Powrót

Powrót

Autorzy: Hisham Matar

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.56 zł

Wkrótce po obaleniu reżimu Kaddafiego Hisham Matar wraca do Libii, kraju swojego dzieciństwa, który opuścił trzydzieści lat wcześniej. Nie jest to jednak podróż sentymentalna.

Kiedy Hisham miał kilka lat, jego rodzina z przyczyn politycznych musiała uciekać z Libii. Ojciec, były dyplomata i wojskowy, zaangażował się w działalność opozycyjną i z czasem stał się jednym z największych wrogów reżimu. W marcu 1990 roku został porwany ze swojego kairskiego mieszkania przez egipską tajną policję i wydany Kaddafiemu. Trafił do więzienia Abu Salim w Trypolisie. O jego dalszych losach wiadomo niewiele.

Kaddafi upadł, więzienia polityczne opustoszały. Ale Dżaballah Matar jakby zapadł się pod ziemię. Hisham rozpaczliwie próbuje odnaleźć ślad ojca – choćby po to, by zapewnić mu godziwy pochówek, mimo że do końca nie traci nadziei.

Powrót to nie tylko głęboka refleksja nad historią, polityką i sztuką, ale też błyskotliwy portret narodu i ludzi żyjących w czasach przełomu. Ponad wszystko jest to jednak poruszająca historia o doświadczeniu miłości i straty.

Książka została laureatką Nagrody Pulitzera, finalistką Amerykańskiej Nagrody Stowarzyszenia Krytyków Literackich oraz Nagrody im. Jean Stein przyznawanej przez PEN American Center, a także była nominowana do prestiżowej Nagrody im. George’a Orwella. Została również uznana za jedną z 10 najlepszych książek roku według „The New York Times Book Review”, „The New York Times”, „The Washington Post”, „The Guardian” i „Financial Times”.

„Czekałem na ten „Powrót”. Czekałem na nową książkę Hishama Matara. Jest nawet lepsza od poprzednich. To jeszcze wspanialszy pomnik miłości syna do zaginionego ojca. I surowy portret Libii, pełen nazw, które w 2011 roku świat poznawał, gdy wybuchł bunt przeciw Muammarowi Kaddafiemu – Bengazi, Misrata, Brega, Adżdabija, Abu Salim. Świadectwo okrucieństwa dyktatury, która wielu wydaje się jedynym rozwiązaniem dla krajów arabskich. Poezja sąsiaduje w „Powrocie” z torturami, dosłownie, bo ojciec autora recytował wiersze w celi śmierci. Podziw wzbudza determinacja w poszukiwaniu prawdy. Książka wciąga jak kryminał. Wyjątkowa.” Jerzy Haszczyński

„„Powrót” to elegia napisana przez syna, w której ofiarowuje on swemu porwanemu przed laty ojcu literacką nieśmiertelność.” „The Washington Post”

„Matar opowiada swą rodzinną historię zarówno jako prozaik i reporter, jak również jako syn. Piękna, niemal muzycznie prowadzona narracja, lekkość pióra i niezwykła precyzja słowa. Doskonała książka.” Michiko Kakutani, „The New York Times Book Review”

„Matar przedstawia intymny obraz złożonych wydarzeń politycznych, które doprowadziły do upadku Kaddafiego. Opowiada zarówno o przeszłości, jak i o teraźniejszości, stopniowo budując napięcie wokół centralnego wydarzenia opowieści, jakim jest zniknięcie jego ojca. O swoich rozmyślaniach krążących wokół zapomnianych już libijskich korzeni oraz o konsekwencjach mijającego czasu pisze z niemal poetycką wrażliwością.” „Kirkus Reviews”

„Matar stworzył opowieść wyjątkową – osobistą modlitwę, w której złość, cierpienie i strata zyskują nowy wymiar dzięki delikatności pióra […]. Matar to przede wszystkim projektant języka, a fundamentem jego opowieści jest ogromna dyscyplina. Powrót to jedna z najważniejszych książek naszego pokolenia.” Leah Mirakhor, „Los Angeles Review of Books”

Już w księgarniach:

Alexandra Fuller, Dziś wieczorem nie schodźmy na psy.

Afrykańskie dzieciństwo

Raimond Gaita, Mój ojciec Romulus

Wenguang Huang, Strażnik trumny. Opowieść o mojej rodzinie

Mourid Barghouti, Jestem stamtąd, jestem stąd

Alexandra Fuller, Rozmowy pod drzewem zapomnienia

Anthony Shadid, Kamienny dom.

O Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma

André Aciman, Wyjście z Egiptu, wydanie 2

Carmen Bugan, Zakopać maszynę do pisania.

Dzieciństwo pod okiem Securitate

Peter Godwin, Mukiwa. Biały chłopak w Afryce

Alexandra Fuller, Wyjedź, zanim nadejdą deszcze

Hisham Matar

Powrót

Ojcowie, synowie i kraj pomiędzy nimi

Przełożyła Hanna Jankowska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego The Return: Fathers, Sons and the Land in Between

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Zuzanna Szatanik / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Diana Matar

Copyright © by Hisham Matar, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2018

Copyright © for the Polish translation by Hanna Jankowska, 2018

Redakcja Marta Höffner

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Korekta Aleksandra Ptasznik i Alicja Listwan / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-649-1

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od Tłumaczki

1. Zapadnia

2. Czarny garnitur

3. Morze

4. Ziemia

5. Blo’thaah

6. Wiersze

7. Jak zdrowie? Jak rodzina?

8. Rozejm i klementynka

9. Starzec i jego syn

10. Flaga

11. Ostatnie światło

12. Bengazi

13. W innym życiu

14. Kula

15. Maksymilian

16. Kampania

17. Syn dyktatora

18. Dobre maniery sępów

19. Przemówienie

20. Tyle lat

21. Kości

22. Patio

Podziękowania

Przypisy

Kolofon

Od Tłumaczki

W książce przyjęto zasady uproszczonej transkrypcji imion i nazw arabskich stosowane w przekładach literatury i publikacjach popularnonaukowych. Niektóre libijskie imiona i nazwiska, a także nazwy geograficzne (na przykład Brega) przetranskrybowano zgodnie z lokalną wymową libijską.

Imię autora podano konsekwentnie w angielskiej wersji zapisu. Wydaje się to najlepszym posunięciem, biorąc pod uwagę fakt, że mieszka on na Zachodzie i posługuje się angielską wersją swojego imienia. W książce występuje też inna osoba, imieniem Hiszam – w tym wypadku imię podano w transkrypcji polskiej.

1. Zapadnia

Wczesny marcowy ranek 2012 roku. Razem z matką i Dianą, moją żoną, siedzieliśmy na krzesłach przymocowanych rządkiem do posadzki w sali odlotów kairskiego lotniska. Właśnie ogłoszono, że samolot do Bengazi, rejs 835, odleci zgodnie z rozkładem. Matka co jakiś czas obrzucała mnie niespokojnym spojrzeniem. Diana też wydawała się zdenerwowana. Położyła mi rękę na ramieniu i uśmiechnęła się. Pomyślałem, że powinienem wstać i się przejść. Mimo to ciało ani drgnęło. Nigdy dotąd nie byłem zdolny do takiego bezruchu.

Terminal był prawie pusty, tylko naprzeciwko nas siedział jeden mężczyzna. Otyły, wyglądający na zmęczonego, miał jakieś pięćdziesiąt pięć lat. Ręce splótł na podołku, przechylił się w lewo – było w tej pozycji coś, co świadczyło o rezygnacji. Był Egipcjaninem czy Libijczykiem? Odwiedzał sąsiedni kraj czy wracał do ojczyzny po rewolucji? Był zwolennikiem czy przeciwnikiem Kaddafiego? Może należał do tych niezdecydowanych, którzy wciąż trzymają przy sobie bilety z rezerwacją?

Znów rozległ się głos z megafonu. Czas wejść na pokład. Znalazłem się na początku kolejki, Diana stanęła za mną. Nieraz zabierała mnie do swojego rodzinnego miasta w północnej Kalifornii. Poznałem rośliny, odległości i barwę światła dziennego w miejscu, w którym dorastała. Teraz ja wreszcie zabierałem ją do mojego kraju. Zapakowała dwa ulubione aparaty fotograficzne – hasselblada i leicę – oraz sto rolek filmu. Jest bardzo skrupulatna w tym, co robi. Kiedy uchwyci nić, będzie za nią podążać aż do końca. Ta jej cecha fascynowała mnie, a zarazem niepokoiła. Nie chcę Libii oddawać więcej, niż już mi zabrała.

Matka przechadzała się wzdłuż okien wychodzących na pas startowy i rozmawiała przez komórkę. Sala zaczęła zapełniać się ludźmi, głównie mężczyznami. Staliśmy z Dianą na czele długiej kolejki, która za nami zakręcała jak rzeka. Udałem, że o czymś zapomniałem, i odciągnąłem Dianę na bok. Nagle przyszło mi do głowy, że powrót po tylu latach to zły pomysł. Rodzina opuściła Libię w 1979 roku, trzydzieści trzy lata temu. To była przepaść oddzielająca mężczyznę od ośmiolatka, którym wtedy byłem. Samolot miał ją pokonać. Tego rodzaju podróże są z pewnością ryzykowne. Ta mogła mnie pozbawić wypracowanej z takim trudem umiejętności życia z dala od ukochanych miejsc i ludzi. Josif Brodski miał rację, podobnie jak Nabokov i Conrad. Oni nigdy nie wrócili. Każdy próbował na swój sposób wyleczyć się z ojczystego kraju. To, co za sobą zostawiłeś, rozpłynęło się. Kiedy wrócisz, okaże się, że to, co ceniłeś nade wszystko, już nie istnieje albo się zdeformowało. Ale Dymitr Szostakowicz, Borys ­Pasternak i Nadżib Mahfuz też mieli rację: nigdy nie wyjechali z kraju. Wyjazd oznacza zerwanie związku ze źródłem. Będziesz jak martwy pień, twardy i pusty.

Co robić, kiedy nie można wyjechać i nie sposób wrócić?

W październiku 2011 roku brałem pod uwagę ­możliwość, że nigdy nie wrócę do Libii. Byłem w Nowym Jorku, szedłem po Broadwayu w podmuchach chłodnego wiatru, gdy nasunęła mi się ta myśl. Wydawała się nieskalana, mój umysł sam ją wytworzył. Jak w młodości, kiedy zdarzyło mi się upić, czułem się odważny i niepokonany.

Przyjechałem do Nowego Jorku we wrześniu na zapro­szenie Barnard College, żeby wygłosić cykl wykładów o powieściach traktujących o wygnaniu i wyobcowaniu. Z miastem łączył mnie jednak dawniejszy związek. Moi rodzice wprowadzili się na Manhattan wiosną 1970 roku, kiedy ojciec został pierwszym sekretarzem libijskiej misji przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jesienią przyszedłem na świat. Trzy lata później, w 1973 roku, wróciliśmy do Trypolisu. Od tamtej pory odwiedziłem Nowy Jork może cztery albo pięć razy, zawsze na krótko. Choć powróciłem do miasta swoich narodzin, słabo znałem to miejsce.

W ciągu trzydziestu sześciu lat, które upłynęły od naszego wyjazdu z Libii, moja rodzina i ja zżyliśmy się z kilkoma miastami zastępczymi: Nairobi, gdzie znaleźliśmy się po ucieczce z Libii w 1979 roku i które od tej pory odwiedzam; Kairem, gdzie rok później osiedliśmy na nieokreś­lonym wygnaniu; Rzymem, gdzie spędzaliśmy wakacje; Londynem, dokąd w wieku piętnastu lat przyjechałem się uczyć i gdzie przez dwadzieścia dziewięć lat zawzięcie starałem się ułożyć sobie życie; Paryżem, dokąd po trzydziestce przeniosłem się, zmęczony i rozdrażniony Londynem, przysięgając, że nigdy nie wrócę do Anglii, ale po dwóch latach znów się tam znalazłem. We wszystkich tych miastach wyobrażałem sobie, że pewnego dnia znajdę spokój i zamieszkam na tej dalekiej wyspie, Manhattanie, gdzie się urodziłem. Wyobrażałem sobie, jak ktoś nowo poznany – na przyjęciu, w kawiarni albo w szatni na basenie po maratonie pływackim – zadaje mi to samo co zawsze, irytujące pytanie: „Skąd jesteś?”, a ja, niczym się nie przejmując, nieporuszony, odpowiadam od niechcenia: „Z Nowego Jorku”. W tych fantazjach przyjemność sprawiał mi fakt, że taka odpowiedź będzie prawdziwa i fałszywa zarazem, jak magiczna sztuczka.

Na Manhattan miałem się przenieść w czterdziestym roku życia, kiedy Libia się rozpadała, co więcej, miało to nastąpić pierwszego września, w rocznicę dnia, w którym w 1969 roku młody kapitan Muammar Kaddafi obalił króla Idrisa i przesądzono o wielu istotnych aspektach mojego życia – o tym, gdzie mieszkam, w jakim języku piszę, w jakim języku zapisuję teraz te słowa. Ze względu na to wszystko trudno było uciec od myśli, że działa tu jakaś wola boska.

Lata osiemdziesiąte stanowią szczególnie mroczny rozdział w politycznej historii Libii. Przeciwników reżimu wieszano na placach i stadionach. Ścigano dysydentów, którzy uciekli z kraju – jedni zostali porwani, drugich zamordowano. Również w latach osiemdziesiątych po raz pierwszy pojawił się w Libii zdecydowany opór zbrojny wobec dyktatury. Mój ojciec zaliczał się do najwybitniejszych działaczy opozycji. Organizacja, do której należał, miała obóz szkoleniowy w Czadzie, na południe od libijskiej granicy, oraz podziemne komórki w różnych częściach kraju. Ojciec, który miał za sobą karierę w wojsku oraz krótki okres służby dyplomatycznej, a w połowie lat siedemdziesiątych udało mu się zgromadzić spory majątek – jego świetnie prosperująca firma importowała na Bliski Wschód tak różne towary jak samochody Mitsubishi i obuwie sportowe Converse – był niebezpiecznym wrogiem. Reżim próbował go podkupić, starał się go zastraszyć. Pamiętam, jak pewnego popołudnia siedziałem przy nim w naszym kairskim mieszkaniu, miałem wtedy dziesięć albo jedenaście lat, pamiętam ciężar jego ręki spoczywającej na moich ramionach. Naprzeciwko siedział jeden z mężczyzn, których nazywałem „wujkami” – skądś wiedziałem, że to sprzymierzeńcy albo zwolennicy ojca. Padło słowo „kompromis”, a ojciec odpowiedział: „Nie będę negocjował. Nie ze zbrodniarzami”.

Podczas naszych podróży po Europie nie rozstawał się z pistoletem. Zanim wsiedliśmy do samochodu, kazał nam się odsunąć, klękał i patrzył pod podwozie, po czym osłaniając oczy dłońmi, zaglądał do środka przez okna, wypatrując przewodów. Tacy jak on ginęli od kul na dworcach kolejowych i w kawiarniach, ich samochody wylatywały w powietrze. W latach osiemdziesiątych, kiedy jeszcze mieszkałem w Kairze, czytałem w gazecie o śmierci znanego libijskiego ekonomisty. Wysiadał z pociągu na dworcu Termini w Rzymie, kiedy ktoś przystawił mu pistolet do piersi i pociągnął za cyngiel. Na zdjęciu wydrukowanym obok artykułu widać było ciało zabitego przykryte aż po kostki płachtami porannej gazety. Wyglansowane skórzane buty sterczały spod jednej z takich płacht noskami w górę. Innym razem natrafiłem na wiadomość o zastrzelonym w Grecji libijskim studencie. Siedział na tarasie kawiarni przy placu Monastiraki w Atenach. Przed kawiarnią zatrzymał się skuter, mężczyzna siedzący na tylnym siodełku wymierzył w studenta z pistoletu i oddał kilka strzałów. W Londynie zabito libijskiego spikera BBC World ­Service. W kwietniu 1984 roku odbyła się demonstracja przed ambasadą libijską przy placu Świętego Jakuba. Jeden z pracowników ambasady otworzył okno na piętrze, wystawił karabin maszynowy i ostrzelał tłum. Zginęła policjantka Yvonne Fletcher, a jedenastu libijskich demonstrantów odniosło rany, niektórzy bardzo ciężkie.

Rozpętana przez Kaddafiego kampania polowań na krytyków reżimu przebywających na wygnaniu – zapowiedział ją na początku lat osiemdziesiątych w publicznym wystąpieniu Musa Kusa, szef wywiadu – objęła także rodziny dysydentów. W wieku piętnastu lat mój jedyny brat Zijad rozpoczął naukę w szkole z internatem w Szwajcarii. Po kilku tygodniach, w środku semestru, wrócił do Kairu. Wszyscy pojechaliśmy po niego na lotnisko. Kiedy pojawił się wśród tłumu pasażerów wylewającego się z sali przylotów, był bledszy, niż go pamiętałem. Parę dni wcześniej widziałem, jak matka telefonowała w różne miejsca, a palec jej drżał, gdy wykręcała numery.

Szwajcarska szkoła znajdowała się w odludnym miejscu, wysoko w Alpach. Jedynym środkiem publicznego transportu do najbliższej miejscowości była kolejka linowa, działająca tylko przez kilka godzin w środku dnia. ­Zijad zauważył, że przy szkolnej bramie parkuje dwa dni z rzędu jakiś samochód. Siedziało w nim czterech mężczyzn. Mieli długie włosy, typowe dla członków Komitetów Rewolucyjnych Kaddafiego. Pewnej nocy poproszono Zijada do telefonu w sekretariacie szkoły. Jakiś mężczyzna po drugiej stronie linii powiedział:

– Jestem przyjacielem twojego ojca. Zrób dokładnie to, co ci powiem. Musisz natychmiast opuścić szkołę i wsiąść do pierwszego pociągu do Bazylei.

– Dlaczego? Co się stało? – zapytał Zijad.

– Nie mogę ci teraz powiedzieć. Musisz się pospieszyć. Pierwszy pociąg do Bazylei. Będę tam i wszystko wyjaśnię.

– Ale jest środek nocy.

Mężczyzna niczego nie tłumaczył. Powtarzał tylko: „Wsiądź do pierwszego pociągu do Bazylei”.

– Nie mogę. Nie wiem, kim pan jest. Proszę więcej nie dzwonić – odparł Zijad i odłożył słuchawkę.

Mężczyzna zadzwonił do naszej matki, a ta do szkoły. Powiedziała Zijadowi, że musi natychmiast wyjechać, i poinstruowała go, co ma robić.

Zijad obudził swojego ulubionego nauczyciela, młodego absolwenta Cambridge, który zapewne uznał kiedyś, że fajnie będzie uczyć literatury angielskiej w Alpach, gdzie w przerwach między lekcjami można pojeździć na nartach.

– Proszę pana, mój ojciec będzie operowany. Chce mnie zobaczyć, zanim zabiorą go na salę. Muszę złapać pierwszy pociąg do Bazylei. Odwiezie mnie pan na dworzec?

Nauczyciel zadzwonił do matki, która potwierdziła wersję Zijada. Trzeba było obudzić dyrektora. On ponownie zatelefonował do matki, a kiedy go przekonała, nauczyciel sprawdził rozkład pociągów. Ten do Bazylei odjeżdżał za czterdzieści minut. Gdyby się pospieszyli, mieliby szansę zdążyć.

Musieli przejechać koło samochodu stojącego przy bramie. Innej drogi nie było. Zijad pochylił się, udając, że zawiązuje sznurowadło. Nauczyciel ostrożnie zjeżdżał w dół krętą serpentyną. Po kilku minutach zobaczyli z tyłu reflektory.

– Chyba jadą za nami – powiedział nauczyciel. Zijad udał, że nie słyszy.

Na dworcu Zijad wpadł do hali i ukrył się w toalecie. Usłyszał, jak pociąg wjeżdża na peron. Odczekał, aż całkiem się zatrzyma, odliczył kilka sekund, aż pasażerowie wysiądą, puścił się biegiem i wskoczył do wagonu. Drzwi się zamknęły, pociąg ruszył. Zijad był pewien, że zgubił prześladowców, ale czterech mężczyzn pojawiło się w przejściu. Dostrzegli go. Jeden z nich uśmiechnął się. Szli za chłopcem z wagonu do wagonu, mamrocząc: „Myślisz, mały, że jesteś mężczyzną? No to podejdź i pokaż nam”. Na początku składu Zijad znalazł konduktora, który rozmawiał z maszynistą.

– Ci mężczyźni mnie ścigają – powiedział, a w jego głosie był taki strach, że konduktor od razu mu uwierzył i poprosił, żeby usiadł obok niego. Widząc to, czterej mężczyźni wycofali się do kolejnego wagonu. Kiedy pociąg wjechał na stację, Zijad zobaczył, że na peronie czekają umundurowani funkcjonariusze. Był z nimi współ­pracownik ojca, ten, który w nocy dzwonił do internatu.

Pamiętam, jak siedzieliśmy wokół stołu, a Zijad opowiadał nam o tym wszystkim. W głębi duszy poczułem, że jestem bezpieczny i wdzięczny losowi, a zarazem ogarnął mnie przeraźliwy strach. Nie było tego jednak po mnie widać. Słuchając Zijada, udawałem, że jestem bardzo przejęty tym, co go spotkało. Dopiero później tego samego wieczoru poczułem się przytłoczony jego opowieścią. Nie mogłem przestać myśleć o słowach, które Zijad kilkakrotnie powtórzył, bezbłędnie naśladując ton groźby i trypolitański akcent: „Myślisz, mały, że jesteś mężczyzną? No to podejdź i pokaż nam”.

Niedługo potem, gdy miałem dwanaście lat, potrzebna mi była konsultacja u okulisty. Matka wsadziła mnie w samo­lot – sam poleciałem z Kairu do Genewy, gdzie miał mnie odebrać ojciec. Zanim pojechałem na lotnisko, rozmawialiśmy przez telefon.

– Jeśli nie zobaczysz mnie w hali przylotów, idź do informacji i poproś, żeby wywołali to nazwisko – powiedział, wymieniając jedno z nazwisk, pod którymi podróżował. Dobrze je znałem.

– Cokolwiek by się stało – powtórzył – nie podawaj mojego prawdziwego nazwiska.

Na lotnisku w Genewie ojca nie było. Zgodnie z poleceniem poszedłem do informacji, ale kiedy pani za ladą zapytała mnie o nazwisko, wpadłem w panikę. Nie mog­łem go sobie przypomnieć. Widząc moje zdenerwowanie, uśmiechnęła się i wręczyła mi mikrofon. „Może sam go wywołasz?”. Wziąłem mikrofon i kilka razy powtórzyłem: „Ojcze, ojcze”, aż zobaczyłem, jak biegnie do mnie z uśmiechem na twarzy. Zawstydziłem się. Kiedy wychodziliśmy z lotniska, zapytałem: „Dlaczego nie mogłem powiedzieć, jak się nazywasz? Czego się właściwie boisz?”. Torując sobie drogę przez tłum, minęliśmy dwóch mężczyzn, którzy mówili po arabsku w dialekcie libijskim. Jego brzmienie zawsze mnie w tamtych latach wytrącało z równowagi, budząc zarazem strach i tęsknotę. „Jak wygląda ten Dżaballah Matar?” – zapytał jeden drugiego. Umilkłem i od tamtej pory nigdy się nie skarżyłem na narzucane przez ojca skomplikowane ustalenia dotyczące podróży.

W jego wypadku podróżowanie z prawdziwym paszportem nie wchodziło w grę. Używał fałszywych dokumentów i różnych pseudonimów. W Egipcie czuliśmy się bezpiecznie, ale w marcu 1990 roku ojciec został porwany z naszego kairskiego mieszkania przez egipską tajną policję i wydany Kaddafiemu. Trafił do więzienia Abu Salim w Trypolisie, nazywanego „Ostatnim przystankiem” – reżim zsyłał tam ludzi, o których chciał zapomnieć.

W połowie lat dziewięćdziesiątych kilka osób z narażeniem życia przemyciło trzy listy ojca do rodziny. W jednym z nich pisał: „Okropność tego miejsca przewyższa wszystko, co czytaliśmy o Bastylii. Okrucieństwo przejawia się we wszystkim, ale ja jestem silniejszy od ich metod. […] Nigdy nie schylę przed nimi czoła”.

W innym liście znajduje się następujące zdanie: „Czasami przez cały rok nie oglądam słońca ani nie wypuszczają mnie z tej celi”.

W spokojnym, precyzyjnym i niekiedy ironicznym stylu ojciec daje świadectwo zdumiewającej cierpliwości:

Teraz opiszę ten wspaniały pałac. […] Cela to betonowe pudło. Ściany zrobione są z płyt prefabrykowanych. Stalowe drzwi nie przepuszczają powietrza. Okno znajduje się trzy i pół metra nad ziemią. Meble są w stylu Ludwika XIV: stary materac wyleżany przez tylu poprzednich więźniów, w kilku miejscach podarty. Tutejszy świat jest pusty.

Z tych listów oraz świadectw więźniów, które zdołałem zebrać dzięki pomocy Amnesty International, Human Rights Watch i szwajcarskiej organizacji TRIAL, dowiedzieliśmy się, że ojciec przebywał w więzieniu Abu Salim co najmniej od marca 1990 roku do kwietnia 1996 roku, kiedy zabrano go z celi i albo przeniesiono do innego tajnego skrzydła w tym samym więzieniu, albo przetransportowano do innego miejsca odosobnienia, albo stracono.

Pod koniec sierpnia 2011 roku Trypolis wpadł w ręce rewolucjonistów, którzy zajęli więzienie Abu Salim. Wyważyli drzwi cel i wszyscy ludzie stłoczeni w betonowych pudłach wyszli na światło dzienne. Byłem wtedy w domu w Londynie. Cały dzień wisiałem na telefonie, rozmawiając z jednym z mężczyzn rozbijających stalowe drzwi wewnątrz więzienia. „Czekaj, czekaj!” – wołał, a ja słyszałem, jak dwuręczny młot wali o stal. Nie był to dźwięk dzwonu na otwartej przestrzeni, ale odgłos dobiegający gdzieś z głębin niczym przywoływane wspomnienie. Chcę tam być, a zarazem nie chcę. Niezliczone głosy wołały: „Bóg jest wielki!”. Mężczyzna oddał młot drugiemu, słyszałem, jak dyszy, każdy oddech wyrażał zdecydowanie i triumf. Chcę tam być, a zarazem nie chcę. Doszli do celi w podziemiach – ostatniej, która została. Krzyki się wzmogły, ludzie na wyścigi starali się pomóc. Usłyszałem, jak mój rozmówca woła: „Co? W środku?”. Zrobiło się zamieszanie. Zaraz potem usłyszałem: „Jesteś pewien?”. Znów wziął telefon i powiedział, że w celi jest chyba ktoś znany z Adżdabii, rodzinnego miasta mojego ojca, przebywający od wielu lat w odosobnieniu. Nie byłem w stanie wymówić ani słowa. Chcę tam być, a zarazem nie chcę. „Nie rozłączaj się” – powiedział mój rozmówca. Powtarzał to co kilka sekund. Nie wiem, czy minęło dziesięć minut, czy sześćdziesiąt. Kiedy w końcu wyważyli drzwi, znaleźli w pomieszczeniu bez okien starego niewidomego człowieka. Jego skóra od lat nie widziała słońca. Zapytali, jak się nazywa, odparł, że nie wie. Z jakiego rodu pochodzi? Nie wiedział. Jak długo tu przebywa? Najwyraźniej stracił pamięć. Miał przy sobie jedną jedyną rzecz: zdjęcie mojego ojca. Dlaczego? Kim dla niego był? Nie wiedział. Choć nie mógł sobie niczego przypomnieć, był szczęśliwy, że odzyskał wolność. Tak powiedział mi człowiek, z którym rozmawiałem przez telefon: „Szczęśliwy”. Chciałem zapytać o zdjęcie. Czy jest nowe, czy stare? Czy wisiało na ścianie, znajdowało się pod poduszką, czy też leżało na podłodze przy łóżku? Czy było tam łóżko? Czy więzień miał łóżko? Nie zadałem żadnego z tych pytań. Kiedy mężczyzna powiedział: „Przykro mi”, podziękowałem mu i rozłączyłem się.

Do października, w czasie gdy próbowałem skupić się na swojej pracy dydaktycznej w Nowym Jorku, wszystkie więzienia polityczne, wszystkie tajne miejsca odosobnienia, wpadały jedno po drugim w ręce rewolucjonistów. Otwierali cele, uwalniali więźniów, ustalali ich tożsamość. Ojca nigdzie nie było. Po raz pierwszy prawda okazała się bezsporna. Było oczywiste, że został zastrzelony, powieszony, zagłodzony lub zamęczony na śmierć. Nikt nie wie kiedy albo też ci, którzy wiedzą, już nie żyją, uciekli lub są zbyt zastraszeni bądź zobojętniali, żeby coś powiedzieć. Czy stało się to w szóstym roku jego uwięzienia, gdy przestały przychodzić listy? Może podczas masakry, do której doszło tamtego roku w tym samym więzieniu, kiedy tysiąc dwustu siedemdziesięciu ludzi otoczono i wystrzelano? A może była to samotna śmierć, w siódmym, ósmym lub dziewiątym roku spędzonym w więzieniu? Albo w dwudziestym pierwszym, zaraz po wybuchu rewolucji? Może po jednym z moich licznych wywiadów, w których potępiałem dyktaturę? A może ojciec żył, w co Zijad nadal wierzył, nawet po otwarciu wszystkich więzień. Może – nie tracił nadziei mój brat – ojciec znalazł się na wolności, ale z powodu jakichś niedomagań – utraty pamięci, utraty wzroku, mowy lub słuchu – nie mógł odnaleźć drogi do rodziny, jak Gloucester błądzący po wrzosowisku w Królu Lirze. „Dajcie mi rękę, jesteście już tylko o stopę od krawędzi”[1] – mówi Edgar do ślepego ojca, który postanowił rozstać się z życiem. Wers ten był ze mną przez minione dwadzieścia pięć lat.

Bez wątpienia historia więźnia, który stracił pamięć, sprawiła, że Zijad uwierzył, iż ojciec mógł jakimś sposobem przeżyć. Kilka dni po moim przyjeździe do Nowego Jorku brat zadzwonił i poprosił, żebym znalazł kogoś, kto potrafiłby sporządzić portret ojca w takiej postaci, jak mógłby teraz wyglądać, żeby rozesłać go po całym kraju i umieścić w internecie. „Ktoś może go rozpoznać” – powiedział. Skontaktowałem się z kanadyjską plastyczką pracującą dla laboratorium kryminalistycznego. Zażądała możliwie jak najwięcej zdjęć ojca, jego rodzeństwa oraz mojego dziadka. Kiedy je otrzymała, zadzwoniła z listą pytań o jego więzienne przejścia: co jadł, czy mógł być torturowany albo zachorować? Po dziesięciu dniach przysłała mi rysunek. Z całą bezwzględnością oddała obwis­łe policzki, zapadnięte oczy, uwydatniła ledwo widoczną bliz­nę na czole. Najgorsza w tym portrecie była jego wiary­godność. Sprawiła, że zacząłem się zastanawiać nad innymi zmianami. Co się na przykład stało z zębami, które pokazywał doktorowi Mazzoleniemu w Rzymie na corocznym przeglądzie? Włoski dentysta za każdym razem powtarzał coś, co wprawiało nas w cichą dumę: „Powinien być pan wdzięczny Libii i jej minerałom za takie świetne zęby”. Co się stało z językiem, który w szczególny sposób artykułował moje imię, z gardłem wzmacniającym dźwięki, z wszystkimi częściami głowy, tej kabiny pogłosowej – nozdrzami i jamami, ciężarem jej kości, ciała i mózgu – jak zmieniło się brzmienie tego łagodnego głosu? Jak brzmiałby nowy, starszy głos? Nie wysłałem portretu Zijadowi, a on przestał o niego pytać. Pokazałem mu go przy następnym spotkaniu. Obrzucił go krótkim spojrzeniem i powiedział: „Nie jest wierny”. Przytaknąłem i włożyłem rysunek z powrotem do koperty. „Nie pokazuj go matce” – dodał Zijad.

Owego zimnego październikowego wieczoru w Nowym Jorku zacząłem wątpić zarówno w to, czy potrafię wrócić do Libii, jak i w swoją niechęć do powrotu. Wróciłem do naszego mieszkania przy Upper West Side. Nie powiedziałem Dianie o „nieskazitelnej” idei, która zrodziła się w moim umyśle, gdy szedłem do domu. Zjedliśmy kolację. Sprzątnąłem ze stołu, niespiesznie pozmywałem. Słuchaliśmy muzyki, a potem wyszliśmy, żeby pospacerować ciemnymi ulicami. Tej nocy prawie nie spałem. Uświadomiłem sobie, że jeśli nie wrócę do Libii, nigdy nie pozwolę sobie na to, żeby znów o niej myśleć, co prowadziłoby tylko do nowej formy oporu, a z oporem już skończyłem.

O świcie wyszedłem z domu. Odpowiadała mi obojętność Nowego Jorku. O Manhattanie zawsze myślałem tak, jak sierota mógłby myśleć o matce, która zostawiła go na progu meczetu: nie znaczył dla mnie nic, a zarazem znaczył wszystko. W chwilach rozpaczy przedstawiał możliwość ostatecznego skończenia z tułaczką. Szedłem ciężkim krokiem. Uświadomiłem sobie, jaki jestem stary, choć zachowałem chłopięce cechy, jak gdyby część mnie przestała się rozwijać z chwilą, gdy opuściliśmy Libię. Byłem jak Owidiusz na wygnaniu w wyobrażeniu Davida ­Maloufa – zinfantylizowany przez emigrację. Skierowałem się do swojego gabinetu na uczelni. Chciałem pogrążyć się w pracy. Próbowałem myśleć o wykładzie, który miałem wygłosić po południu – o Procesie Kafki. Myślałem o czułości, jaką żywił K. wobec dwóch panów, którzy przyszli go zabić, o jego mrocznym i bohaterskim poddaniu się, o słowach, które sobie w duchu mówił: „Jedyne, co teraz mogę zrobić, to zachować do końca spokój, rozwagę, rozsądek”, i o korygującym, pełnym żalu odkryciu: „Zawsze pragnąłem dwudziestoma rękami naraz chwytać świat”[2]. Pomyślałem, że to dobrze, iż mam wykłady, nad którymi się muszę zastanowić. W chodniku, którym szedłem, była kratownica, a pod nią pomieszczenie wysokie na tyle, że człowiek mógłby w nim stanąć, ale zbyt wąskie, by mógł się położyć. Głębokie, szare pudło zagłębione w ziemi. Nie miałem pojęcia, jaką spełnia funkcję. Nie wiedziałem, jak to się stało, ale już po chwili klęczałem nad nim, zaglądając do środka. Za nic nie mogłem wypatrzyć żadnej klapy, żadnej rury, żadnego wyjścia. Nagle mnie dopadło. Rozpłakałem się, usłyszałem własny szloch.

2. Czarny garnitur

W 1980 roku nasza rodzina mieszkała w Egipcie. Jako dziecko nieraz siadywałem w swoim pokoju nad atlasem i próbowałem obliczyć, ile kilometrów dzieli nasz dom od granicy. Co roku Kaddafi miał umrzeć albo zostać zmuszony do ucieczki z kraju. Co roku mieliśmy wrócić do ojczyzny. W 1985 roku, kilka miesięcy po tym, jak Zijad cudem uniknął niebezpieczeństwa w Szwajcarii, powiedziałem, że chciałbym pojechać do Europy do szkoły z internatem. Wybrałem Anglię. Ze względu na to, co przytrafiło się bratu, musiałem skryć się pod pseudonimem. Lubiliśmy słuchać Boba Marleya i Boba Dylana, Zijad zaproponował więc, żebym przybrał imię Bob. Miałem się podawać za chrześcijanina, syna Amerykanina i Egipcjanki. Rok później znalazłem się w angielskiej szkole z internatem i na kolejne dwa lata przybrałem nową tożsamość. Na początku wydawało się to zaskakująco łatwe. Udawanie kogoś innego sprawiało mi nawet uciechę.

Spodobała mi się pewna dziewczyna. Jej skóra miała kolor gęstego miodu, a wielkie oczy błyszczały jak polerowane drewno. Bardzo dużo czytała. Co drugi dzień widywałem ją w bibliotece z nową książką. Cechowały ją zagadkowa dla mnie pewność siebie oraz ciepło, ­którego intensywność – czego byłem pewien – zawdzięczała ustabilizowanemu życiu. Wyobrażałem sobie, jak mogą brzmieć słowa przechodzące przez jej gardło, ale nie miałem odwagi do niej podejść, a ponieważ nie chodziliśmy wspólnie na żadne zajęcia, usłyszałem jej głos dopiero na wiosennym balu, gdy przeszła przez salę i ku mojemu zdumieniu poprosiła mnie do tańca. Przetańczyliśmy kilka piosenek, potem staliśmy obok siebie pod ścianą. Kiedy dla chłopców nadszedł czas powrotu do internatu, odprowadziła mnie kawał drogi do autobusu. W żywopłocie cykały świerszcze, jedyne światło padało od dalekiej latarni. Przystanęliśmy. Przytknęła usta do mojego policzka i długo ich nie odrywała. Wciąż pamiętam delikatne ciepło jej warg. Ze szczęścia nie mogłem usnąć. Ale następnego ranka, kiedy podbiegła do mnie, gdy stałem w kolejce do jadalni, okazałem chłód i nie odezwałem się. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym całować usta, które nigdy nie wypowiedziały mojego prawdziwego imienia. Do tej pory pamiętam wyraz jej twarzy, na której malowało się zaskoczenie tą niespodziewaną zdradą.

Minął rok, przyjechałem do domu na letnie wakacje, żeby jeść potrawy przygotowane przez mamę i słyszeć swoje imię oraz jego rozmaite zdrobnienia, wypowiadane na głos publicznie i w rodzinnym gronie. Tęskniłem za arabską mową i wszystkim, co arabskie: gestami, obyczajami, muzyką. Gdy zbliżał się czas powrotu do Anglii, straciłem swoją żywiołowość. Rodzice to zauważyli. Pewnego popołudnia ojciec wszedł do mojego pokoju.

– Mam nadzieję, że wiesz, że zawsze możesz zmienić zdanie – powiedział łagodnie. Ale z takim trudem wywalczyłem wyjazd do szkoły za granicą, że teraz musiałem wytrwać.

Po powrocie do Anglii jeden z kolegów powiedział mi, że jest wśród nas nowy chłopiec.

– To Arab. Ma na imię Hamza.

– Skąd pochodzi? – zapytałem.

– Chyba z Libii. A może z Libanu?

Sprawdziłem nazwisko. Z całą pewnością było libijskie. Ojciec Hamzy pracował dla rządu. Nie miałem wątpliwości, że gdyby odkrył, jak się naprawdę nazywam, toby mnie zidentyfikował. Mój ojciec należał już wtedy do najbardziej znanych przywódców opozycji. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, Hamza wyciągnął rękę i powiedział: „Marhaba”[3]. Uśmiechnął się, a jego uśmiech stał mi się niebawem tak dobrze znajomy. Od razu połączyła nas przyjaźń. Lubiliśmy podobną muzykę. W środy, kiedy mieliśmy wolne popołudnie, większość chłopców szła do pubu, ale my dwaj szukaliśmy dobrej restauracji. Pewnego dnia Hamza oznajmił, że kocha mnie jak brata. Powiedziałem mu to samo.

Prawie nigdy nie mówił o Libii. Nie byłem w kraju od ośmiu lat. Żałowałem, że nie mogę zapytać o nic, co się z nim wiąże. Pewnego razu podczas pieszej wycieczki do lasu zacząłem bezwiednie nucić libijską piosenkę ludową. Nie uszło to uwagi Hamzy.

– Najlepszy przyjaciel mojego brata jest Libijczykiem – wyjaśniłem. – Kiedyś zaprosił nas na wesele. Szalona impreza. Zawsze przynosi ze sobą nagrania. Znasz tę melodię? Skąd jest? Jakie są słowa?

W tym właśnie czasie mój wychowawca, jedyna osoba poza dyrektorem, która znała moją prawdziwą tożsamość, zaczął zapraszać mnie do domu. Był Walijczykiem, wyglądał jak Ted Hughes i podobnie jak poeta był zapalonym wędkarzem. Zawsze pachniał cygarami. Czasem wieczorami, kiedy światła pogasły, pukał do drzwi i wołał mnie szeptem: „Robert, telefon do ciebie”. Schodziliśmy razem do jego mieszkania, które zajmował z żoną, czworgiem dzieci i dwoma psami. Siadaliśmy przy kuchennym stole. Nalewał mi kieliszek czerwonego wina, a jego żona smażyła dla mnie jajko. Nigdy nie zwrócił się do mnie prawdziwym imieniem. Po prostu od czasu do czasu umożliwiał mi bycie tym, kim naprawdę byłem.

Między mną a Hamzą wytworzył się szczególny stosunek – była to przyjaźń przypominająca schronienie. Z końcem roku szkolnego, gdy każdy z nas miał pójść własną drogą, zadawałem sobie pytanie, jak nasza więź – dotąd hermetycznie zamknięta w szkole – przetrwa. W głębi duszy poczułem ulgę, kiedy Hamza dostał się na Uniwersytet w Cardiff. Ja miałem studiować w Londynie. Na pożegnanie spotkaliśmy się z grupą innych studentów w pubie w pobliskim miasteczku. Pełni entuzjazmu, przyrzekaliśmy sobie, że na zawsze pozostaniemy w kontakcie. Kilka razy spojrzałem na twarze kolegów i usłyszałem w duchu słowo „niemożliwe”. Jak mógłbym ich znów zobaczyć, nawet tego mi najdroższego? Postanowiłem opuścić towarzystwo. Przed podróżą na stację chciałem skorzystać z toalety. Hamza wyszedł za mną. Pamiętam nasze równo­ległe odbicia w lustrach, kiedy staliśmy, myjąc ręce. Objęliśmy się.

– Będę tęsknił za tobą, stary – powiedział Hamza.

W pamięci utkwił mi kształt jego ucha, na którym skupiłem wzrok. Mimo woli wyrwało mi się:

– Hamza, jestem Libijczykiem. Nazywam się Hisham Matar. Jestem synem Dżaballaha Matara.

Nie spłynęło to po nim. Poczułem, jak jego mięśnie stężały.

– Przykro mi – powiedziałem, nie wiedząc, za co właściwie przepraszam.

Kiedy spojrzeliśmy na siebie, łzy ciekły nam z oczu. Znów się objęliśmy, wróciliśmy do baru i piliśmy dalej. Zostaliśmy wszyscy aż do zamknięcia pubu. Żaden z nas nie wspomniał ani słowem o tym, co zaszło. Hamza ani razu nie nazwał mnie Hishamem.

Klnąc się na życie własnego ojca, uparł się, że zapłaci za taksówkę, która zawiezie mnie do Londynu. W połowie drogi poprosiłem kierowcę, żeby się zatrzymał. Zwymiotowałem na poboczu.

Po latach, idąc z Dianą ulicą Marylebone, zobaczyłem Hamzę, który szedł z naprzeciwka. Najwyraźniej zauważył mnie pierwszy, bo taki sam uśmiech rozjaśniał jego twarz. Uścisnęliśmy sobie ręce i objęliśmy się. Przedstawiłem go Dianie. Była w nim ta dumna nieśmiałość, jaką odczuwają bliscy przyjaciele, gdy poznają ukochaną osobę tego drugiego. Sięgnęliśmy do kieszeni po kartki. Zapisaliśmy numery telefonów. Byłem jednak pewien, że obaj dobrze wiemy, iż żaden z nas nie zadzwoni.

Do tej pory właściwie nie wiem, dlaczego w wieku piętnastu lat, żyjąc w kochającej, tolerancyjnej rodzinie, zdecydowałem się opuścić Egipt, Morze Czerwone i Morze Śródziemne, przyjaciół, Pioruna – owczarka niemieckiego, którego sam wykarmiłem (i który bynajmniej nie miał pioruńskiego charakteru) – a przede wszystkim wyrzec się własnego imienia i przenieść się trzy tysiące pięćset kilometrów na północ, żeby zamieszkać w wielkim, nieogrzewanym kamiennym budynku z czterdziestoma angielskimi chłopcami, wśród podmokłych pól, pod niebem prawie zawsze zasnutym chmurami. Byłem tam Robertem, tylko czasami Bobem.

Zakochałem się w tym krajobrazie jakieś pięć lat wcześniej, jako dziesięciolatek. Przyjechaliśmy do Londynu, ale dowiedziawszy się, że jeden z kuzynów uczy się w szkole z internatem w Somerset – a może było to Dorset czy nawet Devon? – postanowiliśmy wsiąść do pociągu zmierzającego na zachód od Paddington. Pamiętam dworzec, pamiętam też wrażenie, że wagon stał się lżejszy, kiedy zwarta zabudowa stolicy została za nami, jakby siła grawitacji działała w mieście z większą mocą. Gęste zielone żywopłoty to przybliżały się, to znikały. Woda płynęła w rzekach albo skraplała się na liściach, przez co powietrze stawało się ostre i wilgotne. Następnym etapem podróży była jazda samochodem między żywopłotami wznoszącymi się po obu stronach szosy. Im dalej, tym węższe i bardziej zapadnięte stawały się drogi, jakby ziemia chciała nas zagarnąć. Światło się nie zmieniło, inne tylko były chmury – ciasno ze sobą splecione, o bladych podbrzuszach i o ton ciemniejszych krańcach. Odnios­łem wrażenie – dziś myślę, że dziwne jak na dziesięciolatka – że gdybym zostawił tutaj coś cennego dla mnie, ale dla innych ludzi nieposiadającego wartości, a przez to narażonego na zniszczenie, nikt by tego nie ruszył. Mógłbym później wrócić i znaleźć to coś dokładnie tam, gdzie je odłożyłem.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Przekład Józefa Paszkowskiego (wszystkie przypisy pochodzą od ­tłumaczki).

[2] Franz Kafka, Proces, przeł. Bruno Schulz, Warszawa: PIW, 1981, s. 162.

[3] Marhaba (arab.) – Cześć.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2018

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Powrót 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze