Córka głosu. Księga życia Hili Campos

Córka głosu. Księga życia Hili Campos

Autorzy: Agnieszka Wojdowicz

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 11.07 zł

Jest rok 1597. W chrześcijańskiej Wenecji Żydzi żyją za murami getta, a za przywilej praktykowania swojej wiary odwdzięczają się wiernością wobec Republiki i poszanowaniem jej praw. Na galeonie handlowym kupiec Menachem Campos wypływa do Stambułu, Hila, jego córka, szykuje się do zaślubin, a młoda synowa spodziewa się narodzin upragnionego syna. Los zdaje się im sprzyjać, lecz do czasu, bo gdy z morza nadchodzą tragiczne wieści, żydowską Wenecją wstrząsają pogłoski o tajemniczych znakach – zwiastunach prześladowań i klęsk…

„Księga życia Hili Campos” to porywająca trylogia opowiadająca o burzliwych dziejach sefardyjskich Żydów, wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii edyktem króla Ferdynanda i królowej Izabeli. Pragnienie znalezienia nowej ojczyzny wiedzie ród Camposów do najpotężniejszych państw szesnastowiecznej Europy, a niekończącym się peregrynacjom przyświeca idea „città ideale” – miasta idealnego. Czy to możliwe, że nazywa się ono Zamość…?

Agnieszka Wojdowicz – autorka powieści dla dorosłych i młodzieży. Od lat zakochana w Krakowie, w jego historii i architekturze, wielbicielka malarstwa prerafaelitów, wszelkich form sztuki użytkowej oraz górskich wycieczek. Dzieli dom z dwiema udomowionymi tygrysicami: Kropką i Mufką.

Agnieszka Wojdowicz

Córka Głosu.

Księga życia Hili Campos

Fragment

NASZA KSIĘGARNIA

Córka Głosu. Księga życia Hili Campos Fragment

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

Motta

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

***

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Po dojrzałym namyśle

rozkazujemy wydalić

z naszych królestw Żydów,

ażeby nigdy tu nie wracali.

Edykt Ferdynanda i Izabeli, królów katolickich Hiszpanii,

z 31 marca 1492, podpisany w Granadzie

Tak samo i Pan. Powiedział:

Jeżeli zbuduję świat wyłącznie

na miłosierdziu, grzech weźmie górę;

ale jeśli rządy powierzę

tylko surowości prawa,

jakże świat się uchowa?

Przeto zbuduję go równocześnie

na łagodności i surowości,

ach! ażeby wtedy mógł przetrwać.

Micha Josef Bin Gorion

1

Biada człowiekowi,

który nie umie odróżnić,

co dobre, a co złe.

Sanhedrin 193

Przyszłam na świat w czwartym roku po wielkiej zarazie, w połowie wilgotnego i upalnego lata. Czarna śmierć znów pustoszyła Wenecję, choć był to pomniejszy atak, jeden z tych, o których próżno by szukać wzmianek w miejscowych annałach. Mnie jednak doświadczył jak najdotkliwiej.

Gdym odrosła od ziemi, opowiadano, że kiedy ojciec obwieścił w synagodze moje imię, które otrzymałam na cześć babki Hili Misrahi Campos, miasto wciąż przyodziane było w kir, a powietrze poszarzałe od dymu z domostw okadzanych paloną smołą. Medycy, także ci najświatlejsi spośród uczniów Galena i Hipokratesa, bezradnie rozkładali ręce, mór zbierał więc przeobfite żniwo, a choć wycofał się niebawem, nie oszczędził mojej matki. Osłabiona trudnym porodem zachorowała u schyłku miesiąca aw i przeczuwając bliskość śmierci, powierzyła dzieci Lei, powinowatej i przyjaciółce, po czym zgasła.

Nie umiałabym przywołać choćby mglistego wspomnienia niewiasty, która mnie urodziła. A przecież jej przedwczesna śmierć, a także fakt, iż początek mego życia przypadł na czas i dla niej, i dla Wenecji tak tragiczny w skutkach, odcisnęły osobliwe piętno: uwrażliwiły na to, co istniało pomiędzy światem realnym, postrzeganym dzięki zmysłom, a światem wyższym, dla większości ludzi niedostępnym. Nie od razu się oswoiłam z tym szczególnym darem. Co więcej, kryłam go starannie, nie mając pewności, czym w istocie jest. Tymczasem z biegiem lat owa zdolność przybrała na sile, a choć nie od razu, w końcu tak do niej przywykłam, że gdyby mi ją odjąć, odczułabym ten brak jak utratę wzroku, słuchu albo mowy.

Matkę znałam z opowieści. Lecz nie zasłyszanych od ojca, ponieważ przybity stratą i przedwcześnie postarzały, nie miał w zwyczaju sięgać pamięcią do lat, które przeżył w miłości i względnym spokoju. Nie obwiniał o swe nieszczęście losu ani tym bardziej Pana, nie złorzeczył i się nie odgrażał, jednak wraz ze śmiercią ukochanej postradał to, co czyniło go troskliwym i czułym opiekunem rodziny: radość życia. Wbrew obyczajowi i naukom rabina nie szukał nowej małżonki, albowiem śmierć tej, którą nazywał klejnotem swoich oczu, przyrównywał do zburzenia Świątyni, tak wielką odczuł stratę. Ponieważ wierzył, że tylko przy pierwszej żonie mógł zaznać szczęścia, osierocony dom poruczył Lei, a sam bez reszty poświęcił się podróżom i interesom. Mimo to nie czułam się osamotniona i odtrącona, gdyż dorastałam wśród bliskich, z którymi byłam zżyta i którzy okazywali mi troskę i przywiązanie.

Zwłaszcza w dzieciństwie marzyłam, że o świcie budzi mnie głos matki, lecz zamiast niego słyszałam plusk wody. Przy nim zasypiałam i przy nim o brzasku zrywałam się z posłania, by z głową ciężką od niedośnionych snów, z oczami pociemniałymi od majaków krzątać się we wspólnej alkowie przy łożu, oknie wychodzącym na wąską i gwarną uliczkę, przy misie i dzbanie. Nawoływanie nieodległego morza splatało się z codziennymi modlitwami i z tęsknymi melodiami nuconymi przez starą Leę. Jej usta, spękane niczym skórka ciemnego chleba, chętniej wspominały czasy sprzed getta niż zdarzenia wczorajszego dnia. Szept wody był przytłumiony i monotonny, można by zatem bez wysiłku wyrzucić go z pamięci, gdyby nie zapachy ryb sprzedawanych na pobliskim targu i smród wilgoci, która wgryzła się w ściany domostwa brunatnymi liszajami, pleniąc się niczym bluszcz i obejmując w posiadanie podłogi oraz niskie sufity.

Ludzie wierzyli, że złoto Wenecji wytrysło z morskich głębin, które niczym szańce opasywały miasto, strzegąc jego skarbów. Bywało, że fale łagodnie pieściły nabrzeża wysp i wysepek laguny, widziałam jednak, jak z furią podtapiały katedry, cmentarze, okazałe pałace, składy kupieckie, domy bogatych i biednych, więc w głębi duszy sądziłam, że wenecjanie są w błędzie – morze dawało przecież tyle dobrego, ile złego, a jego szczodrości dorównywała bezwzględność. Niczym sprawiedliwy, lecz surowy sędzia wszystkich traktowało tak samo, nie czyniąc różnicy między patrycjuszem a żebrakiem. Ale nie wyobrażałam sobie życia na stałym lądzie, morze było bowiem doskonale piękne, o urodzie zmiennej niczym kształt księżyca. Gdy wiejący od laguny salso niósł zapach wodorostów, mieniło się niczym oprószone diamentowym pyłem. Kiedy zjawiała się bora, wiatr północno-wschodni, przywołując wilgoć i chłodząc rozgrzaną skwarem skórę, ciemniało jak horyzont kąsany przez szalejącą wichurę. Myślałam wówczas, że barwy najprzedniejszego jedwabiu sprowadzanego na galeonach handlowych przez mego ojca są nijakie i wyblakłe, jako że nic nie mogło się mierzyć z kolorami Adriatyku.

W owym czasie przywykliśmy do myśli, że Wenecja na zawsze przygarnęła mnie i moich bliskich, dając wprawdzie mniej, niżbyśmy pragnęli, lecz więcej niż ktokolwiek na świecie. Okazano nam gościnność, na tyle jednak ostrożną, abyśmy pamiętali, że jesteśmy obcy i że uczyniono nam łaskę. Musieliśmy więc podporządkować się prawom, na które nikt z nas, wygnańców, nie miał wpływu. Naznaczeni żółtym piętnem, przygnieceni nadmiernymi podatkami, oddzieleni murem getta od morza i siedzib patrycjuszy, nie byliśmy godni zaufania ani tym bardziej miłości, choć Republika Wenecka nie wzdragała się sięgać łakomą ręką po nasze dukaty. Mimo to dochowywaliśmy jej wierności. Ojciec pomnażał bogactwa Serenissimy: od każdego łokcia sprowadzonego sukna płacił drakońskie cła i nie uchylał się od innych świadczeń, a więc od specjalnych opłat za spożywanie soli, której używaliśmy więcej niż chrześcijanie, od zobowiązań na rzecz banków i ambasadorów, od wygórowanego czynszu i niezliczonych podatków nadzwyczajnych, które spadały na nas częściej niż grad latem.

Rzadko widywałam go w owym czasie. Podróżował do krajów Lewantu albo na północ, do Hamburga i Amsterdamu, a z nim Ruben, mój najstarszy brat. Każdy ich szczęśliwy powrót fetowaliśmy wystawnym posiłkiem i koszernym winem. Dawid, drugi brat, kształcił się na medyka, bo chociaż w naszym kupieckim rodzie profesję ową wykonywano niezwykle rzadko, widok umierającej matki tak nim wstrząsnął, iż poświęcił się walce z bólem i cierpieniem, pragnąc je zwyciężać. Studiował w Padwie i choć jako Izraelita płacił czesne wyższe niż chrześcijanie, nie uskarżał się i nie buntował, gdyż mimo wszystko nie dawano mu odczuć, aby był pośledniejszego stanu. Ceniono go za dociekliwość i pracowitość, czym w krótkim czasie zaskarbił sobie przyjaźń scholarów i podziw padewskich uczonych. On także z nawiązką odwdzięczył się Wenecji; ukończywszy naukę, wrócił do domu, a przystąpiwszy do leczenia, zyskał niebawem taką sławę, że wyróżniono go przywilejem praktykowania wśród chrześcijan.

W najmłodszym z braci, Ezrze, widziałam krnąbrnego młokosa, choć górował nade mną wiekiem, bo dzielił nas rok. Był ulubieńcem Lei, która w jego rysach rozpoznawała cień twarzy swego zmarłego męża, brata naszego ojca, a w oczach barwę źrenic ukochanej świekry. Niczym narowisty, nieokiełznany źrebak chadzał własnymi ścieżkami, a ponieważ było ich wiele i wszystkie omijały nasz dom oraz kupiecki skład, nieustannie miał na pieńku z ojcem i z braćmi. Trudno było orzec, co zniechęciło go do handlu i czemu, choć liczył już osiemnaście lat, nie myślał się ustatkować. Lękając się o przyszłość, do znudzenia przypominaliśmy mu o powinnościach, ganiliśmy za krnąbrność i samowolę. Mnie z tego powodu zaczął z czasem unikać. Żywiąc doń gorące siostrzane uczucie, nie mogłam ścierpieć gwałtowności uczynków i słów ukochanego brata, łajałam go zatem najsurowiej, bo szczerze wierzyłam w jego dobroć i zdolność do poprawy.

W domu należącym do czterech mężczyzn to niewiasty troszczyły się, by skrzynie i kredensy były pełne. Słynąca z gospodarności Lea dzierżyła klucze do spiżarni, skrzętnie zarządzając zgromadzonymi tam zapasami i dbając, aby nie zabrakło oliwy, przypraw i koszernego pieczywa. Chleb, zamiast kupować w pobliskiej piekarni, wypiekała sama, czyniąc to tak zręcznie, że żaden inny nie miał podobnie złocistej skórki i miękkiego, pachnącego zaczynem wnętrza. Chaja, żona Rubena, nad sąsiadkami górowała skromnością i macierzyńskim ciepłem, a ponieważ przyszła na świat w rodzinie osiadłej w niemieckim kwartale getta, i jak nikt z nas w dzieciństwie doświadczyła ubóstwa, wyróżniała się hojnością i miłosiernymi uczynkami. Tylko dzięki niej ustawiona pośrodku stołu ofiarnica napełniała się monetami szybciej niż w innych domach, ażeby później trafić do potrzebujących. To, na czym nam zbywało, a nawet znacznie więcej, zanosiła do synagogi, gdzie pod jej bacznym okiem rozdzielano datki wśród najbiedniejszych w gminie. Ja zaś uważałam się za w czepku urodzoną i najszczęśliwszą, bo mimo trudów codzienności, mimo pracy w przydomowym warsztacie i zwyczajnych w moim wieku trosk, żyłam oczekiwaniem pomyślniejszej przyszłości. Minionej jesieni bowiem, tuż przed wypłynięciem w morze, ojciec przeznaczył mi na małżonka mężczyznę drogiego mojemu sercu. Szykowałam więc ślubną wyprawę, odliczając dni do zamążpójścia.

Choć uważaliśmy się za wenecjan, szanowaliśmy przeszłość swego rodu. Często wracaliśmy pamięcią do dni, gdy zamieszkiwał na ziemi Sefarad, w Toledo, wiodąc dostatni i szczęśliwy żywot. Interesy miały się wówczas nadspodziewanie dobrze, przyjaciele odpłacali wiernością za lojalność i dobre słowo, Jahwe przypatrywał się moim przodkom z uśmiechem aprobaty, bo ich czyny były szlachetne i pełne bojaźni Bożej. Jednak nadeszły mroczne czasy, gdy miejsce przychylności zajęła nieskrywana wrogość tłuszczy oraz władców, którzy wcześniej bez ograniczeń czerpali z naszej kiesy... W końcu zhańbiono nasz ród wygnaniem. Aby go uniknąć, niektórzy przyjęli hiszpańskie imiona i zmienili wiarę, lecz na próżno, bo tym bardziej cierpieli od prześladowań, a podejrzeniom, skądinąd słusznym, że mimo chrztu hołdują starym obyczajom, nie było końca. Porzuciwszy więc majątek, sąsiadów i dalszych krewnych, bez nadziei na rychły powrót udali się do Portugalii. Jednak i tam dręczono ich i nękano. Chcąc ratować życie i przynajmniej część majętności, pradziadek nakłonił bliskich, by poprawy losu szukać na północy. Tym sposobem, w pośpiechu i tajemnicy, wymknęli się z Lizbony.

W Antwerpii postępowali niczym królowa Estera. Jak ona taili żydowskie korzenie, mieniąc się katolickimi Hiszpanami, modląc się w kościołach, potomstwo podając do chrztu, zmarłych grzebiąc na chrześcijańskich cmentarzach. Dzięki temu więcej nie nastawano na ich wolność. Lecz czując się Izraelitami, przestrzegali przykazań Tory, w przydomowych synagogach wsłuchiwali się w słowa rabinów, świętowali szabat i Paschę, potomstwu zaś nadawali podwójne imiona, hiszpańskie i żydowskie. Z czasem ich codzienność i postępki nacechowała dwoistość, jednak coraz trudniej znosili fałsz i obłudę, w których żyli, i nie wiedzieli już, kim są naprawdę.

Kiedy na świat przyszedł mój ojciec, na chrzcie otrzymał imiona Ignacio Severino, ale w domu, z dala od oczu i uszu chrześcijan, wołano nań zgodnie z żydowską tradycją mianem jego dziadka Menachema. Od młodych lat przysposabiano go do przejęcia interesów, które wymagały, aby przemierzał najdalsze szlaki handlowe odkrytego świata. Wpajano mu wiedzę, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, lecz przede wszystkim przestrzegano, by za wszelką cenę zachowywał pozory, udając religijnego chrześcijanina, co czynił, starając się jednocześnie nie uchybiać żydowskim obyczajom. Jednak gdy dotarła doń wieść o swobodach przyznanych Żydom w Wenecji, zapragnął zrzucić brzemię życia w kłamstwie i wyruszył na południe, aby powrócić do prawdziwego wyznania. W pierwszych latach przylgnęło doń pogardliwe miano marrana, jednakże z czasem, gdy się na nim poznano, puszczono je w niepamięć. Ponieważ urodziłam się już w getcie, historię tę znałam jedynie od innych krewnych.

Mimo że światlejsi i pobożniejsi ode mnie doszukiwali się głębszego sensu w tym, co spotykało nas i nasz naród, ja zwykłam mawiać, że jak po zmierzchu nastaje noc, po jesieni zima, po wieku dojrzałym starość, tak po dniach spokoju przychodzi zamęt. I dodawałam jeszcze, żeśmy marną cząstką wielkiego planu, w którym smutki i radości dopełniają się, tworząc całość. Kiedy więc światem włada chaos, nie wolno tracić nadziei na odmianę, bo ta prędzej czy później nastąpi. Zgryzoty są bowiem niczym kurz, który wciska się w oczy, drażni je i oślepia, a przecież wystarczy powiew wiatru, aby go rozwiać.

Zdarzenia, które opiszę dla przestrogi i nauki moich najdroższych dzieci oraz by przetrwała o nich pamięć, spadły na nasz ród tak niespodziewanie, że na długi czas zwątpiliśmy w ład świata. Ponieważ dotąd Adonai nam sprzyjał, lękaliśmy się nawet, iż utraciliśmy Jego przychylność – jak wówczas, gdy przed wiekiem moi przodkowie porzucili w pośpiechu Hiszpanię, żeby ratować życie. Będą to po części księgi radości, a po części księgi rozpaczy, bo taka jest natura człowieka i taki przeznaczono mu los na ziemi, gdzie dobro i zło są niczym rodzeni bracia. I tylko biada temu, kto nie umie rozróżnić, co dobre, a co złe.

Trwał zatem rok 5357 od stworzenia świata, według kalendarza chrześcijańskiego 1597, gdy to, na co pracowaliśmy i co było nam drogie, legło w gruzach.

2

Wszystko zgodnie ze swoim czasem.

Bawa Mecyja 40

Dłonie Lei, drobne i ruchliwe, o skórze suchej i pomarszczonej niczym u przejrzałej śliwki, czyniły najprawdziwsze cuda: z cieńszego od zamszu ciasta wykrawały trójkąty, których rogi poświęcała szeptem trzem prorokom: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi. A gdy nakazała, abym rozgrzała tłuszcz, bo sama nakładała farsz – po łyżce maku z rodzynkami, figami i miodem – w moim zziębniętym ciele rozlewało się z wolna kojące ciepło, jakbym miała w sobie ogień równy temu pod kuchnią albo nawet, choć nieduże, słońce.

Bo zimą najbardziej tęskniłam do słońca, zwłaszcza w te noce, gdy w każdym domowym kącie unosiła się gorzkawa woń pleśni, a także wtedy, gdy ulice i place spływały wartkimi strugami deszczówki, mury niczym gąbka nasiąkały wodą i, porowate od kruszejącego tynku, z którego łuszczyła się farba, przepuszczały przejmujące dreszczem zimno. Bywało tak mroźnie, że wbrew temu, czego można by się spodziewać po łagodnym klimacie Italii, morze skuwał gruby lód, a wenecjanie, porzuciwszy gondole, na stały ląd docierali piechotą. I choć tegoroczna zima oszczędziła nam podobnych niespodzianek, w domach szóstego sestiere, szczególnie za wysokimi murami getta, z tęsknotą i nadzieją wyglądaliśmy wiosny.

Kiedy na skwierczącą patelnię położyłam na próbę ciastko, a potem kolejne i kolejne, buzujący ogień zdążył mnie już rozgrzać i powlec moje policzki szkarłatem. Wytarłszy więc dłonie o fartuch, którym byłam przepasana, podeszłam do okna, uchyliłam je, oparłam się na chłodnych kamieniach, i wyjrzałam. Naprzeciwko stał dom tak wysoki, że zasłaniał rozjaśniające się niebo, więc choć właśnie zaczynał się dzień, ulicę w dole zasnuwały cienie, i tylko po prawej, gdzie w zasięgu wzroku miałam placyk i ocembrowaną studnię, srebrzyło się światło. Było jeszcze cicho i pusto, bo o tak wczesnej porze getto dopiero budziło się ze snu, lecz wiedziałam, że kiedy zabrzmi spiżowy głos Marangony, dzwonu z kampanili kościoła Świętego Marka, wylegną tłumy i pospieszą do bramy, a stamtąd do chrześcijańskich kwartałów miasta.

Nagły powiew wiatru przejął mnie dreszczem. Cofnęłam się do kuchni, lecz w powietrzu, które liznęło mi twarz i szyję, wyczułam przedziwną świeżość, jakby nie było nasze, weneckie, a już na pewno nie pochodziło z getta, tylko z daleka, może od szczytów Dolomitów. Przeszło mi nawet przez myśl, że to już przedwiośnie, więc choć nie wyczuwam zapachu trawy, ani tym bardziej kwiatów, bo natura śpi jeszcze i nawet nasze dzwony są wobec tego snu bezradne, będzie cieplej i przynajmniej odrobinę jaśniej.

Moje gapiostwo zniecierpliwiło Leę. Fuknęła, że ciastka się zwęglą, zanim je zdejmę, mruknęła coś o przeciągu, łamaniu w kościach, nieprzespanej nocy i bezmyślnym wystawaniu w oknie, choć taki jeszcze ziąb, że ani psa, ani kota, ani innego drobiazgu, nawet o najgęstszym futrze, nie wygoniłaby z domu, a co dopiero człowieka. Zatrzasnęłam więc okiennice i rzuciłam się ratować ciastka, łowiąc dźwięki dochodzące z dalszych izb, z dawnej alkowy rodziców, z obszernej sieni, później tuż przy kuchni, bo z każdą chwilą zbliżały się do nas kroki, najpierw lekkie i niecierpliwe moich przybranych bratanic, za nimi wolniejsze i ociężałe Chai, ich matki.

Lea strzepnęła z rąk obłoczek mąki, po czym wyjęła chlebki pita i potrawkę z fasoli z ziołami, oliwą i czosnkiem, wszystko pachnące i ciepłe, bo kamionkowy garniec ochronił jadło przed wystygnięciem, i ustawiła na stole parujące talerze. Gdy przysunęłam Chai wygodne krzesło z oparciem, bratowa z westchnieniem wdzięczności opadła na skórzane siedzisko, miękkim gestem obejmując wzgórek brzucha, który sterczał poniżej marszczenia luźnej sukni. Pogładziła go czule dłońmi naznaczonymi jasnofioletowymi niteczkami żył, po czym w skupieniu i niespiesznie sięgnęła po łyżkę. Rzuciła jeszcze okiem na córeczki, nakazując im siedzieć prosto i zjeść wszystko do ostatniego kęsa, aż słabym i nieco ochrypłym głosem spytała o Ezrę. Może powinnam skłamać, by nie przygniatać jej brzemieniem trosk, zwłaszcza że w blasku świec skóra Chai miała barwę wosku? Wiedziałam jednak, że prawda prędzej czy później wyszłaby na jaw. Odparłam więc jak najdelikatniej, że nie wrócił na noc oraz że ani ja, ani Lea nie domyślamy się nawet, gdzie mógłby się podziewać i z kim. Dodałam też, że jako starszy brat Dawid powinien przemówić mu do rozumu albo przynajmniej poskąpić skudów, gdyby Ezra ich zażądał, jak miał w zwyczaju pod nieobecność ojca.

– Chłopak jest niczym wiatr, jakimże więc sposobem chciałabyś go okiełznać? – spytała na to Lea.

– Już zapomniałaś, że miał terminować w składzie?

– Brak ci wyrozumiałości, Hilo. Właśnie ty z racji wieku powinnaś pamiętać, że młodość ma swoje prawa. Każe spróbować tego i owego, zanim się opamięta – łagodnie stwierdziła Chaja.

– Powiadają też, że Pan nie na darmo dał każdemu z nas aż sześć narządów – odrzekłam. – Wprawdzie ucho, nos i oko są niczym udzielni władcy i nie nam nimi rozporządzać, lecz dłonie, stopy i usta zależą od naszej woli, bo tylko dzięki rozumowi wybieramy między dobrem a złem, bożnicą a domem nierządu, przekleństwem a błogosławieństwem. Jednak Ezra nad niczym nie panuje, ma w głowie same plewy.

– Sądzisz go i napominasz, choć nie może się bronić. Jeśli głębiej wejrzysz w jego serce, przyznasz, że z niego dobry chłopiec i że wielu może jeszcze zadziwić – zaprotestowała Lea.

Aby niewinna wymiana zdań nie przerodziła się w zawziętą kłótnię, Chaja ucięła drażliwy temat, dopytując się o Dawida, czy wrócił już od chorego, bo jego również nie zastała przy stole. Byłoby to najmądrzejsze rozwiązanie, gdyby nie rozbudziło mojego niepokoju. Zaczęłam bowiem badać wzrokiem jej zaokrągloną sylwetkę i naciskać, by wyznała szczerze, czy z nią wszystko dobrze. Jak zawsze zbyła mnie uśmiechem, choć od jakiegoś czasu w podobnych okolicznościach nie dawałam posłuchu zapewnieniom, że ma się znakomicie. Zwykle dodawała też, że choć dziecko zapowiada się duże, akuszerka jest jak najlepszej myśli, a i ona sama nie kłopocze się dolegliwościami, są przecież naturalne i zna je z doświadczenia. Teraz również ujęła moją dłoń w swoje i by dodać mi otuchy, oświadczyła z mocą, że choć nie da się przewidzieć wyroków Pana, trzeba być dobrej myśli.

– Wszystko zgodnie ze swoim czasem, kochanie, więc uzbroiłam się w cierpliwość i czekam – rzekła. – Wierzę jednak, że zanim zlegnę, powitam Rubena, bo śniłam o tym trzykrotnie. Stał tuż za kuchennym progiem, w płaszczu, który dla niego uszyłam, a ja wciąż pod sercem czułam naszego syna.

Wbrew intencjom słowa bratowej nie starły chmury z mojego czoła, przypomniały bowiem o tym, co od miesięcy wszystkim domownikom odbierało sen. Z nieznanego powodu wyprawa kupiecka ojca znacznie się przeciągnęła i choć obwinialiśmy niesprzyjającą aurę, a także przeciwne prądy, lękaliśmy się o los statku. Wiedzieliśmy jednak, że nie należy tracić nadziei, jako że nie po raz pierwszy galeon nie wrócił na czas. Mimo to trudno było nie roztrząsać nieustannie faktu, że nasi bliscy zamiast w konwoju chronionym majestatem Republiki wypłynęli samotnie i o nietypowej porze, bo z końcem miesiąca cheszwan, gdy sezon nawigacyjny dobiegał końca i zaczynała się pora sztormów. Nie oszukiwaliśmy się też wzajemnie, zapewniając, że galeonowi nic nie stanie na drodze, bo już na wodach Adriatyku roiło się od korsarzy, dla których adamaszki, atłasy, tafty i aksamity, a także koronki i skrzynie skropionych wonnościami rękawiczek były cennym trofeum. Jeszcze przed Stambułem i Brusą, skąd ojciec przywoził kobierce i drogocenne tkaniny, na nieostrożnych marynarzy czyhały skały Morza Jońskiego i połacie zdradliwych mielizn. Bylibyśmy więc głupcami, gdybyśmy lekceważyli niebezpieczeństwa, ślepo ufając w przychylność losu, nawet jeżeli nie tylko ta szkuta nie zawinęła do portu, bo statków, od których nie nadchodziły wieści, było więcej.

W momentach całkowitego zwątpienia dawaliśmy jednak posłuch Giacomowi Cappaniemu, wspólnikowi ojca, chrześcijaninowi i właścicielowi galeonu oraz czwartej części zgromadzonych nań towarów. Ów Cappani z właściwym sobie spokojem zapewniał, że gdyby doszło do nieszczęścia, agenci handlowi albo nawet przygodni podróżni coś by o tym słyszeli. Uważaliśmy go za człowieka godnego zaufania i takiego, który nie rzuca słów na wiatr, trzymaliśmy się więc kurczowo tych zapewnień, tym bardziej że pomyślność interesów Cappaniego gwarantowała sukces naszych. Wprawdzie sam nie wypływał w morze, na miejscu doglądając spraw spółki, składu i transakcji, lecz strata galeonu poważnie nadszarpnęłaby jego majątek, a on jak każdy parający się handlem wenecjanin nade wszystko cenił pieniądze i dopiero po nich lojalność oraz przyjaźń. Ojciec widział w nim jednak hojność, uczciwość i wolność od wszelakich uprzedzeń, a brało się to stąd, że gdyby nie spółka i po połowie dzielone zyski, sam jako żydowski kupiec nie mógłby posiadać statku. Byłby podrzędnym handlarzem tkaninami albo nawet starzyzną.

Tymczasem córeczki Chai pod życzliwym okiem Lei kończyły śniadanie, pozwalając, aby staruszka raz i drugi dołożyła im po łyżce strawy, kierując się zapewne czułością, jaką je darzyła, mimo że w gruncie rzeczy były nam obce. Uczucie to, bezwarunkowe, pokrewne nawet zaślepieniu i typowe dla niewiasty, która nie zaznała w życiu szczęśliwego macierzyństwa, chociaż gorąco go pragnęła, rozkwitło wraz z pojawieniem się w domu obu dziewczynek. Chaja bowiem, wdowa po niemieckim lichwiarzu, wniosła je niejako z wianem, gdy dopełniwszy żałoby po pierwszym mężu, przyjęła oświadczyny Rubena.

Małżeństwo to wprawiło w zdumienie oba getta, byliśmy bowiem podzieleni, choć żyliśmy za tym samym murem. W Nowym mieszkali Niemcy, a więc Żydzi z północy, natomiast w Starym tacy jak my przybysze z rozległej i niegościnnej ziemi Sefarad. Mimo to Ruben włożył Chai koronę panny młodej i nie zważając na dzielące ich różnice, ani na język, ani na obyczaje, ani nawet na to, że każde na swój sposób czciło Boga, poprowadził ją do synagogi i wypowiedział słowa małżeńskiej przysięgi. Niebawem wyszło na jaw, że Chaja, choć nieco od niego starsza i bardziej doświadczona, była wierna i oddana, więc tym mocniej ją miłował.

Ażeby zabezpieczyć przyszłość świeżo poślubionej żony, wypływając w morze, wręczał jej sporządzony zgodnie z regułami żydowskiego prawa get, a więc spisany ręcznie, na jego pergaminie, jego atramentem i należącymi doń przyborami do pisania dokument rozwodowy, którego prawdziwość potwierdzali podpisami dwaj wiarygodni świadkowie i biegły w stosownych paragrafach sefer. Brat mój czynił to z przezorności, gdyby bowiem zaginął i nie wracał przez całe lata, ni to mężatka, ni to wdowa czekałaby na jego powrót lub na wieści o nim do końca życia, a jako niewiasta rozwiedziona mogłaby wyjść ponownie za mąż. Był to najwymowniejszy i najpiękniejszy dowód oddania, na jaki mógł się zdobyć mężczyzna, i wyraz szczerej troski o los nowej rodziny.

Chaja i dziewczynki skradły też moje serce i nawet ojciec okazywał im szczególne względy, przywożąc z wypraw rachatłukum, za którym przepadały. Dom dzięki nim ożył i jakby pojaśniał po latach opłakiwania matki, wypełniwszy się z dnia na dzień gwarem kobiecych rozmów oraz śpiewem i nuceniem, bo Pan obdarzył bratową czystym i zdumiewająco dźwięcznym głosem. Niekiedy nie mogłyśmy się porozumieć, rzecz zwyczajna między kobietami zamkniętymi w czterech ścianach jednego domu i o odmiennych temperamentach. Zdarzało się więc, że złość górowała nad przyjaźnią, a my boczyłyśmy się jedna na drugą. Chwile te jednak były rzadkie i dość krótkie, bo obecność dziewczynek skutecznie chłodziła rozgorączkowane głowy i tępiła ostre języki. Szula była zwierciadlanym odbiciem Chai. W jej okrągłej twarzyczce hipnotyzowała głęboka czerń źrenic nakrapianych zielenią i brązem, a talentem do reagowania zaraźliwym śmiechem wprawiała nas w niekłamany zachwyt. Malka, młodsza od siostry zaledwie o kilkadziesiąt uderzeń serca, wrodziła się w krewnych nieżyjącego ojca, była bowiem ogniście ruda, szarooka i o tak bladej skórze, jakby w jej żyłach płynęła woda z lodem. Nie brakowało jej na szczęście zdrowia ani sił, by psocić, bo dzielnie sekundowała we wszystkim siostrze.

Teraz również. Gdy postawiłam przed nimi misę z przemielonym i doprawionym makiem, polecając nakładać farsz na ciastka, ale tak, by z łyżek nie skapnęło choćby ziarnko, zajęły się pracą, wysuwając z przejęcia różowe koniuszki języków. Wówczas Lea, dopełniając obyczaju, powtarzała zasłyszane od świekry opowieści o świętowaniu Purim w czasach, gdy nasz ród żył w Toledo, w posiadłości nad szeroką wstęgą Tagu.

– Już rankiem pradziadek Hili odczytywał megilę o Esterze, a prababcia skrzykiwała kuzynki i służki, żeby tak jak my piec ciastka...

Zanim wybrzmiały przepełnione radością i nostalgią zdania, wiedziałam, co zaraz usłyszę, bo historie Lei były niczym jabłka zerwane z bliźniaczych gałęzi albo jak pszczoły z leśnej barci – co roku takie same. Mówiła więc o świecie tonącym w promieniach budzącego się słońca, w zieleni i szklistym błękicie, pokazując zadziwionym dziewczynkom osadzoną przy jedynym oknie weneckiej kuchni ceramiczną płytkę azulejo, niepozorną pamiątkę po mozaice, która pokrywała ściany tamtej, nieistniejącej już zapewne kuchni. Kafelek był kwadratowy i doskonale gładki, bez nierówności czy pęknięć, więc aż nie mieściło się w głowie, że choć tak kruchy, bez uszczerbku przebył drogę z Hiszpanii do Antwerpii, a stamtąd do getta. Przecież była to podróż, której czasem nie umiał sprostać człowiek. Dlatego dbaliśmy o niego, pilnując niczym skarbu, a ja myślałam niekiedy, że to jedna z niewielu pamiątek, która zachowała wspomnienie dotyku mojej prababci.

Nałożywszy na patelnię kolejną porcję ciastek, przypomniałam bratanicom o podarkach. Ponieważ od matki dostały miękkie piłki uszyte z wielobarwnych gałganków, i ja zakrzątnęłam się przy półkach, gdzie poprzedniego dnia w zawiniątkach ze lnu ukryłam hojne porcje owoców w cukrze. Wręczyłam je teraz dziewczynkom i ucałowawszy chłodne czoła, życzyłam obu radosnego Purim, po czym zaproponowałam grę w zgadywanki. Przystały na to z ochotą, więc prześcigałyśmy się w pytaniach i odpowiedziach, czasem wykrzykując je chórem, a czasem ze śmiechem, gdy były nadspodziewanie łatwe. Bo nie mogłyśmy przecież nie wiedzieć, czym jest błękitny talerz pełen złocistych węgielków, jacy czterej bracia noszą jedną czapkę ani tym bardziej czyi synowie przychodzą na świat przed ojcem, skoro pod kuchnią buzował ogień, który wziął się z wąziutkiej tasiemki dymu. Trwało to dopóty, dopóki smażyłyśmy ciastka. Jako że czas był najwyższy, by zająć się pracą, Chaja podźwignęła się z krzesła i zagarnąwszy córki rozpostartymi ramionami, wolno ruszyła ku drzwiom, więc i ja wzięłam lichtarz, dłonią osłoniłam płomień i wyprzedziwszy bratową, oświetlałam drogę.

Skrzypienie schodów wywabiło z mieszkań sąsiadki. Z góry zbiegła Ruta z czepiającą się spódnicy trzyletnią Bajlą, którą wszyscy darzyliśmy miłością, tak była słodka z nieskazitelną mlecznobiałą cerą i burzą kasztanowych loczków. Ruta, po raz siódmy brzemienna, zmiennością nastrojów nasuwała na myśl zimową aurę, bo gdy w jej piegowatych policzkach uśmiech wyciskał dołeczki satysfakcji, mawiała wzorem innych niewiast, że dzieci i talerzy nigdy za wiele, przyda się więc kolejne. Kiedy jednak wstawała lewą nogą, przeklinała los matki sześciu córek, obiecując sobie, że tym razem powije chłopca, i aby się go istotnie doczekać, codziennie wstępowała do synagogi i przysłuchiwała się jak najpilniej modłom, choć tak mdliło ją od wszystkiego, że wolałaby na krok nie ruszać się z domu. O nadmiar córek zwykła obwiniać męża, a ponieważ trzymała go krótko, biedny Gabriel, potwierdziwszy każde jej słowo, czmychał do składu przypraw, gdzie zadziwiał pilnością, bo zawsze zjawiał się pierwszy, a wychodził ostatni. Rucie nie można byłoby jednak odmówić dobroci, więc szczerze życzyłyśmy jej szczęścia.

Przywitałyśmy się też z Jafą, najbliższą sąsiadką. Zanim do nas wyjrzała, jej wysoki, nieznoszący sprzeciwu głos splatał się z ponagleniami Nachuma, męża zatrudnionego u producenta koszernego wina, z dąsami zamężnych córek, śmiechem żonatych synów, z narzekaniami świekry i piskami dzieci, bo mieszkali wszyscy razem, w ciasnocie kilku izb. Przykrościami, które sprawiała małżonkowi, Jafa zapracowała sobie na opinię takiej żony, która z zasady robi mu na przekór, dając potrawkę z grochu, gdy ten prosi o soczewicę, a soczewicę, gdy wolałby groch. A choć nakrywała mu do stołu, tak zadręczała krzykiem i złośliwościami, jakby to on był najgorszym z mężów. Dni owych sporów wieńczyły awantury, kiedy to przez kuchenne okno spadały na oszołomioną ulicę cynowe talerze i garnki, które później zawstydzone synowe i córki zbierały jak najspieszniej. Przywykliśmy do krewkiej natury Jafy, a jako że sąsiedzi nigdy nie podnosili na siebie ręki, nie wtrącaliśmy się do tego, jak żyją, zwłaszcza że nie można im było odmówić hojności i chęci pomocy tym, którym los bardziej niż innym dawał się we znaki.

Niżej zapukałyśmy do akuszerki Ilany, której zręczne dłonie sprowadziły na świat wszystkie okoliczne dzieci i która, z racji rzetelności oraz znajomości rzeczy, cieszyła się szacunkiem całego getta. Była kobietą w kwiecie wieku, o skórze tak śniadej, że aż barwy pokrewnej z karmelem, i o kędzierzawych włosach wymykających się spod tęczowej chusty, gdy więc szła ulicą, niosąc torbę położnej i kołysząc biodrami niczym w tańcu, w oczach mijających ją mężczyzn kiełkowało pożądanie. Niejeden słał do niej swatów, ale mimo wdowieństwa odsyłała ich z kwitkiem, stąpając z tym większą gracją i tym głośniej szeleszcząc spódnicą, im trudniej było zalotnikom zachować obojętność na bijący od niej blask. Lecz choć zwykliśmy mawiać, że niewiasta bezdzietna jest niczym nieowocujące nigdy drzewo, ona twierdziła śmiało, że zakosztowała już gorzkiej słodyczy małżeństwa i że najlepsi nawet mężowie prędzej czy później stanowią źródło trosk. Mieszkała więc tylko ze świekrą; obu złożyłyśmy życzenia.

Gdy zeszłyśmy na sam dół, sięgnęłam do paska po spięte metalowym kółkiem klucze, wybrałam właściwy i przekręciłam w zamku drzwi wiodących do warsztatu. Znalazłam przygotowane uprzednio świece i zapalałam jedną od drugiej, a Chaja rozstawiała je tak długo, aż ich blask odsłonił wnętrze niedużej izby. Kiedy od strony ulicy otworzyłam drewniane okiennice, wpuszczając nieco dziennego światła, na dobre pierzchła cisza poranka, bo chociaż w Purim nikt nie porzucał pracy, radowano się od świtu aż po zmierzch. Sklepikarze, szklarze, zatrudnieni w chrześcijańskich drukarniach zecerzy, piekarze, handlarze koszernym winem i oliwą, kupcy oraz bankierzy spieszyli do zajęć, a między nimi pętały się chmary niedorostków, posłańców doręczających liściki, pomocników w składach starzyzny, roznosicieli pieczywa, a choć i oni pędzili do obowiązków, nie odmawiali sobie chwili zabawy, więc tu i tam fałszowały rozstrojone piszczałki tłumione gromkimi wybuchami młodzieńczego śmiechu.

Ale w naszym warsztacie panował spokój. Dziewczynki przycupnęły na niziutkich zydlach, tuż przy matce, gdy zjawiły się dwie niezamężne kuzynki Chai o wąskich taliach i włosach rozjaśnionych według najnowszej mody. Usiadłszy przy wspólnym stole, rozłożyły przerwaną poprzedniego dnia pracę: Ada naprawianą na szwach suknię z jedwabiu, Marta poduszkę z przyczepionym doń wzornikiem, od którego rozchodziły się przytwierdzone szpileczkami nici o końcach owiniętych na klockach z drewna. Geometryczny wzór wyrabianej w ten sposób koronki podobny był do tego, nad którym pochylała się Chaja, choć w precyzji wykonania bratowa nie miała sobie równych.

Mimo że ostatnimi czasy wyszywałam obrusy i serwety do mojej wyprawy, wyjęłam igielnik i drewniany niciak o inkrustowanym wieczku, a także sakiewkę z czarnego aksamitu, bo zamierzałam zaraz ją skończyć, aby u schyłku dnia podarować Eliszy. Mój narzeczony pracował w drukarni, więc tuż po otwarciu bramy znikał aż do wieczora, gdy strażnik równo z nadejściem zmroku znów zatrzaskiwał wrota, odczekawszy jedynie do ostatniego uderzenia dzwonu.

Z Eliszą umawialiśmy się przy studni, z której czerpałam wodę, wyręczając tym samym Leę, bo jej siły nadwątlił wiek. Choć trzymała się nieźle, jakby jedynym znakiem upływającego czasu były zmarszczki, które niczym pajęczyna usidliły jej czoło, oczy i usta, nie dawałam się zwieść zapewnieniom, że czuje się niezgorzej. Nauczono mnie bowiem, że ludzie są jak polne zioła: jak one rozkwitają i jak one więdną. A twarz Lei przywodziła na myśl pożółkłą ze starości mapę, z której przy odrobinie szczęścia można było czytać historię jej nie zawsze udanych małżeństw i życia wypełnionego pracą. Uparta i niezmordowana nie uskarżała się na nękający ją reumatyzm, wypierała się dopadającego znienacka zmęczenia i zadyszki tłumiącej oddech, a mnie rozczulały jej nieudolne kłamstewka i krótkie, lecz głębokie bruzdki między wygiętymi w łuk brwiami, a także te zbiegające od skroni ku kącikom oczu, bo po nich skradał się śmiech. Jednak pamięć Lei działała jak doskonale naoliwiony mechanizm, który nie zacina się nigdy, choć sprawiałby się najlepiej, odtwarzając wyłącznie odległą przeszłość, jakby dni młodości mojego ojca i jego braci minęły ledwie wczoraj. Kiedy więc je wspominała, porównywałam ją do szkatuły, która w przepastnym wnętrzu kryje kolejną, lecz nieco mniejszą szkatułkę, a ta następną i następną, a w każdej mieści się nowa opowieść.

Byłabym niewdzięcznicą, gdybym nie uważała Lei za niewiastę o nieugiętej woli i takiej godności osobistej, jakiej nie powstydziłaby się żadna kobieta w getcie i poza nim. Bo nawet gorzkniejąc i milknąc, zwykła śmiało spoglądać innym w oczy i bez wysiłku naginać ich do swojej woli. Była też sprawiedliwa; jako że miłość bez upominania nie jest miłością, beształa mnie, lecz tylko wówczas, gdy ją sprowokowałam, i pilnowała, abym skromność i obyczajność przedkładała nad zamiłowanie do błyskotek i luksusu, za co byłam jej nieskończenie wdzięczna. Za namową Lei nie wystawiałam włosów na słońce, godząc się z ich ciemnobrązową barwą, choć inne dziewczęta rozjaśniały swoje, sięgając po płukanki z ziół i tłuste maści, którymi na wzór patrycjuszek smarowały głowy. Również z powodu jej przestróg narzeczony, choć bardzo mi drogi, nie znał smaku moich ust, mimo że u zarania lata mieliśmy wyrzec słowa przysięgi małżeńskiej.

Trzykrotnie zamężna, nie dochowała się potomstwa, dzieci bowiem obumierały w jej łonie niczym ziarno w jałowym gruncie. Zapewne dlatego na mnie i moich braci przelała całą swą miłość i chroniła nas, jak mogła. Wierząc w moc amuletów, znała się na nich lepiej niż większość niewiast i wiedziała, u kogo w niemieckim getcie znajdzie najskuteczniejsze. Co wieczór sprawdzała mezuzę, czy nie pękła, wydając dom na pastwę demonów, wbijała też szpilki w próg i odrzwia alkowy Chai i Rubena, aby odpędzić je od brzemiennej, a mnie przykazała pod żadnym pozorem nie rozstawać się z nożykiem o żelaznym ostrzu, bo zabezpieczał od złego, więc posłusznie nosiłam taki zawsze w wewnętrznej kieszeni spódnicy.

Myśląc o tym wszystkim, wsłuchiwałam się w klekotanie utoczonych z twardego drewna klocków koronczarek, zerkałam na miganie krzyżujących się i rozdzielających nitek, na wydłużające się z wolna szerokie pasy koronek, dziwiąc się panującej między nami ciszy, jakbyśmy spały, choć było to jedynie skupienie. Ożywiałyśmy się z pojawieniem się pierwszej klientki, przybyłej zazwyczaj spoza getta, gdyż odzież do naprawy przyjmowałyśmy głównie od chrześcijan. Nie mogłyśmy jednak sprzedawać niczego, co byłoby nowe i bez skazy, kiedy więc kończyłyśmy pracę, przekazywałyśmy wszystko Chai, bo posiadła umiejętność takiego nadpruwania wyrobów, aby ich nie zepsuć. Następnie proponowałyśmy koronki jako towar wybrakowany lub z drugiej ręki, żeby w ramach tej samej zapłaty szybko i zręcznie zreperować ściegi. W ten sprytny sposób omijałyśmy zakaz nałożony na żydowskich rzemieślników, którym Republika Wenecka zezwalała jedynie na handel starzyzną. Aby przetrwać, trzeba było naginać nierówne prawo, a czasem ryzykować grzywną lub utratą wolności, gdyby chrześcijańskie cechy wniosły skargę.

Ale gdy ozdabiałam sakiewkę ostatnim liściem akantu, dbając o to, by haft był doskonale płaski, a nitki przylegały ciasno jedna do drugiej, i pomagając córeczkom Chai, których paluszki zmagały się z wkłuwaniem igieł w skrawki grubego aksamitu, myślami byłam już tylko przy narzeczonym.

* * *

Czekałam na Eliszę w zapadającym zmierzchu, obok wiadra pełnego wody i z dłonią przytkniętą do czoła, jakby oślepiało mnie słońce, choć świat z wolna spowijał mrok. Przy studni co chwila przystawali przechodnie, aby ugasić pragnienie i żeby przed nastaniem nocy napełnić cebrzyki i dzbanki. Zgodnie z obyczajem wymienialiśmy pozdrowienia, pytając się o zdrowie i wspólnych znajomych, a jako że był to dzień świąteczny, życzyliśmy sobie błogosławieństw Pana i wszelkiej pomyślności.

Nad ceglanym brukiem poniósł się śmiech, a po nim, wabiąc do okien gapiów, rozszalały się trąbki, piszczałki i bębenki, bo na ulicę niczym wezbrany deszczem potok runął żydowski karnawał. Wówczas wśród wielu obcych twarzy nareszcie ujrzałam narzeczonego. Musiał się spieszyć, nie zdjął bowiem żółtego beretu, jaki zgodnie z wymogami prawa zakładał, opuszczając getto. Jak część jego mieszkańców, nosił się z włoska, w głębokiej czerni wysmuklającej i tak szczupłą postać, bo dbał o powierzchowność, pamiętając, że o ile chwałą Boga jest człowiek, o tyle chwałą człowieka jest ubiór oraz że nie przystoi mężczyźnie chodzić w niechlujnym odzieniu i zniszczonych butach.

Tak długo wpatrywałam się w twarz ukochanego, że odniosłam wrażenie, iż w jego czarnych oczach niczym w domowym zwierciadle dostrzegam moje odbicie. Przemknęło mi przez głowę, że gdybym dysponowała taką mocą, rzuciłabym urok, aby stopiło się z nim na zawsze. Tymczasem powitał mnie i powiedział coś więcej, lecz zagłuszyły go bębenki, więc pokazałam mu na migi, że go nie słyszę. Wówczas chwycił wiadro, abyśmy mogli odejść na stronę, a przecież nie odrywał ode mnie wzroku i ja też spoglądałam nań z nieskrywaną czułością, chociaż Lea uczyła mnie od dziecka, że żydowskie dziewczęta skrzętnie ukrywają uczucia. Ale im dłużej znałam Eliszę, tym trudniej mi było zachować obojętność, zwłaszcza że był mi wzajemny.

Wreszcie słyszałam go wyraźnie: mówił o drukarni oraz o karnawale. Przypomniałam sobie podarek, jaki dlań uszyłam, lecz ubiegł mnie, bo dłonią poplamioną farbą rozwinął pakunek trzymany dotąd pod pachą i z szarej tkaniny wyłoniła się książka. Rzekł, że specjalnie dla mnie zamówił ją w Rzymie i tylko lękał się, czy przyjdzie w porę, a otworzywszy mniej więcej w połowie na stronie ozdobionej drzeworytem ze schematem koronki klockowej, z zaskakującą delikatnością pogładził palcem skomplikowany wzór.

Nie kryjąc poruszenia, odczytałam nazwisko autorki Isabelli Parasole. Gdy błogosławiłam w duchu niezmierzoną cierpliwość Dawida i te mozolne godziny, które razem spędziliśmy nad książkami, kiedy wyjawiał mi tajemnice pisma, narzeczony podziwiał winiety, nazywając je dziełem mistrza.

Był bowiem rytownikiem w znamienitej i głośnej w Republice drukarni należącej do rodziny Zanettich, znanej z tego, że oprócz chrześcijańskich wydawała hebrajskie księgi. Na drewnianych płytkach Elisza kreślił rysunki, które następnie żłobił rylcem, a pociągnąwszy tę płaskorzeźbę farbą, odbijał na nawilżonym papierze mapy, ilustracje do dzieł o botanice, a ostatnio eleganckie w niewymuszonej prostocie karty tytułowe żydowskich traktatów i modlitewników. Szczyciłam się jego profesją, bo o takich jak on zwykliśmy mawiać, że parają się najświętszym z rzemiosł.

Obdarzywszy narzeczonego uśmiechem szczerej wdzięczności, wręczyłam mu sakiewkę, a ponieważ nasze ręce spotkały się w połowie drogi, przez mgnienie oka poczułam ciepło jego dłoni. Obiecał, że będzie strzegł podarku, bo nie ma nic cenniejszego i droższego sercu, po czym znów ujął wiadro, gdyż zapadły ciemności, a pochodni płonęło niewiele. Poszliśmy ku domowi, lecz pomału, żadne z nas nie miało bowiem chęci się rozstać. Wsłuchiwałam się w relację z minionego dnia, podziwiając kształtność żywo gestykulującej dłoni i dźwięczność głosu Eliszy aż do chwili, gdy zanurzyliśmy się w wąskiej i ciemnej uliczce, popychani i szturchani przez tak gęsty tłum, że zmuszona byłam iść za narzeczonym, jakby torował mi drogę.

Kiedy stanęliśmy u drzwi, świat wibrował śmiechem, niemilknącym gwarem rozmów, stukotem obcasów, życzeniami powodzenia i szczęścia, więc zasłuchaliśmy się oboje, a czas snuł się niespiesznie, coraz wolniej, leniwiej, i wydało mi się, że w końcu zamarł w oczekiwaniu, aż między nami znów padną słowa. I padły, lecz nie takie, jakich można by się spodziewać, bo brakowało nam śmiałości, żeby wyznać, jak nam ze sobą dobrze i że świąteczny wieczór pragniemy spędzić razem, z dala od tłumów, krewniaków, przyjaciół, by ich natrętne spojrzenia nie podglądały naszej miłości. Ale rzekliśmy jedynie to, na co pozwalał obyczaj: ja że wychodzę na przyjęcie, on że zmierza do bożnicy.

Pożegnanie z Eliszą zatrzymywało mnie zazwyczaj w progu, bo patrzyłam za nim długo, choć szybko niknął w ciemnościach, i wspominałam tę wiosnę, gdyśmy się poznali. Był najmłodszym synem Abrahama Cohena i Metuki Nuñez Cohen, i zamieszkał w getcie zaledwie przed rokiem. Spotkałam go tuż po przybyciu, gdy w zakurzonym płaszczu i schodzonych butach podszedł do tej studni, przy której zwykliśmy się później widywać, a ponieważ właśnie czerpałam wodę, poprosił, bym mu pozwoliła z niej skorzystać. Trudno byłoby się nie domyślać, że pochodzi z daleka i że przebył męczącą drogę, więc choć nie znałam jego imienia, napełniłam kubek, który mi podał, i czekałam, aż go opróżni, by napełnić znowu. Był uprzejmy i usiłując nawiązać niezobowiązującą rozmowę, wyznał, że jest z Pesaro, lecz zachęcony tutejszą wolnością i doskonałością miejscowej sztuki drukarskiej, pragnie osiedlić się w Wenecji, po czym podziękował i odszedł.

Niebawem okazało się, że był mistrzem w swym rzemiośle, więc niemal od ręki znalazł kąt i zatrudnienie, a gdy mój ojciec wypatrzył go w synagodze, zapałał doń sympatią. Z przychylnością wysłuchał historii rodu, który jak nasz ratował się ucieczką przed prześladowaniami, wędrując od Barcelony do Ankony, a stamtąd, uszedłszy cało z papieskiego pogromu, do Pesaro, które stało się z czasem jego nowym domem.

Mnie tymczasem dręczyło pytanie, czemu mimo słusznego wieku i znakomitego fachu Elisza nie pojął jeszcze żony, więc niby żartem spytałam o przyczynę, dworując sobie przy okazji z mężczyzn, których wybredność i niezdecydowanie przewyższają niewieście. Nie było to grzeczne i nie przystawało do skromności panny, która dopiero co przestała być dzieckiem, lecz powodowało mną przeczucie, że mam przed sobą człowieka zasługującego na zaufanie, a to, że górował nade mną wiekiem i że pochodził z daleka, czyniło go w moich oczach tym bardziej godnym pożądania. Jemu również nie brakowało fantazji, bo odrzekł, że owszem, ma w zasięgu ręki szelągi weneckie, lecz mierząc z zasady wyżej, wolałby schować do sakiewki co najmniej cekina. Ujął mnie miną franta i głosem nabrzmiałym śmiechem, a z czasem innymi zaletami, bo wkrótce stało się jasne, że niestraszna mu praca i że piękniej niż inni okazuje serdeczność i przywiązanie.

Mimo to, by nie dać braciom okazji do docinków, kryłam się z sympatią do Eliszy. Dopiero gdy Lea pociągnęła mnie za język, wyznałam, że gdybym żyła w czasach, kiedy Jerozolima cieszyła się wolnością, a lud Izraela nosił głowy wysoko, wzorem ówczesnych niewiast ukryłabym w obcasach wydmuszki z wonnym balsamem, aby tupnąwszy nogą, stłuc je przy ukochanym, bo aromat piżma uwiódłby go i na zawsze związał ze mną. Lea z ubolewaniem pokiwała głową, zganiła mnie i rzekła, że plotę trzy po trzy, choć jej oczy błysnęły rozbawieniem.

Elisza zwlekał z przysłaniem swata, a ja cierpiałam z niepewności, czy jest mi wzajemny. Nocami roniłam łzy, lecz za dnia niczym w suknię oblekałam się w niezmącony spokój, aby nie zarzucono mi rozwiązłości i że naprzykrzam się mężczyźnie. Jednak wczesną jesienią wszystko potoczyło się gładko i z poszanowaniem obyczaju oraz przy aprobacie naszych rodów. Przed uroczystym przyjęciem obie strony porozumiały się co do warunków przyszłego małżeństwa, ojciec wyznaczył wysokość posagu i kary za zerwanie zrękowin, a potem, podczas uczty, na głos odczytał treść dokumentu. Mój narzeczony zbił gliniany talerz, aby przypomnieć, że nawet w chwilach radości lud Izraela opłakuje zburzenie Jerozolimy oraz dla przepędzenia demonów, a niezamężne przyjaciółki zebrały skorupy z nadzieją na rychłe zamążpójście. Czułam ramię Eliszy przy moim i wierzyłam, iż nie ma na świecie siły, która zdołałaby nas rozdzielić. Już wówczas zyskałam pewność, że nie zniosłabym utraty jego miłości.

* * *

Kremowy jedwab szeleścił cichutko, gdy obracałam się na czubkach palców, rozpościerając ręce niczym skrzydła, by suknia wirowała i wirowała, połyskując złociście w świetle rozstawionych we wspólnej alkowie świec. Zdyszana zatrzymałam się przed wiszącym na ścianie okrągłym zwierciadłem, a wraz ze mną znieruchomiała spódnica, ułożywszy się w spływające spod wydłużonego stanika miękkie fałdy. Była strojna i nie wymagała biżuterii, a ponieważ zwykłam nosić jedynie pierścień zaręczynowy oraz drugi, po matce, zdobiony perłami i z olejkiem zapachowym w środku, uznałam wybór za najwłaściwszy. Nieczęsto jednak wdziewałam podobnie wystawną szatę, decydując się zazwyczaj na praktyczną i ciepłą, typową dla służki, lecz nie dla kupieckiej córki, którą w istocie byłam. Tylko podczas świąt i wychodząc do synagogi, dbałam, by ani ojciec, ani bracia nie wstydzili się za mnie i by czuli dumę, porównując mnie do innych niewiast. Purim również wypadało uczcić odświętnym odzieniem, a ponieważ był to czas szczególny i większość obowiązujących nas zakazów traciła moc, niejeden mieszkaniec getta przywdziewał przebranie niczym podczas karnawału, a kobiety kryły twarze za białymi maseczkami lub wachlarzami o kościanych rączkach.

Tymczasem lustro odbijało również wnętrze alkowy: ściany wyłożone gładkimi płytami z drewna i wyjątkowej urody sprzęty, a więc łoże z baldachimem obsadzonym na ozdobionych reliefami czterech kolumnach, dalej skrzynie z orzecha włoskiego, z których część służyła za ławy, filigranowy sepecik z kosztownościami, które odziedziczyłam po matce, kabinet opleciony misternymi płaskorzeźbami, a za nimi poczerniałą okienną niszę, na której tle moja skóra jaśniała jakby wewnętrznym blaskiem. Lecz choć czułam głęboką, spokojną radość, łagodzącą wyraz ust i wygładzającą czoło, poraziła mnie ciasnota izby, mrocznej nawet wówczas, gdy w lichtarzach płonęły świece, a na zewnątrz grzało słońce. Choć przywykłam do tego i się nie uskarżałam, bo w porównaniu do większości mieszkań w getcie nasze było względnie przestronne i ładne, jednak stale czułam pewien niedosyt. Na ironię i wielką niesprawiedliwość zakrawał fakt, że chociaż ojciec majętnością przewyższał niejednego kupca i moglibyśmy nawet żyć w wygodnej willi, gnieździliśmy się w klitkach wynajmowanych od znacznie uboższych chrześcijan.

Zanim wyszłam na przyjęcie, zajrzałam do Chai. Odpoczywała w pościeli, w nocnym stroju, a przecież o tej porze przeważnie krzątała się w kuchni, więc przeszyło mnie ukłucie niepokoju, zwłaszcza że w następnej chwili do alkowy wkroczył Dawid. Czarną lekarską togę z florenckiej tafty, długą i obszerną, przewiesił przez żelazną ramę łoża, pozostając w kubraku i koszuli o szerokich rękawach oraz w ciemnych pludrach. Starannym i świadczącym o pozycji strojem dodawał sobie powagi, choć moim zdaniem krótko przystrzyżone włosy i modna bródka nadmiernie go postarzały. Ale tym razem zatrzymałam dla siebie tak prozaiczne uwagi, wypytując Chaję o samopoczucie i czy przypadkiem nie zbliża się czas rozwiązania.

– Nie, Hilo – odszepnęła. – Zapewniłam cię już, że moja pora nie nadeszła, a tylko za dużo dziś pracowałam, ot co. Nie trap się, że pozwalam sobie na lenistwo i że trzymam się z dala od zabawy, bo nie jest to powód do zmartwień. Baw się, kochana, i nie zważaj na mnie.

Mimo to usiadłam na skraju posłania i by podtrzymać bratową na duchu, ujęłam ją za rozpaloną dłoń, a wówczas jej spuchnięte wargi drgnęły cieniem uśmiechu. Pomyślałam, że musi być spragniona, i poderwałam się, żeby podać wodę, lecz Dawid zapewnił, że Chai niczego nie brak i że zamierza przy niej czuwać, a ja na razie nie jestem im potrzebna. Potem nalegali oboje, abym biegła do Rebeki, więc obiecawszy wczesny powrót, zajrzałam jedynie do kuchni, gdzie Lea rozsnuwała przed dziewczynkami wątki splatające się w opowieść o królowej Esterze i złym Hamanie. Wycofałam się cichcem, żeby nie przeszkadzać, narzuciłam płaszczyk i po omacku zeszłam po schodach do drzwi, które otworzyły się tak raptownie, że jedynie cudem uniknęłam zderzenia ze znacznie ode mnie wyższym młodzieńcem.

To był Ezra. Nie widzieliśmy się co najmniej od dwóch dni i teraz także ciemność zniekształcała jego postać, bo tylko jaśniejsza nieco twarz kontrastowała z mrokiem, a to z powodu powlekającej ją niezdrowej bladości, konsekwencji tego, w jaki sposób marnował siły i zdrowie, zgrywając się w karty i w kości. Od jakiegoś czasu wyprzedzał go też mdły zapaszek nieświeżego odzienia i zakazanych zakątków, jakby nim przesiąkł, zapuszczając się w miejsca popularne wśród awanturników i amatorów tanich niewieścich wdzięków.

Udał, że mnie nie spostrzegł. Chwyciłam go za ramię, lecz wyszarpnął je niecierpliwie, obracając się ku mnie i przybierając obronną pozę, jakby spodziewał się, że przyjdzie mu się ze mną zmierzyć albo przynajmniej gęsto tłumaczyć, na co zmiękło mi serce; wyrzuciłam mu tylko z żalem, że wkrótce zapomni drogę do domu. Byłabym jednak naiwna, gdybym wierzyła w moc moich napomnień, nie raz i nie dwa bowiem przypominałam o terminowaniu w składzie, o przyzwoitości i honorze szarganym na śliskich od brudu podłogach podrzędnych zajazdów. Nawet bowiem groźbę rychłego powrotu ojca, który rozliczy go z każdego przepuszczonego cekina i ze wszystkich karygodnych uczynków, zwykł puszczać mimo uszu.

– Opamiętaj się! Kto hańbi siebie, hańbi całą rodzinę – błagałam. – Tylko u Cappanich zdobędziesz fach i przypodobasz się ojcu, co do joty wypełniając jego polecenia.

– Tam do niczego nie dojdę – odwarknął. – Dajże mi teraz spokój, bo padam z nóg i spieszno mi do łoża.

– W takim razie spodziewaj się przeprawy z Dawidem, on nie puści ci płazem, żeś na tak długo zniknął, nie dając znaku życia!

– Dawid niech lepiej zadba o swoje grzeszki, bo go zawiodą do ciemnicy.

– Nie myśl, że ciskając oszczerstwa, zdołasz się wybielić. A ojciec...

– Ależ z ciebie gąska! We wszystkim zdajesz się na ojca. Nie ma go tu, bo jak wiesz, do domu zagląda od wielkiego dzwonu. Przywyknij do myśli, że można radzić sobie samemu, co właśnie staram się czynić.

Ezra rozgniewał mnie i zasmucił, bo miał rację. Byłam córką Menachema Camposa, a mój głos był jego głosem. Moje sądy zależały od tego, co on uznał za złe lub dobre, i każdy krok rozważałam tak długo, aż zyskałam pewność, iż go zadowolę. Doskwierało mi to coraz bardziej, lecz wierzyłam, że bez niego przypominałabym niedojrzały liść z dala od drzewa, konarów i korzeni, i podporządkowywałam się we wszystkim jego życzeniom, tylko niekiedy odróżniając je od własnych. Ezra sprawił, że myśl o tym wzbudziła mój niepokój, więc ucinając kłótnię, życzyłam mu szczęścia i wypadłam na gwarną ulicę.

Chociaż bowiem zatrzaśnięto bramę getta i podniesiono most zwodzony, tej nocy, migoczącej blaskiem nieprzeliczonych pochodni, w murach żydowskiego kwartału zostało tak wielu chrześcijan, że przypominali chmary ciem oszołomionych zbyt mocnym światłem. Kręcili się jakby na oślep, w ciężkich sajanach szlachta, w ciemnych togach padewska studenteria, w pelerynach podbitych szkarłatem rybacy, w turkusach rzemieślnicy, w fartuchach wszelaka służba, a między nimi, choć z rzadka, dało się zauważyć żebraków w łachmanach i papuzich kapeluszach, bo mimo że żebranie dozwolone było jedynie w piątki i w środkowe dni świąt, w Purim nie obowiązywały podobne zakazy. A choć uważaliśmy, że lepiej nie dawać jałmużny, niż czynić to publicznie i na oczach tłumu, gdyż obnoszenie się z bogactwem godne jest nagany, tu i tam brzękały monety ciskane do cynowych kubków.

Dom, w którym mieszkała Rebeka, znajdował się tak blisko mojego, że za dnia drogę tę pokonywałam szybciej, niż Lea zagniatała ciasto na macę, lecz teraz z trudem przepychałam się przez ciżbę, zbierając kuksańce, witając sąsiadów, zbywając nieprzystojne zaczepki obcych i przystając, gdy na placu podpalono stos, aby jak co roku przy dziękczynnych pieśniach i wiwatach spalić szmacianą kukłę Hamana. Nieco dalej, bo już pod oknami wysokich domostw, gdzie powinno być spokojniej i luźniej, na przechodniów czyhała zgraja wyrostków z kieszeniami wypchanymi garściami orzechów, i choć znałam każdego z imienia, tej nocy niewiele sobie z tego robili, bo otoczywszy mnie, obrzucili gradem twardych skorupek.

Kiedy mimo to bez uszczerbku dotarłam do domu przyjaciółki, drzwi na schody, inaczej niż w dzień powszedni, stały otworem. Na piętrze zarumieniona od kuchennego ognia służka wprowadziła mnie do izby gościnnej wrzącej od głosów kobiet o modnie ufryzowanych włosach i w sukniach z najprzedniejszych tkanin, gdyż to, co z racji nakazu nieobnoszenia się z bogactwem było nie do przyjęcia na co dzień, teraz jaśniało pełnią blasku. A więc: koronkowe kołnierze i mankiety, migoczące złotem brokaty, kosztowne pierścienie, kolczyki i pajęcze łańcuszki, cuda jubilerskiej zręczności owinięte wokół szyj i nadgarstków.

W końcu znalazłam Rebekę. Czubkami wąskich palców ujmowała właśnie kandyzowaną figę, rozkoszując się mocnym aromatem, zanim zatopiła w niej ostre, doskonale białe ząbki i nim na mój widok uniosła brwi. Podziwiałam jej nieskazitelną urodę, jak się podziwia to, na czym nam nie zbywa, z odrobiną niewinnej zazdrości, bo wszystko w niej było bliskie ideału: proporcje sylwetki, gładka skóra, usta o barwie karminu z wydatną dolną wargą, a przede wszystkim oczy, przepastne niczym dwie bliźniacze studnie, migotliwe i nieco łzawe, i takie, że od samego patrzenia można by się w nich zatracić. Była jedyną córką poważanego jubilera, a choć nie urodziła się jako mężczyzna, przeznaczono jej w wianie warsztat ojca, gdyż odziedziczyła talent do obrabiania kamieni i niezmierzone pokłady cierpliwości, czego byłam najpewniejsza, żadna bowiem kobieta nie czekałaby wierniej na mężczyznę, który jej nie chciał. Jako rówieśnice nie miałyśmy przed sobą tajemnic, wiedziałam więc o jej uczuciu do Dawida i życzyłam sobie, abyśmy mogły pewnego szczęśliwego dnia nazwać się siostrami, choć wiele mi mówiło, że nadzieje przyjaciółki są płonne, bo mój brat zobojętniał na niewieście wdzięki wraz ze śmiercią swej pierwszej narzeczonej. Ojciec zaręczył go przed laty z dziewczyną z sąsiedztwa, lecz tak słabowitą, że zmarła przed terminem zaślubin i odtąd Dawid nosił niemijającą żałobę, głęboko przeświadczony, że nie dane mu będzie znaleźć równie pobożnej i urodziwej narzeczonej. Nieco mnie to dziwiło, nie znał jej przecież na tyle dobrze, aby aż tak rozpaczać, ponieważ jednak wspominał słodycz, ujmujący uśmiech i warkocze, które niczym sznury spętały mu serce, uwierzyłam w szczerość jego uczuć. I choć z czasem przestał przywoływać imię dziewczyny, zbywał nas lub popadał w stan długotrwałej irytacji, gdy nakłanialiśmy go do ożenku.

Wszystko to sprawiło, że z Rebeką dzieliłyśmy niejeden sekret i teraz również, ucałowawszy się w policzki, schroniłyśmy się nieopodal okna, z dala od zamieszania i szczebiotu kobiet. Jednak nasze odosobnienie nie mogło trwać długo, bo rozpoczęły się tańce, uformował się korowód, a drobne niewieście dłonie podchwyciły rytm wywodzący się z czasów proroków, gdy z dala od męskich spojrzeń, osłonięte pustynną nocą kobiety wielbiły dzieło Stwórcy. Kiedy więc rozwirowały się spódnice, zakwitając niczym migdałowce, i ja dałam się porwać muzyce. Szmer oddechów splatał się z brzękiem bransolet, aż urósł w pełną wdzięczności pieśń i miłą Panu modlitwę.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2018

Text © by Agnieszka Wojdowicz 2018

Projekt okładki Monika Pietras

Zdjęcia na okładce:

© iulias/Shutterstock.com

© Alex Tihonovs/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący Joanna Wajs

Opieka redakcyjna Joanna Kończak

Redakcja Magdalena Adamska

Korekta Roma Sachnowska, Ewa Mościcka

ISBN 978-83-10-13357-1

Plik wyprodukowany na podstawie Córka głosu. Księga życia Hili Campos, Warszawa 2018

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Córka głosu. Księga życia Hili Campos Niepokorne. Judyta Niepokorne. Klara Niepokorne. Eliza Strażnicy Nirgali 3 Korona Mandalich Strażnicy Nirgali. Łowcy aniołów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę