"Nie" to za mało. Jak stawić opór polityce szoku i stworzyć świat, jakiego nam trzeba

"Nie" to za mało. Jak stawić opór polityce szoku i stworzyć świat, jakiego nam trzeba

Autorzy: Naomi Klein

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

cena od: 25.20 zł

Gorąca reakcja na najważniejsze wydarzenia polityczne, przede wszystkim na wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, oraz na gwałtownie rosnące w innych krajach prawicowy populizm i nacjonalizm.

To książka o systemie, w którym ktoś taki jak Trump mógł zostać prezydentem. Książka o procesach i prawidłowościach tego systemu, które mimo lokalnych różnic są takie same w Stanach, Polsce i w wielu krajach Europy. Naomi Klein nie tylko pomaga zrozumieć, jakie wydarzenia i jakie idee doprowadziły nas do miejsca, w którym się dziś znajdujemy, lecz pokazuje także, jak się z tego miejsca wydostać.

Jako obserwatorka procesów społecznych, gospodarczych i politycznych potrafi precyzyjnie opisywać zjawiska, które większość z nas dopiero przeczuwa, i nadawać im nazwy, dzięki którym rozpoznajemy je w naszej rzeczywistości. A jako pisarka i aktywistka potrafi wyciągać wnioski z doświadczeń lewicowych ruchów społecznych – i nieustannie korygować swoją perspektywę, uwzględniając nowe fakty i zmieniające się konteksty.

Jaki będzie dalszy rozwój wypadków na arenie wewnętrznej w Stanach Zjednoczonych i na arenie międzynarodowej?

Chociaż Naomi Klein skupia się na realiach amerykańskich, stara się nadać swoim rozważaniom perspektywę globalną.

Tytuł oryginału: No Is Not Enough

Redakcja: Magdalena Błędowska

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Mariola Hajnus

© 2017 by Naomi Klein

All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Marek Jedliński

ISBN 978-83-287-0853-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Dla mojej Mamy, Bonnie Sherr Klein,

która codziennie uczy mnie odporności na szok.

Nie próbuję obalić rządu w Ameryce.

To zrobił już wielki biznes.

John Trudell (1946–2015),

aktywista, artysta i poeta

z plemienia Dakotów Santee

Spis treści

WSTĘP

CZĘŚĆ I – JAK TU DOTARLIŚMY: SUPERMARKI PODBIJAJĄ ŚWIAT

ROZDZIAŁ PIERWSZY – TRIUMF MARKI TRUMP

ROZDZIAŁ DRUGI – PIERWSZA RODZINA MAREK

ROZDZIAŁ TRZECI – IGRZYSKA ŚMIERCI W MAR-A-LAGO

CZĘŚĆ II – GDZIE JESTEŚMY: KLIMAT NIERÓWNOŚCI

ROZDZIAŁ CZWARTY – ZEGAR KLIMATYCZNY WYBIJA PÓŁNOC

ROZDZIAŁ PIĄTY – CZŁOWIEK, KTÓREMU WSZYSTKO WOLNO

ROZDZIAŁ SZÓSTY – POLITYKA NIE ZNOSI PRÓŻNI

ROZDZIAŁ SIÓDMY – POKOCHAJMY POPULIZM (EKONOMICZNY)

CZĘŚĆ III – MOŻE BYĆ GORZEJ: NADCHODZĄ WSTRZĄSY

ROZDZIAŁ ÓSMY – KOMU SŁUŻY KRYZYS (A DOSKWIERA DEMOKRACJA)

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY – PIEKIELNY KONCERT ŻYCZEŃ CZEGO SIĘ SPODZIEWAĆ, GDY NADEJDZIE KRYZYS

CZĘŚĆ IV – CZEGO TRZEBA, ŻEBY BYŁO LEPIEJ

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY – GDY DOKTRYNA SZOKU ZAWODZI

ROZDZIAŁ JEDENASTY – GDY NIE WYSTARCZYŁO MÓWIĆ „NIE”

ROZDZIAŁ DWUNASTY – LEKCJA ZE STANDING ROCK ODWAŻMY SIĘ MARZYĆ

ROZDZIAŁ TRZYNASTY – CZAS NA SKOK MAŁE KROKI JUŻ NIE WYSTARCZĄ

ZAKOŃCZENIE – ŻYCZLIWA WIĘKSZOŚĆ NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI

POSTSCRIPTUM – MANIFEST: SKOK W PRZYSZŁOŚĆ APEL O KANADĘ, W KTÓREJ DBAMY O ZIEMIĘ I O SIEBIE NAWZAJEM

PODZIĘKOWANIA

WSTĘP

Szok.

To słowo powraca raz po raz, odkąd w listopadzie 2016 roku Donald Trump został prezydentem. Odmienia się je przez wszystkie przypadki: by opisać niedowierzanie, że wynik wyborów może się aż tak rozmijać z sondażami, by oddać stan emocjonalny tych, którzy obserwowali drogę Trumpa na szczyt, albo by nazwać jego sposób sprawowania władzy, tak bardzo przypominający blitzkrieg. „Szok dla systemu” – właśnie tymi słowami wielokrotnie anonsowała nową erę w polityce doradczyni Trumpa, Kellyanne Conway.

Od niemal dwudziestu lat analizuję wielkie społeczne wstrząsy – jak przebiegają, jaki użytek czynią z nich politycy i korporacje, jak się je niekiedy rozmyślnie podsyca, by zyskać jeszcze większą przewagę nad zdezorientowanym społeczeństwem. Pisałam też o rewersie tego procesu: o społecznościach, które jednoczą się w przekonaniu, że wspólnie doświadczany kryzys może doprowadzić do zmiany świata na lepsze.

To dziwne uczucie przyglądać się triumfowi Trumpa. Nie tylko dlatego, że prezydent poddaje polityce szoku najpotężniejszy i najsilniej uzbrojony kraj świata. Chodzi o coś więcej. W książkach, filmach i reportażach śledczych udokumentowałam wiele niepokojących zjawisk: rozkwit „supermarek”, coraz głębsze podporządkowanie systemu politycznego właścicielom największych majątków, narzucanie całemu światu neoliberalnej hegemonii, zaprzęganie do bieżącej polityki rasizmu i strachu przed „obcymi”, opłakane skutki wolnego handlu, a wreszcie przemożny wpływ klimatycznego negacjonizmu po prawej stronie politycznego spektrum. Gdy zaczęłam się przypatrywać karierze Trumpa, zobaczyłam monstrum doktora Frankensteina, zszyte nie z martwych części ciała, ale z wszystkich tych i wielu innych groźnych tendencji.

Dziesięć lat temu ukazała się moja książka Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne. Analizuję w niej cztery dekady współczesnej historii, od zamachu stanu Augusto Pinocheta w Chile po kryzys wywołany upadkiem Związku Radzieckiego; od Bagdadu, w którym amerykańskie wojsko siało „szok i przerażenie”, po Nowy Orlean zdewastowany przez huragan Katrina. „Doktryną szoku” określam brutalną taktykę systematycznego wykorzystywania dezorientacji, jaka ogarnia społeczeństwo przeżywające wielki zbiorowy wstrząs – wojnę, zamach stanu, atak terrorystyczny, krach gospodarczy czy klęskę żywiołową – do przepychania radykalnych probiznesowych reform, nazywanych często „terapią szokową”.

Chociaż Trump pod pewnymi względami wyłamuje się z tego modelu, realizuje podobny scenariusz, znany z innych krajów, gdzie kryzys posłużył za pretekst do pośpiesznej transformacji ustrojowej. Już w pierwszym tygodniu urzędowania z Białego Domu ruszyła lawina dekretów. Próba nadążenia za nimi przyprawiała o zawrót głowy. Przywodziło mi to na myśl słowa Haliny Bortnowskiej, polskiej obrończyni praw człowieka, która opisywała, co przeżywał jej kraj, gdy tuż po upadku komunizmu społeczeństwo poddano szokowej terapii gospodarczej. Zawrotne tempo zmian, które następowały jedna po drugiej, Bortnowska porównała do „różnicy pomiędzy latami życia psów i życia ludzi”, dodając: „Zaczynaliśmy mieć do czynienia z reakcjami półpsychotycznymi. Nie można było dłużej oczekiwać, że ludzie będą działać w swoim najlepiej pojętym interesie, skoro byli tak zdezorientowani, że nie wiedzieli – albo nie dbali o to – na czym ten interes polega”.

Dziś nie ulega już wątpliwości, że Trump i jego doradcy chcą osiągnąć ten sam efekt, o którym pisała Bortnowska – próbują zastosować doktrynę szoku we własnym kraju. Toczą regularną wojnę ze sferą publiczną i dobrem wspólnym, czy to uchylając przepisy o ochronie środowiska, czy to odbierając głodnym prawo do zasiłku. Każdy taki wyłom natychmiast wypełnia niczym nieograniczona władza swobodnie działającego biznesu. To program tak jawnie niesprawiedliwy i tak otwarcie przesiąknięty korupcją, że można go zrealizować tylko przy pomocy makiawelicznej polityki zaostrzania podziałów rasowych i płciowych – i nieustannego spektaklu w mediach dla odwrócenia uwagi. A wprowadzaniu tego programu w życie służą, rzecz jasna, zarówno rozdęty budżet wojskowy i eskalacja konfliktów zbrojnych od Syrii po Koreę Północną, jak i prezydenckie rozważania o „skuteczności tortur”.

O tym, do czego zmierza obecna administracja, wiele mówi poczet miliarderów i multimilionerów zaproszonych przez Trumpa do jego gabinetu. ExxonMobil na sekretarza stanu. General Dynamics i Boeing na szefów Departamentu Obrony. A na wszystkie inne stanowiska – panowie z Goldman Sachs. Kilkoro zawodowych polityków postawiono na czele rządowych agencji najwyraźniej dlatego, że albo nie aprobują misji instytucji, którymi mają kierować, albo chcą je wręcz likwidować. Steve Bannon, główny strateg kampanii Trumpa (obecnie, jak się wydaje, odstawiony na boczny tor), mówił o tym otwarcie w lutym 2017 roku, przemawiając do konserwatywnej publiczności. Jak się wyraził, celem jest „demontaż administracji państwowej” – czyli rządowych regulacji i agencji powołanych do ochrony obywateli i ich praw. „Spójrzcie na nominacje do gabinetu prezydenta – dodał. – Te osoby zostały wybrane po to, by wykonać przydzielone im zadanie. Tym zadaniem jest demontaż”.

Wiele mówiono o domniemanym konflikcie między chrześcijańskim nacjonalizmem Bannona a globalistycznym nastawieniem bliżej związanych z establishmentem współpracowników Trumpa, takich jak jego zięć Jared Kushner. Niewykluczone, że gdy ta książka się ukaże, Bannon wypadnie już z gry[1]. Właśnie dlatego warto podkreślić, że jeśli chodzi o demontaż państwowych instytucji i powierzenie ich zadań nastawionym na zysk korporacjom, między Bannonem a Kushnerem nie ma żadnej rozbieżności.

Gdy dzień po dniu obserwowałam bieg wydarzeń, uderzyło mnie, że tym razem nie mamy do czynienia ze zwyczajowym „przekazaniem pałeczki” między partiami politycznymi. Dziś, po wielu dekadach starań, władzę w Waszyngtonie na dobre przejmuje biznes. Biznesowe grupy interesu od dawien dawna kupowały sobie przychylność obu największych partii, ale najwyraźniej ta zabawa w końcu im zbrzydła. Jawna korupcja w majestacie prawa, nieustanne wkradanie się w łaski polityków, wystawne lunche i kolacje, jakimi trzeba było ich podejmować – wielki biznes uznał, że to wszystko jest poniżej jego godności. W końcu więc pozbył się pośrednika – tych zachłannych polityków, którym wiecznie mało, choć mieli dbać o interes publiczny – i postanowił zrobić to, co robi każdy szef, gdy zadanie ma być wykonane dobrze: wykonać je samemu.

Właśnie dlatego Biały Dom nie zniża się dziś do odpowiedzi na poważne pytania o konflikty interesów i łamanie zasad etycznych. Trump najpierw zwlekał z opublikowaniem swoich zeznań podatkowych, a później oznajmił wprost, że nie sprzeda swojego biznesowego imperium ani nawet nie przestanie czerpać z niego zysków. Jeśli wziąć pod uwagę, że koncern Trump Organization zarabia na udzielaniu licencji i praw do swoich znaków towarowych, a to wymaga podpisywania umów z władzami innych państw, już ta jedna decyzja może w istotny sposób naruszać konstytucję Stanów Zjednoczonych, która zabrania prezydentom przyjmowania prezentów i gratyfikacji od obcych rządów. Na tej podstawie wytoczono mu już zresztą proces.

Na Trumpie i jego otoczeniu nie robi to jednak wrażenia. Znamienną cechą tej administracji jest niewzruszone poczucie bezkarności, tak jakby nie dotyczyły jej zwyczajowe reguły i powszechnie obowiązujące prawo. Ktokolwiek ośmieli się tej bezkarności zagrozić, natychmiast traci pracę – zapytajcie Jamesa Comeya, byłego dyrektora FBI. Jeszcze do niedawna zasiadający w Białym Domu namiestnicy wielkich korporacji nosili maski: uśmiechniętego aktora Ronalda Reagana czy pozującego na kowboja George’a W. Busha (choć za plecami tego ostatniego czaił się skrzywiony Dick Cheney z koncernu Halliburton). Te maski spadły. Już nie trzeba niczego udawać.

Sytuację pogarsza fakt, że Trump nigdy nie kierował tradycyjnym przedsiębiorstwem. Cała jego kariera sprowadza się do roli figuranta na czele imperium wzniesionego wokół marki, którą jest on sam. A marka Donalda Trumpa – i jego córki Ivanki – właśnie zyskała na wartości dzięki fuzji z urzędem prezydenta USA. Model biznesowy rodziny Trumpa wpisuje się w szerszą reorientację struktur biznesowych, jaka zaszła w wielu transnarodowych korporacjach, których podstawowym towarem jest marka. Ta zmiana do głębi przeorała kulturę i rynek pracy – pisałam o tym w mojej pierwszej książce, No Logo. Nowy model oznacza, że obecny lokator Białego Domu ani nie odróżnia marki Trump od urzędu prezydenta sprawowanego przez Donalda Trumpa, ani nie umiałby pojąć, na czym takie rozróżnienie miałoby polegać. Prezydentura jest po prostu ostatecznym ukoronowaniem sukcesu marki Trump.

Zaczęłam się przyglądać bliżej trudnym do rozwikłania relacjom między Trumpem a jego marką komercyjną, by wyczytać z nich przyszłość, jaką zwiastują polityce. Dopiero to mi uświadomiło, dlaczego tyle wymierzonych w prezydenta ataków chybia celu – i jakie metody oporu mogą się okazać skuteczniejsze.

Sam fakt, że można tak otwarcie czerpać krociowe zyski ze sprawowania publicznego urzędu, musi niepokoić. Podobne obawy budzi dorobek pierwszego miesiąca prezydentury Trumpa. Cały system polityczny wydaje się chwiać. Jak wiemy jednak z historii, to dopiero początek wprowadzania w życie doktryny szoku. Mogą nas czekać znacznie gorsze czasy.

Znamy filary politycznego i ekonomicznego projektu Trumpa: to demontaż regulacji prawnych, zmasowany atak na instytucje państwa dobrobytu i usługi publiczne (uzasadniany po części świadomie podsycaną nienawiścią rasową i agresją wobec kobiet, które korzystają z przysługujących im praw), zdjęcie wszelkich ograniczeń z krajowego przemysłu wydobywczego (a więc odsunięcie na bok wyników badań nad klimatem i zmuszenie wielu rządowych instytucji do milczenia w tej sprawie), a wreszcie wojna z imigrantami i „radykalnym terroryzmem islamskim” (a więc eskalacja przemocy w kraju i za granicą).

Cały ten projekt niesie oczywiste zagrożenia dla najsłabszych, a jego realizacja pociągnie za sobą kolejne kryzysy i wstrząsy. Ekonomiczne, gdy jedna po drugiej będą pękać rynkowe bańki napompowane wskutek deregulacji; terrorystyczne, gdy fala antyislamskiej agresji się odbije, powróci i uderzy w Amerykę; pogodowe, które przyniesie postępująca destabilizacja klimatu; wreszcie przemysłowe – toksyczne wycieki z nieszczelnych rurociągów i walących się platform wiertniczych, co się dzieje zawsze, gdy likwidowane są przepisy bezpieczeństwa i regulacje środowiskowe.

Wszystko to zapowiada się niezwykle groźnie. Co gorsza, administracja Trumpa z pewnością wykorzysta te wstrząsy, by zrealizować najbardziej radykalne punkty swojego programu.

Nagły poważny kryzys – atak terrorystyczny albo krach na giełdzie – stałby się zapewne pretekstem do wprowadzenia czegoś w rodzaju stanu wyjątkowego, w którym zwyczajowe reguły przestałyby obowiązywać. Taka zasłona dymna pozwoliłaby z kolei przepchnąć te punkty programu Trumpa, które wymagają daleko idącego zawieszenia elementarnych norm demokracji. To między innymi zamknięcie granic dla muzułmanów (wszystkich, nie tylko tych z pewnych krajów), znany z Twittera pomysł sprowadzenia do Chicago policji federalnej w celu uciszenia ulicznych demonstracji czy wyraźne już dążenie do ograniczenia wolności prasy. Głęboki kryzys gospodarczy mógłby posłużyć za wymówkę do rozmontowania programów ubezpieczeń społecznych. Trump zobowiązał się co prawda, że je utrzyma, ale w jego otoczeniu nie brak ludzi, którzy od dawna nawołują do ich likwidacji.

Trump może mieć i inne powody, by intensyfikować kryzys. Jak w 2001 roku napisał argentyński powieściopisarz César Aira, „każda zmiana jest zmianą tematu”. Trump zdążył już udowodnić, że potrafi zmieniać temat w zawrotnym tempie. Ma do tego gotowy arsenał: od wpisów na Twitterze po pociski manewrujące Tomahawk. Naloty bombowe na Syrię, przeprowadzone w odpowiedzi na makabryczny atak bronią chemiczną, przyniosły mu poklask w mediach, a w niektórych kręgach nawet pewien szacunek. Im więcej będziemy się dowiadywać o rosyjskich powiązaniach Trumpa, im więcej skandali odkryją media w labiryncie jego kontaktów biznesowych, tym częściej będziemy świadkami zmiany tematu. A nic nie zmienia tematu równie skutecznie co potężny szok.

By wystąpił szok, nie wystarczy, że stanie się coś bardzo ważnego i bardzo złego. Szok pojawia się dopiero tam, gdzie dzieje się coś bardzo ważnego i bardzo złego, czego jeszcze nie rozumiemy. W stan szoku popadamy, gdy otwiera się przepaść między wydarzeniem a naszą zdolnością wytłumaczenia, co się stało. W takiej sytuacji – bez wyjaśnienia, bez oparcia – często stajemy się podatni na sugestie autorytetów, a one każą nam się bać innych ludzi i wyrzec się swoich praw dla większego dobra.

Dziś to zjawisko nie ogranicza się do Stanów Zjednoczonych. Po zsynchronizowanych atakach terrorystycznych w Paryżu w listopadzie 2015 roku francuski rząd ogłosił stan wyjątkowy i zakazał zgromadzeń o charakterze politycznym z udziałem więcej niż pięciu osób. Zarówno stan wyjątkowy, jak i zakaz demonstracji kilkakrotnie przedłużano. W Wielkiej Brytanii podobny szok wywołało referendalne zwycięstwo zwolenników opuszczenia Unii Europejskiej. Wiele osób miało wrażenie, że obudziły się w innym, obcym kraju. I właśnie wtedy konserwatywny rząd wyjął z szuflady cały pakiet uwsteczniających reform, opartych na założeniu, że Wielka Brytania nie odzyska konkurencyjności, dopóki nie zdereguluje gospodarki i nie obniży najbogatszym podatków do tego stopnia, że stanie się rajem podatkowym dla całej Europy. Wtedy także premier Theresa May ogłosiła nagle przedterminowe wybory, by pokonać dołującą w sondażach Partię Pracy i zapewnić sobie drugą kadencję, zanim brytyjskie społeczeństwo się zorientuje, że brexit nie oznacza spełnienia obietnic o dobrobycie, a przeciwnie – jeszcze twardszą politykę cięć i zaciskania pasa.

Do napisania każdej z poprzednich książek przygotowywałam się pięć, sześć lat. Zgłębiałam temat, badałam go z wielu stron i podróżowałam po świecie, by na własne oczy zobaczyć skutki zjawisk, o których zamierzałam pisać. Powstawały z tego opasłe tomy najeżone setkami przypisów. Ta książka jest inna. Napisałam ją w kilka miesięcy. Jest krótka i utrzymana w swobodnym stylu, bo wiem, że mało kto ma dziś czas na lekturę, a o wielu aspektach tej zawiłej historii, jaka rozgrywa się na naszych oczach, inni piszą już bardziej przenikliwie. Postanowiłam jednak ją opublikować, ponieważ wszystko, czego dowiedziałam się wcześniej, rzuca światło na istotne aspekty trumpizmu. Warto prześledzić politykę gospodarczą Trumpa, sięgając aż do źródeł, które dały początek modelowi biznesowemu jego przedsiębiorstw, przyjrzeć się znanym z historii, podobnym okresom destabilizacji i posłuchać głosu tych, którzy wynaleźli skuteczne metody przeciwstawienia się taktyce szoku. Dzięki temu dowiemy się co nieco o tym, w jaki sposób znaleźliśmy się na tej zgubnej drodze, jak przetrwać nadchodzące wstrząsy, a co najważniejsze – jak stanąć na pewnym gruncie. Tą książką staram się więc naszkicować plan oporu wobec polityki szoku.

W każdym ogarniętym kryzysem miejscu, gdzie się udałam z reporterskim notesem – w Atenach uginających się pod ciężarem greckiego długu, w spustoszonym przez huragan Katrina Nowym Orleanie czy w Bagdadzie pod amerykańską okupacją – dowiadywałam się jednego: tej taktyce można stawić opór. Wymaga to spełnienia dwóch warunków. Po pierwsze, trzeba jasno zdać sobie sprawę, jak działa polityka szoku i czyim służy interesom. Wiedząc to, można się łatwiej otrząsnąć i przejść do ofensywy. Po drugie – i równie ważne – trzeba przedstawić opis rzeczywistości inny niż ten, którym karmią nas doktorzy od terapii szokowej, a nasza opowieść musi być na tyle przekonująca, by mogła konkurować z dominującym przekazem. Ta wizja powinna się opierać na najcenniejszych dla nas wartościach i wytyczać inną ścieżkę, wiodącą jak najdalej od seryjnych wstrząsów. Ścieżkę, na której spotkamy się wszyscy, niezależnie od różnic etnicznych, wyznaniowych i płciowych, i która zmierza ku uzdrowieniu naszej planety, a nie ku dalszej destabilizacji, jaką przyniosą kolejne wojny i postępujące skażenie środowiska. A przede wszystkim potrzebna jest wizja, która zaoferuje namacalną poprawę warunków życia tym, którzy dziś cierpią – z braku pracy, pieniędzy na lekarstwa, pokoju albo nadziei.

Nie przychodzę z gotowym programem, który spełnia wszystkie te warunki. Jak każdy i każda z nas staram się go dopiero wypracować. Mam przekonanie, że taka wizja, jeśli ma powstać, musi być naszym wspólnym dziełem. A na czele tego twórczego procesu muszą stanąć ci, których obecny system traktuje z największą brutalnością. W końcowych rozdziałach przyjrzę się kilku pierwszym, obiecującym przykładom oddolnej współpracy różnorodnych organizacji i społeczników, którzy wspólnie kładą podwaliny pod taki program, zdolny konkurować z rozpasanym militaryzmem, nacjonalizmem i władzą korporacji. Choć to dopiero początki, można w nich dostrzec zarysy postępowego, przełomowego planu urządzenia świata, w którym wszyscy będą się czuć bezpiecznie i który nikogo nie pozostawi bez opieki. Takiego świata nam trzeba.

Do podjęcia tego wysiłku skłania nas świadomość, że „nie” to za mało. Nie wystarczy zwalczać złe idee i złych polityków. Kto wypowiada kategoryczne „nie”, musi zarazem wypowiedzieć wybiegające w przyszłość „tak” – sformułować plan na tyle wiarygodny i na tyle atrakcyjny, by wystarczająco wielu ludzi zapragnęło wcielenia go w życie bez względu na to, jakim wstrząsom i szokom będą poddawani. Stanowcze „nie” – dla Trumpa, dla Marine Le Pen, dla wielu innych ksenofobicznych i ultranacjonalistycznych partii całego świata, przeżywających dziś swój renesans – może zainspirować miliony osób do wyjścia na ulicę. Ale tylko przyszłościowe „tak” da im siłę do długiej walki. „Tak” to latarnia morska, która wskaże nam drogę wśród nadciągającej burzy.

W tej książce chcę wykazać, że Trump, choćby wydawał się w polityce postacią ekstremalną, jest nie aberracją, ale logiczną konsekwencją i zlepkiem praktycznie wszystkich najgorszych trendów ostatniego półwiecza. Donald Trump to produkt wpływowych ideologii, które wyceniają wartość ludzkiego życia według rasy, religii, płci, orientacji seksualnej, wyglądu i tężyzny fizycznej i które systematycznie – od czasów kolonizacji Ameryki Północnej i transatlantyckiego handlu ludźmi – podsycają podziały rasowe, by realizować brutalną politykę gospodarczą. To także namacalny dowód na zacieranie się granic między jednostkami ludzkimi a korporacjami – on sam jest jednoosobową megamarką, a jego żona i dzieci to marki poboczne, z nieodłącznymi patologiami i konfliktami interesów, jakie wynikają z takiego układu. Trump to ucieleśnienie wiary, że wpływy i pieniądze uprawniają do narzucania innym ludziom swojej woli – czy to przez seksualne wykorzystywanie kobiet, czy przez rabunkowe eksploatowanie ograniczonych zasobów naturalnych całej planety, która jest na skraju klimatycznej katastrofy. To produkt kultury biznesowej, w której największe uznanie i największe fortuny zdobywa się, łamiąc wszelkie zasady, lekceważąc prawo i ignorując standardy. A nade wszystko Trump to uosobienie wciąż potężnej ideologii wolnego rynku – wyznawanej tak przez partie konserwatywne, jak i centrowe – która wypowiedziała wojnę wszystkiemu, co jest dobrem wspólnym, a w dyrektorach megakorporacji widzi superbohaterów niosących ludzkości ocalenie.

W 2002 roku prezydent George W. Bush wydał w Białym Domu przyjęcie z okazji dziewięćdziesiątych urodzin intelektualnego architekta wojny ze sferą publiczną: radykalnego ideologa wolnego rynku, ekonomisty Miltona Friedmana. Ówczesny sekretarz obrony Donald Rumsfeld wzniósł wtedy toast słowami: „Milton to żywy dowód na prawdziwość znanego powiedzenia, że idee mają konsekwencje”. Nie mylił się – a bezpośrednią konsekwencją tych idei jest Donald Trump.

Z tego punktu widzenia staje się jasne, że w pewnym istotnym sensie Trump jako prezydent nie jest niczym szokującym. Jest raczej przewidywalną, a nawet banalną konsekwencją wszechobecnych idei i trendów, którym już dawno temu powinniśmy byli postawić tamę. Dlatego nawet gdyby ta koszmarna prezydentura miała się jutro skończyć, nadal musielibyśmy się mierzyć z politycznymi uwarunkowaniami, które ją stworzyły i które produkują repliki Trumpa na całym świecie. Gdyby zamiast obecnego prezydenta w Białym Domu zasiadł wiceprezydent Mike Pence albo przewodniczący Izby Reprezentantów Paul Ryan, wcale nie przybliżyłoby to nas do świata, w jakim chcemy żyć (a establishment Partii Demokratycznej łączy z klasą miliarderów równie gęsta sieć powiązań).

Chcę jeszcze dodać słowo o formie „my”, której używam w tej książce, pisząc raz o Stanach Zjednoczonych, a raz o Kanadzie. Przyczyna jest prosta: jestem obywatelką obu tych krajów. Z każdym z nich łączy mnie wiele głębokich związków. Moi rodzice pochodzą ze Stanów Zjednoczonych, tam też mieszka cała moja bliższa i dalsza rodzina. Wychowałam się jednak w Kanadzie i tu postanowiłam pozostać (w wieczór wyborczy tata przysłał mi esemesa: „Nie cieszysz się, że emigrację do Kanady masz już za sobą?”). Większość mojej dziennikarskiej i politycznej pracy dotyczy tego, co się dzieje w Stanach. Tam także biorę udział w niezliczonych zgromadzeniach i debatach o tym, jak wspólnie konstruktywnie odpowiedzieć na wyzwania naszych czasów.

Drugi powód, dla którego używam zaimka „my”, mając na myśli społeczeństwo Stanów Zjednoczonych, nie ma już nic wspólnego z moimi dwoma paszportami. Prezydentura USA odciska swoje piętno na całej ludzkości. Nikt nie jest w pełni izolowany od poczynań największej gospodarki świata, drugiego co do wielkości źródła emisji gazów cieplarnianych i posiadacza największego w świecie arsenału. Największe ryzyko i największy ciężar dźwigają ci, w których są wycelowane pociski rakietowe Ameryki, i ci, na których spadają jej straszliwe bomby. Ale gdy mocarstwowa potęga jest tak wielka, a polityka tak nieobliczalna, każdy człowiek na ziemi mieszka w jakiejś potencjalnej strefie bombardowań, opadu promieniotwórczego… a z pewnością w strefie ocieplającego się klimatu.

Nie ma jednej, spójnej wersji wydarzeń wyjaśniającej od początku do końca, jak się znaleźliśmy w tym miejscu. Nie ma też jednego planu naprawczego. Świat jest na to zbyt skomplikowany i wielowątkowy. Ta książka to tylko jedno z możliwych spojrzeń na drogę, która doprowadziła nas do tego absurdalnego punktu w polityce, na konkretne zagrożenia, które mogą pogrążyć nas jeszcze bardziej, oraz na to, co możemy zrobić, by przejąć inicjatywę i wybrać kurs na radykalnie lepszą przyszłość.

Przede wszystkim musimy dobrze zrozumieć, komu lub czemu mówimy „nie”. Bo adresatem tego potężnego „NIE” na okładce nie jest jeden człowiek ani jedna zbiorowość. Mówimy „nie” całemu systemowi, który wyniósł tych ludzi tak wysoko. A potem musimy powiedzieć „tak” – odmienić nasz świat tak głęboko, że dzisiejsza wszechwładza wielkiego biznesu będzie zasługiwała jedynie na przypis w podręcznikach historii jako ostrzeżenie dla naszych wnuków. Dopiero gdy powiemy „tak”, zobaczymy, czym naprawdę jest Donald Trump i jemu podobni: symptomem poważnej choroby, na którą wspólnie znajdziemy lekarstwo.

Niewielkie fragmenty tej książki ukazały się wcześniej w artykułach, publikacjach książkowych i wystąpieniach publicznych; większość materiału pojawia się tu po raz pierwszy. Na stronie noisnotenough.org zamieściłam informacje dla tych, którzy chcą się włączyć w pracę opisanych w tej książce ruchów lub nawiązać kontakt z organizacjami i społecznikami.

Można tam również znaleźć pełną listę źródeł, z których zaczerpnęłam cytaty i dane statystyczne wykorzystane w książce.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Tak się stało. Steve Bannon został zdymisjonowany w sierpniu 2017 roku [wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza].

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

"Nie" to za mało. Jak stawić opór polityce szoku i stworzyć świat, jakiego nam trzeba No logo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci