Ojcze, przebaczam ci

Ojcze, przebaczam ci

Autorzy: Daniel Pittet

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.99 zł

Mając 8 lat, Daniel poznał kapucyna ojca Joëla Allaza, który podstępem zwabił go do swojej celi i wykorzystał. Jego najbliżsi nie zauważyli, że dzieje się coś złego, a ci nieliczni, którzy coś podejrzewali, przez lata nie zrobili nic. Kiedy dorosły już Daniel odkrył, że jego prześladowca nadal może bez problemu kontaktować się z dziećmi, postanowił zawalczyć o prawdę. Dzięki sile, jaką dawała mu nigdy niezachwiana wiara, opowiedział o swoim doświadczeniu i doprowadził do ukarania ojca Joëla. Choć trudno w to uwierzyć, przebaczył mu. Ale przebaczenie nie oznacza milczenia. Daniel stał się głosem wszystkich, których spotkało podobne cierpienie.

 

Ofierze pedofila bardzo trudno jest zabrać głos. Dlatego choć o pedofilii mówi się sporo, rzadko kiedy jest to merytoryczna dyskusja dążąca do prób rozwiązania problemu i udzielenia realnej pomocy. Właśnie dlatego książka Daniela Pitteta jest zupełnie nowym i niezwykle mocnym głosem w tej sprawie.

 

Książka zawiera przedmowy papieża Franciszka i prymasa Polski abp. Wojciecha Polaka. Na ostatnich stronach znajduje się wywiad z oprawcą Daniela, ojcem Joëlem Allazem.

Dla mojego przyjaciela Georges’a, który za wcześnie odszedł z tego świata.

Dla mojej żony Valérie i szóstki naszych dzieci: Grégoire’a, Mathilde, Ludovica, Simona, Anne Léi, Édouarda.

Dla osób, które wspierały mnie przez te wszystkie lata.

I dla wszystkich ofiar, które nie mogły opowiedzieć o tym, co przeżyły.

Wstęp

Ofierze pedofila niezwykle trudno jest zabrać głos, opowiedzieć o swoich przeżyciach, opisać traumę, która po latach trwa nadal. Dlatego właśnie świadectwo Daniela Pitteta jest cenne, odważne i potrzebne.

Poznałem go w 2015 roku w Watykanie przy okazji obchodów Roku Życia Konsekrowanego. Daniel chciał promować książkę zatytułowaną Aimer, c’est tout donner*, w której zebrano świadectwa członków wspólnot zakonnych, księży i osób konsekrowanych. Trudno mi wyobrazić sobie, że ten pełen entuzjazmu i miłości do Chrystusa człowiek padł ofiarą księdza pedofila. A jednak opowiedział mi o tym i jego cierpienie bardzo mnie poruszyło. Przekonałem się po raz kolejny, jak straszliwe krzywdy wyrządzają sprawcy przestępstw seksualnych i jak długa i bolesna droga czeka ich ofiary.

Cieszę się, że inni mają dziś okazję poznać jego świadectwo i przekonać się, jak głęboko zło może wedrzeć się do serca sługi Kościoła.

Jak ksiądz, wyświęcony, by służyć Chrystusowi i jego Kościołowi, może powodować tyle nieszczęścia? Jak, skoro powołano go, by prowadził dziecko do Boga, może je pożerać, składając coś, co nazwałem „ofiarą sza­tańską”, niszcząc zarówno życie bezbronnego dziecka Bożego, jak i życie Kościoła? Niektórych spośród po­szkodowanych doprowadziło to do samobójstwa. Ich śmierć ciąży na moim sercu i sumieniu, a także na sumieniu całego Kościoła. Ich rodzinom przekazuję wyrazy miłości, łączę się z nimi w bólu, i z całą pokorą proszę o wybaczenie.

To absolutna potworność, straszliwy grzech, całkowicie sprzeczny z całą nauką Chrystusa. Jezus nie szczędzi bardzo surowych słów pod adresem tych, którzy krzywdzą dzieci: „Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza” (Mt 18, 6)**.

Nasz Kościół, jak wspomniałem w liście apostolskim Come una madre amorevole z 4 czerwca 2016 roku, powinien ze szczególną miłością troszczyć się i chronić tych najmniejszych i bezbronnych. Oświadczyliśmy, że winniśmy wykazać się wielką surowością wobec tych księży, którzy sprzeniewierzyli się swojej misji, jak również wobec ich przełożonych, biskupów i kardynałów, jeśliby ich chronili, jak to miało miejsce w przeszłości.

W tym nieszczęściu Danielowi Pittetowi dane było poznać też inne oblicze Kościoła, dzięki czemu nie stracił wiary w ludzi i Boga. Opowiada nam również o sile modlitwy, której nigdy się nie wyrzekł i która pomagała mu w najbardziej ponurych godzinach.

Po czterdziestu czterech latach postanowił się spot­kać ze swoim oprawcą i był w stanie spojrzeć w oczy człowiekowi, który tak głęboko go zranił. I wyciągnął do niego rękę. Skrzywdzone dziecko jest dziś mężczyzną, który stoi na własnych nogach, jest osłabiony, ale nie upada. Bardzo poruszyły mnie jego słowa: „Wiele osób nie może zrozumieć, że nie żywię do niego nienawiści. Przebaczyłem mu i na tym przebaczeniu zbudowałem swoje życie”.

Dziękuję Danielowi, bo takie świadectwa spra­wiają, że pęka ołowiana pokrywa, która tłumiła skandale i cierpienia. Jego słowa rzucają światło na straszliwą strefę ciemności w życiu Kościoła. Otwierają drogę do zadośćuczynienia i do łaski pojednania, a także pomagają pedofilom uświadomić sobie straszliwe skutki ich czynów.

Modlę się za Daniela i za wszystkich, których tak jak jego zraniono w ich niewinności. Niech Bóg podniesie ich i uzdrowi, niech obdarzy nas wszystkich swoim przebaczeniem i swoim miłosierdziem.

Papież Franciszek

* Wyd. pol.: Kochać to oddać wszystko. Świadectwa, tłum. Katarzyna Dybeł, Wydawnictwo Association Edition, Warszawa 2015 (przyp. red.).

** Cytaty z Biblii przytoczone w książce za Biblią Tysiąclecia, wyd. IV (przyp. red.).

Przedmowa do wydania polskiego

Niezbyt często się zdarza, że wydanie jakiejś książki opatruje swym wstępem sam Ojciec Święty. Papież Franciszek przyzwyczaił nas jednak do tego, że również i w ten sposób przypomina o najważniejszych sprawach. Zdecydowanie i bezkompromisowość Franciszka w walce z grzechem i przestępstwem wykorzystania seksual­nego osób małoletnich w Kościele same w sobie przy­czy­niają się niewątpliwie do tego, że z konsekwencją piętnuje on tych księży, którzy sprzeniewierzyli się swej misji, i wytycza jasną drogę działania dla przeło­żonych, biskupów i wyższych przełożonych zakonnych, przestrzegając nas wszystkich przed jakimkolwiek pobłażaniem i lekceważeniem zła wdzierającego się do serc sług Kościoła. O dewastującej mocy tego zła i grzechu, o dewastującej sile pedofilii, możemy się najmocniej przekonać, słuchając – często z zawsty­dze­niem i wewnętrznym bólem serca – świadectw i zeznań ofiar tego straszliwego przestępstwa. Noszą one na sobie potworne piętno wykorzystania, upokorzenia i skrzywdzenia. Krzywda niewinnego dziecka jest dla nas wszystkich oskarżeniem, wezwaniem do zadośćuczynienia i pokuty oraz pokornej prośby o wybaczenie. Wśród wielu świadectw opisane w niniejszej książce przerażające doświadczenia Daniela Pitteta charakteryzuje to, że – jak wspomina we wstępie sam papież Franciszek – „w tym nieszczęściu dane mu było poznać również inne oblicze Kościoła, dzięki czemu nie stracił wiary w ludzi i w Boga”. Upokorzony i wykorzystany seksualnie przez zakonnika, potrafił znaleźć w sobie nadludzką wprost siłę i odwagę do przebaczenia, dając w ten sposób świadectwo wewnętrznej mocy opartej na mod­litwie, która stała się dla niego szczególnym ratunkiem.

Przytoczone w powyższej publikacji świadectwo seksualnego wykorzystania Daniela Pitteta stało się również i dla mnie bardzo konkretnym przeżyciem spotkania z osobą, która doświadczyła ogromu zła trudnego do pojęcia i wypowiedzenia. Jak bowiem zrozumieć wielkość krzywdy, jakiej doświadcza niewinne dziecko nie znajdujące pomocy i zrozumienia? Osamotnione w krzywdzie i cierpieniu często wyobraża sobie – jak zapisuje Daniel – że to „sen, w którym jak archanioł ucieka przed swoim oprawcą przez dziurkę od klucza”. Historia opowiedziana przez Daniela Pitteta pokazuje jednak, że możliwe jest uzdrowienie tych bolesnych ran we wnętrzu Kościoła. Kościół bowiem, nosząc na sobie piętno zła popełnionego przez duchownych, jest jednocześnie wezwany do towarzyszenia ofiarom przestępstw, do przyjęcia ich świadectwa z zaufaniem i tros­ką, do odpowiedzi, która zdolna jest przywrócić im nadzieję. Może się to dokonywać nie tylko poprzez nasze ludzkie rozwiązania, regulacje czy wytyczne, ale również – jak dowodzi zawarte w tej książce świadectwo – mocą Chrystusowego uzdrowienia. „Gdy miałem dwanaście lat – pisze autor – uklęknąłem przed Najświętszym Sakramentem i wypowiedziałem te słowa: »Panie Jezu, przebaczam temu kretynowi, bo ma dwa oblicza. Nie może nic na to poradzić. Ale spróbuj wydobyć mnie z jego szponów«”. Dzisiaj za tym dwunastoletnim wówczas chłopcem mógłbym powtórzyć: Panie Jezu, przebacz i wyrywaj ze szponów zła tych wszystkich, którzy tak bardzo sprzeniewierzyli się swojemu powołaniu. Uzdrawiaj wszystkie dotknięte piętnem zła dłonie, które zamiast błogosławić – krzywdzą. Skrzywdzonych obdarzaj siłą przebaczenia i pomóż zagoić się ranom zadanym dziecięcej niewinności i bezbronności. „Dzięki przebaczeniu – pisze Daniel Pittet – nie czuję się już z nim związany, nie jestem już od niego zależny. Przebaczenie pozwoliło mi zerwać łańcuch, który przykuwał mnie do niego i który nie pozwoliłby mi żyć”.

Jestem przekonany, że podejmując wspólny wysiłek, aby zapobiegać wykorzystywaniu seksualnemu nieletnich, możemy budować społeczeństwo, dla którego nadrzędnym celem i zobowiązaniem będzie troska o tych najmniejszych, powierzanych w różnych sytuacjach naszej odpowiedzialności. To niezwykłe świadectwo doros­łego dziś mężczyzny jest nie tylko poruszeniem naszych sumień i wołającym o pomstę do nieba wyrzutem dla tych, którzy tego przerażającego zła się dopuszczają, ale jeszcze bardziej dowodem na siłę przebaczenia i pojednania. Jak wskazywał nam papież Franciszek, w ten sposób pęka owa skorupa tłumiąca skandale i cierpienia, a jednocześnie wznosi się światło ukazujące drogę i zachęcające do odważnego działania. „Nie mogę wyjaśnić dlaczego, ale udzieliłem przebaczenia – wyznaje Daniel Pittet – i nigdy później tego nie kwestionowałem. Może to był odruch serca, do jakiego są zdolne tylko dzieci?” Opowiadając nam swoją tragiczną historię, autor zachęca nas, byśmy nie tylko przejęli się nią do głębi i jeszcze lepiej rozumieli ludzi skrzywdzonych przez sługi Kościoła, ale jednocześnie prosili Boga o łaskę uzdrowienia ich serc i przebaczenie, także nam, dla których świat tych traumatycznych przeżyć i doświadczeń pozostaje tak często nie do końca jasny i zakryty ze względu na trudność wyrażenia i opisania przeżytego cierpienia, upokorzenia, wstydu i bólu.

Również ja pragnę podziękować Danielowi za jego świadectwo, trudne, ale na wskroś ważne dla Kościoła, wypowiadane przecież z jego wnętrza i dane nam nie tylko ku rozwadze, ale i ku uzdrowieniu. Mam nadzieję, że pomoże ono czytelnikom, także w Polsce, w jeszcze lepszym zrozumieniu losu ofiar wykorzystania seksual­nego małoletnich i przyczyni się nie tylko do wołania o miłosierdzie Boże dla nas wszystkich, ale także do serdecznej prośby, aby wrażliwość na los skrzywdzonych dzieci wyrażała się w odważnym przeciwdziałaniu tym ohydnym przestępstwom i w budowaniu środowiska prawdziwie wolnego od seksualnych nadużyć.

† Abp Wojciech Polak

Metropolita Gnieźnieński

Prymas Polski

10 czerwca 1959 roku mój ojciec próbuje zabić moją matkę. Rani ją wielkim nożem w szyję. Przerażona błaga, by przestał, a wszystko to dzieje się na oczach sparaliżowanej strachem mojej starszej siostry. Na próżno. Ojciec odrzuca nóż i chwyta brzytwę. Na brzuchu żony wycina krzyż świętego Andrzeja. Na brzuchu, w którym wtedy żyję, w którym się poruszam. Moja matka jest w ósmym miesiącu ciąży. Jej brzuch to ja. Ten atak agresji naznaczy mnie na całe życie.

Przychodzę na świat 10 lipca 1959 roku i można powiedzieć, że moje życie źle się zaczyna. Już wtedy jes­tem ocaleńcem.

Chaos dzieciństwa

Moi rodzice nie byli dobranym małżeństwem. W życiu ojca liczyła się siła, był murarzem, ciężko pracował. O jego rodzinie nie wiem nic. Moja matka była raczej inteligentną, delikatną i dobrze wykształconą kobietą. Jej matka Alice, z pochodzenia Francuzka, wywodziła się z ziemiańskiej kulturalnej rodziny, która w wyniku wojny zubożała, musiała opuścić Francję i osiadła w Genewie. Alice czuła się zdeklasowana, bo mój pradziadek został zwykłym robotnikiem rolnym.

A jednak rodzina zachowała dobre maniery i sposób bycia przodków. Moja babka, zawsze dobrze ubrana, wyglądała na osobę dystyngowaną. Przekazała nam surowe i wyrafinowane zasady, podawała posiłki na dobranych naczyniach, używała srebrnej zastawy, której pochodzenie nas intrygowało. Przy stole siedzieliśmy prosto, z rękami na obrusie.

Po ślubie moja babka Alice opuściła Genewę. Przeprowadziła się do Romont, w kantonie Fryburg. Mój dziadek Elie, mąż Alice, był synem chłopskim. Co częste w tamtych czasach, przyszedł na świat w rodzinie wielo­dzietnej, jako jedno z dziesięciorga rodzeństwa. Rodzice zmarli młodo, gdy dzieci były jeszcze nieletnie. Dziadek Elie, osiągnąwszy odpowiedni wiek, został szofe­rem w firmie swojego wuja. Woził rozmaitych ludzi i lubił powtarzać zasłyszane tu i tam anegdoty. Ale podobnie jak jego rodzice, dziadek umarł młodo, pozostawiając babcię samą z trójką dzieci, bez żadnego materialnego zabezpieczenia. „Załóż sklep, pożyczę ci pieniądze!” – podsunął jej jakiś krewny. Poszła za jego radą i otwarła sklep papierniczy, który pozwalał zaspokajać domowe potrzeby finansowe. Członków mojej rodziny ze strony matki od najmłodszych lat cechowało poczucie solidarności.

Jedna z sióstr dziadka Elie’ego była zakonnicą w Zgro­madzeniu Sióstr Świętego Pawła zwanych paulistkami; zgromadzenie to miało odegrać istotną rolę w moim życiu. Paulistki praktykują apostolstwo za pomocą współczesnych środków przekazu w ścisłej współpracy z osobami świeckimi. Z tego powodu wspólnota uchodzi za otwartą pod względem duchowym i jest przyzwyczajona do życia w świecie. Moja matka chciała zostać, podobnie jak jej ciotka, zakonnicą. Wstąpiła do klasztoru i przez rok przebywała u sióstr Świętego Pawła. W tamtym właśnie okresie poznała mojego ojca i uległa jego urokowi. Opowiedziała o tym swojej matce, a ta zasięgnęła języka u proboszcza parafii, z której pochodził młodzieniec. Zwracanie się w takich sprawach do proboszcza było wtedy często spotykaną praktyką. Proboszcz nie miał nic szczególnego do powiedzenia na temat mło­dego człowieka, poza tym że dobrze służył do mszy, co w oczach mojej niezwykle pobożnej babki stanowiło zaletę. Dała więc mojej matce pozwolenie na opuszczenie klasztoru i zawarcie małżeństwa. Moja matka nabrała po pewnym czasie poważnych wątpliwości co do swojego wyboru i zwierzała się z nich siostrze. Ale wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że młody człowiek cierpi na chorobę psychiczną. Para wzięła ślub. Na świat przyszła moja siostra, a potem brat. Kilka lat później moi rodzice przeprowadzili się do Genewy.

10 czerwca 1959 roku ojciec rzucił się na moją matkę będącą wówczas w ósmym miesiącu ciąży. Przyjechało pogotowie, uratowano matkę i zabrano ojca, który na kilka miesięcy trafił do szpitala psychiatrycznego. Podobno cierpiał na paranoję. Zraniona i pod wpływem szoku moja matka postanowiła opuścić Genewę i wrócić do matki, do Romont. Gdy ojciec wyszedł ze szpitala, ku rozpaczy babci dołączył do nas. Dostał pracę w pobliskich zakładach kamieniarskich; spłodził z moją matką jeszcze dwójkę dzieci. Wkrótce potem znalazł pracę w Lozannie.

Zachowałem z tamtych czasów mgliste wspomnienia, byłem bowiem wtedy bardzo mały. Pamiętam, że ojciec miał swój pokój w miejscu pracy, a nas odwiedzał w niedzielne popołudnia i tego samego wieczoru wyjeżdżał do Lozanny. Lubiliśmy te wizyty. Nie robiliśmy z nim nic szczególnego, ale często zabierał nas do Romont na oranżadę, a potem wracaliśmy do domu. Ceniłem te spędzone z nim chwile, bo lubiłem swojego ojca.

Zupełnie inny stosunek miała do niego babka, która chciała, żeby zniknął z naszego życia. Kiedy wracaliśmy ze spaceru, długo nas odpytywała. Chciała wiedzieć, co robiliśmy i co mówił, komentowała i krytykowała nasze odpowiedzi. Sprawiało mi to dużą przykrość, bo jako dziecko nie zdawałem sobie sprawy, że mój ojciec jest chory psychicznie. Kochałem go po prostu dlatego, że był moim ojcem. Nadal pamiętam historie, o których zawsze mówiło się szeptem.

W 1965 roku, kiedy miałem pięć i pół roku, zapadłem na ciężką chorobę, tak poważną, że trafiłem do szpitala. Matka odwiedzała mnie tam codziennie po pracy. Miałem napady pokrzywki i regularnie przetaczali mi krew. Byłem chuderlawym, bardzo słabowitym dzieckiem i wszyscy mówili, że nie będę należał do najwyższych; pewnego dnia przypadkowo usłyszałem rozmowę matki z lekarzem. Mówili o mnie i domyśliłem się, że wkrótce umrę. Nie pamiętam, by ta wiadomość mną wstrząsnęła; pozwoliła mi raczej wyobrazić sobie siebie w raju, w towarzystwie aniołów. Poza tym bardzo podobało mi się w szpitalu, bo wszyscy byli dla mnie mili. Wzbudziłem sympatię lekarza i byłem otoczony troskliwą opieką. Mój pobyt tam trwał prawie pół roku. Któregoś dnia okazało się, że jestem zdrowy i mogę wrócić do domu.

Nie straciłem kontaktu z doktorem Langiem, który leczył mnie przez te długie miesiące: przywiązaliśmy się do siebie w czasie mojego pobytu w szpitalu. Ten człowiek o wielkim sercu polubił mnie i zapraszał do domu. Odwiedzałem go w każdą środę, a on pozwalał mi oglądać program dla dzieci w telewizji. To były fantastyczne chwile, bo w tamtych czasach moja rodzina nie miała jeszcze telewizora. Na jego zakup mogli sobie pozwolić jedynie zamożni ludzie. Mój dobroczyńca często wsuwał mi do kieszeni pięć franków. Ten człowiek, choć o tym nie wiedział, był dla mnie kimś ogromnie ważnym, pokazał mi bowiem, że ja jestem kimś ważnym dla niego. Wkrótce mieliśmy opuścić Romont w dramatycznych okolicznościach i sądziłem, że nigdy więcej go już nie zobaczę.

Jednak pewnej niedzieli, trzydzieści lat później, udałem się na mszę do opactwa Cystersów La Fille-Dieu w Romont i usiadłem obok jakiegoś staruszka. Wychodząc z kościoła, rzuciłem na pożegnanie „miłej niedzieli”, na co on odpowiedział ze śmiechem:

– Miłej niedzieli, dziś są moje urodziny!

Zaskoczony, spojrzałem na niego uważniej: „Co za zbieg okoliczności! Ja też mam dzisiaj urodziny! Jak się pan nazywa? – Lang, jestem lekarzem z Romont. – Doktor Lang? A ja jestem Daniel Pittet!”. Na jego twarzy widać było zdziwienie. „Daniel Pittet? Mały Daniel? Przecież ty miałeś umrzeć, a tymczasem stoisz przede mną, wierzyć mi się nie chce!” Uściskaliśmy się. Skorzystałem z okazji, by mu podziękować za troskę, jaką otoczył mnie w przeszłości. Wydawało mi się wtedy, że ma sto lat, a tak naprawdę miał ich zaledwie siedemdziesiąt pięć! Co za niesamowite spotkanie po latach, w kościelnej ławie! Więcej go już nie widziałem, a dwa lata później dowiedziałem się, że zmarł.

Wkrótce po przyjściu na świat mojej najmłodszej siostry ojciec zaczął się bardzo dziwnie zachowywać. Rozpuszczał niewiarygodne plotki. Popijając w barze, opowiadał, iż ja i moje rodzeństwo nie jesteśmy jego dziećmi. Każde z nas miał ponoć spłodzić inny notabl z miasta. Moją starszą siostrę ksiądz, mojego brata – adwokat, mnie samego – lekarz; mój młodszy brat miał być synem właściciela domu, w którym mieszkała babcia, a moja najmłodsza siostra – córką prefekta. Naprawdę twierdził, że ci przedstawiciele lokalnej elity są zarazem kochankami mojej matki i ojcami jego dzieci! Mój ojciec był buntownikiem, ale chorym buntownikiem.

Te szaleńcze rewelacje stały się przyczyną rodzin­nego kataklizmu. Dowiedzieliśmy się, że mamy opuścić Romont, bo z powodu plotek atmosfera stała się nieznośna. „To nie jest pani wina, ale trzeba wyjechać z Romont. Nie możecie tu nadal mieszkać”. To były słowa prefekta. Wyjechać? Prawdziwy szok! Wyjechać, ale dokąd? I za co? Moja matka i babcia zawsze mieszkały w Romont. To było nie do pojęcia – wyrzucali nas z naszego miasta! Wypędzali nas! Wykluczali ze społeczności, by uciszyć bezsensowne plotki. Nie sądzę, by takie rzeczy często się zdarzały. Trudno było się z tym pogodzić. Przeżyliśmy niesłychanie bolesne chwile, zwłaszcza dla babci, osoby szanowanej, był to wstrząs. Wszystkich znała, od wielu lat miała swój sklep papierniczy i utrzymywała się z jego prowadzenia, a nie mogła przecież opuścić miasta, zabierając ze sobą swoich klientów! Z czego będzie żyć? Czy powinna jechać z córką i wnukami? Wszystkie te pytania kołatały się jej po głowie. Była naprawdę zrozpaczona. Traciła wszystko, ale postanowiła jechać z nami.

W tamtym czasie ojciec znika z naszego życia. Rodzice podpisali w obecności prefekta urzędowy dokument i odtąd będą żyć w separacji. Przez pewien czas całe rodzeństwo regularnie jeździ do psychoterapeuty dziecięcego do Lozanny, by ocenił rozmiar szkód wyrządzonych tymi dziwacznymi wydarzeniami. Ostatecznie zapada decyzja: „Dzieci nie powinny mieć kontaktu z ojcem. To szkodzi ich zdrowiu”. Babcia i matka tłumaczą nam, że już go więcej nie zobaczymy. Mam osiem lat. Odtąd mówimy, że nasz ojciec nie żyje. Tak jest prościej, bo nie musimy opowiadać naszej absurdalnej historii. Z początku wiedziałem, że on nadal żyje. Z biegiem czasu przyzwyczaiłem się do tego upraszczania i w końcu uwierzyłem, że umarł.

Najbardziej zaskakujące w tej niesłychanej sytuacji było to, że z jednej strony zostaliśmy wykluczeni, a z drugiej zapewniono nam opiekę. Początkowo rozważano wysłanie nas do Berna. Berno to koniec świata! Moja rodzina nie miała żadnego środka lokomocji. Wyjazd do Berna oznaczałby więc opuszczenie na zawsze Romandii i konieczność zamieszkania w całkowicie obcym środowisku. Berno jest stolicą Szwajcarii i miastem niemieckojęzycznym. Ludzie mówią tu w gwarach schwyzertüütsch, a nikt z naszego najbliższego otoczenia ich nie zna! Z pomocą przychodzi nam szczęśliwie moja cioteczna babka, zakonnica. Jako dawna matka przełożona Zgromadzenia Sióstr Świętego Pawła jest osobą wpływową w środowisku społecznym, w którym polityka przeplata się jeszcze z religią. Jest rok 1967. Dzięki jej kontaktom udaje się przenieść nas do dwujęzycznego Fryburga, stolicy kantonu. Ten pomysł podoba się wszystkim, bo miasto jest dosyć duże i nikt nas tu nie zna. Dlatego nie będziemy rzucać się w oczy. Znaleziono nam niedrogie mieszkanie. Do dziś posługuję się trybem bezosobowym, bo nie wiem dokładnie, kto stał za tą przeprowadzką ani kto zajął się kwestiami administracyjnymi i finansowymi.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Z rodziny do rodziny

Dostępne w wersji pełnej

Droga do piekła

Dostępne w wersji pełnej

Uratowany przez mnichów

Dostępne w wersji pełnej

Zakładam rodzinę

Dostępne w wersji pełnej

Prier Témoigner

Dostępne w wersji pełnej

Doniesienie

Dostępne w wersji pełnej

Konsekwencje i słabości

Dostępne w wersji pełnej

„Kochać to oddać wszystko”

Dostępne w wersji pełnej

Człowiek stojący na własnych nogach

Dostępne w wersji pełnej

Ojcze, przebaczam ci

Dostępne w wersji pełnej

Posłowie

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Przydatne adresy

Dostępne w wersji pełnej

Zdjęcia

Dostępne w wersji pełnej

Originally published in French by Editions Philippe Rey, Paris, France under the title “Mon Père, je vous pardonne”.

Copyright: 2017, Editions Philippe Rey, Paris, France

This edition published by arrangement with Editions Philippe Rey in conjunction with L’Autre Agence, Paris, France and Renata de La Chapelle Agency. All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage and retrieval system, without permission in writing from the Publisher.

Projekt okładki

Michał Pawłowski

www.kreskaikropka.pl

Fotografia na okładce

© Alessandra Benedetti/Corbis via Getty Images

Opieka redakcyjna

Adam Gutkowski

Adiustacja

Małgorzata Biernacka

Korekta

Katarzyna Onderka

Katarzyna Węglarczyk

Barbara Wójcik

Copyright © for the translation by Agnieszka Rasińska-Bóbr

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5396-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ojcze, przebaczam ci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu