Księżniczka dinozaurów

Księżniczka dinozaurów

Autorzy: Victor Milan Michał Jakuszewski

Wydawnictwo: Galeria Książki

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.90 zł

Księżniczka dinozaurów to najnowszy tom epickiej serii fantasy rozgrywającej się w świecie, w którym rycerze ruszają do boju na zakutych w zbroje dinozaurach. George R.R. Martin nazwał ją skrzyżowaniem Parku Jurajskiego z Grą o tron.

Witajcie na Raju – pierwotnym świecie, w którym można spotkać wszelkie gatunki dinozaurów wielkich i małych. Żyją tu również ludzie, sprowadzeni przez kaprys bogów. Rycerze ruszają do boju na triceratopsach, a prowadzą ich wielcy bohaterowie dosiadający tyranozaurów.

Jednym z takich bohaterów jest Karyl Bogomirsky.

Kiedyś miał władzę, lecz zdradzili go ci, którzy byli mu najbliżsi. Uratowali go Fae, magiczne istoty zrodzone w tym świecie, planujące wykorzystać go w wolnie z obcymi bogami. Karyl pragnie tylko żyć w spokoju. Nie chce stać się niczyim narzędziem, a tym bardziej zbawcą…

Jednak bogowie powrócili, by osądzić swój ludzki eksperyment i ostatecznie uwolnić planetę od Fae. Karyl może nie uważać się za bohatera, ale jest ostatnią nadzieją ludzkości.

Księżniczka dinozaurów

Tom III

Victor Milán

Przełożył Michał Jakuszewski

Wydawnictwo Galeria Książki

Kraków 2018

Tytuł oryginału

The Dinosaur Princess

Copyright © 2017 by Victor Milán. All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Michał Jakuszewski, 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2018

Interior illustrations by Richard Anderson

Map by Rhys Davies

Designed by Greg Collins

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska Od A do Z / oda-doz.pl

Redakcja

Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta

Katarzyna Kierejsza

Opracowanie okładki i DTP

Stefan Łaskawiec

Opracowanie wersji elektronicznej:

Wydanie I, Kraków 2018

ISBN 978-83-65534-76-7

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Melindzie Snodgrass, która uratowała mi życie, pomogła mi udoskonalić moje umiejętności, a także była moją przyjaciółką tak długo, że żadne z nas naprawdę nie powinno o tym wspominać

Leon Battista Alberti odpowiada na to pytanie w książce ­Della Famiglia, napisanej w latach trzydziestych piętnastego wieku. Alberti mówi, że ponieważ rodzina jest podstawową komórką społeczeństwa, wszelkie opinie bądź zachowania, które przynoszą korzyść naszej rodzinie bądź okrywają ją honorem, są dozwolone, ponieważ to właśnie jest najważniejszym celem życia.

Tim Parks, Medici Money, Banking, Metaphysics, and Art in Fifteenth-Century Florence, Atlas/Norton 2005, s. 26

Część pierwsza

Wtargnięcie

Prolog

El Mundo Debajo, Świat na Dole – baśniowa kraina, według legend znajdująca się pod powierzchnią Raju. Ponoć mieszkają w niej słudzy Stwórców, siedem Szarych Aniołów. Śmiertelnicy nie mogą do niej dotrzeć. Jest dostępna wyłącznie dla nadprzyrodzonych istot. Według niektórych opowieści mieszkają w niej również hada, Fae. To jednak zapewne tylko bajania służące straszeniu niegrzecznych dzieci, nie takich jak wy czy ja.

Opisanie Raju dla doskonalenia umysłów młodzieży

SEN SZAREGO ANIOŁA RAGUELA, ŚWIAT NA DOLE

– Pogódź się z faktami – rzekł swemu gospodarzowi Uriel. – Miałeś swoją szansę i ją zaprzepaściłeś.

Raguel westchnął teatralnie. Siedział ze skrzyżowanymi nogami na małej wyniosłości przypominającej grzbiet zwałów lodu, oplatając dłonie wokół wyżej uniesionego kolana. Zbroja, którą nosił we Śnie, była lodową płytą. Uriel wiedział, że drugi Anioł jest szczególnie dumny z pięknego żłobkowania, jakie udało mu się tym razem uzyskać na napierśniku oraz osłonach kończyn.

– Dlaczego tu musi być tak diabelnie zimno? – zapytał.

– Ty jesteś Ogniem, a ja Lodem – odparł Raguel. – Czego się spodziewałeś? Wiesz, że dla mnie w twoim Śnie jest upiornie gorąco. Zresztą czemu się skarżysz? Będziesz teraz mógł radzić sobie z plagą ludzi swą miękką, fundamentalistyczną rączką, podczas gdy ja będę gnił na wygnaniu.

– Możesz wyruszyć na walkę z Niestworzonymi.

– A co by to dało? Toczymy z nimi bój już od bilionów cykli i nie widzę, byśmy zbliżali się do zwycięstwa.

Uriel był szczupły, choć nie tak wychudzony jak Instrumentalność jego albo Raguela. Jego płytowa zbroja była zielona, a udająca tkaninę peleryna opadająca mu z naramienników – czerwona jak płomień. Obecnie wolał się prezentować jako gładko ogolony, miał bladą skórę kontrastującą z czarną czupryną, oczy zaś zielone – pierwszy kolor jego patronki, Stwórczyni Telar, Najstarszej Córki.

– Defetyzm? – zapytał cicho. – Uważaj, przy kim mówisz takie rzeczy, przyjacielu.

Raguel przeszył go wściekłym spojrzeniem. Jeśli któryś z nich tego zapragnął, podobne spojrzenia mogły ranić. Nawet drugiego Szarego Anioła. Zwłaszcza tutaj, we Śnie, który Raguel sam stworzył dla siebie na Dole.

Uriel jednak się nie bał. Podobne czyny miały konsekwencje. Żaden Anioł nigdy nie położył Kresu drugiemu. Wszyscy jednak bali się tego, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że było ich niewielu, a Fae, z którymi toczyli niekończącą się wojnę, byli niezliczeni. Poza tym był przyjacielem Raguela.

– Pozwól mi wrócić do walki na Górze, a pokażę ci, jaki ze mnie defetysta – zapewnił jego gospodarz.

– Zasady są zasadami, Lodzie – zauważył Uriel. – Poniosłeś porażkę i teraz musisz czekać na swoją kolej. Chyba że chcesz przedyskutować tę sprawę z Michałem?

– Nie ma sensu zawracać mu głowy – odparł Raguel. – Któż jest jak on? Ale to zakończenie było niesprawiedliwe. To zniewaga dla wszystkich Aniołów! Ten cholerny, przerośnięty zwierzak przegryzł wpół moją Instrumentalność.

– Być może powinieneś być ostrożniejszy i nie obnosić się z nią, by zaimponować małpom – stwierdził Uriel. – Tak czy inaczej…

Jego głos ucichł. Anioł uświadomił sobie, że Raguel gapi się na niego. Nagle jego gospodarz odwrócił się, kierując spojrzenie ku swemu osobistemu horyzontowi.

Po lodowej tafli zmierzała ku nim naga kobieta. Wichry, które szalały tu wszędzie, pomijając tylko bliskie otoczenie Raguela i zaproszonego przez niego gościa, targały jej długimi blond włosami. To symulowane wrażenie wyraźnie sprawiało jej przyjemność, choć lodowate podmuchy z pewnością cięły jej bladą skórę z siłą rzeźnickich noży.

– Popatrz, kto idzie – wyszeptał Uriel.

– Cholera – warknął Raguel i zerwał się na nogi. – To piekielnie mnie wkurza. Co ty wyprawiasz, Afrodyto? Kto ci pozwolił wtarg­nąć do mojej przestrzeni?

– Jestem światem, Aniele Lodu – oznajmiła, podchodząc bliżej. – Chodzę tam, dokąd mi się podoba.

– Wolałbym, żebyś nie robiła tego pod taką postacią – poskarżył się Uriel. – To wydaje mi się… krępujące.

Uniosła brwi.

– Ludzka postać wprawia cię w zakłopotanie? Popatrz na siebie. A może chodzi o coś innego?

– Nie znoszę tej postaci – odparł Raguel. – Zwłaszcza gdy pojawia się na moich oczach nieproszona. Kochasz ludzi tak bardzo, że naprawdę lubisz przybierać ich kształt?

Podobnie jak jego przyjaciel, Uriel dostrzegał irytującą ironię w fakcie, że przypomina kształtem i zachowaniem ludzi, rozrastających się na Górze niczym trująca grzybnia. Taka jednak była jego natura. Natura wszystkich Szarych Aniołów. Stwórcy powołali je do istnienia jako swe wybrane sługi i nadali im taką formę, jaką uznali za stosowną. To samo dotyczyło samego Raju i wszystkiego, co na nim bytowało.

– To prawda – zgodziła się Afrodyta. – Kocham Raj i wszystko, co na nim żyje. Nawet ciebie, Raguelu, mimo że zachowujesz się jak ludzkie dziecko, które ma fochy.

Raguel usiadł z powrotem na lodowej wyniosłości i skrzyżował ręce.

– Skąd wiesz, jak się zachowują ludzkie dzieci? – zapytał z zasępioną miną.

– Obserwuję ludzi – wyjaśniła. – Też mógłbyś tego spróbować, zamiast przekraczać uprawnienia przyznane ci przez Stwórców.

Wkroczyła w zaklęty krąg ciszy, którym Raguel dla własnej wygody otoczył siebie i Uriela. Jej włosy stanęły dęba z trzaskiem elektrycznych ładunków, a w niebieskich oczach pojawił się ogień.

– Chwileczkę – sprzeciwił się Uriel. – To nie ja pragnę eksterminować wszystkich ludzi.

Zwróciła się błyskawicznie w jego stronę.

– To prawda. Chcesz zabić tylko większość.

– I kto to mówi? Sama wtrącasz się w ich sprawy, próbując im pomóc. Być może nie tylko my naruszamy granice tego, na co pozwolili nam Stwórcy.

– Nie robię nic w tym rodzaju. Stworzono mnie po to, bym broniła Raju, który jest dziełem Stwórców. Wam natomiast nakazano dbać o zachowanie w nim świętej Równowagi. Nie „pomagam” ludziom. Staram się powstrzymać wasze szalone pragnienie zniszczenia tego, co powołali do życia Stwórcy!

– To tylko piękne słowa – mruknął z goryczą ich gospodarz. – Pomogłaś swej ludzkiej zabaweczce, Karylowi, położyć haniebny kres mojej Krucjacie. Nawet jeśli nie przekroczyłaś w ten sposób ograniczeń, które na ciebie nałożono, w stopniu wystarczającym, by doprowadzić do własnego zniszczenia, i tak nadużyłaś swoich prerogatyw. Nie władasz Aniołami, Duchu Świata!

W odpowiedzi rozpostarła ramiona. Wokół Uriela i jego przyjaciela pojawił się Raj. Skute lodem pustkowie – widok bardzo rzadki na Górze – ustąpiło miejsca gęstej, bujnej zieleni, tu i ówdzie upstrzonej czerwienią, fioletem, bielą albo złotem kwiatów poras­tających polanę. Raguel krzyknął, poczuwszy dotyk ciepłego i wilgotnego tropikalnego powietrza – Uriel nie wiedział, czy z zaskoczenia, czy z bólu.

– Co ty wyprawiasz?! – krzyknął Anioł Lodu, zrywając się z miejsca i machając rękami. – Mój Sen!

– To prawda, że wami nie władam – przyznała Afrodyta. – Jestem jednak Opiekunką Świata. Od zewnętrznych warstw powietrza aż do samego jądra. I mam moc potrzebną, by wykonywać swą misję.

Raguel uniósł ręce nad głowę. Uriel pomyślał, że jego przyjaciel wyraźnie cierpi. Miał wrażenie, że to rozumie. Sam poczuł się zagrożony, co nie zdarzyło się żadnemu z Siedmiu od… no cóż, od czasu zakończenia wielkiej powierzchniowej wojny z Fae i ich bluźnierczymi ludzkimi sprzymierzeńcami. A także przerażających wydarzeń, do których doprowadziła.

– Opiekunko, proszę… – zaczął Raguel. – Proszę, ulecz mój Sen. Wyraziłaś już swoją opinię.

– Ale za słabo, by skłonić któregokolwiek z was do zmiany zdania.

Raguel zwiesił symulowaną głowę.

– Ja na pewno go nie zmienię – stwierdził Uriel. – Ale poprę prośbę przyjaciela. Jeśli zniszczysz jego lodowy zamek, nic przez to nie osiągniesz.

– Proszę bardzo.

Ponownie rozpostarła ręce. Lód, śnieg i wiatr wróciły, zastępując bujną zieleń, i po chwili wszystko wyglądało tak jak przedtem.

– Przykro mi, że nasze cele są sprzeczne – podjął Uriel, starając się grać rolę rozjemcy. Nawet on nie był pewien, co by się stało, gdyby Afrodyta z jakichś powodów postanowiła skasować Sen jego przyjaciela, gdy obaj nadal znajdowali się w jego środku. – Wiemy, że bez ciebie nie mielibyśmy świata, o którego Równowagę moglibyśmy dbać. Ale też zdajemy sobie sprawę, że obowiązują nas takie same ograniczenia jak ciebie. Ponieważ nikt z nas, ani Fundamentaliści, ani nawet Czyściciele, nie doprowadził mimo woli do własnego zniszczenia, musimy uznać, że nasze poczynania pozostają zgodne z wolą Stwórców.

– To długie i pokrętne rozumowanie – zauważyła Afrodyta.

– Ale przekonujące.

Nieboskłon nad nimi roztrzaskał przerażający, dźwięczny hałas.

Roztrzaskał go dosłownie. Uriel zauważył, że twarz Raguela wykrzywiła się w grymasie gniewu. Jego przyjaciel uniósł wzrok z wyraźnym niepokojem.

„Czyżby Fae znaleźli drogę wejścia? – pomyślał bliski paniki Uriel. – Nie tylko przedarli się przez nasze bariery, lecz również wtargnęli do osobistego azylu Raguela?” To by oznaczało, że jakiś indywidualny Faerie albo bezprecedensowa koalicja demonów stała się tak potężna, że mogłaby doprowadzić do eksterminacji Aniołów. A co za tym idzie – zagrozić zagładą całego Raju. To był najstraszliwszy koszmar każdego z Siedmiu.

Jednakże to, co przedarło się przez gęstą pokrywę chmur, jaką gospodarz Uriela nieustannie utrzymywał nad swoim Snem, tworząc symulację ciągłego dziennego zachmurzenia Świata na Górze, było lśniącym cudownym, złocistym blaskiem obiektem, podejrzanie przypominającym Urielowi waginę. Owo wrażenie wzmocnił jeszcze widok skrzydlatej postaci opadającej na ziemię przez świet­listy tunel.

Kobieta ponownie zadęła w swą złotą trąbkę pocztową. Uriel skrzywił się na ten dźwięk, a także na myśl o arogancji, która była jego jedynym źródłem, z uwagi na brak fizycznego oddechu.

– Mówcie o niej, co chcecie – odezwał się Uriel – ale Gabriel zawsze ma wspaniałe wejścia.

– Mówisz tak dlatego, że to jedna z waszych – oskarżył go Raguel. – Suka.

– Wiesz, że cię słyszę, Przyjacielu Bogów! – zawołała nowo przybyła, odsuwając trąbkę od ust. Śmiała się, ale Uriel wiedział, że to z pewnością nie musi być uspokajający znak.

Szczelina na firmamencie zamknęła się, pozostawiając po sobie morze skłębionych chmur, wyglądające tak samo jak przedtem. Uriel wiedział, że nie jest to efekt działania woli jego przyjaciela. Raguel sprawiał wrażenie równie rozgniewanego i zaniepokojonego aktem naprawy zasłony, jak i poprzednim afrontem, jakim było jej rozerwanie.

– Nie powinno cię tu być, Gabriel – oznajmił, gdy Anielica wylądowała przy nim na skrzydłach o rozpiętości jak u smoka długogrzebieniowego. Które natychmiast zniknęły. – Niech to szlag.

Uriel zdawał sobie sprawę, że nie chodziło tylko o etykietę. Sen Anioła powinien być nienaruszalny, nie tylko jako wyraz uprzejmości między równymi sobie, lecz również de facto. Wtargnięcie Afrodyty było irytujące, lecz można się go było spodziewać, bo w końcu to z jej substancji budowali swe sny.

Jednakże sama natura indywidualnego królestwa Raguela, będącego częścią wspólnego Snu, jakim był Świat na Dole, powinna czynić je niedostępnym dla innych duchów – czy to Fae, czy Szarych Aniołów.

– Chyba nie sądziłeś, że uda ci się zabronić mi wstępu, mój drogi Raggy? – zapytała Gabriel. Widziana z bliska miała piękną, kremową cerę, prosty nos, niebieskie oczy oraz lekko kręcone, rudoblond włosy opadające na ramiona kirysu, który włożyła na żółtą koszulę i brązowe nogawice. Brązowy był kolorem jej patronki, Mai, Królowej Stwórców. Uriel uważał, że jest uderzająco piękna. To był kolejny powód resentymentów Siedmiu, niezadowolonych z tego, że ich standardy piękna są odbiciem upodobań małp mieszkających na Górze.

Podejrzewał też, że w obecnej chwili Raguela dręczy szczególny ból półboskiej dupy z powodu tego, że Gabriel jako jedyna z Szarych Aniołów mogła bez końca zachowywać piękny wygląd, wędrując po powierzchni. Gdy sam zwołał swą nieudaną Krucjatę Szarych Aniołów i stanął na jej czele, piękne ciało, w którym zamknął swoją Instrumentalność, musiało się szybko rozłożyć do swej podstawowej formy, która była… czymś zupełnie innym, choć z pewnością robiła wrażenie na śmiertelnikach.

– Nie tylko Afrodyta może chodzić, dokąd tylko zechce – oznajmiła Anielica.

– Nawet do Dysonansu? – zapytał Raguel.

Uriel skrzywił się, zniesmaczony gafą przyjaciela. Oczy Gabriel dosłownie zapłonęły białoniebieską furią. Wyglądały jak bramy prowadzące do wnętrza gwiazdy superolbrzyma.

Rzecz jasna wszyscy oni potrafili dokonać tej sztuczki, ale Szarych Aniołów nie stworzono równymi. Gabriel ustępowała mocą tylko ich królowi, Michałowi. To jednak było zanim – o czym tak nietaktownie wspomniał Raguel – doszło do jej uwięzienia w Venusbergu, znienawidzonym królestwie Fae. A także po tym, co wtedy uczyniła, ponoć zaczarowana przez nich.

– Nie… nie… – zaczął Raguel, ale umilkł i rozejrzał się wkoło niczym szaleniec, jakby jakiś nałożony przez Stwórców przymus przykleił jego język do tyłu zębów. Aniołom trudno było przepraszać.

Wtem między nimi pojawiła się mniejsza postać.

– Spokojnie, dzieci – rzekła Afrodyta z pogodą i stanowczością godnymi matki.

– Zejdź mi z drogi, boska dozorczyni – warknęła Gabriel. W jej kręconych włosach, które zaczęły się unosić nad ramiona kirysu, zamigotały niebieskie błyskawice.

– Proszę bardzo, uderz we mnie piorunem, moja droga Gabi, jeśli poczujesz się od tego lepiej – rzekła z uśmiechem Afrodyta.

Gabriel odsłoniła zęby w groźnym grymasie, ale łuna przygasła, błyskawice umarły, a włosy wróciły na swoje miejsce.

Uriel zerknął na Raguela, który potrząsnął z ulgą głową. Żadne z nich, być może nawet sama Czarownica Świata, nie wiedziało, co by się wydarzyło, gdyby któryś z Aniołów skierował swą pełną niszczycielską moc przeciwko Afrodycie. Zapewne nic, ale to był również najlepszy możliwy scenariusz. Wszystkie pozostałe były niewyobrażalne, przynajmniej dla niego.

– Spróbujmy się wszyscy uspokoić – zaproponowała Afrodyta, po czym odwróciła się i spojrzała prosto na Gabriel.

– Przyjaciółko Bogów, czemu wtargnęłaś tu tak gwałtownie? Dla Szarych Aniołów procedury mają wielką wartość. Z pewnością nie potraktowałaś swego biednego brata tak nieuprzejmie tylko dla efektownego wejścia?

– Nie lekceważ jej próżności – wyszeptał Uriel.

Gabriel się roześmiała. Jej śmiech zaniepokoił Uriela. On również był znakiem niebezpieczeństwa. Jak prawie wszystko, co robiła po powrocie do owczarni. Zważywszy na wszystko razem, wolał jednak śmiech od błyskawic i upiornej poświaty.

– Procedury są w porządku – zgodziła się Anielica. – Dają chłopakom coś, co wypełnia im kolejne cykle. Chciałam jednak zwrócić uwagę na fakt, że nawet jeśli sławetny plan Raguela się nie powiódł, to jeszcze nie znaczy, że ja i Zerachiel również przegraliśmy. Wiemy, co musimy uczynić dla dobra Raju i świętej Równowagi. I zrobimy to bez względu na twoje ingerencje oraz sentymentalne sprzeciwy Uriela, Remiela i Rafała.

– Czy nie powinniście omówić tej sprawy z Michałem? – zapytał Uriel. – On się zgadza, że teraz moja kolej.

Gabriel roześmiała się znowu. Następnie spojrzała na Afrodytę, która odsunęła się, by odtworzyć krąg dyskusji.

– Co zaś do ciebie, moja droga, odpowiedź brzmi prosto. Jeśli Stwórcy nie chcą, żebyśmy eksterminowali ludzi, będą musieli sami nam to powiedzieć.

– Jak śmiesz grozić zniszczeniem dzieła Stwórców?

Afrodyta również zasępiła się groźnie, choć bez pirotechniki, jaką prezentowała Gabriel.

Anielica potrząsnęła włosami barwy ognia.

– Kto cię uczynił naszą władczynią? Jesteś tylko techniczką. Twoim zadaniem jest nie dopuścić, by słońce spaliło ziemię i zagotowało morze. My jesteśmy wybranymi sługami Stwórców. Być może pora już, by ktoś ci pokazał, gdzie twoje miejsce.

Głęboko zaniepokojony Uriel stanął między nimi.

– Chwileczkę – rzekł, mając nadzieję, że jego głos zabrzmiał uspokajająco. – Wiesz, że nie odważymy się skrzywdzić Afrodyty z obawy przed zakłóceniem świętej Równowagi, a może nawet przywróceniem światu postaci Piekła.

Rzecz jasna mógłby powiedzieć więcej. Czuł na koniuszku wirtualnego języka kolejne słowa. Bestie, które zrodziły się z chaosu i żyły tylko po to, by go szerzyć, nie znając miłości ani nie poczuwając się do lojalności wobec siebie nawzajem czy wobec innych stworzeń, Fae, którzy nadal niemal bez wyjątku mieli ten sam wspólny cel: przywrócenie światu postaci, jaką miał, nim przebudowali go Stwórcy.

„Podobno to ja jestem tutaj dyplomatą – pomyślał Uriel. – Nie powtórzę błędu Raguela, wspominając o oprawcach Gabriel”.

– Jak nam uprzejmie przypomniałaś – rzekła do Anielicy Afrodyta – wszyscy mamy zadania, do których nas stworzono. Moim zadaniem jest obrona Raju i wszystkich żyjących na nim stworzeń, a także opieka nad nimi. Nie chcę, by kiedykolwiek go zniszczono.

Przez moment dwie pary oczu wpatrywały się w siebie – zieleń morza i bezlitosny błękit nieba odsłoniętego na moment przez rozdarcie w stroju dnia, jakim były chmury.

– Czy zatem płaczesz nad mrówką rozdeptaną przez tytana gromu? – zapytała z drwiną w głosie Gabriel. Jednakże Afrodyta mówiła teraz znacznie ciszej, choć niekoniecznie łagodniej.

– Tak.

– No cóż – ciągnęła Anielica. – Uczyniłam już to, po co tu przybyłam. Zawiadomiłam was, że nie zamierzam spokojnie czekać na swoją kolej, by przywrócić porządek w świecie, którego strzeżemy.

– A ja zawiadomiłam cię, że ci na to nie pozwolę – odparła miłym tonem Afrodyta.

– Chwileczkę – odezwał się żałośnie Uriel. – A co ze mną? Wszyscy uzgodniliśmy to przedtem. Czyściciele mieli swoją szansę. Teraz my, Fundamentaliści, spróbujemy to zrobić po swojemu. Przygotowywałem się do tego przez miliardy cykli. Nie możecie po prostu tego zdeptać.

Gabriel znowu się uśmiechnęła.

– Przekonasz się, Ogniu Bogów.

– Wasza Wysokość, czy mogę zamienić z tobą słówko? – odezwał się mężczyzna w czarnym cylindrze głosem gładkim jak oliwa z oliwek. Mówił z silnym greczyńskim akcentem.

Montserrat Angelina Proserpina Telar de los Ángeles Delgao Llobregat zatrzymała się pośrodku korytarza. Panował tu półmrok, jedynym źródłem światła były palące się w ulokowanych w równych odstępach niszach lampki wypełnione palmowym olejem.

„Mówisz do mnie?” – zadała w myśli pytanie. Choć, formalnie rzecz biorąc, była księżniczką, nazywano ją infantką imperialną, co znaczyło, że nie była dziedziczką ojca. Tytuł „alteza” rezerwowano z reguły dla jej starszej siostry Melodíi. Tak przynajmniej postępowali szlachetnie urodzeni, a Montse była przekonana, że troje emisariuszy bazyleusa Nikephorosa z Trebizonu z pewnością się do takich zalicza.

Srebrna Mistral, ulubiona fretka dziewczynki, odskoczyła w bok, jakby chciała zagrodzić drogę trojgu cudzoziemców, którzy nagle pojawili się w drzwiach prowadzących z korytarza do pomniejszej jadalni w ogromnym gmachu Pałacu Świetlików. Zwierzątko nastroszyło srebrzystą sierść i uniosło czarny ogon, ostrzegając ich, by nie podchodzili bliżej. Zignorowali stworzenie, choć kobieta obrzuciła je spojrzeniem czarnych od kohlu oczu.

– W czym mogę wam pomóc, señoras y señores? – zapytała Claudia. Wysoka kobieta z nitkami siwizny w długich, ciemnych włosach była przełożoną pałacowej służby i przyjaciółką Montse.

Infantka wymknęła się swym strażnikom, by towarzyszyć Claudii w porannych obowiązkach. To często się jej zdarzało.

– Jesteśmy w korytarzach dla służby. To nie miejsce dla szlachetnie urodzonych, takich jak ty.

Niższy z mężczyzn odezwał się pierwszy. W przeciwieństwie do większości trebskich mężczyzn miał gładko ogoloną twarz. Jego wydatna żuchwa była kanciasta jak drzwi. Zdaniem Montse wyglądał na kogoś, kto często zgrzyta zębami.

– Jej Wysokość jest tutaj – zauważył rozsądnie. Dobrze mówił po spaniolsku, pomimo akcentu.

– Infantka mieszka w pałacu, panie. Chodzi tam, dokąd zechce.

Jakby przypadkiem Claudia przesunęła się, stając między Montse a intruzami. Choć dziewczynka raczej zdziwiła się, niż przestraszyła ich widokiem, cofnęła się, uniosła Mistral i przytuliła ją do płóciennej koszuli. Rankiem ubiór był biały, ale już zdążył się pobrudzić. Rzecz jasna pamiętała, by oprzeć długą tylną część ciała przyjaciółki na złożonej w miseczkę dłoni. Nie chciała zrobić krzywdy fretce.

– Jesteśmy tu już od wielu miesięcy, czekając, aż cesarz udzieli odpowiedzi na naszą prośbę – oznajmiła szlachetnie urodzona kobieta z wyniosłością niezwykłą nawet u grandezy. Montse zdecydowała, że jej nie lubi. – To znaczy, że my również tu mieszkamy. A jako szlachetnie urodzeni kapłani z Trebizonu oraz posłowie bazyleusa, my także chodzimy, dokąd chcemy.

– Nie w El Palacio de las Luciérnagas – sprzeciwiła się Claudia, nadając swemu głosowi twardszy ton. – Pozwólcie, że wezwę książęcą straż, żeby odprowadziła was do… bardziej odpowiednich pokojów.

– Proszę – nie ustępował gładko ogolony mężczyzna. – Musimy porozmawiać z tym dzieckiem.

– Nie – odpowiedziała Claudia.

Wtedy właśnie zaczęły się dziać okropne rzeczy, tak szybko, że Montserrat omal się nie udławiła na ten widok.

Trebizońska dama spoliczkowała Claudię. Niemalże dorównywała jej wzrostem, nawet pomijając cylinder, i – o ile Montse potrafiła to ocenić – pod wieloma warstwami zdobnych szat była równie szczupła jak ona. Głowa służącej odskoczyła do tyłu po nieoczekiwanym ciosie.

Claudia odwróciła się bez wahania i zdzieliła szlachciankę w twarz. Ciężko pracowała przez całe życie i była silna. Co więcej, wychowywała się w nadmorskiej dzielnicy La Merced, wielkiego portu nad La Canal, zbudowanego u stóp wzgórza, na którym stał pałac, umiała więc się bić. Trebizonka zatoczyła się na ścianę.

Ale natychmiast odzyskała równowagę. Spod grubych warstw swego dziwacznego stroju wyciągnęła sztylet i pchnęła Claudię pod prawą piersią, przebijając cienką bawełnianą bluzkę. Służąca znieruchomiała na moment, a potem się cofnęła. Jednakże zamiast zgiąć się wpół, jęczeć z bólu albo wręcz osunąć się na posadzkę, czego spodziewała się przerażona Montse, Claudia spróbowała zadać kapłance kolejny cios.

Brodacz złapał ją od tyłu za ramię, powstrzymując uderzenie. Drugą dłoń zacisnął na jej lewym ramieniu.

Claudia sięgnęła pod pas ze skóry nosoroga, podtrzymujący jej długą, brązową spódnicę. Zwykła nosić za nim wszelkie przedmioty, jakich mogła potrzebować przy pracy. Nadal swobodną lewą dłonią wyciągnęła stamtąd długi rzeźnicki nóż i uderzyła nim za siebie, opuszczając rękę. Brodaty mężczyzna wciągnął powietrze, a potem pisnął, gdy nóż zagłębił się w jego brzuchu po rękojeść.

Zgiął się z jękiem wpół, ale nie puścił nadgarstka Claudii. Trebizonka podeszła do niej i zaczęła uderzać ją nożem raz po raz, szybko jak dziobiący ptak. Montse straciła rachubę uderzeń.

Uświadomiła sobie, że krzyczy na nich, żeby przestali krzywdzić jej przyjaciółkę. Cofnęła się pod ścianę naprzeciwko wylotu bocznego korytarza, z którego wyłoniło się troje intruzów.

Bluzka Claudii zmieniła się w wilgotną czerwoną masę. Służąca spojrzała w oczy Montse.

– Uciekaj! – powiedziała bezgłośnie. Wszystkie jej zęby miały czerwone otoczki. Montse wiedziała, że ten widok nie przestanie się jej śnić, dopóki zdoła pozostać przy życiu.

Zobaczyła, że z oczu jej przyjaciółki ucieka życie. Głowa Claudii opadła w bok. Jej ciało oklapło. Brodaty, nadal jęczący z bólu, puścił jej rękę i Claudia padła na podłogę w kałuży krwi i smutku.

Gładko ogolony mężczyzna podszedł do Montse.

– Chodź z nami, dziecko. Nie skrzywdzimy cię.

– Tak samo jak nie skrzywdziliście mojej przyjaciółki?! – zawołała Montse, raczej z gniewem niż z żalem. Zwróciła się w stronę tajnego przejścia po lewej stronie. W całym pałacu było ich mnóstwo.

I wpadła prosto na wysokiego mężczyznę odzianego w aksamitny wams z rozcięciem oraz pantalony włożone na nogawice. Wszystko to było czarne. Nieznajomy złapał ją, odwrócił i przycisnął do swych szczupłych, muskularnych nóg.

Kątem oka zauważyła, że wejście do tajnego tunelu, zamaskowane jako nisza, w której stoi lampa, jest otwarte. „Jakiś sługa nas zdradził! – pomyślała z przerażeniem. – Jeden z moich przyjaciół”.

Otworzyła usta, by krzyknąć o pomoc. To nie było dla niej naturalne zachowanie. W przeciwnym razie zrobiłaby to już dawno. Napastnik zasłonił je ręką.

– Co wyście zrobili, idioci? – zapytał. – Wszystko zależy od tego, czy uda się nam uniknąć przemocy.

Kobieta, której ciemne szaty nasiąkły krwią w niemal takim samym stopniu jak bluzka Claudii, tyle że na nich było to mniej widoczne, machnęła wąskim sztyletem i warknęła coś w swym ojczystym języku.

– Była tutaj cenioną służką i przyjaciółką małej księżniczki – odpowiedział mężczyzna po spaniolsku. – Jej pracodawca, książę Heriberto, będzie wściekły, kiedy się dowie, że została zamordowana w jego własnym pałacu.

– I tak się wściekną, kiedy usłyszą o porwaniu księżniczki – odparł bezbrody. – Poza tym zachowała się zuchwale wobec lady Paraskeve.

Montse bywała już świadkiem przemocy. Chodziła na turnieje, choć nigdy z własnego wyboru. Widziała, jak mężczyźni i kobiety odnosili rany, a ostatnio ujrzała nawet przypadkową śmierć starszego wiekiem rycerza. Ale nigdy dotąd nie widziała śmierci kogoś, kto był jej bliski. I nigdy nie spotkała się z przemocą skierowaną bezpośrednio przeciwko niej.

Gdy nieznajomy ją pochwycił, była wstrząśnięta. To było jak gwałt. Na moment znieruchomiała w panice.

Ale szybko wzięła się w garść i ugryzła zamykającą jej usta rękę. Mocno.

– Au – mruknął napastnik, ale cicho. – Zasłużyłem na to, bo dałem się zaskoczyć.

Przesunął rękę, tak że nadal zatykała jej usta, ale Montse nie miała szans znowu go ugryźć. Następnie odwrócił się i popchnął księżniczkę ku jednemu z dwóch wielkich jak nosorogi mężczyzn – sądząc po wyglądzie i stroju miejscowych – którzy właśnie wyszli z nieszczególnie tajnego przejścia.

– Uważaj na jej zęby, Diego. Są ostre. A ona jest szybka i wojownicza.

Łapsko Diega było tak wielkie, że zęby Montse nie mogły znaleźć punktu zaczepienia. Kopnęła go z pasją bosą piętą.

– Au! Moja łydka!

Krwiożercza lady Paraskeve schowała sztylet i wskazała na Mistral, która nastroszyła sierść, syczała wściekle i szarpała się w objęciach księżniczki.

– Zabierzcie jej to wstrętne zwierzę i zabijcie je.

– Nie! – spróbowała krzyknąć Montse, ale oczywiście wydała z siebie tylko stłumiony pisk oburzenia.

Przekonała się, że bezsilność zwiększa tylko jej furię. To jednak w niczym jej nie pomogło w starciu z siłą oraz odpornymi łydkami Diega.

– Nie – sprzeciwił się mężczyzna, który ją złapał. Był wysoki – być może dorównywał wzrostem biednej Claudii – i smukły jak taliański rapier, który nosił u pasa modnego stroju. Miał też krótko przystrzyżone siwe włosy i brodę. Montse widziała go w zeszłym tygodniu na dworze. Kilka kobiet, a także paru mężczyzn zauważyło, że jest bardzo przystojny. Co więcej, nie wszyscy z nich byli służącymi.

Zaczął mówić coś po greczyńsku. Montse nie rozumiała ani słowa.

– Śmiesz mi się sprzeciwiać? – warknęła po spaniolsku Paraskeve. – Za kogo się uważasz, Dragosie?

– Za wynajętego przez waszych mocodawców specjalistę, który ma nie pozwolić wam wszystkiego zepsuć – odpowiedział Dragos nadal spokojnym głosem. – Niestety, to mi się nie udało, co oznacza, że potrzebujecie mnie jeszcze bardziej, jeśli chcecie się wydostać z tego pałacu, nie wspominając już o Cesarstwie, nie tracąc głów. A także za kogoś, kto przedsięwziął środki mające go zabezpieczyć przed zdradą z waszej strony. Mam na myśli między innymi odpowiednie umowy z waszymi mocodawcami.

– Zostaw to, Paraskeve – odezwał się gładko ogolony mężczyzna. – Możesz chodzić, mój drogi Stamatiosie?

– Nic mi nie jest. – Płaczliwy ton zapytanego zadawał kłam jego słowom. Stamatios przyciskał dłoń do krwawiącego brzucha. – Dam radę iść.

Kiedy mówił, krew wypływała mu z ust, plamiąc jego brodę. Montse nie czuła przerażenia. Chciała, żeby umarł.

Postąpił krok naprzód i kolana natychmiast ugięły się pod nim. Nie runął na podłogę tylko dzięki temu, że osunął się na wilgotną kamienną ścianę.

– Musimy go zostawić – stwierdził Dragos. – Zabij się – rozkazał. – Spowalniałbyś nas, a na to nie możemy sobie pozwolić. Jeśli nas złapią, książę Heri łatwo może zapomnieć o Prawie Stwórców zabraniającym tortur, a co gorsze, nasi mocodawcy mogą być z nas bardzo niezadowoleni, a oni w ogóle rzadko przejmują się Prawem.

– Nie możesz… – zaczął brodaty Stamatios. Ujrzawszy wyraz twarzy Dragosa, spojrzał na swego towarzysza. – Błagam, Akakiosie. Powiedz mu, że nie może…

Dragos podszedł stanowczym krokiem do rannego, który tymczasem zdołał stanąć mniej więcej prosto. Mężczyzna walnął go brutalnie wierzchem prawej dłoni w dół brodatej żuchwy. Szczęki Stamatiosa uderzyły o siebie z głośnym trzaskiem. Montse wzdrygnęła się mimo woli.

Kapłan szarpnął się gwałtownie. Jego czarne oczy otworzyły się szeroko. Dragos przycisnął go obiema rękami do ściany. Usta Stamatiosa poruszały się gorączkowo, jakby próbował odgryźć kawałek powietrza, a jego ciało ogarnęło drżenie, jakby miał się rozpaść na kawałeczki.

Twarz rannego przybrała czerwoną barwę rozżarzonego w kuźni żelaza. Montse nigdy dotąd nie widziała takiego koloru u człowieka. Kapłanem targnął spazm tak gwałtowny, że księżniczka pomyślała, iż kości mu popękają. Potem zrobił się bezwładny, tak samo jak Claudia.

Dragos puścił jego ręce i się odsunął. Stamatios zwalił się twarzą na kamienną posadzkę.

„On nie żyje” – pomyślała Montse. Z jakiegoś powodu wstrząs­nęło to nią bardziej niż śmierć przyjaciółki. „Chciałam, by to się stało. Cieszę się z tego. Dlaczego czuję się tak paskudnie?”

W jej żołądku wezbrały mdłości. Spróbowała się zmusić do wymiotów. „To by pokazało temu głąbowi. Ośmielił się zatkać mi usta swoją brudną łapą!” Niestety, jej wysiłki zakończyły się niepowodzeniem.

Dragos odsunął się od trupa i poprawił wyposażone w dyskretne falbanki mankiety czarnej, jedwabnej bluzy.

– Te zatrute zęby, w które uparli się was zaopatrzyć wasi mocodawcy, czasami się przydają – wymruczał do dwojga ocalałych emisariuszy. – Chodźcie. Nie traćmy więcej czasu.

Skinął głową do Diega i jego towarzysza. Montse nie mogła go zobaczyć, ale wyczuwała w pobliżu jego obecność.

– Nie bój się bardziej niż to konieczne, mała księżniczko – rzekł jej Dragos, gdy Diego zdjął rękę z jej ust. Zaczerpnęła głęboko powietrza, żeby krzyknąć, lecz nagle jej oczy przesłoniła ciemność.

Serce Montse omal nie wyskoczyło z piersi z przerażenia. „Oślep­łam! Nie mogę oddychać!” Nagle jednak poczuła na nosie dotknięcie szorstkiej tkaniny i uświadomiła sobie, że naciągnięto jej na głowę gruby worek.

– Musimy cię dostarczyć całą i zdrową, jeśli sami chcemy tacy pozostać – usłyszała gładki baryton Dragosa. – Pamiętaj o tym, gdy zioła zawarte w worku pomogą ci spokojnie zasnąć.

„Zioła?” – pomyślała. Trudno jej było sobie przypomnieć, co znaczy to słowo. Zakręciło jej się w głowie.

I ciemność pochłonęła ją całą.

– Młoda kobieto, twój ojciec jest potępiony!

Powietrze, szum kołyszącego się na wietrze lasu, blask wieczoru i silne emocje – wszystko to jednocześnie wypełniło świat Montse, gdy zerwano kaptur z jej głowy. Targały nią na przemian gniew, żal, strach, dezorientacja i znowu gniew. Wszystkie te uczucia walczyły ze sobą zażarcie o przywilej uformowania pierwszego słowa, które wydobędzie się z jej ust, gdy Montse znowu ujrzy porywaczy.

– Słucham? – powiedziała jednak tylko.

– Cesarz jest potępiony! – krzyknęła kobieta, która zamordowała Claudię. Jej oblicze dzieliło od twarzy księżniczki tylko kilka centymetrów. Twarz miała pomalowaną niemal na biało, z różowymi plamami na policzkach. Pory jej skóry wydawały się ogromne na ich tle. – Sam się potępił! Nie dosyć, że znieważył w skandaliczny sposób bazyleusa, nawet nie racząc odpowiedzieć na jego prośbę o rękę twojej siostry dla naszego następcy tronu, to jeszcze sprzeciwił się woli samych Stwórców!

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Montse odpowiedziała po spaniolsku, ponieważ w tym języku mówiła kobieta, posłużyła się jednak angleskim idiomem, który kiedyś wyczytała. Przetłumaczyła go od ręki i pomimo sytuacji poczuła się dumna z siebie. Przeczytała bardzo wiele ksiąg i traktatów po anglesku. Kochała wszystko, co wiązało się z wyspiarskim królestwem, niemal równie mocno jak książę Heriberto, władca Księstwa Paszczy Tyrana i pan Pałacu Świetlików.

– Ma na myśli to, że właśnie dotarła do nas wiadomość, że armia twojego ojca rozbiła Krucjatę Szarych Aniołów w bitwie stoczonej w zachodniej Francii, nieopodal granic hrabstwa Providence – odpowiedział mężczyzna zwany Dragosem. – Najwyraźniej zdołał sprytnie załatwić Raguela, a po utracie Szarego Anioła horda rozpadła się jak melon, który spadł na bruk.

Morderczyni zwróciła ku niemu białą twarz wykrzywioną w grymasie gniewu.

– Bluźnierco! Jak śmiesz żartować ze śmierci jednego ze sług Stwórców?

– Które z nas dopuszcza się bluźnierstwa, Paraskeve? – wyszeptał z całkowitym spokojem Dragos. – Ja czy ty, która wyobrażasz sobie, że Szarego Anioła można zabić tak łatwo?

Wyjął z rękawa jedwabną chusteczkę i otarł ślinę kobiety z siwej brody oraz ogorzałej od słońca skóry policzka.

Montse zdążyła już odzyskać orientację. Zawleczono ją na polanę w lesie porastającym wzgórza ciągnące się w głąb lądu od Pałacu Świetlików i wielkiego portu La Merced. Owady brzęczały i grały pośród drzew, między ich gałęziami na górze, a także w wonnych paprociach u jej stóp. Nad prawym ramieniem szalonej kobiety księżniczka zauważyła latającą wiewiórkę, która przeskoczyła z gałęzi na gałąź, łapiąc w locie nosorogowego gza wielkości kciuka dorosłego mężczyzny.

„To ta sama polana, na którą zabrałyśmy Melodíę i Pilar, kiedy Claudia pomogła mi wydostać siostrę z pałacu – pomyślała Montse. – Albo bardzo do niej podobna”. Dwie karety o zasłoniętych oknach oraz grupka koni czekały już na nich u podstawy gaju wyniosłych sosen o żółtych pniach. Pierwsze konary odchodziły od nich dopiero na wysokości około dziesięciu metrów.

Nagle powróciło do niej wspomnienie Claudii, brutalnie zamordowanej na jej oczach. Poczuła ucisk w żołądku. Oczy zaszły jej łzami.

– Potwory! – wrzasnęła. – Książę Harry każe was wszystkich ściąć! Zabiliście moją przyjaciółkę!

– Naprawdę? – zainteresowała się kobieta o rozczochranych włosach i udręczonym spojrzeniu. Montse widziała ją raz czy dwa w pałacu, razem z innymi. Najwyraźniej porywacze spotkali się po drodze z resztą trebizońskiego poselstwa.

Montse przyjrzała się twarzy nieznajomej. Jej makijaż był nieco mniej błazeński niż u Paraskeve. „Powinnam zapamiętywać każdy szczegół – powiedziała sobie. – To pomoże mi uciec. Nie wiem, gdzie i kiedy to się zdarzy, ale muszę być gotowa”.

– To nie był nikt ważny, Tasoulo – odparła Paraskeve. – Tylko służąca.

– Zabiła Stamatiosa – dodał dźwięcznym, niskim głosem przywódca. Montse przypomniała sobie, że ma na imię Akakios.

– Nieprawda. To był ten siwobrody! I słusznie mu się należało!

– Doprawdy – sprzeciwił się Dragos – mówisz, jakbym był starcem. Miej wzgląd na moją próżność.

– Gdzie jest Misti? – pisnęła księżniczka, przypominając sobie drugą przyjaciółkę, która jej towarzyszyła.

– Jest bezpieczna – zapewnił Dragos, unosząc worek, w którym coś szamotało się gwałtownie. – Gryzie. Dlatego ją również musieliśmy wsadzić do worka. Podobnie jak ty ma bardzo ostre zęby.

Montse wyciągnęła rękę, z zaskoczeniem zauważając, że nie jest związana. Ujęła ostrożnie worek tuż przy jego szczycie. Słyszała stłumione skrzeczenie rozwścieczonej Srebrnej Mistral. Rozwiązała sznurek i ostrożnie wsadziła rękę do środka. Szczęście jej sprzyjało. Znalazła miękki, futrzasty kark Misti, nim fretka zdążyła zatopić zęby w jej dłoni. Księżniczka ścisnęła luźną skórę, delikatnie, lecz stanowczo, i wyjęła zwierzątko na zewnątrz. Misti natychmiast przestała się wyrywać. Rozluźniła się, jak zwykle robią fretki, jeśli je ująć w ten sposób.

– Jestem z tobą, kochanie – uspokoiła ją Montse. – Nie pozwolę złym ludziom cię skrzywdzić.

– Jeśli już o tym mowa – odezwał się Dragos – muszę przypomnieć pozostałym, że zgodziliśmy się zachować ją dla ciebie bez szkody, księżniczko. Mam nadzieję, że kiedy książę Paszczy Tyrana każe uciąć mi głowę, nie zapomnisz poprosić go, by katowski topór był dobrze naostrzony.

Gdy tylko Mistral ujrzała swego ukochanego człowieka, szybko się uspokoiła. Montse oparła jej porośnięty futrem tyłek na złożonej w miseczkę dłoni i wsparła na piersi długie, wąskie ciało stworzenia.

Potem łypnęła ze złością na porywaczy. Byli tu wszyscy, których widywała w pałacu, pomijając zabitego, rzecz jasna. Do dwojga ocalałych – trojga, jeśli liczyć Dragosa, który nie wyglądał na Trebizończyka, albo pięciorga, razem z dwoma miejscowymi zbirami – dołączyło trzech innych mężczyzn oraz rozczochrana kobieta. Wszyscy trebizońscy emisariusze mieli smagłą cerę – jeśli chodzi o Paraskeve, Montse mogła to rozpoznać po dłoniach – a także czarne oczy i włosy. Nic z tego nie było w Spanii czymś niezwykłym, ale księżniczka miała wrażenie, że wszyscy różnią się nieco wyglądem od jej paisanos, nawet szlachetnie urodzonych.

– Jesteście źli – oznajmiła z największą pogardą, na jaką mogła się zdobyć. Szczerze mówiąc, nie była zbytnio przyzwyczajona do jej wyrażania. Wiedziała, że otaczający ją dorośli – zwłaszcza ci, którym ojciec powierzył zadanie opieki nad nią i powściągania jej wybryków w choć niewielkim stopniu – są z reguły od niej głupsi. Nie uważała jednak, by to był powód, żeby nimi gardzić. Jeśli się nad tym zastanowić, bardziej wskazana byłaby litość. Teraz jednak spróbowała spojrzeć na sprawę z innej perspektywy, jak pisano w jej ukochanych angleskich romansach. – Co więcej, wszyscy jesteście szaleni, jeśli myślicie, że będę się smuciła, bo mój ojciec wygrał bitwę!

– Nie wszyscy z nas tak sądzą – zapewnił Dragos. – Może poczujesz się lepiej, jeśli ci powiem, że dowiedzieliśmy się również, że twoja siostra Melodía żyje i pogodziła się z ojcem.

To powstrzymało Montse. Rzeczywiście poczuła się lepiej. No jasne! Okropnie niepokoiła się o siostrę, odkąd aresztowano ją pod fałszywym zarzutem spiskowania przeciwko ojcu. Ten niepokój zwiększył się jeszcze, gdy nadeszły wieści, że w Providence, dokąd udała się Melodía, rzeczywiście zaczęła się Krucjata Szarych Aniołów. Obawiano się jej, ale uważano ją za mało prawdopodobną. To była cudowna wiadomość.

Ale Montse nadal była wściekła bardziej niż kiedykolwiek w życiu.

Zamyśliła się. Rzadko posługiwała się brzydkimi słowami, uważając je za przejaw lenistwa i niechlujności. A obu tych rzeczy szczerze nie znosiła.

„Ale czasami…” – powiedziała sobie. Zaczerpnęła głęboki oddech.

– Pierdolę was! – zawołała, a potem odwróciła się i pobiegła w stronę lasu ile sił w nogach.

Rzecz jasna jeden ze spaniolskich zbirów złapał ją już po kilkunastu krokach. Wsadził ją sobie pod pachę i zaniósł księżniczkę – wierzgającą, piszczącą, machającą trzymaną w ręce Mistral i rozpaczliwie próbującą gryźć – do jednej z oczekujących karet.

Niemniej Montse cieszyła się, że podjęła próbę. „Tym razem się nie udało – pomyślała. – Ale nie dam za wygraną”.

Doszła do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli porywacze będą ją lekceważyli jako rozhisteryzowanego bachora. Zalała się łzami.

Zaniepokoiło ją jednak, że przyszło to jej tak łatwo.

A po kilku spazmatycznych oddechach nie musiała już udawać.

Część druga

Pokłosie

Rozdział 1

Hada, Fae – albo demonio, demon. Pojedynczy osobnik nosi nazwę Faerie. Rasa złych, nadprzyrodzonych istot, które sprzeciwiają się woli Stwórców i swymi pokusami wiodą ludzkość ku zgubie. Wspólnymi siłami ludzie, Szare Anioły i sami Stwórcy pokonali Fae, którzy próbowali podbić cały Raj, podczas straszliwej Wojny Demonów. Słyną ze swych sztuczek, które niekiedy bywają okrutne, oraz z upodobania do zawierania paktów ze śmiertelnikami i śmiertelniczkami. Zawsze dotrzymują umowy, ale rzadko w oczekiwany sposób.

Opisanie Raju dla doskonalenia umysłów młodzieży

CESARSTWO NUEVAROPY, FRANCIA,

ARCHIDUCHÉ DU HAUT-PAYS

– Lordzie Karylu, jestem twoją śmiercią.

Syczący głos błyskawicznie obudził Karyla Bogomirsky’ego. Nim zdążył ocknąć się w pełni, stoczył się już z polowego łóżka ustawionego w bogato urządzonym namiocie, spadając na piękny ovdański dywan rozłożony na płóciennej podłodze. Bez potrzeby namysłu przetoczył się, zerwał na nogi i zwrócił w stronę łóżka. Pojawiły się żółte płomienie i buchnął cuchnący dym, ale trwało to krótko. Workowaty płócienny materac wypchany piórami dręczyciela nie palił się łatwo.

Po jego drugiej stronie coś unosiło się w powietrzu. Karyl widział tylko bezkształtną, kipiącą plamę świateł i cieni, kątów i form, kształtów i pustki. W jednej chwili wyglądała jak piękna naga kobieta o fioletowej skórze, w następnej jak miniaturowy trójrożec, ciernisty krzew, czarne tornado, mężczyzna o głowie mitycznego zwierzęcia z Domu, zwanego baranem, mającego dwa wielkie, zakrzywione rogi, a jeszcze później jak skupisko trójkątów o barwach podstawowych, przypominające odłamki stłuczonego witraża, a wreszcie jak płomień. Uszy mężczyzny atakowały jedne po drugich głosy dzwonków, zgrzyty oraz bulgotanie, brzmiące jakby tytan gromu trawił spożytą przez cały dzień roślinność. Czuł woń jaśminu, świeżej rosy, świec oraz gówna.

Poczuł w dłoni uspokajający dotyk zimnej i twardej rękojeści sztyletu. Nad jego złapaniem również nie musiał się zastanawiać, podobnie jak nad ucieczką z łóżka.

Wieczorem urządzono wielką ucztę dla uczczenia wspaniałego zwycięstwa. Karyl wypił niewiele wina, ale zaś w ogóle nie wziął do ust. Wolał wodę. W pierwszych tygodniach po przebudzeniu się z tego, co – jego zdaniem – z pewnością było śmiercią, szukał w butelce ucieczki przed bólami głowy i nocnymi koszmarami. Nawet w tej chwili, gdy ujrzał coś przerażającego, drżał na myśl o tym, co w niej znalazł. Z pewnością nie był to azyl.

Choć myślał jasno, musiał wziąć głęboki, uspokajający oddech, nim był w stanie stawić czoło temu, z czym miał do czynienia. A przynajmniej pogodzić się z tą myślą.

– Faerie? – Ryknął gwałtownym śmiechem. – Czemu by nie? Ostatnio spotyka mnie tylko to, co uważałem za niemożliwe.

Stworzenie rzuciło się do ataku, szybkie jak myśl. Obrócił się, schodząc mu z drogi, i uderzył sztyletem. Poczuł wstrząs zetknięcia.

Posypały się skry. Buchnęły kłęby cuchnącego dymu.

– Żelazo! – wrzasnął Faerie. – Boli.

– To dobrze – mruknął Karyl nieufnie. Zauważył, że sztylet nie wyrządził stworzeniu żadnej szkody. Natomiast na klindze pozostały ślady. Nadal buchał z niej dym, jakby oblano ją mocnym kwasem.

Skoczył w stronę łóżka, unikając kolejnego ciosu ciernistej-płonącej-spienionej wyrośli. Obok pryczy leżała jego laska z czarnego drewna. Uklęknął na niej, by ją unieruchomić, i wyszarpnął ze środka długi na metr miecz. Następnie ściągnął z łóżka cienki koc i rzucił go na zjawę.

Koc miotał się gwałtownie. Dobiegały spod niego piski i sypały się skry. Z powiększających się z każdą chwilą dziur w tkaninie z koziej wełny płynęła upiorna, żółto-niebieska poświata.

Faerie zareagował na uderzenie sztyletu, co świadczyło o tym, że czymkolwiek może być, jest dotykalny. Zgodnie z oczekiwaniami Karyla koc przeszkadzał napastnikowi, jak przeszkadzałby każdemu wrogowi. Również zgodnie z jego oczekiwaniami nie potrwało to długo.

Koc rozpadał się na płonące fragmenty i strzępki, pochłaniane jednocześnie przez jakąś czarną, szybko się rozrastającą substancję. Towarzyszył temu przerażający smród, który nie był tylko swądem palącej się koziej wełny. Karyl przeskoczył przez pryczę i pchnął sztychem jednosiecznego miecza w sam środek stworzenia.

Wrzask, który wypełnił jego mózg, nie docierał do niego przez uszy. Rękę przeszył mu wstrząs tak potężny, że Karyl usiadł na łóżku.

Skry, rozbłyski i szybko się rozprzestrzeniające zakażenie pochłaniały teraz samego Faerie.

– Umieram! – krzyknął stwór. – Ale dlaczego?

Istota zapadła się w sobie, jakby wessało ją własne wnętrze, i zniknęła.

Karyl stał przez chwilę bez ruchu, otwierając szeroko oczy. Dyszał ciężko, choć nie od fizycznego wysiłku.

– Widziałaś wszystko – stwierdził, nie spoglądając za siebie.

– Tak – odpowiedział głos za jego plecami.

Odwrócił się i ujrzał przed sobą niską kobietę o twarzy i sylwetce całkowicie ukrytej pod płaszczem z kapturem. Uniósł na moment miecz, ale już wczesnym wieczorem spróbował ją nim ciąć w akcie desperacji i wiedział, że Afrodyta nie jest tu fizycznie obecna, a to, co odbierają jego wzrok i słuch, jest jedynie projekcją, iluzją. Mimo to dotyk broni dodał mu pewności siebie. Pochylił się, podniósł laskę i wsunął do niej miecz.

– Nie musisz być widoczna, żeby widzieć, mam rację? – zapytał, chowając sztylet w leżącej pod łóżkiem pochwie.

– Masz.

– I oczywiście mi nie pomogłaś.

– Znasz moją naturę, lordzie Karylu. Nie wolno mi ingerować w sprawy ludzi.

– A co cię przed tym powstrzymuje? Posiadasz absurdalne, mistyczne moce. Wędrujesz po świecie w niematerialnej postaci. Zwróciłaś mi rękę. Któż mógłby ci czegokolwiek zabronić?

– Możesz to nazwać przymusem – odpowiedziała. – Gdybym go nie posłuchała, zostałabym zniszczona.

– A kto mógłby rzucić na ciebie taki… czar?

– Stwórcy – odpowiedziała. – Taką mnie uczynili.

Wydał z siebie dźwięk, który był w połowie stęknięciem, a w połowie westchnieniem.

– Skoro tak mówisz. Najwyraźniej muszę to zaakceptować. Niewiara już od dawna źle mi służyła. Nie pozostawiła mi też żadnego pewnego oparcia.

Wskazał laską z mieczem na miejsce, w którym przed chwilą unosił się Faerie. Dywan pod nim był przypalony i odbarwiony, jakby coś na niego naszczało.

– Czy ten stwór również jest ich dziełem?

– Nie – odpowiedziała. – A przynajmniej nie stworzyli go celowo.

– To był Faerie.

– Tak.

Karyl potrząsnął głową. To okazało się bolesne. Nie był to jeden z przerażających ataków, podczas których czuł się, jakby wbijano mu w głowę wielkie żelazne gwoździe. Budził się wówczas z krzykiem, a gdy był na jawie, pogrążał się w najczarniejszej rozpaczy. Niemniej wyglądało to na zapowiedź podobnego incydentu.

– Zauważyłem, że straże również nie przybiegły mi z pomocą.

– Nie przyszło ci do głowy, żeby je wezwać, prawda? Mimo że z reguły jesteś praktycznym człowiekiem.

Uniósł brwi.

– Nie w tym rzecz. Jestem przyzwyczajony sam toczyć własne bitwy. Być może za bardzo przyzwyczajony. Ale hałasy powinny przyciągnąć czyjąś uwagę.

– Faerie mówił cicho. I jak może zauważyłeś, przemawiał w twojej głowie w równym stopniu co na głos. Światła i błyski też trudno było zauważyć przez ścianę namiotu. Tak czy inaczej, wielkie zagrożenie minęło, a nieliczni wartownicy, którzy pełnią dziś służbę, mają mętlik w głowie od zmęczenia i wina.

Skinął głową.

– Ludzie zawsze tracą ducha i energię po bitwie, nawet zwy­cięskiej.

– Zauważyłam to podczas stuleci, które spędziłam jako Obserwatorka.

Rzucił laskę na łóżko.

– Właściwie nie wiem zbyt wiele o ludzkich uczuciach. I procesach myślowych, jeśli można je tak nazwać. Z pewnością mniej od ciebie.

Zsunęła kaptur. Miała twarz młodej, ładnej kobiety, niespełna pięćdziesięcioletniej, zielone oczy i krótko ostrzyżone rudoblond włosy.

– Mam w tym więcej wprawy – skwitowała.

Nie po raz pierwszy zadał sobie pytanie, kim jest Afrodyta. I jak naprawdę wygląda. Podejrzewał, że potrafi przybierać dowolnie wybraną postać, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że to, co widział, było jedynie iluzją.

Zbliżyła się do niego. Wydawało się, że płynie w powietrzu, nie poruszając nogami. Wyciągnęła rękę, chcąc go pogłaskać po włosach. Wzdrygnął się. Nie był w stanie jej dotknąć, ale to jeszcze nie znaczyło, że ona nie może dotknąć jego. Nie lubił takiego kontaktu.

Zmarszczyła czoło. Jej oczy skurczyły się, jakby z bólu. Opuściła rękę.

– Ale potrafisz skłaniać ludzi, by służyli twoim celom, jak mało kto.

– To tylko sztuczka – stwierdził. – Jestem zwykłym szarlatanem.

Odsunęła się i wskazała na jego lewą rękę.

– Tobie raczej nie przystoi lekceważenie sztuczek magików.

Skrzywił się. Gdy Rob Korrigan zaprowadził go na spotkanie z Afrodytą we franciańskiej wiosce Pot de Feu, wskazała tajemniczym gestem na kikut lewej ręki Karyla, odgryzionej przez horrora na szczycie Klifów Oka, a następnie rzuciła na niego światło. Uznał to wtedy za oszustwo, za okrutną drwinę. Ale potem ręka mu odrosła.

W pewnym sensie było to jeszcze okrutniejsze.

– Dlaczego do mnie przemówił? – zapytał. – Zasnąłem głęboko. – „Choć raz mi się udało”. – Gdyby po prostu uderzył, mógłby zdołać mnie zabić.

– Fae są szaleni – odpowiedziała Afrodyta z typową dla siebie dziecinną szczerością. – Zapewne nie wierzył, że jesteś dla niego groźny. Niewielu ludzi może to o sobie powiedzieć.

– A jak właściwie udało mi się mu zaszkodzić? – zapytał. – I czy to wystarczy, by nie wrócił szybko?

– Słyszałeś, co powiedział. Zabiłeś go.

Uniósł pytająco brwi.

– Twój miecz ma szczególne właściwości. Z pewnością to sobie uświadomiłeś, gdy po upadku z klifu ocknąłeś się jako bezdomny żebrak ubrany tylko w obdarte szaty, ale miałeś przy sobie broń, na jaką mógłby sobie pozwolić tylko bogaty grand. W dodatku należała ona do rodzaju rzadko spotykanego w Nuevaropie. Jednosieczny miecz o prostej klindze, schowany w lasce.

– W rzeczy samej. Chociaż widywałem takie miecze w Zipangu. Mówią na nie shikomizue.

– A czy zauważyłeś w tym mieczu coś nadzwyczajnego?

– Poza tym, że w ogóle go miałem, jak rozumiem?

– Tak.

– Jest niezwykle ostry i nigdy nie potrzeba go ostrzyć. To raczej niezwykłe, ale szybko nauczyłem się uważać to za oczywiste. Po powrocie z… gdzie tam właściwie przebywałem, mój umysł nie funkcjonował zbyt sprawnie. Akceptacja była najłatwiejsza, dlatego zdecydowałem się na nią. A potem… – Wzruszył ramionami. – Miałem pilniejsze sprawy.

Skinęła głową.

– Jest tak, jak myślałam. Istnieją… artefakty wyposażone w moc ranienia stworzeń ze Świata na Dole. Najwyraźniej twój miecz jest jednym z takich artefaktów.

– Ukąszenie Shiraa wystarczyło, by wykończyć Raguela.

– Już ci mówiłam. On nie zginął. Choć z pewnością pokrzyżowano mu szyki. I jest wściekły.

– Ale Faerie nie żyje naprawdę.

– Tak. Oni często kłamią, ale ten powiedział prawdę. Są nieprzewidywalni, nawet gdy łżą. To szaleńcy.

– A czy mój miecz mógłby zabić Raguela?

Jej twarz – nawet Karyl, któremu estetyka była całkowicie obca, musiał przyznać, że jest nieskazitelna – zmarszczyła się w grymasie niepokoju.

– Nie wiem. Naprawdę. Niektóre artefakty tego rodzaju mogłyby dokonać podobnej sztuki. Zdarzało się już, że bardzo potężne istoty, które nazwałbyś „nadprzyrodzonymi”, spotkała prawdziwa śmierć.

– Pojawia się pytanie, jak mistyczna broń o mocy, która nawet w romantycznej powieści wydałaby się absurdalna, wpadła w ręce bezdomnego żebraka.

Afrodyta uśmiechnęła się ze smutkiem.

– Nie powiesz mi tego.

– Kiedy będziesz gotowy – odparła.

Mruknął z niesmakiem i machnął ręką w geście wyrażającym podobne uczucie.

– Rozważam możliwość nieprzyjęcia tytułu diuka, który cesarz przyznał mi na bankiecie – oznajmił, odwracając się. – Nienawidzę szlachetnie urodzonych. Są gówno warci.

Rzecz jasna Karyl Bogomirsky był niegdyś dziedzicem tronu Mglistej Marchii, ale wiele lat później stał się jej wojewodą, czyli hrabią wojownikiem. Sam był szlachetnie urodzony. Afrodyta powstrzymała się jednak przed wspominaniem o tym oczywistym fakcie.

– Myślisz, że będziesz mógł skuteczniej przeciwstawić się złu, które czynią, jako mieszczanin albo chłop? Jako wyrzutek bez grosza przy duszy? Czy raczej jako jeden z nich, w dodatku potężny i szanowany?

– Czy nic nie będzie mi oszczędzone?

Usłyszał płaczliwy ton własnego głosu i poczuł głęboki niesmak.

Potrząsnęła głową.

– Myślałam, że nie zwykłeś zadawać retorycznych pytań, mój drogi Karylu.

– To nie musiało być retoryczne – sprzeciwił się. – Czasami nadal śmiem mieć nadzieję.

„Nawet jeśli zwątpienie mnie zawodzi, sarkazm nadal pozostaje skuteczny. A przynajmniej odpowiada na moje wezwania”.

– To bardzo dobrze – odparła. – Nadzieja jest ci niezbędna. Ale nie możesz ograniczyć się do niej, lordzie Karylu. Bo teraz Szare Anioły się rozgniewały. A co więcej, nadchodzą.

* * *

Szedł przed siebie. Kruszona kość, którą wysypano drogę, chrzęściła pod sandałami na jego stopach. Czuł woń ciepłej gleby i bujnej roślinności oraz zbłąkane zapachy polnych kwiatów rosnących w rowach. Jego odsłoniętą bezbrodą twarz paliły promienie słońca przebijające się przez wyjątkowo cienką warstwę chmur.

„Potrzebuję kapelusza” – pomyślał.

Rozejrzał się wkoło. Znajdował się w lekko pofałdowanej okolicy. Po jego lewej i prawej stronie ciągnęły się pola pełne brązowego zboża, tu i ówdzie usiane wzgórzami porośniętymi przez chaszcze oraz zagajnikami wiecznie zielonych drzew liściastych. Po obu stronach traktu biegły odprowadzające wodę rowy, z których wybrano ziemię na budowę nasypu. Pięćdziesiąt metrów na lewo troje wieśniaków, dwóch mężczyzn i jedna kobieta – wszyscy mieli na głowach nieuniknione słomiane kapelusze, ale poza tym byli nadzy albo nosili tylko przepaski biodrowe – ładowało snopy na wóz. Zaprzężony do niego nosoróg, szary w ciemnozielone cętki, gryzł z zadowoleniem ziarno z kubła zwisającego z jego długiego rogu.

Uświadomił sobie, że pszenica rośnie tak blisko traktu, że mogłaby stanowić osłonę dla szybkiego ataku. Poczuł nagły ucisk u podstawy penisa, wewnątrz moszny i w żołądku. Czy to był strach? Jego lewa dłoń spróbowała się zacisnąć, ale wrażenie było jakieś dziwne. Prawa pochwyciła coś twardego.

Opuścił wzrok. Niemal z roztargnieniem zauważył, że jego ciało spowija prosta, przypominająca niemal worek szata albo sukmana z szarobrązowej konopnej tkaniny. Z nagłym wstrząsem uświadomił sobie, że nie ma lewej dłoni. Kołysząca się w rytm jego kroków ręka kończyła się różowym, pomarszczonym kikutem.

Niepokój wypełniający mu brzuch przerodził się w mdłości. Nagły spazm obalił go na kolana. Odruchowo pragnąc zachować zasady przyzwoitości, zwrócił się w stronę rowu, zanim zaczął wymiotować.

Ale i tak nie zdołał nic wycisnąć z żołądka.

Gdy konwulsje minęły, wstał, wspierając się na lasce z czarnego drewna. Dopiero teraz zauważył, że ściska ją w prawej dłoni. Ruszył w dalszą drogę, nie wiedząc, co mógłby zrobić innego.

Nudności, które go dopadły, gdy się zorientował, że stracił lewą rękę, w której zwykł trzymać miecz, uświadomiły mu, że ma zupełnie pusto w brzuchu. Niósł na plecach jakiś worek albo pakunek, trzymający się na pasie z nosorogowej skóry, pociemniałym od potu i popękanym od upału. Może znajdzie tam coś do jedzenia? A także do picia.

Nim zdążył pogrzebać w worku, wspomnienia zamknęły się na nim niczym paszcza tyrana.

Leci, leci.

Coś pali jego lewą rękę. Krzyczy. Ale w jego umyśle nie rozlega się żaden dźwięk.

Otwiera oczy, lecz widzi tylko szarą pustkę pełną unoszących się drobin.

A potem twarze. Nadludzko piękne, powoli przechodzące w nieludzko monstrualne. I z powrotem. Ma wrażenie, że coś go rozdziera, wywraca na lewą stronę. Pragnie ucieczki, wytchnienia, ulgi od nagłej żądzy, grożącej mu rozsadzeniem krocza.

A potem: Śmiech! Śmiech!

I…

Spada. Spada. Czuje i widzi krew wypływającą z kikuta jego lewej ręki, czerwony sznur rozwijający się w dół urwiska, z którego zleciał. Razem z nią wypływa jego życie. Czuje gorączkowy żar wypełniający opierzoną, wąską klatkę piersiową horrora, którego przyciska do siebie prawą ręką. Czuje jego śmierdzący zgniłym mięsem oddech. Bestia kłapie uzębionym pyskiem. Kropelki gorącej krwi padają na jego twarz, której wciąż rozpaczliwie broni przed rozszarpaniem. Dinozaur szamocze się wściekle, próbując rozpruć boki przeciwnika potężnymi ostrogami, które ma na obu stopach. Ale on trzyma go zbyt mocno.

Jest już trupem, i to nie tylko z jednego powodu – utraty krwi oraz zderzenia z powierzchnią wielkiej zatoki zwanej Okiem Tyrana. Jej tafla zbliża się z każdą chwilą, by roztrzaskać go niczym granitowa ściana. Ale on nie przestaje walczyć. Nie potrafi inaczej.

Jeśli chodzi o nadzieję, utracił ją już dawno.

Nadal jednak czuje ucisk w jądrach i w brzuchu na myśl o nadchodzącym uderzeniu, które wreszcie go wyzwoli.

Nie przestaje spadać.

A potem…

Własny krzyk obudził go na długo przed tym, nim mogli to zrobić strażnicy, którzy wpadli do jego namiotu, choć chwiali się na nogach z pijaństwa i ze zmęczenia.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Mapy

Część pierwsza. Wtargnięcie Prolog

Część druga. Pokłosie Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Część trzecia. Złe zamiary Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Część czwarta. Przybycie Epilog

Podziękowania

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Księżniczka dinozaurów Jeźdźcy dinozaurów Władcy dinozaurów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona