Tyleśmy już przeszli ... Dziennik pisany w bunkrze (Żółkiew 1942-1944)

Tyleśmy już przeszli ... Dziennik pisany w bunkrze (Żółkiew 1942-1944)

Autorzy: Clara Kramer dr Anna Wylegała

Wydawnictwo: Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.00 zł

Clara Kramer urodziła się w 1927 r. w Żółkwi jako Klara Schwarz. Była pierwszym dzieckiem Salki z domu Reitzfeld (1904–1959) i Meira (Majera) Schwarza (1886– 1959); w 1928 r. na świat przyszła jej młodsza siostra, Mania. Rodzina mieszkała w mieście od zawsze. Dziadek ze strony matki Szymon Reitzfeld (zm. 1941) był wraz z mieszkającymi w sąsiedztwie rodzinami Patrontaschów i Mehlmanów właścicielem tłoczni oleju, zwanej potocznie olejarnią, którą zarządzał Meir Schwarz. Historii życia autorki dziennika nie sposób opisać inaczej, jak na tle historii jej miasta rodzinnego i jego społeczności żydowskiej. Żółkiew leżała przed wojną w województwie lwowskim Drugiej Rzeczypospolitej i była dość typowym galicyjskim miasteczkiem, zamieszkanym przez Żydów, Polaków i Ukraińców .

Z 4,5 tys. żółkiewskich Żydów wojnę przetrwały pod okupacją niemiecką 74 osoby. Z tej liczby po wojnie pozostały w Żółkwi dwie. Zygmunt Lajner, ostatni żółkiewski Ocalały, zmarł w 1999 r. Po Żydach w Żółkwi zostały: bryła zrujnowanej synagogi (w czasach sowieckich mieścił się tam między innymi skład soli), nieliczne mezuzy na domach w centrum miasta, resztki cmentarza zamienione w latach siedemdziesiątych na bazar i zdewastowany pomnik pamięci ofiar akcji likwidacyjnej w 1943 r., wzniesiony w latach dziewięćdziesiątych w miejscu masowych grobów. Dom Mehlmanów i schron, w którym wojnę przetrwała Klara Schwarz i jej towarzysze, istnieją do dziś.

 

Co raz więcej mam nadziei, że Pan Bóg nam dopomoże. Ale wieść, którą p. Beck przyniósł dziś z miasta, zaciemniła nam komunikat. Znaleźli gdzieś 3 Żydów i zastrzelili ich. Ach, jaka to tragedia ginąć teraz, kiedy sytuacja polityczna jest taka dobra i wyzwolenie bliskie. [11 września]

Doprawdy, człowiek siedzi na tej dziurze między robactwem i myszami i czeka na tę dobrą wiadomość, i tylko chce żyć. I pomyśleć, co myśmy tu swoje wycierpieli, aleśmy przeszli dla tego życia, i to jeszcze nie wiemy, czy nie męczymy się na darmo. [15 września]

Temu, który to będzie kiedyś czytał, włosy staną na głowie. Że coś takiego może się dziać w 20. wieku i gdzie, w tych „kulturalnych Niemczech”. W biały dzień mordują tyle tysięcy ludzi i między tymi mordercami nie znajdzie się ani jeden, który się ulituje nad tymi niewinnymi istotami. Ale jak niewinni?! Winni!!! Powinni byli podnieść protest! Porwać siekiery! Oblać każdego gestapowca benzyną i podpalić, żeby w każdej akcji zginęła większa część gestapowców! Przecież świat będzie pogardzał narodem, który tak biernie dał wyniszczyć się. [16 wrzesnia]

Fragmenty zapisków Clary Kramer

Clara Kramer

TYLEŚMY JUŻ PRZESZLI

Dziennik pisany w bunkrze

(Żółkiew 1942–1944)

Redakcja naukowa i wprowadzenie

Anna Wylegała

Warszawa 2017

Copyright © for this edition

by Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Wydanie pierwsze

Dziennik Clary Kramer opublikowany za zgodą United States Holocaust Memorial Museum, Washington, DC

Clara Kramer diary reprinted with the permission of the United States Holocaust Memorial Museum, Washington, DC

Redakcja merytoryczna, wprowadzenie i opracowanie przypisów:

Anna Wylegała

Redaktor prowadzący:

Jakub Petelewicz

Praca naukowa finansowana w ramach programu Ministra Nauki i „Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach 2014–2017

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

ul. Nowy Świat 72

00-330 Warszawa

ISBN: 978-83-63444-51-8

Skład wersji elektronicznej:

Aleksandra Baszun

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Wprowadzenie. Klara z Żółkwi. Żółkiew Klary. O niecodziennych zapiskach z codzienności Zagłady (Anna Wylegała)

Dziennik Klary Schwarz

Część 1

Część 2

Część 3

Aneks: Fotografie

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Wbrew oczekiwaniom, wbrew potocznym wyobrażeniom, wbrew regułom prawdopodobieństwa pisanych świadectw z czasów Zagłady ocalało dużo. Ci, którzy nadludzkim wysiłkiem podejmowali próbę pisania o katastrofie podczas trwania katastrofy, najczęściej adresowali swoje zapiski „do przyszłego czytelnika”. Chcieli, aby świat ich usłyszał. Nie możemy pozwolić, aby ich świadectwa pozostały nieme — przysypane kurzem archiwów.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY zrodziła się z przeświadczenia, iż pomimo różnych inicjatyw edytorskich wciąż zbyt mało tekstów, w stosunku do istniejących zasobów archiwalnych, zostało opublikowanych i udostępnionych czytelnikom. Zbyt mało wobec potrzeb badawczych i czytelniczych zainteresowań, a także wobec obecnych niemal w każdym ocalałym zapisie apeli, nakładających na nas wszystkich moralną powinność lektury.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY skupia się na prezentacji dzienników, zapisów pamiętnikarskich, relacji pozostających w kręgu form autobiograficznych i spisywanych hic et nunc, tzn. w gettach bądź w ukryciu poza murami, ale jeszcze w czasie trwania wojny i okupacji. Teksty są publikowane w ich kształcie integralnym, według jednolitych zasad edycji krytycznej. Korzystamy przede wszystkim z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY jest wydawana przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów.

WPROWADZENIE

KLARA Z ŻÓŁKWI. ŻÓŁKIEW KLARY.

O NIECODZIENNYCH ZAPISKACH

Z CODZIENNOŚCI ZAGŁADY

Clara Kramer urodziła się w 1927 r. w Żółkwi jako Klara Schwarz1. Była pierwszym dzieckiem Salki z domu Reitzfeld (1904–1959) i Meira (Majera) Schwarza (1886–1959); w 1928 r. na świat przyszła jej młodsza siostra, Mania. Rodzina mieszkała w mieście od zawsze. Dziadek ze strony matki Szymon Reitzfeld (zm. 1941) był wraz z mieszkającymi w sąsiedztwie rodzinami Patrontaschów i Mehlmanów właścicielem tłoczni oleju, zwanej potocznie olejarnią, którą zarządzał Meir Schwarz. W Żółkwi mieszkała również część licznego rodzeństwa Salki Reitzfeld: jej młodsze siostry Gizela (1906–1943) i Ućka (1914–1943) oraz brat Josek (1911–1943).

Historii życia autorki dziennika nie sposób opisać inaczej, jak na tle historii jej miasta rodzinnego i jego społeczności żydowskiej. Żółkiew leżała przed wojną w województwie lwowskim Drugiej Rzeczypospolitej i była dość typowym galicyjskim miasteczkiem, zamieszkanym przez Żydów, Polaków i Ukraińców (odpowiednio 40, 35 i 25 procent). To, jak opiszemy dziś stosunki panujące między poszczególnymi grupami narodowymi, zależy od tego, kogo zechcemy posłuchać. Wspominając w rozmowie ze mną czasy przedwojenne, Klara Schwarz stwierdziła, że do 1939 r. w Żółkwi nie było większych różnic między Polakami i Ukraińcami; co prawda jedni obchodzili święta trochę później, inni trochę wcześniej, jedni chodzili do cerkwi, inni do kościoła, ale na tym odmienności się kończyły. Dopiero wojna przyniosła podziały. Ona sama miała zarówno koleżanki Polki, jak i Żydówki.

Podobnie brzmią opowieści Polaków z Żółkwi. Zofia Porochniawiec wspomina: „Nikt tu się nie kłócił, nigdy nic nie było, my drzwi nie zakrywali, nie było, że ktoś przyjdzie, czy ukradnie, czy zabije. Nie było różnicy! Te szli na swoją religię, a my na swoją, i nigdy nie było… Dzieci razem się uczyły, bawiły… Nijakich nie było, żadnych nienawiści albo czego, to nie było tego!”2. Maria Sało ma podobne wspomnienia: „Bardzo dobrze było. Tak, jak my żyli, to z tej strony był Polak, a z tej Ukrainiec był. A tam potem znów byli Polaki, i znów Ukrainiec. To tata wołał tych i tamte wołał do siebie na kolację [wigilijną], i na Wielkanoc, tak, że gościowali się tu u nas, a później jak te święta — to u nich. Godzili się!”3. Pamięć Ukraińców jest zupełnie inna, na pierwszy plan wybija się w niej poczucie krzywdy i dyskryminacji doświadczanej ze strony grupy politycznie dominującej, czyli Polaków. Jewa Horbacz, urodzona w 1927 r. w podżółkiewskiej wsi, tak opowiada o tamtych czasach: „Polacy nas nie lubili. Teraz to Polacy ucichli. A tu przed wojną to oni byli zajadli: «Jestem Polak, a ty wieprz». Nie byli fajni, nie. Ja się jakoś nie dziwię Polakom. «Jestem Polak», tak? Ja to rozumiem, naród. Ale co my byliśmy winni, że byliśmy Ukraińcami?”4. Dobre wyobrażenie o tym, jak było w rzeczywistości, daje rzut oka na spisywane po wojnie polskie, żydowskie i ukraińskie wspomnienia — wszystkie one skupiają się niemal wyłącznie na własnej grupie etnicznej, pozostałe zauważając tylko wówczas, gdy wchodziły w jakieś interakcje z ich grupą5. Wbrew pozorom interakcji tych nie było aż tak dużo.

Jak w większości kresowych miasteczek, główne grupy narodowościowe w Żółkwi żyły do wojny we względnej harmonii, ale raczej obok siebie niż ze sobą. Żydzi, Polacy i Ukraińcy tworzyli własne, odrębne środowiska towarzyskie i zawodowe6. Osobne były stowarzyszenia kulturalne, kluby zawodowe, a nawet drużyny piłkarskie — polski Lubicz, żydowska Noria i ukraińska Striła. Dzieci oraz młodzież łączyła, i nie tylko w teorii, nauka w polskiej szkole powszechnej, co potwierdzają liczne wspomnienia wzajemnych kontaktów wśród osób mających w okresie międzywojennym kilka, kilkanaście lat. Do takiej właśnie szkoły chodziły w Żółkwi Klara Schwarz i jej siostra. Już jednak na kolejnym etapie edukacji zaczynała się segregacja. Irena Bloch, urodzona w 1913 r. w Żółkwi jako Rachela Hecht (Zimmond), zapamiętała, że w prowadzonym przez siostry felicjanki seminarium nauczycielskim ławki dzieliły się na te dla Polek, Ukrainek i Żydówek. To samo dotyczyło wieszaków na ubrania w szatni czy wiader z wodą do mycia rąk7. O ile dziecięce przyjaźnie w poprzek podziałów etnicznych były możliwe, o tyle małżeństwa mieszane zdarzały się już tylko między chrześcijanami. Klara Schwarz wspomina, że gdy jeszcze przed wojną młoda żydowska dziewczyna zakochała się w Polaku i wyszła za niego za mąż, w mieście wybuchł skandal.

Zróżnicowana była również sama społeczność żydowska. Autor studium o Żółkwi Gerszon Taffet szacuje, że w latach trzydziestych liczyła ona około 4,5 tys. osób8; w 1941 r. liczba Żydów w Żółkwi mogła nawet przekroczyć 5 tys. w związku z napływem uchodźców z Niemiec i Austrii (jeszcze przed 1939 r.) oraz z Generalnego Gubernatorstwa. Większość Żydów żółkiewskich trudniła się tradycyjnie rzemiosłem (Żółkiew słynęła z kuśnierstwa — ponoć futer uszytych przez żółkiewskich kuśnierzy ze skrawków nie można było odróżnić od tych szytych z całych skór) i mieszkała w centrum miasta, w rynku i na przyległych doń uliczkach. Ponadto w Żółkwi pracowało też przynajmniej dziesięciu żydowskich adwokatów, trzech lekarzy, dziesięciu nauczycieli, pochodzenia żydowskiego był również jedyny żółkiewski farmaceuta. Rodzina Klary Schwarz mieszkała przy ul. Lwowskiej, poza ścisłym centrum, w bezpośrednim sąsiedztwie tłoczni oleju; Klara Schwarz wspomina, że z Lwowskiej chodziło się „do miasta”. W Żółkwi kwitło życie społeczne i kulturalne. Działała szkoła Tarbutu9 z językiem hebrajskim i przedmiotami judaistycznymi, do której popołudniami uczęszczała autorka dziennika, dom sierot im. radcy Ignacego Fisza, przy nim szkoła zawodowa dla dziewcząt żydowskich. Od 1939 r. funkcjonowała radziecka szkoła ośmioklasowa z jidysz jako wykładowym (uczyło się w niej około 600 dzieci, dodatkowo ponad 100 dzieci żydowskich — w tym Klara Schwarz — chodziło do szkół polskiej i ukraińskiej).

Rodzina Klary Schwarz była na tle społeczności żółkiewskich Żydów mocno zasymilowana. W domu mówiło się wyłącznie po polsku, choć gdy rodzice nie chcieli, by dzieci rozumiały, o czym rozmawiają, posługiwali się jidysz. Klara Schwarz wspomina, że jako dziecko nie znała jidysz — gdy zdarzyło jej się wyjechać do rodziny na wieś, kuzynki śmiały się z podejmowanych przez nią prób używania tego języka. Jednocześnie jej rodzina była bardzo religijna, uczęszczała do synagogi, obchodziła wszystkie tradycyjne żydowskie święta i przestrzegała w życiu codziennym zasad kaszrutu (koszerności). Przywiązanie Schwarzów do tradycyjnej żydowskiej religijności widać w determinacji, z jaką starali się nie rezygnować z dochowania wierności jej zasadom nawet podczas ukrywania się w schronie. W wywiadzie z 1982 r. Klara Schwarz mówi, że jej rodzinę można by nazwać ortodoksyjną w porównaniu z współczesnymi Żydami amerykańskimi; w Żółkwi okresu międzywojennego jej ojciec był syjonistą, nie ortodoksem, o czym najdobitniej świadczy to, że wysłał córki do szkoły Tarbutu. Wydaje się, że gdyby pokusić się o stworzenie skali przedstawiającej stopień asymilacji, rodzina autorki dziennika znalazłaby się na niej gdzieś pośrodku. Z jednej strony w Żółkwi byli Żydzi zasymilowani zupełnie; Irena Bloch wspomina, że gdy Niemcy wprowadzili ograniczenia w dokonywaniu przez Żydów zakupów na bazarze, miejscowe chłopki nie mogły uwierzyć, iż jej matka nie jest Polką. Po drugiej stronie były rodziny żydowskich ortodoksów: pochodzące z nich dzieci w momencie rozpoczęcia szkolnej edukacji słabo znały język polski. Michael Kirshner, urodzony w Żółkwi w 1920 r., twierdzi, że Żydzi już przed wojną żyli jak w getcie10. W szkole miał tylko żydowskich przyjaciół, nieżydowskich kolegów zapamiętał wyłącznie jako prześladowców.

* * *

Żydowski świat przedwojennej Żółkwi skończył się w 1939 r. Gdy Sowieci wkroczyli do miasta, społeczność żydowska odetchnęła z ulgą, ponieważ chwilę wcześniej zdążyli tam być Niemcy. Okazało się jednak, że to jedyny powód do radości. Dziadek Klary Schwarz Szymon Reitzfeld był nastawiony bardzo antyradziecko; w czasie pierwszej wojny światowej trafił jako żołnierz armii austriackiej do niewoli rosyjskiej i spędził dłuższy czas w obozie jenieckim. Sowieci szybko udowodnili, że w pełni zasługują na to, by darzyć ich niechęcią. Meir Schwarz w dalszym ciągu kierował olejarnią, ale nie był już jej właścicielem — jak wszystkie inne zakłady przemysłowe i warsztaty pracy została znacjonalizowana. Nad tym, by jej dotychczasowy właściciel dobrze nią zarządzał, czuwał przydzielony mu jako nadzorca figurant przybyły z sowieckiej Ukrainy. Zamożnych Żydów dotykały takie same represje, jak pozostałe grupy ludności. Gizela Landau, kuzynka i najbliższa przyjaciółka Klary Schwarz, została tuż po wkroczeniu Sowietów wyrzucona z domu — ich mieszkanie przy ul. Zwierzynieckiej zostało zajęte przez NKWD11. W 1940 r. enkawudziści aresztowali Szymona Reitzfelda. Wkrótce potem aresztowani i wywiezieni do Kazachstanu zostali dalsi członkowie rodziny: babcia Lea, siostra matki Róża Karp (1902–1992) z czwórką dzieci oraz brat matki Manek Reitzfeld (1908–1984). Rodzina Schwarzów uniknęła wywózki jedynie dlatego, że nakaz wystawiono omyłkowo na inne nazwisko. Deportowani do Kazachstanu krewni szczęśliwie przeżyli (oprócz najstarszego syna Róży Karp Wilka, który zginął w wypadku podczas pracy w fabryce jeszcze w 1940 r.) i po wojnie wrócili do Polski. Dziadek nie miał tyle szczęścia. Salka Reitzfeld bezskutecznie starała się o zwolnienie ojca z więzienia: Szymon Reitzfeld został zamordowany w lwowskim więzieniu NKWD, Brygidkach, gdy po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej wycofujący się pośpiesznie enkawudziści dokonali eksterminacji więźniów politycznych.

* * *

Niemcy wkroczyli do miasta 28 czerwca 1941 r. W tym samym dniu podpalili ponad trzechsetletnią synagogę. Również tego samego dnia zginęli pierwsi Żydzi — członkowie delegacji, która wyszła na spotkanie Niemców. Niemal natychmiast rozpoczęły się prześladowania. Żydom nakazano nosić białe opaski z gwiazdą Dawida, ustalono dla nich wcześniejszą niż dla ludności chrześcijańskiej godzinę policyjną oraz ograniczenia w dokonywaniu zakupów na bazarze, zabroniono im też chodzić po chodnikach. Zygmunt Lajner, ostatni Żyd mieszkający w Żółkwi po wojnie, zapamiętał pokazowe czyszczenie szczoteczkami do zębów toalet na dworcu kolejowym12. W pierwszych dniach lipca w Żółkwi na polecenie Niemców powstał Judenrat — złożony, jak napisał po wojnie Gerszon Taffet, „z najpoważniejszych obywateli miasta ze sfery inteligencji i działaczy społecznych”13: dr. Febusa Rubinfelda (przewodniczącego), dr. Abrahama Stricha, dr. Filipa Czaczkesa, Natana Apfela, Sendera Lifszyca, Ozjasza Czaczkesa i Izraela Szapiry. Judenraty pozornie były rodzajem samorządu, ale de facto Niemcy powoływali je po to, by skuteczniej egzekwować swoje rozkazy. W Żółkwi zaczęli od nałożenia kontrybucji w wysokości 250 tys. rubli, 5 kg złota i 100 kg srebra, którą należało zebrać w ciągu trzech dni. Jak pisze Józef Rozenberg, inny Ocalały z Żółkwi: „Jako zakładnika bierze się Dra. Wachsa, którego aresztują. Zwołana natychmiast komisja obywatelska zabrała się do opodatkowania pojedynczych Żydów i po całonocnej pracy ukończyła na drugi dzień swą pracę, wzywając do natychmiastowego składania daniny. Jak zwykle w takich przypadkach były narzekania pojedynczych obywateli z powodu pokrzywdzenia ich, ale zasadniczo Żydzi żółkiewscy zdali swój egzamin w 100%”14. Pod koniec grudnia 1941 r. rekwirowano futra; Klara Schwarz zapamiętała również rekwizycję rowerów i radioodbiorników. Zrównany z ziemią został cmentarz żydowski — macewami brukowano drogi, między innymi szosę na Lwów, będącą przedłużeniem ulicy, przy której mieszkała rodzina Schwarzów. Na zarządzenie komisarza ziemskiego15 powstała Ordnungdienst (Służba Porządkowa), składająca się z 18 członków; na jej czele stanął Filip Czaczkes. W pamięci Klary Schwarz pozostali żydowscy milicjanci, którzy eskortowali do transportów jadących do Bełżca swoich bliskich — Heht i Lajbek Patrontaschowie.

Jak wszędzie indziej, niemiecka machina Zagłady działała w Żółkwi systematycznie i niezawodnie. Raul Hilberg trafnie wyróżnił jej poszczególne etapy: selekcję, wywłaszczenie, izolację, deportację i eksterminację, w Żółkwi jednak, tak jak na całych Kresach, Zagłada działa się szybciej i bardziej chaotycznie. Najpierw rzeczywiście nastąpiła selekcja — ludzie zaczęli się dzielić się na Żydów i „Aryjczyków”. Potem stopniowo pozbawiano Żydów majątku podczas kolejnych rekwizycji, rabunków i akcji, ale już na tym etapie rozpoczęła się eksterminacja na masową skalę. Pierwszą akcję, we wspomnieniach Ocalałych zwaną obozową, przeprowadzono 15 marca 1942 r. Klara Schwarz zanotowała na pierwszej stronie swojego dziennika, że do obozu pracy w Lackach Wielkich koło Złoczowa zabrano 80 osób; Gerszon Taffet podaje liczbę sześćdziesięciu kilku16. To wtedy ludność żydowska została podzielona na trzy kategorie związane ze zdolnością do pracy. Mając w pamięci akcję obozową, żydowscy mężczyźni, w tym ojciec Klary Schwarz, wszelkimi siłami starali się uzyskać kategorię C — niezdolnych do pracy; popularne stało się przekupywanie lekarzy. 24 marca nastąpiła kolejna akcja, tym razem jednak ofiary nie trafiły do obozu pracy. Wszystkich z kategorią C wywieziono do świeżo utworzonego obozu w Bełżcu. Ci, którym udało się uciec z transportu i wrócić do miasta, przywieźli wieść o strasznym końcu czekającym upchniętych w wagonach ludzi. Wkrótce w Żółkwi, położonej bezpośrednio na trasie linii kolejowej Lwów–Lublin, pojawili się „skoczkowie” — Żydzi, którym udało się uciec z transportu do obozu. Choć przeżyli skok z rozpędzonego pociągu, nadal narażeni byli na kule niemieckich żandarmów oraz wyłapywanie przez miejscową ludność. „Zabitych i rannych skoczków, których nie zdążono ukryć lub zabrać, obrabowywała, niestety, miejscowa ludność aryjska, miejscowe hieny, wzdłuż torów, gdzie leżały setki Żydów” — napisał po latach Polak z Żółkwi, Józef Lesław Drecki17. Maria Kozyr, pochodząca z mieszanej, polsko-ukraińskiej rodziny, wspomina, że jako dziewczynka widywała chłopów ściągających buty z dogorywających Żydów18. Społeczność żydowska w Żółkwi szybko zorganizowała akcję pomocową dla „skoczków”. Jedną z uratowanych osób była Giza Petranker; po wojnie stwierdziła w swojej relacji: „W Żółkwi przebywało dużo «skoczków», «spadochroniarzy», tak nazywano Żydów, którzy uratowali się z transportu do Bełżca. Żydzi żółkiewscy chętnie im pomagali. Takich Żydów jak w Żółkwi dotąd nie spotkałam”19. Specjalne żydowskie brygady, mimo grożącego im niebezpieczeństwa patrolujące okolice torów kolejowych, zapamiętała również kuzynka Klary Schwarz Giza Landau. Sama Klara Schwarz czynnie włączyła się w pomaganie „skoczkom”. Wraz z innymi dziewczętami pod kierownictwem Pepki Fisch opatrywała rannych i opiekowała się nimi w szpitalu na terenie getta. Jej matka prowadziła nieoficjalną jadłodajnię dla żydowskiej biedoty, coraz liczniejszej w Żółkwi, każdego dnia przygotowując dla potrzebujących kocioł pożywnej zupy.

Izolacja terytorialna przyszła stosunkowo późno: getto zamknięte, ogrodzone drutem kolczastym, powstało w grudniu 1942 r. Fizyczną izolację poprzedziła jednak izolacja społeczna, czyli rozpad relacji i więzi łączących do tej pory Żydów i nie-Żydów. Klara Schwarz wspomina, że wraz z upływem czasu na ulicy witało się z nią coraz mniej dawnych koleżanek. Do dziś pamięta, że żadna z nich nie przyszła, by zaoferować nawet nie pomoc, lecz choćby słowa współczucia. Mnożyły się za to akty przemocy wobec Żydów ze strony ludności chrześcijańskiej.

Rozenberg tak opisuje ówczesne wydarzenia: „Wyciąga się już Żydów na ulice i pod pretekstem, że rzekomo nie chcą pracować, bije się ich niemiłosiernie. Czyni to zarówno sołdactwo, jako też miejscowa ludność, zwłaszcza ukraińska. Ta ostatnia na gwałt zmienia front i z wczorajszych czerwonych przemalowuje się na żółto-niebieskich narodowców”20. Zygmunt Lajner wtóruje mu w wywiadzie udzielonym kilkadziesiąt lat później: „Oprócz tego byli tacy z ukraińskich nacjonalistów, którzy już wtedy [w 1941 r.] zabijali. Zwykli ludzie, robotnicy”21.

W obawie przed kolejnymi akcjami rodzina Schwarzów zaczęła szukać sposobu na przetrwanie. Pomyśleli o czasowym ukryciu się u jakichś nieżydowskich przyjaciół, ale nikt nie chciał się zgodzić. Klara Schwarz wspomina, że jedyną osobą, która zaproponowała im pomoc, był ukraiński chłop Pawluk, były pracownik jej ojca, skazany przed wojną za morderstwo; jej ojciec go zatrudnił mimo kryminalnej przeszłości. Schwarzowie jednak nie zdecydowali się skorzystać z jego propozycji — Pawluk miał liczną rodzinę, z którą zajmował bardzo mały dom. W czerwcu 1942 r., w przeczuciu nadchodzącej akcji, zaczęli kopać schron pod domem sąsiada i dawnego wspólnika w interesach (współwłaściciela olejarni) Mechela (Michała) Mehlmana. Bunkier w piwnicy kopały dzieci — Klara, Mania, Igo Mehlman i Klarunia Patrontasch (córka Mundka i Sabiny Patrontaschów, kolejnych sąsiadów). Bunkier przydał się wcześniej, niż rodzina autorki dziennika sądziła. To w nim Schwarzowie oraz ich sąsiedzi Patrontaschowie i Mehlmanowie przetrwali „wielką akcję”, która została przeprowadzona w Żółkwi 22–23 listopada 1942 r. Około 2,5 tys. Żydów spędzono wówczas na dziedziniec żółkiewskiego zamku, stamtąd zaś zagnano na stację kolejową i wywieziono do Bełżca.

Po akcji okazało się, że wśród licznych chrześcijańskich znajomych i przyjaciół rodziny Klary Schwarz znalazł się jednak ktoś, kto gotów jest ich ukryć. Było to polska rodzina Becków — małżeństwo Julia i Walenty oraz ich kilkunastoletnia córka Ala, volksdeutsche. Julia Beckowa przed wojną pomagała Schwarzom w praniu i innych pracach domowych. Tak naprawdę zaprzyjaźniona była przed wszystkim z młodą, owdowiałą przedwcześnie siostrą Mundka Patrontascha Klarą — matka Julii Beckowej była jej mamką. Na początku Beckowie zaoferowali się ukryć właśnie Klarę Patrontasch, zaproszenie dla pozostałych członków rodzin Patrontaschów, Mehlmanów i Schwarzów przyszło później. Clara Kramer, pytana dziś o motywy Becków, przyznaje otwarcie, że nie rozumiała tego wówczas i nie rozumie do dzisiaj. Wielokrotnie zresztą daje temu wyraz w swoim dzienniku. Walenty Beck był znanym w Żółkwi antysemitą i jak sam twierdził, pragnął Polski bez Żydów, ale „nie w taki sposób”. Ostatecznie uratował jedną czwartą wszystkich Żydów, którzy przeżyli wojnę w Żółkwi.

Do schronu wykopanego w piwnicy domu Mehlmanów zeszli w końcu Klara Schwarz z rodzicami i siostrą, Mehlmanowie z synem, Patrontaschowie z córką oraz Klara Patrontasch. Zaproszenie nie objęło najbardziej związanej z Salką Schwarz młodszej siostry Ućki, która miała dwójkę kilkuletnich dzieci, Zosię i Zygusia. Korzystając ze swojej pozycji volksdeutcha, Beck przejął od władz niemieckich dom Mehlmanów i wprowadził się tam jako nowy właściciel. Ukrywający się nie płacili Beckom za przechowywanie, uiszczali jedynie opłaty za żywność, którą kupowała dla nich Julia Beckowa. Zarówno Beckowie, jak i ich „lokatorzy” byli skrupulatni — raz w miesiącu podliczano wszystkie koszty i regulowano rachunek. Pieniądze Schwarzowie czerpali z oszczędności, przede wszystkim zaś ze sprzedaży rzeczy, które zabrali ze sobą do kryjówki lub oddali na przechowanie zaufanym nie-Żydom22. Klara Schwarz wielokrotnie z radością odnotowuje w dzienniku sprzedaż jakiejś części garderoby, gdyż jej spieniężenie na kolejny tydzień oddalało od rodziny widmo głodu. Gotowali sami — w schronie zainstalowano kuchenkę elektryczną i światło. Nieczystości trafiały do wiadra i dwa razy dziennie były wynoszone przez któregoś z mężczyzn na górę i wylewane do toalety, czyli „angielskiego klozetu”. Powietrze dostawało się do bunkra przez maleńkie zakratowane okienko wychodzące na ogród. Oprócz kuchenki w schronie znajdowały się stół oraz prycze w dwóch oddzielonych od sobie pomieszczeniach. W mierzącym sto kilkadziesiąt centymetrów wysokości bunkrze (dorosły nie mógł się w nim wyprostować) było więc, w porównaniu z innymi żydowskimi kryjówkami, stosunkowo „komfortowo”, choć ciasno. W okresie gdy przebywało tam najwięcej osób (18), na jednego ukrywającego się przypadało około 35 cm miejsca na pryczy. W takich warunkach zaczęły powstawać zapiski Klary Schwarz.

12 stycznia, po fałszywej pogłosce, jakoby o ukrywających się u Becka Żydach dowiedział się Ukrainiec Lewicki, wszystkie trzy rodziny opuściły schron. Meir Schwarz i Mechel Mehlman ukrywali się w drugim schronie przygotowanym przez nich wcześniej na wypadek akcji — w olejarni, pozostałych odprowadził do getta Josek Reitzfeld, pracujący jako policjant. Klara Schwarz była wstrząśnięta sytuacją w getcie — zobaczyła tam ludzi opuchniętych z głodu i umierających na ulicy, a jednocześnie innych, z uporem prowadzących życie o pozorach normalności: „Ghetto zrobiło na mnie okropne wrażenie. Przede wszystkiem te druty naokoło tworzyły rodzaj klatki. Wewnątrz wre życie. Ludzie kręcą się, wszystkie «cukiernie» zapełnione. Najlepsze interesa toczą ci, którzy wypiekają ciastka. Każdy stara się jeść, pić, ile idzie. Nikt nie chce myśleć o niepewnym jutrze. Każdy chce się tylko dobrze najeść przed śmiercią. Bo lada dzień spodziewają się akcji. Starsi nazywają to mianem «szajdyru chasyny» — wesele duchów”. Z przerażeniem skonstatowała, jak małe szanse na przeżycie mają bez pomocy Becków. Po dwóch dniach informacja o dekonspiracji kryjówki okazała się nieprawdziwa i Beckowie zgodzili się przyjąć wszystkich z powrotem. Tymczasem jednak w getcie wybuchła epidemia tyfusu, na który zapadła Ućka Reitzfeld. Matka Klary Schwarz została w getcie, by opiekować się siostrą, wróciła dopiero po kilku dniach, gdy Josek i jego żona Rela obiecali opiekować się Ućką. Po kilku dniach w getcie pojawiły się pogłoski o nadchodzącej akcji i Josek przyprowadził do bunkra również Relę (ich malutkie dziecko, Moszele, oddane zostało na przechowanie znajomemu chłopu, sam Josek zdecydował się pozostać w getcie). Rela wkrótce wróciła do getta, dowiedziawszy się, że Josek zaraził się tyfusem. W lutym do bunkra dotarła wieść o akcji likwidacyjnej w obozie pracy w Mostach Wielkich, w którym przebywało wielu Żydów z Żółkwi — zginęły w niej ciotka Klary Schwarz Gizela oraz jej mąż Majer. Kolejna akcja dotknęła również samą Żółkiew — 15 marca 1943 r. około 600 mężczyzn zostało wywiezionych do obozu janowskiego we Lwowie. Wiadomość tę przyniosła do bunkra Lola Elefant, narzeczona brata Mechela Mehlmana Hermana, który znalazł się wśród wywiezionych. Beckowie zdecydowali się ukrywać kolejnych uciekinierów: Lolę oraz Gedalę Mehlmana, trzeciego spośród braci, który także w tym czasie dotarł do kryjówki na ul. Lwowskiej.

25 marca 1943 r. odbyła się w żółkiewskim getcie akcja likwidacyjna. Getto otoczone zostało przez Schupo, SS i milicję ukraińską. Tym razem Żydów nie wywożono do Bełżca — prowadzono ich do borku, niedużego lasu kilka kilometrów od Żółkwi, tam rozstrzeliwano i zakopywano w masowych grobach. Polka Zofia Porochniawiec, w czasie wojny kilkunastoletnia, wspomina: „Tych Żydów, to lager zrobili i później ich wywozili na maszynach na taki borek, lasek nazywa się. Koło lasu wykopane były dwie jamy, czy trzy nawet, i tam ich strzelali, tych Żydów. Zasypali piaskiem, a ci, kto mieszkał, mówił, że popękała ziemia, bo się ruchała, bo niektóre byli żywe jeszcze, na pół żywe, i krew tak ciekła”23. Najsłabszych mordowano na miejscu, w swoich domach i na podwórkach: bratowa Reli, żony Joska Reitzfelda, została zastrzelona w połogu z dzieckiem we własnym łóżku, podobnie Adela, siostra Szymona Reitzfelda; 12-letni bratanek Mundka Patrontascha Niusiek zginął, zarąbany siekierą. Zagłada dokonywała się więc bardziej niż kiedykolwiek wcześniej nie w odległym obozie śmierci, ale na miejscu, na oczach chrześcijan, sąsiadów; był to, jak napisał francuski duchowny poszukujący masowych grobów żydowskich w Europie Wschodniej, Patrick Desbois, „Holokaust dokonany za pomocą kul”24. Zginęli wszyscy członkowie Judenratu, wcześniej zmuszeni do wydania kryjówek innych Żydów. Najbliższym autorki dziennika, Joskowi z Relą i Ućce, udało się tym razem przeżyć, ale nie na długo. 6 kwietnia nastąpiła ostatnia akcja, po której Żółkiew została ogłoszona oficjalnie Judenrein. Z całej społeczności żółkiewskich Żydów życie zachowało 60 osób. Pozostali zostali wywabieni podstępem z kryjówek (Niemcy ogłosili, że potrzebują ludzi do pracy, ochotnicy zaś otrzymają chleb i marmoladę) i zginęli, rozstrzelani w borku. Znajdowali się wśród nich Josek, Rela i Ućka Reitzfeldowie. Dzieci Ućki Zosia i Zyguś ukrywały się na strychu budynku Judenratu. Po kilku dniach głodujące dzieci odnalazł Dudzio, brat Reli, który był wśród 60 pozostawionych przy życiu Żydów, i wysłał je do Becków. 11 kwietnia, w niedzielę, dzieci przeszły przez całe miasto, nieniepokojone, i bezpiecznie dotarły na Lwowską, sądząc, że znajdą tam matkę. Początkowo Walenty Beck wpadł we wściekłość i odmówił ukrycia tak małych dzieci. Niechętne temu pomysłowi były również pozostałe rodziny, Mehlmanowie i Patrontaschowie. Ostatecznie jednak dzieci zostały w bunkrze. Nie były jedynymi nowymi lokatorami schronu — kilka dni po kwietniowej akcji do ukrywających się dołączyli dwaj bracia Mundka Patrontascha, Kuba i Artek. Ponadto 25 marca pojawiły się w kryjówce dwie osoby o specjalnym statusie: aptekarz Emil Steckel z żoną Anną. Klara Schwarz wspomina, że Stecklowie mieszkali w Żółkwi od niedawna, nie byli zżyci z miejscową społecznością. Zeszli do bunkra ubrani „jak na wycieczkę” — on w wełnianym płaszczu, ona w futrze z norek. Byli wciąż ludźmi zamożnymi, nie gotowali więc sami, lecz zamawiali osobne posiłki u Julii Beck, która przyrządzała im obfite obiady. Tym, co dostawali, Stecklowie nie dzielili się z resztą mieszkańców schronu. Klara Schwarz zapamiętała, że tace z jedzeniem, które zamawiali Stecklowie, z powodu ciasnoty w schronie musiały najpierw przejść przez ręce wszystkich ukrywających się — w tym dzieci, żywiących się od wielu miesięcy wyłącznie kartoflami.

18 kwietnia na ul. Lwowskiej w Żółkwi wybuchł pożar. Wkrótce zapłonęły sąsiednie domy i ogień objął również dom Mehlmanów z 19 Żydami zamkniętymi w piwnicy. Ukrywających się ogarnęła panika — jedni chcieli ratować się ucieczką, inni zdecydowali się zostać w schronie. W końcu uciekła jedynie Mania, siostra Klary Schwarz. Rodzice i siostra nie byli w stanie zatrzymać przerażonej dziewczynki, która powtarzała, że nie chce spalić się żywcem. Pożar udało się ostatecznie opanować, lecz Mania nie wróciła już do schronu. Gdy biegła ulicami miasta, została rozpoznana jako Żydówka i doprowadzono ją na posterunek żandarmerii. Zginęła najprawdopodobniej jeszcze tego samego dnia, zastrzelona na dawnym cmentarzu żydowskim, w miejscu, gdzie Niemcy dokonywali w Żółkwi doraźnych egzekucji. Do samego końca próbowała chronić rodzinę i nie zdradziła, gdzie się do tej pory ukrywała.

Od dnia pożaru do wyzwolenia Żółkwi przez Armię Czerwoną w lipcu 1944 r. miało minąć jeszcze 15 długich miesięcy. Skład osobowy mieszkańców bunkra już się nie zmieniał, natomiast życie Schwarzów, Mehlmanów, Patrontaschów i Stecklów przepojone było ciągłą niepewnością. Gdy spojrzeć na kolejne przeszkody i nieszczęśliwe sploty wydarzeń, które stawały się udziałem Becków i ukrywanych przez nich ludzi, ocalenie tych ostatnich wydaje się niemal nieprawdopodobne. W styczniu 1944 r. do domu Becków dokwaterowani zostali trzej żołnierze Wehrmachtu — Hans, Adolf i Norbert. Pierwszy z nich chwalił się nieustannie tym, ilu Żydów zabił w trakcie dotychczasowej służby. W lutym do żołnierzy dołączyli dwaj niemieccy kolejarze. Przelotnie nocowało też w domu kilku SS-manów. Właz do schronu znajdował się w sypialni Becków, ale codzienne funkcjonowanie 18 ukrywających się w schronie osób było bardzo utrudnione. Niezliczoną ilość razy ich życie wisiało na włosku — na przykład gdy jeden z kolejarzy spostrzegł przez przypadek Mundka Patrontascha albo gdy Mehlman został zauważony przez ukraińską chłopkę, wreszcie gdy po mieście rozeszły się plotki o tym, że Beck ukrywa Żydów, i do domu przybyli żandarmi na rewizję. Dzięki Ali Beck udało się tę wizytę zmienić w towarzyską pogawędkę, niemniej skutkiem jej znajomości z żandarmami stały się ich częste, trwające wiele godzin wizyty. Ze strachu przed dekonspiracją Beckowie kilkakrotnie żądali, by cztery rodziny opuściły schron, za każdym razem jednak w ostatniej chwili zmieniali zdanie. Mieszkańcy bunkra borykali się też z przyziemnymi problemami: latem w piwnicy było bardzo gorąco, trudno było dbać o higienę, a w dodatku w którymś momencie awarii uległ klozet na górze i nieczystości trzeba było zakopywać bezpośrednio pod podłogą schronu. Kończyły się pieniądze — 7 lipca 1944 r. Klara Schwarz zanotowała: „Dwudziesty miesiąc ciążymy państwu Beckom. Od kilku miesięcy nawet nie płacimy za miesiąc. Tylko wpisuje się do książeczki, a ci ludzie zupełnie bezinteresownie narażają dla nas życie”. Sytuacja całkowitej zależności od ukrywających rodziła różne konflikty; szczególne zadrażnienia wywoływał romans Walentego Becka i Klary Patrontasch, którego Julia Beckowa nie zamierzała tolerować. Porywczy charakter Walentego Becka nie ułatwiał sprawy — Beck nadużywał alkoholu, wdawał się w awantury w pracy, romansował również z owdowiałą bratową; kłócił się z żoną i córką, które kilkakrotnie wyjeżdżały na kilka dni i groziły zupełnym odejściem. Niemniej od śmierci Mani nie zdarzyło się już nic, co bezpośrednio naraziłoby Schwarzów, Patrontaschów, Mehlmanów i Stecklów na niebezpieczeństwo.

Ostatnie tygodnie przed wkroczeniem Armii Czerwonej do Żółkwi były bardzo trudne. Mieszkańcy bunkra głodowali. Beckowie jako volksdeutsche każdego dnia spodziewali się nakazu opuszczenia miasta (Ala wyjechała na Zachód już wcześniej), co oznaczałoby dla mieszkańców schronu pewną śmierć. Bali się też Ukraińców, którzy napadali na polskie rodziny25. Jednocześnie do ostatniej niemal chwili trwało w okolicy wyłapywanie resztek ocalałych jeszcze Żydów — Klara Schwarz co raz notuje w swoim dzienniku, że kogoś złapano. Również do samego końca Niemcy rabowali żydowskie mienie, czy raczej jego resztówki. Cyla Fast, która ukrywała się w Żółkwi na aryjskich papierach jako Stefania Lachowska, napisała w 1944 r., już po wyzwoleniu, o swoim niemieckim pracodawcy: „Pakował i zbierał rzeczy, aby je zabrać do swojej «Heimat». Patrzyłam na to z rozżaleniem, bo te rzeczy pochodziły od Żydów i nawet poduszka atłasowa, na której leży Tora — też była w jego zbiorach. Ile też było w tych rzeczach pracy, dorobku żydowskiego, ile tragedii i bestialskiego rabunku”26.

Sowieci wkroczyli do Żółkwi 23 lipca 1944 r. Mieszkańcy schronu wyszli z niego po dwudziestu miesiącach. 26 lipca tegoż roku Klara Schwarz po raz ostatni dokonała wpisu w swoim dzienniku.

* * *

Choć wcześniej nierozerwalnie ze sobą związane, historia Klary Schwarz i jej dziennika oraz historia Żydów w Żółkwi mają osobne epilogi.

Rodzina Schwarzów pozostała w Żółkwi do zimy 1945 r. Pierwszą noc po wyzwoleniu Schwarzowie, Patrontaschowie i Mehlmanowie spędzili w bunkrze. Jak wspomina Klara Schwarz: „Mój dom był po drugiej stronie ulicy i mieszkali tam Polacy. Nie kazaliśmy im wyprowadzić się natychmiast, choć wiedzieli przecież, że to nasz dom. Powiedzieliśmy im, że mają wyprowadzić się następnego dnia. […] Ale gdy zaczęliśmy chodzić po ulicach miasta, nie było w nas radości. To był jeden wielki cmentarz. Każdy budynek przypominał o rodzinie, znajomych, o tym, co się stało”. Wojnę w Żółkwi przetrwało 74 Żydów; kolejni, wśród nich bliscy Klary Schwarz, uratowali się w Związku Radzieckim, niemniej w 1944 r. to te 74 osoby odbudowywały żółkiewską społeczność żydowską. Początkowo Schwarzowie, podobnie jak inni Ocalali, nastawieni byli na odbudowę swojego życia właśnie w Żółkwi. Meir Schwarz podjął pracę w olejarni — znów jako jej administrator, nie właściciel; autorka dziennika poszła do szkoły. Szybko jednak okazało się, że powojenna Żółkiew nie jest dobrym miejscem, by zaczynać od nowa. We wrześniu 1944 r. Beckowie zostali aresztowani przez NKWD pod zarzutem kolaboracji z Niemcami. Wywieziono ich do Lwowa, do Brygidek. Próby uwolnienia ich podejmowane przez Meira Schwarza i Mechela Mehlmana nie odniosły żadnego skutku. Becków uratował dziennik. Klara Schwarz skłoniła miejscowego sekretarza partii do przeczytania swoich notatek i w ten sposób przekonała go, że Beckowie zostali w Żółkwi po to, by uratować od niechybnej śmierci ukrywanych przez siebie Żydów, nie zaś by jako volksdeutsche sabotować władzę radziecką. Julia i Walenty zostali wypuszczeni z więzienia, ale nie chcieli już mieszkać w Żółkwi, która stała się miejscem niebezpiecznym dla Polaków. Wyjechali do Polski w czerwcu 1945 r.

Schwarzowie zostali w Żółkwi dłużej, ale również oni zdecydowali się ostatecznie na opuszczenie rodzinnego miasta. Klara Schwarz podaje kilka przyczyn wyjazdu. Były wśród nich lęk zarówno przed Ukraińcami, jak i przed życiem pod rządami Sowietów, a także poczucie osamotnienia w miejscu, gdzie kiedyś żyła liczna wspólnota żydowska. Wspomina różne historie obrazujące stopień zagrożenia. Pewnego dnia, już po wyzwoleniu Żółkwi przez Armię Czerwoną, w szkole jedna z Polek, pochodząca ze wsi i mieszkająca podczas pobierania nauki u krewnych w Żółkwi, została wywołana z lekcji: do miasta dotarła wiadomość o wymordowaniu przez Ukraińców całej jej rodziny. Zginęła również polska rodzina ukrywająca w czasie wojny Żydówkę. Podobne motywy wymienia kuzynka Klary Schwarz Giza Landau, która obawiała się, że po wymordowaniu Polaków banderowcy zabiorą się za nielicznych pozostałych przy życiu Żydów27. Oprócz konfliktu polsko-ukraińskiego w Galicji toczyła się również walka między Armią Czerwoną a ukraińskim podziemiem niepodległościowym, czyli Ukraińską Powstańczą Armią. Polina Syczowa, Ukrainka przesiedlona do Żółkwi spod Tomaszowa Lubelskiego w 1945 r., wspomina: „Tu się różne rzeczy działy. Ci tutejsi to byli agresywnie nastawieni. Tu był taki okres, że akurat cerkwie greckokatolickie zamykali, przerabiali je wszystkie na prawosławne. Ci nie chcieli… Ludzie byli tacy wzburzeni. Ci banderowcy byli wszyscy… Byli krasnopagonszczycy, Armia Czerwona, ci, co to… To było straszne”28. Żółkiew w pierwszych powojennych latach okazała się miejscem ponurym, opustoszałym i niebezpiecznym — dla wszystkich jej mieszkańców.

Po „repatriacji” do Polski Schwarzowie zamieszkali, jak wielu Żydów z Kresów, na Śląsku, w Legnicy, ale i tam nie zagrzali długo miejsca. Po pogromie kieleckim zdecydowali, że nie chcą dalej mieszkać w Polsce. Latem 1946 r. w ramach akcji „Bricha” przedostali się nielegalnie do Austrii, gdzie trafili do obozu dla dipisów. Tam Klara Schwarz poznała swojego przyszłego męża, Sola Kramera. Z Austrii Schwarzowie wyjechali do Monachium, gdzie Klara i Sol się pobrali. W 1948 r., kilka miesięcy po utworzeniu państwa Izrael, Schwarzowie i ich córka z mężem wyemigrowali do Palestyny, gdzie osiedlili się również ich bliscy, którzy przetrwali wojnę w ZSRR — babcia Lea Reitzfeld, siostra matki Róża z dziećmi i brat Manek. Po kilku miesiącach Schwarzowie zamieszkali na tej samej ulicy co odnalezieni przez nich w Izraelu Patrontaschowie i Mehlmanowie. W 1950 r. urodził się pierwszy syn Kramerów, Philip, w 1954 r. — drugi, Eli. W 1957 r. Clara i Sol Kramerowie wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, tam bowiem osiadła cała rodzina Sola. Początkowo Kramerowie mieszkali na Brooklynie, gdzie prowadzili niedużą restaurację z domowym jedzeniem; z czasem przenieśli się do Elizabeth w New Jersey. Clara Kramer mieszka tam do dziś.

Rodzina Klary Schwarz utrzymywała kontakt z Beckami do połowy lat pięćdziesiątych, potem Beckowie dali dyplomatycznie do zrozumienia, że dalsza korespondencja może przysporzyć im kłopotów. Julia Beckowa zmarła w 1959 r., data śmierci Walentego Becka nie jest znana. Wkrótce po upadku komunizmu Clara Kramer odnowiła kontakt z Alą Beck, która na jej zaproszenie przyjechała do Stanów Zjednoczonych. W 1983 r. Beckowie zostali uhonorowani przez Yad Vashem tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Ala Beck zasadziła drzewko w Alei Sprawiedliwych w 1995 r. W uroczystości uczestniczyła rodzina Clary Kramer, Lola Elefant, Zosia i Zyguś. Clara Kramer sporą część swego dorosłego życia poświęciła upamiętnianiu ofiar Zagłady. W 1982 r. znalazła się w gronie współzałożycieli Holocaust Resource Center, który we współpracy z Kean University zajmuje się szkoleniem nauczycieli w zakresie nauczania o Zagładzie. Wygłosiła setki odczytów i prelekcji poświęconych własnemu doświadczeniu przeżycia Holokaustu. Po rozpadzie Związku Radzieckiego trzykrotnie organizowała wyjazdy starszych i młodszych członków swojej rodziny do Żółkwi. W wyjazdach tych brały udział wnuki Julii i Walentego Becków.

* * *

Z 4,5 tys. żółkiewskich Żydów wojnę przetrwały pod okupacją niemiecką 74 osoby. Z tej liczby po wojnie pozostały w Żółkwi dwie. Zygmunt Lajner, ostatni żółkiewski Ocalały, zmarł w 1999 r. Po Żydach w Żółkwi zostały: bryła zrujnowanej synagogi (w czasach sowieckich mieścił się tam między innymi skład soli), nieliczne mezuzy na domach w centrum miasta, resztki cmentarza zamienione w latach siedemdziesiątych na bazar i zdewastowany pomnik pamięci ofiar akcji likwidacyjnej w 1943 r., wzniesiony w latach dziewięćdziesiątych w miejscu masowych grobów. Dom Mehlmanów i schron, w którym wojnę przetrwała Klara Schwarz i jej towarzysze, istnieją do dziś.

* * *

Dziennik Klary Schwarz należy czytać w kontekście historii zagłady Żydów z Żółkwi, ale ze względu na swoją specyfikę jest on przede wszystkim kroniką zagłady rodziny oraz bezcennym świadectwem życia codziennego w strasznych czasach. Jako dokument opisujący Holokaust wart jest uwagi z kilku względów. Przede wszystkim ogromna większość tekstu jest zapisem ciągłym o charakterze dziennika, nie zaś retrospektywą, co daje unikatowy wgląd w doświadczenie biograficzne autorki. Pisany jest przez dziecko, dojrzewającą dziewczynkę, dziś powiedzielibyśmy nastolatkę — Klara Schwarz miała w momencie zejścia do schronu 15 lat. Mimo to wyróżnia go piękna, poprawa polszczyzna, która w zasadzie nie wymagałaby redakcji stylistycznej, gdyby chcieć takiej dokonywać. Wreszcie jest zapisem doświadczenia Żydówki z Galicji, a takich nie powstało i nie przetrwało zbyt wiele. Ogromna większość Żydów z Galicji, którzy przeżyli wojnę, przetrwała ją na zesłaniu w ZSRR29. Dobre wyobrażenie o szansach na przeżycie tych, którzy nie uciekli razem z Sowietami w 1941 r. lub nie zostali przez Sowietów deportowani wcześniej, daje właśnie przykład Żółkwi, w której z 4,5 tys. przedwojennych mieszkańców pochodzenia żydowskiego wojnę pod okupacją niemiecką przetrwało niecałe 2 procent. Nawet w skali całej Galicji mało kto z tych 2 procent prowadził dziennik i był w swoich zapiskach tak metodyczny; wydaje się też, że jest to jedyny znany badaczom ocalały dziennik z terenów Galicji pisany przez dziecko, na pewno zaś jedyny pisany przez dziecko o tak przenikliwym zmyśle obserwacji.

Ramy chronologiczne dziennika to jesień 1942 — lato 1944 r. Z wydanej w 2008 r. beletryzowanej biografii Klary Schwarz autorstwa Stephena Glanza wynika, że Klara zaczęła prowadzić swoje notatki krótko po zejściu do schronu, późną jesienią 1942 r. W książce wspomina się, że na Boże Narodzenie 1942 r. Klara dostała od Walentego Becka nowy zeszyt i niebieską kredkę, którą napisany został cały dziennik; wcześniej zapiski miały powstawać na marginesach książek i gazet. Charakter zapisków pozwala na wyróżnienie trzech wyraźnie odrębnych części tekstu. Pierwsza to jednostronicowe kalendarium Zagłady Żydów w Żółkwi, obejmujące daty wszystkich akcji i wywózek. Na stronie drugiej oryginalnego dziennika rozpoczyna się część retrospekcyjna, licząca 13 stron — opis wydarzeń od momentu poprzedzającego nieznacznie zejście Schwarzów do schronu aż do 31 sierpnia 1943 r., kiedy to zaczynają się zapiski codzienne. Z niewielkimi wyjątkami autorka prowadzi notatki każdego dnia, nawet jeśli czasem było to tylko kilka zdań. Wśród treści pojawiających się w dzienniku można wyróżnić kilka grup tematycznych. Najwięcej miejsca Klara Schwarz poświęca warunkom bytowym w schronie. Obszernie opisuje też relacje między poszczególnymi osobami oraz stosunki między ukrywanymi Żydami a rodziną Becków, nieustanne napięcie wynikające z ciągłej i wyłącznej zależności od drugiego człowieka. Jeśli tylko jest to możliwe, zamieszcza w dzienniku informacje o tym, co dzieje się na zewnątrz, w świecie poza bunkrem. Są to z jednej strony relacje z „komunikatów”, czyli niemieckich i zagranicznych wiadomości radiowych, których ukrywający się słuchają nielegalnie wraz z Walentym Beckiem, z drugiej zaś — strzępki informacji dotyczących sytuacji w Żółkwi i najbliższych okolicach, między innymi nasilających się ataków Ukraińców na Polaków w Galicji. Pojawiają się wreszcie refleksje ogólne na temat wojny i Zagłady, bardzo dojrzałe, jeśli wziąć pod uwagę, że wyszły spod pióra piętnastolatki. Znajdziemy w nich całą gamę odczuć i przemyśleń, w których odbijają się najważniejsze dylematy moralne i intelektualne czasów wojny. Jest więc niemożność uwierzenia, że cywilizowany świat może wiedzieć o tragedii Żydów i nie reagować: „Ala odebrała dziś na poczcie telegram (Ala pracuje na poczcie) i papiery, dla jakiejś Żydówki z Żółkwi. W telegramie pisali, żeby przygotowała się na wyjazd do Szwajcarii. Niestety. Może nie wiedzą za granicą, że miejsce tej osoby może być w Bełżcu lub w borku, a w najlepszym razie siedzi w jakimś schronie, z którego wyjść nie może, bo ją na miejscu zastrzelą. Zresztą nie wyobrażam sobie, że za granicą nie wiedzą o wymordowaniu tylu milionów ludzi. A może wiedzą i nie mogą uwierzyć?” (15 września 1943 r.). Jest sprzeciw wobec zbrodni, ale i wobec biernej postawy większości Żydów: „Temu, który to będzie kiedyś czytał, włosy staną na głowie. Że coś takiego może się dziać w 20. wieku i gdzie, w tych «kulturalnych Niemczech». W biały dzień mordują tyle tysięcy ludzi i między tymi mordercami nie znajdzie się ani jeden, który się ulituje nad tymi niewinnymi istotami. Ale jak niewinni?! Winni!!! Powinni byli podnieść protest! Porwać siekiery! Oblać każdego gestapowca benzyną i podpalić, żeby w każdej akcji zginęła większa część gesta powców! Przecież świat będzie pogardzał narodem, który tak biernie dał wyniszczyć się” (16 września 1943 r.). Jest wreszcie bezradność i bunt wobec Boga: „I Pan Bóg na to patrzy, i nie dokonuje jakiegoś cudu?” — zdanie zapisane, gdy do bunkra dociera wiadomość o ujęciu kolejnych trzech ukrywających się Żydów. Autorce nie brak też ironii i wisielczego humoru: „P[ani] Beckowa powiedziała, że wojna skończy się w listopadzie. Jeżeli tak, to możemy już meldować się na żandarmerię lub powiesić się. Ale wieszać się nie można, bo sprawilibyśmy kłopot, cóż p. Beck zrobi z 18 trupami” (10 grudnia 1943 r.). Wszystko to sprawia, że choć trudno nazwać lekturę tego typu tekstu łatwą czy przyjemną, na pewno jest to świadectwo niepozostawiające czytelnika obojętnym.

Podstawą niniejszej edycji jest oryginał dziennika, który Clara Kramer ofiarowała United States Holocaust Memorial Museum w 1994 r. Cała kolekcja Clary Kramer, obejmująca dziennik, pamiętnik (sztambuch) z czasów okupacji sowieckiej oraz kilka fotografii, dedykowana jest jej siostrze Mani, która nie przeżyła Zagłady. Tekst został stranskrybowany, redakcję językową ograniczono do korekty interpunkcji i nielicznych literówek, błędów ortograficznych czy ewidentnych przejęzyczeń. Pozostawiono oryginalną pisownię form obecnie w języku polskim przestarzałych, takich jak „ghetto”, „przytem”, „dziwnem” itp. Dopiski i wyjaśnienia w nawiasach kwadratowych oraz przypisy pochodzą od redaktorki. Choć manuskrypt dziennika jest w dobrym stanie, niektórych fragmentów (najczęściej są to pojedyncze słowa) nie udało się odczytać, co zawsze jest zaznaczone w tekście.

* * *

W pracy nad odczytaniem tekstu i jego redakcją pomagało mi wiele osób, bez których życzliwości różne trudne kwestie pozostałyby niewyjaśnione. Dziękuję Natalii Aleksiun, Martinowi Deanowi, Grzegorzowi Motyce, Jarkowi Pałce, Ani Szybie i Marcinowi Zarembie — specjalistom w swoich dziedzinach; Vincentowi Slattowi i Megan Lewis z biblioteki Muzeum Pamięci Holokaustu; Ludmyle Bajbule i Pawłowi Sało z Żółkwi. Mojemu Mężowi, jak zawsze, dziękuję za wsparcie i pierwszą lekturę tekstu.

Anna Wylegała

Redakcja:

Beata Bińko

Korekta:

Dorota Białas

Na okładce wykorzystano zdjęcia zawarte w aneksie. Zamieszczone tam fotografie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego mają następujące sygnatury: 1-B-163-2, 1-U-8283, 1-U-8277, 1-U-8282, 1-U-8293.

Fotografia ze zbiorów Yad Vashem jest opatrzona opisem:

Item ID 55770, Title Zolkiew, Poland, German soldiers in a destroyed synagogue. Archival Signature 220AO1.

Karty dziennika reprodukowane w książce pochodzą z kolekcji Clary Kramer w United States Holocaust Memorial Museum (Acc. No 1994.95.3).

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

00-330 Warszawa; ul. Nowy Świat 72

e-mail: stowarzyszenie@holocaustresearch.pl

www.holocaustresearch.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tyleśmy już przeszli ... Dziennik pisany w bunkrze (Żółkiew 1942-1944) 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie