Wśród zatrutych noży. Zapiski z getta i okupowanej Warszawy

Wśród zatrutych noży. Zapiski z getta i okupowanej Warszawy

Autorzy: Agnieszka Haska Tadeusz Obremski

Wydawnictwo: Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.18 zł

Tadeusz Obremski (ur. 1900) przed wojną był współwłaścicielem doskonale znanej ówczesnym warszawiakom firmy obuwniczej H. Obremski i S-wie. Jego notatki z okresu okupacji, pisane podczas ukrywania się po tzw. aryjskiej stronie, to dokument szczególny, przekazany rodzinie po wojnie przez ukrywającego ich Polaka – autor, jego żona i córka zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach w czerwcu 1944 r.

Obremski opisuje doświadczenia swoje oraz całej rodziny w getcie i poza nim okiem przedsiębiorcy, któremu wojna przerwała pasmo sukcesów zawodowych. Starał się przy tym przedstawić jak najpełniejszy obraz tragedii przeżywanej przez naród żydowski, traktując swoje zapiski jako dokument historyczny. Po wyjściu na aryjską stronę Obremscy szybko się przekonali, że nikogo nie obchodzą koleje losu, jakiego Żydzi doświadczali w getcie, antysemityzm pozostał powszechny, a ukrywanie stanowiło tak naprawdę grę władzy, pieniędzy i strachu, w której stawką było życie.

Wśród zatrutych noży to jednak przede wszystkim emocjonalny zapis – można go nazwać dziennikiem narastającej rozpaczy – będący jednym z najpełniejszych obrazów doświadczenia Żydów po aryjskiej stronie. Pokazuje w pełni zarówno codzienność i relacje między ukrywającymi a ukrywanymi, jak i to, do jakiego stopnia przechowywanie Żydów w Warszawie było intratnym przedsięwzięciem finansowym.

Myślę o wolności, czy przetrwamy. Zwłaszcza że ostatnio po aryjskiej stronie są również blokady. Okrążają poszczególne domy, dzielnice, wchodzą do mieszkań, gdzie szukają broni… i Żydów. Dużo Żydów ginie. Wciąż słyszę to od naszego gospodarza. Sądzę, że będzie trochę pamiętników o tragedii żydowskiej. Czy moje wspomnienia dotrą kiedyś do rąk żydowskich? Do Żydów wolnych?!

Fragment zapisków Tadeusza Obremskiego

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright © for this edition

by Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Wydanie pierwsze

Redakcja merytoryczna, wprowadzenie i opracowanie przypisów:

Agnieszka Haska

Redaktor prowadzący:

Jakub Petelewicz

Praca naukowa finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa

Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki”

w latach 2014-2017

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

ul. Nowy Świat 72

00-330 Warszawa

ISBN: 978-83-63444-54-9

Preambuła Biblioteki Świadectw Zagłady

Wbrew oczekiwaniom, wbrew potocznym wyobrażeniom, wbrew regułom prawdopodobieństwa pisanych świadectw z czasów Zagłady ocalało dużo. Ci, którzy nadludzkim wysiłkiem podejmowali próbę pisania o katastrofie podczas trwania katastrofy, najczęściej adresowali swoje zapiski „do przyszłego czytelnika”. Chcieli, aby świat ich usłyszał. Nie możemy pozwolić, aby ich świadectwa pozostały nieme – przysypane kurzem archiwów.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY zrodziła się z przeświadczenia, iż pomimo różnych inicjatyw edytorskich wciąż zbyt mało tekstów, w stosunku do istniejących zasobów archiwalnych, zostało opublikowanych i udostępnionych czytelnikom. Zbyt mało wobec potrzeb badawczych i czytelniczych zainteresowań, a także wobec obecnych niemal w każdym ocalałym zapisie apeli, nakładających na nas wszystkich moralną powinność lektury.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY skupia się na prezentacji dzienników, zapisów pamiętnikarskich, relacji pozostających w kręgu form autobiograficznych i spisywanych hic et nunc, tzn. w gettach bądź w ukryciu poza murami, ale jeszcze w czasie trwania wojny i okupacji. Teksty są publikowane w ich kształcie integralnym, według jednolitych zasad edycji krytycznej. Korzystamy przede wszystkim z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY jest wydawana przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów.

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Preambuła Biblioteki Świadectw Zagłady

Wprowadzenie: „Jak opisać tę rozpacz…” O zapiskach Tadeusza Obremskiego (Agnieszka Haska)

Fotografie

Tadeusz Obremski

WŚRÓD ZATRUTYCH NOŻY

Aneks: Twórczość Jadwigi Obremskiej

Moje dwadzieścia lat

Prawo do życia

Kubuś

Pasjans

Wprowadzenie: „Jak opisać tę rozpacz…” O zapiskach Tadeusza Obremskiego (Agnieszka Haska)

WPROWADZENIE

„JAK OPISAĆ TĘ ROZPACZ...”

O ZAPISKACH TADEUSZA OBREMSKIEGO

Przy przeglądaniu gazet wydawanych w dwudziestoleciu międzywojennym trudno nie natknąć się na reklamy firmy H. Obremski i S-wie. Polecano w nich „obuwie damskie, męskie i dziecięce” różnego rodzaju: „lakierowane, balowe, giemzy kolorowe, sportowe, na gumie indyjskiej, plecionki, śniegowce, płócienne, ludowe itp.”1. Oferowano wyroby „własne i zagraniczne” po przystępnych cenach, gdyż zapewniano o „dogodnych warunkach” sprzedaży. Oferta, rzecz jasna, miała charakter sezonowy – z nadejściem wiosny zachwalano „damskie pantofelki zamszowe w kolorach brązowym i czarnym, ozdobione wężową skórką”2, a gdy tylko na ulicach Warszawy pojawił się pierwszy śnieg, natychmiast zapewniano, że wyłącznie u Obremskiego można znaleźć „największy wybór” śniegowców „krajowych i zagranicznych” oraz kaloszy3. Firma H. Obremski i S-wie należała wówczas do największych w stolicy; w 1938 r. zatrudniała 80 robotników i rocznie produkowała 50 tys. par butów.

Historia założonego przez Henocha Obremskiego w 1887 r. przedsiębiorstwa przypomina rozwój innych warszawskich firm przełomu XIX i XX w. Urodzony w 1864 r. Henoch, syn kupca, zaczynał od skromnego warsztatu, ale szybko dorobił się zmechanizowanej fabryczki mieszczącej się przy ul. Waliców 15. Prawdziwe sukcesy firma zaczęła odnosić w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy otworzyła biura i składy przy ul. Senatorskiej 27, a następnie – w 1925 r. – kolejny sklep przy Nowym Świecie 52. W tekście reklamowym opublikowanym w dodatku „Mody jesienno-zimowe” do „Naszego Przeglądu” z października 1926 r. zachwalano je następująco: „Magazyny te są stale zaopatrzone w wielki wybór różnorodnego obuwia od najskromniejszego do najwykwintniejszego, przyczem firma zwykle idzie z postępem mody i zadaje sobie wiele pracy w wytwarzaniu prawdziwe eleganckiego, lekkiego, modnego, a zarazem trwałego i praktycznego obuwia. Na szczególną uwagę zasługuje iście komfortowe urządzenie centrali (Senatorska 27), które – śmiało rzec można – jest wzorowane na najwytworniejszych magazynach zachodniej Europy”4. W 1928 r. do sklepów dołączył kolejny – przy Solnej 17, firma Obremski i S-wie planowała zaś dalsze rozszerzenie działalności. Na horyzoncie jednak widać było już wielki kryzys, który mocno dotknął cały handel. Firma straciła płynność finansową i by uratować się przed upadłością, w lipcu 1931 r. wystąpiła do sądu o postępowanie ugodowe z wierzycielami. Ten ustanowił kuratora, adwokata Filipa Rosentala, który miał czuwać nad spłatą długów. Co prawda firma była zmuszona zamknąć sklep przy Solnej i ograniczyć produkcję oraz zwolnić część załogi, ale dwa lata później wyszła na prostą. Koniunktura zaczęła znów sprzyjać branży obuwniczej – w 1934 r. otworzono kolejny sklep firmowy, przy Chmielnej 26, a trzy lata później przy Marszałkowskiej 138, tuż obok salonu Baty.

Nawiasem mówiąc, swoistą miarą sukcesu firmy było zainteresowanie złodziei: w marcu 1936 r. pięciu amatorów cudzej własności próbowało zrobić podkop do sklepu przy Nowym Świecie i „zdołało przedostać się do sieni w lewej oficynie, gdzie po otworzeniu podrobionym kluczem kłódki i zdjęciu antaby żelaznej oraz wyłamaniu zamka w drugich drzwiach trzech złodziejów dostało się do zakładu introligatorskiego Jana Szymańskiego, skąd przez wyłom w ścianie zamierzali przedostać się do sąsiadującego z introligatornią składu obuwia”5. Na nieszczęście dla złodziei jeden z nich upuścił ową żelazną antabę (czyli sztabę zabezpieczającą drzwi), a odgłos zaalarmował syna dozorczyni, który wezwał policję. Ta szybko ujęła niedoszłych przestępców. Z kolei w 1938 r. sklep przy Senatorskiej został obrabowany przez „wędkarza”, który rozbił szybę, a następnie zarzucił przez nią sznurek z haczykiem na kijku i ukradł z witryny kilkanaście par butów6. Pod koniec lat trzydziestych witryny w sklepach Obremskich wybijali jednak nie złodzieje, lecz antysemickie bojówki; 1 listopada 1936 r. oenerowcy zniszczyli szyby na Nowym Świecie7, w kwietniu 1938 r. zaś przy Marszałkowskiej8.

Rozkwit firmy Henocha Obremskiego miał związek z włączeniem do interesu synów. Henoch miał sześcioro dzieci: Arnolda (Aharona, ur. 1893), Maurycego (Mojżesza, ur. 1894), Borysa (Alt-Bojma), Tadeusza Dawida (ur. 1900) i Leona (Eleazara) oraz córkę Ruchlę. Wszyscy synowie otrzymali wykształcenie handlowe; ojciec z góry zaplanował ich włączenie do rodzinnego biznesu. W wypadku Maurycego na przeszkodzie stanęła jednak nieszczęśliwa i tragiczna miłość, której historia obiegła w maju 1914 r. warszawskie gazety. Otóż podczas pobytu na letnisku nastoletni Maurycy zakochał się w Stefanii Roliderównie, córce właściciela składu obuwia. Niestety, bez wzajemności. Jak czytamy w „Kurierze Porannym”: „zwykle spokojny Maurycy przez dłuższy czas nie okazywał swych uczuć”, ale w połowie maja „zjawił się w mieszkaniu Roliderów i tutaj oświadczył się Stefanii, która mu jednak od razu stanowczo ręki odmówiła. Od tego czasu zaszła w młodzieńcu zupełna zmiana”9. 26 maja wieczorem Henoch Obremski miał zatelefonować do Roliderów, że „syn jego czatuje na Stefanię”. Okazało się, że dziewczyna jest poza domem – odprowadzała koleżankę. Na ul. Królewskiej spostrzegły Maurycego, który zaczął za nimi iść; skręciły w Mazowiecką. Po chwili rozległy się tam strzały. Jedna kula chybiła, dwie trafiły Stefanię. Czwartą kulę Maurycy przeznaczył dla siebie – popełnił na miejscu samobójstwo. Dziewczyna została ranna; w szoku wsiadła do dorożki, a następnie rodzice przewieźli ją do zakładu chirurgicznego dr. Edwarda Gliksmana przy Chmielnej, gdzie uznano, że potrzebna będzie operacja – jedna z kul utkwiła pod obojczykiem.

Inni synowie Obremskiego nie wykazywali skłonności do dramatycznych porywów serca. Arnold w 1927 r. założył – wraz z Awigdorem Rozenblumem – własną firmę handlową. Niedane mu było jednak zrobić dużej kariery – najpierw przeszkodził mu kryzys, a niedługo potem ciężko zachorował. Zmarł 4 lutego 1933 r., pozostawiając żonę Rosę i dwie córki – Halinę i Janinę. Z kolei Borys, Leon i Tadeusz nie tylko sprawdzali się w roli współpracowników ojca, lecz także piastowali stanowiska w towarzystwach branżowych. Borys był od lat dwudziestych przewodniczącym Zrzeszenia Mechanicznych Fabryk Obuwia przy Związku Przemysłu Konfekcyjnego w Polsce. Tadeusz z kolei pełnił funkcję wiceprezesa Obrotu, Zrzeszenia Kredytowego Kupców, założonego w 1930 r. i mającego siedzibę przy Krakowskim Przedmieściu 7. Najmniej wiadomo o Leonie – oprócz tego, że również udzielał się w firmie ojca. Trzej bracia przejęli interes po śmierci Henocha 25 sierpnia 1938 r. Tadeusz, jak łatwo obliczyć, miał wówczas 38 lat; wraz z żoną Rachelą (Elą) z domu Grynberg (ur. 1902, córką Icchaka i siostrą lekarza Abrahama Grynberga z Piotrkowa Trybunalskiego) oraz córką Jadwigą (Jadzią, Dziunią, ur. 1922) mieszkał przy Ogrodowej 35, róg Żelaznej.

***

Wybuch wojny zastał całą rodzinę Obremskich w Warszawie; wkrótce ich fabryka została objęta zarządem komisarycznym, komisarzem zaś mianowano volksdeutscha Mieczysława Agopsowicza (von Agopsowitscha) z Gdańska. Do momentu zamknięcia getta Obremscy krążyli między fabryką a sklepami; później stało się to niemożliwe. Odmiennie jednak niż inne rodziny, które w warunkach gettowych zmuszone były szukać innych sposobów zarobkowania, Obremscy całkiem nieźle sobie radzili. Ich fabryka znajdowała się w getcie i produkowała tzw. obuwie kontyngentowe – za zgodą utworzonego w 1940 r. Urzędu Transferu (Transferstelle), kontrolującego oficjalny obrót handlowy z gettem, realizowano zamówienia niemieckich i polskich firm. Z zapisków Tadeusza Obremskiego daje się wyczytać, że był obserwatorem głodu, tyfusu oraz gettowej nędzy, brakuje jednak odniesień, że dotykało to również jego rodzinę. Owszem, często odnotowywał upokorzenia ze strony Niemców, kupujących (a raczej rabujących) towar z fabryki i sklepów, ale nie da się ukryć, że Obremscy należeli do bogatszych warstw gettowych. Autor przeprowadził się na Żelazną 103, gdzie wszedł w skład Komitetu Domowego. Z kolei Borys Obremski miał nawet przepustkę pozwalającą na wychodzenie z getta.

Co interesujące, w zachowanych relacjach, wspomnieniach czy dokumentach wzmianki o samych Obremskich i funkcjonowaniu ich firmy w getcie można policzyć na palcach j ednej ręki. Jedna z nich j est dość krytyczna. W styczniu 1942 r. Judenrat przeprowadzał tzw. akcję zwolnienia; za 1500 futer Niemcy mieli darować karę Żydom skazanym na śmierć za przekroczenie granicy getta. Działo się to tuż po tzw. akcji futrzanej; w grudniu 1941 r. Niemcy zażądali od mieszkańców getta oddania futer, płaszczy i okryć futrzanych. Jak wynika z pamiętnika Adama Czerniakowa, zwrócił się on do bogatych mieszkańców getta o pieniądze na ich zakup poza Warszawą. 23 stycznia 1942 r. zapisał: „O 2 p[o] p[południu] przyjąłem szereg Żydów, którzy nie dali nic albo niewiele na akcję zwolnienia. [...] Arogancko zachował się niejaki Obremski, fabrykant obuwia. W dodatku nie dał nic”10. Niestety, nie wiemy, o którego z braci chodzi.

Sytuacja zmieniła się diametralnie z „akcją wysiedleńczą” rozpoczętą 22 lipca 1942 r.; fabryka przy Waliców została wyłączona z getta, rodzina zaś musiała walczyć o życie. Dzięki wykorzystaniu niezliczonych kontaktów Tadeusz i jego żona zdobyli zatrudnienie w szopie Oschmana, Leon zaś w szopie szczotkarzy na Świętojerskiej. Borysowi udało się ukryć, ale jego żona i córka trafiły na Umschlagplatz. Podczas tzw. kotła na Miłej we wrześniu 1942 r. została z kolei zabrana matka. Stało się jasne, że trzeba szukać ratunku poza gettem; 1 listopada udało się wyprowadzić na aryjską stronę córkę Jadwigę.Tadeusz i Ela pozostali jeszcze w getcie, gdzie autor prezentowanych w książce zapisków był zaangażowany w budowę schronu na wypadek kolejnej akcji. Ta zaczęła się 18 stycznia 1943 r. W jej trakcie na aryjską stronę przedostała się żona, a on sam poszedł w jej ślady dziewięć dni później.

O ile getto było koszmarem, o tyle ukrywanie się okazało się jego dalszym ciągiem – z zapisków autora wynika, że nawet straszniejszym. Po stronie aryjskiej, jak pisze, „«wolność» nie była jeszcze tą upragnioną. Tutaj należało się wystrzegać Niemców i, niestety, Polaków”. Początkowo Obremski sądził, że wystarczy stworzyć „pewne obowiązki towarzyskie”, aby przekonać do siebie kolejnych gospodarzy. Szybko jednak okazało się, że nikogo nie obchodzą koleje losu, jakiego doświadczali Żydzi w getcie, antysemityzm pozostał powszechny, a ukrywanie stanowiło tak naprawdę grę władzy, pieniędzy i strachu, w której stawką było życie. Działo się tak bez względu na to, czy ukrywała żona kapitana Wojska Polskiego z Sandomierskiej – gdzie Obremski trafił na samym początku – czy rodzina woźnego z żoliborskiego osiedla Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, gdzie zamieszkał z żoną w drugiej kolejności. W kwietniu 1943 r. na Żoliborzu właśnie Obremscy przeżyli pierwszą wizytę szmalcownika. Wykupili się, ale musieli opuścić mieszkanie. Trafili na kilka dni do przedwojennych znajomych, Jakubowskich, na ul. Wielką, a następnie Obremski przeprowadził się do pokoju na Marszałkowskiej, wynajętego od „pani majorowej”.

W mieszkaniu tym oprócz czteroosobowej rodziny gospodyni było jeszcze jedenastu sublokatorów. Szybko okazało się, że wszyscy są Żydami – majorowa, podobnie jak w poprzednich przypadkach, ukrywanie traktowała jako sposób na zarabianie pieniędzy, inkasując 150 zł za dzień. „W nieszczęściu prędko zawiera się znajomość”, jak stwierdza autor, zwłaszcza że wybuchło powstanie w getcie, które wszyscy sublokatorzy „hotelu żydowskiego” głęboko przeżywali. „Gdyby jednak w tych chwilach jakiś utalentowany malarz widział naszą grupę, wyraz naszych twarzy i oczu, to miałby niezwykły materiał do obrazu pod tytułem «Rozpacz i rezygnacja»”. Niemniej Obremscy szukali nowego lokum – bali się, że mieszkanie przy Marszałkowskiej zostanie odkryte, a poza tym chcieli być razem. Udało się im znaleźć mieszkanie na Pradze przy Tarchomińskiej 7 u rodziny Kupczyków – za 2000 zł miesięcznie. Spotkali tam adwokata Zdzisława Pechnika, Żyda z Łodzi. Pechnik, w getcie sekretarz w Służbie Porządkowej, przeżył wojnę i w 1947 r. zwrócił się do Sądu Specjalnego CKŻP o oczyszczenie z zarzutu uczestnictwa w „akcji wysiedleńczej”. Z zachowanych zeznań wynika, że ukrywał się u Kupczyków razem z rodziną Lautenbergów od stycznia 1943 r., ale na „skutek szantaży Kupczyków” musiał opuścić kryjówkę11. Pechnik uprzedził lojalnie Obremskich, że podejrzewa rodzinę Kupczyków, iż to oni nasłali szantażystów. Autor mu początkowo nie wierzył, ale zapisał, iż „później okazało się, że jego informacje były uczciwe i rzeczowe”. Na pewno po lipcu 1943 r. Obremscy znów zmienili mieszkanie – ich ostatnim adresem była Ciepła 3 m. 212. Ukrywał ich tam Józef Alaszewicz, urzędnik bankowy. W sensie dosłownym Obremscy wrócili w ten sposób do getta – Ciepła, podobnie jak reszta tzw. małego getta, została wyłączona z jego obrębu w czasie „akcji wysiedleńczej”. Dołączyła do nich córka, ukrywająca się na powierzchni z fałszywą kenkartą na nazwisko Jadwiga Michalak. Niestety, nie znamy dokładnych okoliczności przeprowadzki na Ciepłą – zapiski z tego okresu się nie zachowały.

Tadeusz Obremski stopniowo dowiadywał się o losach pozostałych członków rodziny. Borysa i jego rodzinę, również ukrywających się po aryjskiej stronie, wydał mężczyzna, który najpierw załatwił im kryjówkę, a następnie zażądał dużej sumy pieniędzy. „Doszło do wymiany słów”, po czym w nocy przyjechało Gestapo. Z kolei Leon wyszedł z getta w marcu 1943 r., wcześniej próbując przeszmuglować resztę dobytku na aryjską stronę. Tę historię znamy dzięki wspomnieniom Symchy Binema Motyla, który parał się wówczas szmuglem:

„Pewnego dnia zgłosił się do mnie pewien znany w Warszawie przemysłowiec obuwia (firma Obremski) z propozycją przetransportowania mu jego bagażu na aryjską stronę. Kiedy pokazał mi swój bagaż, okazało się, że ma około 20 dużych kufrów, waliz, worków etc., etc. Odmówiłem mu z miejsca podjęcia się tej roboty, oświadczając mu, iż pilniejszą jest sprawa przeprawienia ludzi aniżeli jego bagażu i że nie mogę tego zrobić także z tego powodu, że nie chcę zdemoralizować moich aryjskich partnerów, którzy na widok takich kufrów nie będą mogli oprzeć się pokusie. Ten źle zrozumiał moją odmowę i zaczął mi wygrażać i prosić na przemian. Stanęło na tym, że w odpowiednim momencie, znaczy gdy meta nie będzie obciążona pilniejszym transportem, postaram się załatwić mu częściowo jego bagaż. Po drugiej stronie miała czekać w pobliżu jego aryjka, która miała ten bagaż od razu odebrać. Kilka razy jednak przygotowaliśmy bagaż do podania przez mur, jednak tej aryjki nie było. Wtedy zgodził się, aby przesłać bagaż ten na adres moich aryjczyków, skąd jego znajoma miała następnego dnia go podjąć. Tego samego dnia, a było to w sobotę rano, przekazaliśmy również inne paczki, a między nimi także moje 2 duże paki bielizny, koce, dywany etc., które chciałem dla własnego użytku mieć po aryjskiej stronie. Ponieważ był wyjątkowo dobry moment do roboty, więc wydałem więcej niż zwykle bagażu. Po krótkim czasie otrzymałem telefoniczną wiadomość, że towar już jest na mecie. Odetchnąłem jak zwykle z ulgą, że dobrze wszystko przeszło. Nazajutrz jednak przyszedł tenże Obremski, strasznie oburzony, że nie chciano mu wydać paczek, twierdząc, że policja wszystko zabrała. Natychmiast telefonicznie zapytałem moich aryjczyków, co się stało. Ci tłumaczyli się, że przyszli agenci i zabrali cały bagaż, że zaaresztowano niektórych pracowników i kazali sobie zapłacić jeszcze odszkodowanie. Miałem wrażenie, że «nawalili», mimo że stwierdziłem, iż faktycznie policja była w to wmieszana. Później dopiero zaczęli wydawać jeden drugiego i okazało się, że podstawili agentów, aby skonfiskować towar i podzielić się łupem”. Na stronę aryjską Leon wyszedł również z Motylem: „Pewnego wieczora po robocie przeskoczyłem na aryjską stronę. Okazję tę chciał wykorzystać wspomniany Obremski i wyskoczył niemal równocześnie ze mną, ale w tym momencie natknęliśmy się pechowo na patrol polskiej policji, który właśnie nadszedł. [...] O parę kroków dalej natknęli się również na Obremskiego, który po zeskoczeniu na ziemię, zamiast pójść w stronę Bonifraterskiej, gdzie miał dalej wolną drogę, nie wiadomo dlaczego skierował się w kierunku Nalewek i tam został zatrzymany. Po zabraniu mu pieniędzy puścili go. Po pewnym czasie zetknąłem się z nim po aryjskiej stronie, wtedy zarzucił mi szantaż, twierdząc, że ja go wydałem w ręce policji”13.

Leon Obremski z rodziną ukrywał się krótki czas, po czym w czerwcu 1943 r. razem z najstarszym synem Borysa Aleksandrem udał się do Hotelu Polskiego przy ul. Długiej 29, gdzie zakupił paszporty boliwijskie. Jak wiadomo, dokumenty państw południowoamerykańskich miały gwarantować Żydom bezpieczny wyjazd z Generalnego Gubernatorstwa do specjalnych obozów we Francji, gdzie mieli czekać na wymianę na jeńców niemieckich internowanych przez aliantów. Problem w tym, że o ile dokumenty były prawdziwe – dzięki akcji podjętej przez organizacje żydowskie, za cichym przyzwoleniem i pośrednictwem Poselstwa RP w Bernie, wystawiały je konsulaty honorowe i przedstawicielstwa dyplomatyczne tychże państw w Szwajcarii – o tyle większość właścicieli zginęła w Treblince; ci, którzy zdążyli odebrać dokumenty, zostali w maju 1943 r. internowani w hotelu Royal przy ul. Chmielnej i wywieziono ich do obozu w Vittel we Francji. Resztą papierów zainteresowało się dwóch kolaborantów – Leon (Lejb) Skosowski, znany jako Lolek, oraz Adam Żurawin – którzy widząc w tym szansę na zarobienie pieniędzy oraz ocalenie bliskich, w porozumieniu z Gestapo zaczęli je sprzedawać Żydom zgłaszającym się na Chmielną, a później na Długą. Większość Żydów z Długiej – około 2000 osób – została wywieziona dwoma transportami, z 5 i 13 lipca 1943 r., do Bergen-Belsen. Tam Niemcy po weryfikacji dokumentów zorientowali się, że osoby posługujące się nimi nie są ich prawowitymi właścicielami. 21 października 1943 r. według imiennej listy około 1800 osób zostało wywiezionych do Auschwitz-Birkenau i tam zginęli14. Znajdowali się wśród nich Leon i Aleksander Obremscy z rodzinami15.

Wracając do Tadeusza Obremskiego, wydaje się, że ukrywanie się na Ciepłej było okresem względnego spokoju, przynajmniej ze strony gospodarza, o którym autor pisze raczej pochlebnie. Obremscy zajmowali tam pokój; mieli również przygotowaną kryjówkę na wypadek niespodziewanych „gości”. Zagrożenie mimo wszystko nie znika. 27 lutego 1944 r. Niemcy przeszukiwali dom, ale do tego akurat mieszkania nie weszli. Tydzień później, 6 marca, nastąpiła rewizja – podobno na skutek donosów dozorcy domu – Obremskim jednak udało się schronić w kryjówce. 31 maja cała rodzina przypadkowo podtruła się gazem. 5 czerwca kolejny raz do drzwi zapukali polscy policjanci, ale nie weszli do środka. 5 czerwca to ostatnia data w zapiskach Tadeusza Obremskiego. Jak wynika z przekazu bratanka Eli Obremskiej Henryka Yarkoniego, Tadeusz, Rachela i Jadzia zginęli sześć dni później, 11 czerwca. Okoliczności ich śmierci nie są znane. Według Alaszewicza, którego tuż po wojnie odwiedził brat Eli Mieczysław Grynberg i od którego otrzymał zapiski Tadeusza Obremskiego, mieli oni popełnić samobójstwo za pomocą gazu i zostali pochowani pod polskimi nazwiskami. Nie wiadomo, czy ta wersja jest prawdziwa – może po wypadku z gazem i kolejnych wizytach policji oraz Niemców Obremscy uznali, że nie mają szans? Zarazem jednak zapisy w dzienniku świadczą o tym, że Obremski dość uważnie śledził wydarzenia na arenie wojennej, dowiedział się więc na pewno o lądowaniu aliantów w Normandii 6 czerwca, co byłoby dla niego znakiem rychłego końca wojny. Rodzina jest przekonana, że ktoś Obremskich wydał lub zamordował, niewykluczone, że ich gospodarz.

* * *

Tadeusz Obremski prowadził zapiski od przełomu 1943 i 1944 r. podczas ukrywania się przy ul. Ciepłej 3. Częściowo są to wspomnienia – od wybuchu wojny do wyjścia na aryjską stronę, a częściowo datowany dziennik, pisany na Ciepłej. Notatki powstawały z potrzeby udokumentowania przeżyć – on sam traktował je jako dokument historyczny, nie literacki. Obremski nie pisał dla siebie, od początku zakładał hipotetycznego czytelnika, któremu chciałby „przedstawić jak najdokładniejszy obraz naszej tragedii”. Starał się „być tylko rzeczowym”, choć sprawiało mu to wyraźną trudność. W pewnym momencie przyznał: „Pominąłem tysiące szczegółów. Dlaczego? Trudno mi na to odpowiedzieć. Musiałbym otworzyć swe serce, które krwawi na samo wspomnienie, i szarpać rany jeszcze tak świeże”.

Jego zapiski to nie tylko faktograficzne udokumentowanie przeżyć, tworzone z dość szczególnej perspektywy „businessmana”, jak siebie nazywa. To przede wszystkim emocjonalny zapis doświadczenia, który można nazwać dziennikiem narastającej rozpaczy. Tadeusz Obremski patrzy na wojnę okiem dobrze prosperującego przedsiębiorcy (a przy okazji miłośnika opery, muzyki i literatury), któremu wojna przerwała pasmo sukcesów. Z tego względu na początku jest to opowieść o upokorzeniu i próbie ocalenia rodzinnego interesu. Szybko jednak zamienia się w historię o ocaleniu nie tyle dóbr materialnych, ile życia własnego i rodziny.

Notatki Obremskiego wyróżniają się spośród innych nie opowieścią o getcie, ale tym, że stanowią jeden z najpełniejszych obrazów doświadczenia ukrywających się Żydów. Ta część zapisków jest wstrząsająca, pokazują bowiem w pełni i bez ogródek zarówno relacje między ukrywającymi a ukrywanymi, jak również to, do jakiego stopnia ukrywanie Żydów w Warszawie było intratnym biznesem. Codzienne zagrożenie nie tylko ze strony Niemców, lecz przede wszystkim gospodarzy kolejnych kryjówek sprawia, że Obremski bardziej niż w getcie ma poczucie osaczenia. W swoich zapiskach najczęściej porównuje siebie do zwierzęcia w klatce; innym razem pisze, że czuje się „w roli sportowca, który za wszelką cenę chce dotrzeć do mety”. Polacy, z którymi ma do czynienia, nie są skorzy do pomocy i żądają za nią sporo pieniędzy albo są owładnięci strachem. Obremski ocenia ich surowo; społeczeństwo polskie jest wrogie i bierne, nie jest zainteresowane żydowską tragedią, a „ci nieliczni, którzy jeszcze o nas mówią, to te hieny w ludzkim ciele, które czekają na swe ofiary, aby im zabrać ostatni dobytek”. Dzieli Polaków na pięć kategorii: obojętnych; współczujących, ale biernych; szczęśliwych z powodu żydowskiej tragedii oraz odważnych, którzy za pieniądze gotowi są pomóc. „Piątej grupy, ludzi z sercem, współczującym nam, którzy bezinteresownie gotowi byli udzielić nam schronienia, niestety nie spotkałem. I to mnie najbardziej boli”. W innym miejscu stwierdza: „Ci wszyscy Żydzi, ta bezimienna armia nieszczęśliwców, która cudem uratowała się z ghetta, ginęła po stronie polskiej przeważnie przez Polaków”. Trudno się z nim nie zgodzić. Gdy pisze o Polakach, w jego słowach – jak w wypadku majorowej z Marszałkowskiej, którą nazywa „żmiją” – czuć gniew.

Jednocześnie ten zapis ukrywania się jest pełen szczegółów dotyczących codzienności. Od skrępowania współżyciem z innymi pod jednym dachem – co dla Obremskiego samo w sobie musiało być wyzwaniem – przez codzienne obserwacje, aż do jadłospisu czy notatek z lektur. Ukrywanie się, zauważa Obremski, to nie tylko strach, ale przede wszystkim tortura nudy. W marcu 1944 r. pisze: „Siedzimy w jednym miejscu przez 4-5 godzin. Książki, dawno już przeczytane, przeglądamy na nowo. Bezszelestnie przewracamy stronice”. W zapisie widać też, jak sam autor się przyzwyczaja do tej codzienności ukrywania się. Z początku – w pierwszych dwóch kryjówkach – problemem jest dla niego ograniczenie w korzystaniu z „pokoju kąpielowego”, czyli łazienki, albo w ogóle jej brak. Na Ciepłej z kolei zwierza się: „moim marzeniem jest nosić czystą koszulę i czyste kalesony. Od tygodnia nie zmieniam bielizny”.

Dominującym uczuciem jest jednak rozpacz, pojawiająca się co i rusz i będąca heroldem depresji. Dużo miejsca w zapiskach Obremskiego zajmują rozważania o beznadziejności i niepewności dalszego losu. Życie „wśród zatrutych noży” ma wysoką cenę; autor rozmyśla o samobójstwie. 4 czerwca 1944 r. pisze: „Nie mam już sił. Chciałbym ze sobą skończyć. Nie widzę żadnych perspektyw na bliższą ani na dalszą przyszłość. Świat się pali”. Jednocześnie podkreśla, że powstrzymuje go bycie razem z rodziną, „to wspólne nasze zamieszkanie prowadzi do tego, że jeden ciągnie drugiego do życia”. Przepełnia go żal i tęsknota za resztą rodziny, za firmą, za wolnością, ale przede wszystkim marzy o wykrzyczeniu swojej krzywdy i rozpaczy. Dziennik i wspomnienia na pewno są formą tego krzyku. Dzięki książce możemy ten krzyk usłyszeć.

***

Podstawą wydania niniejszych zapisków jest tekst przechowywany w archiwum Yad Vashem w zbiorze pamiętników O.33 pod sygnaturą 6509. Został on przekazany przez rodzinę Grynbergów. Tadeusz Obremski pisał ręcznie, niebieskim atramentem, w zeszytach i skoroszytach; w sumie jest to 720 stron różnego formatu. O ile część poświęcona pobytowi w getcie ma charakter tekstu zwartego, o tyle zapiski robione na bieżąco po stronie aryjskiej są raczej luźnymi notatkami. Niestety, zachowała się tylko część okładek zeszytów, a poszyty zostały rozdzielone na pojedyncze karty, paginacja zaś oraz ich ułożenie przez archiwistów Yad Vashem wydają się częściowo przypadkowe. Na potrzeby tego wydania całość tekstu ułożono więc na nowo. Ingerencje redaktorskie polegały ponadto na uwspółcześnieniu interpunkcji i ortografii oraz ujednoliceniu pisowni. Zachowano pisownię wyrazów charakterystyczną dla języka epoki; uzupełnienia redaktorskie w tekście ujęto w nawias kwadratowy. Nie wszystkie wyrazy – szczególnie dotyczy to nazwisk – udało się odczytać; miejsca te oznaczono [...]. Wątpliwości zaznaczono znakiem zapytania. Tytuł książki pochodzi od wydawcy. Jako aneks dodano wiersze i opowiadania Jadwigi Obremskiej pisane w czasie wojny.

Większość zapisków zachowała się w dobrym stanie, ale 30 kart uległo częściowemu zniszczeniu; odczytać z nich można pojedyncze słowa czy – w najlepszym wypadku – urywki zdań. Jak się wydaje, dotyczą one przedwojennych kontaktów handlowych oraz przemyśleń płynących z lektury książki Beverleya Nicholsa Dzwon na trwogę16.

Z powodu dużej fragmentaryczności tekstu na tych zniszczonych kartach podjęto decyzję, by ich nie włączać do niniejszego wydania.

***

Książka nie mogłaby się ukazać bez wsparcia i pomocy wielu osób. Chciałabym szczególnie podziękować Henrykowi Yarkoniemu, bez którego zapiski Tadeusza Obremskiego nie ujrzałyby światła dziennego, oraz Barbarze Engelking za wszystkie uwagi i konsultacje, Marcie Janczewskiej, Aleksandrze Bańkowskiej, Agnieszce Reszce i ekipie z archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, Alinie Skibińskiej, Ewie Koźmińskiej-Frejlak, Marcie Szymaniak-Wiśniewskiej, Jakubowi Petelewiczowi oraz innym przyjaciołom z Centrum Badań nad Zagładą Żydów.

Agnieszka Haska

* * *

1 „Głos Literacki”, 1-30 stycznia 1930, nr 1, s. 4.

2 „Nasz Przegląd”, 29 maja 1930, nr 149, s. 3.

3 „ABC”, 18 listopada 1927, nr 319, s. 1.

4 Fabryka obuwia H. Obremski i S-wie, „Nasz Przegląd, dodatek „Mody jesienno-zimowe”, 10 października 1926, nr 278, s. 19.

5 Nieudała wyprawa podkopywaczy, „Robotnik”, 24 marca 1936, nr 95, s. 6.

6 „Król wędkarzy” aresztowany, „Dzień Dobry! Kurier Poranny”, 3 kwietnia 1938, nr 98, s. 12.

7 Gryzący miłośnik szyb żydowskich i jego kamraty w rękach policji, „Chwila”, 2 listopada 1936 (wydanie wieczorne), nr 670, s. 3.

8 Wybicie szyb, „Nasz Przegląd”, 16 kwietnia 1938, nr 107, s. 14.

9 Echa krwawego dramatu, „Kurier Poranny”, 28 maja 1914, nr 146, s. 8.

10 Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego 6 IX 1939 – 23 VII 1942, oprac. Marian Fuks, Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1983, s. 243. W dzienniku nazwisko zapisane jako Obrembski

11 Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego (dalej AŻIH), Sąd Specjalny, 91, k. 6-10.

12 Budynek, wzniesiony po 1881 r., stoi do dziś, nieco schowany przez wieżowce wyrosłe wokół ronda ONZ. Od lat jest w ruinie i planowano go rozebrać, co spotkało się ze sprzeciwem różnych instytucji, organizacji i społeczników. Razem z sąsiadującą zabudową posesji ul. Twarda 28 stanowi on relikt historycznej zabudowy miejskiej, która już zupełnie zniknęła z tej części Warszawy; ponadto koronnym argumentem na rzecz zachowania budynku było to, że w 1893 r. urodził się tam ks. Ignacy Skorupka. W marcu 2016 r. Ciepłą 3 wpisano do rejestru zabytków.

13 Symcha Binem Motyl, Do moich ewentualnych czytelników. Wspomnienia z czasu wojny, oprac. Agnieszka Haska, Warszawa: Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów i Żydowski Instytut Historyczny, 2011, s. 156-157.

14 Zob. Agnieszka Haska, „Jestem Żydem, chcę wejść”. Hotel Polski w Warszawie, 1943, Warszawa: Wydawnictwo IFiS PAN, 2006.

15 Potwierdzeniem jest również obecność Obremskiego na liście Soni Wajselfisz, zawierającej nazwiska osób przebywających w Bergen-Belsen i wywiezionych do Auschwitz („Zagłada Żydów. Studia i Materiały” 2016, nr 12, s. 315).

16 Beverley Nichols, Dzwon na trwogę, tłum. Wacława Komarnicka, Warszawa: Wydawnictwo „Rój”, 1934. Autor, znany dziennikarz, pisarz i dramatopisarz (choć dziś pamiętany przede wszystkim dzięki bestsellerowym książkom o ogrodnictwie), zadaje w Dzwonie na trwogę pytanie o istotę i przyczyny pierwszej wojny światowej, wskazując, że jej doświadczenie może się powtórzyć, jeśli świat nie wzmocni wdrażania w życie idei pacyfistycznych.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Hańba! Opowieści o polskiej zdradzie Wśród zatrutych noży. Zapiski z getta i okupowanej Warszawy Bezlitosne. Najokrutniejsze kobiety dwudziestolecia międzywojennego Jestem Żydem, chcę wejść. Hotel Polski w Warszawie, 1943 Śniąc o potędze 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie