Apartament w Paryżu

Apartament w Paryżu

Autorzy: Michelle Gable

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.90 zł

Przechodząc przez próg zamkniętych od lat drzwi, postawisz pierwszy krok... w przeszłość.

W propozycji służbowego wyjazdu do Paryża April, znawczyni antyków, dostrzega przede wszystkim szansę na oderwanie się od problemów małżeńskich.
Zamknięte przez dziesięciolecia mieszkanie przy placu Pigalle to obietnica imponującej kolekcji zabytkowych mebli. Jego zawartość rzeczywiście przekracza najśmielsze oczekiwania April, jednak znajduje ona tam coś więcej niż cenne przedmioty – zapieczętowaną dotąd historię niezwykłej kobiety, dawnej właścicielki apartamentu. Fragmenty jej burzliwej  biografii stopniowo układają się w całość, tak jak elementy głęboko skrywanej przeszłość April.
Śladami bohaterek czytelnik przemierza ulice Paryża, poznaje blaski i cienie historii miasta, może poczuć jego niepowtarzalny klimat, a czasem nawet smak.

Michelle Gable

APARTAMENT W PARYŻU

przełożyła Urszula Gardner

Tytuł oryginału: A Paris Apartment

Copyright © 2014 by Michelle Gable

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Urszula Gardner, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Spis treści

Dedykacja

Part UnChapitre I

Chapitre II

Chapitre III

Chapitre IV

Chapitre V

Chapitre VI

Chapitre VII

Chapitre VIII

Chapitre IX

Chapitre X

Chapitre XI

Chapitre XII

Chapitre XIII

Chapitre XIV

Chapitre XV

Chapitre XVI

Chapitre XVII

Chapitre XVIII

Part DeuxChapitre XIX

Chapitre XX

Chapitre XV

Chapitre XXII

Chapitre XXIII

Chapitre XXIV

Chapitre XXV

Chapitre XXVI

Chapitre XXVII

Chapitre XXVIII

Chapitre XXIX

Chapitre XXX

Chapitre XXXI

Chapitre XXXII

Chapitre XXXIII

Chapitre XXXIV

Chapitre XXXV

Chapitre XXXVI

Chapitre XXXVII

Chapitre XXXVIII

Chapitre XXXVIX

Part TroisChapitre XL

Chapitre XLI

Chapitre XLII

Chapitre XLIII

Chapitre XLIV

Chapitre XLV

Chapitre XLVI

Chapitre XLVII

Chapitre XLVIII

Chapitre XLIX

Chapitre L

Part QuatreChapitre LI

Chapitre LII

Chapitre LIII

Chapitre LIV

Chapitre LV

Chapitre LVI

Chapitre XLVII

Chapitre LVIII

Chapitre LIX

Chapitre LX

Chapitre LXI

Chapitre LXII

Chapitre LXIII

Chapitre LXIV

Chapitre LXV

Chapitre LXVI

Chapitre LXVII

Chapitre LXVIII

Chapitre LXIX

Chapitre LXX

Chapitre LXXI

Chapitre LXXII

Chapitre LXXIII

Chapitre LXXIV

Chapitre LXXV

Chapitre LXXVI

Chapitre LXXVII

Chapitre LXXVIII

Epilog

Rodzina Hugo

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Dennisa – za wszystko

Part Un

Chapitre I

Po prostu chciała się wyrwać.

Zatem gdy jej szef, podszedłszy do niej, rzucił: „apartament”, „dziewiąta dzielnica”, „masa dziewiętnastowiecznego gówna”, April natychmiast pomyślała o wakacjach w Paryżu. Oczywiście, że będzie też pracować, przede wszystkim jednak znajdzie się w stolicy Francji – a jak wiadomo każdemu pisarzowi, poecie, malarzowi oraz rzeczoznawcy meblowemu, Paryż to idealne miejsce na ucieczkę od codzienności.

Paryska ekipa przebywała tu już od jakiegoś czasu. Na jej czele stał Olivier. April wyobraziła go sobie, jak snuje się po apartamencie z tabletem w ręce i trzymając rysik kościstymi, zakrzywionymi palcami, kreśli notatki. Zdążył wezwać posiłki z Nowego Jorku, gdyż potrzebował drugiego biegłego, a konkretnie rzeczoznawcy meblowego, który wzmocniłby jego kiepskie referencje. Z tego, co mówił szef April, siedmioizbowy apartament zawierał „dość gratów, żeby umeblować tuzin ekskluzywnych burdeli”. Peter nie miał wielkich oczekiwań. April przeciwnie, aczkolwiek z całkiem innych powodów. Ostatecznie okazało się, że oboje się pomylili.

Chapitre II

Gdy mąż April wiązał starannie muszkę i poprawiał plisy na koszuli, ona sama pakowała się przed nocnym lotem do Paryża. Choć była wytrawną turystką, nie miała doświadczenia w długich podróżach. Najczęściej wyjeżdżała na tydzień, tymczasem teraz w grę wchodził miesiąc, ponieważ między wzmianką o „masie gówna” a kupieniem biletu ktoś musiał dać Peterowi do zrozumienia, że paryski apartament to nie jakieś tam poślednie znalezisko. Zostań tyle, ile będzie trzeba, powiedział jej. W razie czego przebukujemy ci lot powrotny.

W swoim czasie April miała mu przypomnieć o tej obietnicy.

– O co chodzi? – zapytał Troy, spostrzegając zmarszczone czoło żony. Następnie raz jeszcze upchnął poły koszuli za paskiem spodni.

– Nie jestem pewna, czy zabrałam wystarczająco dużo rzeczy. Mam tam spędzić trzydzieści dni. W Paryżu. W czerwcu. Co oznacza, że z dnia na dzień temperatura może się zmienić o piętnaście stopni. Jak to się mówi, nikt nie jedzie do Paryża dla tamtejszej pogody.

April podniosła oczy i skupiła wzrok na spince u lewego mankietu męża, gdy ta błysnęła w świetle górnego żyrandola. Miała zawodowy nawyk „szacowania” wszystkiego i teraz także musiała się powstrzymywać przed tym, aby nie wyceniać tej bryłki onyksu osadzonej w platynie. Bynajmniej nie wyczekiwała nagłego zejścia męża, a już na pewno nie otwarcie, i w żadnym razie nie chciała się wzbogacić na jego śmierci. Te odruchowe szacunki były skutkiem ubocznym pracy w największym na świecie domu aukcyjnym.

– Co to za spojrzenie? – zapytał Troy ze śmiechem. – Złe spinki do tego stroju?

– Nie. Pasują idealnie.

April odwróciła wzrok, czując ulgę, że nie specjalizuje się w świecidełkach zostawianych w spadku przez starych zrzędów i że dzięki temu brak jej wiedzy, by choć w przybliżeniu podać wartość parafernaliów męża. Legitymowała się za to zdobytym w pocie czoła „magisterium” z oceny Troya Vogta. Stąd wiedziała, że te spinki, zarezerwowane na wyjątkowe służbowe okazje, są bezcenne – przynajmniej w jego oczach. Dlatego między innymi wolała się nie zastanawiać, czyją obecność na imprezie sugerują.

– Czuję się przytłoczona. – April potrząsnęła głową, patrząc na walizkę, chociaż nie mówiła tylko o liczbie swetrów i apaszek.

– Weź niewiele rzeczy – poradził jej Troy. – Zawsze będziesz mogła dokupić coś na miejscu. To w końcu Paryż, wiesz.

April się uśmiechnęła.

– To twoja odpowiedź na wszystko, prawda? Dokupić…

– A co w tym złego? – odparł Troy i puścił do niej oko, po czym przechodząc do wysokiego lustra, klepnął ją w pupę. – Nietypowa z ciebie żona.

Nietypowa „żona”. Choć nie powinno, słowo to zaskoczyło April. Obecnie niosło całkiem nowe znaczenie. Żona. Żona.

– Nie żeby ktoś się tym przejmował – ciągnął Troy – nie licząc całej Wall Street, ale moja filozofia dokupowania wyjaśnia, czemu recesja to najlepsze, co mogło się przydarzyć naszej firmie i inwestorom.

– Czarujące podejście – stwierdziła April, usiłując zażartować. Ostatnimi czasy w ich domu było za mało humoru. Całe ich życie wydawało się chwiejne, niepewne. – Każdy z chęcią spojrzy z tej samej perspektywy co zadufany w sobie i mówiący prosto z mostu facet z Wall Street.

Troy zaśmiał się i włożył marynarkę od smokingu. Nadal patrzył w lustro, rechocząc, gdy April przemyciła do twardej walizki jeszcze jedną parę baletek.

– Skoro już mowa o zadufanych facetach z Wall Street – podjął Troy z udawaną wesołością – wygląda na to, że znowu ci się upiekło.

– Upiekło mi się? – April oparła się o komodę (okres georgiański, około 1790, mahoń, półkolisty front), lustrując walizkę i oceniając jej wagę. – W jakim sensie?

Nie, nie wygląda na ciężką, uznała.

Zaczerpnęła powietrza i – wbrew rzeczywistości wyobrażając sobie własne barki jak u pływaczki olimpijki – dźwignęła pękatą walizkę z łóżka. Walizka grzmotnęła o podłogę, o włos mijając lewą stopę April, co uratowało ją przed zgruchotaniem kości.

– Upiekło ci się choćby w tym sensie, że nie doznałaś obrażeń przy pakowaniu – powiedział Troy. – Zdajesz sobie sprawę, że ta walizka jest cięższa od ciebie? Kochanie, psim swędem trafił ci się wyjazd. Nie musisz miażdżyć sobie stopy, żeby nie wziąć udziału w żałosnej imprezie u mnie w pracy.

– Och, nie byłoby tak źle. – April otarła brew, a następnie postawiła walizkę na dłuższym boku.

– Nie tak źle? Przecież nie cierpisz tych imprez. Pozostałe żony będą ci zazdrościć jak szalone.

Pozostałe żony. Co z nimi? – zastanowiła się April. Co sobie myślały o Troyu? Co sobie myślały o niej?

– Szczęściara z ciebie – ciągnął Troy. – Paryż cię ocalił. Przed jeszcze jednym nudnym wieczorem spędzonym w towarzystwie kapitalistycznych męczydusz.

– No tak, ci przeklęci kapitaliści. – April przewróciła oczami i marnie udając brytyjski akcent, kontynuowała: – Mam wielkie szczęście, że zdołam ich uniknąć. Ta ich wulgarna obsesja na punkcie zysków! Przez to nie mają w ogóle klasy.

April miała nadzieję, że udatnie tuszuje smutek kiepskimi żartami. Uważała się za szczęściarę. Nie dlatego jednak, że uniknie firmowej imprezy i tête-à-tête z najbystrzejszymi (i najbardziej nieznośnymi) pracownikami Wall Street.

Nie. April była w stanie się z nimi zadawać, mimo że nie miała pojęcia o tym, co dzieje się na azjatyckich rynkach. Była nawet gotowa znieść obecność młodych żon na pokaz, które nieodmiennie nadużywały szampana i pół wieczoru spędzały na podziwianiu przeróżnych dyplomów April, by na koniec wykrzyknąć do tych, którzy stali w zasięgu chlapiącego alkoholu: „A żona Troya doktoryzowała się z mebli!”.

Aczkolwiek April nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio wzięto jej doktorat z historii sztuki za przepustkę do pracy w salonie wystawowym. Troy od dawna nie zabierał jej ze sobą na imprezy służbowe. Nieustannie tylko „wpadał” na przyjęcia „solo” czy też „za nudne” dla April. Na tym polegał problem. Troy mówił o niej, że jest szczęściarą, nazywał ją ocaleńcem, a jednak April nie umiała wykrzesać z siebie wdzięczności za to, że uniknęła imprezy, na którą nawet nie została zaproszona. Lub nawet gorzej: na której jej obecność nie była pożądana.

Troy zaprzestał zabierania jej ze sobą jeszcze w czasach, gdy się między nimi układało. A później, kto to wiedział? Czy w ogóle powinna oczekiwać zaproszenia? Tak więc przy tej okazji April czuła się „szczęściarą” i „ocaleńcem”, ponieważ z biletem do Paryża w ręce nie musiała niczego roztrząsać. Nie musiała się zastanawiać, co właściwie kryje się za brakiem zaproszenia.

– Powinnaś popracować nad akcentem – rzucił Troy, podchodząc do niej.

– Dla jasności… – April odtrąciła rękę męża, który chciał jej pomóc z walizką. – Zawsze dobrze się bawię na twoich imprezach firmowych. Goście są interesujący, a rozmowy ciekawe.

– Kłamczucha.

Odwrócił się w stronę lustra i posłał swojemu odbiciu przeciągłe spojrzenie. April nigdy nie rozgryzła, czy Troy robi to, wiedząc, że na niego patrzy, czy mając nadzieję, że nie patrzy.

– Czemu to takie ważne, że musisz polecieć jeszcze dziś wieczorem? – zapytał. Wymuszona obojętność jego głosu świadczyła o podejrzliwości.

– Wiesz, jak jest. – April zastanowiła się, czy jej mąż zdobędzie się na przyznanie do nadmiernej nieufności. – Meblowa nagła potrzeba. Muszę znaleźć się w Paryżu, zanim konkurencja zwącha pismo nosem.

– Ale dotąd zawsze wyjeżdżałaś na tydzień, góra dziesięć dni. I nigdy w takim pośpiechu. Dość niepokojące jest usłyszeć od żony tekst „Muszę się stąd wyrwać”, po czym po powrocie do domu zastać ją przy pakowaniu na miesiąc.

„Czyżby? – chciała zapytać April. – Naprawdę tak ci to przeszkadza?”.

W normalnych okolicznościach zażartowałaby, że to o n jest szczęściarzem, mając żonę z głowy. Jednakże metaforyczne obrażenia wciąż były zbyt świeże, a ich wspólne dalsze perspektywy – niejasne.

– Mnie też zdziwił ten pośpiech – przyznała April. Owszem, była zdziwiona, ale także wdzięczna. – Według ekipy z Paryża znalezisko jest znaczące. Na południu Francji zmarła jakaś kobieta, której rodzina od stulecia miała apartament przy placu Pigalle. To znaczy nie posiadali go na własność, tylko wynajmowali przez sto lat.

W miarę jak mówiła, wszystkie jej mięśnie się rozluźniały. Była w swoim żywiole.

– Ta kobieta – ciągnęła – denatka, nie odwiedzała rodzinnego apartamentu od tysiąc dziewięćset czterdziestego roku. Nikt go nie odwiedzał. Wciąż wydaje mi się to nieprawdopodobne. Może ktoś pomylił daty i apartament tak naprawdę stoi zamknięty od brzydkiego rozwodu w latach dziewięćdziesiątych.

Przy słowie „rozwód” lekko się skrzywiła, było jednak za późno. Wymsknęło jej się. A tak bardzo się starała nie podnosić tego tematu pierwsza.

– Siedemdziesiąt lat! – zaszczebiotała. Jej głos poszybował pod wysoki na cztery metry sufit. – Trudno to sobie wyobrazić!

– No, nie wiem – powiedział Troy i wzruszył ramionami. Jego poważna, kamienna mina niczego nie zdradzała. – Pewnie na Manhattanie takie rzeczy zdarzają się bez przerwy. Mieszkania stoją zamknięte, podczas gdy prawnicy miesiąc w miesiąc przyjmują czeki, niczego tak naprawdę nie sprawdzając.

– W wypadku tego apartamentu tak by się nie stało. Ponoć jest wypełniony po brzegi meblami, obrazami i innymi przedmiotami, w których posiadanie ta rodzina weszła przed wybuchem drugiej wojny światowej.

– Jest tam coś wartościowego?

– Olivier musi tak uważać, w przeciwnym razie nie wzywałby wsparcia. Nawet jeśli nie znajdziemy nic specjalnego, na rynku pojawi się świeża porcja antyków. Wyobraź sobie, Niemcy nie splądrowali tego apartamentu. – April ze zdumieniem pokręciła głową. – Dziwne, że żaden marnotrawny, lubiący hazard, zaćpany krewny nie zapragnął położyć na wszystkim łapy.

– Może to tylko zwykłe badziewie. – Troy wziął telefon i wystukał wiadomość. Jego dotychczas gładkie czoło zmarszczyło się nagle. – Zbierane latami przez paryskiego rupieciarza – dodał, choć w gruncie rzeczy zdążył się już wyłączyć.

April westchnęła.

– Och, kochanie, żartowałem – powiedział, jak zwykle gotów do cofnięcia swoich słów, co weszło mu w nawyk. – Brzmi to fajnie. Naprawdę.

To przez to, że westchnęłam? – pomyślała. Nie chciała, żeby tak wyszło.

– Tak. Fajnie. – Machnęła ręką, jakby rozganiała brzydki zapach. Gest był przypadkowy, a jednak chwilowo oderwał Troya od telefonu.

– Twoja biżuteria… – zauważył, gapiąc się na jej dłoń i marszcząc lekko brwi. – Zostawiłaś ją w sejfie?

April skinęła głową i spojrzała na goły palec serdeczny. W Europie nie obnosi się z kosztownościami, prawda? To nie miało nic wspólnego z ich małżeństwem; w grę wchodziła wyłącznie jej praca. Zagryzając wargę, April powstrzymała cisnące jej się do oczu łzy.

– Troy, posłuchaj… – zaczęła, ale on już wrócił do pisania wiadomości.

Znienacka zadzwonił telefon April. Samochód czekał na nią na dole. Zerknęła na przystojnego męża, a potem rozejrzała się po ładnym mieszkaniu. Pomyślała, jaka była tu kiedyś szczęśliwa. Przez pewien czas jej życie przepełniało słońce. Jej apartament miał wszystko to, na czym kiedykolwiek jej zależało. Siedemdziesiąt lat? April miała nadzieję mieszkać tu znacznie dłużej. Zawsze.

– Będę za tobą tęsknił – powiedział Troy, wyrastając u jej boku w tej samej chwili, gdy wkładała telefon do torby, którą zamierzała wnieść na pokład samolotu jako bagaż podręczny.

Gdy mąż ją objął i jego prawdziwie męski zapach otulił ich oboje, April skupiła się na tym, aby chłonąć wrażenia wszystkimi zmysłami. Nie chciała się zastanawiać, kiedy znowu poczuje Troya całą sobą.

Złożył na jej głowie delikatny pocałunek.

– Nie chcę, żebyś wyjeżdżała – dodał, wzdychając głośno. – Może mogłabyś zaczekać? Kilka dni?

Brzmiało to bardzo szczerze.

– Nie martw się – odparła April, uwalniając się z jego objęć. – Wrócę, zanim się zorientujesz.

Redaktor inicjujący: Magdalena Gołdanowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Matuszewska

Przekład: Urszula Gardner

Redakcja: Ewa Rojewska-Olejarczuk

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Anna Sidorek

Projekt okładki: Kuvitus: © semper smile, Munich Envelope

Zdjęcia wykorzystane na I stronie okładki: Gordan/shutterstock; tugolukof/shutterstock; Gile68/shutterstock

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel. (22) 826 08 82, 828 98 08

faks (22) 380 18 01

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5171-3

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Apartament w Paryżu Do zobaczenia w Paryżu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej