Eksperyment

Eksperyment

Autorzy: Luke Dittrich

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.74 zł

Wstrząsająca opowieść o cienkiej granicy między medycznym eksperymentem a zbrodnią.

„Człowiek nie jest z pewnością gorszy jako zwierzę doświadczalne, tylko dlatego że umie mówić”.

Paul Bucy, amerykański neurochirurg

Historia tego, jak nauka korzystała z nieetycznych narzędzi, jest długa. Zbrodnia często służyła rozwojowi medycyny, a medycyna czasem pomagała w zbrodni. Przejmująca książka Luke’a Dittricha podejmuje aktualny temat granic, których nauka nie powinna przekraczać, ale nieustannie robi to w imię postępu.

Henry każdego dnia zaczynał życie od nowa. Miał tylko dwadzieścia siedem lat, kiedy odebrano mu pamięć. Poddano go eksperymentalnej terapii, mającej wyleczyć epilepsję. Lekarze wycięli mu część mózgu, w wyniku czego utracił możliwość zapamiętywania i tym samym tożsamość. Przez następne kilkadziesiąt lat był tylko bezwolnym przedmiotem badań. Nawet po śmierci nie zaznał spokoju: sekcja jego mózgu była w 2006 roku transmitowana w sieci, gdzie obejrzało ją ponad 3 miliony widzów. Henry przeszedł do historii jedynie jako „Pacjent H.M.”, nie jako człowiek, a to jemu zawdzięczamy podstawy współczesnej wiedzy o mózgu. Książka Luke’a Dittricha opowiada jego historię i przywraca mu człowieczeństwo.

Bestseller „New York Timesa” uznany za jedną z najlepszych książek roku przez m.in. „The Washington Post”, „New York Post”, „Wired”, NPR, „The Economist”, „New York” i „Kirkus Reviews”.

Książka została wyróżniona PEN/E.O. Wilson Literary Science Writing Award I Los Angeles Times Book Prize.

DLA BAMBAM, LOLO,

LASKI I ANWYN

Człowiek nie jest z pewnością gorszy jako zwierzę doświadczalne tylko dlatego, że umie mówić.

PAUL BUCY

Każdy dzień jest samotny sam w sobie. Niezależnie od tego, co przyjemnego mnie spotkało i co smutnego.

HENRY MOLAISON

Prolog

Laboratorium nocą. Przyciemnione światła. Z iMaca płynie melodia Ennia Morriconego w wykonaniu Pata Metheny’ego, a doktor Jacopo Annese, siedząc z małym pędzelkiem w dłoni przed wyposażoną w wentylację gablotką zapewniającą bezpieczeństwo biologiczne, rozprostowuje pomarszczony plaster mózgu. Plaster pływa w roztworze soli fizjologicznej w płytkiej czarnej plastikowej kuwecie i wygląda dokładnie tak jak kawałek imbiru w dobrej restauracji sushi, w której imbiru się nie barwi, lecz pozostawia w naturalnym, bladym kolorze. Posługując się pędzelkiem, Annese wprawnymi muśnięciami i pociągnięciami delikatnie go rozwija. Plaster nabiera kształtu, dzięki czemu można rozpoznać, co to jest i z jakiego organu pochodzi, nawet jeśli nie jest się neuroanatomem jak Annese.

Doktor uwielbia spokojne noce, takie jak ta, kiedy jego asystenci z laboratorium przygotowują mu wszystko, czego potrzebuje – ponumerowane pojemniki z próbkami, pędzelki, czyste szkła do mikroskopu – a potem zostawiają go samego z ulubioną muzyką i ulubioną pracą.

Annese ostrożnie umieszcza plaster na szkle, które jest do połowy zanurzone w kuwecie, i przekrzywia głowę, przyglądając mu się pod różnymi kątami, żeby sprawdzić, czy właściwie go ułożył. Gdy patrzysz wprost na szkło, lewa półkula musi znajdować się po prawej stronie twojego pola widzenia, dokładnie tam, gdzie byłaby, gdybyś spoglądał w oczy właściciela mózgu. Mózgi są mniej więcej symetryczne, ale jednak niezupełnie, toteż Annese zapoznał się wcześniej z topografią tego tutaj i ze wszystkimi jego nieznacznie asymetrycznymi bruzdami. Na samym środku wycinka, w obszarze, który normalnie zawierałby wzmacniającą strukturę naturalnej tkanki, widnieją zamiast niej dwa ziejące otwory, po jednym w każdej półkuli. Doktor przykłada wyjątkową wagę do tego, żeby nie rozerwać krawędzi otworów ani ich nie zdeformować, dlatego delikatnie muska ich postrzępione brzegi czubkiem pędzelka. Owe otwory mają historyczne znaczenie, są na swój sposób cenne. Annese nie chce zasłynąć jako drugi lekarz, który zbezcześcił ten właśnie mózg.

Jeszcze kilka muśnięć i doktor zaczyna wyciągać szkło z kuwety. Zanim został naukowcem, pracował jako kucharz, dlatego często sięga po analogie kuchenne, żeby wyjaśnić stosowane przez siebie techniki. Sztuka histologii bardzo przypomina pieczenie, jak mówi, bo w obydwu wypadkach wszystko musi być dokładnie wyliczone i niewiele jest miejsca na improwizację. Wkrótce szkło, wraz ze swym idealnie usytuowanym ładunkiem, spoczywa bezpiecznie na letniej powierzchni podgrzewacza, pozostawione do wyschnięcia na całą noc.

Annese sięga po kolejny pojemnik kriogeniczny, numer 451, i odkręca pokrywkę. Gdy już ma przełożyć następny plaster do kuwety, odwraca się do mnie z uśmiechem.

– Widzisz, ile się muszę napracować, żeby posprzątać bałagan, którego narobił twój dziadek? – mówi.

Było kilka rzeczy, które uwielbiał robić Henry.

Uwielbiał głaskać zwierzęta. Ośrodek Opieki Zdrowotnej Bickford (Bickford Health Care Center) należał do pierwszych w Connecticut ośrodków realizujących program Eden Alternative, co oznaczało, że oprócz mniej więcej czterdziestu ośmiu pacjentów mieszkały w nim trzy koty, cztery czy pięć ptaków, kilka rybek, królik oraz pies wabiący się Sadie. Henry godzinami przesiadywał na dziedzińcu na wózku inwalidzkim, z królikiem na kolanach i Sadie u boku.

Uwielbiał obserwować przejeżdżające pociągi. Jego pokój, numer 133, znajdował się w dalszym skrzydle ośrodka, więc mógł kilka razy dziennie patrzeć przez okno, jak wagony Amtraku przetaczają się z łoskotem obok należących do nieczynnej papierni opuszczonych zabudowań z czerwonej cegły po drugiej stronie ulicy.

Uwielbiał łamigłówki. Siedział nad nimi całymi godzinami, rozwiązując je pracowicie w zeszytach z krzyżówkami. W ciągu ostatnich sześciu dekad napisano wiele artykułów naukowych o zamiłowaniu Henry’ego do krzyżówek, chociaż w późniejszych latach życia były już dla niego zbyt wielkim wyzwaniem i zamiast nich zaczął rozwiązywać proste zagadki typu „znajdź słowo”.

Uwielbiał stare filmy. Humphrey Bogart i Lauren Bacall, tamte czasy. Afrykańska królowa. Przeminęło z wiatrem. Północ, północny zachód. My nazywamy je klasykami, chociaż dla niego oczywiście klasykami nie były. Gdy chciał obejrzeć jeden z tych filmów, pielęgniarka lub salowa wkładała kasetę wideo do odtwarzacza. Telewizory go nie szokowały, bo telewizja była już znana za jego czasów, ale nigdy nie nauczył się obsługiwać pilota.

Uwielbiał rozmawiać z ludźmi. Opowiadał im różne historie. W kółko te same, ale zawsze robił to z entuzjazmem. Gdy ludzie pytali go, czy pamięta, że już wcześniej ich spotkał, często odpowiadał, że tak, że wydaje mu się, iż byli kiedyś przyjaciółmi. Czy nie chodzili razem do liceum? Nawet gdy frustrowała go niepewność związana z tego rodzaju sytuacjami, na ogół nadal był uprzejmy i wesoły. Również uległy. Kiedy naukowcy przychodzili po niego, żeby zabrać go do laboratorium, nigdy nie protestował. I prawie zawsze przyjmował lekarstwa, gdy pielęgniarki go o to prosiły. W tych rzadkich wypadkach, kiedy odmawiał, miały łatwy sposób, żeby skłonić go do współpracy. Był to trik, który kolejne pielęgniarki przekazywały sobie przez dziesięciolecia.

– Henry – mówiła wtedy pielęgniarka – doktor Scoville nalega, żebyś w tej chwili zażył lekarstwa!

Zawsze się podporządkowywał.

Ta strategia działała aż do samego końca, do śmierci Henry’ego. To, że doktor Scoville zmarł kilkadziesiąt lat wcześniej, a przedtem od kilku dekad nie mieli ze sobą żadnego kontaktu, było bez znaczenia. Scoville pozostał w życiu Henry’ego autorytetem, ponieważ życie Henry’ego nigdy nie posunęło się naprzód od tamtego dnia w 1953 roku, gdy doktor William Beecher Scoville, mój dziadek, usunął z jego mózgu pewne niewielkie, lecz ważne fragmenty.



Pamiętam, jak szedłem za dziadkiem, wchodząc na ośnieżoną górkę podczas ostatniej w jego życiu zimy.

Wydaje mi się, że miał na sobie jasnoniebieską parkę, która w moich wspomnieniach jest znoszona i wytarta, chociaż to do niego niepodobne. Był bowiem człowiekiem, o którym pewien reporter „New York Timesa” napisał kiedyś, że wydaje się „niemal nierzeczywisty z powodu swojego szykownego wyglądu”. Ale to właśnie zachowało się w mojej pamięci: wytarta niebieska parka. Może nawet miał na głowie wełnianą czapkę, taką z pomponem na czubku, naciągniętą na wypomadowane włosy. Czesząc się, zawsze używał oliwy z oliwek, tak mówi moja mama.

Szliśmy na sanki.

Pamiętam śnieg, białe niebo, drzewa. Zimno. Brnęliśmy razem pod górę.

Ciągnął za sobą staroświeckie drewniane sanki, na tyle długie, że mogliśmy się na nich obaj zmieścić. Gdy dotarł na szczyt górki, przystanął, obejrzał się na mnie i czekał.

Czemu to wszystko pamiętam?

Otóż pamiętam, bo kiedy lawina wrażeń odbieranych przez moje oczy, uszy i skórę bombardowała mnie widokami, dźwiękami i fakturą materiałów, drzewami pozbawionymi liści, czapką dziadka, skrzypieniem świeżego śniegu pod naszymi butami, owe wrażenia były kierowane do pewnych niewielkich, lecz ważnych części mojego dziesięcioletniego mózgu. Wtedy mój mózg zabrał się do pracy, przetwarzając surowe odczucia w coś innego: we wspomnienie, to, które wciąż we mnie tkwi, trzydzieści lat później, może więc zostać czasami przywołane i wyciągnięte, choć migoczące i niepewne, na światło dzienne.

Ale nie uprzedzajmy faktów.

Wspomnienia nas tworzą. Na wszystko, czym jesteśmy, składa się wszystko, czym byliśmy. Nigdy nie ulegało to wątpliwości i jest tak oczywiste, że właściwie nie ma potrzeby o tym mówić. Ale chociaż tworzą nas wspomnienia, dopiero niedawno zaczęliśmy rozumieć, w jaki sposób my tworzymy wspomnienia. Jak zdobyliśmy tę wiedzę, wyjaśnia historia, którą opowiadam w tej książce. Jest to historia pełna bohaterów i drani, tragedii i romansów, przemocy i czułości. Mój dziadek odgrywa w niej pewną rolę, lecz nie jest w niej najważniejszy.

To historia opowiadająca o nauce i o naturze, ludzkiej i nie tylko.

A zaczyna się, podobnie jak wiele innych historii, od upadku.

Część I

POCZĄTKI

1

UPADEK

W północno-zachodnim rogu parku Colta, w centrum miasta Hartford w stanie Connecticut, wznosił się na granitowym cokole trzymetrowy brązowy posąg patrona parku. Jeden bok cokołu pokrywały wyryte w kamieniu wyrazy uznania dla Samuela Colta, wynalazcy rewolweru Colt .45, ale chłopiec idący noga za nogą w stronę pomnika nie byłby w stanie odczytać napisu, nawet gdyby chciał, ponieważ nie włożył okularów. Była pora obiadu, 3 lipca, prawdopodobnie w 1933 lub 1934 roku, chociaż nie wiadomo na pewno w którym, i między innymi o to naukowcy mieli się spierać przez następne dekady. Do mieszkania, w którym mieszkał z rodziną, na pierwszym piętrze w budynku bez windy, zostało mu jeszcze około czterystu metrów. Miał siedem lub osiem lat i przeprowadzał się już co najmniej trzy razy. Jego ojciec, elektryk, zarabiał niewiele i musiał się przenosić tam, gdzie mógł znaleźć pracę. Chłopiec był pewnie zdezorientowany tymi wszystkimi zmieniającymi się nagle mieszkaniami, tym ciągłym zaczynaniem od nowa. Miał jasne włosy i jasnoniebieskie oczy oraz miły, nieśmiały uśmiech.

Wzdłuż północnego skraju parku biegła stroma ulica i jeśli chłopiec ją przecinał, zapuszczając się następnie w uliczki po drugiej stronie, mógł nieco skrócić sobie drogę do domu. Co prawda miał słaby wzrok, ale z jego słuchem wszystko było w porządku. Nie słyszał żadnych nadjeżdżających samochodów. Zszedł z chodnika i zaczął przechodzić przez jezdnię.

Rowerzysta zjeżdżający z góry na wolnym biegu nie widział Henry’ego. Zobaczył go, gdy było już za późno.



Hipokrates Asklepiades, grecki lekarz urodzony na wyspie Kos w V wieku p.n.e., jest powszechnie uważany za ojca współczesnej medycyny. Chociaż to drugie miano wskazuje na domniemany związek jego rodziny z Asklepiosem, otaczanym czcią bogiem-lekarzem z greckiej mitologii, Hipokrates zasłynął dzięki wysunięciu rewolucyjnej tezy, że w medycynie nie ma miejsca dla bogów. Uzdrawiacze takiego czy innego rodzaju istnieli od zarania dziejów, lecz Hipokrates jako jeden z pierwszych odrzucił magię, spirytualizm i religię, na których opierała się większość jego poprzedników. Zamiast tego usiłował zlokalizować źródła ludzkich dolegliwości w naszym fizycznym otoczeniu i w samym ciele.

To podejście zostało dobrze zilustrowane w napisanej przez niego rozprawie zatytułowanej O świętej chorobie. Tytuł jest nieco mylący, ponieważ Hipokrates wolał nazywać ową chorobę inaczej: epilepsją, od greckiego słowa epilambanein, które znaczy „chwycić”, „napaść”. „Co do tak zwanej świętej choroby – napisał – w niczym nie wydaje mi się ona bardziej boska ani bardziej święta od innych chorób, ale ma taką samą naturę jak pozostałe schorzenia, jeśli chodzi o pochodzenie; naturę taką samą i przyczynę”. Skrytykował „magów, oczyścicieli, żebrzących kapłanów i szarlatanów”, którzy „pod pozorami boskości ukrywają swą własną niewiedzę o tym, jaką należy stosować terapię, aby pomagać chorym”. Wyśmiał ich także za obwinianie bogów o różne postacie epilepsji, pod jakimi objawiała się ona u ich pacjentów. „Jeśli ktoś tak naśladuje kozę i beczy, jeśli zgrzytając zębami, skręca się na prawo, to powiadają, że przyczynia się do tego Macierz Bogów; jeżeli znów wydaje ostrzejszy i chrapliwy głos, upodobniają go do konia i powiadają, że przyczynia się do tego Posejdon; jeśli znów wydala kał, co często zdarza się zmorzonym przez tę chorobę, to przywoływane bywa imię bogini Enodii; jeśli z kolei wydaje często piskliwy dźwięk, jak ptaki – to Apollon Opiekujący-się-Pasterzami; jeżeli znów toczy pianę z ust i wierzga nogami, za przyczynę uchodzi Ares”[1].

Po odrzuceniu wszelkich wyjaśnień natury religijnej Hipokrates przedstawił własne, szokujące wyjaśnienie. „Otóż przyczyną tego cierpienia – napisał – jako też innych najcięższych chorób jest mózg. Wykażę jasno, w jaki sposób i z jakiej przyczyny powstaje ta choroba”.

Szczegóły następującego po tych słowach wyjaśnienia Hipokratesa dotyczącego podłoża epilepsji oczywiście nie wytrzymały próby czasu. Jego zdaniem mózg miał być organem pneumatycznym, na przemian pulsującym flegmą i żółcią. Miał też być uzależniony od kierunku wiatru, dlatego nieodpowiedni wiatr wiejący na nieodpowiednią osobę w nieodpowiednim momencie mógł wywołać spustoszenie w jej organizmie. Na przykład jeśli podmuch zachodniego wiatru uderzył we flegmatyczne z natury dziecko, mógł spowodować, że jego mózg chwilowo się „roztopi” i w efekcie nastąpią napady epilepsji. Zgodnie z zaleceniem Hipokratesa należało takie dzieci osłaniać przed zachodnim wiatrem, wystawiać natomiast na wiatr północny, który miał doprowadzić do ponownego zakrzepnięcia mózgu i postawić je na nogi.

Zasługą Hipokratesa nie jest to, że odkrył przyczynę epilepsji lub sposób jej leczenia – bo nie odkrył ani jednego, ani drugiego – lecz to, że zaczął szukać we właściwym miejscu: nie w niebie czy na górze Olimp, ale na jeszcze bardziej tajemniczym terenie: wewnątrz naszej czaszki.

Od tamtego czasu wielu lekarzy zmagających się z problemem epilepsji podążało tropem wskazanym przez Hipokratesa, zapuszczając się w coraz głębsze obszary mózgu w poszukiwaniu laickiego wyjaśnienia tej „świętej choroby”.

Na początku lat trzydziestych XX wieku, kiedy w Hartford w stanie Connecticut rowerzysta potrącił na ulicy małego chłopca, zaczynali już znajdować jakieś odpowiedzi.

Wyobraźmy sobie, że znajdujemy się wewnątrz czaszki Henry’ego.

Wyobraźmy sobie tę chwilę, zaraz po tym, jak potrącił go rower, ale zanim uderzył o ziemię, kiedy ani nie stał, ani nie leżał, lecz unosił się w powietrzu.

Jego mózg również się unosił. Był bezpieczny, zatopiony w ciepłej zalewie płynu mózgowo-rdzeniowego, gdy nagle przeniknęły go wszelkiego rodzaju wyraźne doznania. Ból pochodzący z tych wszystkich miejsc, w które uderzył rower, strzępy krajobrazu, które widział chłopiec, gdy został ścięty z nóg, widok szybko zbliżającej się ziemi, odgłos mimowolnego zachłyśnięcia się powietrzem, dotyk pofalowanych włosów, które zmierzwiły się pod wpływem pędu powietrza, gdy upadał – wszystkie te bodźce, i wiele innych, były przekazywane przez nerwy w siatkówkach jego oczu, przez przewody słuchowe, skórę, system przedsionkowy odpowiedzialny za równowagę i bombardowały jego mózg, który przetwarzał je w wielowymiarową mieszankę doświadczaną przez nas jako świadomość chwili obecnej.

A teraz wyobraźmy sobie uderzenie.

Henry upadł, uderzając się w lewą część głowy na tyle mocno, że rozciął sobie głęboko czoło tuż nad brwią na długości 2,5 centymetra. Wówczas na jego mózg oddziaływały tak zwane siły skrętne, które sprawiły, że przekręcił się on w czaszce, w tym wypadku od lewej do prawej strony. Jednocześnie zanurkował do przodu w swym wodnistym łonie, naciskając na cienką błonę opony miękkiej oraz grubsze błony pajęczynówki i opony twardej, zgniatając je wszystkie swoim ciężarem, zanim zderzył się ze sztywną barierą czaszki. Mózg chłopca uległ deformacji. Zmienił kształt dokładnie tak jak gumowa piłka, gdy uderza o twardą powierzchnię, a następnie się odbił. Jeśli poruszał się wystarczająco szybko, jeśli odbił się wystarczająco mocno, ponownie zgniótł różne warstwy ochronne, które zwykle zapewniały mu bezpieczeństwo, tym razem po przeciwnej stronie czaszki. To drugie zderzenie byłoby nieco mniej gwałtowne od pierwszego. A gdyby odbił się jeszcze raz, żeby wykonać trzeci ruch, przemieszczałby się jeszcze wolniej. W ciągu sekundy przestał się odbijać. Siła uderzenia uległa rozproszeniu i mózg Henry’ego znów unosił się spokojnie w swej ciepłej zalewie płynu mózgowo-rdzeniowego.

Ale uszkodzenie już nastąpiło.

Podczas pierwszego zderzenia wywołanego wstrząsem oraz bezpośrednio po nim, gdy mózg Henry’ego przekręcił się, został ściśnięty, a następnie odbił się od czaszki, wydarzyły się różne rzeczy. Niektóre z nich miały charakter fizyczny i łatwo je zrozumieć. Neurony i komórki glejowe – materiał, z którego zbudowany jest nasz mózg – zostały rozerwane i popękały. Inne procesy, które wydarzyły się wewnątrz mózgu Henry’ego w chwili tamtego gwałtownego zderzenia, były natury chemicznej oraz elektrycznej i trudniej je wyjaśnić. Z powodów, które nadal są słabo znane, gdy na mózg działają siły skrętne w połączeniu z tępym urazem głowy, a tego właśnie doświadczył mózg Henry’ego, niektóre grupy neuronów otwierają w zsynchronizowany sposób swoje „śluzy”. W efekcie impulsy elektryczne pędzą wzdłuż aksonów – cieniutkich włókien, które wystają z każdego neuronu – i powodują uwalnianie się neuroprzekaźników z ich zakończeń. Owe neuroprzekaźniki łączą synapsy między zakończeniami aksonów a oczekującymi dendrytami sąsiednich neuronów, co sprawia, że również te neurony wysyłają własne impulsy elektryczne. W końcu narastające tsunami neuroprzekaźników wywołuje ogromny wzrost aktywności mózgowej. Wszelkie doznania i myśli, które kłębiły się w mózgu Henry’ego przed tą chwilą – strach, ból, dezorientacja – zostały wymazane przez ten nagły wzrost aktywności. Podobnie jak nagły skok napięcia wyłącza komputer, „wyłączył” on Henry’ego.

Przez pięć minut nic się nie działo. Mózg Henry’ego wykonywał swoje zwykłe autonomiczne zadania regulowania funkcji życiowych, ale świadomość chłopca, gdziekolwiek była umiejscowiona, została chwilowo wyłączona.

Potem powoli wrócił do stanu online.

Henry otworzył oczy. Otoczenie ponownie zalało go falą bodźców. Zgiełk i hałas panujący w centrum Hartford, gwar gromadzącego się tłumu, ból z rozcięcia na czole, lepkie ciepło krwi spływającej po twarzy ‒ powrócił ciągły napływ doznań i wrażeń.

Henry doszedł do siebie, ale nie był już taki sam.

Następnego dnia przypadał 4 lipca, Dzień Niepodległości, i Henry wraz z rodziną pojechał na piknik. Pogoda była wymarzona: ciepła i sucha. Wcześniej założono mu szwy na czole i miał bandaż nad lewym okiem. Ludzie żartowali z tego, pytając go, czy bawił się petardami.

– Musiałeś wcześnie wstać, żeby się tak urządzić – powiedział ktoś na jego widok.

Henry się roześmiał.

Wydawało się, że nic mu nie jest.

Czuł się dobrze.

Wkrótce jednak zaczęły się napady.

Chociaż dokładne przyczyny epilepsji Henry’ego być może nigdy nie zostaną poznane, wielu naukowców sądzi, że miała ona związek z jego upadkiem. Mogła być wynikiem bezpośredniego uszkodzenia fizycznego: gdy goją się obrażenia mózgu, pozostałe po nich blizny stają się niekiedy epileptogennne, to znaczy mogą wywoływać napady padaczki. Istnieje również teoria tak zwanego efektu pobudzającego, zgodnie z którą tego rodzaju krótkie spięcie, jakiego doświadczył mózg Henry’ego, pozostawia po sobie nowy, zdolny wywoływać niebezpieczne stany drgawkowe obwód, który uaktywnia się z czasem, pobudzając coraz gwałtowniejsze napady.

Początkowo napady były słabe. Krótkie chwile nieuwagi. Momenty oszołomienia, drobne roztargnienie.

Ziarno zostało jednak zasiane i rozpoczęła się przemiana Henry’ego w pacjenta H.M., najintensywniej badanego osobnika w dziejach neuronauki.

To jest jego prawdziwe imię: Henry.

Mogę podać wam nawet pełne imię i nazwisko: Henry Gustave Molaison.

Dawniej nie mógłbym tego zrobić. Stanowiły tajemnicę.

Przez prawie sześć dekad naukowcy, którzy prowadzili badania nad Henrym, ukrywali jego dane. Gdy o nim pisali, zawsze starali się nie ujawnić zbyt wiele, z obawy, że osoby postronne mogłyby go znaleźć, i robili to skutecznie. Wśród setek artykułów bardzo szczegółowo relacjonujących eksperymenty przeprowadzane na Henrym w ciągu pięćdziesięciu pięciu lat, jakie minęły od operacji do śmierci, nie ma ani jednego, który zawierałby coś więcej niż najbardziej ogólnikowe informacje biograficzne na temat samego Henry’ego.

Gdyby zdarzyło się wam przeczytać dużo tych artykułów, moglibyście odtworzyć pewien fragmentaryczny portret. W jednym ktoś mógł wspomnieć, że Henry miał krewnych w Luizjanie. W innym, że urodził się w 1926 roku. W trzecim, że jego ojciec miał na imię Gustave. W czwartym, że był jedynakiem.

I tak dalej.

Ale zasadnicza część jego historii, począwszy od najbardziej podstawowych danych, czyli jego nazwiska, była tajemnicą ściśle strzeżoną przed zewnętrznym światem.



Henry Gustave Molaison urodził się w Manchesterze w stanie Connecticut 26 lutego 1926 roku.

Dwadzieścia sześć, dwa, dwadzieścia sześć.

– Przynajmniej dość łatwo to zapamiętać – często z uśmiechem mówił naukowcom.

W kółko mobilizowali go, żeby podał datę urodzenia, czasami pięć, sześć, siedem razy w trakcie jednej sesji, i chociaż nigdy nie pamiętał poprzedniego razu, kiedy go o to pytali, niezmiennie padała poprawna odpowiedź: dwadzieścia sześć, dwa, dwadzieścia sześć.

Odpowiedzi na inne pytania były mniej konsekwentne.

– Henry – zapytał go jeden z naukowców pewnego popołudnia, mniej więcej po piętnastu latach od rozpoczęcia eksperymentów – czy mógłbyś jeszcze raz opisać pokrótce swoje najwcześniejsze wspomnienia, z bardzo wczesnego dzieciństwa, kiedy byłeś bardzo mały, coś naprawdę pierwszego, co zapamiętałeś?

– Ojej – powiedział Henry – to jest miszmasz.

Przerwał na chwilę. Siedział w laboratorium w Massachusetts Institute of Technology (MIT), chociaż o tym nie wiedział, bo kiedy naukowcy zapytali go wcześniej, gdzie jego zdaniem się znajduje, domyślił się, że może jest w Kanadzie.

– Poniekąd trudno – mówił dalej – sprecyzować, ustawić je w…

Znów przerwał. Palił papierosa.

– Znaleźć to jedno, które jest wcześniejsze albo późniejsze – powiedział.

Miał cichy, delikatny głos z silnym akcentem z Nowej Anglii. Można było niemal usłyszeć myśli terkoczące w jego głowie, gdy cofał się do najwcześniejszego dzieciństwa. Tym razem najwcześniejszym wspomnieniem było miejsce. Mały niebieski dom, w którym niegdyś mieszkała rodzina Molaisonów.

Później, podczas tej samej sesji, odpowiadając na to samo pytanie, opisał osobę.

– Przypomina mi się dziadek – powiedział. – Spacer z nim. Byłem bardzo, bardzo mały. Myślę o, hm, no tak, od razu pomyślałem o wysokim mężczyźnie, ale on nie jest, nie był wysoki. Średniego wzrostu. Nie był silnej budowy ciała. Zawsze gdy o nim myślę, jest w szarym garniturze… Wyglądał zupełnie inaczej niż mój ojciec, oczywiście… Miał, hm, myślę że jakieś metr siedemdziesiąt dwa.

– Twój ojciec? – zapytał naukowiec.

– Dziadek – poprawił go Henry. – Dziadek. Bo mój ojciec miał prawie dokładnie metr osiemdziesiąt, brakowało mu tylko, och, jakieś pół centymetra i miałby metr osiemdziesiąt.

– A ile ty masz wzrostu? – zapytał naukowiec.

– Myślę, że metr osiemdziesiąt osiem.

– Wysoki jesteś – odparł tamten.

– Tak, wiem, że jestem wyższy od ojca – powiedział Henry.

– Czy twój ojciec żyje? – zapytał naukowiec.

Henry zastanawiał się nad tym pytaniem przez kilka chwil, zanim odpowiedział.

– Spieram się o to z samym sobą. Tak od razu to myślę, że żyje. A potem oczywiście dochodzę do wniosku, że umarł.

– Nie jesteś pewien? – dopytywał się naukowiec.

– Nie jestem – odparł Henry. – Nie potrafię sobie tego dokładnie przypomnieć.

Znów przerwał, a potem mówił dalej:

– I żyje, i nie żyje.

Naukowiec zanotował to – ojciec Henry’ego zmarł trzy lata wcześniej – a potem ponownie zapytał go o najdawniejsze wspomnienia.

– Otóż chcę, Henry, żebyś cofnął się najdalej, jak potrafisz, i spróbował powiedzieć mi, co według ciebie jest twoim naprawdę pierwszym, najstarszym wspomnieniem z dzieciństwa, wspomnieniem, które twoim zdaniem jest wcześniejsze od wszystkich innych.

– Cóż, mogę się cofnąć do, hm, do pierwszej przejażdżki saniami…

Opowiedział, że był na Spruce Street, ulicy w Manchesterze, w środku zimy. Zapamiętał, że sanie ciągnął tylko jeden koń. Uważał, że i one, i koń należały do ojca jego towarzyszy zabaw, dwóch braci, Frankiego i Jimmiego. Opowiadając tę historię, rozkręcał się i dodawał kolejne szczegóły, pogrążając się we wspomnieniach. Koń był w drodze do stajni, gdzie miał zostać ponownie podkuty. Frankie, Jimmie i Henry usadowili się wygodnie z tyłu. Było im ciepło. Jakieś miejscowe dzieciaki, widząc, jak przejeżdżają, rzucały w nich śnieżkami, ale bok sań zapewniał im osłonę.

Henry zachichotał.

– Fajne to było – powiedział. – Podobało mi się.

Naukowiec skinął głową.

– Całkiem dobrze pamiętasz rzeczy sprzed operacji, prawda?

Później, gdy pewna doktorantka spisywała ten wywiad z taśmy, zanotowała w nawiasie, że na to pytanie Henry odpowiedział przyciszonym głosem i że był bliski płaczu.

– Tak – wyszeptał Henry. – To, co było przedtem, tak. Rzeczywiście pamiętam.

[1] Wszystkie cytaty z dzieła Hipokratesa w przekładzie Mariana Wesołego.

2

ZGNIECIONY OŁÓW I POFALOWANA MIEDŹ

Pamiętam, jak pewnego razu podczas bożonarodzeniowej kolacji, kiedy miałem mniej więcej osiem lat, mój dziadek wstał z krzesła u szczytu stołu, wyszedł do swojego gabinetu i wrócił po kilku minutach z jakimś przedmiotem w dłoni. Położył go obok talerza. Był to zgnieciony kawałek ciemnego metalu, niewiele większy od gumki na końcu ołówka. Patrzyłem nań, zastanawiając się, co to jest. Dziadek usiadł i opowiedział nam ciekawą historię.

Stamford w stanie Connecticut na przełomie wieków. Złodziej włamał się do domu pewnego młodzieńca. Ten zbudził się i sięgnął po pistolet, który trzymał na nocnym stoliku. Wycelował w intruza, lecz jego pistolet się zaciął. Pistolet włamywacza nie. Kula uderzyła młodego człowieka w klatkę piersiową, natrafiła na żebro i zboczyła, omijając serce. Młodzieniec przeżył i zachował kulę na pamiątkę. W końcu dał ją synowi, mojemu dziadkowi.

Kula leżała na stole do końca kolacji, a ja przyglądałem jej się zafascynowany i przerażony zarazem. Gdyby sięgnęła celu, gdyby włamywacz mierzył dokładniej, wówczas mój dziadek, jego dzieci i dzieci ich dzieci, czyli prawie wszyscy siedzący przy stole, nigdy nie przyszliby na świat. To była kwestia centymetrów – fuks przy celowaniu, kość, balistyka – a wszystko zmieniła, jej reperkusje trwały przez pokolenia.

W domu mojego dziadka znajdowały się też inne przedmioty, z których wiele było równie fascynujących – jak pobielała ludzka czaszka stojąca na półce w jego gabinecie – a część równie strasznych. Każdy miał własną historię.

Na jednej ze ścian jadalni wisiał rzeźbiony drewniany totem, wizerunek jakiegoś pogańskiego króla czy boga. Miał pewnie metr wysokości i ponury wyraz twarzy. Dziadek dostał go w czasie podróży do Ameryki Południowej jako wyraz wdzięczności za przeprowadzoną operację. Rzeźba najwyraźniej była kiedyś obiektem kultu, głównie dlatego, że czasami płakała i z kącików jej oczu kapały krople wody. Czy to okresowe wahania wilgotności i sposób, w jaki reagowało na nie drewno, wywoływały łzy? Przypuszczalnie. Albo to, albo magia. Mój dziadek docenił piękno totemu, ale był nieczuły na jego emocje. Gdy przywiózł go do domu, kazał komuś pokryć rzeźbę politurą, zanim zawiesił ją na ścianie. Już nigdy więcej nie zapłakała.

Na ścianie obok frontowych drzwi wisiało coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na jeszcze jedno dzieło sztuki plemiennej. Było wykonane z metalu, miało zielony nalot i około dwudziestu centymetrów wysokości. Góra i dół miały podobny kształt półksiężyca, z tym że na górze widniała wyryta twarz, a na dolnej części, ostrej jak brzytwa, jej nie było. Przedmiot ten należał do zgromadzonej przez dziadka kolekcji pradawnych inkaskich narzędzi neurochirurgicznych. Góra stanowiła uchwyt, a dół ostrze. Fascynował mnie. Chodziło nie tyle o jego wiek, ile o zastosowanie. Gdzieś, przed setkami lat, tysiące kilometrów na południe, w czasie i miejscu niewiarygodnie odległych od przytulnego domu mojego dziadka w Nowej Anglii, stosowano ów relikt do wykonywania tego samego rodzaju pracy, jaką wykonywał on. Często wyobrażałem sobie, że ten kawałek metalu w kształcie półksiężyca nacina ciało, odsłania leżącą pod nim kość, a potem tnie jeszcze głębiej. Zastanawiałem się, czy nadal jest poplamiony starą krwią.

Neurochirurgia, niezależnie od epoki, zawsze wymaga od ludzi, którzy się nią zajmują, posiadania co najmniej dwóch przerażających cech: woli dostania się przemocą do mózgu innego człowieka oraz nieposkromionej pychy pozwalającej wierzyć, że potrafi się rozwiązać problemy w jego wnętrzu.



Najstarsze dzieje neurochirurgii są zapisane czaszkami, nie słowami.

Setkami czaszek. Tysiącami czaszek, na całym świecie. W Europie, Afryce, Ameryce Południowej, Azji. Czaszkami ludzi różnych ras, z różnych społeczności, różnych tysiącleci. Każda z tych najróżniejszych czaszek opowiada wariant tej samej historii.

Czaszki mają otwory. Otwory zrobione przez człowieka. Ponad dziesięć tysięcy lat temu ludzie zaczęli wycinać otwory w czaszkach innych ludzi.

Historycy medycyny zauważyli, że jeśli w czaszkach starożytnych Inków z Peru były otwory, to niemal zawsze znajdowały się u góry po lewej stronie, w tak zwanym lewym obszarze czołowo-ciemieniowym. Inkowie byli ludem wojowniczym, toczyli zacięte walki wręcz, używając maczug i pałek. Przy tym, podobnie jak większość współczesnych ludzi, przeważnie byli praworęczni. Gdy praworęczny mężczyzna wymierza przeciwnikowi cios pałką w głowę, na ogół trafia nią w lewy obszar czołowo-ciemieniowy. Wobec tego, jak głosi teoria, owe otwory chirurgiczne w czaszkach Inków są prawdopodobnie wynikiem leczenia ran głowy odniesionych w bitwie. Być może robiono je, żeby zmniejszyć ciśnienie wewnątrzczaszkowe, albo wycinano wokół mniejszych otworów i pęknięć powstałych w wyniku gwałtownych ciosów zadanych bronią obuchową, by ułatwić dostęp do tkwiących wewnątrz odłamków kości i je usunąć.

W innych częściach świata – a konkretniej na cmentarzysku sprzed siedmiu tysięcy lat w Ensisheim we Francji – otwory w licznych odkrytych tam czaszkach wydają się równo rozdzielone na prawą i lewą stronę głowy. Uznano to za dowód, że nie wszystkie otwory w czaszkach zostały zrobione w celu leczenia ran odniesionych na wojnie. A jeśli nie, czemu wobec tego służyły? Uwolnieniu złych duchów? Leczeniu bólów głowy? Przyspieszeniu oświecenia? Nikt tego nie wie na pewno.

Wiemy natomiast jedno: wycięcie człowiekowi dziury w głowie, nawet siedem tysięcy lat temu, niekoniecznie prowadziło do jego śmierci. Dokładne oględziny krawędzi otworów w tych dawnych czaszkach ujawniły, że w większości z nich wyrosła nowa kość, kierując się do wewnątrz od ząbkowanych, perforowanych lub gładkich krawędzi, gdzie chirurdzy zostawili swoje ślady, a zatem czaszka podjęła próbę ponownego zasklepienia się. Kości w naszych głowach rosną powoli i przestają rosnąć w chwili śmierci. Oznacza to, że właściciele czaszek noszących oznaki pooperacyjnego przyrostu kości przeżyli zabieg.

W niektórych czaszkach, w niektórych kulturach, otwory zostały nie tyle wycięte, ile wydrapane przez chirurgów posługujących się narzędziami bardziej przypominającymi skrobaczki czy szlifierki niż skalpele czy świdry. Paul Broca, dziewiętnastowieczny francuski pionier neuroanatomii, był zafascynowany tymi wyskrobanymi otworami. Zauważył, że są wcześniejsze od anestezji – która w swej najprymitywniejszej formie została zapoczątkowana około 400 roku p.n.e., gdy asyryjscy chirurdzy wywoływali u swoich pacjentów utratę przytomności, uciskając tętnicę szyjną – o co najmniej 3500 lat, i snuł domysły, że operacje musiały być przeprowadzane, gdy pacjenci byli małymi dziećmi, ponieważ cieńsza dziecięca czaszka nie wymagałaby tak żmudnego wysiłku, żeby przetrzeć kość na wylot. Pragnąc dowieść swoich racji, Broca zdobył kilka ciał w różnym wieku i wykazał, że chociaż przetarcie na wylot czaszki osoby dorosłej zajęło mu prawie godzinę, z czaszką dwuletniego dziecka mógł zrobić to samo w niecałe pięć minut. Inni nie zgadzali się z jego teorią, zwracając uwagę, że choć śmierć w wyniku tego rodzaju operacji należała najwyraźniej do rzadkości – jak wyżej: dowody w postaci pooperacyjnego przyrostu kości – czasem jednak do niej dochodziło, a jeśli starożytni chirurdzy mózgu wydrapywali otwory w głowach małych dzieci, spodziewalibyśmy się odkrycia przynajmniej kilku pradawnych dziecięcych czaszek z otworami, należących do ofiar nieudanych operacji. Żadnych takich czaszek nie znaleziono.

Tego rodzaju dyskusje będą się toczyły bez końca. Ludzie nadal badają te nieme czaszki, próbując odczytać historie, których ich właściciele żyjący w czasach przed wynalezieniem pisma nie mogli udokumentować.

Koniec końców, istoty ludzkie oczywiście posiadły umiejętność rejestrowania zdarzeń z własnego życia. Zaczęliśmy pisać. A co znalazło się wśród pierwszych rzeczy, o których pisaliśmy?

Obrażenia mózgu i sposoby ich leczenia.



W 1862 roku Edwin Smith, amerykański kolekcjoner antyków, kupił od pewnego handlarza w Luksorze zwój papirusu. Papirus miał ponad cztery i pół metra długości, a jakiś anonimowy mieszkaniec starożytnego Egiptu użył trzcinowego pędzelka i tuszów uzyskanych z gliny i spalonych olejów, by pokryć go gąszczem znaków pisma hieratycznego. Hieratyka była mniej formalną i mniej ozdobną następczynią egipskich hieroglifów, ówczesną wersją stenografii. Przez niemal tysiąc lat poprzedzających nabycie przez Smitha tego dokumentu obie postacie pisma – hieroglify i hieratyka – były reliktem martwego języka, nieużywanego i nieprzetłumaczalnego. Sami Egipcjanie zastanawiali się nawet, czy te dwa rodzaje pisma w ogóle są zapisem jakiegoś języka czy też ich przodkowie po prostu lubili pokrywać zwoje papirusu i grobowce nic nieznaczącymi ozdobnymi symbolami. Znana jest opowieść o pewnym włoskim kupcu z XVII wieku zwiedzającym piramidy w Gizie, któremu zaoferowano drewnianą skrzynię z czterdziestoma starożytnymi papirusami. Kupił tylko jeden zwój, a wieśniacy rzekomo „spalili resztę, żeby rozkoszować się wonią, jaką wydawały”.

Do 1862 roku sytuacja zdążyła jednak się zmienić. Przetłumaczenie w 1822 roku inskrypcji na Kamieniu z Rosetty – na którym widniał ten sam tekst zapisany hieroglifami, hieratyką oraz po grecku – otworzyło nagle zamknięty wcześniej dostęp do całej epoki starożytnego świata. Dla ludzi zainteresowanych historią albo czerpiących z niej zyski był to odpowiednik gorączki złota: w Egipcie zaroiło się od rabusiów grobowców i łowców skarbów, takich jak Edwin Smith, który zgromadził tyle tych nieprzeniknionych niegdyś dokumentów, ile tylko zdołał.

Smith zabrał ów zwój do rodzinnego Connecticut i niemal przez całą resztę życia próbował zgłębić jego znaczenie. Nawet najlepszy lingwista mógłby spędzić całe lata na tłumaczeniu jednego ustępu zapisanego hieratyką. Tymczasem Edwin Smith najlepszym lingwistą nie był. Zdobył obiektywnie piękny dokument – papirus zachował się zadziwiająco dobrze, a kolor użytego tuszu zmieniał się intrygująco, w niektórych słowach i linijkach, z głębokiej czerni w karmazynowy, uzyskany ze zmielonej ochry – który jednak nie chciał zdradzić swoich sekretów. Gdy Smith zmarł w 1906 roku, jego córka podarowała zwój Nowojorskiemu Towarzystwu Historycznemu, gdzie znalazł go później James Henry Breasted, profesor egiptologii Uniwersytetu Chicagowskiego.

Breasted przez prawie dziesięć lat pracował nad własnym tłumaczeniem zwoju, a gdy je opublikował w 1930 roku, oznajmił, że tak zwany papirus Edwina Smitha jest „najstarszym na świecie zaczątkiem naprawdę naukowej wiedzy”.

Zwój, jak ujawnił Breasted, był podręcznikiem medycznym i miał uderzająco nowoczesną formę, na przykład użycie czerwonego tuszu w wybranych ustępach służyło uwypukleniu kluczowych części tekstu, które zdaniem autora czytelnik powinien zapamiętać. Znacznie bardziej zdumiewająca okazała się jednak nowoczesność jego treści, mimo że sam zwój liczył co najmniej 3600 lat, a zawarte w nim archaiczne zwroty wskazywały, że może stanowić kopię tekstu starszego o osiemset lat.

Aż do czasu publikacji przekładu Breasteda przeważał pogląd, że medycyna w starożytnym Egipcie opierała się na magii, nie na nauce. Odkryte wcześniej papirusy o tematyce medycznej ograniczały swe zalecenia do zaklęć i podejrzanych mikstur. W papirusie Edwina Smitha również znalazło się nieco takich recept: zwój został opracowany jako zbiór czterdziestu ośmiu studiów przypadku dotyczących obrażeń odniesionych na polu bitwy, a każdemu towarzyszyło osobne zalecenie leczenia. W przypadku dziewiątym, mężczyzny ze zmiażdżonym czołem, przyszłemu lekarzowi radzono, żeby stojąc nad pacjentem, wyrecytował następujące zaklęcie: „Odparto wroga, który jest w ranie / Wypędzono zło, które jest we krwi / Przeciwnik Horusa, po każdej stronie ust Izydy / Ta świątynia nie runie / Nie ma żadnego wroga naczynia wewnątrz / Jestem pod opieką Izydy / Moim wybawieniem jest syn Ozyrysa!”.

Większość zaleceń miała jednak laicki charakter, a większość studiów przypadku – dwadzieścia siedem z czterdziestu ośmiu – dotyczyła urazów głowy.

A oto przykład:

Przypadek 6: Medyczne instrukcje dla sączącej się rany ciętej na jego głowie, która przenika do kości, wgniatając jego czaszkę i odsłaniając mózg w jego czaszce.

– Musisz zbadać jego ranę.

– Powinieneś znaleźć [w] tym pęknięciu od uderzenia, które jest w jego czaszce, zmarszczki [jak] te, które powstają [na] miedzi w procesie wytapiania

– i coś w środku, co pulsuje i drży pod twoimi palcami jak słabe miejsce ciemienia dziecka, jeszcze niepołączonego i nietworzącego „całości”.

Powinieneś posmarować tę jego ranę oliwą.

– Nie bandażuj jej.

– Nie przykładaj na nią opatrunku, aż będziesz wiedział, że kryzys minął!

Pęknięcie od uderzenia jest duże, otwiera się do wewnątrz jego czaszki, a błona otaczająca jego mózg jest rozerwana i płyn wycieka z wnętrza jego głowy.

Chociaż leczenie tego przypadku jest jak na nowoczesne standardy zachowawcze – oczyścić ranę i mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze – wydaje się dość obiecujące jak na to, czego można by się spodziewać w szpitalu sprzed czterech tysięcy lat. Na przykład zaklejenie rany prawdopodobnie przyniosłoby więcej szkody niż pożytku, powodując śmierć w wyniku opuchlizny lub infekcji. Egipcjanie byli najwyraźniej nie tylko powściągliwymi lekarzami, lecz także znakomitymi neuroanatomami: aż do przetłumaczenia papirusu Smitha nikt nie znalazł słowa „mózg” w żadnych wcześniejszych dokumentach hieratycznych czy hieroglificznych. W tym natomiast nie dość że nazwano mózg, to jeszcze opisano go barwnym poetyckim językiem – mówiąc, że ma „zmarszczki [jak] te, które powstają [na] miedzi w procesie wytapiania” – oraz wspomniano o błonach i płynie mózgowo-rdzeniowym, które go otaczają. Starożytni bez wątpienia rozumieli, że mózg jest delikatnym i ważnym organem, który ogólnie rzecz biorąc, powinno się chronić i w którym nie należy grzebać. W przypadku pacjenta z pękniętą czaszką mogłeś „oczyścić ją dla niego lnianym tamponem, aż zobaczysz fragmenty kości”, ale sam mózg powinien pozostać nietknięty.

Po ujawnieniu rewelacji z papirusu Edwina Smitha niektórzy egiptolodzy utrzymywali, że egipski ankh – który wyobraża ludzki kręgosłup – byłby, z historycznego punktu widzenia, trafniejszym symbolem sztuki medycznej niż tradycyjny wąż oplatający laskę. (Ten ostatni symbol pochodził z mitów o posługującym się laską i czczącym węże greckim bogu lekarzu Asklepiosie, który tak skutecznie utrzymywał ludzi przy życiu, że Zeus zabił go, aby zapobiec przeludnieniu). W każdym razie papirus zdawał się dowodzić, że nowoczesna medycyna powstała znacznie wcześniej, niż do tej pory sądzono, a ostrożne metody leczenia, jakie zalecał, wskazywały, że przynajmniej niektórzy starożytni lekarze przestrzegali naczelnej zasady przysięgi Hipokratesa ponad tysiąc lat przed narodzinami jego samego.

„Po pierwsze nie szkodzić…”

To prosta i nieprzemijająca zasada.

Przez większą część długich dziejów sztuki lekarskiej kierowano się nią, gdy chodziło o pielęgnowanie i leczenie naszego najbardziej tajemniczego i delikatnego organu.

Chroń go, gdy to możliwe, utrzymuj w czystości, nie majstruj w środku.

Taki stan rzeczy trwał tysiące lat.

Aż nagle to się skończyło.

3

WYMARZONE POSADY

W laboratorium w MIT Henry po raz kolejny opowiadał o tym, jak często jego rodzina przeprowadzała się, gdy był dzieckiem. Nawet naukowcom ta jego odyseja wydawała się zagmatwana. Doktor William Marslen-Wilson, brytyjski psycholog, który przeprowadzał wywiad z Henrym, bardzo się starał, żeby nadążyć za jego opowieścią.

– Aha – powiedział w pewnym momencie Marslen-Wilson. – Tak, teraz wszystko staje się bardziej zrozumiałe. Dużo szkół, dużo mieszkań, trudno się w tym połapać.

– A potem – ciągnął Henry – przeprowadziliśmy się z Franklin Avenue do South Coventry w Connecticut. I musiałem jeździć szkolnym autobusem, który zatrzymywał się – rano wsiadałem do niego jako ostatni – i zawoził mnie do domu, zawoził mnie z South Coventry do Willimantic, i myślę, że to było dokładnie osiem kilometrów spod naszego domu do Willimantic.

– I chodziłeś wtedy do… do jakiej szkoły chodziłeś?

– To było w szkole średniej. Windham High.

– Windham?

– Windham High School.

– Pamiętasz, jak się pisze Windham?

– Hm, to będzie W-I-N-D-H-A-M.

– A do której klasy tam chodziłeś?

– Do drugiej ogólniaka… no i przez pół roku do trzeciej.

– Dlaczego tylko pół roku do trzeciej?

– Bo wyprowadziliśmy się z South Coventry z powrotem do Hartford i rzuciłem szkołę.

– Aha.

– I to wtedy… no więc potem wyprowadziliśmy się z pokojów light-housekeeping, w których mieszkaliśmy…

– Lighthouse-keeping?

– Tak.

– Hm, nie bardzo rozumiem, o co chodzi z tym lighthouse-keeping. Chcesz powiedzieć, że twoi rodzice pracowali w latarni morskiej?[2]

Rodzice Henry’ego nie pracowali w latarni. Jego ojciec był elektrykiem, a matka gosposią. Zarabiali niewiele. Ich oszczędności, i tak skromne, niemal całkiem straciły na wartości w wyniku krachu giełdowego z 1929 roku. W Ameryce w pierwszej połowie XX wieku skrótowy termin „pokój light-housekeeping” oznaczał częściowo umeblowane mieszkanie w kamienicy czynszowej. Gdy Henry był nastolatkiem, jego rodzina oddała swoje meble na przechowanie i mieszkała w szeregu tego rodzaju pokojów w Hartford i w jego okolicach.

Żeby uzupełnić dochody rodziny, Henry imał się różnych zajęć w niepełnym wymiarze godzin. Był bileterem w kinie, rozkładał towar w dziale obuwniczym sklepu towarowego G. Fox & Co. i pracował na złomowisku. Gdy rzucił szkołę średnią, zaczął się uczyć zawodu, szkoląc się na nawijacza silników w firmie Ace Electric Motors. Zajęcie to polegało na rozbieraniu niewielkich silników elektrycznych, dokonywaniu przeglądu poszczególnych części w poszukiwaniu problemów czy usterek, a następnie ponownym nawijaniu miedzianych drutów ciasno zwiniętych wokół rdzenia magnetycznego każdego silnika. Była to dobra, przyszłościowa praca, ale ostatecznie Henry musiał z niej zrezygnować. Do tego czasu jego epilepsja znacznie się nasiliła. Pierwszy napad toniczno-kloniczny przeszedł w swoje piętnaste urodziny. Pamiętał, że jechał z ojcem samochodem. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy siedział z tyłu, czy z przodu, ale uważał, że prawdopodobnie na tylnym siedzeniu, bo kiedy zaczął mieć drgawki i upadł do przodu, ojciec początkowo tego nie zauważył i po prostu nadal prowadził samochód. Potem miał następny napad, podczas którego spadł z frontowych schodów czyjegoś domu i ocknął się na chodniku. Zaczął miewać ataki coraz częściej. Później na ogół pamiętał, co robił bezpośrednio przed napadem, lecz same napady stanowiły białą plamę w jego umyśle. Gdy do nich dochodziło, wywoływały u niego niepamięć, dokładnie tak jak ów rower w parku Colta. Nawijanie silników wymagało delikatności i precyzji, tymczasem nawet gdy Henry nie miał pełnoobjawowego napadu toniczno-klonicznego, małe napady padaczkowe wystarczały, by narazić na szwank jego pracę, bo powodowały, że usuwał zbyt dużo izolacji z przewodów albo zapominał o jakiejś istotnej części silnika, gdy ponownie go składał.

Ostatecznie wrócił do szkoły średniej, zapisując się do East Hartford High, i mozolnie dążył do zdobycia dyplomu. Zanim ukończył naukę, napady stały się tak częste, że postanowiono nie wręczać mu dyplomu na scenie. Podczas rozmowy w laboratorium wyjaśnił doktorowi Marslenowi-Wilsonowi, co mogłoby się stać w przeciwnym wypadku.

– Hm, w pewnym sensie chronili raczej siebie samych – powiedział – żebym w razie ataku, czy czegoś takiego, nie upadł, czy coś, i nie przeszkodził innym, którzy tam byli i odbierali dyplomy, oraz ludziom na widowni. – Wyjaśnił, że nawet mały napad padaczkowy wystarczyłby, żeby wywołać zamieszanie. – Masz zaćmienie. Mógłbyś iść po dyplom, czy coś, i przejść tuż obok osoby, która podawała dyplom, zamiast zatrzymać się, odebrać dyplom i wtedy odejść.

– To byłoby nieco kłopotliwe – zauważył Marslen-Wilson.

– Tak, rzeczywiście – przyznał Henry.

Po ukończeniu szkoły średniej Henry zdobył ostatnią posadę, jaką pamiętał ‒ pracę przy linii montażowej w fabryce maszyn do pisania Underwood. Tutaj też jego choroba przysparzała problemów. Znajdował się na środku linii, pomagając składać ramę maszyny, zanim inny pracownik zamontuje klawisze. Wymagało to mniejszych umiejętności niż przewijanie silników, ale i tak zdarzało się czasami, że kładziono przed nim gotowe do montażu części maszyny, a on nagle stawał się nieobecny, zastygał w bezruchu, z otwartymi oczami, lecz nie patrząc na nic. Cofano wtedy taśmę do czasu, aż się ocknął.

Znalazłem ostatnio w piwnicy matki rozpadające się tekturowe pudełko. W środku był stos listów przewiązany szpagatem. Wszystkie zostały wysłane pod koniec lat dwudziestych XX wieku albo przez mojego dziadka, albo przez jego starszego brata Gurdona do ich matki. Większość znajdowała się w oryginalnych kopertach, a na niektórych z tych kopert moja prababka nagryzmoliła krótkie notatki dla siebie samej. Czasami były to po prostu informacje dotyczące treści listu – „O ukończeniu studiów”, „Moje urodziny” – ale niekiedy trafiały się jakieś wskazówki czy coś w rodzaju minirecenzji: „Zachować do końca życia ten list od Gurdona”, „O naszym ukochanym domu, Treetop” albo „Piękny list od Gurdona, do zachowania”.

Te dodatkowe krótkie notatki, płynące z głębi serca, zazwyczaj dopisywała tylko na listach od Gurdona. Po przeczytaniu samych listów łatwo było zrozumieć, dlaczego. Gurdon był tak wylewny w swej miłości do matki, że wydaje się to niemal straszne. Oto typowy fragment listu napisanego w okresie, gdy od kilku lat uczył się w seminarium i już wyrażał się jak pastor, którym miał zostać:

Nigdy wcześniej nie czułem tego, co czuję w tej chwili – harmonii naszych serc i dusz, która przełamała wszelkie bariery odległości i pozwoliła mi nagle pojąć na nowo, czym naprawdę może być miłość między dwiema osobami i jak unosi je ona do królestwa wieczności ponad słupki milowe i tykanie zegarów naszej małej ziemi. Musiałaś o mnie myśleć, kochana Matko, i modlić się za mnie dziś rano – dałaś mi, akurat gdy zacząłem pisać ten list, coś więcej, niż miałem kiedykolwiek wcześniej – poczucie, że nigdy nic nas nie rozdzieli, które zawsze będę zaliczał do swoich świętych przeżyć.

Listy od mojego dziadka były inne. Również one wyrażają miłość – obaj synowie bez wątpienia uwielbiali matkę – lecz są na ogół rzewne, pełne przeprosin.

„Moja kochana Matko – napisał pod koniec ostatniego roku studiów na Uniwersytecie Yale – napisałem już do ojca około 42 stron, ale jestem tak samo zniechęcony, będę więc nadal korespondował z Tobą. Gdy przeglądałem wszystkie ostatnie listy, Twoje i jego, świat z każdym listem stawał się coraz bardziej ponury. Przepraszam za wszystko, co zrobiłem, bo nie chcę być taki samolubny i podły. Zawsze strasznie się denerwowałem sprawami finansowymi i próbuję je rozwiązać jak należy”. Przedstawił różne sposoby, w jakie próbował uzupełnić swoje „kieszonkowe”, począwszy od udzielania korepetycji, a skończywszy na sprzedaży biżuterii, którą sprowadził z Chin. „Męczę się z tą biżuterią, usiłując być samowystarczalny” – napisał, a potem dodał zdanie wiele mówiące o przywilejach wynikających z jego wychowania: „i oddaję rollsa Pen, tak jak sobie życzyłaś”. Pod koniec listu zasypuje matkę gradem samooskarżeń i użala się nad sobą. „Jest mi niewymownie przykro, że rozczarowałem Was oboje swoją beztroską i bezmyślnym egoizmem. Za bardzo się przejmowałem, żeby być właśnie beztroskim. Tak bardzo Cię kocham i tak wiele myślę o Twojej dobroci wobec mnie i w Tobie – w miarę jak dorośleję – że czuję się bardzo nieszczęśliwy, gdy tak Cię ranię – proszę, wybacz mi”.

Żenujący brak pewności siebie widoczny w tym liście pojawia się również w kilku innych z tego samego roku. W tym, który wysłał do matki na jej trzydzieste dziewiąte urodziny, napisał: „Chcę, żeby wszyscy moi przyjaciele zobaczyli, jaką mam matkę – uświadomią sobie wtedy, że nawet jeśli nie odniosę sukcesu w życiu, nie będzie to wina mojej matki”.

Trudno się zorientować, jak to należy rozumieć. Ludzie, z którymi rozmawiałem w ciągu wielu lat, określali mojego dziadka wieloma przymiotnikami – błyskotliwy, arogancki, dziarski, zuchwały – lecz „niepewny” nigdy nie był jednym z nich. Człowiek ganiący siebie w tych listach nie pasował do wyobrażenia, jakie miałem o doktorze Williamie Beecherze Scoville’u. Ale może w tym właśnie rzecz. Osobą piszącą owe listy był nadal tylko Bill Scoville, bogaty dzieciak z Filadelfii, usiłujący jakoś sobie radzić na uczelni i próbujący podjąć decyzję, co zrobić ze swoim życiem. Był inteligentny, ambitny i miał pewne uzdolnienia – na przykład manualne, uwielbiał majstrować przy samochodach, rozbierając je na części i składając ponownie, żeby zrozumieć zasady ich funkcjonowania – ale jeszcze nie wiedział, co chce z nimi zrobić.

Głębiej w tym samym pudełku, w którym kryły się listy, znajdował się album fotograficzny w brązowej okładce i z pożółkłymi stronami, a w środku spoczywało zdjęcie mojego dziadka. Ma na nim prawdopodobnie dwa albo trzy lata i jest ubrany w jedną z tych sukienek, które mali chłopcy nosili na początku XX wieku. Wyciąga drobną rączkę w kierunku paszczy żywego grzechotnika, który owinął się wokół przedramienia jego ojca niczym wokół laski. (Jego ojciec był wszechstronnym człowiekiem: prawnikiem, autorem książek przygodowych dla dzieci, przyrodnikiem amatorem, do tego ekscentrykiem – trzymał rozmaite jadowite węże jako zwierzęta domowe, zanim żona zmusiła go, żeby z tym skończył). Widząc to zdjęcie, przeżyłem mały szok, ponieważ jego oczywista symbolika – wąż i laska – zdawała się zapowiadać ostateczny wybór kariery zawodowej dokonany przez mojego dziadka.

Rok po napisaniu tamtych listów do matki przeprowadził się z powrotem do Filadelfii, zapisał się na wydział medyczny Uniwersytetu Pensylwanii i na poważnie zajął się studiowaniem.

Gdzieś około 1969 roku, w połowie zdawania jakichś testów, Henry przerwał, podniósł głowę i popatrzył na swoich egzaminatorów.

– Akurat teraz – oznajmił – zastanawiam się, czy zrobiłem albo powiedziałem coś nie tak. Widzicie, w tej chwili wszystko wydaje mi się jasne, ale co się stało tuż przedtem? To mnie właśnie niepokoi. To jak przebudzenie ze snu.

Henry często opisywał w ten sposób swój stan wewnętrzny: nieustanne uczucie, że właśnie wyłonił się ze snu. Istnieje psychologiczny termin na określenie tego uczucia: hipnopompia. Pochodzi on od greckich słów hypnos (sen) oraz pompe (odsyłanie) i jest powszechnym uczuciem, którego doznajemy, gdy nasz umysł rozprasza sny i przenosi nas nagle z powrotem do rzeczywistości. W wypadku Henry’ego to uczucie nigdy nie ustępowało.

Tak się składa, że sny Henry’ego, podobnie jak bardzo wiele innych aspektów jego życia, również były przedmiotem intensywnych badań naukowych. Spędził kiedyś kilka nocy w laboratorium snu w MIT, obwieszony czujnikami. Ilekroć wchodził w fazę REM, badacz potrząsał nim, aż otworzył oczy, i pytał go, co mu się śniło. Ostatecznie naukowcy nigdy nie opublikowali wyników badań na temat jego snów, częściowo dlatego, że nikt nie potrafił rozstrzygnąć, czy w rzeczywistości Henry w ogóle śni, ani nawet czy jest zdolny śnić, ponieważ wielu uczonych uważa sny za mozaikę utworzoną z niedawnych wspomnień. Zachowała się jednak część zapisów. Wynika z nich, że zwykle mówił po prostu o tego samego rodzaju rzeczach, o jakich lubił mówić na jawie – o chłopięcych wspomnieniach z wycieczki na Florydę z rodzicami, o strzelaniu do celu na trawniku na tyłach domu, o łowieniu ryb z tatą. Niekiedy opowiadał o tym, co uważał za swoje dawne ambicje z dzieciństwa.

– Henry, Henry, Henry?

– Och!

– Czy coś ci się śniło?

– Tak.

– Co ci się śniło?

– Spierałem się ze sobą…

– O co?

– O to, kim mogłem zostać… Śniła mi się Pensylwania. Śniło mi się, że jestem lekarzem. Neurochirurgiem. I to wszystko odbyło się bardzo szybko. Jak błysk, odniesienie sukcesu. I mieszkanie przy tamtej drodze… Wysokie, proste drzewa.

Jest mało prawdopodobne, żeby Henry kiedykolwiek podzielał aspiracje mojego dziadka. Za to przypuszczalnie wyobrażał sobie, że jest na jego miejscu. Nawet z głębi nieustannego hipnopompicznego mroku, który go otaczał, poniekąd widział wszystko na tyle wyraźnie, żeby wiedzieć, iż krótkowzroczne dziecko elektryka i gosposi miałoby problem z dążeniem do tego konkretnego celu. Dziesięć lat po wspomnianym badaniu snu Henry, w pełni rozbudzony, wyjaśnił innemu naukowcowi, że ostatecznie zrezygnował z zostania neurochirurgiem z powodu słabego wzroku.

– Bo wiem, że w chirurgii mózgu – być może Henry wykonał którąś ręką gest, jakby trzymał skalpel – jeśli się nosi okulary, wystarczy tak niewiele…

Może wykonał przy tym nieznaczny ruch dłonią, pokazując na migi drgnięcie skalpela, który przesunął się nieco za daleko, tnąc nieco zbyt głęboko.

– I po człowieku – powiedział Henry o swoim wyimaginowanym pacjencie.

[2] Po angielsku lighthouse-keeping – opieka nad latarnią morską – brzmi tak samo jak light-housekeeping – przestarzała nazwa pewnego rodzaju mieszkań czynszowych w Stanach Zjednoczonych, niezrozumiała dla przeprowadzającego wywiad brytyjskiego psychologa (przyp. tłum.).

4

MOST

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Patient H.M. A Story of Memory, Madness, and Family Secrets

Copyright © 2016 by Luke Dittrich

Copyright © for the translation by Łukasz Müller

Projekt okładki

Magda Kuc

Fotografia na okładce

Copyright © Rene Nortje/EyeEm/Getty Images

Opieka redakcyjna

Anna Niklewicz

Przemysław Pełka

Artur Wiśniewski

ISBN 978-83-240-4826-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Eksperyment 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran