Ocalić jednego

Ocalić jednego

Autorzy: Lev Grossman

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 3.35 zł

„Ocalić jednego to najbardziej wzruszająca i pasjonująca z dotychczasowych książek Grossa, które miłośnicy II wojny światowej powinni dodać do listy swoich lektur obowiązkowych”. Washington Post

 

Rok 1944. Profesor fizyki Alfred Mendl zostaje rozdzielony z rodziną i wysłany do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Jego dorobek naukowy ginie w płomieniach – notatki, rozprawy, książki. Naziści nie mają pojęcia, co zniszczyli. Brak zapisków powoduje, że profesor jest jednym z dwóch ludzi na świecie, którzy posiadają wiedzę w wyjątkowej i pożądanej dziedzinie fizyki: energii jądrowej; wiedzę, która może przeważyć szale wojny i doprowadzić do jej zakończenia.

 

Nathan Blum, porucznik amerykańskiego wywiadu wojskowego, pracuje za biurkiem w waszyngtońskiej kwaterze głównej Biura Służb Strategicznych, ale pragnie zrobić więcej dla swojego kraju. Nieoczekiwanie dowiaduje się, że posiada umiejętności pilnie potrzebne armii Stanów Zjednoczonych. Włada płynnie językiem polskim i niemieckim, ma semickie rysy i jako młody człowiek dowiódł niezwykłej pomysłowości, uciekając z żydowskiego getta w Krakowie. Amerykański rząd pragnie, aby podjął się najbardziej niebezpiecznej misji swojego życia. Ma przeniknąć do Auschwitz, żeby odnaleźć, a następnie wyprowadzić jednego człowieka.

 

Nowy thriller historyczny Andrew Grossa, autora bestsellerów New York Timesa, to wzruszająca książka - trzymająca w napięciu opowieść pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, osadzona w przerażająco znajomych, a jednocześnie niezwykle pasjonujących czasach.

Tytuł oryginału: THE ONE MAN

Copyright © 2016 by Andrew Gross.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: © Lynn Gross

Redakcja: Łukasz Kuć

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-414-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Część pierwsza

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Część druga

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Część trzecia

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Część czwarta

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Epilog

Od Autora

Podziękowania

Źródła bibliograficzne

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Mojemu teściowi, Nate’owi Zormanowi,

za historie, które mi opowiedział, oraz za te,

które zostawił dla siebie.

Z ostatnich doniesień prasowych i raportów służb wywiadowczych wynika, że Niemcy mogą być w posiadaniu nowej, potężnej broni, która będzie gotowa do użycia pomiędzy listopadem i styczniem [1944 roku]. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że chodzi o tube alloys1 . Nie trzeba opisywać wszystkich konsekwencji, gdyby okazało się to prawdą.

Być może pod koniec roku Niemcy zgromadzą wystarczającą ilość materiałów, żeby wyprodukować dużą liczbę ładunków, które następnie zrzucą jednocześnie na Anglię, Rosję i nasz kraj. Gdyby do tego doszło, szanse kontruderzenia byłyby niewielkie… W szczególnie trudnym położeniu znalazłaby się Wielka Brytania. Nadal istniałaby szansa na odpowiedź z naszej strony, zanim wojna zostałaby przegrana, pod warunkiem że nasz własny program budowy broni atomowej w ciągu najbliższych tygodni uległby znacznemu przyspieszeniu.

Fragment listu Edwarda Tellera i Hansa Bethego, fizyków uczestniczących w tajnym programie badawczym Projekt Manhattan, do Roberta Oppenheimera

21 sierpnia 1943 roku

* * *

1 Czyli o bombę atomową. Tube alloys to kryptonim brytyjskiego programu budowy broni jądrowej z czasu II wojny światowej (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.).

Prolog

Miał pokój na czwartym piętrze, w skrzydle oddziału geriatrycznego Szpitala Kombatantów imienia Edwarda Hinesa Jr. pod Chicago, gdzie zgarbieni starzy ludzie w szpitalnych koszulach dreptali korytarzem w asyście pielęgniarek pchających stojak kroplówki.

Kobieta, która stanęła w drzwiach, miała pięćdziesiąt kilka lat, ale wciąż wyglądała młodo. Miała na sobie elegancki krótki żakiet marki Burberry w szkocką kratę oraz obszerny oliwkowy golf. Ciemne włosy związała w kucyk. Zastała ojca na krześle, jakby mniejszego i bardziej kruchego niż kiedykolwiek, choć od dnia pogrzebu minęły zaledwie dwa miesiące. Staruszek miał nadal wyjątkowo bujne włosy – siwiejące, jeszcze jednak nie białe – ale pod skórą twarzy po raz pierwszy dostrzegła kości policzkowe. Siedział przed telewizorem z kolanami okrytymi pledem i oglądał program stacji CNN. Jedną z rzeczy, których zawsze mogli być pewni – nawet w połowie meczu Chicago Bears w Święto Dziękczynienia, gdy otaczały go wnuki – było to, że poprosi o przełączenie na wiadomości. „Chcę wiedzieć, co się dzieje! Cóż w tym złego?” – mówił. Jednak tym razem nie oglądał serwisu, tylko wpatrywał się w ścianę pustym wzrokiem.

Zauważyła, że dygocze mu ręka.

– Tato?

Pielęgniarka, tęga czarnoskóra kobieta z St. Lucia, którą zatrudnili, żeby towarzyszyła mu w ciągu dnia, odłożyła książkę i wstała.

– Zobacz, kto do ciebie przyszedł!

Ojciec odwrócił się nieznacznie, bo źle słyszał na prawe ucho. Jego córka weszła do środka, uśmiechając się do pielęgniarki. Kiedy mężczyzna w końcu spostrzegł gościa, jego twarz rozpromieniła się z radości.

– Witaj, kotku!

– Przecież mówiłam, że przyjadę, tato. – Kobieta pochyliła się, obejmując ojca i całując go w policzek.

– Czekałem na ciebie – odpowiedział.

– Naprawdę?

– Oczywiście, cóż innego można tu robić?

Spojrzała na półkę przy łóżku oraz rzeczy, które zostawiła podczas ostatniej wizyty, miesiąc temu.

Dyplom prawnika roku Izby Adwokackiej Północnego Illinois, który wisiał kiedyś na ścianie kancelarii ojca, zdjęcie taty i mamy na Wielkim Murze Chińskim, fotografię dwunastometrowej latarni morskiej, która stała na ich działce, obecnie wystawionej na sprzedaż, w Jupiter na Florydzie. I portrety wnuków, między innymi jej synów, Luke’a i Jareda.

Pamiątki długiego i szczęśliwego życia.

– Greg – miała na myśli swojego męża – powiedział, że przyjedzie nieco później. Ma do załatwienia jakąś pilną sprawę.

Tak naprawdę było to kilka spraw związanych z ich starym domem w Highland Park oraz parę zaległych kwestii dotyczących nieruchomości po matce.

Ojciec podniósł głowę.

– Sprawę? Tutaj?

– Ma kilka rzeczy do załatwienia, tato… Nie kłopocz się. Wszystkim się zajmiemy.

Staruszek posłusznie skinął głową.

– Dobrze.

Jeszcze rok temu założyłby okulary i nalegał, aby pokazali mu każdy dokument, każdą umowę sprzedaży.

Kobieta z czułością pogładziła jego gęste włosy.

– Dziewięćdziesiąt dwa lata, co? Nadal jesteś całkiem przystojny, tato.

– Jak na starszego pana, nie jest źle. – Staruszek wzruszył ramionami, krzywiąc w uśmiechu wychudzoną twarz. – Choć już nie biegam w maratonie.

– Minął kolejny rok, prawda? – Córka uścisnęła ramię ojca. – Jak mu idzie? – zapytała pielęgniarkę. – Mam nadzieję, że się dobrze sprawuje?

– Jak zawsze – odpowiedziała ze śmiechem opiekunka. – Ale od śmierci żony niewiele mówi. Dużo śpi. Spacerujemy po oddziale. Ma tu kilku przyjaciół, z którymi lubi się widywać, ale głównie siedzi jak teraz. Ogląda telewizję. Oczywiście najchętniej wiadomości. I koszykówkę…

– Prawdę mówiąc, nigdy nie był zbyt rozmowny, chyba że chodziło o sprawy zawodowe lub Cubsów. Uwielbiał Chicago Cubs1. Pomyśleć, że gdy przyjechał do Stanów, nie miał zielonego pojęcia o baseballu. Istnieją od stu siedmiu lat i nadal grają, prawda tato?

– Ja też się nie poddaję – odrzekł z uśmiechem staruszek.

– Nie wątpię. Słuchaj, pójdziesz ze mną na spacer? – Kobieta przykucnęła obok krzesła i ujęła drżącą dłoń ojca. – Opowiem ci o Luke’u. Właśnie wyjechał na Northwestern University. Będzie studiował na tej uczelni co ty, tato. To bystry chłopak. I uprawia zapasy, jak ty…

Przez twarz staruszka przebiegł cień.

– Powiedz mu, żeby uważał na farmerów z Michigan. To rosłe chłopaki, a do tego oszukują…– poradził. – Wiesz, oni są naprawdę… – Wydał z siebie taki dźwięk, jakby chciał dodać coś ważnego, ale tylko skinął głową, wyprostował się na krześle i spojrzał przed siebie. Jego wzrok stał się mętny.

Córka pogładziła go po policzku.

– O czym tak dumasz, tato? Chciałabym, żebyś choć raz mi powiedział.

– Nie sądzę, by wiele rozmyślał od czasu… – wtrąciła pielęgniarka, lecz nie dokończyła zdania, żeby nie wspomnieć o żonie podopiecznego. – Nie jestem pewna, ile jeszcze rozumie.

– Jeszcze nadążam – odburknął mężczyzna. – Rozumiem. – Odwrócił się do córki. – Tylko że… czasami zapominam. Gdzie jest mama? – Rozejrzał się po pokoju, jakby miał nadzieję zobaczyć ją na krześle. – Dlaczego jej tu nie ma?

– Mama odeszła, tato. Umarła. Nie pamiętasz?

– Ano tak, umarła. – Staruszek skinął głową i utkwił wzrok w ścianie. – Czasami się gubię.

– Był niezwykle energicznym człowiekiem – westchnęła córka, odwracając się do pielęgniarki. – Zawsze jednak towarzyszyła mu aura smutku, której nie potrafiliśmy zrozumieć. Pewnie dlatego, że podczas wojny stracił w Polsce całą rodzinę. Nigdy nie powiedział, co się z nimi stało. Kiedyś próbowaliśmy prześledzić ich losy. Zachowały się jakieś dokumenty, ale taty nigdy to nie ciekawiło. Prawda, tato?

Staruszek skinął głową, nie mogąc opanować drżenia lewej ręki.

– Słuchaj, chciałabym coś ci pokazać. – Kobieta wyjęła z siatki na zakupy plastikową torebkę. W środku było kilka ulubionych rzeczy ojca: tygodnik „Economist”, parę nowych zdjęć wnuków i tabliczka czekolady Ghirardelli. – Znaleźliśmy coś… robiąc porządki w domu. Przeglądaliśmy stare rzeczy mamy, które schowała na strychu. – Wyciągnęła z plastikowej torebki pudełko po cygarach. – Popatrz, tato…

Otworzyła pudełko i wyjęła kilka starych zdjęć. Jedno z nich przedstawiało ojca i matkę w latach II wojny światowej, odbierających medal od dwóch wysokich rangą oficerów. Oprócz tego w środku były też stary paszport, jakieś wojskowe dokumenty, małe, pogniecione czarno-białe zdjęcie przedstawiające piękną kobietę o jasnych włosach – siedziała w łodzi z wiosłami, w białej czapce z daszkiem wygiętym do góry – i pierwsza strona koncertu Mozarta, przedarta na pół, a później sklejona taśmą. I biała, wypolerowana figura szachowa. Wieża.

Oczy ojca na chwilę zabłysły.

– Mam jeszcze to…

Kobieta pokazała aksamitny woreczek, tak zakurzony, jakby przebywał w pudełku długi czas, i wyjęła z niego order – brązowy krzyż z orłem, do którego przyczepiono niebiesko-biało-czerwoną wstążkę. Położyła odznaczenie na dłoni ojca.

– To nie byle jakie odznaczenie, tato. Krzyż za Wybitną Służbę2.

Staruszek patrzył chwilę na odznaczenie, a później odwrócił głowę. Nie ucieszył go ten widok.

– Dają go tylko za nadzwyczajne męstwo. Chłopcy to sprawdzili. Nigdy nam nie opowiedziałeś o swoich wojennych losach. O Polsce. Wspominałeś tylko, że byłeś w… – Kobieta urwała. Ilekroć rozmowa schodziła na potworność „obozów”, ojciec się odwracał lub wychodził z pokoju. Długie lata nie nosił koszuli z krótkim rękawem, aby nikt nie zobaczył jego obozowego numeru.

– Słuchaj, tato… – Podała ojcu zdjęcie z oficerami. – Nigdy nam go nie pokazywałeś, gdy byliśmy mali. Dlaczego? Przecież byłeś bohaterem.

– Nie byłem żadnym bohaterem. – Staruszek pokręcił głową. – Nie masz o niczym pojęcia.

– W takim razie mi opowiedz. Od dawna chcieliśmy się dowiedzieć. Błagam.

Mężczyzna otworzył usta, jakby w końcu chciał coś wyznać, ale tylko pokręcił głową i ponownie spojrzał w przestrzeń.

– Jeśli nie dokonałeś niczego ważnego, to dlaczego dali ci medal? Kto to jest, tato? – spytała kobieta, pokazując zdjęcie ładnej blondynki w łódce. – Ktoś z twojej rodziny? W Polsce?

– Nie, nie była członkiem rodziny…

Tym razem staruszek sam sięgnął po sklejoną kartkę z nutami. W jego oczach błysnęła słaba iskierka. Może był to uśmiech, a może nagle ożyło dawne wspomnienie.

– Oni często tacy są – wyjaśniła pielęgniarka. – Nie chcą pamiętać. Tłumią to w sobie, dopóki…

– Dolly… – wymamrotał mężczyzna.

– Dolly? – Córka dotknęła ramienia ojca.

– To takie zdrobnienie od „Dołeczek”. Wiesz, dołeczek na policzku. – Na twarzy staruszka pojawił się słaby uśmiech. – Jak ona pięknie grała…

– Kto, tato? Proszę, powiedz mi, kim ona jest. Czym zasłużyłeś na ten krzyż? – Kobieta zamknęła odznaczenie w jego dłoni. – Nie ma powodu, abyś dłużej tłumił to w sobie.

Ojciec westchnął głęboko, jakby całe życie wstrzymywał oddech, i w końcu spojrzał na córkę.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Tak. – Usiadła obok niego. – Wszyscy chcemy, tato.

Mężczyzna skinął głową.

– Może nadszedł czas. – Spojrzał ponownie na fotografię i nagle ożyły w nim wspomnienia, tłumione dotąd i skrywane niczym w przysypanym przez wiele lat piaskiem grobowcu. – To długa historia, ale jeśli chcesz poznać ją całą, to nie zaczęła się od tej pani. – Odłożył fotografię. – Wszystko zaczęło się od dwóch mężczyzn. W lesie. W Polsce.

– Od dwóch mężczyzn? – powtórzyła kobieta, by skłonić w ten sposób ojca do kontynuowania opowieści. – Co tam robili?

– Uciekali. – Staruszek spojrzał na córkę, ale tym razem jego oczy ożyły wspomnieniami. – Uciekali, żeby ratować życie…

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

KWIECIEŃ 1944 R.

Ujadanie psów było coraz bliżej, niemal tuż za nimi.

Dwaj mężczyźni przedzierali się nocą przez gęsty las. Byli w Polsce, nad brzegiem Wisły, zaledwie kilkanaście kilometrów od Słowacji. Ich wyniszczone ciała jęczały z wyczerpania, byli bliscy rezygnacji. Mieli na sobie podarte, brudne ubrania. Dawno temu wyrzucili niedopasowane chodaki, w zaroślach zupełnie bezużyteczne. Cuchnęli nieludzko, jak ścigana zwierzyna.

Pościg dobiegał końca.

– Sie sind hier3 ! – słyszeli niemieckie okrzyki za plecami.

Trzy dni i trzy noce ukrywali się za ogrodzeniem obozu, w stosach drewna na opał. Z obawy przed psami zamaskowali swój zapach za pomocą tytoniu zmieszanego z naftą. Słyszeli dudniące buciory strażników, zaledwie kilka centymetrów od kryjówki. Gdyby ich złapano, zostaliby zawleczeni z powrotem do obozu, gdzie czekałaby ich śmierć tak okrutna, że myśl o niej nawet w tym strasznym miejscu przejmowała trwogą.

Trzeciej nocy pod osłoną ciemności przedarli się na zewnątrz. Szli nocami, kradnąc żywność w gospodarstwach, które napotkali po drodze. Jedli rzepę, surowe ziemniaki, dynie. Pożerali je jak wygłodniałe zwierzęta. Wszystko, co znaleźli, było lepsze od zjełczałych pomyj, które utrzymywały ich przy życiu w ciągu dwóch ostatnich lat. Wymiotowali, bo ich organizm nie był przyzwyczajony do stałego pokarmu. Wczoraj Alfred skręcił kostkę i teraz wlókł za sobą kontuzjowaną nogę.

Niestety ktoś ich zauważył. Kilkaset metrów za sobą usłyszeli psy i niemieckie okrzyki, które zaczęły szybko przybierać na sile.

– Tędy! Tutaj!

– Szybciej, Alfredzie! – przynaglił przyjaciela młodszy ze zbiegów. – Musimy iść dalej!

– Nie mogę. Nie dam rady. – Nagle kulejący mężczyzna potknął się i stoczył w dół po skarpie, z zakrwawioną, poranioną do żywego nogą. Usiadł, dysząc z wyczerpania. – Mam dość – powiedział, a słysząc coraz bliższe krzyki, dodał: – Po co to wszystko? To już koniec. – Jego zrezygnowany głos potwierdzał to, o czym obaj wiedzieli: sprawa była przegrana. Zostali pokonani. Chociaż przebyli długą drogę, za kilka minut zostaną schwytani.

– Musimy iść, Alfredzie – dopingował rannego przyjaciel. Zbiegł po skarpie i pochylił się nad towarzyszem, próbując go podnieść, lecz ten, choć wychudzony, okazał się zbyt ciężki.

– To nie ma sensu, Rudolfie. Nie dam rady. – Ranny siedział zupełnie wyczerpany. – Ale ty uciekaj. Masz. – Podał przyjacielowi woreczek z dowodami, które musieli ujawnić: kolumnami nazwisk, datami i mapami. Twardy dowód nieopisanych zbrodni, które musiał poznać cały świat. – Idź! Powiem, że rozdzieliliśmy się kilka godzin temu. Zyskasz trochę czasu.

– Nie. – Rudolf dźwignął towarzysza i postawił na nogach. – Przysiągłeś, że nie zginiesz w tym piekle. I co? Chcesz umrzeć tutaj? – spytał, widząc w oczach towarzysza to, co widział w setkach, tysiącach innych oczu, w obozie, kiedy ludzie się poddawali.

Bywa, że śmierć jest po prostu łatwiejsza od dalszej walki.

Alfred leżał na plecach, ciężko dysząc. Niemal się uśmiechał.

– Idź już.

Od strony lasu dobiegł metaliczny szczęk. Dźwięk odbezpieczanego karabinu.

Znieruchomieli.

W jednej chwili pojęli, że to koniec. Znaleźli ich. Ich serca zamarły ze strachu.

Z ciemności wyłonili się dwaj mężczyźni. Mieli cywilne ubrania, karabiny i zacięte, umazane sadzą twarze. Nie byli żołnierzami. Może to miejscowi chłopi? Ci sami, którzy ich wydali?

– Jesteście z ruchu oporu? – spytał Rudolf z ostatnią iskierką nadziei w oczach.

Tamci przez chwilę milczeli. Jeden z nich odbezpieczył karabin. Później ten większy, brodaty, w wygniecionej myśliwskiej czapce, skinął głową.

– Błagam, pomóżcie nam! – poprosił po polsku Rudolf. – Uciekliśmy z obozu.

– Z obozu? – Mężczyzna spojrzał na ich pasiaki, jakby nie rozumiał.

– Spójrz! – Rudolf podwinął rękaw, pokazując wytatuowany numer. – Uciekliśmy z Auschwitz.

Ujadające psy były tuż-tuż. Dzieliły ich od zbiegów zaledwie metry. Mężczyzna w czapce spojrzał na uciekinierów i skinął głową.

– Weź swojego przyjaciela i chodźcie ze mną.

Rozdział 2

POCZĄTEK MAJA

WASZYNGTON

Kapitan Peter Strauss nigdy nie zasiadał w tak dostojnym gronie i miał nadzieję, że po tym, co zaproponuje, nie będzie to jego ostatni raz.

Był dżdżysty poniedziałkowy wieczór, a nastrój zebranych w Gabinecie Owalnym był ponury jak ołowiane niebo nad Waszyngtonem. Kilka dni po tym, jak dwaj zbiegli z Auschwitz więźniowie, Rudolf Vrba i Alfred Wetzler, przekroczyli słowacką granicę, ich raport dotarł do najbliższych współpracowników prezydenta Roosevelta.

Strauss był jednym z najmłodszych – a mimo to cenionym – oficerem dowodzonego przez Billa Donovana Biura Służb Strategicznych4. Młody kapitan, który sam był Żydem, podejrzewał, że organizowane przez Niemców obozy dla ludności żydowskiej nie są obozami pracy, lecz miejscami eksterminacji. Pierwsze sygnały pojawiły się już w 1942 roku, kiedy z Europy zaczęły napływać doniesienia, że z gett w Warszawie i Łodzi Niemcy wywieźli i przypuszczalnie zamordowali około stu tysięcy Żydów. Jednak dopiero naoczne relacje dwóch zbiegów z Auschwitz, poparte dokumentami wyniesionymi z biur obozowej administracji – listami nazwisk i numerów, z których wyłaniał się obraz masowej zagłady dokonywanej na niemal przemysłową skalę – potwierdziły najgorsze obawy.

Zgromadzeni przy owalnym stole – prezydent Roosevelt, sekretarz obrony Henry Stimson, sekretarz skarbu Robert Morgenthau, szef Biura Służb Strategicznych William Donovan oraz asystent Donovana kapitan Peter Strauss – przedzierali się przez ponury raport i zastanawiali nad jego znaczeniem. Najbardziej niepokojący fragment relacji mówił o tym, że obóz koncentracyjny szybko się powiększa, a użycie gazu pozwala Niemcom zwiększyć tempo eksterminacji żydowskich więźniów. W Auschwitz tydzień w tydzień systematycznie mordowano tysiące ludzi.

– Auschwitz to tylko jedno z wielu miejsc kaźni – przypomniał ponurym głosem Morgenthau, członek wpływowej rodziny żydowskich bankierów z Nowego Jorku, która zadbała, by relacje naocznych świadków dotarły do rąk prezydenta. – Z doniesień wynika, że jest ich znacznie więcej. Wiele rodzin trafia do komór gazowych zaraz po przybyciu. Naziści mordują całe miasta.

– Co panowie o tym sądzą? – prezydent spojrzał ponuro na zebranych. Chociaż dwa i pół roku krwawej wojny, obawy związane z planowanym lądowaniem w Europie, rozterki w sprawie ubiegania się o czwartą kadencję i postępująca choroba odcisnęły na nim swoje piętno, w jego głosie wciąż było słychać bojową nutę. – Nie możemy bezczynnie czekać, pozwalając na takie bestialstwo.

– Kongres Żydów i Rada do spraw Uchodźców proszą o zbombardowanie obozów – przypomniał sekretarz skarbu. – Nie możemy dłużej siedzieć z założonymi rękami.

– Co w ten sposób osiągniemy? – zapytał Henry Stimson, który pracował w administracji dwóch poprzednich prezydentów i wrócił z emerytury, żeby wesprzeć wysiłek wojenny kraju. – Poza zabiciem wielu niewinnych więźniów. Z pełnym ładunkiem bomb nasze bombowce ledwie dolecą do celu. Poniesiemy znacznie straty, a przecież, jak wszyscy wiemy, będziemy potrzebować tych maszyn podczas zbliżającej się operacji.

Był maj 1944 roku i pogłoski o przygotowaniach do inwazji w Europie dotarły nawet na szczebel Straussa.

– W takim razie pokrzyżujmy im szyki i zbombardujmy linie kolejowe – zaproponował Morgenthau, za wszelką cenę próbując przekonać prezydenta do podjęcia jakichś działań. – Więźniowie są przywożeni w zaplombowanych wagonach. To przynajmniej spowolniłoby tempo eksterminacji.

– Bombowce musiałyby przelecieć nocą nad całą Europą… i precyzyjnie zaatakować szlaki kolejowe? Poza tym czy nie wspomniał pan, że podobnych obozów jest więcej? – spytał Stimson, nie kryjąc sceptycyzmu. – Panie prezydencie, uważam, że najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić dla tych biedaków, jest wyzwolenie ich tak szybko, jak to możliwe. Nie powinniśmy podejmować nieprzemyślanych rajdów powietrznych. Takie jest moje zdanie.

Prezydent ciężko westchnął i zdjął druciane okulary. Głębokie bruzdy wokół oczu podkreślały bladość twarzy typową dla człowieka, który toczy wewnętrzne zmagania. Roosevelt miał wielu żydowskich przyjaciół, którzy wzywali go do podjęcia zdecydowanych działań. Za jego kadencji do rządu weszło więcej Żydów niż kiedykolwiek wcześniej. Jako człowiek z natury wrażliwy zawsze starał się dodawać otuchy prostym ludziom i ich wspierać, więc doniesienia o dokonywanym w Europie bestialstwie poruszyły go bardziej od trafiających na jego biurko raportów wojennych – nawet tych, które mówiły o stratach ponoszonych przez wojska amerykańskie na plażach Pacyfiku czy śmierci żołnierzy na morzu, w drodze do Anglii.

Z drugiej strony prezydent był realistą i zdawał sobie sprawę, że jego sekretarz obrony ma rację. Zbyt wiele było przed nimi ważnych zadań. Oprócz tego w Stanach nadal istniało silne lobby antyżydowskie, a doniesienia o żołnierzach poległych podczas ratowania Żydów nie przysporzyłyby mu głosów, gdyby zabiegał o czwartą kadencję.

– Wiem, że to dla ciebie trudne, Bob – powiedział w końcu Roosevelt, kładąc dłoń na ramieniu sekretarza skarbu. – Jestem pewien, że to bolesne dla nas wszystkich. Przejdźmy do sprawy, z powodu której zebraliśmy się dziś wieczór, panowie. Chodzi o nasz projekt specjalny. Jaki ma kryptonim? „Sum”? – Prezydent odwrócił się do szefa Biura Służb Strategicznych, pułkownika Donovana. – Powiedz mi, Bill, czy sprawa jest nadal aktualna?

Pod kryptonimem „Sum” kryła się ściśle tajna operacja, za którą odpowiadał kapitan Strauss, a jej celem było wywiezienie z Europy pewnej osoby. Polskiego Żyda, którego ludzie prezydenta uważali za osobę niezwykle ważną dla amerykańskiego wysiłku wojennego.

W 1942 roku ustalono, że niemieckie władze Warszawy okazują pewne specjalne względy posiadaczom paszportów niektórych państw Ameryki Południowej, w związku z czym w ciągu kilku następnych miesięcy setki polskich i holenderskich Żydów otrzymały podrobione dokumenty Paragwaju i Salwadoru, które umożliwiały wyjazd z Europy. Wielu prześladowanych uciekło wtedy do północnej Francji i zostało internowanych w obozie przejściowym w wiosce Vittel, gdzie ich podania rozpatrywali podejrzliwi niemieccy urzędnicy. Chociaż naziści mieli wątpliwości co do autentyczności dokumentów, nie mogli sobie pozwolić na konflikt z neutralnymi państwami Ameryki Łacińskiej, których autorytarni przywódcy w gruncie rzeczy popierali Rzeszę. To, w jaki sposób żydowscy uciekinierzy wchodzili w posiadanie wspomnianych dokumentów, jak odbierali je potajemnie za pośrednictwem wrogich nazistom emisariuszy ambasad Paragwaju i Salwadoru w szwajcarskim Bernie, oraz wątpliwe pochodzenie paszportów, owiane było mgiełką tajemnicy. Niejasny pozostawał również sposób, w jaki przyjaciele Stanów Zjednoczonych przekazali dokumenty bezpośrednio do rąk mężczyzny, którego wraz z rodziną zamierzano przeszmuglować przez granicę w ramach operacji „Sum”. Przez pewien czas perspektywy wyjazdu wydawały się obiecujące. Zorganizowano dwa przerzuty z Europy, przez Holandię i Francję, jednak za każdym razem Niemcy zablokowali drogę. Później, zaledwie trzy miesiące przed spotkaniem u prezydenta, niemiecki konfident w Warszawie poruszył kwestię podejrzanego pochodzenia dokumentów, co spowodowało, że los wszystkich Żydów w Vittel, w tym człowieka, którego Amerykanie rozpaczliwie próbowali wydostać, stanął pod znakiem zapytania.

– Niestety pojawiły się przeszkody, panie prezydencie – odparł Donovan. – Nie mamy nawet pewności, czy ten człowiek tam jest.

– Ani czy nadal żyje – dodał sekretarz obrony Stimson. – Nasze informacje wywiadowcze w tej kwestii są niejasne.

Emisariusze, którzy przekazywali podrobione dokumenty, zostali aresztowani i przebywali obecnie w niemieckich więzieniach.

– Powiedziano mi, że nadal jest nam potrzebny. Że trzeba go wywieźć za wszelką cenę. – Prezydent odwrócił się do sekretarza obrony. – Czy to prawda?

– Najprawdziwsza. Byliśmy blisko w Rotterdamie, załatwiliśmy nawet transport. A teraz… – Stimson z ponurą miną pokręcił głową, po czym sięgnął po pióro i wskazał mały punkt na ustawionej obok konferencyjnego stołu mapie Europy.

Miasto Oświęcim. W okupowanej Polsce.

– Oświęcim? – Roosevelt ponownie założył okulary.

– Oświęcim to polska nazwa Auschwitz, panie prezydencie – wyjaśnił sekretarz obrony. – Właśnie dlatego tu jesteśmy. I dlatego zapoznaliśmy się z raportem.

– Rozumiem – przytaknął prezydent. – Zatem ten człowiek jest teraz jednym z pięciu milionów anonimowych Żydów wyciągniętych z domu wbrew własnej woli, bez dokumentów i tożsamości?

– Nie wiemy, jaki los go czeka… – sekretarz skarbu Morgenthau poważnie pokręcił głową.

– Na szali spoczywa los nas wszystkich, panowie. – Roosevelt odepchnął wózek inwalidzki od stołu. – Przyszliście mi powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, aby go odnaleźć i przewieźć do Stanów, a teraz słyszę, że sprawa jest przegrana? Że się nie udało?

Prezydent objechał stół. Zebrani przez chwilę milczeli.

– Może nie wszystko jest stracone, panie prezydencie. – Szef OSS pochylił się nad stołem. – Mój kolega, kapitan Strauss, dokładnie przeanalizował sytuację. Uważa, że istnieje jeszcze jeden sposób. To może być ostatnia szansa…

– Ostatnia szansa? – Zmęczone oczy prezydenta spoczęły na młodym asystencie Donovana.

– Tak, panie prezydencie.

Kapitan miał około trzydziestki, ale już zaczął lekko łysieć. Był synem synagogalnego kantora i absolwentem Szkoły Prawa Uniwersytetu Columbia. Rooseveltowi powiedziano, że to wyjątkowy spryciarz.

– Dobrze, synu. Słucham, co masz do powiedzenia.

Strauss odchrząknął, spojrzał jeszcze raz na swojego szefa i w końcu otworzył teczkę.

– Mów. – Donovan skinął głową. – Przedstaw swój plan.

Rozdział 3

STYCZEŃ, CZTERY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

OBÓZ PRZEJŚCIOWY W MIASTECZKU VITTEL, OKUPOWANA FRANCJA

– Tato, tato! Obudź się! Oni tu są!

Głośne gwizdki przecięły jak nóż chłodne powietrze poranka. Doktor Alfred Mendl obudził się na wąskiej pryczy. Jego ramię obejmowało żonę Martę, aby chronić ją przed styczniowym zimnem. Ich córka Lucy stała nad nimi jednocześnie zdenerwowana i podniecona. Wyglądała przez szparę w zasłoniętym kocem oknie ciasnego pokoju, który dzielili z czternastoma innymi osobami, choć nadawał się najwyżej dla czterech. Nie było to odpowiednie miejsce dla dziewczyny, która noc wcześniej obchodziła swoje dwudzieste drugie urodziny. Skuleni na zawszonych materacach, śpiący pośrodku rozrzuconych bezładnie walizek i lichego dobytku ludzie zaczęli się powoli wygrzebywać spod koców i szyneli, mając nadzieję, że ich sytuacja wreszcie się wyjaśni.

– Tato! Spójrz!

Na podeście pojawili się francuscy milice5, chodząc od pokoju do pokoju i waląc pałkami w drzwi.

– Wstawać! Z łóżek, leniwi Żydzi! Wszyscy z zagranicznymi paszportami mają zabrać rzeczy i zejść na dół! Wyjeżdżacie!

Doktorowi serce podskoczyło w piersi. Czyżby po ośmiu ciężkich miesiącach oczekiwań w końcu nadszedł ich czas?

Wyskoczył z łóżka w pogniecionych tweedowych spodniach i wełnianym podkoszulku, który zapewniał mu ciepło. Od miesięcy spali w najcieplejszych rzeczach, piorąc je, kiedy tylko mogli. Niemal potknął się o leżącą obok nich na podłodze rodzinę, z którą co miesiąc zamieniali się miejscem do spania.

– Wszyscy z zagranicznymi paszportami mają się spakować i wyjść! – poinstruował ich z progu policjant w czarnym mundurze.

– Marto, wstawaj! Wrzuć wszystko, jak leci! Może to dziś! – powiedział doktor do żony. W jego głosie wciąż się tliła nadzieja, która w ciągu ostatniego roku została wielokrotnie poddana próbie. Wszyscy w pokoju mruczeli pod nosem, budząc się powoli do życia. Słabe promienie słońca przedostawały się do środka przez zasłonięte kocem okna. Vittel, obóz przejściowy na północnowschodnim krańcu Francji, tworzyły cztery sześciopiętrowe hotele stojące wokół dużego, okrągłego placu – nie do końca „czterogwiazdkowe”, jak żartowano, bo otoczone trzema ogrodzeniami z drutu kolczastego i pilnowane przez niemieckie straże. Przetrzymywano w nich tysiące osób – więźniów politycznych oraz obywateli neutralnych i wrogich państw, których Niemcy mieli nadzieję wymienić za swoich. Żydzi, głównie z Polski i Holandii, o których losie decydowano w Berlinie, zostali ulokowani w osobnym skrzydle. Francuski policjant, który wszedł do izby, chodził między ciałami, trącając ludzi pałką.

– Nie słyszeliście, co powiedziałem? Mówię do wszystkich! Wstawać i pakować manatki! Szybko, szybko! Czemu się ociągacie? Wyjeżdżacie!

Poszturchiwał pałką niemrawych i kopał walające się na podłodze otwarte walizki.

– Dokąd nas zawiozą? – dopytywali się więźniowie, pospiesznie zbierając swoje rzeczy. Mówili w rozmaitych językach i z różnymi akcentami – po polsku, w jidysz i kalekim francuskim.

– Dowiecie się! Żwawiej! Nie wiem nic więcej! Tylko zabierzcie dokumenty! Powiedzą wam wszystko na dole!

– Zabierzcie dokumenty! – Alfred spojrzał z nadzieją na Martę i Lucy. Czyżby w końcu nadeszła ta chwila? Doktor i jego rodzina długo na to czekali. Od czasu, gdy otrzymali od byłego pracownika ambasady paragwajskiej w Warszawie sfałszowane dokumenty tożsamości, upłynęło osiem trudnych miesięcy. Najpierw przez Słowację i Austrię dotarli do granicy Szwajcarii, ale ich zawrócono. Później przejechali pociągiem przez okupowaną Francję do Holandii, cały czas pod opieką paragwajskich dyplomatów w Warszawie, jako zagraniczni wykładowcy Uniwersytetu Lwowskiego. Kiedy jednak z papierami przewozowymi w dłoni dotarli na nabrzeże portu w Rotterdamie, gdzie mieli wejść na podkład wypływającego do Sztokholmu szwedzkiego towarowca Prinz Eugen, zostali ponownie zawróceni, bo okazało się, że ich dokumenty muszą zostać zweryfikowane. W stanie zawieszenia dotarli tutaj, do Vittel. Tymczasem żydowskie organizacje w Szwajcarii oraz rządy Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii czyniły starania i naciskały na rządy Paragwaju i Salwadoru, aby honorowały własne paszporty. Doktor i jego bliscy przebywali w Vittel w czymś na kształt dyplomatycznego piekła. Ciągle słyszeli, że ich sprawa jest badana. Że muszą poczekać jeszcze dzień lub dwa, aż niemieckie ministerstwo spraw zagranicznych i południowoamerykańskie ambasady wypracują jakieś rozwiązanie. Alfred i jego rodzina nauczyli się nawet hiszpańskiego, aby ich historia wydała się bardziej przekonująca. Oczywiście wiedzieli, że dokumenty nie są warte papieru, na którym je sporządzono. Alfred był Polakiem, urodził się w Warszawie i po latach studiów w Pradze i Getyndze, które odbył pod okiem najwybitniejszych specjalistów w dziedzinie fizyki atomowej, zaczął wykładać fizykę na uniwersytecie we Lwowie. A później przyszła wojna, pozbawiono go stanowiska, a jego dyplomy trafiły na śmietnik i zostały spalone. Marta pochodziła z Pragi, obecnie okupowanej przez Niemców, ale od wielu lat miała polskie obywatelstwo. Wiedzieli, że jedyną rzeczą, która zapobiegła ich wysłaniu tam, skąd nikt nie wrócił, były wątpliwe dokumenty przygotowane przez nieznanych ludzi i dostarczone wraz z obietnicą, że Amerykanie wywiozą doktora i jego rodzinę z Europy, a następnie dostarczą do Ameryki, gdzie zostaną serdecznie powitani przez Szilarda i Fermiego, startych znajomych Alfreda. Chociaż w ostatnich miesiącach Mendlowie wiele wycierpieli, ich los był znacznie lepszy od tego, jaki czekałby ich w domu. Kilka miesięcy temu Alfred usłyszał, że na Uniwersytecie Lwowskim przeprowadzono czystki, podobnie jak na innych uczelniach Warszawy i Krakowa. Ostatni z jego kolegów zostali zastrzeleni, zakatowani na ulicy lub przewiezieni w nieznane miejsce, z którego nikt nie wrócił.

„Zabierzcie dokumenty”, powiedział policjant. Alfred nie wiedział, czy to dobry, czy zły znak. Wszyscy wokół budzili się do życia, dygocząc z nerwów i oczekiwania. Może w końcu wszystko się wyjaśni. Może pozwolą im wyjechać.

Nie było dnia, aby nie marzył o przedstawieniu wyników swoich badań ludziom zabiegającym o dobro. Nie chciał, by wpadły w ręce nazistów.

– Chodź, kochanie! Pospiesz się! – zawołał, pomagając żonie spakować walizkę. Ostatnio Marta była słaba. W listopadzie się przeziębiła i nigdy do końca nie wydobrzała. Wyglądała tak, jakby zestarzała się dziesięć lat od czasu, gdy wyruszyli w podróż.

Musieli zostawić wszystko, co posiadali. Piękną porcelanę, kolekcję starych słojów aptekarskich, nagrody, które otrzymał. Wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość – z wyjątkiem kilku fotografii i, oczywiście, jego notatek. Upchnęli ten dobytek do małych toreb podróżnych, aby gdy nadejdzie pora, bezzwłocznie wyruszyć w drogę.

– Lucy, szybko! – doktor sięgnął po dokumenty i wrzucił je do skórzanej teczki wraz z kilkoma książkami, które zdołał zabrać z domu. Mógł stracić ubranie, dyplomy akademickie, zdjęcia rodziców nad brzegiem Wisły w Warszawie i przedmioty osobiste, które były mu najdroższe. Mógł zostawić najlepsze buty, ale nie wyniki swoich badań – te musiał ocalić. Dowody i wzory. Wszystko zależało od tego, czy zdoła je wywieźć. Pewnego dnia ich sytuacja się wyjaśni. Pospiesznie upchnął dobytek do walizki i zapiął zamek. – Marto, Lucy! Idziemy!

Kilka osób zostało w jeszcze niedawno zatłoczonym pokoju, życząc szczęścia wyjeżdżającym. Byli jak więzień, który żegna się z ułaskawionym towarzyszem niedoli.

– Do zobaczenia w lepszym świecie – mówili, jakby wiedzieli, że ich życie nie będzie usłane różami. Ludzi przebywających w ciasnej kwaterze połączyła dziwna zażyłość.

– Bóg z wami! Żegnajcie!

Alfred, Marta i Lucy wyszli z izby, a następnie ruszyli w dół, wtapiając się w ludzką masę sunącą korytarzami i schodami na podwórze. Rodzice trzymali dzieci, synowie i córki pomagali starszym, żeby nie zostali stratowani. Kiedy znaleźli się na parterze, zapędzono ich na duży dziedziniec, drżących na styczniowym chłodzie, szemrzących, rozprawiających z sąsiadami o tym, co ich czeka. Poręcze w górze oblepił tłum tych, którzy zostali i teraz patrzyli, co się wydarzy.

– Co się z nami stanie, tato? – spytała Lucy, patrząc na niemieckich strażników z automatami.

Alfred rozejrzał się wokół.

– Nie wiem.

Terenu jak zawsze pilnowali Niemcy, ale strażników było zbyt mało, żeby miało się wydarzyć coś złego. Ludzie zbili się z zimna w ciasną gromadkę. Kupcy i nauczyciele, księgowi i rabini. Ludzie w długich wełnianych płaszczach, w homburgach i fedorach na głowie.

Rozległy się gwizdki i chwilę później ujrzeli nadgorliwego kapitana francuskiej policji w towarzystwie niemieckiego oficera. Powiedzieli, że mają stanąć w kolejce, z przygotowanymi dokumentami. Niemiec miał na sobie szary wełniany płaszcz oficerski ze znakami Abwehry, czyli niemieckiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, co zmartwiło doktora.

Alfred, Marta i Lucy chwycili walizki i zajęli miejsce w kolejce.

Francuski oficer podchodził kolejno do stojących i rodzina po rodzinie uważnie przeglądał papiery, lustrując twarze. Niektórym kazał pozostać na miejscu, innym zaś dawał znak, by przeszli na bok dziedzińca. Wszędzie stali uzbrojeni strażnicy z psami, które głośno ujadały i szarpały się na smyczy, strasząc małe dzieci i niektórych rodziców.

– Z radością opuszczę to miejsce – westchnęła Marta. – Nieważne, dokąd nas zabiorą.

– Ja również – odparł Alfred, choć po zachowaniu żołnierzy odgadł, że dzieje się coś złego. Pilnujący nasunęli czapki na oczy i trzymali ręce na karabinach. Atmosfera była daleka od beztroski, nie było też mowy o fraternizacji z internowanymi.

Ci, którzy nie znali francuskiego i nie wiedzieli, co się dzieje, byli odsyłani na bok. Gdy francuski policjant próbował odsunąć jakąś rodzinę, jej członkowie zaczęli głośno krzyczeć w swoim języku, który w uszach Alfreda brzmiał jak węgierski. Kiedy policjant kopnął otwartą walizkę pełną dewocjonaliów, staruszek i jego żona daremnie próbowali je pozbierać. Inny sfrustrowany mężczyzna z długą białą brodą, najwyraźniej rabin, pokazywał swoje dokumenty kapitanowi milice. Francuz w końcu cisnął mu je w twarz, a starszy pan i jego żona pochylili się, żeby podnieść je z ziemi tak skwapliwie, jakby były stuzłotowymi banknotami.

Doktor Mendl pomyślał, że coś zdecydowanie nie jest w porządku.

Francuski kapitan i jego niemiecki przełożony szli wzdłuż oczekujących w kolejce. Żołnierze i strażnicy musieli używać coraz większej siły, aby powstrzymać tłum.

– Nie martwcie się, przecież wielokrotnie je sprawdzali – Alfred dodał otuchy Marcie i Lucy. – Na pewno przejdą.

Mimo to doktor czuł coraz większe zaniepokojenie, bo każda rozmowa wydawała się kończyć jedynie frustracją i gniewem, a ludzie byli brutalnie zapędzani do rosnącej z każdą chwilą gromady otoczonej przez uzbrojonych po zęby strażników.

Zza budynków doleciało sapanie zatrzymującego się pociągu.

– Słyszałyście? Dokądś nas zawiozą – Alfred zagadnął żonę i córkę, próbując nadać swojemu głosowi pogodny ton.

W końcu Francuz dotarł i do nich.

– Dokumenty – zażądał obojętnym tonem. Doktor wręczył mu papiery podróżne, z których wynikało, że on i jego rodzina, choć mieszkali w Polsce przez siedem ostatnich lat, są pod ochroną rządu paragwajskiego.

– Długo czekaliśmy na powrót do domu – powiedział po francusku do policjanta, ale ten unikał jego wzroku. Jego czarne, rozbiegane oczy przesuwały się chłodno z dokumentów na twarze, jakby robił to wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy. Za nim stanął niemiecki oficer, z rękami splecionymi za plecami i kamienną twarzą, która sprawiła, że Alfred poczuł niepokój.

– Czy pobyt we Francji sprawił pani przyjemność, señorita? – kapitan milice zwrócił się do Lucy znośnym hiszpańskim.

– Sí, proszę pana – odrzekła dziewczyna ze zdenerwowaniem, które Alfred wyczuł w jej głosie. Z drugiej strony któż by się nie denerwował? – Chciałabym jednak wrócić do domu.

– Na pewno pani do niego wróci – odrzekł kapitan, po czym stanął przed Alfredem. – Napisano tu, że pan jest profesorem?

– Tak, zajmuję się elektrodynamiką kwantową.

– Gdzie pan zdobył te papiery, monsieur?

– Nie rozumiem. Jak to… zdobył? – wymamrotał przestraszony Alfred, czując, że jego żołądek zaciska się w supeł. – Wystawiła je ambasada Paragwaju w Warszawie. Zapewniam pana, że są autentyczne. Proszę spojrzeć, o tutaj… – Wskazał urzędową pieczęć i podpisy.

– Obawiam się, że państwa dokumenty zostały podrobione – zawyrokował kapitan policji.

– Przepraszam?

– Nie posiadają żadnej wartości. Są tak złe jak pani hiszpański, mademoiselle. Nikt z was … – podniósł głos, żeby mogli go usłyszeć zgromadzeni na placu – nie jest już pod ochroną rządów Paragwaju i Salwadoru! Ustalono, że wasze wizy i paszporty są nieważne. Od tej chwili jesteście więźniami francuskiego rządu, który zważywszy na sytuację, nie ma innego wyboru, jak tylko przekazać was w ręce władz niemieckich.

Stłoczeni na dziedzińcu ludzie wydali głośne westchnienie. Niektórzy jęknęli: „Mój Boże, tylko nie to!”, inni spojrzeli po sobie i mruknęli: „Co on powiedział? Że nasze dokumenty są nieważne?”.

Ku przerażeniu Alfreda francuski policjant zaczął drzeć jego paszport na kawałki. Niszczył to, co utrzymywało ich przy życiu przez dziesięć miesięcy, ich przepustkę do wolności, rozsypując skrawki papieru niczym popiół na buty Alfreda.

– Wy troje, tam! Dołączyć do reszty! – rzucił Francuz, po czym pchnął ich brutalnie i przesunął się do kolejnej osoby w kolejce. – Następny!

– Co pan zrobił? – Alfred schylił się, żeby podnieść z ziemi rozrzucone skrawki, i pociągnął oficera za ramię. – To były ważne dokumenty. Sprawdzano je wiele razy. Proszę tylko spojrzeć, proszę… – Wskazał przedartą kartkę z podpisem. – Jesteśmy obywatelami Paragwaju. Chcemy wrócić do domu. Domagamy się tranzytu!

– Domagacie się? – Niemiecki oficer podążający za kapitanem milice w końcu przemówił. – Obiecuję, że zapewnimy wam tranzyt.

Dwaj strażnicy przedarli się przez tłum i karabinami wypchnęli rodzinę Mendlów z kolejki.

– Zabierzcie bagaże! Przejdźcie tam! – Wskazali zagonioną przez straże gromadkę posiadaczy południowoamerykańskich paszportów, których ogarnęło narastające poczucie beznadziei.

Po ośmiu miesiącach czekania i nadziei, przetrzymywania w bydlęcych zagrodach, gdy ich marzenie o wolności nagle prysło, ludzie zaczęli wyrażać swój sprzeciw i wściekłość, krzycząc i wymachując dokumentami. Francuski oficer ogłosił w kilku językach, że posiadacze południowoamerykańskich dokumentów podróżnych mają pięć minut na zabranie swoich rzeczy i wejście do oczekującego na stacji pociągu.

– Dokąd nas zabieracie?! – krzyknęła jakaś przerażona kobieta. Od miesięcy krążyły pogłoski o tajemniczych miejscach, z których nikt nie wraca. Rozchodziły się po Vittel jak epidemia tyfusu.

– Na plażę – zarechotał jeden z francuskich policjantów. – Pojedziecie na południe Francji. Jakżeby inaczej? Czy nie tam chcieliście się znaleźć?

– Przygotowaliśmy wam salonki. Nie martwcie się – dorzucił inny tym samym sarkastycznym tonem. – Arystokraci z Ameryki Południowej będą podróżować pierwszą klasą.

Na dziedzińcu natychmiast zapanował chaos. Niektórzy po prostu nie chcieli pogodzić się z losem. Stary, siwobrody rabin i jego żona usiedli na walizkach i ani myśleli ruszyć się z miejsca. Inni krzyczeli gniewnie na strażników w czarnych mundurach, którzy widząc poruszenie w tłumie, zaczęli coraz silniej napierać, wymachując bronią i pędząc więźniów jak owce do frontowej bramy.

– Trzymajcie się razem. – Alfred spojrzał na Martę i Lucy, ściskając ich bagaże. Na chwilę rozdzielili ich ludzie, którzy klnąc i wymachując odrzuconymi dokumentami, w napadzie szału przesunęli się na czoło tłumu. Więźniowie zaczęli się tłoczyć, lecz żołnierze w dalszym ciągu napierali, używając kolb niczym kija do poganiania bydła. Białobrody rabin i jego żona nadal nie chcieli się ruszyć. Po chwili podbiegł do nich niemiecki strażnik i zaczął krzyczeć, jakby byli głusi.

– Raus! – Wychodzić. – Wstawać, ale już!

Doszło do przepychanek. Niektórzy mieli zakrwawione twarze od uderzenia kolbą. Kilka starszych osób upadło na ziemię, a tłum mimo rozpaczliwych błagań i krzyków tych, którzy zatrzymali się, aby pomóc, zaczął je tratować.

W końcu jednak ruszyli, rodzina po rodzinie, nie mając innego wyboru. Wszyscy z przerażeniem chwytali swoje rzeczy. Funkcjonariusze milice popędzali ich pałkami i karabinami w kierunku bramy. Niektórzy się modlili, inni lamentowali, ale wszyscy szli – z wyjątkiem rabina i jego żony. Strażnicy wmieszali się w tłum, kopiąc walizki.

– Twoja? Zabieraj, bo tu zostanie!

Pędzili ich jak bydło przez prowizoryczną bramę z drutu kolczastego, pośród ujadania psów szarpiących smycze, okrzyków wściekłości, lamentów, wołania i jęków ludzi, którzy zrezygnowani poddali się swoim najgorszym obawom.

– Co się dzieje, tato? – spytała przerażona Lucy.

– Chodźcie! Musimy trzymać się razem – powiedział Alfred, ściskając w ręku swoją walizkę, walizkę Marty oraz teczkę. – Może pojedziemy do innego obozu. Daliśmy sobie radę w gorszym położeniu. – Chciał dodać sobie i bliskim otuchy, ale w głębi serca wiedział, że to nieprawda. Bo nie mieli już dokumentów, a Marta była coraz słabsza. Przeszli przez bramę. Pierwszy raz od ośmiu miesięcy znaleźli się za drucianym ogrodzeniem.

Na torach czekał pociąg towarowy. W pierwszej chwili ludzie pomyśleli, że nie jest przeznaczony dla nich. Taki skład nadawał się raczej dla krów albo koni. Później skamienieli, słysząc nagły szczęk otwieranych drzwi. Francuscy strażnicy pozostali w tyle, a wzdłuż torów stali niemieccy żołnierze, co przeraziło wszystkich.

– Oto wasze salonki, Żydzi – zarechotał jeden z nich. – Pozwólcie, że wam pomogę. – Mówiąc to, zdzielił kolbą jednego z mężczyzn. – Do środka!

W pierwszej chwili w tłumie pojawił się opór. Ludzie się sprzeciwiali, próbowali protestować. Wagony czekające na torach były odpowiednie dla świń, nie ludzi. Nagle usłyszeli dwie krótkie serie z automatu. Odwrócili się i ujrzeli, że białobrody rabin i jego nieszczęsna żona leżą na ziemi w kałuży krwi, obok swojego bagażu.

– Boże, oni nas zmasakrują! – jęknęła jakaś kobieta i nagle wszyscy ruszyli do wagonów. Jeden po drugim wskakiwali do środka, popychając starych i młodych, wlokąc ze sobą dobytek. Jeśli ktoś nie mógł go udźwignąć lub stawał, aby najpierw załadować rzeczy, wyrywano mu bagaż i ciskano na bok. Na peronie rozsypały się fotografie i przybory toaletowe.

– Nie! To moje rzeczy! – krzyknęła jakaś kobieta.

– Wsiadaj! Prędzej! Nie będą ci potrzebne! – Strażnik wepchnął ją do środka.

– Tu nie ma siedzeń – zauważył jakiś mężczyzna.

Alfred pomógł Marcie i Lucy wsiąść, a potem ktoś z tyłu podsadził jego. Kiedy wszyscy myśleli, że wagon jest pełen, strażnicy wepchnęli do środka jeszcze więcej ludzi. Po kilku minutach trudno było oddychać.

– Tu nie ma miejsca! Nie ma miejsca! Błagam! – rozległ się kobiecy głos. – Wszyscy się podusimy!

Ale Niemcy wpychali do środka kolejnych.

– Nie chcę jechać! – zawołał jakiś mężczyzna, przekrzykując zgiełk.

– Daj spokój, chcesz skończyć jak oni? – odpowiedział mu inny, pchając go naprzód i spoglądając na rozpostarte na dziedzińcu ciała rabina i jego żony.

– Moja córka! Moja córka! Sophie…! – wołała jakaś kobieta. Młoda dziewczyna, pchnięta przez tłum do innego wagonu, odkrzyknęła z oddali:

– Mamo!

Strażnicy w dalszym ciągu wpychali do środka ludzi wraz z dobytkiem, który ci zdołali unieść, aż wagony wypełniły się w stopniu przekraczającym najśmielsze wyobrażenia Alfreda.

Później zatrzasnęli drzwi.

W pierwszej chwili zapanowała ciemność. Jedyne światło wpadało do środka przez wąskie szpary w bocznych ścianach. W mroku rozległo się kilka jęków, a później wszyscy zamilkli. Zapadła cisza jak wtedy, gdy w napięciu czeka się na to, co się za chwilę wydarzy. W wagonie było tak mało miejsca, że prawie nie mogli się poruszyć. Nie dało się nawet zmienić położenia ramion ani swobodniej odetchnąć. Powietrze było przesycone odorem osiemdziesięciorga ludzi zamkniętych w wagonie, którym powinna podróżować połowa tej liczby, a przecież wielu z nich od tygodni się nie kąpało.

Stali bez ruchu, nasłuchując krzyków i płaczu dochodzących z zewnątrz, aż rozległ się gwizd. Pociąg szarpnął i ruszył. Dopiero wtedy zaczęli jęczeć, szlochać i zanosić modły. Stali w ciemności, wyprostowani, oparci jeden o drugiego. W kącie wagonu znajdowały się dwa wiadra – jedno z wodą, w ilości dalece niewystarczającej dla tak dużej liczby ludzi, a drugie puste. Nietrudno było odgadnąć jego przeznaczenie.

– Dokąd nas wiozą, Alfredzie? – wyszeptała Marta, kiedy pociąg nabrał prędkości.

– Nie wiem. – Doktor odszukał dłonie żony i córki i ścisnął je mocno. – Ale przynajmniej jesteśmy razem.

Rozdział 4

Kiedy pociąg odjechał, pułkownik Martin Franke wyszedł na tory przed obozem przejściowym. Było po wszystkim. Żydów zapakowano do środka i wyekspediowano. Podstęp się wydał, ale więźniowie nie mieli już drogi ucieczki. Wiedział, że wystarczy pomachać przynętą dostatecznie długo, aby ktoś ją chwycił. Żydzi walczyliby ze sobą o rzuconą na ziemię niedojedzoną porcję flaków, nawet gdyby mieli przy tym zginąć. Pułkownik patrzył, jak ostatni wagon znika w oddali, zmierzając w nieznane. Tam dokąd jadą, paszport lub wiza nie będą potrzebne, a po ludziach, którzy wsiedli do pociągu nie zostanie nawet ślad. Jakby nigdy nie istnieli.

– Kapitanie – Franke skinął głową oficerowi francuskiej policji, którego ludzie przystąpili do sprzątania dziedzińca i krzątali się teraz przy zwłokach dwóch lub trzech buntowników, którzy leżeli w kałuży krwi. – Dobra robota.

– Za pozwoleniem, panie pułkowniku. – Francuski oficer schylił się i podniósł z ziemi czyjeś dokumenty. – Czy one były naprawdę…?

– Naprawdę co? – Franke spojrzał na Francuza. – No mówże pan, o co chodzi!

– Czy faktycznie były sfałszowane? Ich paszporty. Naprawdę zostały podrobione?

Franke wziął do rąk dokument z odciskiem buta. Krewni tego Żyda pewnie nadepnęli na niego, gdy w pośpiechu wsiadali do pociągu.

– Czy to ważne? – wzruszył ramionami. – Od początku było wiadomo, że nigdzie nie wyjadą.

– Przepraszam, panie pułkowniku, ale…

– Dopilnujcie, żeby zebrano wszystkie dokumenty. Do naszych akt – rzucił Franke, nie udzielając kapitanowi odpowiedzi.

– Tak jest, Herr Oberst!

Franke owinął się ciaśniej połami ciężkiego oficerskiego płaszcza, chroniąc się przed zimnem. Jechał całe dwa dni z Warszawy i gdzie trafił? Bynajmniej nie do Paryża. Nie do ciepłej, zatłoczonej kafejki z butelką starego médoca. I nie obmacywał piersi jakiejś rozwiązłej francuskiej barmanki siedzącej mu na kolanach. Nie! Zamiast balować w Paryżu, deportował gromadę pozbawionych znaczenia, przerażonych Żydów do jakiegoś przeklętego obozu pośrodku lasów. Nie było dnia, by nie wspominał z utęsknieniem swojej poprzedniej placówki. Jeszcze rok temu pracował w niemieckiej ambasadzie w Lizbonie, co było świetną fuchą, bo można było spędzić wojnę na przyjęciach organizowanych na dachu baru Mundial, doskonaląc swoje dyplomatyczne umiejętności. Przy odrobinie szczęścia po roku mógł zostać attaché, a wtedy, niezależnie od tego, jak potoczyłyby się losy wojny, mógłby wykorzystać swoje wpływy. Brać łapówki, sprzedawać wizy wyjazdowe, handlować dziełami sztuki skradzionymi z pałaców w okupowanych krajach i wywiezionymi za granicę.

Niestety jego sekretarka Lena – niezła babeczka, która nie potrafiła pisać na maszynie, ale gziła się z połową członków misji dyplomatycznej – okazała się członkiem brytyjskiej siatki szpiegowskiej i uciekła do Londynu z nazwiskami połowy agentów Abwehry w Lizbonie oraz notesem pełnym tajnych kontaktów. Ujawniła mnóstwo zakonspirowanych informatorów w Europie i Wielkiej Brytanii. Okryty hańbą Franke został przeniesiony do Warszawy. Sekcja G – sabotaż, fałszowanie dokumentów, potajemne kontakty w środowiskach mniejszości narodowych. W Warszawie podawano jedynie gotowane żarcie, a ryby smakowały tak, jakby pochodziły z jakiegoś ścieku. Nie wspominając o zimnie. Takim zimnie, które przejmuje do szpiku kości. Dokuczliwe zimno powodowało, że we wspomnieniach Frankego Lizbona wydawała się południową Francją. Jakby tego było mało, jego żona, która pochodziła z fabrykanckiej rodziny posiadającej duży zakład wyrobów metalowych w Stuttgarcie i dzięki której mógł kupować luksusową bieliznę i kawior w puszce (bo jego własną rodzinę stać było ledwie na mięso), napisała, że od niego odchodzi.

W każdym razie lepszy chłód niźli ampułka z cyjankiem, pomyślał Franke. Teraz wnosił swój wkład do wysiłku wojennego Rzeszy, wykręcając ręce, kierując siatką informatorów i tropiąc członków polskiego ruchu oporu i krnąbrnych Żydów, którzy ukrywali się po aryjskiej stronie. Oczywiście, było to poniżej jego możliwości, ale dzięki swoim informatorom wpadł na trop chargé d’affaires ambasady Paragwaju w Warszawie, który był źródłem sfałszowanych dokumentów. Bo Franke zawsze robił wszystko, co konieczne – cokolwiek to znaczy. W Essen był detektywem. Nie jakimś efekciarskim wazeliniarzem z brukowców, ale takim, który zajrzy pod każdy kamień i jest gotów się schylić, by znaleźć najdrobniejszy dowód. Jednym słowem: był człowiekiem umiejącym zwąchać okazję, która pozwoli mu ponownie stanąć na nogi. Gdyby było inaczej, spędziłby resztę wojny w tym nikomu niepotrzebnym, zapomnianym mieście albo – jeśli sytuacja przybrałaby naprawdę zły obrót, co zaczął przeczuwać – na froncie wschodnim, gdzie zginąłby zastrzelony przez własnych ludzi w chwili, gdy zaczął ich zagrzewać do stawienia czoła nacierającym hordom bolszewików. W owych dniach Franke marzył tylko o jednym – aby przełożeni w Berlinie dali mu jeszcze jedną szansę udowodnienia swojej wartości.

Mimo wszystko dzień należał do udanych. Jego siatka w Warszawie pozyskała informatora, który zdradził swoich. Ślad prowadził z warszawskiego getta do ambasad Paragwaju i Salwadoru. Dwustu czterdziestu Żydów. Była to kropla w morzu ludzkiej masy zaludniającej getto, ale z jakiegoś powodu ci właśnie Żydzi wzbudzili zainteresowanie rządów Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Władze w Berlinie rozpaczliwie potrzebowały jednak dowodów, aby nie pogwałcić suwerenności neutralnych, zaprzyjaźnionych państw Ameryki Południowej, a zarazem rozwiązać drażliwą sytuację. Franke był pewien, że dostanie pochwałę z Berlina, skinienie głowy od Canarisa. Będą musieli przyznać, że w Lizbonie potraktowali go zbyt surowo. Może podziękuje mu nawet sam Reichsmarschall, czego już nikt nie będzie mógł zignorować.

Człowiek pokroju Frankego, który dorastał w cieniu stalowni Essen, wiedział, że zdobycie takich dowodów nie będzie wcale takie trudne. Wystarczy podążać za tropem i nie bać się pobrudzić sobie rąk, co stanowiło problem dla tych nadętych nudziarzy z centrali. Bo panowie z centrali Abwehry byli zbyt zajęci bywaniem na koktajlach i flirtowaniem z żonami dygnitarzy, aby odróżnić informatora od barmana. W przeciwieństwie do nich Franke był człowiekiem gotowym podjąć ryzyko i zrobić wszystko, co trzeba.

Dzisiaj jednak biadolił, że wysłali go do Warszawy, gdzie zima miała trwać jeszcze dwa miesiące. Jeszcze jeden taki sukces i zaproponują mu poprzednią placówkę. Być może Genewę, o której czasem pozwalał sobie pomarzyć.

A może nawet wyślą go do Paryża.

Ostatni kłąb dymu z lokomotywy rozwiał się, gdy pociąg zniknął za zakrętem. Praca pułkownika dobiegła końca. Franke spojrzał na podany mu przez kapitana dokument – kartę wizy ze zdjęciem, która upadła na peron. Całkiem ładna mała Żydóweczka. Ze dwanaście lat, kucyki, radosny uśmiech. Przeczytał nazwisko: Elena Zeitman. Zeitman. To bez znaczenia, pomyślał Franke. Starannie złożył kartkę i wsunął ją do kieszeni. Nie znał miejsca, do którego ją zabrali. Słyszał, że mają trafić do jakiegoś obozu pracy w Polsce. Podążył wzrokiem za pociągiem i pomyślał, że niezależnie od tego, jaki los spotka małą Żydówkę, nie pomoże jej wiza ani paszport żadnego kraju na świecie.

Rozdział 5

STYCZEŃ, NASTĘPNEGO DNIA

Peter Strauss usiadł przy biurku w waszyngtońskiej kwaterze głównej Biura Służb Strategicznych i ze smutkiem przeczytał depeszę od attaché Rady do spraw Uchodźców w szwajcarskim Bernie.

Pismo dotyczyło cywilów z obozu przejściowego w Vittel w północno-zachodniej Francji, którzy chcieli wyjechać z Europy, korzystając z paszportów pewnych państw Ameryki Południowej.

Paszportów, które żywotnie interesowały Straussa, bo osobiście pomógł je załatwić. Depesza miała następującą treść:

Z przykrością zawiadamiamy, że wnioskodawcom odmówiono ochrony dyplomatycznej. Uznano, że dokumenty zostały sfałszowane. Wszystkich posiadaczy wspomnianych dokumentów zagnano na plac i umieszczono w zaplombowanych wagonach. Cel podróży: obóz pracy w południowej Polsce. Z naszych informacji wynika, że chodzi o obóz w miasteczku Oświęcim.

Strauss ponownie przeczytał depeszę, czując skurcz żołądka. Cały rok pracy. Starannie zaplanowali tę operację. Dostarczyli dokumenty człowiekowi, na którym im zależało, a później wywieźli go z Polski wraz z rodziną przez okupowane kraje Europy. Potajemnie załatwili transport. Apelowali do rządu Paragwaju, aby oparł się niemieckim naciskom dyplomatycznym i stanął po stronie Amerykanów.

Stracili cały rok.

Wszystkich posiadaczy wspomnianych dokumentów zagnano na plac i umieszczono w zaplombowanych wagonach. Cel podróży: obóz pracy w południowej Polsce.

Strauss odłożył kartkę. Operacja o kryptonimie „Sum” dobiegła końca.

Choć jako syn kantora znał modlitwy i fragmenty Tory jak własne imię, pustka, którą poczuł w sercu, wydawała się jeszcze głębsza niż dotąd. Brat jego ojca nadal przebywał w Wiedniu. Nie mieli pojęcia, co się z nim dzieje, ba, nie znali losu całej jego rodziny. W pewnym sensie Strauss uzależnił swoją wiarę i nadzieję na pozytywne zakończenie wojny od powodzenia tej misji.

A teraz jedno i drugie runęło.

– Przysłali odpowiedź, panie kapitanie? – spytał młody porucznik, który przyniósł depeszę i nadal stał obok niego.

– Nie – odrzekł ponuro Strauss, wzruszając ramionami. – Żadnej odpowiedzi. – Zdjął druciane okulary i zaczął czyścić szkła.

– A więc to koniec? Dwustu czterdziestu ludzi… – zaczął jego zastępca. Porucznik był częściowo wtajemniczony w operację. – Przykro mi, panie kapitanie.

– Dwieście czterdzieści ludzkich istnień … – skinął głową Strauss. – Wszyscy zasługiwali na to, żeby ich ocalić, ale tylko jeden był dla nas kluczowy.

Rozdział 6

CZTERY DNI PÓŹNIEJ

Po trzech koszmarnych dniach jazdy w ścisku, w małym cuchnącym wagonie, usłyszeli syk lokomotywy i zgrzyt hamulców. Pociąg w końcu się zatrzymał.

– Gdzie jesteśmy? – pytali w ciemności. Była noc. – Czy ktoś coś widzi?

Stali chwilę w milczeniu, nasłuchując dobiegających z zewnątrz niemieckich krzyków. Krzyków i szczekania psów.

– Słyszałem, że pozwalają psom atakować ludzi wysiadających z pociągu. Pozwalają wybrać, kogo zechcą – powiedział jeden z mężczyzn.

– Zamknij się pan! – warknęła ostro jakaś kobieta. – Nie strasz pan dzieci!

Nagle rozległ się zgrzyt zamków i drzwi wagonu otworzyły się na oścież. Do środka wdarł się podmuch zimnego powietrza, a wraz z nim oślepiające światło reflektorów.

– Raus, raus! Wszyscy wychodzić! Wysiadać! Schneller! Prędzej! – Esesmani w szarych mundurach, z kijami, podbiegli do pociągu i zaczęli wywlekać ludzi z pociągu. – Szybko! Ale już! Na peron z rzeczami!

Alfred, Marta i Lucy wygramolili się z przepełnionego wagonu. Dygotali ze strachu i opatuleni kurtkami, trzęśli się z zimna, zasłaniając oczy przed oślepiającym światłem. Podczas podróży, która wydawała się nie mieć końca, zmarły przynajmniej cztery osoby: starsza, schorowana kobieta, brzemienna dziewczyna, która upadła na podłogę i się poddała, oraz dwoje niemowląt. Raz lub dwa Alfred myślał, że Marta nie wytrzyma podróży. Jazda przepełnionym wagonem spowodowała, że szmery w jej piersi uległy nasileniu. Ludzie nie mieli co jeść – z wyjątkiem tego, co zabrali ze sobą i czym byli gotowi się podzielić. No i to pragnienie… Mieli spieczone gardła. Pociąg zatrzymywał się tylko raz dziennie w celu wydania wody.

– Pamiętasz nasz miesiąc miodowy we Włoszech? – zagadnął Alfred, próbując rozweselić Martę w trakcie drogi. – Pamiętasz, jaka byłaś na mnie wściekła?

– Kupiłeś nam bilety trzeciej klasy – skinęła głową. Jej głos był cichy jak szept.

– Tylko na takie było mnie stać. Nie dostałem jeszcze posady wykładowcy – wyjaśnił Lucy, po czym spojrzał na żonę i dodał z uśmiechem: – Teraz, z perspektywy czasu, nie wydaje się to takie złe, prawda?

– Twój ojciec zawsze wiedział, jak zamienić nieudany eksperyment w życiową lekcję – zażartowała Marta, odwracając się do córki, po czym oparła głowę na ramieniu męża i zaniosła się kaszlem.

Dzięki takim rozmowom czas płynął im szybciej.

Teraz zaś stali na bocznicy, a zewsząd dolatywały krzyki i ujadanie psów. Zapalono reflektory i Alfred spostrzegł w oddali strażników z karabinami maszynowymi. Esesmani w czarnych mundurach gwizdali przeraźliwie, zaganiając przybyłych.

– Tędy! Tutaj! Zostawcie rzeczy! Zajmiemy się nimi!

Alfred gardził francuskimi strażnikami z Vittel, ale Francuzi zniknęli, a jego ogarnęło złe przeczucie, że w porównaniu z ich obecnym położeniem przeszłość okaże się miłym wspomnieniem.

– Trzymajcie się razem – szepnął, podtrzymując Martę w gęstniejącym tłumie. – Przynajmniej wysiedliśmy z tego zakazanego pociągu. Spójrzcie… – wskazał w górę na litery tworzące napis umieszczony nad bramą.

– Co to znaczy, tato? – spytała Lucy. Napis był w języku niemieckim.

– Praca czyni wolnym. Musisz być silna, Marto. Jeśli będziemy pracować, nie zrobią nam krzywdy. Zobaczycie.

Marta zakaszlała i skinęła głową. Potrącona przez kotłujący się tłum, sięgnęła po torbę.

– Zaczekaj – Alfred odebrał jej bagaż. – Pomogę ci.

Kiedy wagony opustoszały, wszyscy zbili się w jedną gromadę, niepewni swojego losu. Matki trzymały dzieci za rękę, młodsi pocieszali starych. Wszyscy znali pogłoski o tajemniczych, strasznych miejscach, w których ginął wszelki słuch o przybyłych. Nagle, ku ich zdumieniu, rozległa się muzyka. Zaczęła grać orkiestra. Alfred znał ten utwór. Słyszał go w praskim Rudolfinum.

– Koncert skrzypcowy D-dur Schuberta – powiedział jeden z mężczyzn.

– A widzicie? Mają nawet orkiestrę symfoniczną. – Alfred objął Martę ramieniem. – Co o tym sądzisz, Lucy? – zapytał, siląc się na pogodny ton. – Zobaczysz, nie będzie tak źle.

– Tędy! Tędy! – Strażnicy w czarnych mundurach ze znakami SS rozpychali się łokciami, torując sobie drogę przez tłum. – Kobiety i dzieci tutaj! Wszyscy mężczyźni, łącznie z ojcami, tam! – jeden z nich wskazał drugą stronę – Nie lękajcie się, to tylko w celu rejestracji. Niebawem się połączycie.

– Spróbujmy trzymać się razem – powiedział Alfred, podnosząc walizki i ściskając teczkę pod pachą.

– Ty tam! – popchnął go rosły strażnik w czapce SS. – Kobiety i dzieci na lewo! Ty na prawo!

– Meine Frau ist krank6 – odpowiedział Alfred po niemiecku. – Żona jest chora. Potrzebuje opieki.

– Nie martw się, zajmiemy się nią. Wkrótce ją zobaczysz. Wszyscy będą szczęśliwi. Zostawcie rzeczy.

Na peronie powstało duże skupisko waliz i toreb przypominające bagaż grupy turystów czekających na wyjazd.

– Jak je odnajdziemy? – spytała jakaś pani w etoli. – Po czym je rozpoznamy?

– Niech się pani nie martwi, wszystkim się zajmiemy. – Niemiecki oficer uśmiechnął się uprzejmie. – Proszę iść! Szybko! Tam, pospieszcie się… Wy dwie też…

W tłumie wpadających na siebie ludzi, wśród ujadania psów i esesmanów zaganiających przybyłych Alfred spostrzegł garstkę nieszczęśników w niebiesko-szarych pasiakach, z małymi czapkami na głowie. Uwijali się w ciżbie, zbierając porzucone walizki i plecaki i rzucając je na szybko rosnący stos. Byli chudzi jak patyk i zgarbieni niczym niewolnicy. Chociaż unikali wzroku nowo przybyłych, spojrzenie jednego z nich spoczęło przelotnie na Alfredzie. Poszarzała, wymizerowana twarz, ogolona głowa i zapadnięte, mętne oczy wydawały się przeczyć opowieściom o wygodnym życiu w tym miejscu.

– Kobiety i dzieci tutaj! Schneller! Prędko! – warknął Niemiec, chwytając Martę i Lucy za ręce i odciągając je od Alfreda. W jednej chwili strażnicy oddzielili je i wepchnęli w tłum.

– Marto! – Alfred skoczył za nimi. – Lucy!

– Alfredzie! – odkrzyknęła Marta, lecz jego imię zagłuszyły krzyki i płacz, gdy rozpaczliwie próbowała go chwycić.

– Tato! – zawołała Lucy. – Jestem tutaj!

Alfred rzucił walizki, próbując się przecisnąć do żony i córki. Kiedy je od niego odciągali, poczuł lęk.

– Błagam, muszę się dostać do żony i córki. Ja…

– Nie martw się, nic im nie będzie. Wkrótce je zobaczysz – zatrzymał go oficer SS, wskazując drugą stronę. – Ty tam!

– Niebawem się spotkamy! – zawołał w stronę grupy kobiet. – Bądźcie silne! Znajdę sposób, żeby was odnaleźć!

– Kocham cię, Alfredzie! – odkrzyknęła Marta. W ciemnej ciżbie zdołał jedynie dostrzec jej ostatnie błagalne spojrzenie. W zrezygnowanych oczach żony ujrzał nieodwołalność, której w nich nigdy wcześniej nie widział.

Pomachał rękami i posłał Marcie zachęcający uśmiech, choć jego serce ogarnęły przerażenie i smutek, bo nagle poczuł, że mogą się więcej nie zobaczyć.

– Kocham was!

A później zniknęły.

Jak okiem sięgnąć, ludzie żegnali się ze sobą i przekazywali sobie daremne prośby. „Uważaj na siebie!”, „Wkrótce się zobaczymy!”, „Opiekuj się naszym synem”, prosili jeden drugiego. „Nie martw się, będę na niego uważać”. Strażnicy kazali mężczyznom zostawić walizki i wszystkie rzeczy, lecz Alfred kurczowo ściskał swoją teczkę. Jeden z więźniów w pasiaku podszedł, żeby mu ją zabrać.

– Nie. – Alfred ścisnął ją mocniej. – To moje książki. Moje wzory.

– Nie sprzeciwiaj się, bo zastrzelą – szepnął tamten.

– Nie, nie oddam teczki – zaparł się Alfred, ściskając jeszcze mocniej.

– Nie martw się, dziadku. Nie będziesz tu potrzebować żadnych wzorów. – Niemiecki oficer podszedł do nich z uśmiechem rozbawienia na twarzy. – U nas obowiązuje tylko jedno prawo. Obiecuję, że szybko się go nauczysz.

– Jestem fizykiem. To wyniki moich badań. Dorobek całego życia, Herr Obersturmführer7– odparł Alfred, zauważywszy jego stopień.

– Teraz tak będzie wyglądać twoja praca – odrzekł oficer, wskazując więźniów rzucających bagaże na stos, po czym nachylił się, próbując wyrwać walizkę z rąk Alfreda. – Jeśli będziesz się przykładać, być może przeżyjesz. Mówisz całkiem nieźle po niemiecku. Stań tam! – esesman wskazał inną grupę i nagle jego uprzejmy ton uległ zmianie. – Nie słyszałeś, co powiedziałem?! Puść to, Żydzie! – Niemiec sięgnął do kabury i wyjął lugera. – A może wolisz, żeby twój pobyt tutaj szybko się skończył?

– Oddaj mu teczkę, proszę – szepnął błagalnie więzień, patrząc na przybysza wzrokiem, w którym kryło się wyraźne ostrzeżenie.

Alfred zauważył, że kark niemieckiego oficera napiął się z wściekłości i gniewu. Wiedział, że jeśli będzie się dłużej opierać, zginie na torach jak stary rabin i jego żona, których zastrzelono w Vittel. A przecież musiał żyć, choćby ze względu na Martę i Lucy. Musiał je ponownie zobaczyć.

Niechętnie puścił teczkę.

– Idź tam. Twój niemiecki się przyda. – Niemiec pchnął Alfreda w kierunku młodszych mężczyzn, a potem gwizdnął przenikliwie i podszedł do kolejnego z nowo przybyłych.

Doktor Mendl patrzył, jak więzień podnosi jego skórzaną teczkę i rzuca ją na rosnącą stertę toreb oraz innego dobytku. Z przerażeniem spostrzegł, że zamek się otworzył i kartki z wynikami badań – wzorami i artykułami naukowymi dla „Zeitschrift für Physik”, stanowiącymi owoc dwudziestu lat pracy – powoli się wysuwają, spadają niczym śmieci na rosnący stos toreb i plecaków, dziecinnych zabawek i lalek, by w końcu zniknąć. Każda kartka przypominała ciało wrzucone obojętnie do masowego grobu, a później przykryte kolejnymi.

Gdyby wiedzieli, co zawierają…

Dali mu pasiak i kazali pójść do budynku administracyjnego, gdzie miał się przebrać. W pewnej chwili odniósł wrażenie, że wśród ogólnego lamentu, rozpaczliwych pożegnań i okrzyków „Kocham cię!” i „Bądź silna” usłyszał swoje imię. Odwrócił się na pięcie, a jego serce drgnęło z nadzieją.

– Marto!

Okazało się, że wołano kogoś innego. Ostatni raz spojrzał na tłum w poszukiwaniu żony i córki, lecz te zniknęły. Później ruszył razem z innymi. „Dwadzieścia osiem lat…”, powiedział do siebie. W tym czasie byli praktycznie nierozłączni. Marta przepisała na maszynie każdą z jego rozpraw i każdy artykuł, wysłuchała z wyprzedzeniem setek jego wykładów, poprawiając składnię i intonację. Piekła mu ciasto i robiła pierogi z mięsem, a on co czwartek przynosił do domu kwiaty kupione na rynku przy ulicy św. Stanisława, wracając z uniwersytetu. Ogarnął go paniczny strach, że więcej jej nie zobaczy. Żadnej z nich. Że tu umrą. Odmówił modlitwę, aby nie stało im się nic złego. Z przodu ujrzał, że esesmani ponownie dzielą ludzi na dwie grupy. Wyczuł, że jeśli znajdzie się w jednej, przeżyje, a jeśli w drugiej, umrze. Ale było już za późno na strach lub modlitwę.

Kiedy patrzył, jak kartki z jego notatkami opadają niczym zeschłe liście na stertę bagaży i dobytku, ta mała cząstka jego jestestwa, która była jeszcze zdolna do przeżywania strachu lub nadziei, przestała cokolwiek odczuwać.

Umarła.

Rozdział 7

KONIEC KWIETNIA, TRZY MIESIĄCE PÓŹNIEJ

LIZBONA

Czarny opel zatrzymał się przy krawężniku obok budynku lotniska w Lizbonie. Peter Strauss usiadł na tylnej kanapie, chroniąc się przed deszczem.

Pod płaszczem przeciwdeszczowym nie miał kapitańskiego munduru ani oficerskiej czapki na głowie. Włożył sportową marynarkę i flanelowe spodnie, które pogniotły się w trakcie dwugodzinnego lotu z Londynu. Z walizką i skórzaną teczką przypominał typowego biznesmena, który przyleciał, żeby zarobić na wojnie, sprzedając stal lub żywność albo kupując portugalski wolfram. Lizbona była bowiem jednym z ostatnich kwitnących ośrodków handlu w ogarniętej wojenną pożogą Europie.

– Witamy w Portugalii, panie kapitanie – przywitał go urodzony w Szwajcarii szofer Rady do spraw Uchodźców, odbierając jego rzeczy. – Wiem, że ma pan za sobą długą podróż. Czy chciałby pan wstąpić do hotelu, by się odświeżyć?

– Nie, dziękuję – odrzekł Strauss. Przyleciał nocnym samolotem dyplomatycznym do Londynu, a następnie spędził dwa dni na przeprowadzaniu tajnych rozmów telefonicznych i wymianie telegramów, aranżując lizbońskie spotkanie. – Jeśli to możliwe, chciałbym jak najszybciej przystąpić do pracy.

– Oczywiście. – Szofer umieścił torbę Straussa na przednim fotelu i usiadł za kółkiem. – Wszyscy już czekają. Czy był pan kiedyś w Estorilu?

Po około czterdziestu minutach jazdy dotarli do wybrzeża i wjechali do eleganckiego nadmorskiego kurortu, w którym działało wytworne kasyno. Ubrani w wieczorowe stroje członkowie obalonych rodów królewskich Europy spędzali tu czas, czekając na wizy w otoczeniu brytyjskich i niemieckich szpiegów. Samochód zatrzymał się przed otynkowanym murem z wysoką żelazną bramą, za którym stał zwrócony w stronę morza dwupiętrowy dom. Choć kryta dachówką willa przy 114 Rua do Mare mogła należeć do każdej z zamożnych portugalskich rodzin ceniących sobie prywatność i ładny widok na morze, w rzeczywistości była letnią rezydencją katolickiego arcybiskupa Lizbony. Wysoki mur i ustronne położenie z dala od lizbońskiego gniazda szpiegów oraz tłumu wczasowiczów czyniły ją idealnym miejscem na rozmowę z ludźmi, z którymi Strauss przyleciał się spotkać.

Kiedy brama się otwarła i opel wjechał na dziedziniec, pośrodku którego stała duża fontanna w stylu florenckim, z domu wyszedł niski, schludnie ubrany mężczyzna z kozią bródką. Przedstawił się jako Ricardo Oliva z Międzynarodowej Komisji do spraw Uchodźców i poprowadził Straussa sklepioną lodżią do głównego budynku. Tam, w dużej sali zdominowanej przez wielki kamienny kominek i żyrandol ze świeczkami, na kapitana czekał mały tłum. Jako pierwszy przywitał go sekretarz arcybiskupa – około pięćdziesięcioletni, łysiejący mężczyzna w czarnej sutannie i z krucyfiksem na szyi, który przedstawił się jako monsignor Correa.

– Dziękuję za zorganizowanie spotkania – powiedział Strauss, podając dłoń duchownemu. – Proszę przekazać Jego Eminencji podziękowanie mojego rządu za udostępnienie tego dyskretnego lokum.

– Dyskrecja jest jedyną bronią, którą obecnie posiadamy – odrzekł monsignor, kiwając głową – ale mamy nadzieję, że wkrótce te potworne sprawy ujrzą światło dzienne i staną się znane światu. Są przecież rzeczy ważniejsze od zachowania politycznej lub religijnej neutralności. Nawet podczas wojny.

– Żywimy podobną nadzieję – skinął głową Strauss, po czym zaczął obchodzić stół, witając się z przedstawicielami różnych grup uchodźców z Berna i Sztokholmu oraz dwoma brodatymi ortodoksyjnymi rabinami. Ponieważ ci nie mówili po angielsku, powitał ich tradycyjnym hebrajskim „szalom”. Na koniec dotarł do Alexandra Katznera ze Światowego Kongresu Żydów, którego wysiłki zmierzające do wywiezienia Żydów z okupowanych ziem były dobrze znane w Ameryce. Strauss odniósł wrażenie, że wszyscy wiążą wielkie nadzieje z tym spotkaniem.

– Jesteśmy radzi, że pan przyjechał – powitał go serdecznie Katzner. – Czas najwyższy, aby świat dowiedział się o tym, co według naszej wiedzy dzieje się już od jakiegoś czasu.

– Wasz prezydent musi usłyszeć, co nam grozi – dodał przedstawiciel jednego z żydowskich komitetów. – Usłyszeć i podjąć stosowne działania.

– Proszę, proszę, panowie… pozwólcie, aby nasz gość sam się rozeznał. Czy chciałby pan coś zjeść, kapitanie? – monsignor Correa ujął Straussa za łokieć. – Wiem, że ma pan za sobą długą podróż.

Strauss uprzejmie podziękował, ale zrezygnował z posiłku.

– Jeśli to możliwe, chciałbym jak najszybciej przystąpić do pracy.

– Oczywiście, ma się rozumieć. W takim razie… – monsignor otworzył podwójne drzwi i wprowadził kapitana do przestronnej sali przeznaczonej na uroczyste przyjęcia. – Już na pana czekają.

Przy długim drewnianym stole, pośrodku którego stały dwa duże złote kandelabry, siedzieli Rudolf Vrba i Alfred Wetzler.

Mężczyźni byli wychudzeni, o poszarzałych twarzach, ubrani w garnitury, które sprawiały wrażenie zbyt obszernych. Nie podnieśli się, gdy pozostali zaczęli wchodzić do sali. Uciekli z obozu kilka tygodni temu, więc włosy dopiero im zaczęły odrastać. Wetzler, którego Strauss rozpoznał dzięki fotografiom, miał małe wąsy. Jego towarzysz Vrba nerwowo palił papierosa, nie ruszając się z miejsca. Rolę tłumacza wziął na siebie czeski członek Międzynarodowej Komisji do spraw Uchodźców.

Na początek Strauss uścisnął każdemu ze zbiegów dłoń i pogratulował śmiałej ucieczki.

– Wykazali się panowie niezwykłą odwagą. Świat ma wobec was wielki dług.

Straussowi podano filiżankę czarnej kawy z kostką cukru.

Kiedy Czech przetłumaczył jego słowa, uciekinierzy skinęli głowami z umiarkowanym entuzjazmem.

– Oto ich raport – powiedział Katzner z Kongresu Żydów, podsuwając Straussowi gruby plik kartek. – Choć myślę, że zna pan najważniejsze fakty. Od dawna nie jest tajemnicą, co się tam dzieje. Wszyscy chcieliby wiedzieć, dlaczego zwlekacie z reakcją. Naziści nie prowadzą z nami wojny. To ludobójstwo.

– Choć jestem wojskowym, a nie dyplomatą – odparł Strauss – pragnę państwa zapewnić, że prezydent został o tym powiadomiony.

– Czy pan jest Żydem? – spytał ktoś z Komisji Uchodźców.

Strauss skinął głową.

– Owszem.

– W takim razie rozumie pan doskonale, o co chodzi. Codziennie giną tysiące ludzi. Dlaczego pana rząd nie reaguje?

– Rządowi Stanów Zjednoczonych leży na sercu dobro wszystkich ludzi, którzy przebywają pod nazistowską okupacją – odrzekł kapitan, ale jego słowa zabrzmiały pusto i utkwiły mu w żołądku jak niestrawiony kawałek mięsa. Było jasne, że zebrani uznali wizytę Straussa za znak, że wkrótce zostaną podjęte działania wojskowe, o które od dawna zabiegali. Że Stany Zjednoczone, państwo, w którym, poza Europą, mieszka najwięcej Żydów na świecie, przeprowadzą atak powietrzny na obozy lub zbombardują prowadzące do nich tory kolejowe. Że jego wizyta oznacza spełnienie od dawna pokładanych w aliantach nadziei.

Niestety nie przyjechał tu w tym celu.

Strauss skinął przepraszająco głową, a następnie, zwróciwszy się w stronę Vrby i Wetzlera, otworzył teczkę i wyjął z niej folder.

– Chciałbym pokazać panom zdjęcie. – Kapitan zaczekał, aż Czech przetłumaczy jego słowa, po czym wyjął fotografię formatu A4 i przesunął ją po stole. Najpierw do Rudolfa Vrby, który spojrzał na nią kątem oka. – Czy rozpoznaje pan tego człowieka?

Kiedy Czech tłumaczył, uciekinier patrzył na Straussa pozbawionym wyrazu wzrokiem.

– Z obozu – wyjaśnił Strauss. – Widział go pan? Czy on tam jest?

Vrba sięgnął powoli po zdjęcie Alfreda Mendla.

Zbieg miał krótkie, ciemne włosy, płaski nos i grube, nisko położone brwi. Jeden z kącików ust był uniesiony w górę, co nadawało jego twarzy niemal szelmowski wygląd. Strauss cierpliwie czekał, podczas gdy jego rozmówca długo przyglądał się zdjęciu. W końcu Vrba podniósł głowę i spojrzał na Amerykanina.

– Przykro, ale nie – odpowiedział łamaną angielszczyzną i pokręcił głową.

Strauss poczuł ukłucie rozczarowania. Prysła ostatnia nadzieja. Ostatnia nadzieja wielu ludzi. Rok pracy zawisł na włosku. Podsunął zdjęcie Wetzlerowi, który miał bardziej skupiony wyraz twarzy, wysokie czoło i krzaczaste brwi. Długo oglądał zdjęcie, ale w końcu odsunął je od siebie z obojętnym wzruszeniem ramion.

– Proszę, niech się pan zastanowi – powiedział niemal błagalnie Strauss. – Proszę spojrzeć jeszcze raz. To bardzo ważne.

Wetzler rzucił okiem na zdjęcie, a później sięgnął po leżącą na stole paczkę portugalskich papierosów. Kiedy to zrobił, rękaw marynarki się podwinął i oczom Straussa ukazały się sine cyfry wytatuowane na wewnętrznej stronie przedramienia. Wetzler zapalił papierosa i się zaciągnął, a później mówił coś długo po czesku, nie odrywając od Straussa wzroku.

– Pan Wetzler chciałby wiedzieć… – przetłumaczył w końcu Czech – co takiego zrobił ten człowiek, że zwrócił pańską uwagę bardziej od innych. Codziennie giną setki niewinnych ludzi. Kobiet i dzieci. Gdy tylko wysiądą z pociągu, są pozbawiani dobytku i zabijani w komorach gazowych. Wszystko to dobrzy ludzie… – Wetzler mówił szybko, a tłumacz próbował za nim nadążyć. – Wszyscy prowadzili wartościowe życie. Kim jest ten człowiek, że odbył pan taką długą podróż, aby ustalić, czy tam przebywa?

Uciekinier przysunął zdjęcie Straussowi, jakby czekając na jego reakcję.

– Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie – odparł Strauss, patrząc mu w oczy. – Wiem tylko, że sprawa jest pilna. Rozumiem waszą prośbę. Przekażę ją najwyższym czynnikom mojego rządu. Obiecuję.

Wetzler wypuścił kłąb dymu i strząsając popiół do popielniczki, rzucił swojemu przyjacielowi szybkie spojrzenie, zupełnie jakby łączył ich z Vrbą rodzaj milczącego porozumienia. Strauss odczekał chwilę i sięgnął po zdjęcie Mendla, aby je włożyć do teczki.

I wtedy Rudolf Vrba nagle skinął głową z wyraźnym żalem i oznajmił łamaną angielszczyzną:

– On tam jest. Pańska człowiek. Oczywiście mówię, co było przed dwa miesiąc. Codziennie ginie setka człowiek. Nie można mieć pewność…

Strauss poczuł przypływ nadziei. On tam jest! Przebył ocean, żeby usłyszeć te słowa.

– Jest pan pewny? Musiał pan widzieć tysiące twarzy. Poza tym pewnie wygląda inaczej. Wszystko się zmieniło – drążył Strauss. Potrzebował potwierdzenia, czegoś konkretnego.

Vrba wzruszył ramionami.

– Facet był jakiś profesor, prawda? Przynajmniej tak na niego nazywali.

– To prawda – skinął głową kapitan, czując, że krew szybciej krąży mu w żyłach. – Był.

– Oprócz tego… – podjął Vrba – Pamiętam prawą dolną siódemkę…

– Prawą dolną siódemkę? – powtórzył zdumiony Strauss, zapisując to w notatniku. – Nie rozumiem.

– Prawy dolny ząb trzonowy. Kiedyś studiowałem stomatologię. Raz go do mnie przyprowadzili. Miał ropień. – Szelmowska mina przerodziła się w uśmiech. – W obozie nie przyglądałem się twarzom, ale ząb pamiętam.

Rozdział 8

Tego wieczoru Strauss siedział samotnie w barze hotelu São Mamede. Lokal znajdował się przy ciemnej bocznej uliczce, z dala od hałaśliwej świątecznej atmosfery kasyna i jeszcze dalej od hotelu Pallácio Estoril, z tętniącym życiem barem o ścianach pokrytych drewnianymi panelami, gdzie niemieccy i brytyjscy szpiedzy spotykali się przy koniaku i gdzie każdy gość kończył niechybnie na czyjejś liście.

Oprócz kapitana w barze znajdowała się tylko jedna para, popijająca aperol i tuląca się w zacisznym kącie.

Wiedział, że w takim miejscu nikt nie zwróci na niego uwagi. Żaden recepcjonista nie będzie przeglądać jego korespondencji. Strauss ponownie przeczytał depeszę, którą przed chwilą nadał do Waszyngtonu.

Przesłał ją na numer założony wyłącznie po to, aby dotarła niepostrzeżenie do rąk pułkownika Donovana. Opisał w niej prozaiczne szczegóły swojej podróży. Wspomniał o klientach, z którymi się spotkał i zamówieniach, które trzeba zrealizować. Nadmienił również o piśmie do Departamentu Zasobów Wewnętrznych. Oczywiście wszystko było nieprawdą. Zostało zmyślone.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ocalić jednego Kraina czarodzieja Czarodzieje Król magii 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter