Nieskończone światy Jane

Nieskończone światy Jane

Autorzy: Kristin Cashore

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 5.10 zł

7. miejsce na liście bestsellerów NYT!

Brawurowa powieść dla nastolatków.

Osiemnastoletnia Jane, na zaproszenie swojej byłej korepetytorki, przybywa

do posiadłości rodziny Trashów na coroczną galę. Dom, wypełniony po brzegi cennymi artefaktami i dziełami sztuki, jest kwintesencją luksusu, a przepych wylewa się zeń drzwiami i oknami. W pewnej chwili okazuje się, że dwa dzieła sztuki ‒ obraz Vermeera i rzeźbę Brancusiego ‒ skradziono.

Zaczyna się poszukiwanie, a cała akcja jest uzależniona od decyzji podjętych przez Jane. W zależności od tego, którą decyzję bohaterka podejmie, jej losy (a także losy pozostałych bohaterów) potoczą się inaczej.

Niezwykle ciekawa i nieszablonowa powieść z wielowątkową fabułą o świecie pozornie pełnym nieskończonej ilości wyborów.

Byłam uzależniona, gdy tylko przeczytałam pierwszą stronę Jane, Unlimited, a gdy skończyłam powieść, chciałam zacząć od nowa. Genialna Kristin Cashore stworzyła fascynujący, niezapomniany świat.

- Gretchen Rubin, autorka książki Better Than Before

Tytuł oryginału: Jane, Unlimited

Redakcja: Marta Chmarzyńska

Korekta: Ewa Mościcka

Skład i łamanie: Ekart

Opracowanie typograficzne polskiej wersji okładki: Magdalena Zawadzka/ Aureusart

Zdjęcie na okładce:

Copyright © Jose A. Bernat Bacete

Copyright © 2017 by Kristin Cashore

All rights reserved

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-668-0

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Tu Reviens

Zaginione arcydzieło

Kłamstwa bez granic

Część, w której ktoś gubi duszę a Charlotte ją znajduje

Nieskończone światy Jane

Zbłąkaniec, dziewczyna i obraz

Nota autorki

Podziękowania

O Autorce

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Wszystkim ciociom,

zwłaszcza moim

Tu Reviens

DOM NA KLIFIE WYGLĄDA JAK STATEK ZNIKAJĄCY WE MGLE. Iglica jest masztem, u dołu chłoszczą go drzewa, niczym fale wzburzonego morza.

A może po prostu Jane ma w głowie tylko statki, bo jest na jachcie, który stara się jak może skupić na sobie całą jej uwagę. Jacht kołysze się na fali, Jane traci równowagę, siada i triumfalnie ląduje niedaleko miejsca, w które celowała. Kolejna fala w zwolnionym tempie popycha ją do przodu, w stronę okna w salonie.

– Nie spędziłam dotąd dużo czasu na łodziach. Chyba można się do tego przyzwyczaić – mówi.

Kiran, jej towarzyszka podróży, leży na plecach na długim siedzeniu pod oknem. Ma zamknięte oczy. Kiran nie cierpi na chorobę morską. Jest znudzona. Zachowuje się, jakby nie dosłyszała Jane.

– Moja ciocia Magnolia pewnie musiała się do tego przyzwyczaić – stwierdza Jane.

– Moja rodzina mnie dobija – Kiran na to. – Mam nadzieję, że się potopimy.

Jacht nosi nazwę „Kiran”.

Przez okno w salonie Jane widzi Patricka, kapitana jachtu, jak w deszczu na pokładzie, cały przemoczony, próbuje zahaczyć cumę na knadze. Młody, dwadzieścia parę lat, biały, krótkie ciemne włosy, zimowa opalenizna i niebieskie oczy, tak jasne, że Jane od razu zwróciła na nie uwagę. Najwyraźniej ktoś miał czekać na nabrzeżu, żeby mu pomóc, ale się nie zjawił.

– Kiran? Może powinnyśmy pomóc Patrickowi?

– W czym mu pomóc?

– No nie wiem… Przycumować łódź?

– Żartujesz? – pyta Kiran. – Patrick wszystko potrafi zrobić sam.

– Wszystko?

– Patrick nikogo nie potrzebuje – odpowiada Kiran. – Nigdy.

– Rozumiem. – Jane się zastanawia, czy to wyraz jej ogólnego sarkazmu, wymierzonego w równym stopniu we wszystkich, czy może Kiran ma jakiś konkretny problem z Patrickiem. Z kimś takim jak ona czasem trudno to ocenić.

Na zewnątrz Patrickowi udaje się akurat zahaczyć cumę o knagę, napina ciało, ciągnie linę, kawałek po kawałku, przyciągając powoli jacht do nabrzeża. Wygląda to dość imponująco. Może faktycznie potrafi wszystko.

– A tak w ogóle, to kim jest Patrick?

– Patrick Yellan – odpowiada Kiran. – Wychowaliśmy się z nim, Ravi i ja. Pracuje dla mojego ojca. Tak jak jego młodsza siostra, Ivy. Jego rodzice też pracowali dla ojca, ale dwa lata temu zginęli w wypadku samochodowym we Francji. – Zerka na Jane i dodaje: – Przepraszam. Nie chciałam ci przypominać o wypadkach w podróży.

– Nic się nie stało – odpowiada automatycznie Jane i zapisuje w pamięci te imiona i fakty, razem z innymi zdobytymi informacjami. Kiran jest Amerykanką brytyjskiego pochodzenia od strony ojca i brytyjską Hinduską od strony matki, ale jej rodzice się rozwiedli, a ojciec drugi raz się ożenił. Jest też obrzydliwie bogata. Jane nigdy dotąd nie miała przyjaciółki, która wychowywałaby się z własnymi służącymi. Czy Kiran jest moją przyjaciółką? – zastanawia się. Znajomą? A może mentorką? Teraz już nie, ale kiedyś chyba tak było. Kiran jest o cztery lata starsza, chodziła do college’u w rodzinnym mieście Jane i dawała jej lekcje pisania, gdy Jane była w szkole średniej.

Ravi to jej brat bliźniak, przypomina sobie Jane. Nigdy go nie poznała, ale czasem odwiedzał Kiran w college’u. Jej lekcje się zmieniały, gdy Ravi był w mieście. Kiran się wtedy spóźniała, w oczach miała jakiś blask, wydawała się mniej surowa i nie taka zasadnicza.

– Patrick zajmuje się transportem między lądem i wyspą? – pyta Jane.

– Chyba tak – odpowiada Kiran. – W każdym razie między innymi. Parę innych osób też to robi.

– Czy Patrick i jego siostra mieszkają w rezydencji?

– Wszyscy mieszkają w rezydencji.

– Czyli cieszysz się, że wracasz do domu? – pyta Jane. – Bo możesz spotkać przyjaciół, z którymi dorastałaś?

Jane bada grunt, bo próbuje się zorientować, jak działają tego rodzaju relacje ze służącymi, kiedy jest się tak bogatym.

Kiran nie odpowiada od razu, wpatruje się tylko przed siebie z zaciśniętymi ustami i Jane zaczyna się zastanawiać, czy jej pytanie było nie na miejscu.

– Chyba był kiedyś taki czas, gdy na widok Patricka, po długiej nieobecności, czułam się, jakbym wracała do domu.

– Och! Ale… już nie?

– Eh, to nie takie proste – wzdycha Kiran. – Nie mówmy o tym teraz, mógłby nas usłyszeć.

Patrick musiałby mieć jakieś supermoce, by usłyszeć choć słowo z tej rozmowy, ale Jane potrafi poznać, kiedy temat jest zamknięty. Zerka przez okno i widzi niewyraźnie przez ulewę sylwetki innych łodzi, wielkich i małych, przycumowanych w tej zatoczce. Wszystkie należą do ojca Kiran, Octaviana Thrasha IV, podobnie jak cała zatoczka, ta wyspa przy wschodnim wybrzeżu, falujące na wietrze drzewa i ogromny dom wysoko w górze.

– Jak dostaniemy się do domu? – pyta Jane. Nie widzi żadnej drogi. – Będziemy brnąć w górę przez deszcz jak płetwonurkowie?

Kiran parska, a potem – ku zaskoczeniu Jane – posyła jej pełen aprobaty uśmiech.

– Samochodem – mówi, nie rozwodząc się nad tym. – Opowiadasz zabawne rzeczy. Tęskniłam za tym. I za twoimi ciuchami.

W koszuli w złote zygzaki i w bordowych sztruksach Jane wygląda jak jedno z morskich stworzeń cioci Magnolii. Jak błazenek albo koral panterka. Jane przypuszcza, że chyba nigdy się nie ubiera bez myślenia o cioci Magnolii.

– No dobra – mówi. – A kiedy ma być wiosenna gala?

– Nie pamiętam. Pojutrze? Za dwa dni? Pewnie jakoś w weekend.

W nadmorskim domu Octaviana Thrasha IV odbywają się gale z okazji każdej pory roku. To dlatego Kiran się tam wybiera. Wraca do domu na wiosenną galę.

I tym razem, z jakichś niewyjaśnionych powodów, zaprosiła Jane, choć jeszcze w zeszłym tygodniu Jane nie widziała jej od czasu, kiedy Kiran skończyła college, czyli od prawie roku. Koleżanka wpadła na nią, gdy Jane była w pracy, w księgarni na terenie kampusu, bo podobnie jak wielu absolwentów zapamiętała, że jest tam toaleta publiczna. Jane uwięziona za ladą informacyjną widziała, jak się zbliża, z ogromną torebką przerzuconą przez ramię i udręczonym wyrazem twarzy. Gdyby to był jakikolwiek inny duch z przeszłości, instynkt podpowiedziałby jej, by się odwrócić, ukryć za zasłoną ciemnych loków i zamienić się w posąg. Jednak widok Kiran Thrash natychmiast przywiódł Jane na myśl dziwną obietnicę, jaką wymogła na niej ciocia Magnolia, zanim wyruszyła na tę ostatnią wyprawę fotograficzną.

Ciocia Magnolia kazała Jane obiecać, że nigdy nie odrzuci zaproszenia do rodzinnej rezydencji Kiran.

– Hej! – powiedziała Kiran tamtego dnia, zatrzymując się przy ladzie. – Janie. To ty. – Zerknęła na ramię Jane; spod krótkiego rękawka wystawały czułki wytatuowanej meduzy.

– Kiran. – Jane instynktownie dotknęła ramienia. Tatuaż był nowy. – Cześć!

– Chodzisz tu teraz do szkoły?

– Nie – odparła. – Przerwałam naukę. Robię sobie przerwę. Pracuję tutaj. W księgarni – dodała, co było oczywiste i nie miała ochoty na ten temat rozmawiać. Nauczyła się jednak mówić o niczym, wypełniać chwile milczenia fałszywym entuzjazmem i podsuwać swoje porażki jako temat do rozmowy, bo czasem dzięki temu udawało jej się unikać takich pytań, jak następne, które zadała Kiran.

– Co tam u twojej cioci?

Branie się w garść w takich w chwilach stało się już odruchem.

– Nie żyje.

– Och! – Kiran zmrużyła oczy. – Nic dziwnego, że rzuciłaś szkołę.

Było to mniej życzliwe niż większość reakcji, ale łatwiejsze do zniesienia dzięki poirytowaniu, które Jane poczuła.

– Może i tak bym ją rzuciła. Nie znosiłam jej. Pozostali studenci byli snobami, a ja byłam do niczego z biologii.

– Profesor Greenhut? – spytała Kiran, ignorując przytyk o snobach.

– Tak.

– Słynny na całą szkołę jako pretensjonalny dupek – stwierdziła Kiran.

Wbrew temu, co podpowiadał jej instynkt, Jane się uśmiechnęła. Greenhut zakładał, że jego studenci mają już sporą wiedzę z biologii, i może to założenie było nawet słuszne, bo nikt z grupy nie miał takich problemów, jak Jane. Ciocia Magnolia, która była wykładowcą kontraktowym i uczyła biologii morza, prawie się zachłysnęła, gdy zobaczyła program nauczania. „Greenhut jest nadętym, zadufanym osłem”, powiedziała z niesmakiem, a potem dodała: „Bez obrazy dla Kłapouchego. Greenhut próbuje wykosić studentów, którzy nie chodzili do drogich szkół”.

– I to działa – odparła wtedy Jane.

– Może pójdziesz do szkoły gdzie indziej – podsunęła Kiran. – Gdzieś daleko. Czasem wyjazd daleko od domu dobrze robi.

– Tak. Może. – Jane od zawsze mieszkała w tym małym miasteczku uniwersyteckim w głębi stanu i za każdym razem, gdy wychodziła z domu, otaczali ją studenci. Nauka dla dzieci wykładowców była bezpłatna. Ale może Kiran miała rację, może powinna była wybrać inną szkołę. Stanową, gdzie przy innych studentach nie czułaby się tak bardzo… z prowincji. Tutaj studenci przyjeżdżali z całego świata i mieli mnóstwo pieniędzy. Współlokatorka Jane spędziła lato na francuskiej wsi i gdy się dowiedziała, że w szkole średniej Jane uczyła się francuskiego, chciała z nią rozmawiać po francusku o miastach, w których Jane nigdy nie była, i o serach, których nigdy nie jadła.

To było przedziwne uczucie, chodzić na zajęcia, które wcześniej budziły w niej zazdrość, i tak nędznie skończyć. Pod koniec spędzała większość wieczorów z ciocią Magnolią zamiast w akademiku i czuła się, jakby prowadziła drugie, równoległe życie, do którego zupełnie nie pasowała. Jakby była kawałkiem z niewłaściwej układanki.

– Mogłabyś pójść do jakiejś szkoły artystycznej – rzuciła Kiran. – Nie robiłaś przypadkiem fajnych parasolek?

– To nie sztuka – odparła Jane. – To tylko parasolki. Nic szczególnego.

– No dobra – stwierdziła Kiran. – Mniejsza z tym. Gdzie teraz mieszkasz?

– W mieszkaniu w mieście.

– W tym, w którym mieszkałaś z ciocią?

– Nie – odparła Jane, wkładając w to słowo lekki sarkazm, którego Kiran pewnie i tak nie zauważyła. Oczywiście, że nie było jej stać na tamto mieszkanie. – Mieszkam z trójką studentów.

– I co, podoba ci się?

– Jest w porządku – skłamała Jane. Jej współlokatorzy byli znacznie starsi od niej i zbyt pompatycznie skupieni na swoich zawiłych dążeniach intelektualnych, by przejmować się takimi sprawami, jak gotowanie, sprzątanie czy kąpiel. To było tak, jakby mieszkała z Sową Przemądrzałą z Kubusia Puchatka, tyle tylko, że byli na bakier z higieną i była ich cała trójka. Jane prawie nigdy nie była tam sama. Jej pokój był niewiele większy od szafy i nie nadawał się do robienia parasolek, co wymagało przestrzeni. Trudno było się tam ruszyć, żeby na coś nie wpaść. Czasem spała z zaczętą parasolką w nogach łóżka.

– Lubiłam twoją ciocię – powiedziała Kiran. – Ciebie też lubiłam – dodała i to wtedy Jane przestała myśleć o sobie i zaczęła uważniej ją obserwować. W jakiś sposób się zmieniła od ich ostatniego spotkania. Kiedyś Kiran poruszała się tak, jakby równocześnie próbowała załatwić co najmniej cztery bardzo ważne sprawy.

– Co cię sprowadza do miasta? – spytała Jane.

Kiran apatycznie wzruszyła ramionami.

– Wsiadłam w samochód i zrobiłam sobie przejażdżkę.

– Gdzie mieszkasz?

– W apartamencie w centrum.

Apartament Thrashów zajmował dwa najwyższe piętra rezydencji na Manhattanie, z widokiem na Central Park. Spory kawałek drogi dla kogoś, kto „wsiadł w samochód i zrobił sobie przejażdżkę”.

– Ale wzywają mnie do domu na wyspę na wiosenną galę – dodała Kiran. – I może zostanę na dłużej. Octavian jest chyba nie w sosie.

– Aha – mruknęła Jane i spróbowała sobie wyobrazić, jak to jest mieć ojca miliardera na prywatnej wyspie, który jest nie w sosie. – Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić.

– Co to za tatuaż? – spytała Kiran. – Kałamarnica?

– Meduza.

– Mogę zobaczyć?

Meduza na ramieniu Jane była niebiesko-złota, z cienkimi niebieskimi czułkami i biało-czarnymi parzydełkami sięgającymi poniżej łokcia. Jane często podwijała rękawy koszuli, by było widać trochę czułków, ponieważ tak naprawdę lubiła, gdy ludzie ją prosili, by pokazała tatuaż. Teraz podciągnęła rękaw, by Kiran mogła go zobaczyć.

Ta przyjrzała się meduzie, ale wyraz jej twarzy ani trochę się nie zmienił.

– Hmm – mruknęła. – Bolało?

– Tak – potwierdziła Jane. Wzięła dodatkową robotę jako kelnerka w taniej restauracji i pracowała przez trzy miesiące, żeby było ją stać na ten tatuaż.

– Delikatna – zauważyła Kiran. – Jest naprawdę piękna. Kto ją zaprojektował?

– Jest na podstawie zdjęcia zrobionego przez moją ciocię. – Jane ucieszyła się, mogąc to powiedzieć. – To pacyficzna meduza kompasowa.

– Twoja ciocia zdążyła zobaczyć ten tatuaż?

– Nie.

– Życie jest czasem wredne. Chodźmy się napić.

– Co? – przeraziła się Jane. – Ja?

– Jak wyjdziesz z pracy.

– Jestem niepełnoletnia.

– To kupię ci koktajl mleczny.

Tamtego wieczoru w barze Jane opowiedziała Kiran, jak to jest pracować na niepełny etat w księgarni i musieć zapłacić z tego za czynsz, jedzenie i ubezpieczenie zdrowotne; jak to jest, gdy na chwilę się rozkojarzy i wydaje jej się, że ciocia Magnolia wyjechała tylko na kolejną fotograficzną wyprawę; o tym, że czasem się przyłapuje na tym, że nadkłada drogi, by ominąć budynek, w którym mieszkały. Jane nie chciała jej tego wszystkiego wyjaśniać, ale znała Kiran w czasach, gdy życie miało sens. Teraz czuła się przy niej zagubiona. Po prostu tak wyszło.

– Rzuć pracę – powiedziała Kiran.

– I z czego mam żyć? – spytała z poirytowaniem Jane. – Wiesz, nie każdy ma tatę z kartą kredytową bez dna.

Kiran nie zwróciła uwagi na ten przytyk.

– Po prostu nie wyglądasz na zbyt szczęśliwą.

– Szczęśliwą?! – powtórzyła z niedowierzaniem Jane, a potem zobaczyła, że Kiran dalej sączy whisky, i naprawdę się rozzłościła. – A tak w ogóle, to jaką ty masz pracę? – warknęła.

– Nie mam pracy.

– No cóż, ty też nie wyglądasz na zbyt szczęśliwą.

Ku zaskoczeniu Jane, Kiran wybuchnęła krótkim, głośnym śmiechem.

– Wypiję za to – oświadczyła, potem przełknęła wszystko, co miała w szklance, pochyliła się nad barem i sięgnęła do pudełka z papierowymi parasolkami. Wybrała jedną, niebiesko-czarną, pasującą do koszuli Jane i macek meduzy. Otworzyła ją ostrożnie, zakręciła w palcach i podała Jane.

– To dla ochrony – oświadczyła.

– Przed czym? – spytała Jane, oglądając delikatne wnętrze parasolki.

– Przed wszelkim cholerstwem – odparła.

– O rany! Pomyśleć tylko, że przez cały ten czas mogłam powstrzymać cholerstwa koktajlową parasolką.

– Może to działa tylko na bardzo małe cholerstwa.

– Dzięki – odparła Jane i kąciki jej ust uniosły się w uśmiechu.

– No tak, nie mam pracy – powtórzyła Kiran, szybko spojrzała jej w oczy i odwróciła wzrok. – Czasem o jakąś się staram, ale nic z tego nie wychodzi. I szczerze mówiąc, zawsze czuję wtedy ulgę.

– W czym problem? Skończyłaś studia. Miałaś naprawdę dobre wyniki, zgadza się? Nie znasz przypadkiem siedmiu języków albo coś w tym stylu?

– Gadasz jak moja matka – odparła Kiran, bardziej ze znużeniem niż z irytacją. – I jak mój ojciec, i jak mój brat, i jak mój chłopak. Cholera, jak każdy, z kim rozmawiam.

– Tak tylko pytałam.

– W porządku – odparła. – Jestem zepsutą bogatą dziewczyną, która ma ten przywilej, by móc nic nie robić i użalać się nad sobą, że nie ma pracy. Rozumiem.

To było zabawne, bo właśnie tak Jane pomyślała. Ale teraz, gdy Kiran powiedziała to na głos, nie miała jej już tego tak za złe.

– Słuchaj, nie wkładaj mi takich bredni do ust. Jestem uzbrojona – powiedziała, wymachując koktajlową parasolką.

– Wiesz, co lubiłam w twojej cioci? – spytała Kiran. – Wydawała się zawsze dokładnie wiedzieć, co za chwilę zrobi. Przy niej człowiek czuł się tak, jakby to było możliwe. Jakby można było wiedzieć, jaki wybór jest słuszny.

Tak. Jane chciała odpowiedzieć, ale prawdziwość tych słów ścisnęła ją za gardło. Ciocia Magnolia.

Kiran beznamiętnie obserwowała jej ból.

– Rzuć pracę i wybierz się ze mną do Tu Reviens – powiedziała. – Zostań na jakiś czas, tak długo, jak zechcesz. Octavian nie będzie miał nic przeciw temu. Cholera, wykupi twoje zapasy parasolek. Mój chłopak tam jest; będziesz mogła go poznać. I mój brat, Ravi. No, dalej! Co cię tu trzyma?

Niektórzy ludzie są tak bogaci, że nawet nie zauważają, kiedy zawstydzają innych. Ile były warte wszystkie rozpaczliwe starania Jane, by się utrzymać, skoro obojętne zaproszenie od niemal obcej osoby, wynikające z nudy i z potrzeby, by się wysikać, sprawiło, że Jane poczuła większy finansowy komfort, niż sama potrafiłaby sobie zapewnić?

Ale nie mogła odmówić, ze względu na ciocię Magnolię. Na złożoną jej obietnicę.

– Janie, kochanie – powiedziała ciocia Magnolia pewnego ranka, gdy Jane wyjątkowo wcześnie wstała i zastała ją na stołku przy kuchennym blacie. – Nie śpisz.

– Ty nie śpisz – odparła Jane, bo to ona w tej rodzinie miała problemy ze snem.

Oparła biodro o stołek, by przytulić się do cioci, zamknęła oczy i udała, że wciąż śpi. Ciocia Magnolia była wysoka, tak jak ona, i Jane zawsze łatwo się było w nią wpasować. Ciocia wsunęła w jej ręce filiżankę herbaty, tak by jej palce ją oplotły i się ogrzały.

– Pamiętasz swoją dawną korepetytorkę z pisania? – spytała. – Kiran Thrash?

– Oczywiście – odparła Jane, głośno siorbiąc.

– Wspominała kiedyś o swoim domu?

– Tym z francuską nazwą? Na wyspie należącej do jej ojca?

– Tu Reviens – powiedziała ciocia Magnolia.

Jane znała francuski na tyle, by wiedzieć, co to znaczy.

– „Wrócisz”.

– Właśnie, kochanie. Chcę, żebyś coś mi obiecała.

– Dobrze.

– Jeśli ktoś cię kiedyś zaprosi do Tu Reviens, obiecaj mi, że tam pojedziesz.

– Dobrze – odparła Jane. – Ale… dlaczego?

– Słyszałam, że w tym miejscu kryje się wiele możliwości.

– Ciociu Magnolio – parsknęła Jane i odstawiła filiżankę, by spojrzeć jej w oczy. Ciocia miała śmieszną niebieską plamkę na poza tym całkiem brązowej tęczówce jednego z oczu. Jak mgławica albo malutka rozgwiazda. – Ciociu Magnolio – powtórzyła. – O czym ty, do diabła, mówisz?

Ciocia zaśmiała się gardłowo i objęła Jane ramieniem.

– Wiesz, że czasem miewam zwariowane pomysły.

Magnolia lubiła nagłe wyjazdy, na przykład pod namiot w jakimś odciętym od świata zakątku Finger Lakes, gdzie nie wolno było nocować, a komórka nie miała zasięgu. Czytały wtedy książki w świetle lampek, słuchały, jak ćmy odbijały się od płótna malutkiego, rozjarzonego namiotu, i w końcu zasypiały przy nawoływaniach nurów. A tydzień później ciocia Magnolia potrafiła wyjechać do Japonii, by fotografować rekiny. Zdjęcia, które przywoziła z takich podróży, zachwycały Jane. Może i fotografia przedstawiała rekina, ale Jane widziała ciocię Magnolię z aparatem, otoczoną wodą, ciszą i zimnem, oddychającą sprężonym powietrzem i czekającą na istotę, która równie dobrze mogłaby być obcym, tak przedziwni byli mieszkańcy podwodnego świata.

– Ty jesteś zwariowana, ciociu Magnolio – odparła Jane. – I cudowna.

– Ale nie proszę cię, żebyś mi wiele obiecywała, prawda?

– Nie.

– Więc obiecaj mi tę jedną rzecz. Dobrze?

– W porządku – odpowiedziała Jane. – Niech będzie. Obiecuję, że nigdy nie odrzucę zaproszenia do Tu Reviens. A tak w ogóle, to czemu nie śpisz?

– Miałam dziwne sny – odparła. A kilka dni później wyjechała na ekspedycję na Antarktydę, śnieżyca złapała ją za daleko od obozu i zamarzła.

Zaproszenie Kiran zbliżyło Jane do cioci Magnolii bardziej niż cokolwiek w ciągu ostatnich czterech miesięcy.

Tu Reviens. Wracasz.

To niepokojące uczucie być tak daleko od domu – wszystkie jej zwyczajne obawy zniknęły, ale zastąpiły je nowe. Czy ojciec Kiran w ogóle wie o przyjeździe Jane? A co, jeśli się okaże, że jest tylko piątym kołem u wozu, gdy Kiran spotka się ze swoim chłopakiem? Jak się zachowywać w towarzystwie ludzi, którzy są właścicielami jachtów i prywatnych wysp?

Jane stoi w salonie jachtu Kiran, na zewnątrz leje jak z cebra. Powtarza sobie, by oddychać – powoli, głęboko i spokojnie, tak jak uczyła ją ciocia Magnolia. „To ci pomoże, kiedy będziesz uczyła się nurkowania z akwalungiem” – mawiała ciocia, gdy Jane była mała, miała pięć, sześć, może siedem lat. Ale do tych lekcji nurkowania jakoś nigdy nie doszło.

Wdech, myśli Jane, skupiając się na tym, by głęboko wciągnąć powietrze. Wydech: czuje, że jej klatka piersiowa opada. Zerka na dom unoszący się w górze nad nimi w strugach ulewnego deszczu. Ciocia Magnolia nigdy się nie zamartwiała. Po prostu szła.

Nagle Jane czuje się jak postać z powieści Edith Wharton albo którejś z sióstr Brontë. Jestem młodą kobietą dysponującą ograniczonymi środkami; bez rodziny i perspektyw, zaproszoną przez zamożny ród do ich wytwornej rezydencji. Czy to możliwe, że to moja wielka przygoda?

Będzie musiała wybrać parasolkę odpowiednią na taką przygodę. Czy Kiran uzna, że to dziwne? Czy Jane uda się znaleźć taką, która nie będzie wyglądać żenująco? Chwiejnym krokiem przechodzi przez salon, otwiera jedną ze swoich skrzynek i natychmiast natrafia na parasolkę, która wydaje się właściwa. Jest malutka, z atłasową czaszą w kolorach głębokiego brązu i miedzianego różu. Metalowe elementy wykonane są z zabytkowych części, ale solidnych. Gdyby miała ochotę, mogłaby kogoś nabić na nasadkę.

Jane ją otwiera. Część ruchoma piszczy, a druty są wygięte, tkanina nierówno się napięła.

To tylko głupia, pokrzywiona parasolka, myśli Jane i nagle musi zamrugać, by powstrzymać łzy. Ciociu Magnolio? Po co tu jestem?

Patrick wsuwa głowę do salonu. Zerka jasnymi oczami na Jane, potem na Kiran.

– Przycumowaliśmy, Kir – mówi. – Samochód już czeka.

Kiran siada, nie patrząc na niego. Potem, gdy Patrick wraca na pokład, obserwuje go przez okno, jak zarzuca sobie drewniane skrzynie na ramię i niesie je na przystań. Ich spojrzenia się spotykają i Kiran odwraca wzrok.

– Zostaw tu swoje rzeczy – mówi do Jane. I dodaje lekceważąco: – Patrick je potem przyniesie.

– Dobrze – odpowiada Jane. Coś jest zdecydowanie nie tak między Patrickiem a Kiran. – A tak w ogóle, to kim jest twój chłopak?

– Ma na imię Colin. Pracuje z moim bratem. Poznasz go. A czemu pytasz?

– Po prostu byłam ciekawa.

– Sama zrobiłaś tę parasolkę? – pyta Kiran.

– Tak.

– Tak myślałam. Kojarzy mi się z tobą.

No jasne. Jest ręcznie robiona i śmiesznie wygląda.

Kiran i Jane wychodzą na deszcz. Patrick wyciąga rękę, by pomóc

Jane, a ona niechcący chwyta go za przedramię. Jest przemoczony do suchej nitki. Jane zauważa, że Patrick Yellan ma piękne przedramiona.

– Uważaj, jak idziesz – mówi jej do ucha Patrick.

Gdy Kiran i Jane są już na lądzie, pędzą do wielkiego czarnego samochodu, który czeka na nabrzeżu.

– To Patrick mnie prosił, żebym przyjechała do domu na galę! – woła Kiran, przekrzykując deszcz.

– Co?! – pyta zdyszana Jane. Próbuje osłonić Kiran przed deszczem swoją parasolką i efekt jest taki, że za kołnierz spływa jej lodowata stróżka wody. – Naprawdę? Dlaczego?

– A któż to, do cholery, może wiedzieć? Mówił, że chce mi coś wyznać. Zawsze wciska takie kity, a potem nie ma nic do powiedzenia.

– Jesteście… bliskimi przyjaciółmi?

– Nie próbuj mnie osłaniać przed deszczem – mówi Kiran, wyciągając rękę do drzwi samochodu. – Tylko obie przez to jeszcze bardziej zmokniemy.

Okazuje się, że w zatoczce zaczyna się droga, która potem zgodnie z ruchem wskazówek zegara obiega wyspę, po czym pnie się serią serpentyn po stromych klifach.

Nie jest to bynajmniej kojąca przejażdżka rolls-royce’em w deszczu; samochód wydaje się za duży, by brać takie zakręty i nie spaść w przepaść. Prowadząca go kobieta ma minę buldoga i jedzie tak, jakby śpieszyła się na pociąg. Stalowoszare włosy i oczy, blada cera, wysokie kości policzkowe. Ma na sobie czarny strój do jogi i poplamiony kuchenny fartuch. Wpatruje się w Jane we wstecznym lusterku. Jane się wzdryga i tak przekrzywia głowę, by burza loków zasłoniła jej twarz.

– Znów brakuje nam personelu, pani Vanders? – pyta Kiran. – Jest pani w fartuchu.

– Właśnie bez zapowiedzi zjawiła się grupka gości – odpowiada kobieta. – Wiosenna gala ma się odbyć pojutrze. Kucharz wpadł w histerię.

Kiran opiera się o zagłówek i przymyka oczy.

– Co to za goście?

– Phoebe i Philip Okada – odpowiada pani Vanders. – Lucy St. George…

– Mój brat mnie dobija – wchodzi jej w słowo Kiran.

– Twój brat nie przyjechał – mówi znacząco pani Vanders.

– Ale szok – odpowiada Kiran. – Spodziewamy się jakichś bandytów napadających na banki?

Pani Vanders odchrząkuje, słysząc to dziwne pytanie, i mówi:

– Pewnie nie.

– Bandytów napadających na banki? – pyta Jane.

Kiran jednak ją ignoruje.

– No cóż – mówi – zapowiedziałam wcześniej, że zjawię się z przyjaciółką. Mam nadzieję, że przygotowaliście dla niej miejsce; Janie potrzebuje przestrzeni.

– Przygotowaliśmy dla Jane Czerwony Apartament we wschodnim skrzydle. Ma własny salonik – mówi pani Vanders – Choć niestety nie widać stamtąd morza.

– To strasznie daleko ode mnie – wybrzydza Kiran. – I blisko Raviego.

– No cóż… – Twarz pani Vanders nagle łagodnieje. – Wciąż mamy śpiwory, jeśli chcecie nocować razem. Ty, Ravi i Patrick lubiliście to robić, kiedy byliście młodsi, a Ivy była jeszcze malutka, pamiętasz? Zawsze błagała, żebyście ją też zabrali.

– Piekliśmy pianki w kominku Raviego – wyjaśnia Kiran. – A pani Vanders i Octavian wisieli nad nami, pewni, że się poparzymy.

– Albo podpalicie dom – dodaje pani Vanders.

– Ivy jadła ich tyle, że robiło jej się niedobrze, i zapadała w śpiączkę cukrową – wspomina tęsknie Kiran. – A ja zasypiałam przy palenisku między Patrickiem i Ravim, jak rozpuszczająca się pianka w s’more.

Nagle wspomnienie spada na nią jak cios; wspomnienia mają własną wolę. Jane siedzi z ciocią Magnolią na czerwonym fotelu, przy kaloryferze, w którym ciągle coś syczało i szumiało. Czytały Kubusia Puchatka i Chatkę Puchatka. Hej ho! To dla misia ten marsz! – nuciła ciocia Magnolia, gdy Krzyś prowadził ekspozycję na Biegun Północny. Czasem, gdy ciocia Magnolia była zmęczona, czytały po cichu, przytulone do siebie. Jane miała wtedy pięć, sześć, siedem, pewnie jeszcze osiem lat. Kiedy ciocia Magnolia suszyła skarpetki na kaloryferze, w pokoju pachniało wełną.

Samochód zbliża się do tyłów budynku, objeżdża go z głuchym pomrukiem i zatrzymuje się od frontu. Teraz, gdy Jane widzi z bliska ten dom, nie przypomina jej już statku. To pałac.

Pani Vanders otwiera małe drzwi rozmiaru człowieka w ogromnej bramie, jak na słonia. Nie ma komitetu powitalnego.

Jane i Kiran wchodzą do kamiennego holu głównego z wysokim sklepieniem i posadzką w szachownicę, na której Jane z każdym krokiem pozostawia kałużę wody. Słychać świst powietrza, gdy pani Vanders zamyka drzwi, a Jane czuje, jak syczy jej w uszach, niemal jakby nie dosłyszała jakiegoś wypowiedzianego szeptem słowa. Rozkojarzona pociera ucho.

– Witaj w Tu Reviens – mówi szorstko pani Vanders. – Trzymaj się z dala od pomieszczeń dla służby. Kuchnia to również nie miejsce dla gości, a pomieszczenia na strychu w zachodnim skrzydle są zagracone i niebezpieczne. Powinnaś się zadowolić swoją sypialnią, Jane, i wspólnymi pomieszczeniami na parterze.

– Vanny, przestań być taką ogrzycą – mówi spokojnie Kiran.

– Po prostu nie chciałabym, żeby twoja przyjaciółka przebiła sobie na strychu stopę gwoździem – odpowiada pani Vanders, po czym odchodzi i znika w jakichś drzwiach. Jane, nie do końca pewna, czy powinna pójść za nią, rusza z miejsca, ale Kiran wyciąga rękę, by ją zatrzymać.

– Wydaje mi się, że poszła do zakazanej kuchni – mówi z krzywym uśmiechem. – Chodź, oprowadzę cię. To główny hol. Wydaje ci się dostatecznie pretensjonalny?

Na prawo i na lewo znajdują się identyczne schody wiodące na pierwsze i drugie piętro. Ściana naprzeciw Jane jest tak niemożliwie wysoka, że niemal kręci jej się w głowie. Wzdłuż niej, na drugim i trzecim poziomie, rozciągają się długie balkony, podzielone w równych odstępach przejściami ze sklepieniami łukowymi. Te balkony mogłyby służyć jako galerie dla minstreli, lecz są też mostami łączącymi wschodnie i zachodnie skrzydła domu. Łukowate przejścia lśnią łagodnie w naturalnym świetle, jakby ściana była twarzą z lśniącymi zębami. Na wprost, na parterze, znajduje się kolejny łuk, za którym widać naturalne światło. Jane słyszy odgłos deszczu uderzającego o szyby. Jej umysł nie potrafi dojrzeć w tym sensu, tam powinien się przecież znajdować środek budynku.

– To wenecki dziedziniec – wyjaśnia Kiran, dostrzegłszy jej minę, i prowadzi ją w stronę łuku. W jej głosie słychać rezygnację. – Najładniejsze miejsce w tym domu.

– Och – mówi Jane, próbując coś wyczytać z jej twarzy. – Chcesz powiedzieć, że to twoje ulubione pomieszczenie?

– Mniejsza z tym. Powoduje, że trudniej mi nienawidzić tego miejsca.

Jane zamiast patrzeć na dziedziniec, przygląda się Kiran. Jej jasnobrązowa twarz jest zwrócona ku szklanemu sufitowi i bębniącym w niego kroplom deszczu. Nie jest piękna. Ma tego rodzaju zwyczajną urodę, która dzięki mnóstwu pieniędzy może rozbłysnąć. Jane jednak uświadamia sobie, że lubi zadarty nos Kiran, jej szczerą twarz i niesforne czarne włosy.

Jeśli Kiran nienawidzi tego miejsca, zastanawia się Jane, to dlaczego zgodziła się przyjechać na wezwanie Patricka? A może wszystkich miejsc nie lubi po równo?

Jane się obraca, by zobaczyć, na co patrzy Kiran.

No cóż. Wspaniała przestrzeń pośrodku domu; każdy dom powinien taką mieć. To atrium z przeszklonym sufitem sięgające w górę na trzy poziomy budynku, ze ścianami z bladoróżowego kamienia i lasem smukłych białych drzew pośrodku, tarasowymi rabatami i małym wodospadem tryskającym z pyska ryby. Na drugim i trzecim poziomie z balkonów zwisają kaskady złocistopomarańczowych nasturcji.

– No chodź – mówi Kiran. – Pokażę ci twój pokój.

– Nie trzeba – odpowiada Jane. – Wystarczy, że mi powiesz, dokąd mam iść.

– To mi da pretekst, żeby nie iść od razu szukać Octaviana. – Z któregoś z pobliskich pokoi słychać śmiech. Kiran się krzywi. – Albo gości. I Colina – dodaje, po czym chwyta Jane za nadgarstek i ciągnie ją do głównego holu.

To dziwne wrażenie być dotykanym przez kogoś tak drażliwego, jak Kiran. Jane nie potrafi powiedzieć, czy to jej poprawia samopoczucie, czy też sprawia, że czuje się trochę jak w pułapce.

– Jaki jest Colin?

– Handluje dziełami sztuki – mówi Kiran, niezupełnie odpowiadając na pytanie Jane. – Pracuje dla swojego wuja, który jest właścicielem galerii. Colin jest magistrem historii sztuki. Prowadził jedne z zajęć, na które chodził Ravi, kiedy był na studiach licencjackich; to tak się poznali. Ale nawet gdyby studiował astrofizykę albo coś w tym stylu, pewnie i tak w końcu pracowałby dla swojego wuja Buckleya. Tak jak wszyscy w ich rodzinie. Mimo wszystko przynajmniej korzysta ze swojego wykształcenia.

Kiran studiowała religioznawstwo i języki, ale najwyraźniej z tej wiedzy nie korzysta. Jane pamięta, jak kiedyś napisała pracę o współpracy grup wyznaniowych z rządem na rzecz ochrony środowiska. Ciocię Magnolię zafascynowała ta praca. Ona i Kiran rozmawiały o tym bez końca. Okazało się wtedy, że ciocia Magnolia wiedziała o wiele więcej o polityce, niż Jane przypuszczała.

Kiran wraca przez główny hol i kieruje się ku wschodnim schodom po ich lewej stronie. Na ścianach wisi przedziwna kolekcja obrazów z najróżniejszych okresów i w najróżniejszych stylach. Na każdym piętrze stoi kompletna zbroja.

Na pierwszym poziomie dominuje wyjątkowo wysoki realistyczny obraz wykonany grubo kładzioną olejną farbą. Przedstawia posadzkę w szachownicę i otwartą parasolkę, jakby odstawiono ją, by wyschła. Jane czuje, że mogłaby niemal wejść w tę scenę.

Zbliża się do nich schodzący po schodach basset. Przystaje i wpatruje się w Jane. Potem zaczyna z rosnącym zainteresowaniem podskakiwać i dyszeć. Gdy Jane go mija, pies się obraca i z zapałem rusza za nimi, ale długie ciało spowalnia go, a poza tym bassety nie są stworzone do chodzenia po schodach. Nadeptuje na własne ucho i skomle. Wkrótce zostaje z tyłu. Szczeka.

– Nie zwracaj uwagi na Jaspera – mówi Kiran. – Ten pies ma zaburzenia osobowości.

– Co mu dolega? – pyta Jane.

– Wychował się w tym domu.

Jane jeszcze nigdy nie miała do swojej dyspozycji całego apartamentu.

W chwili, gdy wchodzą do środka, dzwoni telefon Kiran. Ta zerka na niego i się krzywi.

– Pieprzony Patrick. Założę się, o co tylko chcesz, że nie ma mi nic do powiedzenia. Zostawię cię, żebyś sobie pozwiedzała – mówi i cofa się na korytarz.

Jane może teraz swobodnie przyjrzeć się swoim pokojom, nie musząc skrywać przy tym zachwytu. Jej łazienka ze złotymi kafelkami wyposażona w jacuzzi jest wielkości jej dawnego pokoju, a sam pokój jest olbrzymi, z królewskim, ogromnym jak góra łożem. Pewnie wdrapie się na nie później, żeby spać w chmurach. Ściany mają niezwykły, blady odcień czerwieni, jak jedna z tych barw, które pojawiają się na chwilę o wschodzie słońca. Przy ogromnym kominku stoją grubo wyściełane skórzane fotele. Jane otwiera parasolkę i odstawia ją do zimnego paleniska, żeby wyschła. Zauważa polana obok kominka i zastanawia się, jak się rozpala ogień.

Sąsiedni salonik od wschodu ma ściany ze szkła, pewnie po to, by wpuszczały poranne słońce. Szyby sprawiają, że Jane jest bardzo blisko ulewnego deszczu, i to jest miłe. Ulewa potrafi być przytulna, kiedy jest się pod dachem.

Na zewnątrz, za ogrodami, rozciąga się długi trawnik, a dalej las znikający we mgle, jakby ten dom i ten mały skrawek ziemi odpłynęły od normalnej egzystencji, zabierając ze sobą Jane jako pasażera. No cóż, nie tylko ją, lecz także ubłoconą dziewczynkę kopiącą dziury łopatką w ogrodzie poniżej. Jej krótkie włosy ociekają od deszczu. Na oko ma siedem albo osiem lat. Podnosi głowę i spogląda na dom.

Czy w wyglądzie tego dziecka jest coś znajomego? Czy Jane ją poznaje?

Dziewczynka zmienia pozycję i wrażenie znika.

Po obejrzeniu saloniku (sekretarzyk z żaluzjowym zamknięciem, prążkowana sofa, fotel w kwieciste wzory, żółty kosmaty dywanik i chaotyczna zbieranina obrazów) Jane wraca do sypialni i owija się w miękki ciemny koc leżący w nogach łóżka.

Słyszy ciche drapanie, więc podchodzi do drzwi i lekko je uchyla.

– Udało ci się – mówi, gdy pies wpada do pokoju. – Podziwiam cię za wytrwałość.

Jasper jest klasycznym bassetem w brązowe, czarne i białe łaty; ma długi nos, jeszcze dłuższe kłapciate uszy, krótkie łapki, smutne oczy i oklapnięty pysk. Jest stworzeniem nękanym grawitacją. Gdy Jane klęka i wyciąga rękę, pies ją obwąchuje. Liże ją nieśmiało. Potem opiera się całym ciężarem o jej wilgotne sztruksy.

– Jesteś idealny – mówi Jane, drapiąc go po głowie w miejscu, którego, jak podejrzewa, pies sam nie potrafi dosięgnąć.

– Och – słychać pełen zaskoczenia głos dobiegający od drzwi. – Jesteś Janie?

Jane podnosi wzrok i jej spojrzenie pada na wysoką dziewczynę, która musi być młodszą siostrą Patricka Yellana, bo jest do niego bardzo podobna, ma taką samą cerę i takie same jasnoniebieskie oczy. Jej długie ciemne włosy są upięte w luźny kok.

– Tak – mówi Jane. – Ivy?

– Zgadza się – potwierdza dziewczyna. – Ale ile masz lat?

– Osiemnaście – mówi Jane. – A ty?

– Dziewiętnaście. Kiran mi mówiła, że przyjedzie z przyjaciółką, ale nie wspominała, że jesteś w moim wieku. – Ivy opiera się o framugę drzwi. Ma na sobie obcisłe szare dżinsy i czerwoną bluzę z kapturem. Ubrania wydają się tak wygodne, że mogłaby w nich spać. Sięga do kieszeni bluzy, wyciąga okulary w ciemnej oprawce i je zakłada.

W koszuli w złote zygzaki i bordowych sztruksach pokrytych psią sierścią Jane nagle czuje się niezręcznie, jak jakaś anomalia ewolucyjna. Głuptak niebieskonogi przy pełnej wdzięku czapli.

– Masz świetne ciuchy – mówi Ivy.

Jane jest zdumiona.

– Umiesz czytać w myślach?

– Nie. – Ivy uśmiecha się krzywo. – A czemu pytasz?

– Bo właśnie to zrobiłaś.

– To chyba niezbyt miłe – stwierdza Ivy. – Hmm, a co z zeppelinami?

– Co takiego?

– Myślałaś o zeppelinach?

– Nie.

– No to od razu powinnaś się lepiej poczuć.

– Co takiego? – powtarza Jane. Ma taki mętlik w głowie, że zaczyna się cicho śmiać.

– Chyba, że faktycznie myślałaś o zeppelinach.

– Możliwe, że nigdy w życiu o nich nie myślałam – mówi Jane.

– To dopuszczalne słowo w scrabble – mówi Ivy. – Choć często jest traktowane jako nazwa własna, a te są niedozwolone.

– Zeppeliny?

– Tak. A w każdym razie zeppelin, liczba pojedyncza. Dołożyłam je raz do dwóch potrójnie nagradzanych słów. Kiran miała zastrzeżenia, bo zeppeliny nazwane są od osoby, hrabiego Ferdinanda von Zeppelina, albo kogoś takiego, ale w każdym razie to słowo jest w słowniku scrabble. Zarobiłam na tym dwieście pięćdziesiąt siedem punktów. O rany. Przepraszam. Posłuchaj tylko, co ja wygaduję.

– Nie…

– Nie, naprawdę. Przysięgam, że zwykle nie mam takiego słowotoku. I z reguły nie przechwalam się też moimi osiągnięciami w scrabble dwie minuty po tym, jak kogoś poznam.

– W porządku – odpowiada Jane, bo ludzie, którzy tak swobodnie mówią, sprawiają, że dobrze się przy nich czuje. Nie musi się z nimi tyle napracować, wie, na czym stoi. – Nie gram za dużo w scrabble, więc nie wiem, co to znaczy zarobić dwieście pięćdziesiąt siedem punktów. Dla mnie to równie dobrze może być przeciętny wynik.

– To zajebisty wynik za jedno słowo – mówi Ivy i przymyka oczy. – No nie! Co jest ze mną nie tak?

– Mnie się to podoba. Chcę usłyszeć więcej tych twoich słów ze scrabble.

Ivy uśmiecha się do niej z wdzięcznością.

– Wiesz, miałam powód, żeby tu zajrzeć – mówi. – To ja przygotowywałam twój pokój. Chciałam sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

– Bardziej niż w porządku. To znaczy, jest tu kominek i jacuzzi.

– Nie przywykłaś do takich rzeczy?

– Mój ostatni pokój był wielkości tego łóżka – mówi Jane, wskazując na nie.

– Komórka pod schodami?

– Chyba aż tak źle nie było. – Jane uśmiecha się, słysząc nawiązanie do Harry’ego Pottera.

– No to się cieszę – mówi Ivy. – Na pewno niczego nie potrzebujesz?

– Nie chcę, żebyś czuła, że musisz się mną zajmować.

– Hej, to moja praca. Powiedz mi, czego ci trzeba.

– No cóż – odpowiada Jane. – Przydałyby mi się dwie rzeczy, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję i to nie są normalne rzeczy, o które można prosić.

– To znaczy?

– Piła oscylacyjna – mówi Jane. – I tokarka.

– Mhm. – Ivy uśmiecha się szeroko. – Chodź ze mną.

– Zaprowadzisz mnie do piły oscylacyjnej i tokarki? – pyta Jane, rzucając koc z powrotem na łóżko.

– W tym domu jest po jednej sztuce wszystkiego.

– I ty wiesz, gdzie to wszystko jest?

Ivy się nad tym zastanawia, gdy pies wychodzi za nimi na korytarz.

– Pewnie wiem, gdzie jest prawie wszystko. Jestem pewna, że dom ma przede mną jakieś tajemnice.

Jane jest wysoka, ale Ivy jeszcze wyższa, z nogami które wydają się nie mieć końca. Długość ich kroków jest dobrze dopasowana. Pies trzyma się przy nodze Jane.

– Czy to prawda, że Jasper ma zaburzenia osobowości? – pyta. – Kiran tak mówiła.

– Potrafi być dziwakiem – odpowiada Ivy. – Nie załatwi swoich spraw, jeśli na niego patrzysz. Gapi się tylko na ciebie ze złością, jakbyś była niewybaczalnie impertynencka. No i w Niebieskim Salonie jest obraz, na którego punkcie ma obsesję.

– Co masz na myśli?

– Siedzi tam, wpatruje się w niego i ciężko sapie przez nos.

– To obraz psa albo coś w tym stylu?

– Nie, to jakieś nudne stare miasto nad wodą, tyle tylko, że na obrazie są dwa księżyce. I czasem potrafi znikać na wiele dni, a my go nie możemy znaleźć. Kucharz nazywa go naszym odmieńcem z niskim zawieszeniem. Jasper też jest jedną z tajemnic naszego domu. Pojawił się pewnego dnia po którejś gali jako szczeniak. Jakby któryś z gości go przyprowadził i tutaj zostawił. Ale nikt się po niego nie zgłosił. Zatrzymaliśmy go. Przeszkadza ci?

– Nie – mówi Jane. – Chodzi o ten dom – dodaje, gdy Ivy prowadzi ją korytarzem w stronę atrium pośrodku budynku. W przejściu leży dywanik z polarnego niedźwiedzia, z głową i szklanymi oczami. Wygląda to na prawdziwe futro. Jane marszczy nos i obchodzi go bokiem. Potem znów pociera uszy, próbując pozbyć się szumu. Dom nuci pod nosem albo śpiewa, to ledwie słyszalny, wysoki jęk, jakby gdzieś w rurach płynęło powietrze, choć tak naprawdę Jane nie jest tego do końca świadoma. Takie stłumione odgłosy z otoczenia potrafią wnikać do podświadomości, zagnieżdżać się w niej – a nawet coś zmieniać – i nie uruchamiają się przy tym żadne świadome dzwonki alarmowe.

Gdy Ivy zbliża się do środka domu, zwalnia kroku. Są na najwyższym, trzecim poziomie i Ivy skręca w lewo, w odgałęzienie korytarza. Jane idzie za nią i stwierdza, że znajduje się na jednym z tych przypominających mosty balkonów, które widziała z głównego holu. Widać stąd hol po jednej stronie, a dziedziniec po drugiej.

Ivy zatrzymuje się przy jednym z łuków z widokiem na dziedziniec. Ktoś zostawił tu na białej balustradzie aparat fotograficzny. Dobry, z dużym obiektywem. Ivy sięga po niego i wiesza go sobie na szyi. Gdy Jane podchodzi do niej, oddychając spokojnie, by pozbyć się lęku wysokości, Jasper robi to samo i wsuwa głowę między dwie tralki.

– Jasper – protestuje przestraszona Jane, sięgając po jego obrożę, i następnie uświadamiając sobie, że pies jej nie ma. – Jasper! Uważaj!

Jasper pokazuje, że nie może spaść: z całej siły próbuje się przepchnąć między tralkami, ale nic z tego nie wychodzi. Potem spogląda na Jane z miną, która może oznaczać tylko: „A nie mówiłem ci?”. Nie była to demonstracja, która poprawiałaby samopoczucie.

– Nie martw się – mówi Ivy. – Nie spadnie. Jest na to za duży.

– Tak, widzę. Ale i tak bym wolała, żeby trzymał się z daleka od balustrady. Miej trochę szacunku dla wysokości, długouchy palancie!

Słysząc to, Ivy wybucha cichym śmiechem.

– Przyjaźń – mówi.

– Co?

Ivy kręci głową, jakby sama siebie zdziwiła.

– Przepraszam. Właśnie przyszło mi do głowy, że gdybym wybrała słowo przyjaźń zamiast zeppelin, to zarobiłabym jeszcze więcej punktów… Z powodu kombinacji ź i ń. To wartościowe litery – dodaje przepraszająco – bo są rzadkie. Przy tobie mam ochotę mówić. To jak jakiś wewnętrzny przymus. Powinnam sobie założyć kaganiec.

– Mówiłam ci, podoba mi się to – odpowiada Jane i potem nagle dostrzega słowa na pasku aparatu fotograficznego Ivy. To ja jestem Złym Wilkiem. Sama się stworzyłam.

To nawiązanie do serialu telewizyjnego Doktor Who.

– Lubisz science fiction?

– Chyba tak – mówi Ivy. – Lubię science fiction i ogólnie fantasy.

– A kto jest twoim ulubionym Doktorem?

– Ech, bardziej lubię towarzyszy – mówi Ivy. – Doktor jest zbyt tragiczny i melancholijny, ostatni ze swojego rodzaju, i rozumiem, że to może się podobać, ale lubię Donnę Noble i Rose Tyler. I Amy, i Rory’ego, i Clarę Oswald, i Marthę Jones. Nikt nie lubi Marthy Jones, ale ja ją lubię. Jest rewelacyjna.

Jane kiwa głową.

– Rozumiem.

– Chciałaś wcześniej powiedzieć coś o domu? – pyta Ivy.

– Te dekoracje. Dzieła sztuki. Czy nie są trochę… przypadkowe?

Ivy opiera łokieć o balustradę.

– Tak, jak najbardziej – mówi. – Nawet oficjalnie przypadkowe. Sto lat temu, kiedy pierwszy Octavian Thrash budował ten dom… hmm… jakby to powiedzieć… zdobył elementy innych domów z całego świata.

– Zdobył? Co masz na myśli? Tak jak Rosja zdobyła Krym?

Ivy uśmiecha się szeroko.

– W zasadzie, to tak. Niektóre z tych domów były przeprojektowane albo zostały wyburzone. Octavian skupywał części. Ale w innych przypadkach trudno powiedzieć, w jaki sposób trafiły mu w ręce.

– Chcesz powiedzieć, że kradł?

– Tak – potwierdza Ivy. – Albo kupował kradzione rzeczy. To dlatego kolumny do siebie nie pasują, kafelki też nie, i tak dalej. W ten sam sposób gromadził dzieła sztuki i meble. Ponoć przypływały tu statki pełne przypadkowego złomu, jakieś drzwi z Turcji, poręcz z Chin. Witraż z Włoch, kolumna z Egiptu, sterta desek podłogowych z kuchni jakiegoś dworku w Szkocji. Nawet sam szkielet jest zrobiony z różnych przypadkowych elementów, jakie zebrał.

– Czyli… ten dom jest jak potwór Frankensteina?

– Tak, skoro już wspominasz o science fiction. Albo jak jakiś kanibal.

– Zje nas?

Znów ten uśmiech.

– Nikogo jeszcze nie zjadł.

– W takim razie tu zostaję.

– To dobrze – mówi Ivy.

– Niektóre dzieła sztuki wydają się nowsze.

– Dzisiaj takimi zakupami zajmują się pani Vanders i Ravi. Octavian pozwala im wydawać swoje pieniądze.

– I jakie rzeczy kupują?

– Cenne. Gustowne. Nic kradzionego. Ravi aktualnie pracuje w Nowym Jorku z chłopakiem Kiran, Colinem. Handluje dziełami sztuki. To dla niego wymarzona praca. Myślę, że codziennie rano, kiedy tam idzie, płacze ze szczęścia. Ravi ma fioła na punkcie sztuki – dodaje Ivy, widząc zdziwioną minę Jane. – Ponoć spał pod obrazem Vermeera. Na korytarzu, w śpiworze.

Jane usiłuje sobie wyobrazić dorosłego mężczyznę śpiącego na podłodze pod obrazem.

– Spróbuję to sobie zapamiętać, na wypadek gdybym się tutaj kręciła po ciemku.

– Ha! Chodziło mi o to, że robił to jako dziecko. Teraz już nie. I bawiliśmy się też niektórymi dziełami sztuki, wymyślaliśmy sobie różne historie. Rzeźbami, Rybą Brâncușiego. Albo zbrojami.

Podczas gdy Jane próbuje przyswoić wszystkie te informacje, o szklany dach dziedzińca bębni deszcz.

– A dziedziniec? – pyta, spoglądając na różowy kamień, równiutkie tarasy, zwisające nasturcje. – Nie jest niedopasowany. Wydaje się wyważony.

– Mhm. – Ivy uśmiecha się krzywo. – Pierwszy Octavian uratował go w całości z jakiegoś wyburzanego weneckiego pałacu i przewiózł tutaj statkiem w jednym kawałku.

Jest coś niedorzecznego w myśli, że statek miałby przewozić parter i dwa piętra pustej przestrzeni, opływając przy tym Półwysep Apeniński, przecinając Morze Śródziemne i przeprawiając się przez Atlantyk.

– Ten dom przyprawia mnie o ciarki – mówi Jane.

– Zaraz wejdziemy do pomieszczeń dla służby. Tam jest miło i prosto, bez żadnych martwych niedźwiedzi polarnych.

– Tobie też to przeszkadza?

Ivy smutno wzrusza ramionami.

– Dla mnie to po prostu Kapitan Biegunka.

– Że co?

– Tak go nazywali Kiran i Patrick, kiedy byli mali. Uważali, że to prześmieszne, bo Kiran jest pół-Brytyjką, a w Wielkiej Brytanii gacie oznaczają slipy. Pan Vanders też miał dla niego własną nazwę. – Ivy w zamyśleniu marszczy twarz. – Zwał go chyba Niedźwiedziem Bipolarnym. Bo lubi psychologię. Zabawne, prawda?

– Może i tak – mówi Jane. – Moja ciocia zajmowała się ochroną przyrody. Fotografowała niedźwiedzie polarne, zamiast robić z nich dywaniki.

– O wilku mowa. – Ivy spogląda w dół, na dziedziniec. Przechodzi przez niego właśnie jakiś starszy mężczyzna. Jest wysoki, ciemnoskóry, w czarnym ubraniu i z wianuszkiem białych włosów. Na biodrze niesie małe dziecko, które może mieć jakieś dwa albo trzy lata. Z góry Jane widzi tylko kręcone, ciemne włosy malucha, opaloną skórę, wymachujące rączki i nóżki.

– Czemu?! – wrzeszczy wiercący się dzieciak. – Czemu? Czemu?!

– Kiran mi nie wspominała, że jest tu tyle dzieci – zauważa Jane, przypominając sobie dziewczynkę bawiącą się za oknem w deszczu.

Ivy przez moment się waha.

– To pan Vanders – mówi. – Jest kamerdynerem, a pani Vanders jest ochmistrzynią. Zarządzają całkiem licznym personelem. Zawsze mu się dokądś śpieszy.

– Ach tak. – Jane zauważa, że Ivy nic nie powiedziała o dziecku, jej twarz przybrała obojętny wyraz, głos stał się lekko nonszalancki. To dziwne. – Wspomniałaś, że idziemy do pomieszczeń dla służby? – dodaje. – Pani Vanders mówiła, że nie wolno mi tam wchodzić.

– Pani Vanders może mi skoczyć – odpowiada Ivy nagle szorstkim tonem.

– Co?

– Przepraszam. – Ivy wydaje się zażenowana. – Ale to nie ona rządzi w tym domu. Tylko się tak zachowuje. Możesz robić, co chcesz.

– No dobrze. – Jane chce obejrzeć dom, każdy jego zakamarek. Ale chciałaby też, żeby nikt na nią nie krzyczał.

– No chodź – mówi Ivy ruszając dalej. – Jeśli ją zobaczymy, możesz po prostu udawać, że nie wiesz, w której części domu jesteśmy. Możesz zrzucić winę na mnie.

Cofa się po moście, zwrócona w stronę Jane, jakby chciała skłonić ją siłą woli, by poszła za nią. Potem znów posyła jej ten krzywy uśmiech i Jane nie potrafi jej odmówić.

– Za każdym razem, kiedy wchodzę do nowych pomieszczeń, czuję się, jakbym była w innym domu.

Jane obraca się na pięcie, oglądając niespodziewanie spokojne, pozbawione ozdób bladozielone ściany w zakazanych pokojach dla służby na drugim piętrze zachodniego skrzydła. Wszystkie drzwi znajdują się w małych bocznych korytarzach odchodzących od holu głównego.

– Poczekaj, aż zobaczysz kręgielnię na dole – mówi Ivy – i kryty basen.

Jane uświadamia sobie, że odkąd Ivy do niej dołączyła, cały czas wdycha słabą, dość przyjemną woń chloru.

– Lubisz pływać?

– Tak, kiedy mam na to czas. Możesz korzystać z basenu o każdej porze. Daj mi znać, jeśli będziesz chciała, żeby ci pokazać przebieralnię i tak dalej. A to mój pokój – dodaje, wskazując na zamknięte drzwi w krótkim korytarzu. – Poczekaj chwilę, zostawię tylko aparat.

– Co takiego fotografujesz?

– Sztukę – odpowiada Ivy. – Zaraz wracam.

Zostawia Jane w głównym korytarzu, gdzie Jasper opiera się o jej nogi i wzdycha. Ubranie Jane prawie wyschło; w każdym razie nie czuje się już jak przemoknięte, zziębnięte zwierzątko. Ale w tym miejscu jest na widoku; wyobraża sobie panią Vanders zerkającą na nią z dezaprobatą zza rogu, a poza tym chciałaby zobaczyć pokój Ivy. Czy służący też mają jacuzzi i kominki? Czy Ivy cały czas tu pracuje? Czy może wyjeżdżać do Nowego Jorku tak jak Kiran? Jeśli ma dziewiętnaście lat, to czy pójdzie do college’u? Jak chodziła do szkoły średniej? Skoro już o tym mowa, to jak Kiran chodziła do szkoły średniej?

Zjawia się Ivy.

– Masz tam jacuzzi?

– Chciałabym. – Ivy się uśmiecha. – Chcesz zajrzeć?

– Pewnie.

Jane i Jasper wchodzą za Ivy do długiego pokoju, w którym są dwa osobne królestwa: łóżkowe królestwo przy drzwiach i komputerowe królestwo, które zajmuje właściwie całą resztę miejsca. Jane nie miała pojęcia, że jedna osoba może potrzebować tak wielu komputerów. Obok jednej z klawiatur leży sterta lin i dwie najdłuższe latarki, jakie Jane w życiu widziała. Na ścianach wiszą duże, precyzyjne rysunki, coś jakby plany budynku. Gdy Jane przygląda im się uważniej, dociera do niej, że to mapy wnętrza domu, tak szczegółowe, że widać na nich nawet tapety, meble, dywany, dzieła sztuki.

– Ty je zrobiłaś? – pyta Jane.

– Na to wychodzi. To ten dom.

– Wow! – Jane widzi teraz znajome rzeczy: wenecki dziedziniec, posadzkę w szachownicę w holu głównym, dywanik ze skóry niedźwiedzia polarnego.

Ivy wydaje się zakłopotana.

– Patrick i ja mamy wspólną łazienkę w korytarzu – mówi. – Ale pan i pani Vanders zajmują własny apartament z jacuzzi.

– Możesz korzystać z mojego jacuzzi.

– Dziękuję – odpowiada Ivy i ściąga gumkę z luźnego koka. Potrząsa głową, po czym znów zbiera włosy. W powietrzu czuć lekką woń chloru i jaśminu.

– Gołębnik – mówi nagle Ivy, ostatni raz poprawiając włosy.

Jane już do tego przywykła.

– Co z nim?

– To kolejne świetne słowo, które mogłam rozegrać w tym samym miejscu.

– Zawsze wymyślasz dobre ośmioliterowe słowa do scrabble?

– Nie. Tylko odkąd zjawiłaś się ty.

– Może będę miała dobry wpływ na twoje wyniki w tej grze.

– Na to wygląda. Mózgi czasem dziwnie działają. – Ivy wychodzi z powrotem na korytarz i prowadzi Jane i Jaspera obok dalszych korytarzy i drzwi.

– Jeśli się tutaj wychowałaś – mówi Jane – to jak chodziłaś do szkoły?

– Wszyscy uczyliśmy się w domu. Uczył nas Octavian, pan Vanders i pierwsza pani Thrash.

– Czy to dziwne uczucie uczyć się w domu, na wyspie?

– Pewnie tak, ale kiedy byłam mała, wydawało mi się to normalne.

– Pójdziesz do college’u?

– Myślałam o tym ostatnio. I to dużo. Oszczędzałam pieniądze, a kiedy ostatni raz byłam w mieście, podeszłam do egzaminu SAT, ale nie starałam się jeszcze nigdzie o przyjęcie.

– Co będziesz studiować?

– Nie mam pojęcia. Czy to źle? Powinnam z góry zaplanować całe życie?

– Pytasz o to kogoś, kto rzucił college – mówi Jane i nie jest pewna, co właściwie powinna czuć, gdy Ivy patrzy na nią z zaciekawieniem. Dobrze się z tym czuję? Niedobrze? Głupio? Daj mi spokój, moja ciocia zginęła?

– Nie chciałam cię stawiać w takim położeniu – mówi Ivy. – Nie ma nic złego w tym, że ktoś rzuca naukę.

– Ale nie czuję, żeby było w tym też coś dobrego – mówi Jane.

– To nie znaczy, że to coś złego – zapewnia ją Ivy.

Brzmi to jak coś, co mogłaby powiedzieć ciocia Magnolia, lecz w jej tonie słyszałoby się mądrość, podczas gdy Ivy mówi tak, jakby to była nowa możliwość, nad którą pierwszy raz się zastanawia. Dochodzą do drzwi na końcu korytarza. Są z niewykończonych desek, z ciężką metalową zasuwką zamiast klamki. Ivy je otwiera i Jane widzi teraz na wprost korytarz z wejściami do wind i schody prowadzące w górę i w dół. Ivy włącza światło na korytarzu i w pomieszczeniu powyżej robi się jasno.

– Zachodni strych – wyjaśnia, zanim Jane ma czas zapytać. – Tam na górze jest warsztat.

– Pani Vanders mówiła, że na strych w zachodnim skrzydle też nie wolno mi wchodzić – zauważa Jane. – Mówiła, że to niebezpieczne.

Ivy parska, a potem zaczyna wchodzić po schodach.

– Chodź i sama zobacz. Jeśli coś ci się wyda niebezpieczne, nie będziemy tam wchodzić.

– Dobrze – zgadza się Jane, udając, że jest człowiekiem gotowym łamać zasady, bo nie chce stracić szacunku w oczach Ivy. – O rany! – dodaje u szczytu schodów, gdy przed jej oczami ukazuje się ogromne pomieszczenie. Stoją tam w równych rzędach stoły do pracy, niemal jak w klasie do zajęć technicznych. Warsztat ma wysokie okna i drewniane krokwie pod sufitem, i jest wielki jak całe zachodnie skrzydło. Pachnie olejem i trocinami. Deszcz bębni o dach. Przez okna Jane ledwie dostrzega iglicę na wschodnim skrzydle domu, przebijającą się przez burzowe chmury.

To czysta, otwarta przestrzeń – trochę jak stodoła – bez żadnych walających się gwoździ ani rozchwianych belek. Jane zaczyna się rozglądać, Ivy rusza za nią. Jej uwagę przykuwa niewykończona skrzynia. Jest z orzechowego drewna – Jane się na tym zna. Ma rzeźbione wieko przedstawiające podmorską scenę z kaszalotami (na wielorybach zna się również). Ponad nimi unosi się dziewczynka siedząca w łodzi wiosłowej, nieświadoma znajdujących się pod nią stworzeń.

– Kto to zrobił? – pyta Jane.

– Och… – Ivy wydaje się zakłopotana, ale też zadowolona. – Ja.

– Naprawdę? Meble też robisz? Jest piękna!

– Dziękuję. Nie ruszałam jej od wieków. Nie mam czasu na wielkie projekty. Ale z bratem skończyliśmy ostatnio łódź.

– Ty i Patrick zbudowaliście tu łódź?

– Tak. Wiosłową. Musieliśmy ją opuszczać przez okno na linach. Tam dalej jest winda towarowa i wózek z podnośnikiem – Ivy wskazuje ręką w stronę schodów – no ale to była łódź.

Łódź wiosłowa własnej roboty. Jane stara się, żeby jej parasolki nie przepuszczały wody, ale jeśli coś jej nie wyjdzie, nikt się przez to nie utopi.

– Pływaliście tą łodzią?

– Jasne – mówi Ivy. – To świetna łódeczka.

Kto w wolnym czasie buduje własnymi rękoma łódź? A potem spuszcza ją na ocean i w niej pływa? I pewnie jeszcze przy tym wymyśla świetne słowa do scrabble, i w ogóle jest śmiała i odważna.

– Gdzieś tam w głębi jest piła oscylacyjna – mówi Ivy. – I mamy kilka różnych tokarek.

– Dzięki – mówi Jane i robi jej się trochę smutno.

– Korzystaj ze wszystkiego, co ci będzie potrzebne.

– Dzięki – powtarza Jane i ma nadzieję, że Ivy jej nie zapyta, do czego będzie potrzebować tych rzeczy.

Dom jęczy i stęka, niemal jakby sympatyzował z jej uczuciami. Jak to stare domy, myśli Jane. Wyobraża go sobie jako zwiniętą w kłębek istotę, grzbietem zwróconą w stronę nieba, chroniącą wnętrze przed zimnem i zacinającym deszczem.

Obok schodów znajduje się niewielkie przeszklone pomieszczenie. Wewnątrz jest stolik, na którym stoi wielki obraz przedstawiający białego mężczyznę z opuszczonymi ramionami, ubranego w beret z wielkim piórem. Wokół dzieła stoją pędzle, buteleczki i lampy.

– Ktoś tu jest malarzem? – pyta Jane, wskazując na obraz.

– Tak, Rembrandt. – Ivy szczerzy zęby. – To jego autoportret. Jeden z wielu obrazów w tym domu. Pani Vanders go czyści. Skończyła studia z konserwacji zabytków, między innymi. Może czujesz aceton? To taki ostry zapach. Czasem go używa.

– Och! – Jane jest głupio, że nie poznała Rembrandta. – No tak.

– Ten pokój to jej pracownia konserwatorska. Jest szczelny, więc dzieła sztuki nie są narażone na pył, i ma szyby specjalnego rodzaju, które chronią przed naturalnym światłem.

– Wow!

– Tak – potwierdza Ivy. – To dom prawdziwych miłośników sztuki. A Octavian ma więcej pieniędzy niż sam Bóg.

W głębi strychu ze zgrzytem otwierają się jakieś drzwi i Jane niemal podskakuje ze strachu. Odwraca się i miga jej kawałek żółtej tapety w jasnym pomieszczeniu gdzieś dalej. Wychodzi z niego mężczyzna z szelmowskim uśmiechem na ustach, dostrzega Jane i szybko zamyka drzwi. Ma ciemne włosy, wschodnioazjatyckie rysy i jest ubrany w granatowy garnitur i pomarańczowe trampki.

Ściąga lateksowe rękawiczki, wsuwa je do kieszeni i rusza w stronę dziewczyn.

– Dzień dobry – mówi.

– Cześć – odpowiada Ivy, znów z tą nonszalancją w głosie. – To Philip Okada – wyjaśnia, zwracając się do Jane. – Przyjechał na galę. Philip, to jest Janie, przyjaciółka Kiran.

– Miło mi – mówi Philip z angielskim akcentem.

– Mi również. – Jane zerka na rękawiczki wystające mu z kieszeni.

– Och, przepraszam. Boję się zarazków i często ich używam. Skąd znasz Kiran?

– Chodziła do college’u w moim mieście.

– Ach. – Philip uśmiecha się uprzejmie i na jego twarzy pojawiają się lekkie zmarszczki. Jane przypuszcza, że musi mieć co najmniej trzydzieści lat. Trzydzieści pięć? Może nawet więcej? Kiedy u starych ludzi pojawiają się te zmarszczki w kącikach oczu?

– Skąd znasz rodzinę Thrashów? – pyta Jane, decydując się na wścibstwo.

– Z imprez w Nowym Jorku – wyjaśnia obojętnie Philip.

– Rozumiem. – Jane zastanawia się, co to właściwie znaczy i jak mizofob radzi sobie na tłumnej imprezie. Może kryje się w tym coś jeszcze?

– No cóż – mówi Philip – na pewno jeszcze się zobaczymy. – Pochyla się, by podrapać Jaspera za uszami. Potem schodzi po schodach, przesuwając dłonią po metalowej balustradzie.

– A wydawać by się mogło, że ludzie cierpiący na mizofobię unikają psów i balustrad – mówi Jane.

Twarz Ivy niczego nie wyraża.

– Bierz, co tylko ci potrzebne – mówi, odwracając się. – Nasz strych jest twoim strychem.

Tak, z całą pewnością kryje się w tym coś jeszcze.

Koniec końców Jane pożycza piłę oscylacyjną, niewielką tokarkę, brezent, trochę pięknych brzozowych witek, puszkę bejcy, puszkę lakieru i stół roboczy o odpowiedniej wysokości dla jej maszyny do szycia. W warsztacie są tysiące innych rzeczy, które mogłyby się jej przydać, ale i tak jest zakłopotana swoimi bogactwami, zwłaszcza że będzie trzeba znosić je na dwa razy.

Gdy Jane dźwiga pierwszą partię rzeczy, z komórki Ivy rozlega się sygnał przypominający róg z Władcy Pierścieni.

– Przepraszam. – Ivy zerka na telefon. – To Kucharz. Poradzisz sobie? Zostaw stół. Później ktoś ci go przyniesie.

– Jasne – mówi Jane. – Dzięki. – Zastanawia się, kiedy znów zobaczy Ivy, ale jest zbyt nieśmiała, by ją o to spytać.

Jasper towarzyszy Jane w wędrówce w tę i z powrotem na strych i do jej apartamentu. Toczy się wesoło za nią i za każdym razem cierpliwie czeka u podstawy schodów na strych.

– Lubię cię, Jasper – mówi Jane.

Pod jej nieobecność ktoś przyniósł jej walizkę i skrzynki. Kolacja ma być dopiero za kilka godzin, a za szybą wciąż szaleje ulewa. Jane wygląda przez okna w saloniku na skąpany w deszczu świat. Jasper wciąż jest u jej boku. Jane dochodzi do wniosku, że to właściwy dzień i właściwa sceneria, by zabrać się za robienie parasolek.

To nie kolory ani mechanika skłoniły ją do zajęcia się parasolkami.

Zrobiła to ciocia Magnolia.

W deszczowe dni, kiedy Jane była dzieckiem, a ciocia Magnolia wyjeżdżała fotografować morskie głębiny, Jane budowała z parasolek fortecę na trawniku w kampusie i chowała się w środku. Gdy słyszała deszcz uderzający w napiętą tkaninę nad jej głową, czuła się, jakby była pod wodą. Wpełzała do tej fortecy z parasolek i wyobrażała sobie, gdzie może być ciocia Magnolia.

Sąsiedzi, którzy się nią zajmowali pod nieobecność cioci, byli życzliwi, dobrzy i mili, ale byli też starszymi ludźmi, więc Jane zazwyczaj bawiła się sama. Ciocia Magnolia dała jej stary hełm do nurkowania, by mogła go zakładać w swojej fortecy; wtedy jej oddech dziwnie brzmiał. Czasami, w zależności od pogody, do innych dźwięków dołączał chór maleńkich żabek. Jane leżała na plecach na mokrej trawie, oddychała przez dyszę, nasłuchiwała i wyobrażała sobie, że parasolki są wielkimi meduzami.

Pewnego razu, gdy chodziła do szkoły średniej, a ciocia Magnolia wyjechała do Nowej Zelandii robić zdjęcia w oceanie i nie było jej tak długo, że wydawało się to wiecznością, Jane została sama w mieszkaniu. Na zajęciach plastycznych ku własnemu zdziwieniu zrobiła rzeźbę przedstawiającą parasolkę. Nauczycielka od plastyki otworzyła szafkę pełną najróżniejszych rupieci i powiedziała uczniom, żeby wybrali sobie z tego, co im się podoba, i coś z tego zrobili. W szafce były brzozowe witki, przeróżne druty, metalowe złącza i wielki kawał ciemnej tkaniny we wzór z robaczkami świętojańskimi. Tamtego dnia padało i po szybach spływał deszcz. Może nie była to „sztuka”, o którą chodziło nauczycielce, ale ten koślawy, wodoszczelny obiekt z otwartą czaszą – jak prawdziwa parasolka – jakoś sam przyszedł Jane do głowy. Tak naprawdę to strasznie jej nie wyszło. Pełno w tym było szczęśliwych odkryć i przeróżnych błędów, ale gdy Jane spojrzała na efekt, do oczu napłynęły jej łzy.

Któż może wiedzieć, w jaki sposób wybieramy nasze zamiłowania? Po tamtej pierwszej próbie przetrząsnęła szafę, złapała dwie podniszczone parasolki, które tam znalazła, i rozłożyła je na części.

Tkanina naprężała się dzięki rozpornikom odchodzącym od części ruchomej i dalszym rozpornikom, i drutom. To dzięki temu czasza była napięta i się nie przesuwała. Dlaczego Jane pokochała to, że rozkładanie parasola jednocześnie trzymało go razem? Kto to może wiedzieć. Ale tak właśnie się stało i zaczęła rozkładać na części wszystkie parasolki, jakie udało jej się znaleźć, eksperymentowała z ich szczelnością i tworzyła rozklekotane konstrukcje, o które ciocia Magnolia się potykała albo na które natrafiała w każdym kącie pokoju. Zaczęła zwracać uwagę na niewielkie różnice w kolorach i kształtach. Pracowała nad nimi po trochu każdego dnia, zupełnie jakby kierował nią jakiś wewnętrzny przymus.

– Nie ma nic złego w tym, że lubi się robić niepraktyczne rzeczy – odpowiadała ciocia Magnolia za każdym razem, gdy Jane przepraszała ją za to, że poświęca tyle czasu parasolkom.

A potem zaczął się college i nie miała już czasu na nic prócz nauki, która przytłoczyła ją jak lawina kamieni.

– Janie, kochanie – mówiła czasem ciocia Magnolia – kiedy ostatnio pracowałaś nad jakąś parasolką?

Gdy ciocia Magnolia była przy Jane, by jej pomagać, jej oceny w szkole były do przyjęcia, ale tamtej jesieni ciocia dużo podróżowała i Jane stwierdziła, że ma coraz większe braki z biologii. A potem ciocia Magnolia zginęła. Jane rzuciła szkołę. I była w stanie tylko zajmować się parasolkami, zupełnie jakby jedna idealna parasolka mogła sprawić, że ciocia Magnolia wróci.

Jane siedzi na prążkowanej sofie w saloniku i trzyma się za brzuch. Jasper podchodzi do niej i opiera się o jej nogi.

Krzyś i Kubuś Puchatek wyruszyli kiedyś na morze w parasolce, przypomina sobie Jane. Podczas powodzi, by ratować Prosiaczka.

Może powinna zabrać swoje parasolki nad wodę, odwrócić je do góry nogami, jak łódki, i posłać je na fale, z niczym. Może gdyby zabrały ze sobą całą tę nicość, coś by jej zostało.

„A co z zanieczyszczeniem oceanów?” – odparłaby na to ciocia Magnolia. „To ma być to twoje wspaniałe rozwiązanie?”. Albo powiedziałaby: „W porządku, ulżyj sobie, a potem podnieś się z tej sofy, przestań się nad sobą użalać i zrób coś pożytecznego”.

Dobrze, już dobrze, ciociu Magnolio, myśli Jane. Wstanę dla ciebie. Wzdycha ciężko, podnosi się i rozgląda po saloniku.

Rozkłada brezent, by zasłonić środek kosmatego dywanu, gdzie zamierza wykonywać najcięższą pracę, a potem zabiera się za wyciąganie parasolek ze skrzyń. Otwiera je. Nie ma tu dla nich wszystkich miejsca, więc niektóre złożone odkłada na podłogę, a inne opiera o ściany w kątach. Jasper obserwuje ją z zachwytem. Przywiozła je tu wszystkie ze sobą. Nie ma innego miejsca, by je przechowywać; przywiozła do tego domu wszystko, co posiada. Ma trzydzieści siedem skończonych parasolek. Niektóre są nawet całkiem niezłe. Przekształcają salonik w dziwny krajobraz barwnych, ostro zakończonych wzgórz.

Jane otwiera sekretarzyk z żaluzjowym zamknięciem i widzi, że są w nim małe opisane szufladki. „Listy bez odpowiedzi”, „Listy do zachowania”, „Znaczki”, „Fotografie”, „Adresy” i tak dalej. Po kolei wyjmuje etykiety, obraca je i tworzy własne: „Kleje”, „Srebrne niklowe druty”, „Druty do wiązania”, „Bolce”, „Okucia”, „Mosiężne części ruchome”, „Szczypce do drutu”, „Zawiasy”, „Nasadki do drutów”. Miło jest wrzucić każdy przedmiot do właściwej szufladki. Jane układa na krześle i stolikach stalowe pręciki i tkaninę na czaszę parasolek. Na razie zostawia maszynę do szycia na podłodze i idzie umyć ręce w ogromnej łazience ze złotymi kafelkami.

Ostatnimi rzeczami, jakie Jane wyjmuje ze skrzynek, jest pięć dużych, oprawionych w ramki fotografii, z których cztery zrobiła ciocia Magnolia, a jedną jej koleżanka. Różowa żabnica z Indonezji, z wiciami, które sprawiają, że wygląda, jakby nosiła na grzbiecie cały las. Wielkie ciemne oczy kałamarnicy Humboldta z wybrzeży Peru. Podwodne zdjęcie spadających żab w Belize: przednimi i tylnymi łapkami szukają oparcia w wodzie, w oczach widać panikę. Niedźwiedź polarny w Kanadzie, szczęśliwy, unoszący się w wodzie i odpoczywający, jakby zimno w ogóle mu nie przeszkadzało.

Te zdjęcia wymagały ogromnej cierpliwości i szczęścia. Ciocia Magnolia nigdy nie zrobiłaby niczego, co przestraszyłoby zwierzęta; nie ścigała ich ani nie próbowała nimi manipulować. Najczęściej tylko czekała. Była szpiegiem w podwodnej krainie, gdzie wszystko jest ciche i dzieje się powoli.

Najbardziej kochała zimne podwodne krajobrazy w rejonach podbiegunowych. Ich dziwność, surowość i poczucie izolacji. Pod zdjęciem niedźwiedzia polarnego napisała ołówkiem: „Hej ho! To dla misia ten marsz!”.

A wreszcie było też zdjęcie samej cioci Magnolii: stała w sprzęcie do nurkowania na dnie oceanu u wybrzeży Nowej Zelandii, dotykając nosa walenia południowego, który przyglądał jej się z cichą godnością. Ciocię Magnolię bardzo podniosła na duchu wizyta w Nowej Zelandii, gdzie morska fauna jest chroniona surowym prawem.

To mi daje nadzieję dla świata – powiedziała. Taka właśnie była. Pełna nadziei. Ciocia Magnolia wierzyła, że wszystko ma sens.

Jane zdejmuje ze ścian kilka obrazów, by zrobić miejsce dla cioci Magnolii. Po zawieszeniu ostatniej fotografii słyszy szczęk kaloryfera, który wydaje się mówić: zwróć na mnie uwagę. To smutny dźwięk, ale dość przytulny. Jane jest zadowolona z tego, jakich zmian dokonała w pokoju. Może z tej dziwnej przygody jednak wyniknie coś dobrego, myśli.

Ma jedną nieskończoną parasolkę. Jest już prawie gotowa, trzeba tylko dobrać odpowiednią nasadkę i tasiemkę z zapięciem, żeby się sama nie rozkładała. To niebiesko-fioletowa parasolka w kształcie pagody, z czerwoną rączką. Czasza stanowiła miłe wyzwanie, ale reszta wydaje się zbyt wymyślna i przesadna.

– Szczerze mówiąc, nie znoszę jej – mówi do Jaspera, otwierając parasolkę, by mu ją pokazać. A gdy pies wchodzi pod czaszę, dodaje: – A kolory do ciebie nie pasują. Twoje rudo-brązowe łaty źle wyglądają przy tej czerwieni. O rany! Naprawdę okropnie.

Jasper wydaje się przygnębiony.

– To nie przez ciebie, Jasper – wyjaśnia Jane. – Są takie odcienie czerwieni, które świetnie by ci pasowały. O tutaj! – Brodzi wśród parasolek i przynosi tę z atłasową czaszą w kolorach brązu i miedzianego różu, która wciąż jeszcze nie wyschła. – Usiądź pod tą. No i pięknie – oświadcza, z przyjemnością oceniając efekt. – Zupełnie, jakbym zrobiła ją specjalnie dla ciebie. – Sięga po komórkę. – Zrobić ci zdjęcie?

Popołudnie mija jej w miłym nastroju na robieniu Jasperowi zdjęć pod każdą parasolką, która do niego pasuje, kończeniu tej z czaszą w kształcie pagody i wynajdywaniu pomysłów na następną.

Jane leży na plecach na dywaniku i szuka inspiracji w myślach o przedmiotach w kształcie parasolek, gdy Ivy przychodzi po nią, by zaprowadzić ją na kolację. Grzyby, klosze do lamp, meduzy. Dzwony? Miski? Tulipany. W końcu dociera do niej, że ktoś puka do drzwi.

– Proszę! – woła.

Ivy wchodzi do saloniku: wysoki ciepły wir czerwieni, który wdziera się w myśli Jane o parasolkach. Jak by wyglądała parasolka dla Ivy?

Ivy przystaje zdumiona i rozgląda się po pokoju.

– O cholera. Dlaczego masz tyle parasolek?

– Robię je – odpowiada Jane, leżąc na podłodze. – Nie pytaj mnie dlaczego.

– Może dlatego, że są niesamowite? – Ivy wkracza w parasolkowy krajobraz, porusza się wśród nich, przygląda im się uważnie.

Jane siada, poprawia koszulę i rozgląda się wokół, próbując sobie wyobrazić ten pokój widziany oczami Ivy.

Ivy kuca i dotyka palcem parasolki inspirowanej ptasim jajem: jest podłużna, bladoniebieska, z nieregularnymi plamkami brązu. Uzyskanie tego podłużnego kształtu było prawdziwym koszmarem, bo druty musiały być różnej długości i kształtu, gdy była otwarta, a płasko leżeć i ładnie wyglądać po złożeniu. Była taka chwila, gdy Jane miała ochotę złamać to cholerstwo na kolanie. Cieszy się, że tego nie zrobiła. To jedna z jej bardziej udanych parasolek.

Ivy przesuwa palcem po skraju otwartej czaszy i robi to tak delikatnie i nieśmiało, że Jane niemal to czuje, jak mrowienie pod skórą.

– Wiesz, co to miało być? – pyta Jane.

– No jasne. Ptasie jajo.

Jane przeżywa pełnię szczęścia.

– Pora na kolację dla rodziny i gości – mówi Ivy. – Czyli też dla ciebie.

– Czołem, Kapitanie Biegunka – mówi Ivy, prowadząc Jane korytarzem, gdy przechodzą obok futra niedźwiedzia polarnego.

– Czyli jest wojskowym?

– W sumie to już nie pamiętam – odpowiada Ivy – ale chyba udawaliśmy, że był badaczem obszarów podbiegunowych, który miał przedstawić swoje odkrycia królowej.

– Kto był królową?

– Nie ja.

Ivy sprowadza Jane po schodach do głównego holu, a potem wchodzą do przeogromnego pomieszczenia, największego, jakie Jane widziała w prywatnym domu.

– Co to? – pyta Jane, starając się nie pisnąć z wrażenia. – Sala tronowa?

Ivy cicho parska pod nosem i wyjaśnia:

– Sala balowa. Ale teraz, przez ciebie, zaczęłam się zastanawiać, który pokój Octavian wybrałby na swoją salę tronową. Pewnie bibliotekę.

Jane słucha jej jednym uchem. Sala balowa jest wysoka i aż lśni od ciemnego, mahoniowego drewna.

– To Thrashowie urządzają bale?

– Gale to w sumie są bale – odpowiada Ivy. – Ludzie w wieczorowych strojach tańczą walce w pięknych salach i tak dalej. – Potem prowadzi Jane do kolejnego długiego pomieszczenia oświetlonego żyrandolami, ze stołem, przy którym zmieściłoby się pewnie z trzydzieści osób. Na samym jego końcu siedzą cztery, dwóch mężczyzn i dwie kobiety, rozmawiają ostrym tonem i wchodzą sobie w słowo. Nie ma wśród nich Kiran.

Gdy Ivy prowadzi ją w ich stronę, Jane pyta:

– Zjesz z nami?

– Nie. Jadam w kuchni. – Wygląda jednak na to, że wyczytała coś z wyrazu twarzy Jane, coś, czego sama Jane pewnie nie byłaby w stanie wyartykułować, bo lekko ściska jej rękę nad łokciem, a potem dotyka jednego z pustych krzeseł, by pokazać jej właściwe miejsce. Znów uśmiecha się krzywo i wychodzi wahadłowymi drzwiami po drugiej stronie stołu.

Jane siada. Ma wrażenie, że nikt nie zwraca na nią uwagi. Próbuje się wsłuchać w prowadzoną w zawrotnym tempie rozmowę, najwyraźniej jakąś kłótnię o rodzinę, którą oni wszyscy znają.

– Chyba nie myślisz poważnie, że zrobili coś złego własnym dzieciom? – pyta z angielskim akcentem czarnoskóra kobieta o twarzy w kształcie serca i krótkich, kręconych włosach. W jej uszach migoczą gwiazdy, pewnie z maleńkich, roziskrzonych brylantów. Obok niej siedzi Philip Okada, ten mężczyzna ze strychu, który bał się zarazków. Kobieta nałożyła na twarz sporo podkładu i cieni do powiek.

– Nie, mówię tylko, że się wściekli – mówi druga kobieta, biała, o rumianych policzkach i z włosami w ciemnym miodowym kolorze. Na szyi nosi podwójny sznur pereł. Ma amerykański akcent i dość niski głos. – Kiedy ludzie wpadają w szał, są zdolni do złych, nieprzewidywalnych rzeczy, więc skąd możemy wiedzieć, co tak naprawdę zrobili?

– To jakiś termin medyczny? – droczy się z nią Philip Okada. – „Wściec się”?

– Philipie – mówi z przekonaniem dama w naszyjniku z pereł – Panzavecchiowie to nasi przyjaciele. Pewnego dnia wyszli z laboratorium i napadli na bank. Dlaczego mieliby zrobić coś takiego?

– No cóż – odzywa się dama z kolczykami w kształcie gwiazd, siedząca obok Philipa – słyszałaś plotki o problemach Giuseppa z hazardem i mafią.

– W porządku, ale czy którekolwiek z was słyszało coś o tym, by Giuseppe Panzavecchia obstawił choćby jeden psi wyścig? – mówi kobieta z perłowym naszyjnikiem.

– Ale ludzie ukrywają swoje nawyki, kiedy stają się one problemem – zauważa kobieta z kolczykami. – Może tak naprawdę nie wiemy, jaki jest Giuseppe.

– Ale przecież to wiemy – mówi ta druga. – Prawda? Giuseppe tylko przez cały czas chwali się swoimi dziećmi. Słyszeliście kiedyś, jak mówił o Grace i o jej wspaniałych urządzeniach mnemotechnicznych? Ośmioletnia Grace jest jak malutki komputer. Giuseppe prawie pękał z dumy. Skłonna jestem uwierzyć, że ma mały problem z hazardem, który przed wszystkimi ukrywa. Ale żeby zadawał się z sycylijską mafią, gdy jego życie kręci się wokół tej trójki dzieci? Czemu mielibyśmy w to uwierzyć? Tylko dlatego, że ma włoskie nazwisko? To by go obrażało.

– To znaczy, że masz inną teorię? – pyta ta z kolczykami.

– Nie – odpowiada druga. – Odrzucam tylko pomysł, jakoby Panzavecchiowie mieli związki z przestępczością zorganizowaną. Albo dzieje się coś innego, na co nie wpadliśmy, albo oboje nawdychali się jakiegoś toksycznego gazu w tym swoim laboratorium i im odbiło.

Przez wahadłowe drzwi wchodzi pani Vanders i Jane niemal podskakuje. Kobieta niesie talerze i misy, za nią idzie Ivy. Pani Vanders spogląda na Jane w taki sposób, że natychmiast wywołuje w niej poczucie winy, jeszcze zanim ma czas się zastanowić, co takiego właściwie mogła zrobić. Podaje do stołu coś, co wygląda jak duszone mięso z jarzynami i gigantyczna porcja sałatki gruszkowej, a potem szybko wychodzi przez wahadłowe drzwi. Jane stara się połapać w tym, co się dzieje, bo zna nazwisko Panzavecchia. Nie osobiście, tak jak ci ludzie tutaj, ale z wiadomości. Przez kilka dni, może nawet przez tydzień pisały o tym gazety. Victoria i Giuseppe Panzavecchiowie, małżeństwo mikrobiologów z dwóch zamożnych nowojorskich rodzin, pewnego dnia w porze lunchu wyszli ze swego uniwersyteckiego laboratorium na Manhattanie. Napadli na bank, ale próba zakończyła się klęską, gdy wyjątkowo odważny pracownik powiedział im, by pokazali broń, której tak naprawdę nie mieli. Wybiegli z banku, zniknęli za rogiem i po prostu się rozpłynęli. Mniej więcej w tym samym czasie ich córka Grace zniknęła ze swojej prywatnej szkoły, a ich synowie, mały Christopher i jeszcze mniejszy Leo, w sumie niemowlak, zostali wyrwani z rąk niani w Central Parku. Leo coś dolegało. Niania zdążyła tylko zauważyć jakieś krostki na jego skórze tuż przed tym, jak go porwano.

W wiadomościach wspominano również o ostrzeżeniu, jakie Giuseppe otrzymał od mafii, że jeśli nie spłaci długów z hazardu, jego rodzina zniknie. I tak się stało.

Czy wszyscy ci ludzie przy stole znają Panzavecchiów? Zupełnie jakby wszyscy bogaci nowojorczycy się znali. W chwili, gdy ta cała historia okazuje się prawdziwa, wydaje się nagle zupełnie absurdalna. Brzmi jak jakiś głupi film o gangsterach. Ale jeśli ci ludzie znają Panzavecchiów, to Grace i mały Christopher naprawdę istnieją. Leo jest prawdziwym niemowlęciem. Ich życie w jeden dzień nagle uległo szalonym zmianom. Tak jak życie Jane zmieniło się w dniu, gdy jej rodzice zginęli w katastrofie lotniczej. I w dniu, gdy dostała telefon o cioci Magnolii.

Teraz Jane uświadamia sobie, że gdy Kiran i pani Vanders rozmawiały w samochodzie o bandytach napadających na banki, był to dowcip dotyczący sprawy Panzavecchiów.

– Wszyscy znacie Panzavecchiów? – pyta na głos i natychmiast tego żałuje, bo teraz wszyscy na nią patrzą i sama słyszy naiwne zdziwienie w swoim głosie.

– Tak – potwierdza lakonicznie dama w naszyjniku z pereł. I dodaje, wyciągając rękę: – Jestem Lucy. Lucy St. George. Można by powiedzieć, że jestem dziewczyną Raviego.

– Ja jestem Janie. – Jane niezręcznie ściska dłoń kobiety i dodaje nie do końca pewna, czy to prawda: – Przyjaciółka Kiran.

– Poznałem już Janie – oświadcza Philip Okada. – Na górze. Janie, to moja żona Phoebe.

Dama z gwiaździstymi kolczykami wyciąga wypielęgnowaną dłoń z turkusowymi paznokciami.

– Miło mi cię poznać – mówi.

– A ja jestem Colin – mówi drugi mężczyzna, wyciągając długą rękę w stronę Jane.

Chłopak Kiran. Jane spodziewała się chyba jakiegoś nudnego typa, nijakiego, o wyglądzie bogacza. Colin jest jednak chudym, bladym mężczyzną o złocistorudych włosach i łagodnych oczach, a piegi na twarzy sprawiają, że wygląda jakby młodziej i uroczo.

Słychać stukanie obcasów o drewnianą podłogę i do sali wchodzi Kiran. Na widok jej znajomej rozdrażnionej miny Jane czuje ulgę.

Kiran opada na krzesło między Jane a Lucy.

– Przepraszam – mówi szybko. – Rozmawiałam przez telefon i miałam bardzo kiepski zasięg. Strasznie leje. O czym rozmawialiście? Janie, poznałaś już wszystkich?

– Byliśmy bardzo uprzejmi i przedstawiliśmy się sobie, kochanie – mówi Colin.

Kiran na niego nie patrzy i w żaden sposób nie daje do zrozumienia, że go usłyszała.

– Masz wszystko, czego ci trzeba? – zwraca się do Jane. – Wszyscy są dla ciebie mili?

– Wszystko w porządku – odpowiada Jane.

– A co u ciebie, Kiran? – pyta Phoebe Okada. – Co ostatnio porabiasz?

– To jakiś szyfr, który ma znaczyć, czy mam już pracę? – pyta Kiran.

Phoebe unosi zadbaną brew.

– Dlaczego? Masz pracę?

– Chyba sama potrafisz sobie odpowiedzieć na to pytanie.

– Nie znasz przypadkiem wielu języków, Kiran? – pyta Philip Okada. – Mogłabyś pomagać Colinowi podczas jego wyjazdów zagranicznych związanych z pracą. Chyba wielu twoich klientów to cudzoziemcy, prawda, Colin?

Kiran mówi tak, jakby zwracała się do solniczki, którą trzyma w ręce.

– Chcecie, żebym towarzyszyła mojemu chłopakowi podczas wyjazdów służbowych. Żeby pomaganie mu w pracy stało się celem mojego życia.

– Nie o to mu chodziło, Kiran – zapewnia Phoebe. – Po prostu byłoby ci milej, gdybyś miała coś do roboty.

– Wszyscy chcieliby mi mówić, co mam robić – złości się Kiran.

Żona Philipa przybiera ostrożny, neutralny wyraz twarzy. Jej makijaż wydaje się twardy jak maska; Jane ma wrażenie, że gdyby postukała jej w twarz, dźwięk byłby taki, jakby grad uderzał o okno. Siedzący obok niej Philip wydaje się mieć ograniczony repertuar przyjaznych min. Im bardziej Kiran staje się agresywna, tym mniej on wygląda na obrażonego. Są fałszywi, uświadamia sobie Jane. Udają.

– Kiran będzie gotowa podjąć odpowiednią pracę, kiedy nadarzy się okazja – mówi stanowczo Colin. – I będzie w tym świetna.

Kiran na niego nie patrzy. Siedzi wyprostowana jak struna, jej ramiona są napięte.

– Ktoś wie, kiedy przyjedzie Ravi? – pyta.

– Dziś późnym wieczorem – odpowiada Lucy St. George. – Po południu przysłał mi SMS-a. Był na aukcji w Providence, potem wsiadł na to swoje cudo na dwóch kółkach i pojechał do Hamptons. Wspominał, że ktoś ma go stamtąd odebrać.

– Ktoś? Patrick? – pyta Kiran.

– Tak sądzę.

Jane nie mieści się w głowie, że Ravi miałby jechać na rowerze z Providence do Hamptons. To musi być co najmniej ze sto mil.

– A ty skąd jesteś, Janie? – pyta Phoebe. – Jacy są twoi rodzice?

Jane nie była na to przygotowana. Jacy są twoi rodzice?

– Nie żyją – odpowiada. – A twoi?

– Och, przykro mi – mówi Phoebe. – Moi rodzice prowadzą korporację produkującą sprzęt chłodniczy w Portsmouth, na południu Anglii. Wychowałaś się w domu dziecka?

– A ty wychowałaś się w lodówce?

Z ust Kiran wyrywa się zduszony śmiech. Jane się rumieni, zszokowana własnym zachowaniem, lecz Phoebe z kamiennym spokojem skupia się na swojej sałatce. Kiedy upuszcza na stół plasterek gruszki, Philip mówi „ups”, bierze go w palce i wsuwa jej do ust na oczach wszystkich. To wszystko jest trochę żenujące. Nie wspominając już o tym, że bardzo dziwny z niego mizofob.

– Adoptowała mnie siostra mojej matki – Jane zwraca się do Lucy St. George i do Colina, bo wydają jej się bardziej… autentyczni. – Kiedy moi rodzice zginęli, byłam tak mała, że nawet ich nie pamiętam. Ciocia wykładała biologię morza w college’u, do którego chodziła Kiran. Robiła też podwodne zdjęcia i zajmowała się ochroną przyrody.

– Twoja ciocia przeszła na emeryturę? – pyta Colin.

– Colin! – woła z oburzeniem Kiran.

– Co?

– Jesteś nachalny. Daj jej spokój.

– Przepraszam – mówi Colin, szczerze zdezorientowany. – Powiedziałem coś niewłaściwego?

– Nic się nie stało – zapewnia Jane zakłopotana tym wybuchem opiekuńczości ze strony Kiran. – Zginęła w grudniu podczas ekspedycji na Antarktydę. Miała fotografować humbaki.

– Och – mówi Colin. – To okropne. Przepraszam.

– Dawałam Janie korepetycje z pisania, kiedy byłam w college’u, a ona chodziła do szkoły średniej – wyjaśnia Kiran.

– Jezu – mówi Colin. – Jesteś jeszcze dzieckiem.

Gdyby tylko to była prawda, myśli Jane. Gdybym wciąż była dzieckiem, jadłabym teraz kolację z ciocią Magnolią, a nie z tymi ludźmi. Przy specjalnych okazjach wychodziły zjeść kolację w restauracji na mieście. Ciocia Magnolia miała piękny długi płaszcz, ciemny, opalizująco fioletowy, z podszewką, która w zależności od oświetlenia wydawała się srebrna albo złota. Często go nie zapinała, bo wiedziała, że Janie uwielbia te migotliwe błyski. Ciocia Magnolia wyglądała w nim jak jedna z tych kałamarnic z głębin oceanów na jej zdjęciach. Wyglądała po prostu kosmicznie.

– Ktoś rozmawiał z moją matką? – pyta Kiran i Jane uderza myśl, że to dość dziwne pytanie. Matka Kiran dawno temu rozwiodła się z Octavianem Thrashem IV.

– Masz na myśli matkę czy macochę? – pyta ją Colin. – Charlotte – wyjaśnia, zwracając się do Jane.

– Oczywiście, że moją matkę – odpowiada Kiran. – A czemu pytasz? Widziałeś Charlotte?

– Pewnie, że nie, kochanie. Powiedziałbym ci, gdybym ją widział.

Odpowiedź Colina nie ma dla Jane żadnego sensu. Ślub odbył się niedawno i Charlotte, nowa żona Octaviana, mieszka w tym domu. A tak w ogóle, to gdzie ona jest? Gdzie Octavian? Nie jedzą kolacji?

Jane znów słyszy ten szum powietrza w uszach. Wyszeptane słowo? Czy ktoś przy stole szepnął „Charlotte”? Kiran rozkojarzona pociera ucho, Jane robi to samo i dopiero później zauważa, że naśladuje Kiran. Czy to nie dziwne? – zastanawia się.

A potem o tym zapomina.

– Moja matka też jest naukowcem, jak ciotka Janie. Wydaje mi się, że o tym wiesz – zwraca się Kiran do Phoebe. – Jest fizykiem teoretycznym. Potrafiłaby ci powiedzieć takie rzeczy o wszechświecie, które by ci uświadomiły, jaka jesteś mała. A moja macocha jest projektantką wnętrz, która przed ślubem z ojcem zawsze zarabiała na swoje utrzymanie i jest cholernie dobra w tym, co robi. Jeśli zamierzasz zadzierać nosa przy moich przyjaciołach, pamiętaj, w czyim jesteś domu.

Chwila milczenia.

– Kiran – prosi Colin – mogłabyś mi podać sól?

Po raz pierwszy, odkąd zaczęła się ta kolacja, Jane zauważa, że Kiran i Colin na siebie patrzą. Colin ma minę człowieka, który za wszelką cenę stara się nie przestraszyć uwięzionego zwierzęcia. Kiran wygląda, jakby chciała mu rzucić w twarz solniczką. Bez słowa mu ją podaje.

Jane czuje, że coś ociera się o jej nogi, i przez resztę posiłku podaje smaczne kąski Jasperowi.

Tej nocy Jane budzi jakiś dźwięk. Wyrywa ją ze snu o maleńkim Leo Panzavecchii. Chłopczyk płacze, ma gorączkę. Jego twarz aniołka jest opuchnięta i pokryta krostami; umiera.

– Leo, ty głuptasie – mruczy pod nosem Jane. – Wszyscy przechodzą ospę wietrzną. Nie umrzesz.

Za oknem jej sypialni księżyc wisi nisko na niebie, jak plasterek pomarańczy. Ulewa minęła. Co ją obudziło? Dom wydał jakiś dźwięk, jakby mruknął z poirytowania, że zakłóciła mu spokój. A może to ona wydała z siebie ten dźwięk? Trudno powiedzieć.

Jest po czwartej nad ranem i kiepsko się składa, bo gdy Jane już raz się obudzi, potem nie potrafi zasnąć ponownie. Kiedy była mała, ciocia Magnolia głaskała ją po włosach i mówiła, by udawała, że jej płuca są meduzą, że powoli się rozszerzają i opróżniają, płynąc pod wodą.

– Twoje ciało jest mikrokosmosem oceanu – mówiła. Jane zasypiała, czując dotyk cioci Magnolii we włosach, i wyobrażała sobie, że jest oceanem, rozległym i spokojnym.

Teraz Jane sypia z niebieską wełnianą czapką, którą ciocia Magnolia zawsze zabierała na swoje polarne ekspedycje, ale przed ostatnią wyprawą na Antarktydę ją zostawiła. Ta czapka pamięta ciocię Magnolię żywą i zdrową. Jest szorstka w dotyku i elastyczna. Jane obmacuje pościel, by ją znaleźć, zwija ją w kulkę, przysuwa do twarzy i wdycha jej zapach. Meduzy to prastare stworzenia. Jane też potrafi być prastara i cicha.

Nie. Nawet nie ma mowy o śnie. Wstaje z łóżka i znajduje bluzę z kapturem, którą wkłada na piżamę z motywem z Doktora Who. Zastanawia się: jaki jest ten dom w środku nocy?

Jej ciekawość jest silniejsza niż obawy.

Gdy opuszcza swój apartament, dochodzi do wniosku, że dom faktycznie protestuje, wydaje z siebie różne dźwięki. Pomruki, jęki i coś jeszcze, jak podwodne echo śmiechu dzieci. Ale przecież wielki stary dom ma prawo wydawać różne dziwne odgłosy, więc Jane odrzuca tę myśl. I nie zwraca uwagi, że się kuli, gdy od tego dźwięku aż bolą ją zęby. Nie czuje, że oddech więźnie jej w gardle.

Gdy Jane podąża korytarzem w stronę atrium, kolejno – przy każdym z obrazów – zapalają się światła sterowane czujnikami ruchu, a następnie gasną, kiedy je mija. Zapomina o Kapitanie Polarnych Gaciach i potyka się o jego głowę. Klnie cicho pod nosem i idzie dalej.

Pomruki domu ustępują głosom ludzi, odległym i pełnym złości. Ktoś się z kimś kłóci na dziedzińcu. Jane zaczyna wyczuwać fajkowy dym. Powoli podchodzi do balustrady i zerka w dół.

Młody mężczyzna ubrany w czarną skórę gestykuluje ręką, w której trzyma kask motocyklowy. Rozmawia ze starszym, chyba około pięćdziesiątki, ubranym w jedwabny szlafrok w orientalne wzory i pyka fajkę, której dym Jane wcześniej poczuła. Mają różny kolor skóry, starszy mężczyzna jest biały, a młodszy jest Mulatem, ale gdy ich twarze wykrzywiają się ze złości, Jane widzi, że są podobni, jak ojciec i syn. Słyszy to w ich głosach. To Octavian Thrash IV i Ravi, brat bliźniak Kiran; Jane uświadamia sobie, że wcale nie przejechał dziś na rowerze z Providence do Hamptons.

– Ty głuptasie – mówi Octavian. – Oczywiście, że nie sprzedałem twojej rybki.

– Dlaczego to robisz? – pyta z niesmakiem Ravi. – Czemu mówisz do mnie, jakbym był dzieckiem?

– Przestań zachowywać się jak bachor, to przestanę cię tak traktować – odpowiada Octavian. – Budzisz rano Patricka, żeby po ciebie pojechał. Budzisz mnie oburzony, kiedy tu przyjeżdżasz i okazuje się, że rzeźba nie jest tam, gdzie ją zostawiłeś.

– Wybacz, że tak się martwię zaginioną rzeźbą Brâncușiego. I nie obudziłem Patricka – mówi Ravi. – Spotkaliśmy się poza wyspą, żeby się czegoś napić, i zrobiło się późno. Z Patrickiem już tak bywa. Ciebie też nie obudziłem. Lubisz przesiadywać po nocach.

– To żadna wymówka, żeby wpadać do mnie i bredzić coś po pijanemu.

– Nie jestem pijany – mówi dobitnie Ravi. – I chcę się tylko dowiedzieć, dlaczego Ryby Brâncușiego nie ma w głównym holu. Zresztą, mniejsza z tym. Chcę się dowiedzieć, czemu się nie przejmujesz tym, że jej tam nie ma. Wiesz w ogóle, o jakiej rzeźbie mówię? Tej, dla której Ivy budowała z plasteliny podwodne królestwo. Pozwalałeś, by całymi tygodniami trzymała ją u siebie w pokoju, otoczoną potworami z Loch Ness z klocków Lego.

– Wiem, o którą rzeźbę ci chodzi – mówi Octavian drżącym głosem.

– Jezu, tato, ona jest warta miliony. Sam ją kupiłeś! Gdzie ona, do diabła, jest?

– Pewnie pani Vanders uznała, że będzie się lepiej prezentować gdzie indziej – odpowiada Octavian. – A może studiuje, skąd się u nas wzięła. Przy tobie i Vanny to prawdziwy cud, że w tym domu ostały się jeszcze jakieś dzieła sztuki. Zmusiła mnie, żebym zwrócił siedemnastowieczny gobelin jakiemuś staremu dziadowi z Fort Lauderdale.

– No tak – mówi cierpko Ravi. – Bo dowiedziała się, że zrabowali go naziści, a twój wielce szanowny dziadek nabył ją podczas Holocaustu. Jak śmiała?!

– Zabawne, że tak się przejmujesz, skąd się biorą te dzieła sztuki. Wiem, co kombinujesz z matką. Jak wyjaśnisz pochodzenie dzieł sztuki, które ci dostarcza?

Ravi z kamienną twarzą spogląda na Octaviana. Krzyżuje ręce na piersi.

– Nie ma powodu sprawdzać pochodzenia rzeźby Brâncușiego – odpowiada chłodno. – Vanny i ja znamy całą jej historię, odkąd Brâncuși ją stworzył.

– Chyba nie myślisz, że ktoś ją ukradł?

– Nie wiem, co o tym myśleć. – Ravi przeczesuje palcami wilgotne włosy i odwraca się od ojca. – To do ciebie niepodobne, że się tym nie przejmujesz. Kiedyś byłeś normalnym człowiekiem, spałeś o normalnych porach, można było z tobą normalnie porozmawiać, kochałeś sztukę tak samo jak ja, a resztę miałeś w dupie.

– Uważaj, jak się wyrażasz – mówi ostro Octavian.

– Mniejsza z tym. Przynajmniej coś cię jeszcze rusza. Jestem zmęczony i zziębnięty. Idę się położyć.

Na dziedzińcu są osobne schody po wschodniej i zachodniej stronie, prowadzące na górne piętra. Ravi zaczyna po nich wchodzić.

Po chwili jego ojciec wyjmuje fajkę z ust i mówi:

– Witaj w domu, synu.

Ravi się zatrzymuje. Nie odwraca się w stronę ojca, ale pyta:

– Co u mamy?

– Wszystko w najlepszym porządku oczywiście. Tak jak zawsze. Czego takiego chciał Patrick, że tak późno przyjechałeś? Znowu dopadła go zaduma? Jakieś sprawy sercowe?

Ravi wybucha krótkim śmiechem i nie odpowiada.

– Lubi dużo myśleć, wiesz o tym. Co u Kiran?

– Twoja siostra jeszcze nie zaszczyciła mnie odwiedzinami.

– No cóż, nie ułatwiasz jej tego, skoro żyjesz po nocach jak jakiś wampir. A Charlotte?

Jane czuje na szyi podmuch przeciągu i przenika ją dreszcz.

– Twojej macochy wciąż nie ma – odpowiada ze smutkiem Octavian i spogląda w przeszkolony sufit.

Nagle do Jane dociera, skąd Kiran ma ten zadarty nos i szeroką twarz. Potem Octavian się odwraca i odchodzi łukowatym przejściem po północnej stronie, znikając w części domu, której Jane jeszcze nie widziała.

Ravi rusza w górę, jego kroki odbijają się echem na schodach. Dom wydaje się wzdychać, patrząc na samotność tych dwóch mężczyzn. To coś jak długi, głęboki wydech.

Jane wie, że apartament Raviego mieści się obok jej pokoi na drugim piętrze. Ravi zatrzymuje się jednak na pierwszym i znika w głębi domu. Ciekawe, myśli Jane, przypominając sobie, że Lucy St. George przedstawiła się jako dziewczyna Raviego, „można by powiedzieć”. Cokolwiek to oznacza.

Zastanawia się, gdzie teraz pójść, gdy zjawia się Jasper, cicho skomląc i podskakując.

– Szsz – szepcze do niego Jane i pochyla się, by go uspokoić.

Pies podchodzi bliżej do schodów prowadzących do głównego holu i znów skomle. Zupełnie jakby próbował ją nakłonić, by poszła tymi schodami.

– Musisz wyjść, Jasper? – pyta szeptem Jane i zaczyna schodzić za nim po schodach.

Gdy się porusza, nie zapalają się już światła. Jest dość ciemno. Jane, trzymając się poręczy, podąża za niskim czarnym cieniem Jaspera i żałuje, że wcześniej nie zwróciła uwagi, gdzie się włącza światło.

Na pierwszym piętrze Jasper zatrzymuje się tak gwałtownie, że Jane na niego wpada, traci równowagę, zatacza się na poręcz i kurczowo się jej chwyta. Gdy opiera się o przyjemnie solidną ścianę, Jasper truchta przy niej i trąca ją głową w łydki. Wszyscy tu są szurnięci, myśli Jane.

– Jasper – szepcze, klepiąc go. – Co ty, do diabła, wyprawiasz?

Spojrzenie Jane pada na wielki olejny obraz, który wcześniej oglądała. Obraz wnętrza domu z rozłożoną schnącą parasolką na posadzce w szachownicę. Jasper wciąż trąca ją głową.

– Dość tego – szepcze Jane. – Odczep się, wariacie! – Rusza dalej schodami, ale Jasper za jej plecami natarczywie piszczy. Jane się odwraca. – Co jest? Co się stało?

Ale Jane ledwie go widzi i gdy wraca na półpiętro, psa już nie ma.

Spogląda w górę schodów i zastanawia się, czy wrócił na drugie piętro. Ale teraz go nie znajdzie. Podejmuje decyzję, by wrócić do swojego apartamentu, ale wtedy jej drogę przecina jakaś postać. Przemyka między dwoma łukowymi przejściami, a potem znika.

To znów Ravi? A może Octavian IV?

Nie. Bardziej przypominał Philipa Okadę, męża Phoebe, który boi się zarazków i nosi trampki. Jane słyszy odgłos otwieranych i zamykanych drzwi i poznaje, że to te, które prowadzą do skrzydła dla służby.

Czego może szukać Philip Okada w pomieszczeniach dla służby po czwartej nad ranem?

Bez zastanowienia obchodzi dziedziniec i cicho podkrada się do skrzydła dla obsługi. Nigdzie nie widać Philipa. Gdyby ktoś wyszedł z pokoju, nakryłby ją tutaj, chyba że uda jej się zanurkować w jeden z mniejszych bocznych korytarzy. Wstrzymuje oddech, porusza się na palcach i jak wariatka przysuwa ucho do drzwi.

Nic. Sprawdza kolejne drzwi i nic nie słyszy. Służący z Tu Reviens śpią. Trochę im tego zazdrości. Przysuwa ucho do drzwi pokoju Ivy. Tu też nic. Czuje ulgę i wstyd jednocześnie. Przecież prawie jej nie znam. To nie moja sprawa co z kim robi, i nie powinnam się skradać i jej szpiegować. Co jest ze mną nie tak? Wycofuje się z powrotem na główny korytarz z postanowieniem, by wrócić do łóżka.

Nagle otwierają się jakieś drzwi i w małym przejściu przy końcu głównego korytarza zapala się światło. Jane w pierwszej chwili zamiera, potem rzuca się w najbliższy boczny korytarz i przywiera do ściany.

– Będziesz musiał tam zostać do ostatniego etapu – mówi niski głos, który wydaje jej się znajomy. Patrick Yellan.

– I nie wiedzieć, gdzie jestem? – pyta ktoś oschle z angielskim akcentem. Philip Okada. – Czyż to nie wspaniale?

– Ciesz się z tego – mówi Patrick. – Im mniej wiesz, tym mniejsze niebezpieczeństwo.

– Tak, tak – przytakuje Philip. – Komu by się nie spodobały tajemnicze wakacje w pokoju bez okien.

– Nie wszyscy kupują tę waszą historyjkę – mówi opryskliwie trzeci głos, kobiecy, z angielskim akcentem. Phoebe Okada.

– Nie przejmuj się tym – odpowiada Patrick.

– Kiedy chodzi o bezpieczeństwo mojego męża? – obrusza się Phoebe. – Idź do diabła, Patrick.

– Poradzimy sobie z tym – zapewnia ją szorstko Yellan.

Głosy się oddalają. Jane chyba oszalała, ale nic nie umie na to poradzić. Wysuwa się ze swojej kryjówki i zerka w korytarz. Troje spiskowców znajduje się na samym jego końcu; przechodzą właśnie przez wielkie drewniane drzwi prowadzące na strych w zachodnim skrzydle. Patrick idzie przodem. Za nim Phoebe otulona jasnozielonym jedwabnym szlafrokiem. Philip Okada podąża ostatni, wciąż ubrany w swój niebieski garnitur, niesie białą pluszową torbę z pomarańczowymi kaczuszkami i ma w ręce broń.

Drzwi zamykają się za nimi. Jane się odwraca i z bijącym sercem wybiega z pomieszczeń dla służby. Wcześniej, gdy była na strychu, przez wielkie okna widziała iglicę gdzieś na wschodnim skrzydle. Teraz się zastanawia, czy z tej iglicy byłoby widać strych w zachodniej części.

Zaczyna obchodzić atrium i wpada prosto na psa. Potyka się i przewraca na niego, próbuje nie krzyknąć ani go nie zgnieść. Wstaje i usiłuje go obejść, odepchnąć, ale Jasper znów trąca ją głową i jego nisko położony środek ciężkości sprawia, że jest jak kłoda na drodze.

– Jasper! Rusz się! – szepcze Jane i niechcący nadeptuje mu na łapę. Pies piszczy. – Przepraszam – szepcze Jane. – Przepraszam.

Jasper zaczyna szczekać.

– Miś Jasper? – słychać z dołu czyjś głos. – Nic ci nie jest? Chodź tu, piesku.

To Ravi wchodzący po schodach z pierwszego piętra.

– Świetnie – szepcze Jane do Jaspera. – Szczekaj na kogoś, kto nie próbuje się ukryć. Hej! – woła, gdy pies chwyta za nogawkę jej piżamy i zaczyna ciągnąć. Jane łapie za pasek zsuwających się spodni. – Co ty wyprawiasz? Chcesz mnie rozebrać?

– A ty, do cholery, kim jesteś? – pyta zdyszanym głosem Ravi za jej plecami. Resztę schodów pokonał biegiem. – I co robisz mojemu psu?

– Twój kochany piesek szarpie mi piżamę – odcina się Jane, nawet się nie odwracając. – Jasper, przestań, albo nie zrobię ci już ani jednego zdjęcia z parasolkami!

– O cholera – mówi Ravi. – Jakaś dziwaczka. Moja matka cię tu nie sprowadziła, prawda? Boże, nawet nie chcę wiedzieć, skąd się tu wzięłaś.

– Sprowadziła mnie twoja siostra – odpowiada Jane. – I to twój pies jest dziwakiem.

Jasper, który w końcu ją puścił, wpatruje się w nią teraz z wyrzutem. Potem się odwraca i odchodzi.

– Może i jest dziwny – mówi Ravi – ale to wciąż mój pies.

Jane odwraca się w jego stronę i stwierdza, że w tym półmroku przed świtem mężczyzna dobrze się prezentuje. A nawet świetnie. Ravi jest wysoki i umięśniony, elektryzujący, z gniewnie ściągniętymi brwiami i twarzą żywo odzwierciedlającą jego uczucia. Ma też białe pasemka we włosach, z pewnością przedwcześnie, bo jest przecież bratem bliźniakiem Kiran.

– Na pewno nie moja matka cię tu sprowadziła? – pyta Ravi. – Wyglądasz jak jeden z jej projektów, nie Kiran.

– Wielkie dzięki, ale jestem swoim własnym projektem – odpowiada chłodno Jane.

Na te słowa mężczyzna się uśmiecha.

– Ravi – przedstawia się, wyciągając rękę. Drży z zimna, ale jego dłoń jest ciepła.

– Janie. – Jane postanawia mu nie wspominać o Patricku, Okadach i o broni. Nie ma pojęcia, jakie tu są układy.

Ruszają wschodnim korytarzem. Wystarczy kilka słów, żeby Ravi się uśmiechnął. Często uważnie na nią spogląda. Niesie pod pachą motocyklowy kask. Pachnie mokrą skórą kombinezonu.

– Nie widziałaś gdzieś może rzeźby ryby? – pyta. – Wygląda trochę jak zgnieciona fasolka, na odblaskowym cokole.

– Z niczym mi się to nie kojarzy – mówi Jane.

– Masz fajną piżamę z Doktorem Who. Którego Doktora najbardziej lubisz?

– Najbardziej lubię towarzyszy – odpowiada automatycznie Jane.

– No jasne. To chyba jak wszyscy. Ale ja wybrałbym chyba Dziesiątego. Dziesiąty jest świetny. I do tego młody.

– Dziesiąty Doktor miał dziewięćset trzy lata – oświadcza wyniośle Jane.

– Ale za to był młody duchem – ripostuje Ravi. – Rany! Czy tobie cokolwiek umyka?

Zanim wchodzą do swoich apartamentów, Ravi zatrzymuje się przy niezwykłych drzwiach, których Jane dotąd nie zauważyła. Są drewniane, łukowe, a na leżącej przed nimi wycieraczce znajduje się napis: WITAJ W MOICH ŚWIATACH. W drzwiach jest szczelina na listy, a obok zamocowano sznur dzwonka i Jane przychodzi do głowy, że może to wejście do wschodniej iglicy.

– Czuję się jak w jakiejś opowieści o Kubusiu Puchatku – mówi.

Ravi znów się uśmiecha i odpowiada:

– Bardzo je lubię. Kiedyś na pewno gdzieś spotkam ho-honia. – Potem wkłada rękę pod płaszcz i wyjmuje piękny kwiat nasturcji. Wsuwa go przez szparę na listy i upuszcza tak, by spadł po drugiej stronie.

Jane i Ravi ruszają dalej.

– No to dobranoc – mówi Ravi i wchodzi do pokoju sąsiadującego z jej apartamentem. Szeroko ziewa.

– Dobranoc – odpowiada Jane, zwracając się do Kapitana Polarnych Gaci i do Raviego, który zdążył już zniknąć.

Po tym, co widziała, nie było sensu próbować znów zasnąć. Philip z bronią. Patrick, brat Ivy. Patrick, który ciągle powtarza Kiran, że chce jej coś wyznać, ale nigdy tego nie robi. Ivy, która wczoraj w obecności Philipa była tak zamknięta w sobie, albo wtedy, gdy Jane zadawała jej jakieś pozornie niewinne pytanie.

Jane znajduje wolny fragment żółtego dywanika pod oknem salonu i się na nim kładzie. Musi się zastanowić. Księżyc jest teraz mniejszy, wisi wyżej na niebie i jest bledszy niż przedtem, jak plasterek jabłka. Przesuwa się powoli, znikając z jej pola widzenia. Niebo jaśnieje i nie widać już gwiazd.

Bez względu na to, jak długo się zastanawia nad tamtą rozmową, nic nie może z tego zrozumieć. Philip się dokądś wybiera i to jest niebezpieczne. Wybiera się gdzieś i nie wie dokąd? Patrick i ktoś jeszcze wymyślili historię, której nikt nie kupuje. No dobra. Historię o czym?

Phoebe i Philip udawali przy kolacji; Jane wcześniej to podejrzewała, a teraz jest tego pewna. Udawali, że zależy im na Kiran i na jej pracy. Że przejmują się Panzavecchiami. Zgrywali się wobec Jane na snobów, gdy opowiedziała o swojej ciotce.

Czy to historii o Panzavecchiach nikt nie kupuje? Na pewno nie kupuje jej Lucy St. George. Ale co Patrick i Okadowie mogą mieć wspólnego z napadem na bank, mafią i grupką zaginionych ludzi z wyższych sfer?

No i jest też zaginiona rzeźba Brâncușiego. Jak to pasuje do całej reszty?

Jane nagle zaczyna się zastanawiać, czy jest naiwna. Czy to normalne, żeby bogaci ludzie w eleganckich domach chodzili z bronią? Bądź co bądź to przecież Stany Zjednoczone; jeśli wierzyć w to, co mówią w wiadomościach, to chyba co trzecia osoba ma broń. Dziwne jest może tylko to, że jeszcze nigdy nie widziała, by ktoś ot, tak nosił ją przy sobie.

Ale z drugiej strony, czy Okadowie nie są Brytyjczykami? Czy Brytyjczycy szwendają się z bronią?

Czemu Patrick, który jest służącym, miałby kierować czymś, co się tu dzieje? I jeśli jest zamieszany w jakieś oszustwo… to czy Kiran o tym wie? I co to mówi o Ivy? O tych dziwnych chwilach umyślnej nonszalancji?

Na myśl o tym Jane ogarnia przygnębienie. Nie chce szukać powodów, by nie ufać Ivy.

Oddychaj, powiedziałaby ciocia Magnolia. Poczekaj. Niech to wszystko ułoży ci się w głowie, aż wszystkie elementy zaczną do siebie pasować w jakiś sensowny sposób. I bądź ostrożna, kochanie.

Jak wyglądałaby parasolka, gdyby miała być tajemnicą? – zastanawia się nagle Jane. Albo jeszcze lepiej, gdyby miała być używana do samoobrony?

Nasadka, zakończenia drutów i pręt byłyby ostre. Sprężyny byłyby mocne, tak że czasza otwierałaby się szybko i z impetem – jak cios tarczą.

– I wybrałabym odcienie brązu i złota, które pasowałyby do Jaspera

– mruczy pod nosem Jane i wstaje.

Godzinę później formuje brzozową witkę za pomocą tokarki, ubrana w okulary ochronne i ciężki ochronny fartuch. Nagle słyszy czyjś wybuch złości za drzwiami. Wsuwa okulary na ciemne loki.

W drzwiach saloniku pojawia się Ravi ubrany w czarne jedwabne spodnie od piżamy i nic poza tym. Nie sposób się na niego nie gapić.

– Cholera, co ty tu wyprawiasz?! – krzyczy, krzywiąc się w ostrym świetle. – Wiesz, która godzina? Bierzesz pod uwagę, że śpię za ścianą? Moja matka ściągnęła cię tu z piekła.

– Chyba masz obsesję na punkcie matki – mówi Jane. – Zastanawiałeś się, czy nie iść na terapię?

Ravi jęczy i pociera twarz.

– Gdybym powiedział prawdę o mojej matce, nikt by nie uwierzył.

– Mhm. Może dlatego, że to tylko twoja prawda?

– Co ty, do diabła, robisz?

– Parasolkę – wyjaśnia Jane.

– Żartujesz sobie? – Ravi omiata zamaszystym gestem cały pokój. – Za mało ci na świecie parasolek?

– Robię parasolki – odpowiada krótko Jane. – Tym się zajmuję.

Ravi drapie się po głowie. Jego przetykane siwizną włosy musiały być mokre, gdy się kładł, bo wyschły, tworząc dziwną fryzurę, nastroszoną z prawej strony, jakby chciała potajemnie skierować w tamtą stronę uwagę Jane, tak by on się o tym nie dowiedział.

– Wiesz, chyba Patrick wspominał o tobie wczoraj wieczorem.

– Patrick opowiada o wielu rzeczach – mówi znacząco Jane.

Ravi marszczy nos.

– Może tobie – odpowiada. – Przy mnie jest silnym, milczącym typem.

– Nigdy ci się z niczego… nie zwierzał?

– Bardzo dziwne pytanie – zauważa Ravi. – A co, zwierzał się tobie? Nie poznałaś go dopiero wczoraj?

– Tak. Nieważne.

– Kiran chyba też o tobie wspominała.

– Rany, to teraz pewnie wszystko o mnie wiesz. – Jane jest zaniepokojona, słysząc sarkazm w swoim głosie. Ravi skończył studia, jest dziedzicem fortuny Thrashów, ale Jane nie czuje się przy nim jak dziecko. Czuje się przy nim tak, jakby miała zrobić coś niemądrego.

– Nie znosisz mnie, albo coś w tym stylu? – pyta Ravi, szczerząc zęby.

– Pracuję – odpowiada Jane.

– No tak. Robisz parasolki o wpół do szóstej rano.

– Przeszkadzasz mi.

Ravi z zaciekawieniem rozgląda się po pokoju.

– Zrobiłaś je wszystkie sama?

– Tak.

– Jak?

– Jak to jak?

– No jak się robi parasolkę? Jaki jest pierwszy krok?

– Nie wiem – odpowiada Jane. – Można zacząć na kilka różnych sposobów. Nie jestem jakimś ekspertem.

– Ciekawi mnie to jako miłośnika sztuki.

– No cóż – mówi Jane, zbita z tropu. – Jeśli chcesz, możesz popatrzeć.

Ravi wzdycha, potem ziewa i wychodzi z saloniku. Wraca owinięty kocem, który Jane zostawiła na łóżku. Omija piły, części do parasolek i same parasolki, i siada na prążkowanej sofie, którą Jane przestawiła pod ścianę. Przez następnych kilka godzin na przemian śpi na jej sofie i narzeka, gdy budzą go odgłosy piły. Zadaje wtedy inteligentne pytania o robieniu parasolek.

– Jak udaje ci się sprawić, żeby druty nie przecierały czaszy przy wielokrotnym otwieraniu? – mamrocze pod nosem, a potem przeczesuje włosy palcami. – Jezu! Wciąż mi się śni ten cholerny dzieciak Panzavecchiów. Mały Leo, wiesz?

– Wsuwam niewielki kawałek tkaniny między złącza a czaszę, żeby działał jak bufor – wyjaśnia Jane, skupiając się na pracy. – To się nazywa zapobiegliwość.

Ravi znowu drzemie. Choć Jane jest pochłonięta pracą, dostrzega, że podczas snu znika jego mądra mina. Zastanawia się, czy to błąd sądzić, że Ravi nic nie wie o sprawkach Patricka.

– Tak – mówi do siebie i trochę też do domu, który jęczy w odpowiedzi. – Mnie też się śnił.

***

Ravi wciąż śpi na jej sofie, gdy żołądek informuje Jane, że pora na śniadanie.

Nie wie, jak się jada śniadania w tym domu, i nie ma ochoty trafić na kogoś niepokojącego, jak Patrick albo Philip. Wysyła więc SMS do Kiran, która ostatnio była wobec niej taka opiekuńcza.

„Śniadanie?”.

„Zaraz tam będę” – odpisuje Kiran. „Idź do sali bankietowej.”

Jane zamyka Raviego w saloniku, żeby móc się przebrać. Ciociu Magnolio? Co mam włożyć w taki dzień?

Decyduje się na marszczoną koszulę w czerwono-pomarańczowym kolorze pławikonika, dżinsy w czarno-białe paski jak u konika morskiego zebry i czarne buty. Podwija rękawy do łokcia, żeby było widać macki tatuażu. Czując przypływ odwagi, zaciska pięści i rusza na dół do sali bankietowej.

Colin, Lucy St. George i Phoebe Okada siedzą na samym końcu długiego stołu, w milczeniu popijają kawę i jedzą jajka w koszulkach i tosty. Jane siada na wolnym miejscu i uważnie przygląda się Phoebe, która znowu ma mocny makijaż. Jej oczy są podkreślone szarymi cieniami, a usta fioletową szminką. Phoebe gapi się na Jane z agresywnie uprzejmą miną, aż w końcu Jane traci odwagę i spuszcza wzrok.

Colin przegląda gazetę, prawdziwą papierową gazetę, i Jane zaczyna się zastanawiać, w jaki sposób są dostarczane do tego domu. Lucy czyta książkę – Świat zabawy – ukryta za zasłoną ciemnych miodowych włosów; od czasu do czasu zerka na wibrującą komórkę. Przez salę bankietową co rusz przechodzą jacyś obcy ludzie, krzyczą do siebie, niosą sprzęt do sprzątania, wiadra i wazony, sznury świateł, drabinę. Upuszczają różne rzeczy. Jutro ma się odbyć gala. Jane jest zaskoczona, że gości jest tak mało.

– Kto przychodzi na takie imprezy? – pyta Jane. – Bogaci nowojorczycy?

Colin podnosi wzrok znad gazety.

– Tak – mówi ze współczującym uśmiechem. – Ale nie tylko ludzie z Nowego Jorku. Zjawiają się też goście z całego Wschodniego Wybrzeża i zawsze trafi się ktoś zza granicy.

– Jak tu docierają?

– Głównie na własnych jachtach, ale Octavian czarteruje też kilka łodzi dla gości, którzy tego potrzebują. I jak, widzisz, są też pracownicy sezonowi.

– A tak w ogóle, to gdzie jest Octavian? – pyta Phoebe, zwracając nieprzejednane spojrzenie na Colina. – Nie widzieliśmy go, odkąd tu przyjechaliśmy. Chyba nie wyjechałby w weekend, w który odbywa się gala?

– Pewnie kręci się gdzieś w pobliżu – odpowiada Colin. – Ravi wspominał, że wydawał się przygnębiony.

– Ach – wzdycha Phoebe. – To kiepsko, ale nie jestem zaskoczona. Zaginęła przecież Charlotte.

– Zaginęła Charlotte? – pyta zaniepokojona Jane.

– Sądziłam, że jesteś przyjaciółką Kiran. – Phoebe unosi brew. – Nie mówiła ci, że jej macocha zniknęła?

– Rozmawiamy o innych sprawach – mówi Jane defensywnym tonem.

– Kiran potrafi być bardzo powściągliwa – zauważa Colin. – Nawet wobec ludzi, którzy są jej najbliżsi. Jakiś miesiąc temu Charlotte niespodziewanie wyjechała. Zostawiła Octavianowi zagadkowy liścik, ale od tego czasu nic nie napisała i nie odzywała się do nikogo.

– Ale dokąd się wybrała? – pyta Jane. – Nikt nie próbował jej szukać?

– Nie napisała, dokąd jedzie – odpowiada Colin. – Po kilku dniach, gdy zaczęło wyglądać na to, że naprawdę zniknęła, Octavian wynajął detektywów, i tak dalej. Ale niewiele znaleźli, prócz pewnych rozbieżności dotyczących jej przeszłości i sugestii, że jej matka mogła być oszustką.

Jane znów ma to nieprzyjemne uczucie w uszach.

– Jakiego rodzaju oszustką? – pyta, przełykając.

– Robiła różne przekręty – wyjaśnia Colin.

Jane pociera uszy i zastanawia się, jaki to może mieć związek z tymi dziwnymi wydarzeniami, których świadkiem była ostatniej nocy. Zaginiona macocha i Philip wybierający się w jakąś tajemniczą podróż. Zniknęli też Panzavecchiowie i ta rzeźba. I jeszcze oszustka w rodzinie?

– Jak spałaś? – Jane zwraca się nagle do Phoebe. Chciałaby usłyszeć coś o nocnych przygodach i o broni.

– Kiepsko – odpowiada Phoebe i po jej twarzy przemyka jakiś cień, niezadowolenie albo troska. Wydaje się przez to łagodniejsza, bardziej przystępna, i Jane widzi, że jej makijaż to tylko kamuflaż, by sprawiać wrażenie wyspanej i pogodnej. W rzeczywistości ma podkrążone oczy, a na twarzy widać zmęczenie.

– Ja też źle spałam – odzywa się Lucy St. George, podnosząc głowę znad książki. – Ten dom mnie budzi. Słyszę, jak jęczy i wzdycha, jakby czuł się samotny tu, na wyspie, daleko od innych domów.

Tak, myśli Jane. Ktoś jeszcze ma tu wyobraźnię.

– Moja Lucy jak zwykle ma poetycką duszę – zauważa Colin.

– Twoja Lucy? – powtarza Jane. – Myślałam, że masz Kiran, nie Lucy.

– Mogę cię z radością poinformować, że mam obie – Colin się uśmiecha. – Kiran jest moją dziewczyną, a Lucy kuzynką.

– Ach! Czyli ty też jesteś St. George’em?

– Niestety nie. Nazywam się Mack. Jestem biednym irlandzkim krewnym.

– Och, Colin – mówi Lucy St. George. – Proszę, tylko nie zaczynaj tematu wielkiego głodu.

– A dlaczego miałbym o tym nie mówić?

– Bo to by było w złym guście. Chodziłeś do najdroższych szkół z internatem i na najdroższe studia.

– Moją edukację finansował ojciec Lucy, mój wuj Buckley. – Colin uśmiecha się krzywo do Jane. – Kształcił mnie, żebym był dla niego przydatny.

– No i proszę! – Lucy przewraca oczami.

– Rozumiem – mówi Jane. – I jesteś przydatny?

– Bardzo – zapewnia Colin. – Przynajmniej wujowi Buckleyowi. Handluje dziełami sztuki z górnej półki. Znajduję dla niego dzieła do kupienia, a potem wyszukuję mu bogatych ludzi, którym może je sprzedać. Ravi też się tym zajmuje.

Jane się zastanawia, ile się trzeba uczyć do takiej pracy i czy to coś, co mógłby robić każdy po odpowiednim przeszkoleniu.

– Myślę, że chciałabym mieć pracę związaną ze sztuką – mówi ostrożnie. – To znaczy kiedyś.

– Tak? – pyta Colin. – Masz oko do sztuki albo do wzornictwa?

– Chyba tak.

– Masz artystyczne zdolności?

– Chyba tak – powtarza Jane.

– Powinnaś je skupić na jakiejś praktycznej dziedzinie, na przykład na architekturze. Miałaś kiedyś zajęcia z projektowania? Mam nadzieję, że myślisz o tym, jak odróżniać się od innych. Podchodzisz do tego strategicznie? Masz jakieś wyjątkowe zainteresowania albo zdolności? Co stanowi o twojej marce?

Jane nagle ma ochotę ukryć istnienie swoich parasolek przed pytaniami Colina.

– Nie jestem aż tak artystycznie uzdolniona – kłamie.

– Szkoda. Nic nowego w sprawie Panzavecchiów – mówi Colin, przewracając stronę gazety.

– W internecie też nic nie ma – odzywa się Lucy. Zastanawiam się, czy któryś z moich kontaktów coś wie.

– Kontaktów? – pyta Jane.

– Lucy jest prywatnym detektywem specjalizującym się w sztuce – wyjaśnia Colin.

– Co to znaczy?

– Kolekcjonerzy ją wynajmują, by odnaleźć skradzione dzieła sztuki, kiedy gliniarzom nie udaje się wyjaśnić sprawy – wyjaśnia Colin. – Jest w tym bardzo dobra, wbrew temu, co mogłaś słyszeć o niedawnym niefortunnym wypadku z Rubensem.

– Och, Colin – mówi spokojnie Lucy. – Naprawdę nie muszę wysłuchiwać przy śniadaniu historii o moich wpadkach. A poza tym Jane nie chce słuchać o ściganiu złodziei dzieł sztuki.

– Właściwie to bym chciała – wtrąca się Jane, myśląc o zaginionej rzeźbie Brâncușiego, i zastanawia się, czy to by mogło coś wyjaśnić.

Lucy spogląda pobłażliwie na Colina i powraca do czytania Świata zabawy. W oczywisty sposób go zbywa.

– W filmach to zawsze jakiś bogaty kolekcjoner chce ukraść Mona Lisę albo coś w tym stylu. – Colin ponownie zwraca się do Jane. – Zgadza się?

– Albo słynny obraz Moneta – mówi Jane. – Albo van Gogha, albo Dawida Michała Anioła. Może nawet kradnie je dla zabawy.

– Właśnie – potwierdza Colin. – Ale w rzeczywistości inteligentny, zawodowy złodziej dzieł sztuki kradnie mniej znane dzieło mniej znanego mistrza. Najlepiej coś, o czym nikt nigdy nie słyszał, wykonane przez nieznanego artystę i warte czterdzieści tysięcy zamiast czterdziestu milionów dolarów. Coś bez dobrze udokumentowanej przeszłości, żeby można to było ponownie wprowadzić na rynek, nie wzbudzając podejrzeń, i sprzedać komuś, kto nie ma pojęcia, że dzieło jest kradzione.

– Och. To chyba ma sens.

– Kiedy skradzione zostaje jakieś sławne arcydzieło – ciągnie Colin – jak na przykład Van Dyck czy Vermeer, i sprawa trafia na pierwsze strony gazet, są marne szanse na znalezienie kolekcjonera, który by je kupił. Taki obraz zwykle jest przekazywany od jednego przestępcy do drugiego jako zabezpieczenie w handlu narkotykami.

– Naprawdę? – dziwi się Jane.

– Naprawdę.

– Ale czy handlarze narkotyków interesują się sztuką?

– Interesują się jakąś alternatywą dla pieniędzy w gotówce – wyjaśnia rzeczowo Colin.

– Nie rozumiem, co to znaczy.

Colin się uśmiecha. Jane wyczuwa, że lubi być tym, który wszystko wie.

– Pranie pieniędzy to trudna sprawa. Przestępcom jest coraz trudniej operować gotówką tak, by ich nie złapano. Ale dzieło sztuki łatwo przemieścić i gdy zostanie skradzione, wszędzie mówią o tym, ile jest warte. To by było dla mnie bardzo wygodne, gdybym dysponował znanym skradzionym obrazem Rubensa i chciał go zamienić na mnóstwo narkotyków. Albo gdybym potrzebował pożyczki, by kupić narkotyki, ale ten, kto by mi jej udzielał, wymagałby ode mnie zabezpieczenia. Znany obraz świetnie się nadaje na ubezpieczenie.

– Myślisz, że wyjaśniłeś to już dość szczegółowo, Colin? – pyta słodkim głosem Lucy, z nosem wciąż pochylonym nad książką. – Może chciałbyś zabrać Jane na wycieczkę w teren?

– Ty powinnaś to zrobić, kuzynko. To twój świat, nie mój. – Colin znacząco unosi brew i spogląda na Jane. – Nikomu o tym nie mów, ale czasem Lucy musi pracować pod przykrywką w świecie handlarzy narkotyków.

– Z własnej woli? – pyta Jane, wpatrując się w Lucy, która dalej spokojnie czyta książkę. Wygląda na kobietę, której miejsce jest w fotelu, przy szydełkowaniu serwetek i podjadaniu racuszków. Dziś rano znów nosi perły, na szyi i w uszach.

– Mhm – potwierdza Colin. – Często jedynym sposobem, by odzyskać arcydzieło, jest zorganizowanie prowokacji.

– I ty to robisz? – Jane zwraca się z tym pytaniem do Lucy. – Kogo udajesz? Handlarza narkotyków? W co się wtedy ubierasz?

– Colin... – Lucy odkłada książkę i w milczeniu wpatruje się w kuzyna. – Powołam się teraz na moją pozycję rodzinnego twardziela i powiem ci, że najwyższa pora się zamknąć.

– Ale Lucy… – odzywa się Jane – czy to znaczy, że wczoraj przy kolacji, kiedy mówiłaś, że nie potrafisz sobie wyobrazić, by Panzavecchiowie mieli związki z przestępczością zorganizowaną, wiedziałaś, o czym mówisz? To znaczy, z doświadczenia?

– Tak. – Colin z rozbawieniem spogląda na kuzynkę. – Lucy wie, o czym mówi. Poznała paru z nich.

– Colin – rzuca Lucy z ostrzeżeniem w głosie.

– No cóż, ja w każdym razie nie widzę żadnego powodu, żeby w to nie wierzyć – wtrąca się do rozmowy Phoebe. – Skoro Lucy podszywa się pod handlarza narkotyków i działając pod przykrywką, organizuje prowokacje, to czemu Giuseppe nie miałby mieć długów u mafii?

– Jasne – rzuca Lucy sfrustrowanym, sarkastycznym tonem. – Czemu nie?

– Lucy ostatnio udało się przechwycić skradzionego Rubensa – mówi Colin miłym tonem. – W Górach Pocono. Oddała za niego wielką stertę heroiny i gdy już miała obraz w rękach, wezwała FBI, by aresztowało wszystkich bandziorów. To był wielki triumf. A potem zatrzymał ją jakiś przypadkowy złodziej samochodów i ukradł jej Rubensa, zanim miała okazję przekazać go FBI. Krępująca sprawa. Potem Lucy stała się trochę drażliwa. Poznałaś już Raviego? – Colin zwraca się do Jane, raptem zmieniając temat. – Polubi cię.

– Co? Dlaczego Ravi miałby mnie polubić? – pyta zdezorientowana Jane, a potem z zażenowaniem przypomina sobie, że Lucy jest dziewczyną Raviego, a ten śpi bez koszuli w jej apartamencie na sofie.

– Och, on lubi różnorodność – mówi Colin.

– Różnorodność?! – powtarza Jane, a Lucy zaciska usta i wygląda na zaniepokojoną i urażoną. Czemu Colin próbuje jej dopiec?

– Jestem pewna, że Ravi nawet nie zwróci na mnie uwagi – mówi Jane. – Jestem nikim.

– Przekonamy się – odpowiada Colin.

Lucy wstaje, w jedną rękę bierze książkę, w drugą komórkę i ostentacyjnie wychodzi z sali.

– Czemu to zrobiłeś? – pyta Jane.

– Co takiego? – chce wiedzieć Colin.

– Chciałeś, żeby twoja kuzynka była o mnie zazdrosna.

– To sprawy rodzinne – wyjaśnia z życzliwą miną. – Nie przejmuj się tym.

– Dobra, ale nie wykorzystuj mnie jako własnej broni.

– Mądra dziewczynka – mówi lakonicznie Phoebe, wskazując głową na Jane, którą zaskakuje to tak bardzo, że jest w stanie jedynie się na nią gapić.

– Widzę, że teraz już wszyscy na jednego – mówi Colin. – A gdzie podziewa się teraz Philip, Phoebe?

– Wezwano go w nocy. – Phoebe z troską marszczy czoło.

Jane nie może oderwać wzroku od jej twarzy.

– Wezwano? – powtarza. – Dokąd?

– Do pracy.

– I co zrobił, przepłynął wpław i dotarł na stały ląd?

– Philip potrafi sterować łodzią. Thrashowie mają mnóstwo jachtów. Takie rzeczy się zdarzają. Jest lekarzem.

– Och – Jane znów myśli o lateksowych rękawiczkach na dłoniach Philipa Okady. I dodaje, próbując z niej coś wyciągnąć: – Mizofobia musi mu utrudniać pracę?

Phoebe mruga.

– Mizofobia – powtarza.

– Tak – mówi Jane. – Wspominał, że cierpi na mizofobię.

– Ma to od niedawna – wyjaśnia Phoebe.

– Od kiedy? – dopytuje Colin. – Nie wiedziałem o tym.

– To nie takie rzadkie u lekarzy – stwierdza Phoebe. – Philip nie lubi o tym mówić.

– Jakiej specjalności jest lekarzem? – pyta Jane.

– Internistą – odpowiada Phoebe. – A czemu pytasz?

– Bez jakiegoś konkretnego powodu. Po prostu mi przykro, że nie było nikogo, kto mógłby go zastąpić podczas urlopu. To znaczy, gdyby był jedynym lekarzem na świecie, który potrafiłby połączyć na nowo czyjś mózg z rdzeniem kręgowym, to co innego. Ale internistów jest przecież wielu.

– Mój mąż jest bardzo oddany pacjentom. Próbujesz umniejszać znaczenie jego pracy?

– Och, Phoebe – wtrąca się Colin. – Na pewno nie o to jej chodziło. Najadłaś się już? Proszę, zjedz trochę owoców.

– Przepraszam – odzywa się jakiś nowy głos, z lekkim akcentem, którego Jane nie potrafi rozpoznać.

Wszyscy się odwracają. Z kuchni wyszedł właśnie mężczyzna o wschodnioazjatyckich rysach i szpakowatych włosach. Przystanął tuż przy drzwiach.

– Zapomniałem, jak trafić do głównego holu – mówi, przyciskając do piersi wiadro. Jane zakłada, że jest jednym z pracowników sezonowych, którzy mają posprzątać przed galą.

– To w tamtą stronę. – Colin wskazuje na wyjście po drugiej stronie pomieszczenia. – Przejdź do sali balowej, potem drugie drzwi po lewej.

– Dziękuję – mówi mężczyzna i wychodzi.

W tej samej chwili otwierają się drzwi do kuchni i zjawia się pani Vanders, która znacząco patrzy w oczy Phoebe.

– No dobrze – rzuca Phoebe. – Skończyłam śniadanie.

Przechodzi przez salę, głośno stukając wysokimi obcasami, i wychodzi tymi samymi drzwiami, co sprzątacz.

Pani Vanders wciąż stoi w drzwiach kuchni i z nieprzeniknioną twarzą przygląda się Jane. Potem znika za zamkniętymi drzwiami.

Kiran w ogóle nie zjawiła się na śniadanie. Colin zachowuje się gruboskórnie wobec Lucy. Phoebe kłamie na temat męża i wyglądało to tak, jakby śledziła tego sprzątacza. A Jasper nie ma o nich nic do powiedzenia.

Jane kończy śniadanie i kieruje się prosto do kuchni. Pora zapytać panią Vanders, co oznaczało to spojrzenie.

Ale pani Vanders tam nie ma.

Jest natomiast pan Vanders. Siedzi w ogromnej kuchni zwrócony plecami do Jane, pochylony nad stertami jakichś projektów leżących na długim stole. To zwyczajne plany, nie takie szczegółowe, jak u Ivy. Mruczy coś gniewnie pod nosem.

Patrick zajmuje się górą jajek i garem wrzątku przy ogromnej kuchni z jakimś tuzinem palników. Pociera oczy i ziewa, na pewno dlatego, że najpierw siedział do późna z Ravim na stałym lądzie – i nad czymś dumał, tak to było? – a potem aż do świtu skradał się z Okadami po domu i zajmował się jakimiś tajemniczymi sprawami. Jane dostrzega, że Patrick ma wydatną, ładną szczękę. Pewnie kiedy wpada w tę swoją zadumę, wygląda jak bohater z powieści sióstr Brontë.

– Przesiadujesz z Ravim do czwartej nad ranem dwie noce przed galą – zrzędzi pan Vanders – a my wszyscy staramy się, jak możemy, znaleźć to cholerstwo. Jesteś winny przysługę Kucharzowi, młody człowieku.

– To może mu się odwdzięczę, przygotowując dziś śniadanie – odpowiada cierpko Patrick. Zauważa stojącą przy drzwiach Jane. – Janie. Szukasz Kiran?

Gdy pan Vanders słyszy jego słowa, odwraca się, wstaje od stołu i przygląda się Jane dokładnie tak samo, jak zrobiła to jego żona, tyle tylko, że jest ciemnoskóry i ma białe, krzaczaste brwi. Jane wyobraża sobie ich ślubne zdjęcie, z którego oboje patrzą ze złością, jakby chcieli kogoś zmiażdżyć samym wzrokiem. Jego spojrzenie pada na eklektyczną kreację Jane.

– Szukam pani Vanders – mówi Jane.

– Masz w swoim stylu coś z ciotki Magnolii – oświadcza szorstko pan Vanders – ale ją cechowała subtelność, której tobie brakuje.

Jane jest porażona jego słowami.

– Znał pan ciocię Magnolię?

Pan Vanders niecierpliwie macha piórem.

– Moja żona chce ci to sama wyjaśnić – mówi. – Chyba poszła do naszego mieszkania. Czwarte drzwi po prawej. Albo jest na drugim piętrze w zachodnim skrzydle i zaczyna codzienną inwentaryzację dzieł sztuki. Albo pilnuje dziennego personelu, co znaczy, że może być wszędzie w tym domu.

– Bardzo to pomocne – zauważa Jane.

– Hmm. Twoja ciotka nie miała skłonności do sarkazmu.

Gdzieś w oddali słychać jakiś dźwięk, jakby gwizdał czajnik. Zacina się i zmienia natężenie, więc trudno powiedzieć, skąd dobiega. Czy to przewody wentylacyjne w ścianach? Palniki kuchni? W chwili, gdy

Jane uświadamia sobie, że to płaczące dziecko, dźwięk przechodzi w dziki śmiech. Jane zaciska zęby.

– A to co?

– Przecież słychać, że to jakieś dziecko – mówi pan Vanders.

– Jest tu dużo dzieci?

– Personel jest liczny. Większość ludzi ma dzieci.

– Wczoraj widziałam małą dziewczynkę kopiącą w ogrodzie – zauważa Jane.

Pan Vanders zamiera. Po jego twarzy przemyka zdumienie i znika tak szybko, że Jane nie jest pewna, czy jej się to nie przywidziało. Co może być aż tak znaczącego w dziewczynce, która kopie w ogrodzie?

Pan Vanders wskazuje piórem na drzwi i tak właściwie to jej rozkazuje:

– Porozmawiaj z panią Vanders!

– O rany! Mam nadzieję, że lepiej się z nią rozmawia niż z resztą ludzi w tym domu – mruczy pod nosem Jane i się odwraca. Jest zdumiona, że ci, których tu spotkała, pan Vanders, Ravi, Phoebe, Colin, prowokują to, co w niej najbardziej sarkastyczne, ale też i najbardziej szczere. Może i nie czuje się tu swobodnie, ale zastanawia się, czy ten dom nie sprawia, że czuje się sama ze sobą. Zupełnie jakby spotkała samą siebie po długiej nieobecności. Ciociu Magnolio?

– A tak w ogóle – rzuca Jane przez ramię – to jestem królową subtelności.

– Nie wydaje mi się, by ktoś taki mógł istnieć – zauważa z roztargnieniem Patrick. – To raczej coś dla ministrów i szpiegów.

W głównym holu ekipa kobiet zajmuje się gałęziami bzu. Tną je na mniejsze i układają w wazonach. Jane szybko wspina się po schodach, chce dotrzeć na taką wysokość, na której zapach będzie mniej przytłaczający. Każdej wiosny na kampusie unosił się duszący zapach tych krzewów. Gdy Jane go czuje, nie potrafi nie myśleć o cioci Magnolii.

Przystaje na pierwszym piętrze i zauważa, że ktoś powtykał zbrojom w ramiona wielkie bukiety żonkili. Jasper znów jest na przeciwległych schodach. Stoi przed tym wysokim obrazem z parasolką, obserwuje Jane i skomle. Jane chce go podrapać za uchem; rusza mostem nad głównym holem, ale wtedy słyszy gdzieś powyżej odbijający się echem dźwięk migawki aparatu fotograficznego.

Jane wie kto to. Wychyla się, wyciąga szyję i na moście powyżej widzi Ivy. Stoi oparta brzuchem o balustradę i wygląda, jakby robiła zdjęcia głównego holu.

Przez ułamek sekundy Jane się zastanawia, czy nie udać, że jej nie widziała. Jeśli nie porozmawia z Ivy, nie będzie musiała myśleć o tym, czy dziewczyna nie jest zamieszana w coś niedobrego.

Ivy opuszcza aparat i zauważa Jane. Wychyla się nad balustradą i się uśmiecha.

– Cześć – mówi ostrożnie Jane. – Co robisz?

– Zdjęcia.

– Czego?

– Poczekaj tam – rzuca Ivy i znika z pola widzenia.

Chwilę później wchodzi na most, na którym znajduje się Janie. Ma na sobie rozciągnięty niebieski sweter i czarne legginsy. Znów pachnie chlorem albo morzem. I wygląda jak morze. Piękna, obojętna i pełna tajemnic.

– Co robisz? – pyta.

– Szukam pani Vanders – odpowiada Jane. – Czemu robisz zdjęcia głównego holu?

– Nie mówiłam ci? Fotografuję dzieła sztuki. – Ivy otwiera usta, żeby dodać coś jeszcze, ale zaraz je zamyka, znów przybiera tę ostrożną minę i Jane natychmiast wie, jakby za sprawą jakiegoś instynktu, że cokolwiek się tutaj dzieje, Ivy jest w to zamieszana.

– Ivy? O co chodzi? – pyta ze ściśniętym sercem.

– Z czym? – mówi Ivy. – Popatrz. – Pokazuje Jane aparat i przewija ostatnich kilkanaście zdjęć. Na każdym jest jakieś dzieło sztuki znajdujące się w domu, choć często zasłaniają je sprzątacze przygotowujący galę. Jane widzi kobiety układające bukiety bzu i mężczyznę niosącego wiaderko, który przeszedł dziś rano przez salę, gdy jadła śniadanie. Tego mężczyznę widać na kilku zdjęciach, a dzieła sztuki nikną gdzieś w tle.

– Pewnie trudno skupić się na dziełach sztuki, kiedy po domu kręci się tylu ludzi – rzuca Jane, próbując wybadać grunt.

– Tak.

– Dlaczego fotografujesz dzieła sztuki?

– Dla pani Vanders – odpowiada Ivy tym fałszywym nonszalanckim tonem. – Pomagam jej je katalogować.

– Ivy? – Jane ma straszną ochotę ją zapytać, czy naprawdę fotografuje dzieła sztuki, czy może z jakiegoś powodu robi zdjęcia ludziom.

– Tak?

– Nieważne – Jane tłumi frustrację. – Po prostu mi się wydaje, że niektórzy ludzie w tym domu dziwnie się zachowują.

– Naprawdę? Na przykład kto?

Na przykład ty, z tym fałszywym, niewinnym głosem, chce odpowiedzieć Jane. Zastanawia się, co by było, gdyby powiedziała Ivy, że widziała Patricka i Okadów.

– Na przykład pani Vanders – mówi. – Dziwnie na mnie patrzy.

– Jest taka dla wszystkich.

– No jasne. – Jane nie potrafi ukryć sarkazmu w głosie. – Na pewno wszystko jest w normie.

Teraz to Ivy przygląda się Jane z zaskoczeniem w oczach.

– Janie? Coś się stało?

– Cześć wam – odzywa jakiś głos zza pleców Jane.

U szczytu schodów stoi Kiran, zamierzająca właśnie zejść do głównego holu.

– Przepraszam, Janie – mówi. – Zjadłaś śniadanie?

– Tak.

– Cześć, kochana! – Kiran uśmiecha się do Ivy. – Jak się dzisiaj czujesz?

– Dobrze – rzuca z roztargnieniem Ivy i wciąż ze zdziwieniem obserwuje Jane. – Wrócił Patrick. Pewnie cię szuka.

– Hmm? – Kiran wypowiada tę sylabę w taki sposób, by wyrażała jej brak zainteresowania. Zaczyna schodzić po schodach. Dokładnie w chwili, gdy dociera do posadzki w szachownicę, u szczytu schodów zjawia się Ravi.

Służący w głównym holu odwracają się jeden po drugim, by na niego spojrzeć, i się uśmiechają. Jest wykąpany, ogolony, bosy, ubrany na czarno, z tymi pasemkami siwizny we włosach, które go postarzają i dodają powagi. Trudno się nie uśmiechnąć na jego widok. Kiran wyciąga szyję, by na niego spojrzeć, na jej twarz pada światło. Ravi na jej widok zbiega po schodach, wołając ją po imieniu, przeskakuje stopnie. Dopada do niej i bierze ją w ramiona, a Jane żałuje, że nie ma brata bliźniaka.

Potem Ravi omiata spojrzeniem cały główny hol i dostrzega Jane i Ivy stojące na moście.

– Lubię twoją przyjaciółkę – zwraca się do Kiran na tyle głośno, by Jane to słyszała.

– Zachowuj się, Ravi – upomina go siostra.

– Cześć Ivy-Fasolko! – woła Ravi, posyłając jej szeroki uśmiech.

– Cześć Ravi! – odkrzykuje Ivy z szerokim szczerym uśmiechem. I dodaje łobuzerskim tonem: – Jak tam twoja dziewczyna?

– Świetnie wie o tym, że działam na kobiety jak magnes.

Ivy parska.

– Tylko nie zapominaj o moich mocach. – I dodaje, zwracając się do Jane: – Ravi i ja lubimy żartować, że jestem czarownicą.

– Myślałem, że używasz ich tylko, żeby czynić dobro – mówi Ravi.

– Dobro to takie enigmatyczne słowo – odpowiada mu dziewczyna.

– O rany! Ktoś cię zdeprawował! Chowajcie magiczne księgi!

– Zróbmy w domu głosowanie i zobaczmy, kogo ludzie uznają za łatwiejszego do zdeprawowania, ciebie czy mnie.

– O do diabła! Wiesz, to, że większość w coś wierzy, nie znaczy, że to prawda.

– Większość? – śmieje się Ivy. – Akurat. Głosowanie wypadnie jednomyślnie.

– To też nie znaczy, że to będzie prawda.

– Słuchaj, chcę tylko powiedzieć, że Lucy wygląda na fajną kobietę. Więc nie zapominaj o moich mocach.

– Dotarło. Kiedy moje jądra uschną i odpadną, będę wiedział kto…

– Boże! – przerywa mu Kiran. – Ravi, proszę, nie każ mi sobie wyobrażać twoich jąder.

– Chodź zobaczyć się z mamą – mówi Ravi do Kiran.

– Boże! Z rozmowy o jądrach przerzucasz się na naszą matkę?

– To ta druga kobieta, która może stanowić dla nich największe zagrożenie – śmieje się Ravi. – Chodź na śniadanie, potem odwiedzimy mamę.

– Nie jestem w nastroju na jej odmienną rzeczywistość – odpowiada siostra. – Sprawia, że kręci mi się w głowie.

– Nie możesz jej ciągle unikać. Ani taty. Bo wygląda na to, że jego też unikasz.

– No cóż – mówi Kiran słodkim głosem. – W takim razie powinieneś się cieszyć, że nie unikam ciebie.

– Urodziłem się z nieodpartym urokiem – mówi Ravi. – To nie moja zasługa. – Potem jego spojrzenie pada na miejsce pod mostem, gdzie stoją Jane i Ivy. Jego twarz poważnieje. – Hej, stary! – mówi do kogoś, kogo Jane nie widzi. Całuje siostrę w policzek i znika w jednych z drzwi prowadzących między innymi na salę bankietową.

Osoba, z którą Ravi się przywitał, ma pięknie ukształtowane ramiona, które Jane rozpoznaje, patrząc z góry. Gdy Patrick wchodzi do głównego holu ubrany w T-shirt i podchodzi do Kiran, jest zwrócony do Jane szerokimi plecami, więc nie sposób wyczytać coś z jego twarzy, ale Jane widzi minę przyjaciółki. Zdążyła się już przyzwyczaić do tego wyrazu twarzy. Wyważony dystans. Mur Kiran. I słusznie robi, że się broni, myśli Jane. Patrick kłamie.

Patrick zatrzymuje się przed Kiran.

– Cześć – mówi. – Wszystko w porządku?

– Tak – odpowiada Kiran, a potem zerka w stronę Jane i Ivy, jakby dawała mu sygnał. Patrick spogląda przez ramię i dostrzega je na moście.

Jane przez chwilę stara się patrzeć w inną stronę, a potem, gdy tylko Patrick odwraca wzrok, znów zaczyna ich obserwować.

– Idziesz na śniadanie? – pyta Patrick, znów odwracając się do Kiran.

– Tak.

– To pozdrów ode mnie tego twojego elegancika.

– Patrick, przestań.

– Wyobraź sobie, że ja bym mógł ci tak powiedzieć i że zrobiłabyś to, o co proszę. „Przestań, Kiran”.

– Nie będę tutaj o tym rozmawiać.

– W porządku – rzuca ostro Patrick, po czym odwraca się na pięcie i odchodzi w stronę wschodniego skrzydła.

Kiran patrzy za nim z zaciśniętymi pięściami. Jej maska opada. Nagle rzuca się za nim biegiem po posadzce w szachownicę, jej obcasy stukają o marmur jak seria wystrzałów. Znika z zasięgu wzroku.

Jasper, który wciąż jest przed tym wysokim obrazem na pierwszym piętrze, zaczyna podskakiwać i jazgotać. Zachowuje się, jakby przejął nad nim kontrolę chory na wściekliznę kangur.

– Co się dzieje w tym porąbanym domu? – zwraca się Jane do Ivy.

– O co ci chodzi? – W głosie Ivy słychać ironię.

– Kiran i Patricka coś łączyło? – pyta Jane.

– Tak jakby – dopowiada Ivy. – To znaczy, kochają się. Ale to ciężki przypadek. Powiedziałabym, że w tej chwili są niekompatybilni w kwestiach fundamentalnych.

– Chodzi ci o to, że Kiran ma chłopaka?

– Nie – mówi z przekonaniem Ivy. – Myślę, że problemy leżą głównie po stronie Patricka.

– Bo skrada się po domu i kłamie, tak? – pyta Jane.

Strach Ivy ma fizyczny wymiar. Spina się i szybko patrzy w oczy

Jane. Potem zaczyna mówić, jakby chciała zapełnić milczenie, by Jane już nic więcej nie powiedziała.

– Myślę, że Kiran jest z Colinem, bo próbuje to zostawić za sobą. Colin jest dla niej miły, dba o nią. Na przykład jeszcze zanim Colin i Kiran zaczęli się umawiać na randki, pewnego dnia podczas kolacji Octavian ją krytykował, że jest taka smutna, rozczula się nad sobą i nie ma pracy. Colin spojrzał mu wtedy prosto w oczy i powiedział, że to żaden wstyd, jeśli akurat tak się ułoży. Powiedział to tym rozsądnym tonem, który sprawia, że czujesz się jak dupek, jeśli się z tym spierasz. Octavian wziął fajkę do ust i wstał od stołu.

Jane próbuje skupić się na rozmowie zamiast na swoim ponurym nastroju.

– Pewnie niewielu ludzi tak mówi do Octaviana?

– Octavian potrafi być surowy dla Kiran i Raviego – mówi Ivy. – Colin znalazł sposób, jak mu pokazać, gdzie jego miejsce i nie być przy tym nieuprzejmym. Kiran to się nigdy nie udało.

– A co z Ravim i Lucy? Jak to się stało, że są razem?

– Przypadli sobie do gustu, odkąd się poznali, jakieś dwa, trzy lata temu. Są ze sobą naprawdę blisko, potem się kłócą, potem znów są blisko. Trudno powiedzieć, na ile to jest poważne.

– Ravi nie wygląda na faceta, który kogokolwiek traktowałby poważnie.

– Och, zawsze się tak wygłupia.

– To tylko wygłupy?

– Nie mogę mieć co do tego pewności – odpowiada Ivy. – Ale nie sądzę, żeby ją zdradzał. Ravi jest dość lojalny.

– Nie jest dla niej za młody?

– Tak – przyznaje Ivy. – Ma dwadzieścia dwa lata, a emocjonalnie jakieś dwanaście. Ona ma trzydzieści.

– Ravi lubi starsze kobiety?

– Raviego pociągają wszyscy.

– Wszyscy?

– Wszyscy bez wyjątku – odpowiada Ivy i się uśmiecha.

Jane rozumie, że kogoś mogą pociągać różni ludzie. Mężczyźni i kobiety, ludzie najróżniejszego wzrostu i kształtów, o różnym wyglądzie i osobowościach; rozumie, że można nie mieć jednego ulubionego typu. Ale z pewnością istnieją cechy, które ona sama woli. Na przykład znajomość trudnych słów; to cecha, która ją pociąga.

– Naprawdę wszyscy? – pyta Jane. – Każdy?

– No cóż, nie jest pedofilem. I kazirodztwo też go nie interesuje – mówi Ivy. – Poza tym wie, że gdyby kiedykolwiek się do mnie zbliżył, wykastrowałabym go. Ale potrafi dostrzegać piękno w każdym.

– Pociąga go nawet, no nie wiem… pani Vanders?

– Mam nadzieję, że łączą ich raczej takie uczucia, jak matkę i syna – chichocze Ivy. – Nie zamierzam się nad tym głęboko zastanawiać.

– No dobrze, a co z twoim bratem?

Ivy wydyma usta.

– W przypadku Patricka musimy odróżnić fizyczny pociąg od zamiarów. To znaczy, Ravi ma swoje zasady. Nie brałby w ten sposób Patricka pod uwagę, a przynajmniej nie na serio. Nie, żeby to w ogóle mogło się stać, bo Patrick jest hetero. Ale nawet gdyby było inaczej, Ravi by tego nie zrobił, bo uważa, że Kiran powinna być z Patrickiem.

To mnóstwo informacji i Jane ma ochotę zadać jeszcze wiele pytań, ale nie bardzo może, bo tak naprawdę nie mają z tym żadnego związku. Na przykład, czy Ivy jest hetero? I dlaczego tak łatwo się z nią rozmawia? Nawet jeśli co jakiś czas świadomie jest nieszczera?

– Ivy… – zaczyna Jane.

– Hmm?

Jane wzdycha i mówi:

– Mniejsza z tym.

– Czy to meduza? – pyta Ivy. – To, co ci wystaje spod rękawa.

– Tak. – Jane nagle robi się ciepło, czuje się onieśmielona.

– Mogę ją obejrzeć?

Jane ostrożnie podwija rękaw. Ukazują się długie, pełne detali ramiona i czułki meduzy, potem jej złociste ciało wytatuowane na skórze.

– O rany! – szepcze Ivy z podziwem w głosie. Wyciąga rękę i przesuwa palcem po tatuażu. – Jest niesamowita. Sama ją zaprojektowałaś?

Czemu podziw w głosie Ivy sprawia, że Jane jest tak smutno z powodu jej kłamstw?

– To na podstawie zdjęcia zrobionego przez moją ciocię – odpowiada. – Ciocię Magnolię. To ona mnie wychowała. A potem zginęła. Ale może już o tym wiesz? Robiła podwodne zdjęcia. Uczyła mnie, jak oddychać w taki sposób, w jaki porusza się meduza. – To idiotyczna paplanina, ale Ivy wciąż dotyka jej ramienia, a Jane pragnie powiedzieć jej o wszystkim, o każdym szczególe.

Ivy opuszcza palec. Marszczy brwi.

– Ivy? – mówi Jane.

– Ivy-Fasolko – słychać niski szorstki głos. To pani Vanders, która zbliża się do nich wielkimi krokami. – Gdzie Ravi?

– Chyba je śniadanie – mówi niewyraźnie Ivy, wpatrując się w aparat fotograficzny.

– Potrzebuję go – mówi pani Vanders. – Muszę go postawić przed tym Vermeerem.

– Czemu? – chce wiedzieć Ivy. – Z obrazem jest coś nie tak?

– Po prostu chcę go przed nim postawić – mówi pani Vanders – i przekonać się, że nic nie wyda mu się dziwne, żebym mogła się w końcu przestać zamartwiać tym cholerstwem i zająć się milionem zadań związanych z galą. Przyślij go do mnie, ale o niczym mu nie wspominaj. A z tobą muszę porozmawiać – dodaje, patrząc na Jane i mrużąc oczy.

– Mam takie wrażenie – dopowiada Jane. – Możemy załatwić to teraz?

– Jestem zajęta – mówi pani Vanders. – Znajdź mnie! I nic nikomu nie mów! – Odwraca się na pięcie i rusza tam, skąd przyszła.

– Ivy?

– Tak?

– Wcześniej, w kuchni, pan Vanders powiedział, że znał ciocię Magnolię.

– Tak?

– Czy ty też ją znałaś?

Ivy otwiera usta, by odpowiedzieć. Ale zanim zdąży powiedzieć choć słowo, pani Vanders wysuwa głowę przy wejściu na most i wrzeszczy:

– Ivy! Dość tego guzdrania. Znajdź Raviego!

Ivy ściska ramię Jane w miejscu, gdzie czułki meduzy sięgają łokcia. Chwyta tak mocno, że to aż boli.

– Porozmawiaj z panią Vanders – mówi. – Proszę.

A potem się odwraca i zaczyna schodzić po schodach, zostawiając

Jane pełną urazy, rozcierającą rękę.

W chwili, gdy Ivy znika, do głównego holu wchodzi Ravi. W jednej ręce trzyma dwa tosty, w drugiej miseczkę z owocami.

Odgryza kęs tosta, wbiega po zachodnich schodach i wchodzi na most, na którym stoi Jane.

– Nie chciało ci się siedzieć przy śniadaniu? – pyta ze znużeniem

Jane.

– Chciałem jeszcze raz się z tobą przywitać.

– Ravi – mówi Jane z lekką ironią w głosie. – Nie jesteś przypadkiem z Lucy?

– Raz tak, raz nie. W tej chwili nie.

– Och! – Jane nie wie dlaczego, ale ta informacja sprawia jej przyjemność. – Przepraszam.

– No cóż – mówi Ravi – odpowiadając na twoje pytanie: tak. Przy każdym posiłku w tym domu za bardzo się trzeba nasiedzieć w jednym miejscu.

– W takim razie pewnie chcesz ruszać dalej.

Ravi śmieje się cicho, a potem zaskakuje Jane, robiąc dokładnie to, co zasugerowała. Nawet jej nie potrąca, gdy ją mija.

– Przykro mi to mówić, ale dziś rano oczekuje mnie inna dusza – rzuca na odchodnym. – A co z tobą? Interesują cię światy równoległe? A może jesteś taka jak moja siostra bliźniaczka i nie przepadasz za kosmologią?

– O czym ty mówisz?

– Chodź ze mną – proponuje Ravi.

– Dokąd? – pyta Jane, myśląc o pani Vanders, ale przede wszystkim o tej dziwnej małej gierce z czującym pociąg do wszystkich bratem Kiran.

– Wiesz, co to jest kosmologia, prawda? – pyta Ravi. – Badanie kosmosu? Nie mylisz tego z kosmetyką? Z nakładaniem makijażu?

– Protekcjonalny osioł – mówi Jane i dodaje: – Bez obrazy dla Kłapouchego.

Ravi śmieje się cicho i się oddala.

– Twój wybór.

Jane go obserwuje, gdy zwinnie wspina się po schodach. Zupełnie zapomniała mu powiedzieć, że pani Vanders go szuka.

– A właśnie – mówi i chce do niego zawołać, ale w tej samej chwili do głównego holu poniżej wbiega jakieś dziecko. Ten dom jest jak dworzec Grand Central na Manhattanie.

Jane już widziała tę dziewczynkę: to ona wczoraj kopała w ogródku w czasie deszczu. Przyciska coś do piersi, podchodzi do stołu, odsuwa gałęzie bzu i odstawia to na puste miejsce. Jane nie widzi co to; krzew zasłania jej widok.

Ma niemal wrażenie, że ta dziewczynka czekała, aż kobiety zajmujące się bukietami sobie pójdą, a potem zakradła się do holu, tak by nikt jej nie widział. Dziewczynka biegnie dalej, kieruje się w stronę weneckiego dziedzińca. Nagle dostrzega w górze Jane i zamiera. Przez ułamek sekundy patrzy na nią ze złością, a potem pędzi dalej. Jane się zastanawia, czy to kompletny absurd, że to dziecko przypomina jej najstarszą córeczkę Panzavecchiów, Grace, której zdjęcie widziała w wiadomościach. Tę, która zniknęła ze szkoły tego samego dnia, gdy jej rodzice próbowali napaść na bank. Tę od urządzeń mnemotechnicznych.

Ravi dawno sobie poszedł. Pani Vanders też. Kiran również znikła, a teraz to dziecko gdzieś pobiegło. Został tylko Jasper, który wciąż podskakuje i drepcze przed obrazem, od czasu do czasu skomląc. Na posadzce w szachownicę poniżej leżą sterty gałęzi bzu, jak jagody na lodach.

Nagle w domu zapada cisza, jakby wstrzymał oddech.

Po chwili Jane znów słyszy stukot obcasów Kiran, która szybkim krokiem wchodzi do holu. Zbliża się do sterty gałęzi bzu na podłodze. Podnosi jedną z nich, strząsa z niej wodę, a potem z powrotem ją odrzuca tylko po to, by sobie ulżyć. Obejmuje się rękoma, zwiesza głowę. Nie widzi Jane. A Jane na jej widok czuje się jak intruz, wie, że wdziera się w osobisty ból Kiran. Mimo to nie potrafi się powstrzymać. Chciałaby jej pomóc.

– Kiran?

Na jej twarz powraca maska. Spogląda w górę.

– Och – mówi. – Cześć, Janie.

– Wszystko w porządku?

– Dlaczego wszyscy wciąż mnie o to pytają? Wyglądam, jakby coś było nie tak?

– Wydajesz się jakby… nieobecna.

– Nieobecna! No to po prostu świetnie. Po co w ogóle tu przyjeżdżałam, skoro ludzie i tak będą mieć do mnie pretensje, że jestem nieobecna?

– Patrick już ci się zwierzył?

Po twarzy Kiran przemyka poirytowanie.

– Zapomniałam, że ci o tym mówiłam. Nie. Nic nie powiedział. Ale miło z twojej strony, że o tym pamiętasz.

– Jak myślisz, o co chodzi?

– Nie wiem – mówi Kiran – i próbuję się tym nie przejmować.

Do holu wracają kobiety od bukietów, niosąc kolejne puste wazony. Kiran odwraca się do nich plecami, żeby nie widziały wyrazu jej twarzy.

– Czy czasami zdarza ci się czuć – zwraca się do Jane – jakbyś utknęła w niewłaściwej wersji swojego życia?

Jane jest porażona tym niezwykłym pytaniem. Tak właśnie się czuje, odkąd ciocia Magnolia zginęła i niewłaściwa wersja życia Jane mocno chwyciła ją w ramiona, zanurkowała pod wodę, pociągnęła na dno i trzyma tak, czekając, aż się utopi.

– Tak – mówi Jane.

– Ludzie mówią, że to, co ci się przytrafia, jest bezpośrednim rezultatem dokonanych przez ciebie wyborów – podejmuje Kiran – ale to jest nie fair. Przez większość czasu nie zdajesz sobie nawet sprawy, że wybór, którego zaraz dokonasz, okaże się ważny.

– To prawda – potwierdza Jane. – Kiedy miałam roczek, moi rodzice zginęli w katastrofie lotniczej. Większość ludzi, którzy siedzieli po lewej stronie samolotu, przeżyła, a większość tych, którzy siedzieli po prawej, zginęła. Moi rodzice wybrali miejsca po prawej stronie, na chybił trafił, bez żadnego powodu.

Kiran kiwa głową.

– Octavian wybrał się kiedyś na aukcję dzieł sztuki w Vegas, ale jego lot się opóźnił. Dotarł na miejsce tak późno, że nie zdążył zjeść śniadania, złapał więc taksówkę i powiedział taksówkarzowi, by znalazł mu jakąś restaurację na pustyni, gdzie będzie mógł się napić Krwawej Mary i zjeść jajka w otoczeniu kwitnących kaktusów. Taksówkarz go przekonał, żeby dał sobie z tym spokój, i zawiózł go do kasyna Bellagio, gdzie Octavian się zgubił, szukając restauracji, i wpadł na kobietę szkicującą plan kasyna. Spytał ją, czy planuje napad. Powiedziała mu, że ma na imię Charlotte, że jest projektantką wnętrz i ma zmienić wygląd piętra, na którym znajduje się kasyno. Teraz jest moją macochą. Chyba trudno byłoby o coś bardziej przypadkowego.

– Z drugiej strony – podjęła Jane – zdecydowali, żeby wziąć ślub. Niektóre rzeczy dzieją się dlatego, że je wybieramy.

– Jasne – rzuca Kiran. – No dalej, powiedz to. Wybrałam, że będę bezrobotna i bezużyteczna.

– Kiran – mówi Jane, przypominając sobie, co Colin powiedział Octavianowi. – Nie jesteś bezużyteczna. Po prostu nie znalazłaś jeszcze własnej ścieżki. To znaczy, spójrz na mnie. Ja też nie znalazłam jeszcze ścieżki. Obijam się bardziej niż ty.

– Nie obijasz się – protestuje Kiran. – Opłakujesz ciocię.

Kiran wypowiada te słowa w taki sposób, jakby przez wszystkie te brednie przebił się promień światła. Opłakuję ciocię. To tak, jakbym siłą woli przedzierała się przez jakąś gęstwinę.

– Chodź ze mną – mówi Kiran – a zdradzę ci tajemnicę Charlotte.

Gdzieś szumi w rurze i w holu czuć ruch powietrza, szepczący słowo, którego Jane nie jest w stanie dosłyszeć. Charlotte.

Jane pociera uszy, próbuje podjąć decyzję. Pewnie, że chce się dowiedzieć czegoś więcej o Charlotte.

Ale musi też zapytać panią Vanders o ciocię Magnolię, choć nawet jeśli się dowie, że były bliskimi przyjaciółkami, to i tak nie sprawi, że ciocia Magnolia wróci. Jane podejrzewa, że za tym palącym pragnieniem, by się tego dowiedzieć, czeka ją rozczarowanie.

Więc może powinna pójść za sobowtórem Grace Panzavecchii, który zniknął w głębi domu. A co, jeśli ta dziewczynka to naprawdę Grace Panzavecchia? I jeśli to wyjaśniałoby zachowanie Okadów, Patricka i posiadanie broni?

Oczywiście jakaś część Jane pragnie pójść za Ravim, bez względu na to, dokąd się wybierał. Przy Ravim Jane czuje się tak, jakby dotąd spała i wreszcie mogła się obudzić.

I o co chodzi z tym psem? Z tym śmiesznym psem, który skowyczy na pierwszym piętrze i obserwuje Jane z najtragiczniejszym wyrazem pyska, jaki kiedykolwiek widziała.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nieskończone światy Jane 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę