miałem niespokojny. Śniło mi się, że zgubiłem drogę, że zepsuł mi się samochód, że błąkałem się po bezdrożach, aż w końcu dotarłem do miejsca, w którym rzekomo miała przebywać Olga. Ale tam nikt o niej nie słyszał, podobno nigdy jej tam nie było, wyglądało na to, że wymyśliłem ją sobie od początku do końca.

Kiedy się obudziłem, jeszcze przez długi czas wydawało mi się, że Olga jest tylko snem. Ale list od babki był przecież czymś rzeczywistym.

Maria wtulała się w mój bok.

10.

W czasie podróży nie musiałem patrzeć na mapę. Całą trasę miałem w głowie. Serce biło mi szybko, jakbym popełniał jakieś straszne wykroczenie. Wyjechałem już poza Warszawę. Droga była tu znacznie gorsza, wyboista i piaszczysta. Jechałem ostrożnie, ale wreszcie się zakopałem. Od dawna nie padało. W wielu miejscach droga zamieniła się w piaszczyste łachy. Wysiadłem i podłożyłem wycieraczkę pod koło. Udało mi się ruszyć.

Ale kilkaset metrów dalej znowu się zakopałem. Silnik pracował ciężko. Bałem się, że go zatrę. Wyłączyłem silnik. Resztę drogi postanowiłem odbyć na piechotę. Zostało, zdaje się, niecałe dwa kilometry. Zamknąłem samochód i ruszyłem. Marsz trochę mnie uspokoił, odprężył. Wkrótce dotarłem do niewielkiej wioski. Zacząłem szukać właściwego gospodarstwa. Jakiś rolnik wskazał mi drogę, obrzucając mnie przy tym podejrzliwym spojrzeniem. Spociłem się. Plamy potu pojawiły się na bawełnianej koszuli pod moimi pachami. Źle się ubrałem na tę wyprawę.

Dotarłem do gospodarstwa. Było skromne, ale zadbane. Kury przechadzały się po podwórzu. Gospodyni pieliła rabaty kwiatowe przed domem. Przedstawiłem się grzecznie i wyjawiłem cel swojej wizyty, zgodnie z wczorajszym planem. I wtedy ją zobaczyłem. Olga, w wieku niecałych czterech lat, rozkoszna, z rozwianymi włosami, białymi jak śnieg, okalającymi pucołowatą radosną twarz, bawiła się w dużej blaszanej balii wypełnionej wodą. Podchodziła do balii i odchodziła od niej, zanurzała w niej ramiona, mówiła coś do siebie, beztroska i uśmiechnięta. Słońce odbijało się od powierzchni falującej wody. Jakiś pies podbiegł do balii i merdając ogonem, napił się z niej trochę. Olga odgoniła go ze śmiechem:

– Sio, Marszałek, sio! Uciekaj, nie wolno!

Wzruszył mnie jej widok, coś śmieszno-ckliwego podeszło mi do gardła. Nie usłyszałem, co gospodyni mówiła do mnie, zdaje się, że zaproponowała, żebyśmy weszli do chałupy napić się wody. Musiała to powtórzyć dwa razy. Nie mogłem oderwać wzroku od Olgi, która zatopiona w swoim świecie, w ogóle nie zwracała na mnie uwagi. Weszliśmy do izby. Usiadłem za stołem. Dostałem garnuszek wody z cytryną i miętą. Zacząłem zachłannie wypytywać o Olgę. Z trudem ukrywałem ekscytację.

– Panie, to złote dziecko jest. Zawsze uśmiechnięta. Ale krucha jak słomka. Skórę ma jak bibuła. Ledwo się o co otrze, a siniak ma przez tydzień. Nie daj Boże, żeby się skaleczyła. Krew sika i sika, goić się nie chce.

Przyszedł gospodarz. Otrzepał buty w wejściu. Na ławę przy drzwiach rzucił znoszony słomkowy kapelusz, nalał sobie wody. Przywitałem się z nim. Nie był wylewny, ale dobrze mu z oczu patrzyło. Oboje byli raczej nieufni, przestraszeni, ale prostoduszni i skromni. Widać było, że czują przynależność do tego miejsca. Kontynuowaliśmy rozmowę.

– Kochamy to dziecko – powiedział w pewnej chwili gospodarz – ale w gospodarstwie nie ma dla niej przyszłości. Za krucha jest.

– Chociaż ma rękę do zwierząt. Woli zwierzęta niż ludzi. Psiaki, koty i kury chodzą za nią i jedzą jej z ręki, a ona coś do nich mówi, jakby znała zwierzęce języki.

– Co fakt, to fakt, matko.

Gospodyni wyszła przed dom i zawołała:

– Kasieńko, chodź no tu, jeden pan chciał się z tobą przywitać.

Kasieńko? Zmroziło mnie to imię. Przecież miała na imię Olga, ja ją tak nazwałem. Dziewczynka weszła do izby, zanim zdążyłem wyjaśnić kwestię imienia. Popatrzyła na mnie i bez chwili wahania puściła się w moją stronę, a potem z całej siły przywarła do mojej nogi. Gospodarze obserwowali tę scenę ze zdumieniem. Wywnioskowałem z tego, że to było dla dziecka niezwyczajne zachowanie. Trochę niezgrabnie odwzajemniłem uścisk. Nie wiedziałem, co powiedzieć, jak się zachować.

– Kocham tego pana – powiedziała dziewczynka, zwracając się do gospodyni.

– No patrzcie, państwo – szepnęła kobieta, patrząc na mnie – poznała swego.

Kasieńka czy Olga, wiedziałem, że to ona. Nie mogłem mieć żadnych wątpliwości, zwłaszcza że wwiercało się we mnie teraz to samo bezdenne i zagubione spojrzenie, spojrzenie, które zdawało się rozumieć więcej, niż dziewczynka potrafiła wyartykułować.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

I. OBECNOŚĆ

II. NIEOBECNOŚĆ

III. ODNAJDYWANIE

IV. WIECZNOŚĆ

V. NICOŚĆ

Table of Contents

I. OBECNOŚĆ 1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dawno zapowiadana nieobecność O stawaniu się stoikiem Fiasko 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter