Uczeń i śmierć

Uczeń i śmierć

Autorzy: J.D. Robb

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.56 zł

Szkolenie czyni mistrza…

Strzały padły jeden po drugim i były celne. W ciągu kilku sekund na lodowisku w Central Parku zginęły trzy osoby: młoda łyżwiarka, lekarz i nauczyciel. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że wszyscy troje są zupełnie przypadkowymi ofiarami.

Podczas swojej pracy w nowojorskiej policji porucznik Eve Dallas widziała wiele morderstw, ale jeszcze nigdy nie zetknęła się z tak szokującą zbrodnią. Nie ulega wątpliwości, że zabójca to dobrze wyszkolony snajper, używający taktycznego karabinu laserowego. Kiedy pociągał za spust, znajdował się daleko od lodowiska. Lista budynków, spośród których mógł wybierać strzelec wyborowy, nie ma końca, natomiast lista osób o tak szczególnych umiejętnościach wydaje się stosunkowo krótka: policjanci, wojskowi, zawodowi zabójcy.

Dzięki pomocy męża, geniusza komputerowego i multimiliardera Roarke’a, porucznik Dallas wkrótce trafia do miejsca, skąd strzelano. Okazuje się, że zabójców jest dwóch – starszy i młody, szkolony przez mistrza, i każdy z nich realizuje swój plan. Central Park był tylko rozgrzewką. Kolejny atak snajpera wstrząsa miastem do głębi, ale to jeszcze nie koniec tych dramatycznych wydarzeń…

Rob jest wirtuozem.

"Seattle Post-Intelligencer"

Trzymający w napięciu thrillery z odpowiednią dozą humoru… Fani gatunku będą zachwyceni.

"This Week"

Unikalna kombinacja thillera i romansu.

"The Romance Reader"

J.D. Robb to pseudonim Nory Roberts, autorki ponad dwustu powieści, które sprzedały się w łącznym nakładzie ponad pięciuset milionów egzemplarzy i regularnie trafiają na listę bestsellerów "New York Timesa".

Tytuł oryginału

APPRENTICE IN DEATH

Copyright © 2016 by Nora Roberts

All rights reserved

Projekt okładki

Elżbieta Chojna

Zdjęcia na okładce

© Oleg Troino/Shutterstock.com;

Latkun Oleksandr/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-613-3

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Z wiosennych lasów jeden bodziec

Pozwoli o człowieku,

O złu i dobru więcej dociec,

Niż wszyscy mędrcy wieku.

William Wordsworth, przeł. Stanisław Kryński

Czy zatem Bóg i Przyroda pozostają w walce,

Że Natura daje takie złe sny?

Alfred Tennyson, przeł. Witold Ostrowski

Prolog

To miało być ich pierwsze zabójstwo.

Uczeń rozumiał, że zanim nadeszła ta chwila, potrzebne były lata nauki, całe godziny poświęcone strzelaniu do celu, trening, dyscyplina, pilność.

W to zimne, słoneczne popołudnie w styczniu dwa tysiące sześćdziesiątego pierwszego roku w końcu wszystko się zacznie naprawdę.

Jasny umysł i zimna krew.

Uczeń wiedział, że te dwa elementy są równie istotne, jak umiejętności, kierunek wiatru, temperatura i wilgotność powietrza czy prędkość. Ale pod jego opanowaniem kryła się żądza zabijania, teraz bezwzględnie stłumiona.

Mistrz wszystko zorganizował. Sprawnie i zwracając uwagę na każdy szczegół, co również było istotne. Okna pokoju w schludnym hotelu średniej klasy w pobliżu Drugiej Alei wychodziły na zachód, były otwierane i miały żaluzje. Hotel skromnie przycupnął przy cichej i spokojnej Sutton Place, niespełna dwa kilometry od Central Park.

Mistrz dobrze wszystko przewidział, rezerwując pokój na piętrze, sporo ponad wierzchołkami drzew. Gdy się patrzyło nieuzbrojonym okiem, lodowisko przypominało białą plamkę, błyszczącą w ostrym słońcu. A ci, którzy byli na ślizgawce, wyglądali jak kolorowe, poruszające się punkciki.

Uczeń i jego mistrz ślizgali się tam niejeden raz, obserwując swoją przyszłą ofiarę, jak beztrosko sunęła po lodzie, wykonując obroty.

Przeprowadzili szczegółowe rozpoznanie miejsca pracy i zamieszkania upatrzonej osoby, poznali jej zwyczaje, ulubione sklepy i restauracje. A potem wspólnie doszli do wniosku, że lodowisko w rozległym parku zapewniało wszystko, na czym im zależało.

Dobrze im się współpracowało. Rozumieli się bez słów. Kiedy mistrz ustawił dwójnóg pod oknem, wychodzącym na zachód, uczeń umieścił na nim laserowy karabin snajperski i starannie go zamocował.

Kiedy lekko uchylili okno, do środka wpadło mroźne zimowe powietrze. Oddychając miarowo, uczeń spojrzał przez celownik optyczny, wyostrzył obraz.

Lodowisko na tyle się przybliżyło, że widział teraz rysy, żłobione przez łyżwy w lodowej tafli.

Był tam tłum ludzi w kolorowych czapkach, rękawiczkach i szalikach. Jakaś para, trzymająca się za ręce, wybuchnęła śmiechem, kiedy razem się wywróciła. Dziewczyna o złoto­blond włosach, w obcisłym, czerwonym kombinezonie i kamizelce, kręciła piruety, aż jej sylwetka się rozmyła. Jakaś inna para trzymała za rączki małego chłopca, który przyglądał się wszystkiemu z zachwytem.

Starzy, młodzi i w średnim wieku. Nowicjusze i szpanerzy, śmigający jak błyskawica i sunący statecznie.

I nikt, absolutnie nikt z nich nie wiedział, że znaleźli się na celowniku i sekundy dzielą ich od śmierci. Sekundy, nim zadecyduje, komu pozwoli żyć, a kogo zabije.

To poczucie siły było przemożne.

– Widzisz nasz cel?

Uczeń potrzebował chwili, by go wypatrzyć w tym morzu twarzy, postaci.

Po jakimś czasie skinął głową. Jest tam, dostrzegł jego twarz, sylwetkę. Ich cel. Ile razy widział tę twarz, tę sylwetkę w celowniku optycznym? Mnóstwo. Ale dziś będzie ten ostatni raz.

– Masz jeszcze dwoje?

Znów skinął głową, równie opanowany, jak poprzednio.

– Kolejność dowolna. Daję ci zielone światło.

Uczeń sprawdził prędkość wiatru, wprowadził minimalne poprawki. I z jasnym umysłem, z zimną krwią przystąpił do działania.

Dziewczyna w czerwonym, obcisłym kombinezonie wirowała w celowniku, szykując się do axla. Jadąc do przodu, przeniosła ciężar ciała z lewej nogi na prawą, uniosła ręce w górę.

Dostała w sam środek pleców, jej własna siła rozpędu pchnęła ją do przodu. Wpadła na parę z małym chłopczykiem. I jak pocisk przewróciła całą trójkę na lód.

Rozległy się krzyki.

Powstało zamieszanie. Mężczyzna, ślizgający się w drugim końcu lodowiska, zwolnił, spojrzał za siebie.

Został trafiony w brzuch. Kiedy upadł, dwójka łyżwiarzy jadących tuż za nim ominęła go, nie zatrzymując się.

Para, trzymająca się za ręce, niezgrabnie potykając się, dojechała do bandy. Mężczyzna wskazał kłębowisko ciał.

– Ej, zdaje się, że…

Dostał między oczy.

W hotelowym pokoju, pogrążonym w ciszy, uczeń obserwował lodowisko przez celownik optyczny, próbując sobie wyobrazić odgłosy, krzyki. Z łatwością mógłby zabić czwartą, piątą osobę. Cały ich tuzin.

Było to takie łatwe, sprawiało taką satysfakcję. Dawało poczucie siły.

Ale mistrz opuścił lornetkę.

– Trzy celne trafienia. Cel osiągnięty. – Z aprobatą położył dłoń na ramieniu swego podopiecznego, dając znak, że na dziś wystarczy.

– Dobra robota.

Tamten szybko, sprawnie rozłożył karabin, schował go do futerału, a nauczyciel zabrał dwójnóg.

Chociaż nie padły żadne słowa, na twarzy ucznia malowała się radość, duma z tego, czego dokonał, z otrzymanej pochwały. Zauważywszy to, mistrz uśmiechnął się lekko.

– Najpierw zabezpieczymy sprzęt, a potem to uczcimy. Należy ci się nagroda. Później wszystko omówimy. A jutro będziemy kontynuowali nasze dzieło.

Kiedy opuścili hotelowy pokój – wytarty do czysta przed robotą i po niej – uczeń pomyślał, że gotów jest kontynu­ować choćby zaraz.

Rozdział 1

Porucznik Eve Dallas weszła zamaszystym krokiem do sali ogólnej wydziału zabójstw po denerwującym zeznaniu w sądzie. Marzyła o kawie. Ale detektyw Jenkinson najwyraźniej na nią czekał. Zerwał się od swojego biurka i ruszył w jej stronę, jak zwykle kłując w oczy ohydnym krawatem, wybranym na ten dzień.

– Czy to żaby? – spytała Eve. – Czemu nosisz krawat w żaby w kolorze szczyn, skaczące po… Chryste! Liściach lilii wodnych w kolorze rzygowin?

– Żaby przynoszą szczęście. Zgodnie z feng shui czy inną bzdurną filozofią. Mniejsza z tym. Świeżak, którą ściągnęła pani do naszego wydziału, oberwała w oko od jakiegoś ćpuna na Avenue B. Razem z mundurowym Carmichaelem przywieźli i jego, i dilera. Siedzą teraz na dołku. Nasza nowicjuszka jest w pokoju śniadaniowym z zimnym okładem na oku. Pomyślałem sobie, że chciałaby pani o tym wiedzieć.

Świeżakiem była nowo przeniesiona do wydziału funkcjonariuszka Shelby.

– Jak sobie poradziła?

– Jak glina. Jest w porządku, pani porucznik.

– Dobrze wiedzieć.

Naprawdę marzyła o kawie, nie o tej obrzydliwej lurze z pokoju śniadaniowego, lecz o prawdziwej kawie, którą miała w autokucharzu w swoim gabinecie. Jednak przyjęła funkcjonariuszkę Shelby do swojego zespołu, a ona już pierwszego dnia zarobiła śliwę.

Tak więc Eve, wysoka i szczupła, w czarnym, skórzanym płaszczu, weszła do pokoju śniadaniowego.

Shelby siedziała, pijąc lurowatą kawę i patrząc na monitor swojego palmtopa. Na prawym oku miała zimny kompres. Zaczęła wstawać, ale Eve powstrzymała ją ruchem ręki.

– Jak twoje oko, Shelby?

– Moja młodsza siostra ma mocniejszy cios, pani porucznik.

Eve kiwnęła palcem i Shelby zdjęła zimny okład z oka.

Eve skinęła głową, widząc nabiegłe krwią białko, czarno­fioletowy siniec wokół oka.

– Niczego sobie śliwa. Przykładaj zimny okład jeszcze przez jakiś czas.

– Tak jest, pani porucznik.

– Dobra robota.

– Dziękuję, pani porucznik.

W drodze do swojego gabinetu zatrzymała się koło biurka mundurowego Carmichaela.

– Zdajcie mi raport.

– Dyspozytor zlecił detektywom Carmichaelowi i Santiago stawić się na Avenue B. Pojechaliśmy z nimi jako wsparcie, żeby zapanować nad tłumem gapiów. Zauważyliśmy, że półtora metra dalej akurat odbywa się handel narkotykami. Nie mogliśmy tego zignorować, a ponieważ asystowaliśmy przy ładowaniu trupa, postanowiliśmy ich zwinąć. Diler od razu podniósł ręce do góry, nie stawiał oporu. Ćpun był na głodzie i przyładował Shelby. Znienacka, pani porucznik. Powaliła go na ziemię i muszę przyznać, że zrobiła to raz-dwa. Może nieco brawurowo, ale pierwsza oberwała od niego w oko. Obu ich przywieźliśmy na komendę, ćpunowi postawiono dodatkowo zarzut napaści na funkcjonariusza policji. Potrafi przyjąć cios – dodał mundurowy Carmichael. – Trzeba to uczciwie przyznać.

– Miejcie na nią oko przez kilka dni. Przekonamy się, jak sobie radzi.

Nim jeszcze ktoś zdążył zgłosić się do niej z jakąś sprawą, Eve ruszyła prosto do swojego gabinetu. Jeszcze przed zdjęciem płaszcza zaprogramowała czarną kawę.

Stała przed malutkim oknem, pijąc kawę, obserwując swoimi oczami koloru whisky ruch uliczny w dole i powietrzny nad głową.

Miała papierkową robotę – zawsze jest jakaś papierkowa robota – z którą musiała się uporać. Ale właśnie zamknęła ohydną sprawę i spędziła ranek, zeznając w innej ohydnej sprawie. Uważała, że wszystkie są ohydne, ale jedne były gorsze od innych.

Chciała więc przez chwilę podelektować się kawą, spoglądając na miasto, które przysięgała chronić i któremu przysięgała służyć.

Może, jeśli dopisze jej szczęście, czeka ją spokojny wieczór. Tylko ona i Roarke, pomyślała. Napiją się wina, zjedzą kolację, może obejrzą film, a potem pójdą razem do łóżka. Odkąd glina od zabójstw poślubiła wiecznie zajętego biznesmena-miliardera, spokojne wieczory w domu były największą, najbardziej upragnioną nagrodą.

Dzięki Bogu Roarke też delektował się takimi spokojnymi wieczorami.

Czasami bywali na przyjęciach – to stanowiło część umowy, należało do małżeńskich obowiązków, które starała się wykonywać. Ale częściej mąż pomagał jej w pracy, jedząc pizzę w jej gabinecie. Były przestępca o umyśle gliny? Bezcenny skarb.

Więc może dziś czeka ich oboje spokojny wieczór.

Postawiła kawę na biurku, zdjęła płaszcz i rzuciła go na fotel dla gości, celowo niewygodny. Praca papierkowa, przypomniała sobie, i zamierzała przesunąć dłońmi po włosach. Poczuła pod palcami czapkę z płatkiem śniegu. Starała się nie odczuwać skrępowania, kiedy w niej paradowała. Rzuciła czapkę na płaszcz, przeczesała palcami krótkie, lekko potargane brązowe włosy i usiadła.

– Komputer… – zaczęła, kiedy zadzwonił jej telefon stacjonarny.

– Dallas.

– Dyspozytor do porucznik Eve Dallas.

Zanim usłyszała dalszy ciąg, wiedziała, że wymarzona nagroda będzie musiała jeszcze przez jakiś czas pozostać w pudełku.

*

Razem ze swoją partnerką Eve ruszyła pieszo od Szóstej Alei, gdzie zaparkowała na drugiego swój wóz.

W szaliku w fioletowo-zielone zygzaki, omotanym wokół szyi, Peabody człapała ulicą, rzucając ponure spojrzenia na śnieg, który wszystko przykrywał.

– Założyłam, że cały dzień spędzimy w sądzie, a po­nieważ jest w okolicach pięciu stopni, to mogę włożyć kowbojki. Gdybym wiedziała, że będziemy brnąć w śniegu…

– Mamy styczeń. I jaka policjantka ubiera się na różowo na proces w sprawie o zabójstwo?

– Reo miała czerwone buty – zwróciła jej uwagę Peabody, mając na myśli zastępczynię prokuratora. – Kiedy się zastanowić, czerwony to bardzo ciemny róż.

Eve zdziwiła się, czemu, u diabła, rozmawiają o butach, kiedy czekają na nie trzy trupy.

– Weź się w garść.

Mignęła odznaką pierwszemu policjantowi i szła, nie zatrzymując się, nie zwracając uwagi na reporterów, tłoczących się za policyjną taśmą i wykrzykujących pytania.

Ktoś okazał się łebski, doszła do wniosku, nie dopuszczając przedstawicieli mediów na lodowisko. Nie potrwa to długo, ale przynajmniej na razie nieco ułatwi śledztwo, które z pewnością nie będzie proste.

Dostrzegła kilkunastu mundurowych, kręcących się tu i tam, a także przynajmniej pięćdziesięcioro zwykłych obywateli. Uniesione głosy, kilka bliskich histerii, wyraźnie rozbrzmiewały w powietrzu.

– Myślałam, że będzie więcej zwykłych obywateli, więcej świadków.

Eve się rozejrzała.

– Kiedy padają trupy, ludzie uciekają. Prawdopodobnie połowa zbiegła, nim na miejsce przybyli pierwsi funkcjonariusze policji. – Pokręciła głową. – Reporterzy mogą pozostać z daleka od miejsca wydarzenia, i tak otrzymają filmiki nagrane przez naocznych świadków.

Ponieważ nic nie można było na to poradzić, przestała sobie zaprzątać tym głowę i minęła kolejną zaporę policyjną.

Dostrzegła jakiegoś mundurowego, który zwrócił się w jej stronę, ciężko stawiając kroki. Rozpoznała trzydziestokilkuletniego weterana i domyśliła się, że relatywny porządek, jaki panował, jest zasługą jego doświadczenia i bezkompromisowości.

– Cześć, Fericke.

Skinął jej głową. Miał ciemną twarz, podobną do pyska buldoga, posturą też go przypominał. I oczy koloru gorzkiej czekolady, które widziały wszystko i spodziewały się w każdej chwili, że zobaczą coś jeszcze gorszego.

– Niezły pasztet.

– Zdajcie raport.

– Otrzymałem wiadomość koło piętnastej dwadzieścia. Akurat byłem z nowicjuszem, robiliśmy pieszy obchód na Szóstej Alei, więc przybiegliśmy tutaj. Kazałem mu rozciągnąć taśmy policyjne, nie dopuszczać tu gapiów. Ale, na Boga, nie można zamknąć całego przeklętego parku.

– Przybyliście tutaj pierwsi.

– Tak. Ludzie zaczęli dzwonić pod dziewięćset jedenaście, więc pojawiali się kolejni gliniarze, ale kiedy tu dotarłem, świadkowie już uciekali z miejsca wydarzenia. Musiałem prosić o pomoc ochronę parku, żeby zatrzymać tylu, ilu się da. Kilka osób odniosło obrażenia. Ratownicy medyczni opatrują lżej poszkodowanych, ale mieliśmy dzieciaka, sześciolatka, ze złamaną nogą. Z tego, co udało nam się wydusić od świadka, wynika, że pierwsza ofiara zderzyła się z nim i rodzicami chłopca. Mały, upadając, złamał nogę. Mam ich dane kontaktowe i adres szpitala.

– Peabody.

– Proszę mi przekazać te dane.

Wyrecytował je, nie zaglądając do notesu.

– Technicy kryminalistyki nie będą zadowoleni z tego, co tu zastaną. Ludziska kręcili się wszędzie, ofiary przenoszono z miejsca na miejsce. Na lodowisku był akurat lekarz i weterynarz. Zajęli się rannymi.

– Pierwsza ofiara została trafiona w plecy. To ta kobieta tam, ubrana na czerwono. – Odwrócił się, wskazał ją brodą. – Z zeznań świadków trudno wywnioskować, kto był następny, ale mamy dwóch mężczyzn, jeden dostał w brzuch, drugi między oczy. Według mnie to strzały z broni laserowej, pani porucznik, ale nie chcę wam odbierać chleba. Usłyszycie też od niektórych świadków o nożach i podejrzanych typkach, wszystkie te bzdury, co zawsze.

Nie zostaje się porucznikiem bez ciężkiej pracy i umiejętności odsiewania ziarna od plew.

– No dobrze. Gdzie lekarze?

– W szatni. Razem z dwójką świadków, którzy twierdzą, że pierwsi dotarli do jednego z postrzelonych mężczyzn. I żoną jednej z ofiar. Jest przekonana, że jej mąż zginął ostatni. Też się ku temu skłaniam.

– Peabody, idź do nich, a ja obejrzę zwłoki. I chcę natychmiast otrzymać zapisy z kamer monitoringu.

– Już są dla pani przygotowane – powiedział jej Fericke. – Proszę się zgłosić do Spichera. Odpowiada za bezpieczeństwo lodowiska i nie jest skończonym idiotą.

– Zaraz do niego pójdę. – Peabody odeszła, starając się omijać leżący wszędzie śnieg.

– Będą pani potrzebne nakładki antypoślizgowe na buty – poinformował ją Fericke. – Jest ich tam cała sterta. Ważny gliniarz, zajmujący się zabójstwami, nie wzbudzi zaufania, jak wywali się jak długi.

– Nie dopuszczajcie tu nikogo, Fericke.

– Niczym innym się nie zajmuję.

Skierowała się do wejścia na lodowisko, wsunęła nakładki antypoślizgowe, a następnie otworzyła swój zestaw podręczny i zabezpieczyła dłonie oraz buty.

– Ej! Ej! Czy pani tu dowodzi? Kto, do cholery, tym wszystkim kieruje?

Odwróciła się i zobaczyła jakiegoś czterdziestolatka o czerwonej twarzy. Był w grubym, białym swetrze i czarnych obcisłych spodniach.

– Tak, ja tu dowodzę.

– Nie macie prawa mnie przetrzymywać! Mam umówione spotkanie.

– Panie…

– Granger. Wayne Granger. Znam swoje prawa!

– Panie Granger, czy widzi pan zwłoki trzech osób na lodowisku?

– Jasne, że tak.

– Ich prawa są ważniejsze od pańskich.

Coś za nią krzyknął, kiedy szła przez lodowisko w stronę zwłok kobiety. Coś na temat państw policyjnych i wytoczenia procesu. Patrząc na dziewczynę w czerwonym kombinezonie – nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat – Eve przestała sobie nim zaprzątać głowę.

Dziewczyna leżała na boku w kałuży krwi. Eve wyraźnie widziała ślady krwi na lodowej tafli, pozostawione przez innych łyżwiarzy i ratowników medycznych.

Oczy zabitej, jasnobłękitne jak letnie niebo, już stały się szkliste. Jedna ręka, wyciągnięta dłonią do góry, także znalazła się w kałuży krwi.

Nie, Eve przestała sobie zaprzątać głowę Grangerem i jego umówionym spotkaniem.

Przykucnęła, otworzyła swój zestaw i przystąpiła do pracy.

Nie wyprostowała się ani nie odwróciła, kiedy podeszła do niej Peabody.

– Ofiara to Ellissa Wyman, lat dziewiętnaście. Mieszka z rodzicami i młodszą siostrą w Upper West. Poniosła śmierć o piętnastej piętnaście. Lekarz sądowy ustali przyczynę zgonu, ale zgadzam się, wygląda to na strzał z broni laserowej.

– Obaj lekarze też są tego zdania. Weterynarz był sanitariuszem w wojsku, więc widział rany postrzałowe od broni laserowej. Tylko rzucili na nią okiem, bo nie ulegało wątp­liwości, że zginęła na miejscu. Jeden z nich próbował ratować mężczyznę postrzelonego w brzuch, drugi zbadał tego, który dostał w głowę, ale obaj nie żyli. Więc skupili się na rannych.

Eve się wyprostowała i skinęła głową.

– Nagrania z kamer monitoringu.

– Mam je tutaj.

Podłączyła jeden dysk do palmtopa, przewinęła nagranie do godziny piętnastej czternaście i najpierw skupiła uwagę na dziewczynie w czerwonym kombinezonie.

– Jest dobra – stwierdziła Peabody. – Mam na myśli jej formę. Rozpędza się i…

Urwała, kiedy dziewczyna znalazła się w powietrzu i wpadła na rodziców z małym chłopcem.

Eve cofnęła nagranie o dwie minuty, jednak tym razem przyglądała się innym łyżwiarzom i gapiom.

– Robią dla niej miejsce – mruknęła. – Niektórzy jej się przyglądają. Nie widzę broni.

Oglądała dalej, jak druga ofiara została odrzucona w tył, jak oczy mężczyzny zrobiły się wielkie i ugięły się pod nim kolana.

Cofnęła nagranie, zapisała czas. Przewinęła zapis do przodu.

– Niespełna sześć sekund między strzałami.

Łyżwiarze skierowali się w stronę pierwszej ofiary i rodziny z małym dzieckiem. Pojawili się ochroniarze. A para w pobliżu bandy, kiepsko radząca sobie na lodowisku, zwolniła. Mężczyzna spojrzał za siebie. I właśnie wtedy został trafiony.

– I minimalnie więcej niż sześć sekund między drugim i trzecim strzałem. Trzy strzały w ciągu dwunastu sekund i trzy trupy – jeden trafiony w plecy, drugi w brzuch, ostatni w czoło. To nie łut szczęścia. I żaden z tych strzałów nie został oddany z lodowiska ani z żadnego miejsca w pobliżu. Powiedz Ferickemu, że jak spisze nazwiska i namiary wszystkich świadków i wysłucha ich oświadczeń, może ich puścić do domu. Z wyjątkiem lekarzy i żony trzeciej ofiary. Uzyskaj od tej trójki pełne zeznania, skontaktuj się z osobą, z którą chce się skontaktować żona trzeciej ofiary. Zwłoki kobiety można już zawieźć do kostnicy. Będą nam potrzebne zapisy kamer monitoringu, rozmieszczonych w parku.

– W której jego części?

– We wszystkich.

Peabody aż otworzyła usta ze zdumienia. Eve zostawiła ją i przeszła po tafli lodu do drugiej ofiary.

Dokonała oględzin zwłok obu mężczyzn, a potem skierowała się do szatni.

Lekarz i weterynarz siedzieli na ławce i pili kawę z kubków termicznych.

Eve skinieniem głowy odprawiła umundurowaną funkcjonariuszkę, usiadła na ławce naprzeciwko mężczyzn.

– Jestem porucznik Dallas. Złożyliście wyjaśnienia mojej partnerce, detektyw Peabody.

Obaj skinęli głowami. Ten z lewej strony – krótko ostrzyżony, gładko ogolony, po trzydziestce – przemówił pierwszy.

– Nie mogliśmy nic pomóc trójce postrzelonych. Nim do nich dotarliśmy, już nie żyli.

– Doktorze…

– Przepraszam. Doktor Lansing. Byłem przekonany, że dziewczyna… Dziewczyna w czerwonym kombinezonie… Upadła podczas skoku. Mały chłopiec krzyczał. Byłem tuż za nimi, kiedy to się stało, więc w pierwszej kolejności próbowałem dotrzeć do niego. Zacząłem odciągać dziewczynę, żeby dostać się do chłopczyka, i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że nie straciła przytomności ani się nie uderzyła. Słyszałem, jak Matt wołał, żeby wszyscy zeszli z lodowiska.

– Matt?

– To ja. Matt Brolin. Widziałem zderzenie… Widziałem, jak dziewczyna robi obrót, szykując się do skoku, widziałem, jak wpada na rodziców z małym chłopcem. Zamierzałem pospieszyć im na pomoc, kiedy ujrzałem, jak pada jakiś facet. Ale wtedy jeszcze nie połączyłem tych faktów. Lecz kiedy zobaczyłem, jak ktoś strzela do trzeciej ofiary, wszystko zrozumiałem. Byłem sanitariuszem. Wprawdzie dwadzieścia sześć lat temu, jednak tego się nie zapomina. Ktoś do nas strzelał, chciałem, żeby ludzie się ukryli.

– Czy panowie się znają?

– Teraz tak – powiedział Brolin. – Wiedziałem, że trzecia ofiara poniosła śmierć na miejscu – to musiał być doskonały snajper – ale próbowałem ratować drugą. Ten mężczyzna jeszcze żył, pani porucznik. Patrzył na mnie. Nigdy nie zapomnę jego wzroku… I będzie to bardzo niemiłe wspomnienie. Wiedziałem, że nie przeżyje, ale robiłem to, co należało zrobić.

– Osłonił faceta własnym ciałem – wtrącił Lansing. – Ludzie wpadli w panikę. Gotów jestem przysiąc, że niektórzy przejechaliby po ofierze, ale Matt osłonił postrzelonego mężczyznę.

– Jack miał ręce pełne roboty przy tym chłopcu. Rodzice też doznali obrażeń, prawda?

– Nie mieli szans, by uniknąć upadku – wyjaśnił Lansing. – Ojciec doznał lekkiego wstrząśnienia mózgu, matka skręciła rękę w nadgarstku. Nic im nie będzie. Chłopcu też, chociaż najbardziej ucierpiał. Ochroniarze mają apteczkę pierwszej pomocy. Dałem poszkodowanym coś przeciw­bólowego. Ratownicy medyczni dotarli w ciągu dwóch minut. Należy im się uznanie. Poszedłem tam, gdzie był Matt, żeby mu pomóc. Próbowaliśmy ratować ostatnią ofiarę, ale, jak powiedział Matt, ten człowiek poniósł śmierć na miejscu. Nie żył już, gdy upadł.

– Nie było nic więcej do roboty poza udzielaniem pierwszej pomocy tym, którzy się przewrócili albo mieli rany cięte od łyżew – dodał Matt. Przesunął dłonią po zaniedbanej siwej brodzie. – Dopiero kiedy nas tu umieścili, zacząłem sobie wszystko odtwarzać w pamięci. Podczas pracy trzeba to odsunąć na bok.

– Co trzeba odsunąć na bok?

– Strach. Strach, że w każdej chwili możemy zostać postrzeleni w tył głowy. Ten, kto mierzył do tych ludzi, miał wprawę. Strzały padły ze wschodu.

– Skąd pan to wie?

– Byłem świadkiem trzeciego strzału. Widziałem kąt, widziałem, w którą stronę był odwrócony mężczyzna. Strzały padły ze wschodu. – Zmrużył oczy, patrząc na Eve. – Już pani to wie.

– Obejrzałam zapisy kamer monitoringu. Przeprowadzimy rekonstrukcję wydarzeń, ale w tej chwili zgadzam się z panem.

– Jego żona jest w biurze z pani partnerką. Jej rodzice właśnie tu dotarli. – Brolin westchnął ciężko. – Dlatego po wojsku poszedłem do szkoły weterynaryjnej. Łatwiej zajmować się psami i kotami niż ludźmi.

– Doskonale sobie obaj panowie poradzili z ludźmi. Chciałabym wam podziękować za to, co tu dziś zrobiliście. Mamy namiary do was, gdybyśmy chcieli ponownie się z wami skontaktować. A mnie można szukać w komendzie głównej policji, gdybyście chcieli ze mną porozmawiać. Porucznik Dallas.

– Możemy już iść? – spytał Lansing.

– Tak.

– No to jak z tym piwem?

Brolin uśmiechnął się blado.

– Co powiesz na dwa piwa?

– Pierwszą kolejkę ja stawiam. – Lansing wstał. – Ludzie przychodzą tutaj, żeby nacieszyć się parkiem, żeby pokazać dzieciom coś ciekawego. Albo, jak tamta dziewczyna, dla przyjemności. Miło było na nią patrzeć. A teraz… – Urwał i pokręcił głową. – Tak, ja stawiam pierwszą kolejkę.

Kiedy się oddalili, do środka weszli mężczyzna i kobieta z plakietkami „Ochrona” na smyczach na szyi.

– Porucznik Dallas, nazywam się Carly Deen, zajmuję się ochroną lodowiska. A to jest Paul Spicher. Czy możemy jeszcze jakoś pomóc?

– Kto jest szefem ochrony?

– Ja. – Carly, mierząca nie więcej niż metr sześćdziesiąt i ważąca ze czterdzieści pięć kilo, wyprostowała się. – Ludzie zakładają, że jest nim Paul. A on jest mięśniakiem. – Powiedziała to żartobliwie, siląc się na uśmiech.

– Rozumiem. Będziemy musieli zamknąć lodowisko na jakiś czas.

– Już się tym zajęliśmy. Dziennikarze ciągle dzwonią, więc nagraliśmy komunikat: „Lodowisko nieczynne do odwołania”. Jednemu z nich udało się zdobyć mój prywatny numer, ale zablokowałam telefon.

– Dalej tak trzymać. Proszę dopilnować, żeby nikt z pracowników nie wchodził na lodowisko, dopóki nie obejrzą go technicy kryminalistyki. Będą tutaj niebawem. Czy znaliście ofiary?

– Tak, Ellissę. Ellissę Wyman. W sezonie przychodzi tu niemal codziennie. Zamierzała się dostać do rewii na lodzie. – Carly uniosła ręce, a po chwili je opuściła. – Była bardzo miła. Sympatyczna. Czasami przyprowadzała też młodszą siostrę.

– Znałem trochę pana Michaelsona – dodał Paul.

Drugą ofiarę, pomyślała Eve. Brent Michaelson, lekarz, sześćdziesiąt trzy lata, rozwiedziony, jedno dziecko.

– Stąd?

– Lubił jeździć na lodzie, przychodził tu co drugi wtorek po południu. Nie jeździł tak dobrze, jak Ellissa, ale to stały bywalec. Od czasu do czasu przyprowadzał swoje wnuki – wieczorem albo w soboty. Po południu lubił przychodzić sam. Drugiego mężczyzny wcześniej tu nigdy nie widziałem.

Paul spojrzał w stronę biura.

– Tego, którego żona jest w moim gabinecie – dodała Carly. – Jest z nią pani partnerka. Dobrze sobie radzi. Czy możemy jeszcze jakoś pomóc, pani porucznik?

– Proszę nam pozwolić przez jakiś czas korzystać z pani gabinetu.

– Jest do państwa dyspozycji tak długo, jak będzie potrzebny.

– Jestem pewna, że moja partnerka już o to pytała, ale ja też zapytam. Czy zauważyli państwo kogoś, kto się tu kręcił, jeździł na łyżwach albo przyglądał się łyżwiarzom i okazywał szczególne zainteresowanie Ellissą albo Brentem Michaelsonem?

– Nie. Dużo osób zostaje dłużej, kiedy jeździ Ellissa. I paru chłopaków zalecało się do niej. Ale się nie narzucali. Mamy oczy otwarte – ciągnęła Carly. – To spokojne miejsce. Czasem dochodzi do jakichś przepychanek, lecz na ogół ludzie jedynie wpadają na siebie na lodzie.

– Bardziej niespokojnie jest wieczorami, chociaż nawet wtedy… – Paul wzruszył ramionami. – Wszędzie trafi się jakiś dupek, który wszczyna bójkę. Proszę mi wybaczyć tego dupka – dodał.

– Rzadko bywa mi przykro z powodu dupków – stwierdziła Eve. – Będziemy w kontakcie. Radzę waszemu szefostwu, żeby skonsultowało z rzecznikiem prasowym policji oświadczenie dla mediów. Chodzi o treść oświadczenia.

– Szefostwo boi się procesów w sądzie.

– To dla nich typowe – powiedziała Eve, kierując się w stronę gabinetu.

W środku jakaś kobieta tuż po trzydziestce siedziała na składanym krześle, a po obu jej stronach stali jakaś kobieta i mężczyzna. Obejmowali ją, a Peabody przykucnęła przed nią i coś cicho mówiła.

Kiedy weszła Eve, Peabody ujęła dłoń siedzącej.

– Jenny, to porucznik Dallas.

Jenny spojrzała na nią zdruzgotanym wzrokiem.

– Widzieliśmy film. Alanowi bardzo się podobał. Wygląda pani zupełnie jak na filmie. Znaczy się jak aktorka, która panią grała. Nie wiem, co robić.

– Przykro mi z powodu poniesionej przez panią straty, pani Markum. Wiem, że detektyw Peabody już z panią rozmawiała. Gdyby mogła mi pani poświęcić jeszcze kilka minut.

– Jeździliśmy na łyżwach. Fatalnie jeździmy oboje. Wygłupialiśmy się. Wspólnie spędziliśmy cały dzień, zamierzaliśmy też razem spędzić wieczór. To nasza rocznica. Dziś minęło pięć lat.

Wtuliła twarz w ramię mężczyzny.

– Tutaj umówili się po raz pierwszy. – Odchrząknął. Mówił z lekkim irlandzkim akcentem, co przywiodło Eve na myśl Roarke’a. – Nazywam się Liam O’Dell, jestem ojcem Jenny. A to Katie Hollis, jej matka.

– To był mój pomysł, żeby tu przyjść. Chciałam, żebyśmy zrobili to samo, co podczas naszej pierwszej randki. To był mój pomysł, żeby pojeździć na łyżwach, tak jak wtedy. Oboje wzięliśmy wolny dzień w pracy. Po ślizgawce mieliśmy się wybrać na pizzę, tak jak na naszej pierwszej randce. I w pizzerii zamierzałam mu powiedzieć, dlaczego nie piję wina, chociaż wtedy piłam. Chciałam mu powiedzieć, że jestem w ciąży.

– Och. Och, skarbie. – Matka przyciągnęła ją do siebie. Gdy się tuliły, wstrząsały nimi dreszcze. – Och, mój skarbie.

– Zamierzałam mu powiedzieć, a potem mieliśmy powiedzieć tobie i tacie. I rodzicom Alana. Ale dziś chcieliśmy cały dzień spędzić razem.

Eve ukucnęła, tak jak Peabody, żeby móc spojrzeć kobiecie prosto w oczy.

– Jenny, kto jeszcze wiedział, że będziecie tu dzisiaj?

– Sherry, moja przyjaciółka. I chyba jej facet, Charlie. Są naszymi przyjaciółmi. Powiedziałam też mamie. Właściwie podjęliśmy decyzję dwa dni temu. Nalegałam, żeby tu przyjść, kiedy zrobiłam próbę ciążową i okazało się, że wynik jest dodatni.

– Czy Alan miał jakichś wrogów, czy miał z kimś jakieś zatargi?

– Nie. Nie. Detektyw Peabody już o to pytała. Wszyscy lubili Alana. Jest nauczycielem. Oboje jesteśmy nauczycielami. Pomagał trenerowi piłki nożnej i pracował jako wolontariusz w schronisku dla bezdomnych. Wszyscy go lubili. Dlaczego ktoś miałby go skrzywdzić? Dlaczego?

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby to ustalić. Może pani o każdej porze kontaktować się ze mną albo z detektyw Peabody.

– Nie wiem, co robić.

– Powinnaś pojechać do swojej mamy. – Liam nachylił się i pocałował ją w głowę. – Jedź z mamą do jej domu.

– Tato…

– Ja też tam przyjadę. Będę z wami. – Spojrzał nad jej głową na Kate, która skinęła mu, zapłakana. – Jedź z mamą, kochanie, ja do was dołączę.

– Peabody.

– Proszę ze mną. Radiowóz odwiezie panie do domu.

Kiedy Peabody wyprowadzała obie kobiety, Liam nie ruszył się z miejsca.

– Widzi pani, jesteśmy rozwiedzeni, Kate ponownie wyszła za mąż. Osiem lat temu. A może dziewięć? – Pokręcił głową. – Ale takie rzeczy nie mają teraz najmniejszego znaczenia, prawda? – Wstał i znów odchrząknął. – Dobry był z niego chłopak, z tego naszego Alana. Dobry, odpowiedzialny chłopak. Całym sercem kochał moją córkę. Znajdzie pani tego, kto go jej zabrał, kto odebrał go Jenny i dziecku, które nosi?

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy.

– Ja też widziałem film i czytałem książkę o sprawie Icove’ów. Wiem, że odkryje pani, kto odebrał życie temu dobremu, młodemu człowiekowi.

Z oczami pełnymi łez wybiegł z pokoju.

Eve siedziała przez chwilę, żeby odsunąć od siebie niemal namacalną rozpacz, obecną w pomieszczeniu. Potem wyjęła telefon.

– Lowenbaum. – Był dowódcą jednostki specjalnej policji, najlepszym, jakiego znała. – Chciałabym z tobą coś przekonsultować.

– Dotarły do mnie pogłoski o tym, co się wydarzyło w Central Parku.

– Potwierdzam je. Potrzebna mi opinia eksperta.

– I pomyśleć, że zamierzałem iść do domu. Mogę być na lodowisku za…

– Nie, nie na lodowisku, przynajmniej jeszcze nie teraz. Mam zapisy z kamer monitoringu, chcę je obejrzeć na dobrym sprzęcie. Mieszkam niedaleko stąd. Możesz do mnie wpaść?

– Do pałacu Dallas?

– Ugryź mnie, Lowenbaum.

Roześmiał się smutno.

– Tak, mogę do ciebie wpaść. – Spoważniał. – Mam różne dane, jeśli chodzi o liczbę ofiar.

– Trzy. I według mnie mogłoby być ich znacznie więcej.

– Jeśli może ich być więcej, to zwykle będzie.

– Dlatego chcę to z tobą przekonsultować. Uważam, że może być więcej ofiar. Muszę poinformować rodziny zabitych. Czy możemy się umówić u mnie za godzinę?

– Jasne.

– Z góry dziękuję.

Rozłączyła się akurat wtedy, kiedy weszła Peabody.

– Chcę, żebyś pojechała do szpitala albo zadzwoniła i sprawdziła, czy chłopczyk ze złamaną nogą i jego rodzice wciąż tam są. Jedź na oddział, gdzie teraz przebywają. Ustal, co widzieli, sporządź raport. Ja zajmę się informowaniem krewnych ofiar.

– Wciąż ściągam zapisy z kamer monitoringu. To duży park.

– Każ przesłać filmy na mój komputer w komendzie i w domu. Zaczniemy od sektorów na wschód od lodowiska. Każ też przesłać całość na swój komputer w domu i w pracy. Chcę, żebyś popatrzyła na zapisy… Poproś McNaba, żeby także je obejrzał. Zaznacz wszystko, co wyda ci się szczególne. Jeśli zabójca działał na terenie parku, będzie miał jakąś torbę albo futerał.

– Jeśli?

Eve wyszła z gabinetu, rozejrzała się po pustej szatni.

– Bo założę się, że strzały padły spoza parku. Poszukamy budynków z oknami wychodzącymi na zachód, poczynając od Szóstej Alei, i będziemy się posuwać na wschód, póki Lowenbaum nie powie „stop”.

– Lowenbaum?

– Wpadnie do mnie, żeby to przekonsultować. Chcę obejrzeć zapisy z kamer na lodowisku w domu, korzystając ze sprzętu, który nie stawia mi oporu.

– Lowenbaum. Jest taki słodki. – Widząc surowe spojrzenie Eve, Peabody się zgarbiła. – Jestem z McNabem, ale to nie znaczy, że jestem ślepa i nie widzę, gdy ktoś jest słodki. Musisz przyznać, że jest bardzo słodki.

– Słodkie mogą być pieski albo małe dzieci, jeśli ktoś czuje słabość do piesków i małych dzieci. Ale przyznaję, że jest niczego sobie.

– Absolutnie. Postaram się o te zapisy kamer i spróbuję wyciągnąć coś nowego od dzieciaka i jego rodziców. – Mówiąc to, Peabody zaczęła się owijać szalikiem. – Będziemy musiały przebrnąć przez całe morze oświadczeń świadków.

– Zapoznaj się z pierwszą dziesiątką, ja przeczytam pozostałe. Przekonajmy się, czy te trzy osoby wiąże ze sobą coś poza tym, że akurat dziś wybrały się na ślizgawkę. Miejmy nadzieję, że coś znajdziemy. Jeśli to zupełnie przypadkowe ofiary, nie wróży to dobrze na przyszłość.

Wyszedłszy z gabinetu, Eve spojrzała na wschód, nad głowami techników kryminalistyki, zajętych zabezpieczaniem śladów.

I znów pomyślała: nie wróży to nic dobrego na przyszłość.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Table of Contents

Prolog

Rozdział 1

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Uczeń i śmierć Ukryta śmierć Psychoza i śmierć Niewdzięczność i śmierć Wyrachowanie i śmierć Święta ze śmiercią 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej