Dane wrażliwe

Dane wrażliwe

Autorzy: Ewa Nowak

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.71 zł

Przyzwoitymi ludźmi łatwo jest manipulować...

W Augustowie życie poza sezonem wakacyjnym toczy się spokojnie. Znikają turyści, wraca normalny, niespieszny tryb życia.

Nina chodzi do szkoły i pozornie niczym się nie wyróżnia. Ani strojem, ani fajnymi rodzicami, ani niczym… A tak bardzo by tego chciała! Inaczej patrzyłyby na nią koleżanki, mogłaby… Mogłaby wszystko!

Wokół nic interesującego się nie dzieje. Co prawda pod gabinetem ortodonty jeden chłopak tak na nią patrzył, ale to na pewno przez tę zawiniętą niezręcznie spódnicę… Ona nadal jest sama, a tak chciałaby, żeby ktoś na nią czekał pod szkołą – najlepiej przystojny, nieco starszy od niej brunet…

Ojciec Niny pracuje poza domem, mama ciągle kłóci się z jej starszym bratem. Nina czuje się przytłoczona życiem i nie daje sobie rady z tym wszystkim, co ją otacza. Nie znosi obowiązkowych, niesmacznych niedzielnych obiadów u ciotki, gdzie na dodatek musi zabawiać rozmową niepełnosprawną kuzynkę, Justynę. A najgorzej jest z lekcjami polskiego, bo nauczycielka wymagająca…

Pewnego dnia, na przerwie, zmęczona natarczywością koleżanek, chcąc im zaimponować, wymyśla tego wyśnionego. On ma na imię Paweł. Bezpieczne imię, bo nikt taki nie chodzi do ich szkoły. Jednak z kłamstwem tak już bywa. Podobnie jak plotka, która przekazywana z ust do ust szybko obiega małe miasto i to kłamstwo spowoduje uruchomienie kolejnych elementów domina. I ten dzień, jak w Domino Day, uruchomi zmiany w życiu Niny. Czy jednak będą to zmiany na lepsze?

Dwie wiadomości, dwa wydarzenia, które można ze sobą połączyć i – oto z kłamstwa tworzy się – no, nie niestety – nie prawda. Raczej pozory prawdy, ale i tyle wystarczy, by skorzystać z nadarzającej się okazji. I Nina staje w centrum wydarzeń.

Czasem jest tak, że spraw nie da się zatrzymać po tym, gdy zostały zainicjowane. Czy dzięki tym wydarzeniom Nina nie może zmienić swojego postępowania i opinii o osobach, które ją otaczają? Jak długo wytrzyma w stworzonej przez siebie sytuacji, jak daleko posunie się w kłamstwach? A może jednak zostanie zdemaskowana, bo cała intryga była szyta zbyt grubymi nićmi?

Ninie Petrykowskiej w banalnie prosty sposób przychodzi mijanie się z prawdą. Tu powie coś o chłopaku, tam nazmyśla w innej sprawie, zerkając na koleżanki szepnie to i owo, gdy nagle dopadnie ją strach. W tej sytuacji Nina też radzi sobie nieźle; wypieranie różnych rzeczy ze świadomości dziewczyna ma opanowane do perfekcji.

Autorka w przekonujący sposób pokazuje w jaki sposób rzeczywistość wykreowana przez kłamstwa zaczyna przerastać bohaterkę, jak to, co powiedziała, wraca do niej zwielokrotnione. Drugą, bardzo istotną, kwestią poruszoną w książce, jest kwestia funkcjonowania w społeczeństwie (a szczególnie w rodzinie) dorosłych niepełnosprawnych.

Jeśli chcecie młodym ludziom wyjaśnić znaczenie przysłów "kłamstwo ma krótkie nogi" i „słówko wyleci wróblem, a powróci wołem” podsuńcie im książkę "Dane wrażliwe". Zrozumieją.

Ewa Nowak — polska pisarka, pedagog terapeuta, publicystka. Zadebiutowała w 1997 r. w "Filipince" tekstem dotyczącym zdawania egzaminów ustnych. Współpracuje z czasopismami "Cogito", "Victor Gimnazjalista", "Victor Junior", "Trzynastka", "Sens". W 2002 roku ukazała się jej pierwsza powieść – "Wszystko, tylko nie mięta". Od tamtej pory napisała już trzydzieści książek.

Książki tej autorki poruszają aktualne problemy współczesnej młodzież, co zapewne wynika z doświadczenia zawodowego. Rodziców, czasem zagubionym w meandrach psychiki swoich dzieci lektura tych powieści na pewno ułatwi obranie właściwego kierunku na rodzicielskiej busoli. Misja Ewy Nowak polega bowiem na stawianiu pytań i pozwalaniu bohaterem odpowiadać na nie po swojemu.

Ważniejsze wyróżnienia i nagrody otrzymane przez Ewę Nowak: "Bardzo biała wrona" - Książka Roku 2009 Stowarzyszenia Przyjaciół Książki dla Młodych Polskiej Sekcji IBBY, wyróżnienie w I Konkursie Literatury Dziecięcej 2009 za książkę "Pajączek na rowerze".

Copyright © 2017 by Ewa Nowak

Redaktor prowadzący, redakcja

Dorota Rożek

Korekta

Grażyna Nawrocka

Projekt okładki

Magdalena Zawadzka

Ilustracja na okładce

© PiXXart/Shutterstock.com

Opracowanie graficzne

Ewa Wójcik

ISBN 978-83-8123-598-3

Warszawa 2018

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

I na tej z wielu dróg

Po co ci para nóg

I tak dotrzesz na pewno do końca

Niepotrzebny ci wzrok

Żeby wyczuć swój krok

I nie musisz wciąż radzić się słońca

Jacek Kaczmarski, Bob Dylan

Prolog

Nina nie spuszczała z oczu piłki. Gdy tylko któraś z dziewczyn na chwilę się zagapiła, przejmowała piłkę i natychmiast rzucała do kosza. Była tak skoncentrowana, że udawało jej się trafić nawet ze sporej odległości. Już dawno nie miała tak dobrego dnia.

Zazwyczaj grała dość szybko, ale przeciętnie. Koszykówka jakoś nigdy nadmiernie jej nie pociągała, dwutaktu do tej pory nie opanowała, jak należy, ale tego dnia była zwyczajnie wściekła i właśnie dlatego aż tak dobrze jej się grało.

Mama Niny jak zwykle wstała dziesięć minut przed wyjściem dzieci do szkoły. Dolała wrzątku do zimnych fusów po wczorajszej kawie i pijąc drobnymi łyczkami, zahaczyła wzrokiem o kuchenny blat.

– Naczynia wstawia się do zmywarki.

Ta bezosobowość zawsze Ninę irytowała, ale nigdy nawet słówkiem nie pisnęła, co sądzi o zwrotach: „wstawia się”, „układa się”, „zmywa się”. Trudno, matki się nie wybiera.

– To Bogdana – powiedziała zgodnie z prawdą.

Tłuste ślady po sadzonych jajkach, skórki od chleba, których nigdy nie jadał. Gołym okiem było widać, że to talerz jej brata. Każdy by to zobaczył. Poza mamą.

– Jak ty się nie wstydzisz być takim niechlujem? Na oczy czegoś takiego nie widziałam. Nie tak cię wychowałam.

Nina mogła powtórzyć, że Bogdan zrobił ten bałagan, tylko że to by nic nie dało. Kiedy mama miała nastrój na awanturę, zawsze umiała znaleźć pretekst.

– Na kogo ty wyrośniesz? I one się później dziwią, że nikt ich nie chce. Kuchnia świadczy o kobiecie.

– Właśnie – burknęła pod nosem Nina.

Od razu wiedziała, że to wielki błąd. Jeśli chciała szybko wyjść do szkoły, powinna z pokorą wysłuchać codziennych utyskiwań. Najlepiej było nie reagować, udawać, że się nie słyszy, i brać mamy humory na przeczekanie. Niestety, tylko w teorii było to łatwe. Czasem, tak jak tego dnia, Ninie po prostu puszczały nerwy.

– Co to niby miało znaczyć, moja panno?

„Moja panno” oznaczało, że mama szybko jej już z domu nie wypuści.

Pierwszy był WF. Nina chciała przyjść do szkoły trochę wcześniej i jeszcze przed lekcjami porównać, jak innym wyszło zadanie z matmy. Już dwa razy miała źle zrobioną pracę domową, a trzeci minus oznaczał jedynkę. Koniecznie chciała sprawdzić zadanie, ale odebrała sobie tę szansę. Teraz będzie musiała stać ze skruszoną miną i słuchać o tym, ile mama dla nich wszystkich robi, jak by ten dom bez niej wyglądał, co oni sobie myślą, ona żąda szacunku, a docenią ją wtedy, kiedy wreszcie umrze.

Udało jej się wyjść dopiero pięć po ósmej. Spóźniła się na WF, zadania nie sprawdziła, a Margerita zajęła jej wieszak. Na dodatek okazało się, że to dziś jest test z historii.

Czternaście razy trafiła do kosza. Dziewczyny z zespołu wiwatowały na jej cześć, a Kasia Paprota zeszła z boiska, udając, że boli ją kolano.

Nie wiadomo, skąd wziął się taki zwyczaj, że zawsze na dużej przerwie wszyscy szli na słoneczną stronę szkoły, czyli na murek od ulicy Mickiewicza. Zajęcie dobrych miejsc nie było łatwe. Inne klasy też lubiły tu przychodzić i trzeba było zaraz po dzwonku lecieć na złamanie karku, żeby znaleźć wolny kawałek murku. To było znakomite miejsce. Trochę na słońcu, a trochę w cieniu, osłonięte od wiatru i z dobrym widokiem na wyboisty placyk, gdzie chłopcy z upodobaniem grali w piłkę. Mimo że Zespół Szkół nr 3 w Augustowie miał nowoczesne boisko do gry w piłkę nożną, uczniowie uwielbiali na przerwach grać właśnie na tym małym, pełnym wyrw placyku.

Nina, Ewa, Kasia, Margerita i inne dziewczyny z klasy jadły kanapki i gadały o tym, jaka matematyczka jest głupia, jak Wrońska ich ciśnie i że to skandal aż tyle im zadawać. Oprócz tego zerkały na chłopców. Michał grał, jedząc kanapkę, i bardzo śmiesznie to wyglądało. Dominik co chwila podciągał spodnie, co też było zabawne.

Kamil za mocno wybił piłkę, która potoczyła się w ich kierunku. Kasia błyskawicznie po nią sięgnęła. Mogła ją rzucić w kierunku chłopaków, ale tego nie zrobiła. Trzymając piłkę, prowokująco się do nich uśmiechnęła.

– Dzięki. – Kamil wyjął piłkę z jej rąk.

– Ale grałaś. Super – powiedział, patrząc na swoje buty, po czym kopnął piłkę i odbiegł.

– Nie wiem, czemu to powiedział. Wcale dobrze nie grałam. – Kasia wzruszyła ramionami. – Ostatnio chłopcy nachalnie się do mnie zalecają. Ja bym go i na bezludnej wyspie nie chciała.

Nina zagotowała się ze złości. Najczęściej udawała, że Kaśka w ogóle jej nie obchodzi. Odkąd przestały się przyjaźnić, starała się całkowicie ignorować jej głupie gadanie, ale teraz niestety nie zdołała się powstrzymać.

– To było do mnie – mruknęła do Oli, ale na tyle głośno, żeby Kaśka usłyszała.

– Pomarzyć dobra rzecz – słodko powiedziała Kasia.

Nina przez chwilę sądziła, że się przesłyszała. Kasia z reguły unikała wchodzenia w otwarty konflikt. Lubiła tak pokierować rozmową, żeby wszyscy mieli wrażenie, że ona nie jest niczemu winna. Teraz najwyraźniej zmieniła strategię.

Nina gorączkowo szukała w głowie jakiejś jadowitej riposty, gdy zobaczyła Basińską, ich szkolną panią pedagog. Czarne obcisłe spodnie, biała koszulowa bluzka, do tego pomarańczowy blezer i zielona torebka. Zdążyła już wszystkich przyzwyczaić, że jest kolorowa jak papużka.

Basińska przyjechała na motorze, a raczej została przywieziona przez wysokiego mężczyznę w skórzanym kombinezonie. Zdjęła wielki lustrzany kask, zarzuciła długimi włosami, nastroszyła grzywkę, z uśmiechem rzuciła dziewczynom „dzień dobry” i weszła do szkoły, nie oglądając się na swojego adoratora. Chodziły plotki, że jest żonaty, że jest rozwodnikiem, że jest homoseksualistą, że jest milionerem, że jest bankrutem oraz że nie jest Polakiem. Prawdę mówiąc, o Basińskiej zawsze się w szkole gadało. Chwilę o niej rozmawiały, ale nic pewnego nie mogły powiedzieć, bo nikt nigdy nic pewnego o niej nie wiedział.

– Słyszałam, że jedzenie mięsa sprzyja agresji – rzuciła Kasia, patrząc znacząco na wystający z kanapki Margerity kawałek polędwicy sopockiej.

Żadna z dziewczyn się nie odezwała. Wiadomo było, dlaczego Kasia jest taką entuzjastką dżemu, ale Nina litościwie pomyślała, że nie będzie jej upokarzać. Kaśka często rzucała jakąś uwagę, z której wynikało, jak świadomie – ona jedna z nich wszystkich – żyje. Kupowanie markowych rzeczy to według niej popieranie wyzysku dzieci w Chinach, malowanie paznokci to szczyt próżności i tandety. Tylko wypożyczanie książek ma sens, ich kupowanie jest już świadomym niszczeniem naturalnych zasobów planety. Trzymanie w domu zwierząt rasowych to skrajny egoizm, właściwy ludziom pozbawionym empatii, a wyjeżdżanie na wakacje za granicę to brak patriotyzmu. Chodzenie do kina to tandetna rozrywka, a kupowanie coli, fanty czy 7UP świadczy o braku świadomości konsumenckiej.

Kasia wypowiadała bezkompromisowe opinie, ale brzmiały one fałszywie. Prawda wyglądała tak, że Kasia była biedna. Na niewiele mogła sobie pozwolić i dlatego w jej ustach nawet słuszne skądinąd opinie wydawały się po prostu śmieszne. Nina nie znosiła tego udawania, że nie chodzi o biedę, tylko o to, jaka Kasia jest świadoma, i nieraz korciło ją, żeby wyśmiać jej butelkę z herbatą i bezmięsne kanapki. Zawsze jednak robiło jej się żal koleżanki i odpuszczała. Tym razem też zagryzła wargi i postanowiła zwyczajnie przeczekać, ale ledwie tak zdecydowała, usta same jej się otworzyły.

– A jak twoje kolano? Bardzo boli?

– O co ci chodzi? – Kasia ze złości zmrużyła oczy.

– Jakoś nie zauważyłam, żebyś utykała, gdy tu biegłaś.

Nina była pewna, że Kasia zeszła z boiska, udając, że utyka, bo była gorsza od niej. Nie potrafiła jednak teraz tego udowodnić. Kasia nic nie powiedziała, a Margerita zmieniła temat.

– Wiecie co, czytałam, że w Polsce jedna na sześć piętnastolatek ma już za sobą jakiś poważny związek. Jedna na sześć, czyli u nas powinny być dwie.

– Za mało nas, żeby coś statystycznie zbadać – wtrąciła Ewa. – Potrzebna jest grupa reprezentatywna. Na takiej próbie...

– Przestań wydziwiać. – Kasia aż cmoknęła z irytacji. – To weźmiemy jeszcze dziewczyny z pierwszej.

Nina pomyślała, że Kasia znów stosuje swój ograny numer pod tytułem: „Ile osób z naszej klasy...”, z którego zawsze ma wynikać, że ona jest wśród tych pozytywnych.

– Kasiu – odezwała się słodko – rozumiemy, jak bardzo chcesz nam przypomnieć o Łukaszu, ale wszystkie znamy już na pamięć twoje wynurzenia.

– Zrozumiałe, że tak to interpretujesz. Ty, dziecinko, nie masz nic do powiedzenia na ten temat.

– Co to niby ma znaczyć? – Nina poczuła kolejną falę złości. Ona litościwie nie komentowała, dlaczego to niby Kasia jest wegetarianką, ale jak widać, niepotrzebnie, bo Kasia nie umiała tego docenić. Nina nie znosiła wiecznego rządzenia się Kaśki, tych jej mądrości, tego wmawiania im rzeczy, które jej były akurat na rękę. Kaśce zdecydowanie za dużo spraw uchodziło na sucho tylko dlatego, że miała kłopoty w domu. Tym razem koniec z litością.

– Rozumiem, że nie możesz się pochwalić niczym innym... – zaczęła Nina, ale Margerita szybko zareagowała.

– Po co zaczynacie? Wiecie, moja klacz będzie się źrebić...

Margerita, o czym wszyscy wiedzieli, cierpiała na przesadną odpowiedzialność za miłą atmosferę. Jak emocjonalny sejsmograf nieomylnie wyczuwała nadciągającą burzę i szybko skupiała uwagę na sobie. Zmieniała temat, obracała problemy w żart, zaczynała opowiadać, co śmiesznego lub głupiego ostatnio zrobiła. W ten sposób udawało jej się zażegnać nawet dosyć poważne konflikty. Jednak nie tym razem. Kasia i Nina za bardzo się już rozgrzały.

– O klaczy powiesz nam innym razem. Ja się wcale z nią nie kłócę. Nienawidzę konfliktów – wolno i spokojnie powiedziała Kasia. – Po prostu wiadomo – zwróciła się do Niny – że jeszcze nikogo nie miałaś. Nie masz powodzenia, i taka jest prawda.

Czerwona ze złości Nina wzięła głęboki haust powietrza i wyzywająco spojrzała na Kasię.

– Przyjmij więc do wiadomości, że według twojego idiotycznego kryterium jestem jedną na sześć – warknęła.

Kasia wciąż robiła miny. Gdy podnosiła do góry brwi i jednocześnie wykrzywiała kącik ust, wyglądała szczególnie głupio.

– Chcesz nam wmówić, że już z kimś chodziłaś?

– Nie mogę w to uwierzyć. Czy my jesteśmy w przedszkolu? – Ewa się roześmiała, ale ani Nina, ani Kasia nie zwróciły na nią najmniejszej uwagi.

– Niczego nie chcę wam wmówić – odrzekła z naciskiem Nina. – I nie chodziłam, tylko chodzę. To, że ty o czymś nie wiesz, nie znaczy jeszcze, że to nie istnieje. Musisz pogodzić się z tym, że ludzie mają swoje sekrety i mimo twojego wścibstwa nie o wszystkim wiesz. Owszem, mam chłopaka.

– Akurat! Niedawno mówiłaś, że kompletnie cię to nie interesuje – przypomniała Kasia, przedrzeźniając głos Niny.

– O rany, jak w kinie familijnym – wtrąciła Ewa, a Margerita tylko pokiwała głową.

– Ten, kto nie zmienia poglądów, zarzucił myślenie. – Nina powtórzyła zasłyszane od Bogdana zdanie.

Nie wiedziała, po co wchodzi w tę rozgrywkę, ale już nie umiała się wycofać. Chciała zniszczyć Kaśkę, pognębić ją, udowodnić jej, że jest zerem.

– Kto to taki? – z szyderczym uśmiechem zapytała Kasia, ostentacyjnie oglądając sobie paznokcie.

– Może go nawet znasz – rzuciła Nina takim samym tonem.

Z satysfakcją pomyślała, że prowadzi w tej rozgrywce. Wyjęła z torby Kamienie na szaniec i demonstracyjnie otworzyła na pierwszej stronie, jakby chciała pogrążyć się w lekturze, ale ze zdenerwowania nie mogła przeczytać nawet słowa. Przez chwilę miała ochotę zabrać torbę i odejść, ale wtedy zaczęłyby ją obgadywać i Kaśka na pewno by je przekonała, że Nina kłamie. Nie, teraz nie mogła odejść. Trzeba było załatwić tę sprawę do końca.

– Jeśli mogę ci przerwać lekturę – odezwała się Kaśka słodziutkim głosem – to jak ten twój wybranek ma na imię? Chyba możesz nam zdradzić? Może Alek Dawidowski1, co?

Kasia umiała mówić z taką ironią, że człowiek aż gotował się w środku.

Nina poczuła nagle pustkę w głowie. Zupełnie nie wiedziała, jak na to proste pytanie odpowiedzieć, ale postanowiła nie dać się sprowokować. Żeby zyskać na czasie, uśmiechnęła się i odetchnęła głęboko. Usiłowała wyglądać na rozmarzoną.

– Paweł – powiedziała i z wdziękiem się przeciągnęła.

W ich klasie nie było żadnego Pawła, w równoległych klasach też nie. W ogóle żaden Paweł nie przychodził jej do głowy. Nie znała żadnego Pawła. I o to właśnie chodziło! Kaśka będzie miała zerowe pole do dociekań. To było superbezpieczne imię.

– A może policzymy, jedna na ile piętnastolatek była kiedykolwiek za granicą – zaproponowała Nina z miną niewiniątka.

Wiedziała, że poza szkolnymi wycieczkami, które refundował jej komitet rodzicielski, Kasia nigdy poza Augustów nie wyjeżdżała.

Nina uśmiechnęła się z zadowoleniem i zaczęła kolejno pytać dziewczyny, która gdzie była. Margerita odwiedziła tyle krajów, że z trudem mogłaby wszystkie wymienić, zresztą wcale nie zamierzała się tym chwalić. Ewa była u wujka w Hanowerze i w Tatrach Słowackich z tatą...

– Dziewczyny, a która z was korzystała kiedykolwiek z pomocy społecznej? – zapytała niewinnym tonem Nina.

Kasia chwyciła torbę i bez słowa ruszyła w kierunku szkoły. Nina poczuła, że wygrała tę rundę.

1 Alek Dawidowski – właśc. Maciej Aleksy Dawidowski, ps. Alek, postać autentyczna, harcerz Szarych Szeregów; bohater powieści Aleksandra Kamińskiego Kamienie na szaniec.

Rozdział 1

Drzwi otworzyła im ciotka. Jak zawsze była w spodniach od dresu, ale włosy miała wysoko natapirowane, co wyglądało żałośnie. Zza jej pleców buchnął zapach barszczu. Nina siłą powstrzymała się, by nie zatkać palcami nosa.

Siostra mamy mieszkała przy ulicy Mickiewicza w czteropiętrowym bloku z wielkiej płyty. Blok stał naprzeciwko gimnazjum Niny. Na szczęście okna wychodziły nie na boisko, ale na osiedle. Za to jedno Nina była losowi wdzięczna – że przynajmniej kuzynka nie może ukradkiem śledzić jej zza firanek.

Od piętnastu lat Nina przychodziła w niedziele do wujostwa, jadła u nich obiad, oglądała telewizję. Spędziła tu wiele godzin, jednak za każdym razem, gdy już wychodziła, a ojciec otwierał drzwi na klatkę schodową, by przepuścić mamę, Nina uświadamiała sobie, jak bardzo nie znosi tego miejsca. Jeśli marzyła czasem o tym, że pójdzie na studia do Warszawy albo do Gdańska i po ich ukończeniu na pewno już do Augustowa nie wróci, to między innymi z powodu tych wizyt.

– Ojej, jak ty wyglądasz. Ale wystają ci te kości policzkowe – powiedziała ciotka na widok Niny, a potem serdecznie ją uściskała i nie czekając na jakąkolwiek reakcję siostrzenicy, odwróciła się na pięcie i poszła z mamą do kuchni.

Mama i ciotka były siostrami i gdy się na nie patrzyło, nie było co do tego wątpliwości. Korzystały z usług tego samego salonu piękności na Mostowej, obie robiły zakupy w Lidlu, obie gotowały rzadko, ale za to bardzo dużo, regularnie odwiedzały centrum taniej odzieży na rogu Nadrzecznej i Mostowej, a ponadto obie uwielbiały zrzędzić i narzekać. Zrzędzenie przejęły po swojej matce, której, nawiasem mówiąc, właśnie za to nie znosiły. Obie zawsze podawały za zimne potrawy i wymieniały się tymi samymi beznadziejnymi przepisami, lubowały się w łatwych krzyżówkach, nosiły kolorowe buty i przepadały za lekarzami. Nina czasem miała wrażenie, że jej mama i ciocia to jedna i ta sama osoba.

– Zupa za pięć minut! Powiedz Justynie – rzuciła mama i bez pukania po prostu otworzyła na oścież drzwi do pokoju kuzynki, po czym ponownie znikła w kuchni.

Nina przełknęła ślinę. Wszystko by zniosła – za zimną zupę (gdyż wątroba nie lubi gorącego), stary chleb (bo zdrowszy), gotowane rano ziemniaki (żeby potem już tylko przygrzać). Znios­łaby nawet uwagi na temat tego, że jest leniwa (bo zrezygnowała z zajęć plastyki), niezgrabna (bo taki wiek), podobna do ojca (to już prawdziwy dramat). Zniosłaby i uwagi w stylu: „pryszcze są normalne w tym wieku” i „głupota to natura młodości”. To wszystko nic, ponieważ prawdziwym powodem, dla którego nie lubiła tych niedzielnych odwiedzin u wujostwa, była Justyna.

Nina w każdą niedzielę czuła ogromne wyrzuty sumienia. Uważała siebie za przyzwoitego człowieka, a jednak nie udawało jej się dla Justyny nic zrobić. Zawsze obiecywała sobie, że w następnym tygodniu ją odwiedzi, bo tak trzeba, ale potem nigdy nie wystarczało jej na to sił. Justyna ją przerażała.

Ostrożnie zajrzała do pokoju kuzynki.

– Hej – powitała ją, starając się zachowywać naturalnie.

Wersalka, stolik, drugi stolik, na którym stał zakurzony ogromny monitor, na ścianach kilka tandetnych obrazków kupionych na dole w kwiaciarni. Łóżko było przykryte narzutą zrobioną z resztek różnych włóczek. Na parapecie leżała wygnieciona poduszka, obok szydełko wbite w śnieżnobiały kordonek, a z koszyka wylewała się koronkowa serweta. Justyna jak zwykle siedziała przodem do okna i czytała.

Podniosła głowę i odpowiedziała na powitanie. Potem zapadła cisza.

Nina nie miała pojęcia, o czym mogłaby z Justyną rozmawiać. Każdy temat wydawał się jej zbyt drażliwy. Przecież nie zapyta, co u niej słychać, bo u niej nic nie słychać; nie zapyta, co czytała, bo ona tyle czyta, że gdyby chciała jej opowiedzieć, trwałoby to bez końca; nie zapyta, co oglądała, bo ona ogląda jakieś seriale, których z kolei Nina nie ogląda, więc to też nie będzie wspólny temat; kto ją odwiedził – także odpadało, bo Justyny nikt nie odwiedzał.

Justyna zawsze miała na sobie spodnie od dresu i luźną koszulową bluzkę. Była szara, jakby trochę brudna, wręcz zapyziała. I taka wiecznie skrzywiona, jakby obrażona na cały świat. Nina starała się mieć z kuzynką jak najmniej do czynienia. Justyna była dziewięć lat starsza, ale czasem się wydawało, że przekroczyła siedemdziesiątkę. Nina bardzo jej współczuła, ale to nie zmieniało faktu, że po prostu jej nie lubiła. Właśnie nerwowo przełykając ślinę, gorączkowo szukała tematu do rozmowy, gdy z kuchni dobiegły głosy mamy i ciotki:

– ...nie wiem... szkoła powinna czasem kogoś przysłać. Ludzie są okropni...

Ninie zrobiło się bardzo nieswojo, bo ona też nigdy Justyny nie odwiedzała (w końcu te obowiązkowe obiadki trudno było nazwać odwiedzinami).

Do pokoju zajrzał Bogdan.

– Wiesz, czym się różni gołąb od zwłaszczy? – zapytał i zaraz sam sobie odpowiedział: – Gołąb lubi siedzieć na oknie, a zwłaszcza na parapecie.

Oboje zaczęli się śmiać. Nina też uniosła kąciki ust. Zazdrościła Bogdanowi, że umie tak swobodnie się zachowywać, ale z nim było inaczej: on pamiętał czasy, kiedy Justyna chodziła, a Nina znała ją tylko jako osobę niepełnosprawną, i w dodatku bardzo konfliktową. Co tydzień przy stole powstawał jakiś problem, i to zawsze z powodu Justyny. Tym razem poszło o zjadanie wszystkiego, co się ma na talerzu.

– Czemu ty jesteś taka uparta, córuniu? Dwie łyżki. Tylko dwie, Justynko. Nie możesz zjeść do końca?

– Ciociu, może ona już nie chce? – wtrącił się Bogdan. Mama zgromiła go spojrzeniem, ojciec powiedział, żeby był cicho, wujek coś mruknął – i jak co tydzień zaczęła się awantura.

Nina z ulgą wyszła z Mickiewicza. Nie przeszkadzało jej nawet to, że przez całą drogę powrotną mama przyciszonym głosem, żeby czasem nikt ich nie usłyszał, robiła Bogdanowi wymówki, że znów się nie uczy i tylko szwenda się z tą bandą obiboków, a ten cały Szałas to zakazany typ i Bogdan przez niego trafi do kryminału.

Wszystko było jednak lepsze niż przebywanie w domu ciotki.

*

Nina nie cierpiała, kiedy mama kłóciła się z Bogdanem. Miała mu za złe, że specjalnie denerwuje mamę i przez to wszczyna awantury, a co najmniej je podsyca. Czasami Nina go wręcz nienawidziła, ale ich układy nie były jednoznacznie złe.

Któregoś razu mama wróciła wściekła z zebrania rodziców w klasie Bogdana. Okazało się, że wychowawczyni złapała kilku uczniów na paleniu papierosów w toalecie. Był wśród nich Bogdan. Mama oburzyła się, że w ogóle można go podejrzewać, ale wracając, najwidoczniej przemyślała to i owo. Gdy tylko weszła do domu, bez słowa zaczęła rewizję. Bogdan często pachniał papierosami, ale mama była zbyt mocno wyperfumowana, by cokolwiek poczuć, a ojciec już wtedy bywał w domu tylko w weekendy. Mama wezwała Ninę i podsunęła jej do powąchania bluzę Bogdana, ale Nina wyłgała się katarem.

To, że mama odkryła prawdę o Bogdanie dopiero teraz, zaskoczyło Ninę. Trzeba było być ślepym i pozbawionym powonienia, żeby nie poczuć, że Bogdan pali. Nina wiedziała również, że brat trzyma papierosy w miękkim piórniku w wojskowy wzór.

Gdy mama miotała się, sprawdzając kolejno wszystkie półki i szuflady, Nina usiadła przy biurku brata, a potem wolno nakryła piórnik książką. Kiedy mama huknęła na nią, żeby się nie gapiła, bo to nie przedstawienie, Nina wzięła piórnik i wyszła.

Kiedy po bezskutecznych poszukiwaniach dowodów rzeczowych mama brała prysznic, Nina wróciła do pokoju brata. Bogdan siedział przy biurku i chyba pisał wypracowanie, bo wyglądał na niemiłosiernie zmęczonego.

– Od tego dostaje się raka – powiedziała cicho, kładąc przed nim piórnik.

– Na coś trzeba umrzeć – burknął Bogdan, nie podnosząc na siostrę wzroku.

Kiedy zamykała za sobą drzwi, rzucił jeszcze:

– Dzięki.

Żadne z nich nigdy potem nie wróciło do tego incydentu. Żyli obok siebie ani specjalnie się nie przyjaźniąc, ani nie zwalczając.

*

Petrykowscy mieszkali w nowym bloku przy Księdza Skorupki na ostatnim, trzecim piętrze. Od ciotki do nich było kilka minut drogi, ale mama nigdy nie wracała od razu do domu. Co niedziela przeciągała rodzinę jeszcze wokół rynku i kazała Bogdanowi, by robił jej zdjęcia z tatą na tle fontanny na środku parku. Nina rozumiała, że matka chce pokazać się ludziom w mieście; chce wszystkim udowodnić, że mąż, owszem, pracuje w Warszawie, ale są wzorowym małżeństwem. Jeszcze jakiś czas temu Nina współczuła mamie, że tak rozpaczliwie walczy o pozytywny wizerunek rodziny, lecz dziś te zabiegi tylko ją irytowały. Oczywiście niczego po sobie nie dawała poznać. Pozwoliła się ojcu przytulać i uśmiechała się, gdy Bogdan robił zdjęcia, ale z ulgą wracała do domu.

– Chodź tu.

Nina jeszcze dobrze nie weszła do mieszkania, gdy poczuła, że mama łapie ją za ramię. Oczywiście posłusznie za nią poszła. Przez dwa dni, gdy ojciec był w domu, mama lubiła się popisywać, i pokazywała, ile ma spraw na głowie i ile kłopotów z dziećmi. Nina była do tego przyzwyczajona.

– Wyszczerz się. Po kim ty masz takie okropne zęby? Ten to już całkiem na sztorc stoi. To po ojcu... W mojej rodzinie wszyscy mieli piękne, proste, białe zęby.

– Ty też masz trochę krzywe – powiedział Bogdan z komórką przy uchu.

– Ja? Ja mam idealne zęby. Piękne.

– Jasne... nie... na przykład... – Bogdan otaksował mamę uważnym spojrzeniem. – Złapawszy córkę za twarz, obrzuciła ją obelgami – powiedział do telefonu. – No! Ten uprzedni to potęga. – Bogdan przygotowywał na polski jakiś referat z imiesłowów. – No, super, też dobre... ja mam takie: Zabiwszy matkę, sam się powiesił.

– Zwariuję tu z nimi – jęknęła mama. – Nie tak miało wyglądać moje życie.

Bogdan nie przepuścił żadnej okazji, żeby ją zdenerwować, a Nina starała się schodzić jej z drogi. Teraz też chciała przeczekać i iść do swojego pokoju. Krzywe zęby miała zawsze. Nie rozumiała, dlaczego nagle pojawił się ten temat.

– Ale o co chodzi? – rzucił ojciec.

Nie był zainteresowany. Dochodziła osiemnasta, więc krążył po domu, pakując walizkę, jak zwykle o tej porze. Widać było, że myślami jest już gdzie indziej. Mama jednak walczyła o jego uwagę.

– Zęby ma krzywe! Trzeba iść do ortodonty... Kiedy jej mówiłam „Gryź marchewkę”, to wybrzydzała i teraz ma. Żebym ja od obcych ludzi musiała słuchać, że moje dziecko ma zły zgryz!

– Załóż jej aparat – rzucił ojciec, przechodząc przez pokój z szamponem przeciw wypadaniu włosów.

Mama zostawiła Ninę i skupiła się na ojcu, tłumacząc mu, że już są umówione, tylko że w Suwałkach, bo tam teraz Płońska ma gabinet, że drogi ten aparat, że ona nie będzie się wszystkim zajmować, że jego nic nie obchodzi.

Ojciec zachowywał kamienną twarz. Wrzucił resztę swoich rzeczy, po czym zapiął walizkę i wyszedł.

– To nie ty będziesz musiał dzień w dzień latać z nią, wystawać w kolejkach, czekać i nerwy tracić... Gdzie jest ojciec?

Mama stanęła jak wryta. Dopiero po chwili dotarło do niej, że wyjechał już do Warszawy.

– Olawszy swoją rodzinę, wyszedł – zaśmiał się Bogdan.

– Co on mówi? – Mama bezradnie spojrzała na Ninę; na policzki wystąpiły jej ostre rumieńce.

– Tatuś już poszedł – powiedziała Nina cichutko.

– Aha. – Mamie zrzedła mina. – I bardzo dobrze, trochę spokoju będzie. – Usiłowała pokryć zmieszanie. – Umówiłam cię na jutro na jedenastą.

– Jutro? Nie mogę, mam sprawdzian z Moliera!

– Zwolnisz się. Tobie się nigdy nic nie podoba. Potem będzie gadanie, że rodzice nie dopilnowali, że nie zadbali w porę!

– Ale to z polskiego.

– I bardzo dobrze. Zaliczysz potem. Odkurzyć trzeba.

Nina zerknęła na kalendarz.

Za dziewięć tygodni mama wyjeżdża do sanatorium. Dokładnie za sześćdziesiąt pięć dni. Niemiłosiernie długo.

*

To nie był dla Niny przełomowy rok. Nie była w pierwszej klasie, żeby się wszystkim przejmować, nie była też w trzeciej, więc nie czekał jej żaden egzamin. Matma jak zawsze jakoś tam jej szła, biologia też jako tako, tylko z polskim wiecznie miała problemy. Wrońska, ich polonistka, była najbardziej wymagającą nauczycielką z całej szkoły. Słynęła z surowości i trzymania poziomu w klasach, które uczyła. Nadmiernie ambitni rodzice czynili niemałe starania, żeby ich dziecko uczyła właśnie Wrońska. Na przykład Margerita z tego powodu przeniosła się z cieplarnianych warunków szkoły społecznej na Zarzeczu. Uczniowie bali się Wrońskiej, a tacy jak Nina, którzy mieli kłopot z ortografią, słabo pisali i nie lubili czytać lektur, bali się jej panicznie. Polski był pięć razy w tygodniu i Nina zawsze dzieliła dzień na dwie części: do polskiego i po nim. To były dwie zupełnie różne pory dnia.

W Zespole Szkół im. Pierwszego Pułku Ułanów Krechowiec­kich Nina chodziła też do podstawówki, ale w podstawówce nie uczyła ich Wrońska, i Nina, mimo swojej ortografii, miała zawsze piątkę. Teraz, w drugiej klasie gimnazjum, na pierwszy semestr miała dwójkę, a na koniec roku groziła jej jedynka. Nina bardzo się tym martwiła, bo wiedziała, że gadania będzie w domu do połowy sierpnia. Wrońska uczyła też Bogdana, który z powodu polskiego nie zdał i musiał przenieść się do „jedynki”. Ale wtedy Nina była jeszcze mała, miała same piątki i była pewna, że to wszystko, co spotkało brata, to jego wina, bo jest chłopcem. A chłopcy oczywiście są leniwi, niegrzeczni i mają zawsze kłopoty w szkole. Teraz już rozumiała, że Bogdan po prostu nie poradził sobie z Wrońską.

Gdyby tak marne oceny miała z jakiegokolwiek innego przedmiotu, wcale by się tym nie przejmowała. Wiadomo, jak to jest – można cały rok nic nie robić, a na koniec zaliczyć ostatni sprawdzian i dostać nawet trójkę, bo nauczyciele też nie chcą mieć kłopotów. Tak to wyglądało u każdego z nich. Poza Wrońską. Z nią jedną nie było żartów. W ogóle nie uznawała czegoś takiego jak poprawianie się w ostatniej chwili. Nina wiedziała, że stąpa po cienkim lodzie, że od jutra ostatecznie musi wziąć się do roboty, ale tak straszliwie jej się nie chciało. Sam widok podręcznika mierził ją i odrzucał. Na siłę wyszukiwała sobie różne prace, żeby tylko nie mieć czasu zająć się polskim. Wciąż obiecywała sobie, że od jutra. Nawet na Our Society zapisała się do grupy „Cierpię na odjutronizm”. Teraz też powinna przysiąść i nauczyć się wreszcie na blachę o tej oboczności, ale wprost niewyobrażalnie jej się nie chciało.

Za to bardzo jej się chciało spokojnie wziąć kąpiel. Podkradła się pod drzwi pokoju rodziców. Mama rozwiązywała krzyżówkę, czyli zapowiadał się cichy wieczór. Nina nalała do wanny płynu jabłkowo-cynamonowego, który dostała na Gwiazdkę, ale miała go nadal, bo używała bardzo oszczędnie, zaparzyła sobie miętę i wzięła ciasteczka owsiane z chili, po czym chwyciła Kamienie na szaniec, ale aż ją odrzuciło od lektury. Sięgnęła więc po „Victora Gimnazjalistę” i postanowiła oddać się relaksowi.

Zanurzyła się we wspaniałej, pachnącej świętami pianie, wygodnie ułożyła głowę na brzegu wanny i zaczęła czytać. To pismo trochę Ninę denerwowało, bo wciąż pisali w nim o przyjaźni. Niny ten temat już nie interesował. Wyrosła z takich dziecinnych bzdur. Kilka razy dała się nabrać fałszywym koleżankom i zawsze kończyło się tak samo: któraś z nich zachorowała, któraś usiadła w ławce z inną dziewczyną i po dwóch dniach okazywało się, że z całej tej przyjaźni nie ma czego zbierać.

Pierwszy raz, jeszcze w podstawówce, serce złamała jej Beata Ważka. Gdy Nina wróciła do szkoły po chorobie, naiwnie myślała, że tylko jej się wydaje, że to przecież niemożliwe. Nie mogła uwierzyć, że w czasie gdy ona walczyła z ropną anginą, Beata zdążyła zaprzyjaźnić się z Ulką. Z mściwą satysfakcją obserwowała, jak po dwóch miesiącach dziewczyny pokłóciły się o głupie siedzenie przy oknie. Mimo że Beata od razu przyleciała wyżalić się na Ulkę, Nina ją odtrąciła. Nie chciała mieć nic wspólnego z kimś tak zmiennym. Potem tak samo było z Pa­uliną. Historia powtórzyła się, i to ze wszystkimi szczegółami. Choroba, nieobecność, powrót, zaskoczenie, rozgoryczenie, śmierć nadziei i koniec przyjaźni.

A później, już w gimnazjum, to Nina rozbiła przyjaźń. Na początku pierwszej klasy polubiły się z Kasią Paprotą. Ta znajomość napotkała trochę technicznych problemów, bo mama Niny była jej stanowczo przeciwna, więc Nina wolała nie przyprowadzać Kasi do domu, a o przesiadywaniu w domu Kasi w ogóle nie było mowy.

Kiedyś Kasia, grając po lekcjach w hokeja na trawie, złamała nogę. Nie było jej w szkole sześć tygodni. W tym czasie Nina po prostu usiadła z Ewą w ławce. Dobrze im się gadało, a poza tym do Ewy można było zawsze przyjść. Jej rodzice byli zamożni, w domu zawsze były cytrusy, cola, ciasteczka, czyli to wszystko, co Nina uwielbiała. Regularnie dzwoniła do Kasi, ale nigdy jej o Ewie nie wspominała. Gdy Kasia wróciła, jeszcze przez trzy tygodnie spotykały się potajemnie z Ewą i miały sporo radości, śmiejąc się z tego, że Kaśka nic nie wie. A potem nagle dowiedziała się, że Kasia jedzie na parafialną wycieczkę do Lichenia i Ewa też się wybiera z tą grupą. Nie było ich raptem dwa dni. Nina pocieszała się, że przecież się nie lubią, że będzie tam mnóstwo innych osób, że nic się nie stanie. Jednak miała złe przeczucia i jak się okazało, słusznie. Gdy wróciły, Ewa była już najserdeczniejszą przyjaciółką Kasi. Jadły na spółkę Kasine kanapki z dżemem i razem biegały do portu, żeby obserwować kilwater. Ewa poprosiła Ninę o rozmowę i bardzo spokojnie wytłumaczyła, że jest jej bardzo przykro, ale to, co robiły, było okropne i ona nie chce mieć nic wspólnego z kimś tak zakłamanym jak Nina. Nina nawet o Ewkę nie walczyła. Znała Kaśkę i wiedziała, że już jej ze swoich szponów nie wypuści. Zresztą Kasia w czasie wakacji zaczęła chodzić z Łukaszem z Liceum Piramowicza i szybko się z Ewą pokłóciły. Od tej pory między nimi trzema było spore napięcie. Nina przestała lubić i Ewę, i Kasię, i nie wierzyła już w przyjaźń. Unikała zawierania bliższych znajomości z kimkolwiek.

Pisnęła jej komórka. Miała suche ręce, więc od razu sięgnęła po aparat.

Od Kaśki.

„A od kiedy chodzisz z tym Pawłem?”.

Nina zacisnęła zęby. To była właśnie cała natura Kaśki: bezczelność, tupet i wścibstwo. Pozornie nic takiego. Zwyczajny, nieagresywny esemes, a od razu człowieka wyprowadzał z równowagi. „A co ci do tego?” – chciała odpisać w pierwszym odruchu, ale się powstrzymała.

„Domyśla się, że palnęłam jak wariatka. Nie, nie dam jej tej satysfakcji. Czy to takie nieprawdopodobne, że ktoś się we mnie zakochał? Przecież to możliwe, prawda? Jestem garbata? Śmierdzę? Czy ja muszę mieć od razu chłopaka ze szkoły? Ciekawe, skąd Kaśce akurat teraz przyszło do głowy to pytanie? Od piątku przez cały czas o tym myśli? A może siedzą teraz z Ewką, Olką lub Margeritą i mnie obgadują? Jedna przez drugą szydzą, że to przecież niemożliwe, by ktokolwiek chciał chodzić z Niną, bo kto by zniósł jej krzywe zęby? Kasia już je o tym przekona”.

„Dwa lata” – napisała, ale zaraz się zreflektowała. To głupota. Nikt z nikim tak długo nie chodzi.

„Osiem miesięcy”.

To było już bardziej prawdopodobne.

Nagle zrobiło jej się bardzo smutno, że nie może napisać prawdy. Chciała, żeby ktoś o niej myślał, kochał ją, żeby i ona miała o kim myśleć. Chciała czekać na telefon, pisać wyznania, całować się i chodzić z kimś na spacery, trzymając się za rękę. Poczuła przejmującą potrzebę bycia czyjąś.

Wykasowała tekst.

„Żadnych konkretów. Nie dam się przesłuchiwać”.

Najlepszym wyjściem wydało jej się napisanie, że zakochani nie liczą czasu. Ale może brak konkretów będzie jednoznacznym dowodem, że to wszystko bzdura? Co by napisała dziewczyna, która naprawdę ma chłopaka? Tego właśnie nie wiedziała.

„Lepiej szybko odpisać. Nie mogę milczeć, jakbym się wystraszyła. Muszę jej podać jakieś konkrety i niech spada”.

„Od siódmego września, ale znamy się dłużej” – napisała, zadowolona ze swojego pomysłu.

„A jak niby się poznaliście?”.

To „niby” zdenerwowało Ninę. Postanowiła zareagować ostro, kończąc temat raz na zawsze.

„Pomagaliśmy Twojej mamie dojść do domu” – napisała i poczuła mściwą satysfakcję.

Wiedziała, że Kasia już niczego nie napisze.

I faktycznie Kasia się nie odezwała. Nina poczuła, że znów jest górą.

„To cię oduczy wtykać nos w nie swoje sprawy”.

Mamie Kasi rzeczywiście zdarzało się przysnąć pod ścianą jakiegoś sklepu. Kasia, gdy tylko miała okazję, dużo mówiła o chorobie swojej mamy i o tym, że bierze silne leki, które zaburzają pracę błędnika i czasem mama wygląda na pijaną. Jednak każdy, kto choć raz widział mamę Kasi, wiedział, że to nie żadne leki. Jej matka była alkoholiczką.

Nina uśmiechnęła się, wyobrażając sobie, że ta dziewczyna, z którą Kaśka teraz jest, pyta: „I co ci odpisała?”, a Kaśka się wije, żeby wymigać się od odpowiedzi.

Sięgnęła z powrotem po czasopismo, ale myśli jej uciekały. Była zadowolona, że nauczyła się wreszcie postępować z Kaśką, że się jej nie daje zastraszyć jak reszta dziewczyn. Potem pomyślała, że trzeba by tego Pawła ukonkretnić. Jakie ma włosy? Brunet, oczy zielone, czarne spodnie, fryzura raczej dłuższa, grzywka lekko na oczach. Gdzie mieszka? Z tym był kłopot, bo czy powinien mieszkać w Augustowie, czy gdzieś dalej? Jeśli dalej, to Kaśka nie uwierzy, a tu... tu prawie wszyscy się znają. Ile ma lat? Najlepiej, żeby był starszy, jakiś bajecznie przystojny student z własnym samochodem – ale nie mogła przeciągać struny. Nagle przed oczami stanął jej Kamil. Poczuła, jakby go zdradzała.

Kamil był fajny. W zeszłym roku całkiem przypadkowo znaleźli się na tym samym obozie w Białce Tatrzańskiej i wtedy coś się między nimi zaczęło. Rozmawiali zaledwie kilka razy, ale on wciąż się na nią gapił. Nina była pewna, że o niej myśli, ale żadne z nich nigdy nie wykonało najmniejszego gestu, żeby zmienić charakter tej znajomości. Chwilę marzyła sobie, jak to by było genialnie tak zjawić się na jakiejś wielkiej imprezie, gdzie zobaczyliby ją wszyscy znajomi, ze starszym, nieludzko przystojnym brunetem. Może Kamil by się zdenerwował i wreszcie coś zrobił...

Wycierając się, Nina myślała o tym, jakie nazwisko powinien mieć ten Paweł. Może Niedzielski? Wróblewski? Malinowski? A może Nowak? Tylu jest w końcu Nowaków, więc byłoby bezpiecznie. W zasadzie wszystko jedno i dlatego tak trudno było się zdecydować. Ustaliła, że nazywa się Wróblewski. Paweł Wróblewski z jej rocznika, ale starszy o pół roku. Nie chodzi do ich szkoły, tylko do „jedynki”.

„Bzdura! Przecież Kaśka natychmiast odkryje, że nie chodzi tam żaden Paweł Wróblewski. Wystarczy, że pogada z kimś z »jedynki«”.

Trzeba inaczej, jak najmniej konkretów... Bardzo ją kocha, szaleje za nią. Planują wspólny wyjazd na wakacje do Zakopanego, bo on tam ma ciotkę, która jest góralką. Tak, ta ciotka ma na imię na przykład Halina...

*

„Ponury obraz rodziny w Skąpcu Moliera” – taki tytuł wypracowania wymyśliła dla nich Wrońska. Nina niby miała coś do powiedzenia, ale pisanie nigdy nie było jej mocną stroną, więc z trudem lepiła jakieś bezkształtne zdania, gryząc nerwowo końcówkę długopisu.

Kiedy na chwilę podniosła głowę znad kartki, zobaczyła, że Kasia przygląda się jej z pogardą. Zrewanżowała się takim samym pełnym niesmaku spojrzeniem, ale nie mogła dłużej zawracać sobie głowy Kaśką, bo miała inny kłopot. Umówiła się z mamą, że wyjdzie z polskiego dziesięć minut przed końcem, ale u Wrońskiej nie było to takie łatwe. Przed lekcją tak długo zwlekała, żeby pokazać zwolnienie, że w końcu nie pokazała go wcale i teraz kompletnie nie wiedziała, jak ma się zwolnić. Była w kropce. Jeśli teraz wstanie i pokaże Wrońskiej zwolnienie, polonistka na pewno zapyta, dlaczego nie zrobiła tego wcześniej. A jeśli nie wyjdzie, to z kolei mama się wścieknie.

Z mamą nie było żartów, ale z Wrońską też nie. Nawet Dominik, który uciekał z lekcji niemal codziennie, zbiegał do szatni dopiero po polskim. Dziewczyny śmiały się, że gdyby ich klasa zawsze miała polski ostatni, Dominik w ogóle by nie wagarował.

Postanowiła ruszyć się z miejsca. Już miała wstać, gdy nagle ktoś zapukał i drzwi sali lekko się uchyliły. Wrońska szybkim krokiem podeszła do drzwi i wróciła prawie natychmiast:

– Nino, zabierz rzeczy...

– Ale ja jeszcze nie skończyłam – wydukała Nina.

– Trudno. Oddaj pracę i wyjdź – powiedziała Wrońska niespodziewanie ciepłym tonem.

– Co się dzieje? – szepnęła Ewa, ale Nina wzruszyła ramionami. To nie był czas na wyjaśnienia.

– Coś się stało? – jak echo odezwała się Kaśka.

– Tak – szepnęła Nina bezgłośnie. – Ktoś na mnie czeka. W duchu się uśmiechnęła.

„Niech teraz główkuje, co się stało. Będzie ją wprost skręcać z ciekawości”.

Na korytarzu natychmiast straciła dobry humor. Przy parapecie stała mama. Miała świeżo natapirowane włosy, ufarbowane odrosty i delikatny makijaż. Była w swoim najlepszym płaszczu i we włoskich fioletowych szpilkach. Z miejsca zaczęła zrzędzić, że musiała się tu wdrapywać i że córka ją naraża na coś takiego, ale Nina wiedziała, że mama specjalnie przyszła kwadrans wcześniej, niż były umówione. Całe dnie potrafiła spędzać, nie wychodząc z domu, wysyłając ją lub Bogdana po drobne sprawunki, ale gdy już miała gdzieś iść, zapisywała się do fryzjera, kosmetyczki i manikiurzystki i, jak sama mówiła, „doprowadzała się do pionu”. A kiedy była już „doprowadzona”, nie chciała, żeby to się zmarnowało, więc starała się pokazać możliwie największej liczbie osób. Biegała po całym mieście, wchodziła niemal do każdego sklepu, zaglądała do banku, na pocztę, do lekarza, żeby tylko jak najwięcej ludzi ją zobaczyło. Teraz też wykorzystała okazję, żeby pokazać się w szkole. Nina bez słowa słuchała maminego utyskiwania i cieszyła się, że nie ma tu Bogdana. Bez niego była jeszcze jakaś szansa, że nie dojdzie do awantury.

– Zęby umyłaś? – syknęła mama, ale nie zdążyła zainteresować się odpowiedzią, bo naprzeciwko nich pojawiła się Opałko.

Mama chodziła z nią do szkoły. Opałko była plastyczką. Nie uczyła Niny, ale oczywiście znały się z widzenia jak wszyscy w tej szkole, a raczej jak wszyscy w tym mieście. Kobiety rozpromieniły się na swój widok i z egzaltacją zaczęły się wzajemnie zachwycać swoją znakomitą formą. Ucałowały powietrze koło swoich policzków i wymieniły się komplementami.

Nina stała wyprostowana jak struna i uśmiechała się, odgrywając rolę posłusznej i dobrze wychowanej córeczki. Opałko położyła jej rękę na ramieniu i powiedziała, że taka z niej miła dziewczynka wyrosła. Nina grzecznie się uśmiechnęła.

*

Do Suwałk dojechały w milczeniu.

W rejestracji u ortodonty okazało się, że mama nie pamięta numeru PESEL Niny. Musiała zadzwonić do ojca i wściek­ła się, że Nina niczym się nie przejmuje, że znów się garbi i że w ogóle nie wiadomo, co ona sobie myśli. Potem zaczęła zrzędzić, że jeśli wizyta się opóźni, to nie zdążą na autobus o drugiej i będą musiały jechać następnym, a to pokrzyżuje jej wszystkie plany na wieczór.

Nina udawała, że słucha, ale w rzeczywistości gapiła się na plakaty w poczekalni. Na wszystkich były zęby. Budowa trzonowca, wady zgryzu, paradontoza, prawidłowe kształty szczoteczek, dieta a choroby dziąseł, walka z kamieniem nazębnym. Nina odniosła wrażenie, że jedyną istotną rzeczą na świecie są zęby. Usiłowała się nie roześmiać i nagle wyczuła, że ktoś się na nią gapi.

Naprzeciwko siedział chudy chłopak. W uszach miał słuchawki i rytmicznie bębnił palcami o swoje udo. Gapił się na nogi Niny. Zerknęła w dół. Jej ukochana fioletowa spódnica podwinęła się. Nina błyskawicznie ją poprawiła i spojrzała na chłopaka. Uśmiechnął się.

– Artur Czajka... – wywołała pielęgniarka, stając w drzwiach gabinetu.

Chłopak wstał. Zęby miał chyba jeszcze gorsze niż Nina, ale nie wyglądał na kogoś, kto się tym przejmuje. Wyjął słuchawki z uszu i wszedł do środka.

– Nina Petrykowska... – powiedziała pielęgniarka z drugiego gabinetu.

– To my – oznajmiła mama z czarującym uśmiechem.

Wstała, zwracając na siebie powszechną uwagę.

Ortodontka przeprowadziła wywiad, zrobiła gipsowy odlew zębów Niny, dała skierowanie na pantomogram i zapisała je na kolejną wizytę za dwa tygodnie.

Gdy wyszły z gabinetu, mama kazała jej poczekać i zadzwoniła do ojca. Jak zwykle nie odbierał, więc mama nagrała mu na pocztę relację z przebiegu wizyty. Nina wiedziała, że taty to nie interesuje, ale czuła też, że mamie chodzi po prostu o to, żeby ludzie w przychodni jak najdłużej na nią patrzyli.

Chłopak wyszedł z gabinetu, gdy mama jeszcze rozmawiała. Nina zrobiła się czerwona i odruchowo wygładziła spódnicę. Pilnowała się, żeby przypadkiem na niego nie spojrzeć, i właśnie dlatego zerknęła. Patrzył na nią, ale natychmiast odwrócił wzrok. Ona też. Usiadł na krześle, widocznie na kogoś czekał.

Mama skończyła rozmawiać i stukając obcasami, ruszyła w kierunku wyjścia. Nina czuła na sobie wzrok chłopaka.

Odetchnęła, dopiero gdy wyszły z budynku.

*

Zdążyły na autobus.

W Augustowie mama odesłała Ninę do domu, a sama ruszyła w miasto. Kupiła dwa metry wstążki jedwabnej, zapisała się na kontrolę do ginekologa, odebrała buty od szewca, odwiedziła Anielę Makowską, swoją dawną koleżankę, za którą nie przepadała, zrobiła sobie zdjęcie do paszportu, chociaż stary miała jeszcze ważny, zajrzała do księgarni i kupiła Ninie repetytorium geograficzne, a Bogdanowi Dżumę Camusa, bo akurat była wyprzedaż.

Kiedy wróciła, odgrzała dla siebie i Niny racuchy, które przygotowała w piątek na przyjazd ojca, a wiadomo, że jedzenia nigdy nie wolno wyrzucać. Gdy Nina miała już nadzieję, że teraz wreszcie mama się uspokoi, zrobi herbatę, weźmie swoje krzyżówki i zajmie się sobą, mama zadzwoniła do wujostwa i zapowiedziała, że wpadnie do nich za kwadransik.

– Biedna Justysia. Ciocia tak się o nią martwi. Naprawdę mogłabyś sama czasem do niej zajrzeć. Straszna egoistka z ciebie – dodała.

Nina bez słowa zaczęła się zbierać do wyjścia. Polskim zajmie się od jutra.

*

Stała niepewnie na progu pokoju kuzynki. Jednym uchem słyszała, jak mama w kuchni relacjonuje ciotce przebieg wizyty u ortodonty.

– Jeśli chcesz oglądać... – zaczęła, mając nadzieję, że Justyna będzie chciała, a wtedy ona spokojnie się wycofa.

– Dlaczego uważasz, że chcę coś oglądać? Czemu wszyscy wciąż uważacie, że chcę coś oglądać? Mam przecież gościa i nie chcę nic oglądać. – Justyna naprawdę potrafiła być bardzo nieprzyjemna.

Nina pożałowała, że tak łatwo uległa mamie. Powinna wymyślić jakieś kłamstwo o zadaniach z matmy czy wypracowaniu. Poczuła złość. To ona tu przychodzi, poświęca swój cenny czas, kiedy powinna uczyć się polskiego, a Justyna niczego nie umie docenić. Nic dziwnego, że ciotka wiecznie na nią narzeka.

– Tak tylko pomyślałam...

– Przepraszam... – Justyna ciężko westchnęła. – Wiosna źle na mnie działa. Nie wiem, czemu tak na ciebie naskoczyłam. Fajnie, że chciało ci się przyjść. Dziękuję. Wyobrażam sobie, jaka jesteś zajęta.

Ninie wydało się, że usłyszała ironię w głosie kuzynki, ale nie zareagowała.

– Jak było u ortodonty?

Justyna ustawiła wózek tyłem do drzwi. Nina poczuła się, jakby kuzynka odcięła jej drogę ucieczki.

– Normalnie.

– To mężczyzna czy kobieta?

– Kobieta. Płońska... Mama od zawsze do niej chodzi. Kiedyś mieszkały koło siebie, czy może razem chodziły do przedszkola. Nie wiem dokładnie...

– A jak wygląda? Młoda, ładna i miła czy raczej stara, wymięta i zgryźliwa?

Nina spojrzała na nią zdziwiona. Jakoś nigdy nie zastanawiała się, jak by można określić ortodontkę. Musiała chwilę pomyśleć, żeby przypomnieć sobie, jak Płońska wygląda.

– Tak pomiędzy.

– Ale miła przynajmniej?

– Nie wiem... – Nagle uświadomiła sobie, że jednak ma opinię. – Nie, nie jest miła. Traktuje mnie jak niemowę albo jak przedmiot. O wszystko pyta tylko mamę, jakbym ja nie istniała albo była niedorozwinięta i nie umiała odpowiedzieć na pytanie, czy mnie boli.

– Wiem, o czym mówisz. Lekarze są perfekcyjni w upokarzaniu ludzi. Wkurzające, nie? Słuchaj, skoro już zdecydowałaś się mnie odwiedzić...

Nagle zjawiła się mama. Obie z ciocią wybierały się do kościoła na siódmą, więc ustaliły, że Nina wróci sama, o której będzie chciała. Justynka ma wszystko naszykowane i powinna zjeść ładnie, i to do końca. Mama Justyny postawiła przed nią talerz z odgrzanymi racuchami. Nina dobrze je znała. Identyczne i równie stare jadła pół godziny wcześniej. Mama Niny ucałowała Justynę i życzyła jej miłego wieczoru, a mama Justyny pocałowała Ninę i rzuciła, żeby się nie wykrzywiała, bo jeszcze jej tak zostanie.

Gdy tylko wyszły, Justyna podjechała wózkiem do biurka, wyjęła foliową torbę i jednym ruchem zsunęła do niej racuchy.

– Możesz wyrzucić do kosza, tylko nie kładź na wierzchu. To straszne, że muszę własną matkę tak oszukiwać. Jestem obrzydliwym tchórzem.

Justyna poprosiła, by Nina opowiedziała jej, czym teraz żyje. Co ją ekscytuje? O czym marzy? Ale Nina, mimo że masę czasu spędzała na wyobrażaniu sobie, jak Wrońska wyjeżdża do Afryki albo jak mama idzie wreszcie do pracy, a Kamil zakochuje się w niej do szaleństwa, teraz jakoś nie umiała powiedzieć nic sensownego. Wtedy Justyna zapytała Ninę o koleżanki z klasy.

Nina od razu się ożywiła. Zaczęła mówić o Margericie, która ma takie dziwaczne imię, bo jej tata jest Włochem, a poza tym jej rodzice są nieziemsko bogaci, ale ona wcale się nie wywyższa. A potem opowiedziała Justynie o Kaśce – o tym, że jest beznadziejna, że mieszka w najgorszym domu w mieście, w ruderze przy Wojska Polskiego, że ma matkę pijaczkę, że jest głupia, brzydka i nikt jej nie lubi, a chłopak zostawił ją po pierwszej wizycie w jej domu. Dodała też, że nie znosi tej ideologii Kaśki: jedzenie mięsa to kanibalizm, modne ciuchy to popieranie wyzysku, kino to rozrywka dla ubogich duchem.

Justyna natychmiast się domyśliła, że skoro ta dziewczyna jest biedna, a tak sprytnie umie narzucić wszystkim swoje poglądy, to musi mieć bardzo silną osobowość. Nina z niechęcią przyznała jej rację. Kaśka była irytująca, męcząca, przemądrzała i wredna, ale to zdecydowanie najsilniejsza psychicznie osoba, jaką Nina spotkała. Uderzyło ją, że Justyna tak trafnie to określiła.

Potem kuzynka zapytała, jak Nina znosi wieczną nieobecność ojca. Nina nie lubiła poruszać tego tematu. Wolała po prostu nie myśleć o tym, że taty nigdy nie ma. Kiedyś bardzo za nim tęskniła, przekonywała samą siebie, że nie ma innego wyjścia, bo w Warszawie tata zarabia znacznie więcej. Ale po tylu latach przyzwyczaiła się do jego nieobecności i już od dawna na niego nie czekała. Zresztą po co? Nawet gdy przyjeżdżał do domu na weekend, i tak nie miał dla nikogo czasu. Był zmęczony i mówił, żeby mu niczym nie zawracali głowy, bo to ich problemy, a nie jego. On tu przyjechał odpocząć. I rzeczywiście, w soboty spał do pierwszej, potem wychodził załatwić swoje sprawy, czasem coś reperował w domu i wtedy nie wolno było mu przeszkadzać. Wieczorem szedł spotkać się z kumplami, a w niedzielę skoro świt wyruszał na ryby. Czasem dawał się mamie wyciągnąć do kościoła i na obowiązkowy spacer, po czym szli wszyscy razem do wujostwa, gdzie zjadali ohydny, zimny obiad. A potem robiło się późno i ojciec zaczynał gorączkowo szukać rzeczy po domu, wściekał się, że mają taki bajzel, i powtarzał, że gdyby on tu mieszkał, nie dopuściłby do tego. Przed wyjściem obowiązkowo kłócił się o coś z mamą i wychodził bez pożegnania. Potem mama się wściekała. Czasem dzwoniła do niego i kłócili się przez telefon, gdy jechał do Warszawy. A po tygodniu, gdy ojciec znów przyjeżdżał, zachowywali się, jak gdyby nic się nie stało. Czy Nina go kocha? Trudno powiedzieć. W każdym razie nie wyobraża sobie, żeby ojciec z nimi mieszkał.

Justyna słuchała jej bardzo uważnie. Nagle spojrzała na zegar.

– Musisz już iść – powiedziała oschle.

Nina poczuła się upokorzona. To ona zabawia ją, jak może, traci swój cenny czas, a Justyna daje jej odczuć, że ma dość? Coś podobnego! Postanowiła, że nie da się więcej namówić na żadne wizyty. Justyna wyciągnęła od niej masę informacji, a potem odrzuciła jak śmiecia. Jest okropna i Nina nie ma zamiaru jej odwiedzać. Gotowa jest nawet przyłączyć się do chóru kościelnego, mimo że chodzi tam Kaśka. Wszystko jedno co, ale koniecznie musi coś wymyślić.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Table of Contents

Prolog

Rozdział 1

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dane wrażliwe Wszystko, tylko nie mięta Bardzo biała wrona Edison. O wielkim wynalazcy Mecz o wszystko Jezioro łabędzie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej