Mój pierwszy bal

Mój pierwszy bal

Autorzy: zbiorowe Opracowanie

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 16.00 zł

Cudowne i straszne wspomnienia pierwszego dorosłego balu autorstwa uwielbianych przez młodzież pisarzy!

Wspaniałe kreacje, niezapomniane przeżycia, wielkie nadzieje – pierwsze dorosłe szkolne bale zawsze budzą wiele emocji. Jednak dla niektórych bywają także rozczarowaniem lub nawet katastrofą.

Dwudziestu popularnych amerykańskich pisarzy na czele z kochanym przez nastolatki Johnem Greenem opisuje to jedyne w swoim rodzaju wydarzenie. Jest to niezwykły zbiór opowiadań, z których każde zaskoczy, wzruszy, a nawet przerazi czytelnika.

Być może dla niejednej z czytelniczek książka stanie się inspiracją, może dla niektórych będzie przestrogą przed popełnieniem nieodwracalnych w skutkach błędów.

Autorzy opowiadań:

Jodi Lynn Anderson • Holly Black • Libba Bray • Rachel Cohn • Elizabeth Craft • Melissa de la Cruz • Daniel Ehrenhaft • Aimee Friedman • John Green • Brent Hartinger • Will Leitch • David Levithan • E. Lockhart • Leslie Margolis • Billy Merrell • Sarah Mlynowski • Lisa Ann Sandell • Ned Vizzini • Cecily von Ziegesar • Adrienne Maria Vrettos • Jacqueline Woodson

Tytuł oryginału: 21 Proms

Redakcja: Ewa Mościcka

Korekta: Agnieszka Baran

Skład i łamanie: Alinea

Opracowanie typograficzne polskiej wersji okładki: Magdalena Zawadzka/ Aureusart

Copyright © 2018 by Scholastic Inc. All rights reserved.

“You Are a Prom Queen. Dance Dance Dance” Copyright © 2007 by Elizabeth Craft

“All She Wants” Copyright © 2007 by Cecily von Ziegesar

“In Vodka Veritas” Copyright © 2007 by Holly Black

“Your Big Night” Copyright © 2007 by Sarah Mlynowski

“Off Like a Prom Dress” Copyright © 2007 by Billy Merrell

“Mom called, she says you have to go to prom” Copyright © 2007 by Adrienne Maria Vrettos

“Better Be Good to Me” Copyright © 2007 by Daniel Ehrenhaft

“Three Fates” Copyright © 2007 by Aimee Friedman

“The Question: A Play in One Act” Copyright © 2007 by Brent Hartinger

“Shutter” Copyright © 2007 by Will Leitch

“How I Wrote to Toby” Copyright © 2007 by E. Lockhart

“A Six-pack of Bud, a Fifth of Whiskey, and Me” Copyright © 2007 by Melissa de la Cruz

“Primate the Prom” Copyright © 2007 by Libba Bray

“Apology #1” Copyright © 2007 by Ned Vizzini

“See Me” Copyright © 2007 by Lisa Ann Sandell

“Prom for Fat Girls” Copyright © 2007 by Rachel Cohn

“Chicken” Copyright © 2007 by Jodi Lynn Anderson

“The Backup Date” Copyright © 2007 by Leslie Margolis

“Lost Sometimes” Copyright © 2007 by David Levithan

“The Great American Morp” Copyright © 2007 by John Green

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-669-7 (e-book)

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Elizabeth Craft

Jesteś królową balu. Tańcz

Cecily von Ziegesar

Tylko tego chce

Holly Black

In vodka veritas

Sarah Mlynowski

Twój wielki wieczór

Billy Merrell

Gorączka przedbalowa

Adrienne Maria Vrettos

„Dzwoniła mama i powiedziała, że musisz iść na bal”

Daniel Ehrenhaft

Lepiej bądź dla mnie dobry

Aimee Friedman

Trzy dary losu

Brent Hartinger Pytanie. Dramat w jednym akcie

Will Leitch

Migawka

E. Lockhart

Jak napisałam do Toby’ego

Melissa de la Cruz

Sześciopak piwa, butelka whisky i ja

Libba Bray

Naczelne na balu

Ned Vizzini

Przeprosiny #1

Lisa Ann Sandell

Zobaczcie mnie

Rachel Cohn

Bal dla grubasek

Jodi Lynn Anderson

Kurczak

Leslie Margolis

Zastępcza partnerka

David Levithan

Zagubiony

John Green

Wielki amerykański antybal

Galeria autorska

O organizacji Advocates for Youth

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Elizabeth Craft

Jesteś królową balu. Tańcz

Nienawidzę mojej sukienki (w jasnoniebieskim kolorze). Nienawidzę szpilek (srebrnych). Nienawidzę stanika z fiszbinami Chantelle w rozmiarze 70D (cielistego), który wmusiły we mnie mama i ekspedientka z Neiman Marcus, żeby pasował do wyżej wymienionej znienawidzonej sukienki i znienawidzonych pantofli. Ubrana w te trzy rzeczy stoję przy stole z zakąskami w Liceum Publicznym numer 182, w wieczór balu ostatnich klas, którego motywem przewodnim jest Mardi Gras1.

A przez cały ten czas Emilie Lang, moja najlepsza przyjaciółka, która ma prawie metr osiemdziesiąt wzrostu i kondycję zdobytą w ciągu czterech lat grania w koszykówkę, tak mocna ściska mnie za rękę, że za chwilę zrobi mi się w tym miejscu siniak. Ale nic nie szkodzi. Dzięki bólowi nie myślę o nienawiści.

– On tańczy z Madison Trimabali – jęczy Emilie.

– Tak?

Od połowy drugiej klasy ma obsesję na jego punkcie. Wtedy to, jak twierdzi, zaiskrzyło między nimi, gdy wchodzili do auli, w której miał się odbyć apel o niebezpieczeństwie grożącym tym, którzy siadają za kółkiem „pod wpływem”. Spojrzałam w stronę kręcących się czarnych smokingów i pastelowych satynowych sukienek, usiłując zlokalizować Madison w jaskrawopomarańczowej kreacji bez ramiączek.

– Jeżeli Trevor nie poprosi mnie do tańca, to przysięgam, że się zabiję. – Emilie unosi palec dla podkreślenia, że poważnie myśli o samobójstwie.

– Mam jeszcze pół buteleczki kodeiny z czasów, gdy wyrywałam ząb mądrości – powiedziałam. – To i butelka jacka danielsa z barku twojego taty sprawią, że przynajmniej zapadniesz w śpiączkę.

Emilie patrzy na mnie. Jasnoniebieskie pasmo w blond włosach gryzie się z jej niebieskawozieloną koronkową górą sukienki.

– Dlaczego ja ciebie lubię? – pyta.

W jej głosie nie słyszę krytyki, lecz szczere zdumienie.

– Bo mam u siebie TiVo – przypominam jej. – I w ten weekend tato daje mi samochód.

– No tak. – Kiwa głową. Nasza przyjaźń wraca na normalne tory. Osoba z mniejszą niż ja obsesją na punkcie odtwarzacza TiVo mogłaby poczuć się urażona, lecz my z Emilie rozumiemy się doskonale.

W każdym razie dotąd tak było. Zanim naszedł czas balu i Emilie postanowiła, że skoro to nasz ostatni rok w szkole, musimy w nim uczestniczyć. Widocznie kontestowanie takich tradycji jak bal czy rozgrywki koszykówki są możliwe tylko do pewnych granic. Teraz, gdy jest coraz bliżej końca roku, Emilie uznała, że trzeba „przeżyć to doświadczenie”, jeśli się chce mieć wspomnienia z liceum. Próbowałam przekonać ją, że takie rozpaczliwe próby stworzenia wspomnień poprzez branie udziału w kompletnie dla nas obcych wydarzeniach mijają się z celem. Lecz ona się uparła, a ja jako jej najlepsza przyjaciółka poczułam się w obowiązku ją wesprzeć.

– Mam nieświeży oddech – mówi Emilie, podnosząc głos. – Prawda? – Pochyla się i chucha mi w twarz.

– Wcale nie – odpowiadam. – Całkiem świeży. – Co jest kłamstwem. Faktycznie, zionie jej z ust, ale prawda mogłaby wywołać u niej atak histerii.

– Poszukam Gavina – oznajmia Emilie, mając na myśli partnera, z którym przyszła na bal. – Zmuszę go, żeby poprosił mnie do tańca, i podprowadzę blisko Trevora.

Mam ochotę powiedzieć, że tańczenie blisko ukochanego chłopaka jest żałosne, ale tak jak w przypadku nieświeżego oddechu postanawiam tego nie robić.

– Podprowadź go do Trevora i sprawdź.

Mój partner, Adam Edwardson, też zniknął. Piętnaście minut temu wysłałam go do automatu z napojami, który stoi przy szatni chłopców, po napój fresca. Spróbowałam ponczu przygotowanego przez komitet organizacyjny balu, ale nie znoszę ponczu, bo są w nim różne rodzaje wysokoprocentowych napojów alkoholowych, a fresca jest bardzo orzeźwiająca. A może Adam skorzystał z okazji i zwiał z balu? Pewnie rano wyśle mi esemesa z przeprosinami.

– Życz mi szczęścia. – Emilie ściska mnie za rękę, po czym krokiem chodziarza idzie w stronę tłumu uczniów z zamiarem odnalezienia Gavina, który pewnie zdążył upić się ponczem i nie ma pojęcia, że jest jedynie pionkiem w makiawelicznym planie mojej najlepszej przyjaciółki.

Podchodzę do stołu z przekąskami i wkładam sobie do ust garść chipsów Lay’s. Są w misce stojącej obok king cake, tradycyjnego drożdżowego ciasta, pieczonego na Mardi Gras. Zbyt późno przypomniałam sobie, że nie znoszę lay’sów. Nie dość że są tłuste, to jeszcze drobne kawałki wciskają się między zęby i pewnie przez dwa lub trzy tygodnie będę je usuwała nitką dentystyczną. Ale nie jestem wybredna.

Za to należę do osób, które zwalniają na widok wypadku samochodowego. Instynkt zmusza mnie do odwrócenia się w stronę parkietu. Emilie i Gavin tańczą do piosenki Norah Jones, granej przez wynajęty zespół. Zgodnie z obietnicą Emilie delikatnie, lecz zdecydowanie kieruje Gavina w stronę Trevora i Madison. Ciekawe, czy zauważyła, jak się obściskują.

Nagle wyczuwam czyjąś obecność za plecami. Pewnie to seryjny morderca, który wpadł na bal, chcąc skrócić moje cierpienia. Niestety, to Adam Edwardson, lekko spocony, z puszką freski w ręku.

– Przepraszam, że to tak długo trwało – mówi zdyszanym głosem. – W automatach była tylko pepsi, musiałem więc pobiec do 7-Eleven – dodaje z błyskiem triumfu w oczach, po czym wręcza mi puszkę.

– Dzięki. – Czuję się zaskoczona, że zadał sobie tyle trudu. To naprawdę wielki wyczyn pognać do sklepu w smokingu. Nie znoszę, gdy ludzie robią coś wyjątkowego. Onieśmiela mnie to i przyprawia o mdłości.

Ale Adam nie jest zwykłym chłopakiem. To typ prymusa. Lubi się uczyć, więc można by go nazwać kujonem lub nudziarzem, lecz jest taki miły dla wszystkich, że wzbudza powszechną sympatię. Dlatego właśnie zaprosiłam go na bal.

– Ayla?

Moje imię dziwnie brzmi w jego ustach. Może dlatego, że wciąż jestem wstrząśnięta jego heroiczną wyprawą do sklepu.

– Tak? – Wypijam łyczek z puszki. Grejpfrutowa rozkosz spływa mi do gardła i wprawia w stan błogości.

– Chcesz zatańczyć? – Wypowiedziane cichym głosem słowa zlewają się ze sobą, ale wyczuwam w nich nutkę ciepła. Lata oglądania telewizji ze ściszonym dźwiękiem w trakcie odrabiania lekcji sprawiły, że słyszę takie niuanse.

– Nie musisz – odpowiadam. Kątem oka obserwuję Emilie i Gavina. Od Trevora i Madison dzieli ich tylko jedna para. Emilie wymachuje rękoma, kołysząc tyłkiem w stronę Trevora.

Przenoszę wzrok na zawieszony pod sufitem sali gimnastycznej baner z napisem „Let’s go raiders!2”, który ugina się pod ciężarem kolorowych serpentyn. Ten widok działa na mnie przygnębiająco. Nienawidzę serpentyn.

Adam też rozgląda się po sali, najwyraźniej w poszukiwaniu tematu do rozmowy. Wiem, że powinnam się wysilić i spytać choćby o ten wypad po freskę. Ale nie może mi to przejść przez gardło. Czuję, że każda próba spędzenia miło czasu uzasadniłaby przekonanie Emilie, że warto było przyjść na bal. Żeby naprawić złe wrażenie, podaję Adamowi puszkę.

Bierze ją i pociąga łyk. Jest w tym geście dziwna intymność. Ktoś mógłby pomyśleć, że jesteśmy parą. Nie cierpię par. Z tego, co wiem, udają zadowolone, ale tak naprawdę są nieszczęśliwe.

– To chodźmy zrobić sobie zdjęcie – proponuje Adam, oddając mi puszkę. Ma niezwykle czyste palce. Wyobrażam sobie, jak je szorował przed balem. – Będzie fajnie.

W drugim końcu sali gimnastycznej stoi kolejka par czekających, żeby sfotografować się na tle Bourbon Street. Na wypadek gdyby ktoś nie wiedział, że Mardi Gras jest tematem przewodnim, pani Gleason, która uczy historii Europy, stoi z przodu kolejki i wręcza każdemu sznur plastikowych koralików.

– Wolę nie wchodzić w ten cały temat karnawałowy – informuję Adama.

– Dlaczego? – Patrzy na mnie zaskoczony. Wyraz jego twarzy przypomina mi wyraz twarzy Emilie, gdy nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego mnie lubi.

– Z powodu huraganu Katrina – odpowiadam. – Nowy Orlean to teraz opuszczone miasto z osadzonymi na mieliźnie łodziami rybackimi, ruinami domów i porzuconymi samochodami. Jakoś mi z tym nie do śmiechu.

Adam wzrusza ramionami, a materiał pożyczonego smokingu napina się.

– No nie wiem. Myślałem, że to dobry pomysł.

Udaje mu się sprawić, że czuję się mała. Nie cierpię czuć się mała.

– Poza tym Mardi Gras oznacza tłusty wtorek, a dziś jest sobota.

– Fakt.

Uśmiecha się, a ja czuję się lepiej. Nie podoba mi się, że jego uśmiech poprawia mi humor, bo to oznacza, że jestem słaba i potrzebuję aprobaty innych.

– Jeszcze raz dzięki za freskę – mówię bez żadnego konkretnego powodu. – Jest bardzo orzeźwiająca.

Kiwa głową. Przez kilka chwil żadne z nas się nie odzywa. Obserwuję pary kręcące się po sali i po parkiecie, przystrojone sznurami korali, wolne od wszelkich trosk. Nie po raz pierwszy myślę, że ludzi powinno się dzielić na różne kategorie. Do jednej należy zaliczyć pedofilów, do drugiej królowe zjazdów absolwentów i kapitanów drużyn futbolowych, a do trzeciej geniuszy, którzy leczą raka lub poświęcają życie na rozgryzanie liczby pi. Nie wiem, do jakiej kategorii ja będę się zaliczała, ale chyba do żadnej występującej na tej sali.

– Na pewno nie chcesz zatańczyć? – pyta w końcu Adam.

– Na pewno – odpowiadam. – Wystarczy mi, że tu stoję.

Nie dodaję, że nie cierpię tańczyć. Chyba bardziej niż mojej sukienki, szpilek czy stanika z fiszbinami w rozmiarze 70D marki Chantelle. Bardziej niż balu.

– Nie będziesz miała nic przeciwko temu, jeżeli poproszę kogoś innego? – pyta Adam. – Skoro ty nie chcesz.

Pytanie zbija mnie z tropu. Ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałam, gdy poprosiłam Adama Edwardsona, aby poszedł ze mną na bal, była ta, że zostawi mnie i zacznie szukać partnerki do tańca. Podczas ćwiczeń z fizyki słyszałam, jak mówił, że nie przepada za tańcem. Wcale mnie to nie zdziwiło, biorąc pod uwagę fakt, że ma za długie nogi i nie lubi zwracać na siebie uwagi.

– Chcesz tańczyć? – Przyglądam mu się z uwagą w poszukiwaniu oznak, że mam przed sobą jedynie sobowtóra dawnego Adama Edwardsona.

– Przecież to bal – odpowiada. – A na balu się tańczy. – Uśmiecha się ponownie. – Nie dostałaś programu?

– Ale powiedziałeś, że nie tańczysz – przypominam mu. – Że nie masz poczucia rytmu i gdybyś miał wybierać między komisją lekarską a tańcem Electric Slide, wybrałbyś komisję lekarską.

Mierzy mnie wzrokiem.

– Pamiętasz, wszystko co każdy mówi, czy tylko to, co ja powiedziałem?

– Co każdy mówi. – To prawda. Zapamiętuję wszystkie rozmowy. Tata twierdzi, że to dar, ale myli się. To dość denerwujące.

– Ale ja nie proponowałem, żebyśmy tańczyli Electric Slide. Moglibyśmy wyjść na parkiet i posuwać się w przód i w tył. – Kołysze się lekko, żeby pokazać, o co mu chodzi.

– Aha. – Chcę coś odpowiedzieć, lecz dostrzegam sunącą ku nam Emilie.

– Wygląda na szczęśliwą – ocenia Adam, który również ją zauważył.

Ma rację. Nawet z tego miejsca widzę, że policzki jej płoną. I to mocniej niż róż, który kazała mi nałożyć pięć godzin temu.

– Tak – przyznaję.

– Czy to źle? – pyta.

– Dlaczego miałoby być źle?

– Ty mi powiedz.

Adam usiłuje wyciągnąć mnie na zwierzenia. Nienawidzę tego. Na szczęście Emilie dochodzi do nas, zanim Adam zdążył zadać kolejne osobiste pytanie na temat szczęścia.

– Gavin zwymiotował – oznajmia. – Ale nikt tego nie zauważył.

– Będzie miał co wspominać – mówię z ironią w głosie, lecz Emilie tego nie dostrzega. Pewnie dlatego, że nie tylko Gavin przesadził z ponczem.

– Trevor i ja nawiązaliśmy kontakt wzrokowy – informuje nas Emilie. – Coś wisi w powietrzu.

– Emilie kocha się w Trevorze – wyjaśniam Adamowi. Nieładnie byłoby pozostawiać go w nieświadomości.

– To dobry chłopak – zauważa, klepiąc Emilie w ramię. – Bylibyście ładną parą.

Po raz kolejny zaskakuje mnie jego życzliwe podejście do ludzi. Musi wiedzieć, że Trevor nie ma pojęcia o istnieniu Emilie, mimo to bez wahania staje po jej stronie. Nagle przychodzi mi do głowy pewien pomysł.

– Skoro Gavin nie jest w stanie, może wy zatańczycie razem – proponuję. – A ja sobie popatrzę.

Emilie kiwa głową, lecz Adam kręci przecząco swoją.

– Może powinnaś sprawdzić, jak on się czuje – mówi do Emilie. – Czy dalej rzyga, czy nie.

Emilie wzdycha.

– Byłoby wstrętnie z mojej strony, gdybym tego nie zrobiła, co?

Adam wzrusza ramionami, nie chcąc tego powiedzieć, ale tak myśli. Jestem w kropce. Nie cierpię być w kropce. Niemniej jednak nie mogę ich zmusić do tańczenia.

Emilie się uśmiecha.

– Gdy znowu mnie zobaczycie, będę w ramionach Trevora. Jestem tego pewna. – Odchodzi, kiwając się w takt piosenki Maroon 5, którą gra zespół. Podziwiam ją za to, że nie chce pogodzić się z rzeczywistością. Nigdy nie znajdzie się w ramionach Trevora. Jestem tego równie pewna, jak tego, że drugi raz nie włożę tych szpilek.

– Nie mów, że nie miałeś okazji – odzywam się, przerywając niezręczną ciszę, jaka zapadła po odejściu Emilie. – Próbowałam.

– Mogę cię o coś spytać? – Adam zawiesza głos, jakby czekał na moją zgodę, czuję jednak, że i tak zapyta, bez względu na moją odpowiedź.

– Pewnie. – Zastanawiam się, o co mu chodzi. To może być wszystko, od rozmiaru miseczek do mojej opinii na temat tego, jak rozwiązać problem głodu na świecie.

– Dlaczego zaprosiłaś mnie na bal? – Patrzy na mnie z wyrazem ciekawości w oczach i lekko uniesioną brwią.

– Bo jesteś miły i inteligentny i wiem, że nie miałeś partnerki – odpowiadam. Są też inne powody, ale nie musi ich znać.

– Bzdura.

– Słucham?

– Miły i inteligentny? – powtarza. – Tu chodzi o coś więcej.

– Nie miałam zamiaru iść na ten bal – przyznaję. – Ale Emilie bardzo chciała. Nie mogłam jej zostawić.

To dość osobiste wyznanie i czuję się niezręcznie. Nie cierpię czuć się niezręcznie, ale z Adamem to nawet interesujące. Jak eksperyment naukowy.

– Ale to nie wyjaśnia, dlaczego właśnie mnie zaprosiłaś – odpowiada. – Może wyjawisz ten sekret.

Patrzy na mnie, jakby wszystko wiedział. Jakby czytał mój nieistniejący pamiętnik albo znał moje myśli.

– Wątpię. – Chwytam za górną część znienawidzonej sukienki na cienkich ramiączkach, żeby przyciągnąć jego uwagę do miseczek w rozmiarze 70D i nakierować myśli w inną stronę.

– Znam cię lepiej, niż myślisz – ciągnie, najwyraźniej niezainteresowany moim dużym biustem. To brzmi jak wyzwanie, czy chciał tego, czy nie.

– Nie znasz mnie – odpowiadam. Mówiąc obrazowo, otaczam się przed światem szczelnym murem. Tak jest łatwiej.

– Wiem, że się boisz – mówi Adam. – Wiem, że ukrywasz się w bezpiecznej skorupie, udając, że nie obchodzi cię, co inni myślą, bo w głębi duszy uważasz, że nie spodoba im się to, co mogliby zobaczyć.

Serce zaczyna mi szybciej bić. Przytykam do ust puszkę z freską, ale jest już pusta. Spoglądam w dół, a potem w górę, na Adama. Otwieram usta, lecz nie jestem stanie wydobyć z siebie słowa.

Zostałam rozszyfrowana.

Adam korzysta z mojego słownego paraliżu.

– Wiem również, że gdybyś się otworzyła i pozwoliła się poznać, wszyscy byliby mile zaskoczeni – ciągnie. – Pomimo tego, że bardzo się starasz przekonać mnie i innych, że jesteś jedną wielką negacją, nie kupuję tego.

– Mylisz się – odpowiadam w końcu. – We wszystkim.

Adam patrzy na mnie, na jedną wielką negację, i sprawia wrażenie, jakby się nad czymś zastanawiał.

– Zamierzam teraz wyjść – mówi miłym tonem, jakby przekazywał prognozę pogody. – Bardzo chciałbym poznać prawdziwy powód, dla którego zaprosiłaś mnie na bal.

Nie protestuję. Po prostu z ulgą patrzę, jak odchodzi. Dla mnie bal dobiegł końca. Muszę tylko znaleźć Emilie i powiedzieć, że wychodzę. Zdążę jeszcze wrócić do domu i obejrzeć w telewizji Saturday Night Live.

Idę w stronę parkietu, gdzie wśród innych głów miga mi głowa Emilie. Mówię sobie, że dobrze, że pozbyłam się Adama i analitycznego demontażu mojej osobowości. Chcę być sama. Uwielbiam samotność. Przystaję na brzegu parkietu, żeby Emilie mnie zauważyła. Zapewne doprowadziła do porządku Gavina, który prawdopodobnie wzmocnił się ponczem.

Po chwili dostrzegam ją. Nie tańczy z Gavinem, lecz z Trevorem. Nie tylko tańczą, lecz także rozmawiają. On się uśmiecha, ona się śmieje. Nie wygląda to na pijany śmiech, ale na prawdziwy. Emilie zapewniała, że gdy znowu ją zobaczę, będzie w ramionach Trevora. Miała rację.

Tyle razy przekonywałam ją, żeby zapomniała o Trevorze, a ona tylko kręciła głową i odpowiadała, że nie wiem, o czym mówię.

Miała rację, a ja się myliłam.

A gdyby mnie posłuchała? Gdzie by teraz była? Znam odpowiedź. Siedziałybyśmy w moim pokoju z pizzą i oglądałybyśmy TiVo. Emily nie korzystałaby z życia, lecz ukrywała się.

Tak jak ja.

Ruszam do wyjścia. Nawet na szpilkach udaje mi się całkiem szybko dojść do drzwi sali gimnastycznej i wielkiego transparentu z napisem „Dziękujemy za przyjście na bal Mardi Gras”. Kątem oka dostrzegam stojącego przy wyjściu dyrektora Maughna ze sznurami korali w ręku, obserwującego pijanych uczniów. Mijam go, pcham ciężkie drzwi i wybiegam w ciepłą majową noc.

Parking wygląda jak morze samochodów i wynajętych limuzyn. Wiem, że nie znajdę Adama, ale idę dalej. Muszę. Nawet stąd słyszę dźwięki muzyki.

– Ayla? – Głos Adama dochodzi zza SUV-a z przyklejonym do zderzaka napisem „Go Raiders”. Wyłania się zza samochodu. W świetle latarni jego twarz wygląda blado, upiornie.

– Miałeś rację – mówię mu. – We wszystkim. – Uśmiecha się. Chyba nie jest zdziwiony moim widokiem, chociaż nie mam pewności. – Jestem gotowa powiedzieć ci, dlaczego cię zaprosiłam.

Zwykle nie mówię z takim wahaniem. Ale mam wyznać prawdę, która nie przechodzi łatwo przez gardło. Adam kiwa głową zachęcająco.

– Dlatego, że mówiłeś, że nie tańczysz – wyjaśniam. – Nie cierpię tańczyć. – Ale to kłamstwo. Przerywam, zmuszając się do wyznania prawdy. – Właściwie to boję się tego. Panicznie. Boję się, że wszyscy patrzą i myślą, że wyglądam jak idiotka. Nie byłabym w stanie przyjść na bal, gdybym musiała stanąć przed tym zespołem i… coś zrobić. Sądziłam, że będę przy tobie bezpieczna, że nie zechcesz tańczyć.

Zamyka oczy i oddycha głęboko, jakby delektował się tą chwilą.

– Wreszcie.

– To nie wszystko – dodaję. Słowa same płyną mi z ust. – Boję się wszystkiego. Gdzie usiąść w stołówce. Co powiedzieć w klasie. Boję się ludzi. – Biorę głęboki oddech. – Nie cierpię się bać.

– Więc przestań. – Adam wchodzi ze światła w ciemność, gdzie stoję. – Pomogę ci.

– Nie dasz rady.

– Dam.

Kręcę głową. To nie może być takie proste. Lecz on patrzy na mnie łagodnie – i chcę mu wierzyć. Chcę żyć.

– Jak?

– Weź mnie za ręce – mówi cicho. – Jesteś królową balu. Tańcz.

Wstrzymuję oddech. Każda komórka w moim ciele rwie się do ucieczki. Lecz powstrzymują mnie jego ciepłe, pełne życzliwości oczy. Z sali gimnastycznej dobiegają dźwięki bluesa zydeco. Wyobrażam sobie, jak Emilie uśmiecha się do Trevora.

– Nikt nas nie widzi – ciągnie Adam. – A ja zamknę oczy.

Wiem, że będę żałowała do końca życia, jeżeli tego nie zrobię. Wyciągam ręce, a Adam chwyta moje dłonie. Ma gładką, suchą skórę. Jej dotyk mnie uspokaja. Oddycham głęboko. Potrafię to zrobić. Damy radę.

Zaczynamy się kołysać. Poruszam biodrami, potem stopami. Zamykam oczy i myślę, że on też to robi. Wsłuchuję się w melodię i wyobrażam sobie, że jesteśmy na Bourbon Street, w samym środku zabawy karnawałowej. Otaczają nas tysiące ludzi i niektórzy patrzą na nas. Ale po raz pierwszy się nie boję.

Gdy muzyka cichnie i zaczyna się następny kawałek, wciąż trzymam Adama za ręce. Jestem wolna i chcę, żeby to trwało. To mój bal. Bardzo mi się podoba moja sukienka, buty i stanik Chantelle w rozmiarze 70D.

I pewnego dnia, być może, polubię również taniec.

Cecily von Ziegesar

Tylko tego chce

1. Na zimowe ferie mama, tata i Alex zostawiają Brooke, uczennicę trzeciej klasy liceum, z ospą wietrzną i wyjeżdżają na trzy tygodnie do Kauai na Hawajach. Miłego pobytu. Brooke ma obsesję na punkcie Netflixa, a jeszcze większą na punkcie aktorki Molly Ringwald, bo uważa, że są do siebie podobne. Tylko że Brooke ma duże niebieskie oczy, proste jasne włosy i prawdopodobnie jest niższa, ale równie niezdarna jak Molly. Może w ogóle nie są do siebie podobne, mimo to Brooke nadal ma obsesję na jej punkcie i ogląda seriale z jej udziałem: Szesnaście świeczek, Dziewczyna w różowej sukience i Klub winowajców. Podobnie jak Molly w filmach Brooke nigdy nie miała chłopaka. Nie chodzi jak Molly do dużego liceum publicznego ze szkolnymi autobusami, szafkami i stołówką. Mieszka na Manhattanie i musi nosić kilt do szkoły, a szkolna stołówka wygląda jak restauracja w austriackich Alpach, z wyściełanymi drewnianymi fotelami, serwetkami, bagietkami i serem Brie. W serialu Dziewczyna w różowej sukience Andie siedzi przy stoliku z Duckie, swoją przyjaciółką, w ogromnej, zatłoczonej stołówce, popija przez słomkę dietetyczny napój gazowany i rozprawia o szkolnym balu. Szkoła Brooke nosi imię świętej Agnieszki, patronki dziewic, i nie serwuje napojów gazowanych ani nie organizuje balu.

2. Nie o to chodzi, że nie ma przyjaciół, ale o to, że wszyscy wyjechali. Jeżdżą na snowboardzie w Zermatt lub opalają się w St. Bart. Katherine, jej najlepsza przyjaciółka, jest w Namibii na safari. Obserwuje zwierzęta przez lornetkę i flirtuje z przewodnikiem, którym przechwala się w e-mailach. Wygląda na to, że jest „wyposażony jak zebra”, co każe się Brooke zastanowić, skąd Katherine to wie, skoro jest jeszcze większą dziewicą od niej. Poza tym zajrzała do Encyklopedii National Geographic taty i sprawdziła, że zebry mają małe przyrodzenie, jak kucyki szetlandzkie, więc może nie ma się czym przechwalać. Ciekawe, ile lat miała Molly Ringwald, gdy straciła dziewictwo. Czy była dziewicą, gdy grała Andie w Dziewczynie w różowej sukience? Wydaje się w tym serialu bardziej agresywna niż jako Samantha w Szesnastu świeczkach. Gdy jest Claire w Klubie winowajców, sprawia wrażenie zdezorientowanej, co miałoby sens. Na początku była dziewicą – Szesnaście świeczek – potem myślała o tym, żeby stracić dziewictwo – Klub winowajców – a potem je straciła – Dziewczyna w różowej sukience. A może jest po prostu wspaniałą aktorką, co rozumie się samo przez się.

3. Brooke strasznie się nudzi. Zrobiłaby wszystko, żeby się nie nudzić. Pod nieobecność rodziców mieszka z nią gosposia Ana, która woli oglądać powtórki teleturnieju Praktykant i jeść herbatniki Triscuits z serem w sprayu, niż grać z Brooke w kierki. Poza tym Brooke ma szesnaście lat i może sama się bawić. Oczywiście jest uwiązana w domu przez chorobę, ale budynek w dzielnicy Central Park West, w którym mieszka, jest na tyle duży, żeby znaleźć sobie kogoś do towarzystwa. Na przykład chłopca z lokalu 1C. Mama zawsze narzeka na lokatorów z parteru, gdzie znajdują się mieszkania komunalne. Może jego rodzice nie mają dość pieniędzy, żeby wyjechać na narty do Szwajcarii. Pewnie mają choinkę z prezentami pod drzewkiem. Jego szkoła też pewnie nie organizuje balu, tak jak większość szkół w mieście. Może zechce przyjść na jej bal.

4. Puka do drzwi mieszkania 1C, na wprost których znajduje się wejście do pralni. Nie miała pojęcia, że w budynku jest pralnia, bo mają własną pralkosuszarkę w kuchni. Co prawda nigdy z niej nie korzystała, bo to Ana robi pranie. Dwa razy w tygodniu ubrania pojawiają się w szufladach, starannie złożone i pachnące czystością.

Drrring. Dzwonek wydaje dźwięk taki sam jak ten szkolny ogłaszający koniec lekcji. Drzwi otwiera niezwykle gruba kobieta ubrana w coś, co przypomina sukienkę, ale równie dobrze mogłoby być szlafrokiem. Kaftan. Jest czarna, obszyta srebrną lamówką i na pewno nie pochodzi od Caroliny Herrery.

– Ty do syna? – pyta kobieta z wyraźnym słowiańskim akcentem, marszcząc mięsiste usta okolone wąsami. – Okropny z niego leń. Cały dzień słucha iPoda.

Brooke nie wie, co powiedzieć, bo cały ranek oglądała Dziewczynę w różowej sukience, zastanawiając się, czy farba do włosów, którą zamówiła przez internet, żeby upodobnić się do Molly w roli Andie, nada jej jasnobrązowym włosom kolor fuksji.

– Pomyślałam, że może chciałby przyjść do mnie na górę – mówi śmiało. – Byłam chora i nie mogę jeszcze wychodzić z domu.

Kobieta znika w wąskim korytarzu, zostawiając Brooke przed otwartymi drzwiami. W mieszkaniu pachnie gotowaną soczewicą. Chłopak idzie korytarzem w jej stronę. Ma ciemniejszą skórę i jest niższy, niż go zapamiętała, ale w jego oczach widzi wesołe ogniki, które tak jej się spodobały. Nie będzie czuła się przy nim onieśmielona.

– Cześć – mówi chłopak. – Jestem Taylor. – Śmieje się, jakby wiedział, że ma głupie imię. Rodzice nazwali go tak, żeby pasował do środowiska.

Brooke się uśmiecha.

– Chcesz coś porobić?

5. W windzie nie rozmawiają ze sobą, lecz ona nie może przestać się uśmiechać. Nie przejmuje się nawet tym, że ma krosty na twarzy i rękach. Właściwie to ma krosty na całym ciele, ale pod dżinsami i białym golfem od J. Crew nie można ich zobaczyć. Za to na pewno widać, że jest podobna do Molly Ringwald, a krosty w końcu znikną. Siadają w jej pokoju na podłodze, opierając się plecami o kanapę, jedzą pringlesy, piją piwo imbirowe i oglądają Klub winowajców. On wydaje najgłośniejsze odgłosy chrupania, jakie w życiu słyszała. Kiedy Molly całuje Judda Nelsona i daje mu brylantowy kolczyk, Brooke przysuwa się do Taylora i zaczynają się całować. Potem zdejmuje golf. Nigdy nie posunęła się tak daleko z chłopakiem. Tak naprawdę całowała się tylko raz, na obozie na Pokomoonshine w górach Adirondack, dokąd jeździ od czterech lat. Tego lata była najstarsza. Całowanie się z Taylorem to jak oglądanie najlepszego filmu z Molly. Chłopak ma zarost na brodzie, co czyni go bardziej męskim od Gary’ego z obozu, i nie kładzie jej ręki na swoim kroczu jak Adam, z którym Gary dzielił piętrowe łóżko. Taylor czeka, aż sama ją tam położy. Nie robi tego, bo przecież ledwie go zna. Poza tym jest dopiero jedenasta, a taka czynność bardziej pasuje na wieczór. Ma wrażenie, że Taylor całował dotąd niewiele dziewcząt, ale żadnej podobnej do Molly.

– Możesz przyjść później? – pyta Brooke, po czym ziewa jak Molly, udając, że nie jest nim zainteresowana. – Na przykład wieczorem, o ósmej?

6. Całe popołudnie spędza w garderobie rodziców, przymierzając sukienki mamy i czując się jak lalka Edith z jej ulubionej dziecięcej książeczki Samotna lalka. Na szczęście nie mieszka z panem Misiem, który spuściłby jej lanie, gdyby przyłapał ją na przymierzaniu boskiej sukni mamy od Caroliny Herrery za siedem tysięcy dolarów. Mama miała ją na sobie przed dwoma laty na gali Instytutu Strojów w Metropolitan Museum of Art. Jest niebieska, lecz gdyby dokładniej określić kolor, nazwałaby go egejskim błękitem, bo przypomina greckie morze o zachodzie słońca, gdy powietrze pachnie dojrzałymi oliwkami. Brooke wyobraża sobie, jak Taylor dotyka sukni, ale nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak ją z niej zdejmuje, nie rozrywając, bo ma około czterdziestu małych haftek w górnej części. Musiałaby sama ją zdjąć.

7. Taylor wciska dzwonek o 19:54, dając tym do zrozumienia, że jest nią zainteresowany. Gosposia Ana otwiera drzwi, bo Brooke miesza poncz w swoim pokoju. Słyszy skrzypienie jego tenisówek na świeżo wywoskowanej podłodze. Z odtwarzacza dochodzą dźwięki Slave to Love Bryana Ferry’ego z płyty Absolutely 80s. Puszcza ją nieustannie.

Taylor puka do drzwi. Brooke przygasza światło, po czym otwiera. Chłopak nie ma bukiecika, czy czegoś w tym rodzaju. Nawet się nie przebrał. Brooke stara się ukryć rozczarowanie. Zrobiłby to, gdyby wiedział, ale skąd miał wiedzieć?

Brooke unosi suknię, która jest o rozmiar lub dwa za duża.

– Nic nie mów. Wiem, że to trochę dziwne, ale udaję, że jesteśmy na szkolnym balu. – Szyja, ramiona i ręce są odkryte, ale krosty nie wyglądają źle w półmroku.

Zamyka za nim drzwi, żeby wścibska gosposia ich nie szpiegowała. Łóżko, przykryte piękną, białą narzutą z Tocca Home z marszczonej, bawełnianej tkaniny, obszytej koronką, wygląda ładnie. Brooke siada na nim. Na szafce stoi kryształowa misa do ponczu, w której tańczą wisienki. Napełniła ją piwem imbirowym, veuve clicquot, dżinem Tanqueray i sokiem jabłkowym. Nalewa koktajl do kieliszka i wypija duszkiem. Pomyślała, że gdy zrobi się ciemno, będzie inaczej. Będzie mogła udawać, że od dawna się znają i to jest ta noc. Ale Taylor tylko stoi w tych idiotycznych levisach, ohydnej rozpinanej koszuli i jeszcze ohydniejszych białych skórzanych tenisówkach do koszykówki. Wygląda jak Emilio Estevez. Fuj!

– A w ogóle to w której jesteś klasie? – pyta go, oblizując wargi kusząco i jakby z rezerwą, podobnie jak Molly.

– W dziesiątej – odpowiada, krzyżując ramiona na piersi.

„Zupełnie tu nie pasuje”, myśli Brooke.

– Moi rodzice niedługo wrócą do domu – mówi, wzruszając ramionami. – Mój brat dostał zapalenia płuc i musieli skrócić pobyt.

Brooke nie ma pojęcia, jak ktoś mógłby dostać zapalenia płuc na Hawajach, ale co tam.

8. Nazajutrz idzie do pralni, bo lubi jej zapach. Przynajmniej jest gdzie pójść oprócz windy czy korytarza. Spotyka tam Taylora z drugim chłopakiem, który jest do niego bardzo podobny, tylko starszy i wyższy. Składa pranie.

– To Michael, mój brat. – Taylor klepie Michaela w ramię, jakby był dumny, że jest taki przystojny i wysoki. – Studiuje na Uniwersytecie Columbia.

Nawet na Brooke robi to wrażenie, chociaż wie, że nie powinno. Alex, jej brat, stara się o przyjęcie na ten uniwersytet, a jest kompletną ofermą.

– Brooke ma bardzo ładny pokój – mówi Taylor, jakby chciał, żeby brat wiedział, że był u niej.

Michael składa czarne bokserki Calvina Kleina w sposób bardzo męski i obojętny. Uśmiecha się i wyciąga z suszarki biały, postrzępiony ręcznik z napisem „Floryda”. Pomarańczowe litery zdążyły już zblaknąć.

– Taylor się w tobie kocha – oznajmia nagle z wesołym błyskiem w ładnych brązowych oczach. – Dziś rano zdążył cztery razy wziąć prysznic i ciągle o tobie myśli.

Brooke się czerwieni. Nie bardzo wie, co Michael miał na myśli, mówiąc o tych prysznicach, ale tak naprawdę wcale nie chce tego wiedzieć. Nie żeby nie lubiła Taylora, tylko nie zwalił jej z nóg, jak powinien w wieczór balu.

– Nudzę się – oznajmia z lekkim naciskiem. – Macie ochotę przyjść i obejrzeć film, czy coś w tym rodzaju?

Michael składa kolejną parę czarnych bokserek Calvina Kleina. Jest wigilia Bożego Narodzenia i wszyscy koledzy ze studiów pojechali do domu. Pewnie też się nudzi.

– Pewnie – odpowiada za siebie i Taylora, który mierzy go gniewnym spojrzeniem, jakby brat ciągle kradł mu dziewczyny.

9. – Myślałem, że twoi rodzice mieli wrócić wczoraj wieczorem – mówi Taylor w windzie.

– Ale nie wrócili.

Brooke wzrusza ramionami, zirytowana jego żałosnymi skórzanymi tenisówkami do koszykówki. Właściwie to nie jest wcale taki zły. Miły z niego chłopak. Dobrze całuje. Nie zadaje irytujących pytań i nie zakłada, że jest zdesperowana, bo chodzi do Liceum Świętej Agnieszki. Według jej brata kretyna, który chodzi do Świętego Hugh, wszystkie dziewczyny z jej szkoły są bystre, głupkowate i napalone, bo są z konieczności dziewicami. Koledzy Alexa pukają do drzwi jej pokoju i pytają: „Chcesz, żebym cię przeleciał? Alex mówi, że jesteś w wielkiej potrzebie”. Potem się śmieją. Ale skoro to jest żart, po co w ogóle o to pytają? Taylor nie jest taki, ale sprawia wrażenie przeciętniaka. Jakby wychodził z domu tylko po to, żeby pójść do szkoły. Michael jest sensowniejszy i bardziej pasuje na partnera na bal, ale też jest przeciętny.

10. Na dworze pada śnieg. Brooke zostawia chłopców w pokoju z telewizorem i idzie przebrać się do garderoby rodziców. Na początku miała zamiar włożyć czarną sukienkę mamy od Very Wang, z kokardą z norek przy staniku. Ale skoro pada śnieg, wybiera białą sukienkę Oscara de la Renty z moherowym gorsetem. To strój w stylu Królewny Śnieżki lub Barbie z tych zwariowanych kreskówek, w których lalka śpiewa i tańczy. Brooke ciągle je oglądała, gdy była w pierwszej klasie. Barbie, księżniczka z krainy lodu albo Brooke Fenton, królowa balu. Brakuje tylko brylantowego diademu. Wraca do pokoju bez butów, bo mama nosi dziesiątkę, a ona ósemkę.

– O cholera! – wykrzykuje Michael na jej widok.

Dziwne, ale chłopcy oglądają Klub winowajców. A może nie dziwne. Taylor pewnie myśli, że może znowu ją pocałować w czasie sceny pocałunku Judda i Molly. Podchodzi do okna, by popatrzeć na padający śnieg. Zapada zmrok. Nagie gałęzie drzew w Central Parku pokryły się bielą.

Wraca do kanapy. Chłopcy rozsuwają się, a ona siada między nimi i rozkłada wokół siebie fałdy obszernej białej sukni. Czysty biały jedwab dotyka ich dżinsów. Brooke czuje, że oni starają się na nią nie patrzeć, jakby czekali na jej sygnał. Żeby co zrobiła? Nawet nie wie, co chciałaby z nimi robić. Fajnie jest włożyć miękką suknię i trochę poflirtować. Jeszcze fajniej byłoby pojeździć na słoniu w Namibii z facetem wyposażonym jak zebra, ale w tej chwili nie ma takiej możliwości.

11. Oglądają film do końca, a potem Top Gun z Tomem Cruise’em, ulubiony film Alexa i najwyraźniej także Michaela. Brooke decyduje się położyć rękę na kolanie Michaela, żeby sprawdzić, co się stanie, lecz on usypia, zanim umiera Goose, najlepsza przyjaciółka Toma Cruise’a. Brooke zatrzymuje film przed końcem. Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażała sobie, że mogłaby oglądać bitwy powietrzne i scenę śmierci Goose w wieczór balu. Wstaje, żeby sprawdzić, czy nadal pada śnieg, kompletnie ignorując Taylora. Nagle rozlega się ścieżka dźwiękowa z Szesnastu świeczek. Spandau Ballet.

Bah bup-bup Bach bah

You know this much is true3!

Brooke się odwraca.

Zapadł zmierzch, ale blask bijący od śniegu, który przenika przez okno, sprawia, że pokój wygląda jak oświetlony światłem świec. Taylor wyciąga rękę.

– Zatańczysz?

Brooke uświadamia sobie, że chłopak wygląda jak Jake z Szesnastu świeczek – a przynajmniej tak będzie wyglądał za kilka lat. I że Sam tak naprawdę nie znała Jake’a, jedynie jej wyobrażenie o nim. Brooke też sobie wyobraża Taylora. „To chłopak z mojego bloku” – powie Katherine przez telefon po jej powrocie z Namibii. Podchodzi i kładzie dłonie na ramionach Taylora. On obejmuje ją w talii i kołyszą się na boki. Ona uśmiecha się do jego ciemnych rzęs i gęstych brwi. Gdyby znaleźli się w filmie Molly Ringwald, powiedziałby coś w rodzaju „Wesołych świąt, Brooke”, a potem by ją pocałował.

Zamyka oczy. Wtedy on mówi:

– Wesołych świąt, Brooke.

Teraz jest już nie tylko wyobrażeniem. Brooke nie otwiera oczu, przechyla głowę na bok i całuje go. W końcowej scenie Szesnastu świeczek Jake i Sam siedzą przy stole, na którym stoi tort urodzinowy i się całują. Oni są w mieście, za oknem pada śnieg, a na kanapie siedzi Michael i cicho pochrapuje. Może nie jest jak w filmie. Może ona i Molly, Taylor i Jake nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale kto by się tym przejmował? Na balu się tańczy i całuje chłopaka, który zawsze ci się podobał. I ona to robi, w końcu to robi.

Holly Black

In vodka veritas

Średnia szkoła Wallingforda stawia sobie dwa cele. Pierwszy to przygotowanie uczniów pragnących dostać się do dobrych college’ów, w czym mają pomóc prywatne szkoły z internatem – nawet te w New Jersey. Drugi, o którym nie wspominają foldery, to nauczanie bogatych dzieciaków wyrzuconych z publicznych szkół. Tak prawdopodobnie było, zanim zaczęto przyjmować dziewczęta, gdy szkoła mieściła się w zabitym teraz deskami budynku przy internacie. Wystarczyło włożyć marynarkę i krawat i wszystkie grzechy były wybaczone.

Spędziłem w Wallingford pięć lat, gdy wyrzucono mnie ze szkoły w siódmej klasie za kupienie noża w sklepie z artykułami żelaznymi. Ale nie jestem psycholem, za jakiego uważają mnie tutejsze dziewczyny. Jeżeli jakiś mięśniak grozi, że dopadnie mnie po szkole dlatego, że zrobiłem z niego głupka w auli, nie będę czekać jak ofiara losu, żeby mnie pobił. Nie miałem szans z moim kościstym tyłkiem, więc nie mogłem grać fair.

Mama mówi, że nie myślę o konsekwencjach, i chyba ma rację.

Ale tak poważnie to większość powodów, dla których dziewczyny z Wallingford uważają, że jestem szalony, to głupie plotki. Przecież to nie moja wina, że po szkolnej wycieczce do Francji rozeszła się wieść, że przywiozłem głowę jakiegoś gościa, który zginął w wypadku motocyklowym na Rue Racine. Jeżeli ktoś w to wierzy, jest kretynem. Jak niby przeszedłbym przez odprawę celną? Nie pozwoliliby przenieść nawet kilku gruszek d’Anjou. A malowanie paznokci na czarno to wybór kosmetyczny, nie symbol oddania szatanowi. Jest to również jedna z niewielu rzeczy, które mogę robić, żeby obejść przepisowy mundurek. Wolno się malować i regulamin w przypadku dziewcząt o tym nie wspomina.

Tak więc pewnie już się domyśliliście, że nie jestem dumny ze szkoły. Chcecie wiedzieć, czym tak naprawdę jest Wallingford? Co roku wysyłają kwestarza, żeby pozyskał sponsorów na odnowienie Smythe Hall – tego zabitego deskami szkaradzieństwa, o którym wcześniej wspominałem – i co roku jedyną rzeczą, jaka powstaje, to dobudówka do domu dziekana. Dlatego nasz bal musi się odbyć w naszej sali bankietowej. Jasne, że lepiej, że nie na sali gimnastycznej, ale uczniowie ze szkół publicznych tańczą i jedzą gumowatego kurczaka w Marriotcie.

Nie żebym nie miał zainteresowań. Jestem założycielem i prezesem szkolnego klubu gier komputerowych o nazwie Pionki. Naszym celem jest zakradanie się do pustych klas i organizowanie turniejów PlayStation na tablicy interaktywnej lub Doom 3 na laptopach. Czasami nawet gramy w oldskulowe gry planszowe Dungeons & Dragons. To ja decyduję, w co gramy. Dzięki temu jestem królem oferm. Co jest dobre, jeśli chce się mieć łuk Phantom Blade, ale nie na tyle, żeby znaleźć partnerkę na bal.

Na szczęście Danny Yu, mój najlepszy przyjaciel, wiceprezes i sekretarz Pionków, też nie ma partnerki. Jest wiele powodów, dla których kocham Danny’ego, lecz najważniejszy to taki, że jest jedyną osobą w Wallingford równie zwariowaną jak ja.

Pewnego razu, gdy był chory, oglądał talk-show z grupą członków Ku Klux Klanu, w czasie którego podano adres ich oficjalnej strony internetowej. Danny otwiera więc laptopa i wysyła e-mail: „Jestem zainteresowany założeniem koła KKK. Czy możecie powiedzieć, jakie prześcieradła powinniśmy wkładać?”. Pół godziny później wysyła drugą wiadomość z innego adresu: „Czy uważacie, że białe pieczywo jest rasowo wyższe niż inne pieczywa?”. Nigdy mu nie odpisali.

Przecież nie zrobił tego pod wpływem leku na przeziębienie. To było po prostu genialne.

Do balu został tydzień, a nas już dwa razy odwalono. Jesteśmy na lekcji łaciny i mamy przetłumaczyć coś o Dionizosie. Zamiast tego Danny wraca do sprawy naszych poważnie ograniczonych możliwości wyboru partnerek na bal.

– Mógłbym poprosić Darię Wisniewski – mówi. – Ona lubi komiksy.

– Ale ma koszmarną lalkę w goglach, którą wszędzie ze sobą nosi. Są duże szanse, że może ukryć ją pod sukienką.

– W takim razie będzie to idealna partnerka dla ciebie – ocenia Danny.

– No to może Abby Goldstein. – Wyliczam na palcach jej zalety: – Seksowna. Ruda. Rozmawiała ze mną dwa razy bez powodu.

– Chłopie, ona nigdy z tobą nie pójdzie. Nawet gdyby miała jakiś ohydny fetysz i tylko ty byłbyś na tyle dyskretny i zdesperowany, żeby się nim zająć.

– Masz bujną wyobraźnię. Dziwne tylko, że mówisz o mnie.

– Chłopcy – mówi pani Esposito. Jest drobna, niższa od ucznia szóstej klasy, ale nie należy do osób, które chciałoby się wkurzyć. Przez cały dzień popija kawę z termosu z wbudowanym w środku tłokiem. – Powiedzcie mi, co to były bachanalia.

Coś tam jąkam, ale Danny odwraca się nonszalancko na krześle i prezentuje swój najbardziej lizusowski uśmiech.

– To święto ku czci Bachusa, zwanego przez Rzymian Dionizosem. Ludzie upijali się i uczestniczyli w orgiach.

Część klasy się śmieje, ale nie pani Esposito.

– Dionizosem nazywali go Grecy, a Rzymianie Bachusem, ale zasadniczo to poprawna odpowiedź. A teraz czy ktoś może mi powiedzieć, kto to były menady?

Nikt nie wie.

– Nie? Należy to wiedzieć, jeżeli mamy dalej czytać historię Orfeusza. Mówi się, że misteria ku czci Bachusa wprowadzały kobiety w ekstatyczny szał, skutkiem którego było upojenie alkoholowe, zabawy miłosne, upuszczanie krwi, a nawet orgie. Rozrywały na strzępy tych, którzy nie uczestniczyli w święcie.

W klasie zapada cisza.

– Xavier, czy możesz przeczytać ten fragment po łacinie? – prosi pani Esposito.

Wygląda na zadowoloną, jakby wiedziała, że może wkurzyć nas bardziej niż my ją. Gdy Xavier zaczyna czytać, Danny odwraca się do mnie.

– Nie idźmy – mówi.

Myślę o szalonych kobietach umazanych błotem i zakrzepłą, ciemną krwią. To seksowna wizja.

– Co?

– Ubierzmy się w pożyczone smokingi, zróbmy zdjęcia dla rodziców, udając, że wychodzimy po partnerki, skołujmy butelkę gorzały i zróbmy coś głupiego.

Wciąż uśmiecha się lizusowsko, lecz dostrzegam w tym uśmiechu triumf. Jest czarujący, ale jednocześnie pewny siebie.

Jestem w kropce. Wydaje się, że to dobry plan, ale to nie ja go wymyśliłem.

– Włammy się do Smythe Hall – proponuję. – I sprawdźmy, co tam się dzieje.

– Genialne. – Danny uśmiecha się szeroko, a nagie dziewczyny w ekstatycznym szale blakną mi przed oczyma.

Danny dzwoni do mnie wieczorem, w dniu naszej wyprawy.

– Słuchaj, chłopie. Czuję się jak fiut, ale mam partnerkę i idę na bal.

Jestem w swoim pokoju w internacie i ściągam odcinki Weroniki Mars oraz wyszukuję informacje o dawnej szkole. Zamierzałem powiedzieć mu, że znalazłem stare zdjęcia na stronie Weird NJ, opisującej dziwne i niesamowite miejsca. Chciałem mu powiedzieć, że pewnie ktoś pamięta dawne bale. Że wydrukowałem też kolorowe mapy na drukarce atramentowej.

Snot, mój chomik, biega w kołowrotku. W panującej wokół ciszy słyszę klekotanie metalu. Przez ostatnie pół godziny Snot ukrywał kawałki jedzenia, które wyjmował z miseczki, teraz jednak postanowił przyspieszyć. Szczęściarz.

– Z kim? – pytam.

– Z Darią – odpowiada. – Poprosiła mnie. I ma koleżankę, która mogłaby pójść z tobą.

Nie czekam, żeby usłyszeć, która z koleżanek Darii miałaby ochotę umilić mi czas. Nie pytam, czy to jej głupia lalka. Po prostu się rozłączam. Danny dzwoni jeszcze dwa razy, ale nie odbieram. Patrzę na smoking wiszący na drzwiach szafy. Patrzę na deski podłogowe i na tę, którą podważyłem, żeby ukryć pół butelki wódki Grey Goose buchniętej rodzicom. Teraz mam wrażenie, ze pół butelki to stanowczo zbyt mało.

Mój współlokator pojechał dziś po południu do ojca. On i jego dziewczyna pisali dziś rano test SAT4 sprawdzający wiedzę, a potem mieli iść na bal. Nie jestem pewien, czy on traktuje ten test jako grę wstępną, czy coś w tym rodzaju. Tak czy owak cieszę się, że go nie ma, bo oczy mnie pieką, jakby ktoś mnie rzucił.

Wiem, że nie powinienem płakać przez gościa, który mnie wystawił, więc nie płaczę. Ale muszę praktycznie rozwalić sobie knykcie o ceglany mur za oknem, żeby to się udało.

Gdy w wieczór balu docieram do opuszczonej części szkoły, jestem już nieźle wstawiony.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mój pierwszy bal Idiota skończony Gotuj z rodzinką.pl Dywan wschodni: Wybór arcydzieł literatury egipskiej, asyro-babilońskiej, hebrajskiej, arabskiej, perskiej i indyjskiej Delfin w malinach. Snobizmy i obyczaje ostatniej dekady Żydownik Powszechny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę