Samotnia II

Samotnia II

Autorzy: Dickens Charles

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 8.90 zł

W drugim tomie satyry na brytyjski system sądowniczy klasyczna powieść nabiera detektywistycznego charakteru. Dickens prowadzi czytelnika tropem morderstwa, podsuwa fałszywe wskazówki i ukryte przesłanki, przez co Samotnia staje się prekursorem współczesnych kryminałów.

Zarówno ta wyjątkowa konstrukcja, jak i nowoczesny detektywistyczny wątek sprawiają, że Samotnia cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem współczesnych czytelników, którzy z przejęciem wyczekują wielkiego finału kilkudziesięcioletniego procesu Jarndyce przeciw Jarndyce.

Pierwsze filmowe adaptacje Samotni sięgają aż 1920 roku, kiedy Maurice Elvey wyreżyserował czarno-biały, niemy film Bleak House. Później BBC wyprodukowało aż trzy seriale na podstawie tej powieści Dickensa – w 1959, 1985 i 2005 roku. W najnowszym, nagrodzonym Peabody Award, wystąpiły m.in. Gillian Anderson i Carey Mulligan.

Charles Dickens

Samotnia II

Tytuł oryginału

Bleak house

ISBN

Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018

Copyright © for the Polish translation by Natalia Tarczyńska, 2018

All rights reserved

Wszystkie ilustracje pochodzą z pierwszego angielskiego wydania

(Bradbury and Evans, London 1853).

Projekt graficzny okładki

Anna Damasiewicz

Ilustracja na okładce

Olga Nikishina, Depositphotos.com

Wydanie 1 w tej edycji

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Pielęgniarka i pacjentka

Czas wyznaczony

Intruzi

Obrót śruby

Opowiadanie Estery

Chesney Wold

Jarndyce przeciwko Jarndyce

Walka

Doradca prawny i klient

Sprawy publiczne i domowe

W pokoju pana Tulkinghorna

W apartamencie pana Tulkinghorna

Opowiadanie Estery

List i odpowiedź

W zaufaniu

Trzymać go!

Ostatnia wola Jo

Ku finałowi

Przyjaźń a obowiązek

Opowiadanie Estery

Wyjaśnienia

Upór

Trop

Bomba pęka

Ucieczka

Pościg

Opowiadanie Estery

Zimowy dzień i noc zimowa

Opowiadanie Estery

Dalsze perspektywy

Odkrycie

Następne odkrycie

Stal i żelazo

Opowiadanie Estery

Nowy początek

W hrabstwie Lincoln

Koniec opowiadania Estery

Posłowie tłumacza

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ XXXI

Pielęgniarka i pacjentka

Znów byłam w domu i gdy spędziłam tam niewiele dni, pewnego wieczoru poszłam na piętro, do swojego pokoju, by przez ramię Charley zerknąć, jak radzi sobie z zeszytem. Pisanie stanowiło dla niej trudną sprawę, gdyż dziewczynka nie miała normalnej władzy nad piórami, które w jej rękach wydawały się czymś przewrotnie złośliwym i samodzielnym; poruszały się niewłaściwie i krzywo, potykały, pryskały atramentem i uskakiwały w nieoczekiwanych kierunkach, niby osioł pod siodłem. Dziw było patrzeć, jak cudaczne litery kreśli kształtna i gładka rączka dziewczynki — takie kanciaste, pokrzywione, osobliwie chwiejne! A przecież Charley była bardzo zręczna w innych rzeczach, a równie zwinnych jak jej paluszków nigdy chyba nie widziałam.

— I co, Charley? — zagadnęłam ją, patrząc na linijkę liter „O”, które były kwadratowe, trójkątne, gruszkowate i pochylały się w rozmaite strony. — Radzimy sobie coraz lepiej? Gdyby to „O’” udało się zaokrąglić, byłoby bez zarzutu.

Napisałam jedno i Charley napisała jedno, lecz pióro nadal nie chciało jej słuchać i skręciło literę w cudaczny węzeł.

— Nie martw się, Charley. Z czasem pójdzie ci lepiej.

Dziewczynka odłożyła pióro, gdyż na ten dzień uporała się z pisaniem. Zacisnęła i rozprostowała małą piąstkę, poważnie przebiegła wzrokiem stronicę — na poły z dumą, na poły z powątpiewaniem — wstała z krzesła i dygnęła, spoglądając na mnie.

— Dziękuję, proszę panienki. I czy panienka zna jedną biedną kobietę, co ma na imię Jenny?

— Żonę strycharza? Tak, Charley.

— Jak niedawno wyszłam na trochę, zaczepiła mnie, proszę panienki, i powiedziała, że panienka ją zna. Zapytała też, czy jestem służącą młodej damy, to znaczy panienki, a ja, proszę panienki, odpowiedziałam, że tak.

— Sądziłam, że ta kobieta wyniosła się z naszych stron.

— Bo wyniosła się, proszę panienki, ale znów wróciła i mieszka tam, gdzie dawniej mieszkała. Wróciła także Liz. Czy panienka zna tę drugą biedną kobietę, Liz?

— Chyba znam, Charley. Chociaż nie wiedziałam dotąd, jak jej na imię.

— Jenny też tak mówiła! — zawołała Charley. — Obie, proszę panienki, przewędrowały pieszo kawał świata, no i wróciły.

— Powiadasz, Charley, że przewędrowały kawał świata?

— Tak, proszę panienki! — Gdyby Charley potrafiła kreślić „O” tak okrągłe, jak jej oczy zwrócone teraz ku mojej twarzy, wszystko byłoby w porządku. — I ta biedna kobieta, proszę panienki, przez trzy czy cztery dni kręciła się koło naszego domu, bo myślała, że może panienkę zobaczy i, jak mówi, nic więcej nie chciała, ale panienki wtedy nie było. Dlatego właśnie mnie spotkała, jak wyszłam na trochę. — Parsknęła śmiechem radośnie i nie bez dumy. — I, proszę panienki, pomyślała, że ja w sam raz wyglądam na pannę służącą panienki!

— Naprawdę, Charley?

— Tak, proszę panienki. Naprawdę!

Dziewczynka roześmiała się znów ochoczo, spojrzała na mnie jeszcze bardziej okrągłymi oczyma i zrobiła minę bardzo serio — jak przystało mojej pannie służącej. Nigdy nie mogłam się jej napatrzeć, gdy oczarowana własną wysoką godnością stała przede mną z tą swoją drobną twarzyczką i figurką, pełna powagi, lecz od czasu do czasu dająca folgę dziecinnej uciesze.

— Gdzie spotkałaś tę kobietę? — zapytałam.

Odpowiedziała, że „niedaleko domu pana doktora”, i twarz jej zmierzchła, bo biedna mała nosiła jeszcze żałobę po ojcu.

Zapytałam, czy żona strycharza jest chora, lecz dowiedziałam się, że nie. Chory jest ktoś inny, taki jeden, co też przyszedł pieszo do Saint Albans i ma iść dalej, nie wiadomo dokąd. Biedny chłopiec bez ojca i matki, bez nikogo na świecie.

— Taki byłby Tom, proszę panienki, gdyby Emma umarła po tatusiu i gdybym ja umarła — dodała Charley i łzy zabłysły w jej okrągłych oczach.

— Aha! Żona strycharza szła po lekarstwo dla chorego chłopca, prawda?

— Tak mi powiedziała, proszę panienki. Mówiła też, że on raz przysłużył się jej tak samo.

Mała pokojóweczka stała zapatrzona we mnie, twarz miała skupioną, dłonie mocno splecione palcami, więc bez trudności odczytałam jej dobre myśli.

— Wiesz co, Charley? — powiedziałam. — Chyba wybierzemy się zaraz do Jenny, aby zobaczyć, co się tam właściwie dzieje.

Pośpiech, z jakim skoczyła po mój kapelusz z woalką i pomogła mi się ubrać, sama zaś, otuliwszy dziecinną figurkę ciepłym szalem, odmieniła się w miniaturę dojrzałej kobiety, świadczył dobitnie o jej gorącym zapale. I tak, nie rozmawiając więcej między sobą, wyszłyśmy z domu.

Wieczór był niepogodny, zimny. Drzewa drżały szarpane wichurą. Gęsty, grubokroplisty deszcz siekł przez cały dzień i z małymi przerwami w ciągu kilku poprzednich dni. Obecnie jednak przestał padać. Niebo oczyściło się cokolwiek, ale było posępne — nawet nad nami, chociaż pobłyskiwało tam parę gwiazd. Na północnym zachodzie i zachodzie, gdzie trzy godziny temu zaszło słońce, jaśniała śmiertelnie blada poświata — piękna i groźna zarazem — opleciona w długie, ponure smugi chmur, niby morze zastygłe przy wysokiej fali. W stronie Londynu rudawa łuna spowijała mroczny widnokrąg na wschodzie i te dwa światła tworzyły patetyczny kontrast, żywo przemawiający do wyobraźni, zwłaszcza, że to ciemniejsze przywodziło na myśl jakiś ogień nie z tej ziemi, spowijający wszystkie niewidoczne budowle stolicy oraz twarze tysięcy i tysięcy przechodniów na jej ulicach.

Tamtego wieczora nie myślałam — z całą pewnością nie myślałam ani przez chwilę — o tym, co rychło miało mnie spotkać. Ale do dziś pamiętam, że gdy przystanęłyśmy u ogrodowej furtki, by popatrzeć na niebo, a także później, kiedy szłyśmy dalej, przeżywałam mętnie nieokreślone wrażenie, iż staję się kimś innym niż dotychczas. Wiem, że to było tam i wtedy, że owo niejasne odczucie kojarzy się zawsze z czasem i miejscem, z wszystkim, nie wyłączając odległych głosów dobiegających z miasteczka, ujadania psa, skrzypienia kół na błotnistej drodze wiodącej z grzbietu wzgórza.

Był sobotni wieczór, więc znaczna część mieszkańców osady, która stanowiła nasz cel, piła gdzieś indziej. Domki wyglądały tak samo nędznie, jak podczas mojej pierwszej tam bytności, ale dokoła nich było znacznie ciszej. W cegielniach płonęły ognie i dławiący, wilgotny fetor płynął ku nam wraz z ich niebieskawym odblaskiem.

Kiedy znalazłyśmy się przed ruderą, w której oknie wątła świeczka tliła się za szybami łatanymi papierem, zastukałyśmy do drzwi i weszłyśmy. Matka zmarłego niegdyś dziecka siedziała obok łóżka, na krześle ustawionym przy skąpym ogieńku; opodal chłopiec w łachmanach leżał na podłodze i głowę wspierał o obudowę komina. Pod pachą trzymał niby małe zawiniątko szczątki futrzanej czapki, a chociaż usiłował się rozgrzać, dygotał tak, że postukiwały zwichrowane drzwi i okno domku. Powietrze w izbie było bardziej ciężkie niż uprzednio i przesycone dziwnym, niezdrowym zaduchem.

Weszłyśmy i w tejże chwili, nie podnosząc woalki, odezwałam się do kobiety. Chłopiec drgnął, wytrzeszczył oczy i jął wpatrywać się we mnie z przestrachem i zdumieniem. Ja bez wątpienia wywołałam jego błyskawiczną reakcję, więc miast postąpić dalej, znieruchomiałam tuż za progiem.

— Nie! Drugi raz nie pójdę na cmentarz — wymamrotał chłopiec. — Mówię, psze pani, nie pójdę!

Uniosłam woalkę i pozdrowiłam kobietę, ta zaś powiedziała:

— Niech panienka nie zwraca na niego uwagi. To nic. Prędko przyjdzie do siebie. Jo, Jo! Co ty gadasz? — zwróciła się do niego.

— Wiem, po co ona przyszła! — zawołał.

— Kto?

— Pani, co tam stoi! Przyszła, żebym drugi raz zaprowadził ją na cmentarz! Nie pójdę! Ona mnie chce tam pochować!

Chwyciły go znów dreszcze, a że opierał się o ścianę, trząść się zaczęła cała rudera.

— Od samego rana gada tak i gada, proszę panienki — szepnęła mi kobieta. — Hej! Czego się gapisz, Jo? To moja pani. Do mnie przyszła.

— Nie do mnie? — zdziwił się i osłoniwszy ramieniem rozgorzałe oczy, począł przyglądać mi się bacznie. — Na mój rozum wygląda całkiem jak tamta. Nie ten kapelusz, nie ta suknia, ale wygląda całkiem jak tamta.

Moja mała Charley — osoba nad wiek obznajmiona z chorobami i wszelką biedą — szybko zrzuciła czepek oraz szal i przyciągnąwszy krzesło, usadowiła na nim chłopca z wprawą starej pielęgniarki. Tyle, że stara pielęgniarka nie mogłaby pokazać choremu młodocianej twarzyczki Charley, która łatwo zyskała jego zaufanie.

— Wiesz co? — zwrócił się do niej. — Ty mi powiedz prawdę. Czy ta pani to nie tamta?

Dziewczynka przecząco pokręciła głową i troskliwie otuliła biedaka jego łachmanami, aby było mu możliwie ciepło.

— Aha — bąknął. — No to chyba ta nie jest tamtą.

— Przyszłam, żeby zobaczyć, czy da ci się jakoś pomóc — zabrałam głos. — Co ci dolega, chłopcze?

— Zimno, psze pani, a później znów gorąco, i zimno, i znów gorąco, i tak nie wiem ile razy na godzinę. I spać mi się chce, i głowa jakaś głupia, a moje kości to tylko przez pół kości, a przez pół sam ból.

Biedak mówił ochrypłym głosem i ustawicznie lgnął do mnie mętnym, pełnym lęku wzrokiem.

— Kiedy tu przyszedł? — zwróciłam się do kobiety.

— Dziś rano, proszę panienki, znalazłam go na skraju miasteczka. Dawniej miałam z nim do czynienia w Londynie. Znamy się, prawda, Jo?

— Tom-sam-jeden — mruknął.

Przytomny wzrok i świadomość odzyskiwał na krótko, po czym opuszczał ciężko głowę i zaczynał majaczyć jak gdyby przez sen.

— A kiedy wyszedł z Londynu? — zapytałam.

— Z Londynu? Wczoraj — odpowiedział biedak, rozgorączkowany teraz i purpurowy na twarzy. — Zaraz gdzieś pójdę.

— Dokąd on się wybiera? — zwróciłam się znów do kobiety.

— Dokąd? — odezwał się znów chory. — Wszystko jedno. Przeganiają mnie ciągle i przeganiają, jeszcze więcej teraz, od kiedy tamta pani dała mi suwerena. Pani Snagsby nic tylko wypatruje mnie i przepędza. A co ja jej zrobiłem? Inni też wypatrują mnie i przepędzają. Wszyscy! Od kiedy wstanę, do kiedy idę spać. No to pójdę, Wszystko jedno dokąd. Ona — spojrzał w stronę kobiety — mówiła mi w zaułku Tom-sam-jeden, że jest z Senaban, no to poszedłem drogą do Senaban. Taka sama dobra, jak każda inna, no nie? — znów zwrócił się do Charley, tak jak czynił już kilkakrotnie.

— I co z nim robić? — powiedziałam, odprowadziwszy Jenny na stronę. — W tym stanie nie byłby zdolny do podróży, gdyby nawet miał cel przed sobą i wiedział, dokąd się wybiera.

— Tyle wiem, proszę panienki, co nieboszczyk — odrzekła, spoglądając ze współczuciem na chłopca. — Może nawet nieboszczyk wiedziałby więcej, gdyby mógł nam coś powiedzieć. Przez cały dzień trzymam go z litości. Dałam mu trochę rosołu i lekarstwo, a Liz, proszę panienki, poszła popytać, czy kto nie wziąłby go do domu. Moje ty śliczne! To dziecko Liz, proszę panienki, ale nazywam je moim. Jo nie może zostać tu dłużej, bo jak mój mąż wróci i go zastanie, będzie zły, a nawet może pokrzywdzić biedaczka… O! Jest Liz!

Druga kobieta weszła szybko do izby. Chłopiec drgnął i podźwignął się, jak gdyby odczuł mętnie, że ktoś chce go znowu przepędzić. Nie mam pojęcia, kiedy obudziło się dziecko. Nie mam pojęcia, kiedy Charley wyjęła je z łóżka, wzięła na ręce i zaczęła niańczyć, spacerując po izbie. Ale robiła to na iście macierzyńską modłę, jak gdyby wróciła na poddasze domu pani Blinder, do Toma i małej Emmy.

Liz chodziła tu i tam, lecz podawana z rąk do rąk wróciła z niczym. Na początku było za wcześnie, by chłopca przyjąć do odpowiedniego schroniska — na końcu było za późno. Jeden funkcjonariusz odsyłał ją do drugiego, drugi z powrotem do tamtego i tak dokoła, jak gdyby obydwaj zostali przyjęci na urząd z racji umiejętności unikania obowiązków, a nie ich spełniania.

— A teraz, Jenny — ciągnęła Liz, zdyszana trochę, gdyż biegła, a ponadto była wystraszona — mojego pana tylko patrzeć! Jest w drodze, a twój idzie zaraz za nim. No i niech Bóg ulituje się nad chłopcem, bo my nie możemy już nic dla niego zrobić.

Szybko zebrały kilka półpensówek i wcisnęły je w garść nędzarzowi, ten zaś — wdzięczny, zdaje się, lecz półprzytomny — odszedł, powłócząc nogami.

— Oddaj mi dziecko, moja droga, i bardzo ci dziękuję — zwróciła się Liz do Charley. — No i, kochana Jenny, dobrej nocy! Jeżeli, proszę panienki, mój pan da mi trochę spokoju, rozejrzę się koło cegielni, gdzie chłopiec najpewniej będzie. Pójdę tam też jutro z rana.

Wybiegła, a później minęłyśmy ją, gdy stojąc przed drzwiami swej chaty kołysała dziecko, nuciła coś cicho i wypatrywała pijanego męża, który miał nadejść drogą.

Obawiałam się zostać i porozmawiać dłużej z Jenny, bo nie chciałam narażać jej na awanturę z mężem. Przed domkiem powiedziałam Charley, iż nie możemy zostawić biedaka na pewną śmierć, że zaś dużo lepiej niż ja wiedziała, co robić, a jej szybkość działania dorównywała przytomności umysłu, wkrótce dogoniłyśmy chłopca w pobliżu cegielni.

Myślę, że wędrówkę rozpoczął z zawiniątkiem pod pachą, a następnie zgubił je albo został okradziony, bo z gołą głową szedł pod ulewnym deszczem, a szczątki futrzanej czapki nadal niósł jak paczkę. Przystanął, kiedy zawołałyśmy na niego, a gdy podeszłam bliżej, wystraszył się znowu. Stał wpatrzony we mnie szklistymi oczyma, a nawet znieruchomiał mimo kolejnego ataku drżączki.

Powiedziałam, że jeżeli pójdzie z nami, będzie miał przytułek na noc.

— Niepotrzebny mi żaden przytułek! — odburknął. — Mogę położyć się między ciepłymi cegłami.

— Nie wiesz, że ludzie tam umierają? — wtrąciła się Charley.

— Umierają w mieszkaniach… Ona wie gdzie, bo jej pokazałem. Umierają w zaułku Tom-sam-jeden… Wciąż umierają! Z tego, co ja widziałem, więcej ludzi umiera, niż żyje — wymamrotał i zwrócił się do Charley ochrypłym szeptem: — Jeżeli ta pani nie jest tamta, to nie jest też ta, co mi ją pokazali. Musi ich być aż trzy, no nie?

Mała pokojóweczka spojrzała na mnie wylękniona, a przyznać muszę, sama bałam się trochę szklistych, wpatrzonych we mnie oczu. Kiedy jednak skinęłam na niego, Jo odwrócił się i poczłapał z nami. Zdawałam sobie sprawę, że to ja działam na kształt magnesu, a więc możliwie spiesznie szłam prosto do domu. Niedaleko tam było. Należało tylko wejść na grzbiet wzgórza. Po drodze minęliśmy zaledwie jednego człowieka. Miałam pewne wątpliwości, czy dotrzemy do Samotni bez pomocy, gdyż chłopiec szedł nader niepewnie i chwiejnie. Ale nie skarżył się i — jeżeli można użyć tak cudacznego zwrotu — był zupełnie wolny od troski o własne troski.

Na razie zostawiłam go w hallu, gdzie posadzony na ławie w okiennej wnęce jął gapić się z tępym wyrazem, którego nie sposób nazwać podziwem, na komfort i jasne światło, sama zaś pośpieszyłam do salonu, aby pomówić z opiekunem. Był tam nie tylko pan Jarndyce, lecz również pan Skimpole, który jak mu się to nieraz zdarzało, dopiero co przyjechał dyliżansem bez zapowiedzi i bez bodaj jednej sztuki zapasowej garderoby, gdyż mógł przecież pożyczyć wszystko, czego mu brakowało.

Obydwaj pośpieszyli ze mną, by zobaczyć chłopca. Służba też zbiegła się do hallu, a biedak, przy którym Charley wartowała cierpliwie, dygotał na ławie w okiennej wnęce, niby zranione zwierzątko, znalezione w rowie.

— To groźny przypadek — orzekł pan Jarndyce, gdy zadał chłopcu parę pytań, dotknął go ręką i obejrzał z uwagą jego oczy. — Co powiesz, Haroldzie?

— Najlepiej go wyrzucić — odrzekł pan Skimpole.

— Jak to? — rzucił mój opiekun tonem niemal groźnym.

— Jarndyce, mój drogi — odparł tamten. — Ty wiesz, czym jestem. Jestem dzieckiem. Gniewaj się na mnie, jeżeli na to zasłużyłem, ale widzisz, ja mam wrodzoną odrazę do takich rzeczy. Zawsze miałem. Nawet w czasach, kiedy parałem się medycznym fachem. On, rozumiesz, jest niebezpieczny. Cierpi na wyjątkowo złośliwą gorączkę.

Wycofawszy się z hallu do salonu, pan Skimpole oznajmił, że taki już jest i trudno, następnie zaś usiadł na taborecie przed fortepianem, a my stanęliśmy obok.

— Powiecie, że to czysta dziecinada — podjął. — Zapewne! Ale ja jestem dzieckiem i nigdy nic więcej nie udawałem. Jeżeli wyrzucicie chłopaka na drogę, znajdzie się tam, gdzie był uprzednio. Jego położenie, rozumiecie, nie zmieni się na gorsze. Ba! Możecie nawet zmienić je na lepsze. Dajcie mu sześć pensów albo pięć szylingów, albo pięć funtów i dziesięć szylingów. Macie zdolności do arytmetyki, ja nie mam. Dajcie mu, ile trzeba, by pozbyć się go z domu.

— Co wtedy zrobi? — zapytał mój opiekun.

Pan Skimpole wzruszył ramionami z najbardziej ujmującym uśmiechem.

— Jak życie kocham — odrzekł — nie mam najmniejszego wyobrażenia, co wtedy zrobi. Ale nie mam też wątpliwości, że coś zrobi.

— Strach pomyśleć — podjął pan Jarndyce, któremu zrelacjonowałam spiesznie niestrudzone starania tamtych dwu kobiet — strach pomyśleć doprawdy — zaczął spacerować po salonie i pocierać głowę — że gdyby ten nędzarz był skazanym przez sąd przestępcą, stałby przed nim otworem więzienny szpital, gdzie znalazłby opiekę nie mniej troskliwą niż jakikolwiek inny chłopiec w Zjednoczonym Królestwie.

— Jarndyce, mój drogi — podchwycił pan Skimpole — wybacz naiwność pytania istocie, jak wiadomo naiwnej w praktycznych sprawach tego świata. Dlaczego w takim razie on nie jest więźniem?

Pan Jarndyce zatrzymał się raptownie i popatrzał na swojego gościa z wyrazem twarzy łączącym w dziwny sposób wyrozumiałość z oburzeniem.

— Trudno zapewne podejrzewać naszego młodego przyjaciela o jakąkolwiek delikatność uczuć — ciągnął pan Skimpole z humorem i swadą. — Sądzę jednak, że postąpiłby rozumniej i w pewnym sensie zasłużył na większy szacunek, gdyby dał jakiś upust niewłaściwie skierowanej energii i w rezultacie trafił do więzienia. Świadczyłoby to o żądnym przygód duchu i, oczywiście, miało w sobie coś poetycznego.

— Jestem przekonany — powiedział pan Jarndyce, wznawiając nerwową przechadzkę — że na naszej ziemi nie ma dziecka bardziej niż ty dziecinnego!

— Naprawdę? Tak sądzisz? Bardzo być może! Nie mogę wszakże pojąć, czemu nasz młody przyjaciel nie usiłował przyozdobić się taką poetycznością, jaka jest mu dostępna. Z pewnością przyszedł na świat obdarzony apetytem, a przypuszczać należy, iż w lepszej niż obecna kondycji ma apetyt doskonały! W porządku! A więc obiadów godzina naszego młodego przyjaciela to najprawdopodobniej dwunasta w południe. Co winien zrobić o tej porze? Winien przemówić do społeczeństwa: „Jestem głodny. Niech społeczeństwo zechce łaskawie dobyć łyżkę i nakarmić mnie do syta”. Atoli społeczeństwo, jakkolwiek podjęło się zorganizowania całego systemu łyżek i twierdzi, że posiada łyżkę również i dla naszego młodego przyjaciela, zgoła jej nie dobywa. Cóż on na to? Powiada: „Społeczeństwo musi mi doprawdy wybaczyć, jeżeli sam wezmę łyżkę”. Wydaje mi się to przypadkiem, który ma w sobie nieco zdrowego rozsądku, a także sporą dozę romantyczności, i nie wiem, słowo daję, czy nasz młody przyjaciel jako ilustracja takiego właśnie przypadku nie odpowiadałby mi bardziej niż w roli pospolitego włóczęgi, którym zostać może każdy.

— A tymczasem — wtrąciłam — z chłopcem coraz gorzej.

— A tymczasem z chłopcem coraz gorzej — powtórzył pan Skimpole — jak panna Summerson nadmieniła słusznie i z właściwym sobie poczuciem rzeczywistości. Wobec tego zalecam wyrzucić go, nim będzie z nim jeszcze gorzej.

Chyba nie zapomnę nigdy dobrotliwej pogody, która rozjaśniała jego oblicze, gdy to mówił!

— Naturalnie, mała kobietko — zwrócił się do mnie pan Jarndyce — mógłbym ulokować go w odpowiednim miejscu. Wystarczyłoby pójść tam i wywrzeć pewien nacisk, jakkolwiek muszę przyznać, konieczność takiego postępowania przy jego stanie zdrowia to smutna sprawa. Ale zrobiło się późno, noc jest słotna, no i biedak zdążył wyczerpać się do cna. Na stajennym strychu mamy suchy, zdrowy pokój, a w nim wygodne łóżko. Zatrzyma się go tam do rana, później zaś opatuli starannie i przewiezie, dokąd trzeba. Oczywiście! Tak to załatwimy.

Ruszył w stronę drzwi, a pan Skimpole spojrzał nań i powiedział, muskając klawisze fortepianu:

— Co? Idziesz znów do naszego młodego przyjaciela?

— Tak.

— Jakże zazdroszczę ci, Jarndyce, charakteru! — zawołał tamten z żartobliwym podziwem. — Nie lękasz się takich rzeczy! I panna Summerson również. W każdej chwili jesteście gotowi pójść wszędzie i zrobić wszystko. To się nazywa siła woli! Ja nie mam siły woli i absolutnie nie odczuwam jej braku. Po prostu nie stać mnie na to.

— Pewno nie stać cię także na zalecenie jakiejś kuracji? — rzucił pan Jarndyce, oglądając się przez ramię; był trochę zły, ale tylko trochę, gdyż nigdy chyba nie uważał pana Skimpole’a za kogoś, kogo można traktować serio.

— Jarndyce, mój drogi, w kieszeni chłopca widziałem flaszkę z miksturą orzeźwiającą. Nie można zrobić nic lepszego nad zaaplikowanie mu tego leku. Każ także skropić octem łóżko i okolice łóżka, a naszego młodego przyjaciela trzymać w miarę chłodno i w miarę ciepło. Wszelako zalecenie przeze mnie czegokolwiek to, mój drogi, czysta bezczelność. Panna Summerson zna się tak wybornie na sprawach praktycznych oraz administrowaniu nimi, że z pewnością wie wszystko.

W hallu powiedzieliśmy chłopcu, co zamierzamy z nim zrobić, Charley zaś wytłumaczyła mu wszystko powtórnie. Przyjmował to z tępym brakiem zainteresowania, o czym już wspomniałam, a dalszym zabiegom poddawał się tak, jak gdyby tyczyły kogoś innego. Służba współczuła jego opłakanemu stanowi i krzątała się żywo, toteż izba na stajennym strychu była wnet gotowa i paru mężczyzn poniosło tam przez dziedziniec ciepło okrytego biedaka. Z przyjemnością patrzałam na ich dobre chęci oraz przekonanie, iż podniosą chorego na duchu, jeżeli zwracając się doń, będą powtarzać często: „Trzymaj się, stary”. Charley kierowała akcją i raz po raz biegała między pokoikiem na stajennym strychu a domem, by przynosić środki wzmacniające i uspokajające, jakie naszym zdaniem wolno było zastosować. Pan Jarndyce widział chłopca tuż przed pozostawieniem go na noc, a gdy przyszedł do Dąsalni, aby napisać w jego sprawie list, który zamierzał wcześnie z rana wysłać przez umyślnego, powiedział mi, że Jo jest spokojniejszy i wygląda tak, jak gdyby miał zasnąć. Powiedział też, że drzwi izby zostały zamknięte od zewnętrznej strony, aby chory nie mógł wyjść w malignie, lecz wszelki hałas stamtąd ktoś musi usłyszeć.

Ada była lekko przeziębiona i nie opuszczała swojego pokoju, więc na cały ten czas pan Skimpole został sam w salonie, gdzie jak słyszeliśmy z dala, grał fragmenty sentymentalnych melodii i raz po raz podśpiewywał z niemałym uczuciem. Kiedy wróciliśmy, oznajmił, iż uraczy nas balladką o wiejskim chłopcu, którą przypomniał sobie „à propos naszego młodego przyjaciela”, i rozpoczął:

Pośród włóczęgi i biedy rzucony na świata drogi.

Bez domu, bez rodziców wiejski chłopczyna ubogi.

Z wielkim wzruszeniem zaśpiewał „balladkę”, która jak rzekł, zawsze mu łzy wyciska.

Do końca wieczoru był wyjątkowo wesoły, bo — by posłużyć się jego malowniczym zwrotem — dusza ćwierkała w nim na myśl, iż jest otoczony ludźmi o kolosalnych uzdolnieniach praktycznych. Raz uniósł szklankę ponczu i przepił do nas „za poprawę zdrowia naszego młodego przyjaciela”, aby następnie z pogodą fantazjować, iż nasz młody przyjaciel, jak ongi Whittington, może mieć w zanadrzu godność lorda mayora Londynu. W takim przypadku ufunduje bez wątpienia Instytut Jarndyce’a oraz Dom Starców imienia Estery Summerson, a także ustanowi doroczne pielgrzymki do Saint Albans. Dalej rozprawiał, że nasz młody przyjaciel to zapewne chłopiec doskonały na swój sposób, lecz jego sposób nie jest sposobem Harolda Skimpole’a. Bo Harold Skimpole dokonał zdumiewającego odkrycia, gdy po raz pierwszy zawarł znajomość z samym sobą. Zrozumiał wtedy, że Harold Skimpole winien zaaprobować własną osobę oraz wszelkie wady tej osoby, co poczytuje za stanowisko filozoficznie zdrowe i ma nadzieję, że przyjmiemy je również, jako najwłaściwszy punkt widzenia.

Ostatni raport Charley brzmiał, iż chłopiec jest zupełnie spokojny. Z okna mojego pokoju widziałam światło latarki, którą pozostawiono w izbie na stajennym strychu, więc położyłam się do łóżka zadowolona, iż biedak znalazł na noc stosowne schronienie.

Krótko przed świtem zbudził mnie niezwykły ruch i gwar liczniejszych niż zazwyczaj głosów. Ubrałam się spiesznie, otworzyłam okno i zapytałam jednego z mężczyzn, który poprzedniego wieczora należał do przejawiających czynne współczucie, czy stało się coś w domu. Jednocześnie zauważyłam, że latarka na stajennym strychu świeci nadal.

— Chodzi o chłopca, proszę panienki — odpowiedział.

— Gorzej mu?

— Odszedł, proszę panienki.

— Umarł!

— Nie. Odszedł. Ani go widać.

O jakiej porze nocy to się stało, jak i dlaczego — nie mogliśmy odgadnąć! Drzwi pokoiku były zamknięte tak, jak je pozostawiono. Latarka paliła się nadal w oknie. Należało jedynie przypuszczać, że chory wydostał się przez klapę w podłodze, która łączyła strych z nieużywaną obecnie wozownią. W takim przypadku klapę musiałby zamknąć, jakkolwiek wyglądała tak, jak gdyby jej nawet nie otworzył. Nic nie zginęło w izbie, więc stwierdziwszy to ponad wszelką wątpliwość, wysnuliśmy żałosny wniosek, iż biedak uległ w nocy atakowi maligny i zwabiony czy też przerażony jakimś urojeniem, umknął w stanie gorszym niż rozpaczliwy. Wszyscy byliśmy takiego zdania, a wyjątek stanowił jedynie pan Skimpole, który dowodził uparcie i w typowym dlań beztroskim tonie, że nasz młody przyjaciel uprzytomnił sobie, jak bardzo zagraża domownikom jego zła gorączka, wobec czego czmychnął, posłuszny przyrodzonej mu widać delikatności.

Niezwłocznie zostały podjęte poszukiwania. Zaglądano wszędzie oraz wypytywano wszystkich, kogo się dało. Nie pominięto cegielni i domków zamieszkiwanych przez strycharzy. Szczególną uwagę poświęcono dwu kobietom, ale te nic oczywiście nie wiedziały, a ich zdziwienie było niewątpliwie szczere. Ślady nóg nie mogły wchodzić w rachubę z powodu długotrwałej niepogody i wyjątkowo słotnej ostatniej nocy. Nasi ludzie przeszukiwali okoliczne żywopłoty, rowy, studnie, brogi i sterty, podejrzewaliśmy bowiem, że biedak może leżeć gdzieś nieprzytomny bądź martwy. Nic jednak nie świadczyło o jego obecności, jak gdyby chłopiec rozpłynął się w momencie, kiedy opuścił poddasze nad wozownią.

Poszukiwania trwały pięć dni. Nie znaczy to, że ustały wtedy, lecz w owym czasie cała moja uwaga powędrowała innym szlakiem, szczególnie mi pamiętnym.

Wieczorem, kiedy Charley pisała znów w moim pokoju, a ja siedziałam obok zajęta robótką, poczułam, że stolik się trzęsie. Podniosłam wzrok i zobaczyłam moją małą pokojóweczkę rozdygotaną od stóp do głów.

— Zimno ci, Charley? — zapytałam.

— Tak, proszę panienki — odpowiedziała. — Sama nie wiem, co to, ale za nic nie mogę nad tym zapanować. Wczoraj też czułam się tak samo o tej mniej więcej porze. Niech się panienka nie martwi, proszę panienki, ale chyba jestem chora.

Usłyszałam głos Ady, więc pośpieszyłam do drzwi między moim pokojem a naszą wspólną śliczną bawialnią. W samą porę zdążyłam obrócić klucz w zamku, bo stukanie zabrzmiało w tejże chwili.

Ada zawołała, aby ją wpuścić, lecz odpowiedziałam stanowczo:

— Teraz nie, najmilsza. Odejdź lepiej. Nic się nie stało, kochanie. Wkrótce u ciebie będę.

Ach, długi, bardzo długi czas upłynął, zanim mogłam znów dotrzymywać towarzystwa mojej najdroższej!

Charley zachorowała. W dwanaście godzin później stan jej był ciężki. Przeniosłam ją do swojego pokoju i własnego łóżka, sama zaś usiadłam cicho przy niej, by moją małą pokojóweczkę pielęgnować. Opiekunowi powiedziałam prawdę i wyjaśniłam, czemu uważam za wskazane odosobnić się, a w pierwszym rzędzie unikać styczności z Adą. Z początku często przychodziła pod drzwi, nawoływała mnie, a nawet popłakując trochę, nie szczędziła wymówek. Wobec tego napisałam jej w obszernym liście, że martwię się i niepokoję, więc błagam, by nie podchodziła bliżej niż do ogrodu, jeżeli kocha mnie chociaż trochę i życzy mi pogody ducha. Od tej pory stawała pod moim oknem częściej nawet, niż podchodziła do drzwi, i wówczas, gdy nie ważąc się uchylić okna, słuchałam i odpowiadałam przez zamkniętą żaluzję, nauczyłam się kochać ten słodki głos jeszcze tkliwiej niż w czasach, kiedy prawie nie rozstawałyśmy się z sobą. Jak bez pamięci kochać go miałam nauczyć się później, w nieporównanie gorszych chwilach!

Łóżko dla mnie wstawiono do bawialni, obecnie zatem, gdy Ada przeniosła się do innej części domu, drzwi trzymałam stale otwarte i tym sposobem dwa pokoje zamieniłam w jeden — przestronny i stale przewietrzany. Pośród służby nie było nikogo, kto bez obawy i chętnie nie chciałby przychodzić do mnie o każdej porze dnia i nocy. Postanowiłam jednak wybrać tylko jedną zacną kobietę, której mogłam zaufać, iż rzeczywiście nie będzie stykać się z Adą, a przychodząc do nas i odchodząc, zachowa wszelkie środki ostrożności. Dzięki niej niczego mi nie brakło, byłam obsługiwana należycie i mogłam odbywać krótkie przechadzki z opiekunem wówczas, gdy nie groziło nam spotkanie z Adą.

Tymczasem biedna Charley cierpiała, czuła się coraz gorzej, życiu jej groziło poważne niebezpieczeństwo i ciężko chora leżała przez wiele dni i wiele nocy. Była cierpliwa, nieskora do utyskiwań, pełna szlachetnej mocy i wytrwania, nieraz więc, gdy siedząc obok, trzymałam jej głowę w ramionach — gdyż w takiej pozycji zasypiała, w innych zaś sen nie przychodził, modliłam się bez słów do naszego Ojca, by danym mi było nie zapomnieć nigdy nauki, jakiej udziela mi mała siostrzyczka.

Biedna Charley cierpiała, czuła się coraz gorzej

Czasami przemyśliwałam z żalem, iż Charley — dziecko o różowej buzi z dołeczkami — będzie zmieniona i oszpecona, jeżeli nawet wróci do zdrowia. Ale ta troska rychło ustępowała miejsca obawom znacznie poważniejszym. Nawet w najgorszych chwilach, kiedy zbłąkanymi myślami powracała do łoża boleści ojca i do młodszego rodzeństwa, Charley mnie poznawała — przynajmniej o tyle, że w moich objęciach leżała bez ruchu, a majaczenia jej stawały się mniej niespokojne. W takich momentach medytowałam zwykle, jak powiem dwojgu małym dzieciom, że trzecie, które z poczciwości tkliwego serca umiało zastępować im matkę, nie żyje!

Czasami chora poznawała mnie rzeczywiście, a nawet rozmawiała ze mną. Prosiła, by serdecznie uściskać od niej Toma i Emmę i dawała wyraz przekonaniu, że Tom wyrośnie na porządnego człowieka. Mówiła też o tym, co czytywała, jak umiała, ojcu, aby udzielać mu pociechy — o młodzieńcze, jedynym synu matki-wdowy, którego niesiono do grobu; o córce możnego pana podniesionej z łoża śmierci przez miłosierną rękę. Opowiadała, że po zgonie ojca uklękła i modliła się w pierwszym porywie boleści, aby i jemu danym było powstać i wrócić do osieroconych dzieci. Wyrażała również nadzieję, iż może Tom wpadnie na pomysł takiej modlitwy, jeżeli ona nie ozdrowieje i umrze. Wówczas ja mam powiedzieć Tomowi — jak życzyła sobie — że tamci ludzie z dawnych wieków powracali do życia na ziemi jedynie po to, aby nas nauczyć, jak wiele nadziei mieszczą niebiosa.

W różnych przemianach swojej długiej choroby dziewczynka nie traciła nigdy pięknych cech, o których już wspomniałam. Natomiast ja często, bardzo często przypominałam sobie ostatnie chwile jej biednego, pogardzanego ojca — jego wiarę w anioła stróża, a także słowa, w jakich powierzył Bogu swoje potomstwo.

Atoli Charley nie umarła. Wolno, z wahaniami wyszła z kryzysu i zwróciła się w kierunku poprawy. Nadzieje, jakie żywiłam od początku, że mimo wszystko pozostanie jej uroda dawnej Charley, wnet poczęły spełniać się i umacniać wraz ze stopniowym powrotem świeżej, dziecięcej cery.

Szczęśliwy to był ranek, kiedy mogłam powiedzieć o wszystkim Adzie stojącej pod oknem. Radosny był to wieczór, kiedy Charley i ja zasiadłyśmy pierwszy raz do podwieczorku w bawialni. Ale tego właśnie wieczora poczułam, że teraz mnie nawiedza zimnica.

Na szczęście dla nas obydwu, Charley była znów w łóżku i spała smacznie, kiedy zaczęłam myśleć, że udzieliła mi się jej zaraźliwa choroba. W czasie podwieczorku ukrywałam jakoś to, co się ze mną dzieje, lecz później przerastałoby to moje siły. Nie wątpiłam już, że nader szybko podążam śladem Charley.

Z rana byłam wystarczająco silna, aby wstać wcześnie, odpowiedzieć na pozdrowienia mojej najmilszej przesłane mi z ogrodu i porozmawiać z nią nie krócej niż zwykle. Nie mogłam jednak odpędzić wrażenia, że nocą spacerowałam po naszych pokojach — niezupełnie przytomna, lecz świadoma, gdzie się znajduję. Od czasu do czasu niepokoiło mnie też szczególne poczucie, iż staję się bardzo pełna czy też zbyt duża w porównaniu z normalną osobą.

Wieczorem było ze mną o tyle gorzej, że postanowiłam rozmówić się z Charley, więc mając to na myśli, rozpoczęłam:

— Nabierasz sił, Charley, prawda?

— O tak, proszę panienki! — odpowiedziała.

— I jesteś dosyć silna, by ci powierzyć tajemnicę?

— Naturalnie, proszę panienki!

Była zaciekawiona i szczęśliwa, lecz twarz jej spoważniała zaraz, gdyż sekret wyczytała w moich oczach. Podbiegła do wygodnego fotela, w którym siedziałam, i uklękła przede mną.

— To moja wina, proszę panienki! Moja! — wykrzyknęła, później zaś dodała wiele dobrych słów z głębi wdzięcznego serduszka.

Pozwoliłam jej mówić czas pewien, następnie jednak przerwałam:

— Posłuchaj, Charley! Mogę zachorować i wtedy wszystkie nadzieje będę pokładać w tobie. Nie spełnisz ich, jeżeli wobec mnie nie będziesz równie spokojna i opanowana, jak przez cały czas byłaś wobec siebie.

— Niech panienka pozwoli mi popłakać jeszcze trochę! — zaszlochała. — Mój Boże! Mój Boże! Popłaczę trochę, proszę panienki! Troszeczkę i zaraz będę, jak trzeba! — zawodziła z serdecznym i szczerym uczuciem, którego później nie byłam w stanie wspominać bez łez w oczach.

A zatem pozwoliłam dziewczynce popłakać jeszcze trochę i muszę przyznać, dobrze to nam obu zrobiło.

— Teraz, proszę panienki, panienka już może pokładać we mnie wszystkie nadzieje — oznajmiła spokojnie. — Słucham uważnie każdego słowa panienki.

— Na razie mało będzie tych słów, Charley. Jutro chcę powiedzieć doktorowi, że czuję się słabo i że ty będziesz mnie pielęgnować — zaczęłam, a dobre dziecko podziękowało mi z całego serca. — Rano może braknąć mi sił, by podejść do okna. Kiedy usłyszysz, że panna Ada jest w ogrodzie, powiedz, że bardzo zmęczyłam się wieczorem i śpię jeszcze. I stale strzeż naszego pokoju tak, jak ja go strzegłam, a przede wszystkim nie wpuszczaj tu nikogo.

Obiecała mi wszystko, więc położyłam się zaraz, gdyż głowę miałam strasznie ciężką. Tej samej nocy wezwałam lekarza i jak o łaskę poprosiłam, aby do czasu nie mówił domownikom o mojej chorobie. Mam bardzo mgliste wspomnienia nocy, która odmieniła się w dzień i dnia, który w noc się odmienił, lecz pierwszego rana zebrałam tyle sił, by podejść do okna i pogawędzić z Adą.

Ale drugiego ranka usłyszałam głos mojej najmilszej — jakże kochany teraz głos — i poleciłam Charley, by podeszła do okna i powiedziała, że śpię jeszcze.

— Nie budź jej, Charley! Nie budź za nic na świecie! — dobiegła mnie stłumiona odpowiedź Ady.

— Jak dziś wygląda moja wielka miłość? — zapytałam Charley.

— Ma zawiedzioną minę, proszę panienki — szepnęła mała, zerknąwszy przez szparę w żaluzji.

— Z pewnością jednak jest bardzo piękna, prawda?

— O tak, proszę panienki! I dotąd patrzy w nasze okno.

Niech ją Bóg błogosławi — pomyślałam — spogląda w górę tymi swoimi najpiękniejszymi, błękitnymi oczyma! Później przywołałam Charley i dałam jej ostatnie polecenie:

— Panna Ada domyśla się już, że jestem chora, więc będzie chciała dostać się do tego pokoju. Nie wpuszczaj jej, Charley. Za nic nie wpuszczaj, jeżeli mnie naprawdę kochasz! Umrę! Rozumiesz? Umrę, gdyby ona przyszła bodaj na chwilę, jedynie po to, by na mnie spojrzeć.

— Za nic nie wpuszczę panny Ady. Nigdy — przyrzekła solennie.

— Wierzę ci, drogie dziecko. A teraz podejdź bliżej i usiądź przy mnie na moment. Dotknij ręką mojej twarzy. Bo ja nie widzę cię, Charley. Jestem ociemniała.

ROZDZIAŁ XXXII

Czas wyznaczony

Noc w Lincoln’s Inn — tej ponurej, mrocznej dolinie cieni prawa, gdzie strony procesowe niezmiernie rzadko znajdują jasność dnia. Gasną grube świece w kancelariach i rozpraszają się kanceliści, zbiegając głośno po krzywych drewnianych schodach. Milknie żałosny klangor o niczym, który dzwon podniósł o dziewiątej, a nocny stróż, godny starzec o wyjątkowych umiejętnościach zapadania w głęboki sen, rozpoczyna wartę w portierni. Z okien na piętrach klatek schodowych mdłe latarki odpowiadają gwiazdom mruganiem, niby wejrzenia sprawiedliwości — tego Argusa o bezdennej torbie dla każdego z wielu swoich kaprawych oczu. Przez brudne szyby okien na górnych piętrach widać tu i tam tęczowy odblask płomyków świec, co świadczy, że jakiś uczony kreślarz czy też doradca prawny w sprawach nieruchomości mozoli się dotąd nad wikłaniem czyichś gruntów w pergaminowe sidła — w średniej proporcji około tuzina owczych skór na jeden akr ziemi. Mimo zakończenia godzin pracy ci skrzętni niby pszczoły dobroczyńcy rodzaju ludzkiego ślęczą jeszcze nad żmudną pracą, aby po każdym dniu wykazać się chociażby prawidłowymi obliczeniami.

W pobliskim zaułku, przy którym zasiada lord kanclerz sklepiku ze starzyzną, odczuwa się powszechną tendencję do piwa oraz wieczornego posiłku. Pani Piper i pani Perkins, których synowie wraz z gronem znajomych zajęci byli przez kilka godzin grą w chowanego, czyhali w kryjówkach pośród labiryntu odnóg Chancery Lane i ku utrapieniu przechodniów grasowali na równinach co szerszych ulic — pani Piper i pani Perkins wymieniają właśnie gratulacje z przyczyny pomyślnego ułożenia dzieci w łóżkach i stoją nadal przed progiem domu, aby wymienić również kilka pożegnalnych słów. Oś ich rozmowy stanowią, jak zwykle, pan Krook oraz jego lokator i fakt, że pan Krook stale „chodzi na bańce”, i widoki na schedę rysujące się przed tym młodym człowiekiem. Jednakże panie mają również coś do powiedzenia na temat wieczorków artystycznych Pod Herbem Słońca, skąd przez niedomknięte okna dobywa się bębnienie na pianinie oraz schrypnięty głos Małego Swillsa, który od pewnego czasu, niczym sam Yorick, przywodził melomanów do gromkiego śmiechu, a obecnie zaklina sentymentalnie przyjaciół i wielbicieli, aby „Słu-słu-słu-cha-ali szumu wodnej kaskady!”. Pani Piper i pani Perkins omawiają też kwestię młodej damy o szerokim rozgłosie w zawodowych kołach artystycznych, która uczestniczy w wieczorkach i figuruje imiennie na ręcznie wypisanym afiszu wiszącym w oknie szynku. Pani Perkins posiada informację, iż słynna wokalistka jest od półtora roku mężatką, mimo to występuje jako panna M. Melvilleson, a wieczór w wieczór jej malutkie dziecko bywa sekretnie donoszone Pod Herb Słońca, by mogło otrzymywać matczyny pokarm również w porze przedstawień.

— Ja tam wolałabym żyć ze sprzedawania zapałek niż robić takie rzeczy — konkluduje pani Perkins, a lojalna zawsze pani Piper podziela jej zdanie, dodaje, że lepszy domowy spokój niż rozgłos publiczny, i dziękuje Bogu za własną (oraz przez analogię pani Perkins) godną szacunku pozycję.

W tym momencie posługacz z Herbu Słońca przynosi wieczorny kufelek pięknie uwieńczony pianą, więc pani Piper przyjmuje z jego rąk ów puchar i wycofuje się do domowego zacisza. Wpierw jednak życzy dobrej nocy pani Perkins, która piastuje już w dłoniach swoją kwartę, dostarczoną z tego samego źródła przez młodego Perkinsa przed ułożeniem go do łóżka. W zaułku słychać zamykanie sklepowych okiennic, snuje się zapach fajkowego dymu, a widoczne raz po raz w oknach górnych kondygnacji spadające gwiazdy dowodzą, że część mieszkańców udaje się już na spoczynek. O tej właśnie porze policjant zaczyna szarpać drzwi sieni i sklepów, sprawdzać sztaby okiennic, żywić podejrzenia co do paczek w rękach przechodniów i ciężkim krokiem odbywa ront z myślą, iż każdy kradnie bądź bywa okradany.

Noc jest duszna, zarazem jednak przesycona wilgotnym chłodem, a ospałe mgły snują się tuż nad ziemią. To noc przychylna dla rzeźni oraz rozmaitych szkodliwych dla zdrowia zajęć — oczyszczania ścieków, babrania się w zastałej wodzie, porządków na cmentarzach — noc, która urzędnikom prowadzącym rejestr zgonów dostarcza więcej niż zazwyczaj pracy. Coś niedobrego musi być w powietrzu — to nie ulega wątpliwości, a może i w nim samym, gdyż pan Weevle alias Jobling czuje się bardzo nieswojo. Od zmroku kursuje między swoim pokojem a otwartymi drzwiami sieni — tam i z powrotem, przynajmniej dwadzieścia razy na godzinę. Z góry na dół i z dołu na górę wędruje jeszcze częściej od chwili, gdy lord kanclerz zamknął sklepik, a w ten właśnie wieczór zrobił to wyjątkowo wcześnie. Pan Weevle ma na głowie obcisłą myckę z taniego welwetu, więc jego faworyty wydają się niewiarygodnie bujne.

Nic dziwnego, że i pan Snagsby czuje się bardzo nieswojo, gdyż zawsze tak się czuje pod przytłaczającym brzmieniem sekretu. Popędzany przez tajemnicę, w której nie uczestniczy i o której nic nie wie, rad krąży wokół jej domniemanego źródła — kanclerskiego składu starzyzny. Przedsiębiorstwo papa Krooka działa nań z nieodpartą siłą przyciągania, więc i w tej chwili zbliża się tam pan Snagsby, który dopiero co minął Herb Słońca i zmierza przez zaułek w stronę Chancery Lane, by w ten sposób zakończyć u drzwi własnego domu rozpoczęty tam przed dziesięcioma minutami wieczorny spacer po kolacji.

— O, pan Weevle! — mówi kupiec branży papierniczej i przystaje. — Pan tutaj?

— Aha. Ja tutaj, panie Snagsby.

— Jak ja, oddycha pan świeżym powietrzem przed spoczynkiem? — pada następne pytanie.

— Niewiele tu powietrza, a nawet to, co jest, trudno nazwać świeżym — mówi pan Weevle i spogląda szybko w jedną i w drugą stronę zaułka.

— Słusznie, drogi panie, zupełnie słusznie! — zgadza się pan Snagsby i robi pauzę, by powąchać i posmakować powietrze. — Nie sądzi pan, że człowiek jest tu, jeżeli wolno posłużyć się takim wyrażeniem, że jest tu jak gdyby umazany tłuszczem?

— Aha. Zwróciłem już uwagę, że dziś unosi się w zaułku jakiś dziwaczny zapach. Pewno to sznycle z szynku Pod Herbem Słońca.

— Sznycle, myśli pan?… Hm… Sznycle? — Pan Snagsby wącha znów i smakuje powietrze. — Chyba tak, drogi panie. Powiem nawet, że powinni tam lepiej pilnować kucharkę. Na pewno przypala mięso, co? — Jeszcze raz wącha i smakuje powietrze, aby następnie splunąć i obetrzeć usta. — No i wydaje mi się, panie Weevle, że sznycle, jeżeli wolno posłużyć się takim wyrażeniem, nie były bardzo świeże już przed spotkaniem z patelnią.

— Bardzo być może, drogi panie. Straszna pogoda, co?

— Istotnie straszna — godzi się pan Snagsby. — I fatalnie działa na nerwy.

— Tak, do licha! Dla mnie to istna zmora — wzdycha ciężko pan Weevle. — Odczuwam jakieś lęki.

— Bo widzi pan, pan mieszka sam w ponurym pokoju, gdzie miało miejsce tragiczne wydarzenie — podejmuje kupiec branży papierniczej i przez ramię tamtego zerka do ciemnej sieni, aby następnie cofnąć się o krok i objąć wzrokiem fasadę domu. — Ja, drogi panie, nie mógłbym mieszkać sam w takim pokoju. Wieczorami tak denerwowałbym się i dręczył, że zamiast siedzieć tam, wolałbym chyba schodzić na dół i wystawać przed drzwiami sieni. Tyle że pan nie widział w swoim pokoju tego, co ja widziałem. To duża różnica!

— Ale wiem dosyć o tym, co pan tam widział — powiada Tony.

— Przykra historia! — podejmuje pan Snagsby i zasłaniając usta, kaszle w tonie łagodnej perswazji. — Pan Krook powinien wziąć ją pod uwagę, kiedy ustalał wysokość czynszu. Spodziewam się, że tak postąpił, prawda?

— Ja spodziewam się także, ale mam niejakie wątpliwości — odpowiada pan Weevle.

— Co? Sądzi pan, że czynsz jest za wysoki? W tej dzielnicy, drogi panie, czynsze są na ogół wygórowane. Nie wiem właściwie czemu, ale wygląda na to, że prawnicza profesja podbija ceny wokół siebie. — Pan Snagsby kaszle z nutą usprawiedliwienia. — Nie znaczy to, uchowaj Boże, abym chciał rzec złe słowo o profesji, której zawdzięczam środki utrzymania.

Pan Weevle spogląda znowu w jedną i drugą stronę, później na kupca branży papierniczej, który dostrzega to, więc kieruje wzrok ku paru gwiazdom widocznym na niebie i odkasłuje tak, jak gdyby chciał dać do zrozumienia, że nie wie, jak ma wybrnąć z tej pogawędki.

— To dziwne, drogi panie — podejmuje, zacierając ręce bez pośpiechu — że akurat tutaj on…

— On? — przerywa młody człowiek. — Kto?

— Nieboszczyk, że tak powiem. — Pan Snagsby ruchem głowy i prawej brwi wskazuje klatkę schodową i chwyta towarzysza za guzik.

— Aa… Rozumiem — bąka tamten, nie bardzo widać zadowolony. — Myślałem, że wyczerpaliśmy ten temat.

— Chciałem tylko nadmienić, drogi panie, co wydaje mi się dziwne. Akurat tutaj on sprowadził się i mieszkał, i był moim skrybą, a później akurat tutaj szanowny pan sprowadził się i mieszka, i też jest jednym z moich skrybów. Ma się rozumieć nie ma nic uchybiającego w tym zawodzie. Wręcz przeciwnie — ciągnie pan Snagsby niepewnie, gdyż obawia się, iż postąpił nieuprzejmie, przypisując sobie coś w rodzaju prawa własności wobec tego młodego człowieka. — Wręcz przeciwnie… Znam skrybów, którzy pożenili się z córkami na przykład piwowarów i byli później ludźmi szanowanymi. Powszechnie szanowanymi, drogi panie — kończy, lecz podejrzewa, iż poradził sobie nie najbardziej zręcznie.

— Aha. To dziwne, jak pan słusznie zauważył — przyznaje Tony i jeszcze raz spogląda w jedną i w drugą stronę.

— Widać w tym palec przeznaczenia, prawda?

— Aha. Na to wygląda.

— Właśnie! — Kupiec branży papierniczej przytakuje sobie kaszlnięciem. — Palec przeznaczenia! No ta-ak… Cóż, panie Weevle, niestety muszę pana pożegnać — podejmuje, jak gdyby bolał z tej racji, chociaż od chwili, gdy przystanął, szuka godziwego pretekstu, by odejść. — Zapewne poszukuje mnie już moja mała żoneczka. Spokojnej nocy życzę szanownemu panu.

Pan Snagsby odchodzi spiesznie w kierunku domu, aby oszczędzić małej żoneczce kłopotu poszukiwań, lecz mógłby śmiało uspokoić sumienie. Mała żoneczka przez cały czas miała na oku jego oraz szynk Pod Herbem Słońca, obecnie zaś przemyka w chustce do nosa zawiązanej na głowie i po drodze zaszczyca młodego człowieka oraz sień jego domu nader przenikliwym spojrzeniem.

— Na pewno pozna mnie ta dama przy następnym spotkaniu — mówi do siebie pan Weevle. — Muszę przyznać, że nie wygląda zachęcająco z tak opatuloną głową. Czy ten facet nigdy nie przyjdzie?

Ten facet nadciąga właśnie, więc Tony podnosi palec ostrzegawczym gestem, wciąga przybysza do sieni i drzwi zamyka. Później obydwaj wspinają się na schody — pan Weevle ciężko, pan Guppy (on to jest bowiem) nader lekkim krokiem, a zamknąwszy za sobą drzwi pokoju na piętrze, zaczynają rozmowę przytłumionymi głosami.

— Myślałem, że zamiast do mnie, wybrałeś się przynajmniej do Jerycho — zagaja go Tony.

— Dlaczego? Dopiero dziesiąta.

— Aha. Zapowiedziałeś się na dziesiątą. Racja! Ale według mojego rachunku dziesiąta minęła dziesięć razy. Teraz jest setna! Jak żyję, nie miałem takiego wieczoru!

— Co się tu działo?

— Właśnie! — parska gniewnie Tony. — Nic się nie działo! Ale duszno mi w tej parszywej norze i różne lęki sypią się na mnie jak grad. I ta piekielna świeca! — woła, wskazując ręką cienki stoczek na pół stopiony i z wielkim niby główka kapusty grzybem na knocie.

— Temu łatwo zaradzić — mówi gość i sięga po szczypce do objaśniania świec.

— Myślisz? — burczy gospodarz. — Nie tak łatwo, jak ci się zdaje. Szelma kopci i kopci tak od czasu, kiedy ją zapaliłem.

— Co z tobą, Tony? — pyta pan Guppy, spogląda nań bystro i ze szczypcami w ręku siada, wspierając się łokciami o blat stołu.

— Williamie Guppy — pada odpowiedź. — Jestem na dnie! Zgnębił mnie ten okropny pokój samobójcy i stary czart z parteru.

Pan Weevle odsuwa łokciem podstawkę do szczypiec, podpiera głowę ręką, nogi wyciąga w stronę kominka i nieruchomieje, zapatrzony w ogień. Pan Guppy obserwuje go przez chwilę, wzdycha, kiwa głową i w swobodnej pozie sadowi się po przeciwległej stronie stołu.

— Czy to nie Snagsby rozmawiał z tobą? — zapytuje.

— Aha! I właśnie on… Tak! To był Snagsby — mówi pan Weevle, zmieniwszy sens rozpoczętego zdania.

— Miał interes?

— Nie. Wałęsał się tutaj i przystanął, żeby ponudzić mnie trochę.

— Tak… Pomyślałem, że to on i że lepiej, aby mnie nie widział. Dlatego zaczekałem, aż odejdzie.

— A ty znów swoje, Williamie G.! —wybucha Tony i na moment odrywa wzrok od płomieni. — Wciąż tajemniczy, skryty! Do diabła! Gdybyśmy planowali morderstwo, nie moglibyśmy działać bardziej sekretnie!

Pan Guppy zdobywa się na uśmiech i by zmienić temat, poczyna przypatrywać się ze szczerym lub udawanym zachwytem Galaktyce Brytyjskich Piękności. Przegląd kończy na przybitej nad obudową kominka rycinie przedstawiającej lady Dedlock i cokół na tarasie, i wazę na cokole, i szal na wazie, i błam fantastycznego futra na szalu, i rękę lady Dedlock na fantastycznym błamie futra, i bransoletę na przegubie tej ręki.

— Bardzo podobna do lady Dedlock — powiada pan Guppy. — Jak żywa!

— Szkoda, że nie jest żywa! — warczy pan Weevle, nie zmieniając pozy. — Przynajmniej miałbym kogoś do salonowej konwersacji.

Pan Guppy orientuje się, że nie zdoła udobruchać przyjaciela, a zatem zmienia błędnie obraną taktykę i poczyna go łajać.

— Tony — rozpoczyna — ja łatwo wybaczam ludziom przygnębienie, bo nikt nie wie lepiej ode mnie, jak czuje się człowiek, kiedy napadnie go coś takiego. Nikt nie może wiedzieć tego lepiej niż ja, bo mam wyryty w sercu obraz niewdzięcznej istoty… Ale pewne granice obowiązują wobec kogoś, kto nic a nic nie zawinił, więc muszę przyznać, że nie sposób nazwać twojego zachowania, Tony, gościnnym, a nawet godnym dżentelmena.

— To mocne słowa, mój drogi! — odpowiada pan Weevle.

— Być może! Ale posługuję się nimi, bo jestem mocno urażony.

Gospodarz przyznaje się do winy i prosi gościa, by zechciał puścić ją w niepamięć. Ale pan William Guppy zdaje sobie sprawę, że uzyskał przewagę, więc nie może dać za wygraną tak łatwo.

— Bodaj cię licho, Tony! — podejmuje. — Nie powinieneś, słowo daję, urażać lekkomyślnie człowieka, który ma wyryty w sercu obraz niewdzięcznej istoty i ogólnie biorąc nie jest szczęśliwy w kwestii strun wibrujących pod tchnieniem najbardziej delikatnych uczuć. Ty, Tony, posiadasz wszystko, co urzeka wzrok i przemawia do dobrego smaku. Masz także szczęście, bo trzepotanie się nad jednym kwiatkiem nie leży w twoim charakterze, czego niestety, nie mogę powiedzieć o sobie. Przed tobą cały ogród stoi otworem i swobodnie żeglujesz po nim na motylich skrzydłach. Jednakże, Tony, daleka byłaby mi myśl, aby nawet twoje uczucia ranić bez powodu.

Pan Weevle prosi znów o puszczenie w niepamięć jego winy i dodaje nie bez patosu:

— Williamie, złóż broń!

— Nigdy nie podniósłbym jej, Tony, z własnej chęci — odpowiada pan Guppy przejednany wreszcie.

— A teraz — zmienia temat gospodarz, podgarniając żar na kominku — wróćmy do paczki starych listów. Czy to nie dziwne, że Krook wyznaczył czas wręczenia mi tej paczki na punkt dwunastą w nocy?

— Bardzo dziwne — przyznaje pan Guppy. — Czym się kierował?

— A czym kieruje się zawsze? Sam nie wie! Powiedział, że dziś są jego urodziny, więc listy da mi o dwunastej. Do tej pory będzie pijany w trupa, bo od rana pociąga.

— Spodziewam się, że nie zapomni o spotkaniu.

— Zapomni? On? Krook nigdy nic nie zapomina. Bądź spokojny! Widziałem go wieczorem, tak koło ósmej. Nawet pomogłem mu przy zamykaniu sklepu. Listy miał wtedy w tej swojej futrzanej czapie. Ściągnął ją z głowy i pokazał mi paczkę. Kiedy zamknęliśmy sklep, wydobył listy, czapkę powiesił na oparciu krzesła, stanął przed ogniem i zaczął obracać w rękach te papierzyska. Później słyszałem przez podłogę, że nuci jedyną śpiewkę, jaką zna: o Bibo i Charonie. Że niby Bibo był pijany, kiedy konał, takie głupstwa… Rozumiesz? Od tego czasu jest cichutki niby szczur, co zasnął w norze.

— Masz zejść do niego o dwunastej?

— Aha. O dwunastej. A, jak mówiłem już, myślałem, że jest setna, kiedy ty przyszedłeś.

Gość zakłada nogę na nogę, medytuje przez chwilę.

— Tony — podejmuje — on nie umie jeszcze czytać, prawda?

— Czytać! Nigdy nie będzie umiał. Potrafi kreślić litery, każdą z osobna. Rozróżnia także prawie wszystkie, kiedy je widzi. Tyle zyskał przy mnie, ale wyrazów składać nie potrafi. Teraz jest za stary, żeby nauczyć się tego. I najczęściej zanadto pijany.

— Tony — podejmuje gość, który wciąż zakłada raz lewą nogę na prawą, raz prawą na lewą — jak twoim zdaniem odczytał wyraz: Hawdon?

— Wcale go nie odczytał. Wiesz przecież, że ma bystre oko i przywykł do przerysowywania tego, co widzi. Skopiował wyraz, najprawdopodobniej z adresu jakiegoś listu. Później zapytał mnie, co to znaczy.

— Tony! — Pan Guppy jeszcze raz zakłada nogę na nogę. — Co sądzisz według kopii? Czy oryginał skreśliła męska ręka, czy kobieca?

— Kobieca. I trzymam pięćdziesiąt przeciwko jednemu, że ręka damy. Wszystkie litery są mocno pochylone, a „n” wydłużone i napisane w pośpiechu.

W trakcie tego dialogu pan Guppy ogryzał paznokieć kciuka, zmieniając zazwyczaj palec wraz ze zmianą nogi zakładanej na drugą. Obecnie powtarza tę czynność i przy okazji zerka na rękaw surduta. Robi zdziwioną i zaniepokojoną minę, przypatruje mu się dokładniej.

— Tony, co, u licha, wyprawia się w tym domu? Pali się w kominie czy jak?

— W kominie? Czemu? — pyta gospodarz.

— Czemu? Zobacz, jak lecą sadze. O tu! Spójrz na mój rękaw. I na stół. A niech to diabli! Paskudztwo nie da się zdmuchnąć! Paprze jak smarowidło!

Spoglądają po sobie. Tony nasłuchuje pod drzwiami, później wychodzi, by wspiąć się na parę stopni schodów, a także zstąpić nieco niżej. Wraca z wiadomością, że nic nie widać ani słychać, następnie zaś powtarza myśl na temat sznycli z szynku, wykorzystaną już w pogawędce z kupcem branży papierniczej.

— I wtedy — podejmuje pan Guppy, gdy zasiedli znów po przeciwległych stronach stołu przed kominkiem i wspierając się o blat łokciami, pochylili głowy ku sobie — on powiedział ci, że tę paczkę listów wyciągnął z walizy swojego lokatora?

— Aha! Właśnie wtedy! — przytakuje pan Weevle i lekko muska faworyty. — Wobec czego kochany chłopiec, jaśnie wielmożny pan William Guppy, dostał ode mnie kartkę z wiadomością o umówionym spotkaniu i radą, by nie pokazywał się za wcześnie, bo z tego starego czarta cwaniak nad cwaniaki.

Żywy ton eleganckiej rozmowy towarzyskiej, który pan Weevle rad przybiera, zawodzi tego wieczoru, więc pan Weevle rezygnuje zeń wraz z troską o faworyty i niespokojnie ogląda się przez ramię, jak gdyby lęki zaczynały go nawiedzać znowu.

— Masz zabrać listy do swojego pokoju, aby przeczytać je, zbadać szczegółowo i w rezultacie powiedzieć o nich wszystko staremu? Tak się z nim umówiłeś, co? — pyta pan Guppy, ogryzając nerwowo paznokieć kciuka.

— Mów ciszej, Guppy! Aha. Takie zawarliśmy porozumienie.

— Coś ci powiem, Tony…

— Mów ciszej, Guppy! — przerywa mu tamten, więc młody prawnik kiwa ze zrozumieniem światłą głową, jeszcze bardziej pochyla ją w stronę przyjaciela i zniża głos do szeptu.

— Coś ci powiem, Tony — powtarza. — Przede wszystkim trzeba będzie sfabrykować fałszywą paczkę bardzo podobną do prawdziwej, żebyś miał co pokazać Krookowi, jeżeli zażąda tego, gdy listy będą u mnie.

— A jak się zorientuje? Przy jego bystrym oku i pamięci przemawia za tym pięćset „tak” przeciw jednemu „nie”!

— Postawimy się wtedy. Listy nie należą do niego i nigdy nie należały. Ty je znalazłeś i powierzyłeś w depozyt mnie, zaprzyjaźnionemu prawnikowi. Jeżeli nas zmusi, będziemy mogli okazać te szpargały. No nie?

— No… tak — przyznaje bez zapału pan Weevle.

— Co z tobą, Tony? — podchwytuje jego przyjaciel. — Przecież mnie nie posądzasz, prawda? Nie podejrzewasz, że William Guppy mógłby cię nabrać?

— Nie podejrzewam nic, czego nie wiem — odpowiada z powagą Tony.

— A co wiesz? — naciera tamten, podnosząc nieco głos.

— Mów ciszej, do licha! — przestrzega go znów przyjaciel.

Wobec tego pan Guppy powtarza pytanie bezdźwięcznie — układa tylko wargi w kształt słów:

— A co wiesz?

— Trzy rzeczy — brzmi odpowiedź. — Po pierwsze, wiem, że siedzimy tu i szepcemy tajemniczo niby para spiskowców.

— Ha! Lepiej być parą spiskowców niż parą osłów, którymi okazalibyśmy się z pewnością, gdybyśmy postępowali inaczej. Tylko tak da się załatwić to, do czego zmierzamy. A po drugie?

— Po drugie, nikt mi dotąd nie powiedział, co i w jaki sposób mam zyskać na tym, do czego zmierzamy.

Pan Guppy kieruje wzrok ku przybitemu nad obudową kominka wizerunkowi lady Dedlock.

— Tony! — odpowiada. — Prosiłem, abyś zaufał honorowi przyjaciela. Zresztą cała historia ma być wykorzystana przez tegoż przyjaciela w kwestii subtelnych strun, które… których lepiej nie tykać w obecnej chwili. Twój przyjaciel nie jest głupcem, więc… Co to?

— Jedenasta bije u Świętego Piotra. Słuchaj. Zaraz rozdzwoni się całe miasto.

Dwaj panowie siedzą przez chwilę w milczeniu. Nasłuchują metalicznych dźwięków dalekich i bliższych, rozbrzmiewających z wież o rozmaitych wysokościach — dźwięków tak różnych między sobą, jak ich dwie sytuacje życiowe. Wnet dzwonienie ustaje i wraz z ciszą powraca nastrój tajemniczości. Rozmowa prowadzona szeptem ma jedną bardzo nieprzyjemną stronę; stwarza specyficzną atmosferę przepełnioną widmami dźwięków, takimi jak nieokreślone trzaski lub szmery, szelest szat sporządzonych z niematerialnej tkaniny, echa przerażających kroków, które nie zostawiłyby śladów na piaskach plaży ni na zimowym śniegu. Dwaj przyjaciele odczuli to żywo, więc niby na komendę oglądają się przez ramię, by sprawdzić, czy drzwi są zamknięte.

— I co, Tony? — podejmuje pan Guppy i przysuwając się bliżej ognia, zaczyna znów ogryzać paznokieć kciuka. — Miałem usłyszeć jakieś „po trzecie”.

— To nic przyjemnego knuć coś przeciw nieboszczykowi akurat tam, gdzie facet umarł. Nic przyjemnego zwłaszcza dla kogoś, kto mieszka w pokoju nieboszczyka.

— Nic przeciw niemu nie knujemy.

— Może masz rację, ale i tak nie podoba mi się to wszystko. Zamieszkaj tu, a sam zobaczysz, jak się poczujesz.

— Wspomniałeś, Tony, o nieboszczyku — ciągnie pan Guppy, puszczając mimo uszu propozycję przyjaciela. — Przecież jakiś nieboszczyk leżał kiedyś w prawie każdym pokoju.

— Racja! Ale w innych pokojach ty dajesz spokój tamtym nieboszczykom, a oni… oni dają spokój tobie — rzuca pan Weevle.

Następuje kolejna wymiana spojrzeń. Pan Guppy bąka, iż być może, wyświadczają przysługę zmarłemu, na co nawet liczy. Po kłopotliwej pauzie gospodarz poprawia żar na kominku, a gość wzdryga się, tak jak gdyby to on dostał pogrzebaczem.

— Do diabła! Znów te obrzydliwe sadze! — szepce. — Trzeba uchylić okno, odetchnąć trochę. Strasznie tu duszno.

Przyjaciele stają w otwartym oknie wychyleni na poły, wsparci dłońmi o zewnętrzny parapet. Okoliczne domy są zbyt blisko, by nie zadzierając głów, mogli widzieć bodaj skrawek nieba. Ale światełka połyskujące tu i tam w brudnych oknach, odległy turkot pojazdów i ogólne wrażenie ludzkiego życia i ruchu — wszystko to wywiera wpływ kojący. Pan Guppy zaczyna bezszelestnie bębnić palcami o blachę parapetu i szeptaną rozmowę podejmuje w tonie raczej komediowym.

— Aha, Tony! Nie zapominaj o starym Smallweedzie — mówi, mając na myśli młodszego z dżentelmenów tego nazwiska. — Nic mu, rozumiesz, nie gadałem o tym wszystkim. Jego dziadek to strasznie chytra sztuka, jak wszyscy w ich rodzinie.

— Pamiętam o nim i o innych sprawach — odpowiada Tony.

— A Krook? Jak sądzisz, czy naprawdę ma jakieś ważne dokumenty, o których wciąż ci gada, od kiedy zwąchaliście się z sobą?

— Nie wiem. — Pan Weevle bezradnie rozkłada ręce. — Nie mam wyobrażenia. Jeżeli w tej sprawie nie obudzimy jego podejrzeń, wypenetruję coś więcej. Skąd mógłbym już coś wiedzieć? Nie widziałem tych szpargałów, a przecież i on nic nie wie. Wybiera z nich pojedyncze słowa i kredą przerysowuje na blacie stołu albo na ścianie, a później pyta mnie, co znaczą. Ale kupował to wszystko jako makulaturę, więc jego całe archiwum może okazać się makulaturą i niczym więcej. Monomania Krooka polega na tym, że stary uważa się za posiadacza dokumentów wielkiej wagi. No a z tego, co bredzi, wynika, że uczy się je czytać co najmniej od ćwierćwiecza.

— Jak i dlaczego wpadł niegdyś na ten pomysł? Oto pytanie! — Pan Guppy przymyka jedno oko i zaczyna znów po chwili typowo adwokackiego namysłu: — Może w czymś, co kupił, znalazł papiery, których logicznie biorąc, być tam nie powinno, więc wbił sobie do głowy, że muszą być ważne, skoro tak je ukryto.

— Równie dobrze — podchwytuje gospodarz — mógł zostać oszukany przy jakiejś rzekomo korzystnej transakcji albo zupełnie pomieszało mu się we łbie od ciągłego gapienia się na swoje skarby, pijaństwa i częstych wizyt w sądzie kanclerskim, gdzie słucha wciąż o różnych dokumentach.

Pan Guppy siedzi w oknie, kręci głową, rozważa wszystkie wymienione możliwości i odruchowo bębni palcami o zewnętrzny parapet, klepie go, mierzy rozłożoną dłonią, którą niebawem cofa raptownie.

— A co to znowu, u starego diabła! — mówi. — Spójrz na moje palce, Tony!

Jego palce są rzeczywiście pobrudzone gęstą, oleistą, lepką mazią odrażającą dla dotyku i wzroku, przede wszystkim zaś dla powonienia. Gość i gospodarz wzdrygają się z obrzydzeniem.

— Co ty tu wyprawiasz, Tony? Co wylewasz przez okno?

— Wylewam przez okno? Ja? Nic, słowo daję! I nigdy nic nie wylewałem, od kiedy mieszkam w tej norze.

— No to spójrz tu i tam! Spójrz, Tony!

Pan Guppy przynosi świecę i przy jej blasku obydwaj widzą, że obrzydliwa maź tu ścieka kroplami po cegłach okiennej wnęki, tam tworzy wstrętną zastałą kałużę.

— Straszny dom! — wzdryga się gość i zamyka okno. — Daj mi trochę wody, bo inaczej obetnę sobie rękę.

Myje tę rękę, mydli, naciera, opłukuje, wącha i pokrzepiwszy się na zakończenie szklaneczką brandy, staje w milczeniu przed kominkiem. W tej chwili zaczyna bić dwunasta u Świętego Pawła i wśród ciemności wszystkie dzwony z wież rozmaitej wysokości powtarzają na różne tony dwanaście uderzeń. Później nastaje spokój.

— Czas wyznaczony — szepce pan Weevle. — Zejść teraz?

Pan Guppy odpowiada twierdzącym poruszeniem głowy i „na pomyślność” klepie przyjaciela po ramieniu. Ale nie posługuje się wymytą ręką, jakkolwiek ta właśnie jest prawa.

Tony wychodzi, jego gość zasiada przed kominkiem i sposobi się do długiego oczekiwania. Lecz po paru minutach schody zaczynają skrzypieć i gospodarz wraca z niemałym pośpiechem.

— Masz?

— Nie mam! I nie ma tam starego! — pada odpowiedź.

Jest tak wystraszony, że jego trwoga udziela się przyjacielowi, który podbiega doń i krzyczy głośno:

— Co się stało?

— Nie słyszał stukania. Cicho uchyliłem drzwi i zajrzałem do jego nory. Jest tam swąd, są sadze, jest ta ohydna maź. Ale starego nie ma! — woła Tony i kończy przeciągłym jękiem.

Pan Guppy chwyta lichtarz. Obydwaj — niemal martwi z przerażenia — schodzą na parter i trzymając się jeden drugiego, popychają drzwi pomieszczenia za sklepikiem. Kot uskakuje krok i zaczyna prychać nie na nich, lecz w kierunku czegoś na podłodze przed kominkiem. Ogień w kracie dogorywa, lecz izbę przepełnia dławiący fetor, a sufit oraz ściany są czarne od tłustych sadzy. Krzesła, stół i butelka tak rzadko nieobecna na nim — wszystko stoi tak, jak zwykle. Na oparciu jednego z krzeseł wisi kaftan oraz kosmata czapka Krooka. Pan Weevle drżącą ręką wskazuje ją przyjacielowi.

Na oparciu jednego z krzeseł wisi kaftan oraz kosmata czapka Krooka

— Spójrz — szepce. — Co mówiłem? Jak go ostatni raz widziałem, ściągnął czapkę, wyjął z niej cienką paczkę listów, czapkę powiesił na oparciu krzesła… Kaftan już tam był. Ściągnął go, jak braliśmy się do zamykania okiennic. Kiedy zostawiłem starego, obracał listy w rękach i stał przed ogniem, akurat w tym miejscu, gdzie widzisz teraz to coś czarnego na podłodze.

Może wisi gdzie? Przyjaciele unieśli wzrok. Nie!

— Spójrz! — szepce znów Tony. — Obok nogi krzesła leży brudny kawałek cienkiego, czerwonego sznurka od wiązki piór. Listy były nim związane. Rozplątywał go pomału, chichotał, wykrzywiał się, patrząc na mnie. Później rzucił sznurek, zanim zaczął obracać listy w rękach. Widziałem, jak padał tutaj.

— Co, u diabła, z tą kotką? — mówi pan Guppy. — Popatrz na nią, Tony.

— Pewno się wściekła. To nic dziwnego. W takim piekielnym miejscu!

Wolno postępują parę kroków, oglądają wszystko z uwagą. Kotka nie ustępuje. Prycha nadal w kierunku czegoś na podłodze — przed kominkiem i między dwoma krzesłami. Co to być może? Światło do góry!

Mała zwęglona plama na deskach podłogi, niedogarek paczki papierów, lecz mniej lekki niż zwykle, jak gdyby czymś zmoczony. A to co? Opalona krzywa szczapa upstrzona prawię białym popiołem? A może trochę wystygłego węglowego żaru? O zgrozo! To on! Tyle z niego pozostało! Przyjaciele rzucają się do ucieczki i wybiegając przed dom, gaszą przypadkiem świecę, potrącają się wzajemnie.

Na pomoc! Ratunku! Na miłosierdzie boskie, chodźcie tu, ludzie!

Liczni nadbiegną, lecz nikt nie zdoła udzielić pomocy. Lord kanclerz tego sądu, wierny swojemu tytułowi do ostatka, zginął śmiercią godną wszystkich lordów kanclerzy wszystkich sądów, śmiercią godną wszelkich autorytetów we wszelkich miejscach, gdzie głosi się fałszywe prawdy i czyni niesprawiedliwość. Jaśnie wielmożny lord może nadawać tej śmierci jakie zechce nazwy, może winić za nią, kogo mu się podoba, dowodzić na każdą modłę, iż można było jej zapobiec. Nic z tego! Jest to jedyny z wielu rodzajów śmierci, jaka winna spotkać człowieka takiego pokroju — samozapłon poczęty z otaczającej go plugawej atmosfery, okrzepłej i zastygłej od dawna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Samotnia II Samotnia I Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie Opowieść Wigilijna. Literatura klasyczna Opowieść o dwóch miastach Klub Pickwicka