Wstąp do El Encanto

Wstąp do El Encanto

Autorzy: Susana López-Rubio

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 6.98 zł

Wstąp do cudownego miejsca – słynnego ekskluzywnego domu towarowego El Encanto – i przenieś się do XX-wiecznej tętniącej życiem Hawany!

 

Początek lat 50. W porcie w Hawanie schodzi na ląd Patricio, młody Asturyjczyk, którego całym majątkiem jest głód świata, a jedynym celem pozostawienie za sobą przeszłości w rodzinnej wsi wciąż jeszcze liżącej rany po hiszpańskiej wojnie domowej.

 

Na spotkanie wychodzi mu gościnne miasto pełne światła i barw, w którym szybko znajduje pracę w domu towarowym stanowiącym dumę stolicy – El Encanto. Tam właśnie poznaje Glorię, jedną z najpiękniejszych, a przy tym bez wątpienia najbardziej zakazanych kobiet na wyspie. Jej mąż to wywodzący się z hawańskich nizin społecznych mafioso.

 

W powieści Wstąp do El Encanto Susana López Rubio przywołuje pełną świetności i szyku epokę, w której niezapomniane postacie, owładnięte namiętnościami i spętane konwenansami, zostają wciągnięte w wir tragicznej historii zakazanej miłości, prowadzącej od uniesień do wybaczenia i zmuszającej do przezwyciężenia własnych słabości. Miłości, która za tło ma rewolucję.

Tytuł oryginału:

EL ENCANTO

Copyright © Susana López Rubio, 2017

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Izabela Sieranc, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-417-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Część pierwsza

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

Część druga

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

Część trzecia

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

Epilog

Podziękowania

Podziękowania tłumaczki

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla mojego dziadka, który użyczył imienia

bohaterowi. I dla Alberta, zawsze.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

1947

Patricio

Gdy tylko zszedłem na ląd w Hawanie, zrozumiałem, że moje ubranie nie nadaje się na kubański klimat. Żaden z pasażerów statku nie miał na sobie odpowiedniego stroju. Wełniane spodnie i marynarka gryzły mnie niemiłosiernie, a czapka, która tyle razy uratowała mnie przed chłodem w Asturii, teraz groziła poparzeniem głowy pod tropikalnym słońcem. Kubańczycy nosili lniane garnitury, a Kubanki wzorzyste sukienki. W zestawieniu z nimi wyglądaliśmy jak stado zapoconych owiec. Spojrzałem z zazdrością na celnika. Jego biała koszula z krótkim rękawem stanowiła żywy obraz wygody. Czekaliśmy z dokumentami w ręku, gdy nadeszła sekretarka – Mulatka w sukience z odkrytymi ramionami i bez pończoch wywołała pełne podziwu gwizdy ze strony mężczyzn stojących w kolejce. Nie byle jakie osiągnięcie, biorąc pod uwagę dręczący nas głód i skrajne zmęczenie po ponad czterdziestu dniach podróży, którą odbyliśmy stłoczeni w mikroskopijnych kajutach, z jedynym pożywieniem w postaci serwowanego dzień w dzień talerza brei.

– Jak się nie uspokoicie z tymi gwizdami, zaraz zrobię z wami porządek!

Stojący obok mężczyzna z Galicii wyraził na głos moje myśli:

– Ooo, do diaska! Tutaj kobiety mają jaja!

Celnik dał mi znak, bym podszedł bliżej.

– Imię?

– Patricio.

– Nazwisko?

– Rubio Gamella.

– Wiek?

– Dziewiętnaście.

– Hiszpan?

– Tak.

– Cel podróży?

Kusiło mnie, by odpowiedzieć szczerze: „Wie pan, w Hiszpanii panuje taka nędza, że musimy moczyć chleb w kałużach, a w mojej wsi nie ma już kotów, bo zjedliśmy wszystkie szczury. Matkę zabili republikanie, ponieważ ukrywała w domu kuzynkę zakonnicę, a ojca narodowcy, bo nie zgodził się uklęknąć przed portretem Caudilla. Więcej rodziny nie mam, a nie chciałem spędzić reszty życia, harując w kopalni, zżerany przez wszy, więc sprzedałem obrączkę ślubną po babci, niech spoczywa w pokoju, i kupiłem bilet trzeciej klasy na statek, żeby zacząć od zera na drugim końcu świata, z jedną koszulą na grzbiecie. Cel podróży jest taki, że chcę przeżyć”.

Tak właśnie powinienem był mu powiedzieć. Ale na statku wielu ludzi uprzedzało, że Kuba zaczyna odsyłać hiszpańskich emigrantów z powrotem, i nie powinniśmy im tego ułatwiać.

– Cel podróży? – powtórzył zniecierpliwiony celnik.

Przełknąłem szybko swoje smutki i z szerokim uśmiechem odpowiedziałem to samo co reszta pasażerów ze statku.

– Wypoczynek. Przyjechałem na wakacje.

Wyszedłem z odprawy celnej i rozejrzałem się wokół. Moim oczom ukazała się nadmorska promenada, pełna ludzi, aut, gwaru i życia. Na tle połyskliwie niebieskiego nieba odcinała się latarnia zamku Morro czuwającego nad miastem i jego mieszkańcami.

Z gorąca zakręciło mi się w głowie i musiałem usiąść. Podróż była tak skomplikowana, a moje szanse dotarcia na Kubę tak znikome, że do tej pory nawet nie zadałem sobie pytania, co zrobię, gdy w końcu znajdę się w Hawanie. Sytuacja nie przedstawiała się zbyt różowo. Mój dobytek ograniczał się do pięciu rzeczy: wełnianego garnituru, czapki, butów, zdjęcia rodziców i puszki sardynek w marynacie, którą podarowało mi na statku pewne portugalskie małżeństwo.

Dysponowałem jednak ponadto dodatkowymi pięcioma atutami. Po pierwsze: tupet. Od dziecka byłem śmiały i zawsze kierowałem się zasadą, że lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie. Po drugie: odziedziczone po matce niebieskie oczy i przekazana przez ojca w genach zgrabna sylwetka. Po trzecie: wyobraźnia. Ta sama, która nie pomogła mi w zapamiętaniu listy królów wizygockich, natomiast wyśmienicie sprawdzała się podczas wymyślania wymówek w szkole i ułatwiała wagary. Po czwarte: młodość. Niedawno skończone dziewiętnaście lat niwelowało wszelkie obawy, spychając je na dalszy plan i przyznając pierwszeństwo tęsknocie za przygodą. I wreszcie, po piąte i najważniejsze: głód. Głód życia, przyszłości, kolorów, głód kumulujący się we mnie już nie miesiącami, lecz latami. Mówią, że wiara przenosi góry, ale głód w niczym jej nie ustępuje. Głód sprawił, że chłopak z małej wioski w Asturii przemierzył ocean i trafił na Perłę Antyli.

Po chwili zebrałem siły, wstałem i ruszyłem przed siebie. Pierwsze godziny życia na emigracji spędziłem właśnie tak: spacerując po mieście i szeroko otwierając oczy z zachwytu na widok cudów, które się przed nimi przesuwały. Pasaż Prado, plac Katedralny, bulwar Malecón… Wszędzie kłębiły się tłumy, rodziny z dziećmi, turyści, uliczni dentyści, pucybuci, akwizytorzy oferujący erotyczne pocztówki, a nawet wróżki, które przepowiadały przyszłość, rzucając muszelkami.

Miasto stanowiło ucztę nie tylko dla oczu, lecz także dla uszu. W Hawanie muzyka obecna była na każdym kroku. Dobiegała z barów, z radioodbiorników stojących na parapetach okien i trąbek grajków, którym ulice i place służyły za scenę.

W końcu dotarłem do chińskiej dzielnicy. Na rogu Zanja i Galiano stanąłem oszołomiony, gdyż moją uwagę przyciągnął afisz z przystrojonymi w pawie pióra tancerkami kabaretu Tropicana. Zacząłem go studiować tak wnikliwie, że nie zauważyłem tramwaju, który całym pędem jechał wprost na mnie.

– Z drogi, dupku! – wrzasnął motorniczy.

Tramwaj zatrzymał się w porę, by mnie nie przejechać, ja jednak upadłem na tyłek. Jakiś człowiek w garniturze zatrzymał się, by mi pomóc.

– Nic się panu nie stało?

Odparłem, że nie. W efekcie żałosnego upadku znacznie bardziej ucierpiała moja godność niż obolałe półdupki.

– Nasz młodzieniec ślini się do pięknych nóżek tych uroczych tancerek, a pan chciałeś go zaraz posłać wprost na cmentarz Kolumba? – mężczyzna zrugał motorniczego. – Daj se, kuźwa, na wstrzymanie, człowieku.

Tak to właśnie wyglądało. Kubańczycy potrafili mówić z najwyższym wyrafinowaniem, by chwilę później kląć jak szewcy.

– Naprawdę bardzo mi przykro – jął się tłumaczyć motorniczy. – A następnym razem uważaj pan kapkę bardziej i nic panu nie będzie.

Moja podróż dookoła świata dobiegła końca na plaży. Usiadłem na piasku i wpałaszowałem puszkę sardynek w marynacie, w czasie gdy morskie fale omywały mi zmęczone stopy. Słońce na horyzoncie przypominało karmazynowy kamyk w intensywnie pomarańczowej otoczce, pocętkowany czarnymi punktami mew. Nim zaszło, zasnąłem głęboko, nie ruszywszy się z miejsca.

Następnego dnia obudziły mnie okrzyki obwoźnego sprzedawcy.

– Panie, panowie! Sorbet kokosowy, cytrynowy i ananasowy! Wyborne granizado1!

Zdezorientowany otworzyłem oczy i odkryłem, że otaczają mnie całe rodziny plażowiczów, którzy zdecydowali się spędzić dzień nad morzem, a teraz spoglądają na mnie z mieszaniną politowania i zdziwienia. Kilkuletnia czarnowłosa dziewczynka odłożyła piłkę i podeszła bliżej.

– Cześć. Jesteś rozbitkiem?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po prostu się uśmiechnąłem. Byłem szczęśliwy, bo uświadomiłem sobie, że właśnie zaczynam nowe życie w Hawanie, niczym rozbitek wyrzucony przez morze na brzeg.

2

Opuściwszy plażę, umyłem twarz w fontannie i skierowałem się do dzielnicy San Isidro. Wiele tygodni wcześniej właściciel mleczarni w naszej wsi opowiadał mi, że jeden jego znajomy miał kolegę, którego kuzyn mieszkał w Hawanie i powiedział mu, że świeżo przybyli na wyspę Asturyjczycy zbierają się w barze El Popular przy ulicy Porvenir, prowadzonym przez wdowę z Avilés. Przypuszczałem, że mam niewielkie szanse, by go znaleźć: możliwe, że bar już zamknięto lub że znajduje się gdzie indziej; albo że właściciel mleczarni lub jego znajomy albo kolega znajomego, czy wreszcie kuzyn kolegi znajomego minęli się z prawdą. Jednak, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, bez trudu go odnalazłem. Był to mały lokal o bardzo podłym wyglądzie.

Wnętrze potwierdziło jeszcze pierwsze złe wrażenie. Dostrzegłem tam kilka zdezelowanych stolików i parę koślawych krzeseł, a nad wszystkim królował brudny blat baru. Była to speluna w całym tego słowa znaczeniu, ale mimo wszystko butelki cydru na półkach przywołały uśmiech na mojej twarzy.

Właścicielka, kobieta pod sześćdziesiątkę, ze sflaczałymi policzkami i włosami zebranymi w siwy kok, spojrzała na mnie, marszcząc brew.

– Bonos díes – przywitałem się po asturyjsku, próbując zjednać sobie jej sympatię. – Qué bona mañana fai.2

Ale kobiecie starczył jeden rzut oka, by zrozumieć, w jakiej jestem sytuacji, i prychnęła niechętnie.

– ¡Va ser desgraciáu!3 Nic nie mów – burknęła, wycierając dłonie w szmatę. – Dopiero co przyjechałeś? Pewnie wczorajszym statkiem z Lizbony. No to możesz stąd znikać, to nie Czerwony Krzyż.

Domyśliłem się, że ma już dosyć biedaków szukających u niej pomocy. Żeby mnie nie wyrzuciła, spróbowałem ją rozśmieszyć.

– Nie – pokręciłem głową.

Zaskoczona kobieta uniosła brwi.

– Nie?

– Przyleciałem samolotem – oświadczyłem, przybierając poważny wyraz twarzy – pierwszą klasą. Obiecaj mi, że zachowasz w sekrecie to, co powiem – szepnąłem.

Było jasne, że nie uwierzyła w ani jedno moje słowo, ale zaintrygował ją mój tupet, i postanowiła pociągnąć rozmowę dalej.

– A cóż to za sekret, jeśli można wiedzieć?

– Jestem markizem.

Kobieta spojrzała na moje ubranie pobrudzone piaskiem po noclegu na plaży i wybuchnęła takim śmiechem, że aż zakrztusiła się własną śliną.

– Markiz z Koziej Wólki, non te xinga4! – powiedziała kpiąco.

Uznałem jej śmiech za dobry znak i nabrałem śmiałości.

– Markiz Miradoiro.

– Nic mi to nie mówi.

– To piękne ziemie w dolinie Naredo. Nazywam się Patricio, bardzo mi miło.

– I co tu robisz, Particio, ubrany jak jakiś nędzarz?

– Przyjechałem tu incognito z powodu pewnej kobiety – zmyśliłem na poczekaniu. – To miłość mojego życia, ale jej rodzice nie zgadzają się, żeby za mnie wyszła.

– A to czemu? Przecież jesteś markizem!

– Tak, ale mój tytuł nic dla nich nie znaczy. To księżniczka Nowej Celeminy.

– A gdzie to jest?

– Och! Daleko. Okropnie daleko.

Kobieta znów się zaśmiała.

– Mogę wiedzieć, jak się nazywasz? – zapytałem, uśmiechając się, jak najładniej umiałem.

– Constantina… Tina – poprawiła się po chwili.

Uznałem za dobry znak, że przedstawiła się zdrobniałą formą imienia.

– Tina, obiecaj, że dochowasz sekretu. Dzięki przebraniu żebraka udało mi się zmylić ludzi strzegących księżniczki. Teraz muszę ją przekonać, żeby ze mną uciekła. Aż do tego czasu nikt nie może się dowiedzieć, że nie jestem biedny.

– Bądź spokojny, nikt tak o tobie nie pomyśli.

– Ponadto potrzebuję jeszcze jednej rzeczy.

– Jakiej?

– Talerza z jedzeniem.

– Co ty nie powiesz? – zauważyła raczej uszczypliwie niż z gniewem.

– Rozumiesz chyba, że teraz, kiedy muszę uchodzić za nędzarza, nie noszę przy sobie pieniędzy. Ale obiecuję ci na mój tytuł, że wrócę i oddam dług z nawiązką.

Tina westchnęła pogardliwie. Nie przeszkodziło jej to jednak podsunąć mi pod nos porządnego kawałka świeżo usmażonej tortilli ku wielkiej radości mojego żołądka. Ślina natychmiast napłynęła mi do ust.

– Masz… jedz. Zanim pożałuję, że ci dałam.

Zabrałem się za tortillę, korzystając z okazji, by pomiędzy jednym kęsem a drugim zapytać o parę rzeczy.

– Nie znasz jakiegoś miejsca, gdzie mógłbym przenocować?

– Pomijając Hotel Nacional, rzecz jasna.

– Rzecz jasna. Przecież wiesz, że muszę udawać biedaka.

Tina poprawiła sobie wsuwkę w koku i pokazała na młodego chłopaka siedzącego przy stoliku w głębi baru.

– Zapytaj Grescasa5. Tylko nie wciskaj mu historyjek o markizach, jeśli nie chcesz, żeby rozkwasił ci gębę.

Biorąc pod uwagę ksywkę chłopaka, uznałem to za dobrą radę. Tym razem postanowiłem być całkiem szczery.

– Bonos díes.

Facet nawet mi nie odpowiedział. Bardziej niż ewentualna rozmowa ze mną zajmowało go przygryzanie w zębach wykałaczki. Skorzystałem z okazji, by mu się przyjrzeć. Nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia pięć lat, posturą budził respekt, przypominał bowiem goryla: wysoki, korpulentny, o ramionach i nogach potężnych niczym pnie drzew. Jeden z przednich zębów miał ułamany.

Starając się nie okazywać zdenerwowania, spróbowałem ponownie:

– Jestem Patricio.

Grescas dłubał sobie dalej wykałaczką w zębach, pogrążony we wrogim milczeniu. Było jasne, że nie miał najmniejszej ochoty ze mną gadać. Na szczęście mój wzrok zatrzymał się na godle widocznym na jego starej koszulce. Przedstawiało kotwicę na niebieskim polu, wokół której wił się biały sznur. To zachęciło mnie do podjęcia jeszcze jednej próby.

– ¡Alza el rabu, marinín!6 – zawołałem – Ole, ole, nie damy się! Marino de Luanco wygrywa zawsze w piłkę, a jeśli nie wygrywa…!

Nie dokończyłem zdania niczym rybak, który zarzucił przynętę i czeka, aż ryba ją weźmie.

– To chyba przez pomyłkę! – mruknął, nie potrafiąc się powstrzymać.

Połknął haczyk. Wobec tego pociągnąłem za wędkę.

– Skąd jesteś? Ja z Santa Benxamina.

Grescas małpim gestem podrapał się po głowie i splunął na podłogę.

– Nie rób sobie nadziei. Nie będę ci pomagał tylko dlatego, że jesteśmy ziomkami. W Hawanie jest więcej Asturyjczyków niż much.

– Zapytałem cię tylko, skąd jesteś.

Znów splunął.

– Wszyscy od tego zaczynacie. A kiedy odpowiem, zaraz znajdzie się jakiś wspólny krewny, przyjaciel lub przynajmniej znajomy. Może nawet okaże się, że jesteśmy kuzynami. Wtedy oczywiście powiesz: „Kuzynie, chyba nie zostawisz mnie tu na pastwę losu?”. Potem poprosisz o pożyczkę albo żebym znalazł ci pracę lub miejsce do spania. Więc możesz już stąd wypierdalać w podskokach.

– Nie zamierzam stąd odejść, póki mi nie powiesz, skąd jesteś.

Osiłek podniósł się z krzesła, ja w tym czasie starałem się powściągnąć nerwy. Był bardzo wysoki, przerastał mnie o głowę. Świadom swoich rozmiarów solidnej dwudrzwiowej szafy splótł dłonie i głośno strzelił palcami, by mnie nastraszyć.

– Mam dla ciebie propozycję: jeśli ci odpowiem i okaże się, że mamy wspólnego znajomego, przyładuję ci z pięści w żołądek. Nadal cię to interesuje?

Cios w brzuch to nic dobrego, ale jaki miałem wybór? Nie znałem tu nikogo, kto mógłby mi pomóc, a nie zamierzałem znów spać na plaży.

– Zaryzykuję – powiedziałem drżącym głosem.

– Jestem z Carabanzo.

Była to wieś oddalona o kilka godzin drogi pieszo od mojej.

– Znam stamtąd tylko jedną osobę.

Grescas złapał mnie za kark niczym kociaka, który przed chwilą przyszedł na świat.

– Sam tego chciałeś.

Serce waliło mi tak mocno, że jego dudnienie słyszałem aż w uszach.

– Begoña García de Ron. Prześliczna, ale miała więcej pretendentów niż ja wszy na głowie.

Grescas rozluźnił uchwyt swojego łapska na mojej szyi. Wnioskując po wyrazie jego twarzy, zrozumiałem, że ją zna. Nagle przemknęła mi przez głowę niepokojąca myśl.

– To chyba nie jest twoja żona? – zapytałem, gotując się na najgorsze.

Pokręcił głową, a ja odetchnąłem z ulgą.

– Całe szczęście, bo była najbardziej puszczalska z całej wsi.

Moja ulga trwała, póki nie wypowiedział kolejnych czterech słów.

– Begoña to moja siostra.

Szlag by to! Przepadłem z kretesem! Zamknąłem oczy i przygotowałem się na cios. Nadszedł wkrótce, tak mocny, że zgiąłem się wpół. Jednak ciosowi towarzyszył też śmiech Grescasa.

– Jasny gwint! Ty jesteś Patricio? – Jego zły humor gdzieś zniknął. – Ten Patricio, z którym moja siostra się zeszła na festynie parę lat temu? – Przytaknąłem, siadając, by rozmasować sobie obolały brzuch. – Przywaliłem ci, bo przegrałeś zakład – wyjaśnił Grescas.

Jeszcze dochodziłem do siebie po ciosie w żołądek, kiedy Grescas zafundował mi kolejny, tym razem z otwartej dłoni w kark.

– A to za to, że nazwałeś moją siostrę kurwą – dorzucił.

– Wcale nie, ja tylko powiedziałem, że…

– Że jest kurwą – przerwał mi. – Daje na prawo i lewo, ale to moja młodsza siostra, zrozumiano?

Jeszcze raz potwierdziłem, próbując powstrzymać mdłości i zmusić tortillę, by nie opuszczała żołądka.

– Begoña mówiła mi, że była z tobą bardzo szczęśliwa tamtego lata. Że w dniu wolnym od pracy szedłeś trzy godziny w jedną stronę i trzy z powrotem tylko po to, żeby się z nią zobaczyć.

Rzeczywiście, byliśmy z Begoñą parką gołąbków, aż do czasu, gdy…

– Rzuciła cię dla Tiburcia? – Grescas wypowiedział na głos moje myśli. – Czy dla Manuela?

Odetchnąłem głęboko, by złapać wystarczająco dużo powietrza i odpowiedzieć.

– Chyba dla nich obu.

– Cała siostra! – wykrzyknął goryl, znów wybuchając śmiechem. – My, García de Ron, nie mamy w zwyczaju się rozdrabniać, walimy od razu z grubej rury.

– Nie gadaj. Twoja siostra złamała mi kiedyś serce, a ty przed chwilą żebro.

Grescas nagrodził mój żart pacnięciem w kark wyrażającym mieszaninę braterstwa i złośliwości.

– No właśnie, a co się dzieje z Begoñą? – zapytałem. – Dobrze jej się układa?

– Nie najgorzej. Wyszła za mąż i tak dalej.

– Za Tiburcia? Czy za Manuela?

– Za żadnego z nich! Za fotografa z Madrytu imieniem Paco. Ma studio portretowe przy Gran Vía. Dorobili się już dwójki dzieci.

– A więc się ustatkowała…

– Cóż, na miejscu Paca, zachowałbym czujność… Tiburcio był rudy? A Manuel blondyn?

– Jak miedź i słoma.

Grescas wyciągnął z portfela kolorowane zdjęcie. Begoña pozowała na nim z mężem, brunetem, i dwoma synkami: to byli bardzo ładni chłopcy, ale jeden z nich miał włosy blond, a drugi rude.

Nie potrafiłem powstrzymać parsknięcia śmiechem.

– Cieszę się, że jej się dobrze układa – powiedziałem szczerze.

Grescas włożył wykałaczkę za ucho.

– Oj, ziomku… No i widzisz, wcale nie chciałem z tobą gadać. Ale nie mogę przecież pozwolić, żeby mój były szwagier spał pod mostem, prawda?

W tym momencie zrozumiałem, że za brutalnymi manierami Grescasa kryje się szlachetne serce.

Jego historia była bardzo podobna do mojej: urodził się w asturyjskiej wsi, na łonie tak zubożałej rodziny, że dni, w których mogli włożyć do garnka kawałek mięsa, były świętem. Fakt, że Grescas wyrósł na wielkiego chłopa, stanowił prawdziwy cud, biorąc pod uwagę, że przez całe dzieciństwo nie mógł najeść się do syta. W rodzinie krążyły plotki, że kiedyś, jeszcze w minionym wieku, jedna z prababć miała romans z „gigantem z Estremadury”, ale tak naprawdę swoje potężne rozmiary Grescas zawdzięczał własnemu instynktowi samozachowawczemu, który kazał mu jeść wszystko, co tylko zdołał upolować z procy: wiewiórki, wróble, a nawet jaszczurki. Zbierał siły do pracy w kopalni, żeby pomóc rodzinie.

Grescas pchał pod górę rozklekotany wózek swojego losu, aż wreszcie rodzice – oboje z płucami wyniszczonymi wdychaniem pyłu węglowego – zgodzili się, by zaczął nowe życie daleko od tej nędzy. Wtedy postanowił wyemigrować. Wybrał Kubę z podobnych względów co ja. Na wyspie mówiono tym samym językiem co w jego ojczystym kraju, a ponadto po barach w naszych stronach krążyły historie o Hiszpanach, którzy wzbogacili się w Hawanie niczym konkwistadorzy w El Dorado.

W tych opowieściach nie wspominano jednak o tym, o czym Grescas dowiedział się w porcie w Lizbonie: władze Kuby miały po dziurki w nosie statków, które przybijały wyładowane hiszpańskimi nędzarzami. Dlatego też nie zwlekając, napełnił swoją walizkę kamieniami, aby sprawiać wrażenie, że ma w niej dużo bagażu. Okpiwszy w ten sposób celników, jeszcze w porcie w Hawanie wyrzucił walizkę z kamieniami do morza i tak jak ja ruszył przed siebie, nie oglądając się wstecz. Pierwsze dni były ciężkie, dopóki Tina, właścicielka baru El Popular, nie pozwoliła mu spać na zapleczu w zamian za przenoszenie beczek z winem, oliwą i innych towarów. Parę tygodni później zaoszczędził wystarczająco dużo, by zamienić podłogę w magazynie na materac w pensjonacie. Kiedy się poznaliśmy, Grescas przebywał w Hawanie od trzech miesięcy i utrzymywał się z dorywczych prac, jakie mu się nadarzały. Radził sobie, jak mógł, nie gardził żadnym zajęciem, które pozwalało na zdobycie paru groszy.

Choć nie wiedziałem, jak ma na imię (poznałem je wiele lat później), właśnie spotkałem jednego z najlepszych przyjaciół, jakich miałem w życiu. Jeszcze tego samego wieczora los zetknął mnie z kolejnym.

3

Pensjonat Trocadero, znany też jako zapluskwiony pensjonat, znajdował się przy ulicy o tej samej nazwie w centrum Starej Hawany. Był to pomalowany na błękitno wąski trzypiętrowy budynek z XIX wieku, w którym dawniej mieścił się gabinet lekarza specjalizującego się w chorobach wenerycznych. Z tego okresu na jednym z balkonów pozostał napis: „Leczenie chorób wstydliwych”.

Obiegowa nazwa nie pochodziła bynajmniej od zamieszkujących tam radosnych insektów – a materace były ich pełne – lecz od dwóch sióstr zarządzających interesem: Patrii i Normy, mniej więcej sześćdziesięcioletnich bliźniaczek, pomarszczonych i malutkich niczym pluskwy. Obie staruszki ledwie wiązały koniec z końcem, do tego stopnia, że miały tylko jedną sztuczną szczękę, którą nosiły na zmianę. W poniedziałki, środy i piątki Patria jadła jako pierwsza, a we wtorki, czwartki i soboty w pierwszej kolejności brała coś na ząb Norma. W niedziele robiły sobie purée z fasoli, wtedy sztuczna szczęka odpoczywała w szklance wody.

W środku pensjonat wyglądał, jeżeli można tak to ująć, nader malowniczo: w pół drogi pomiędzy rupieciarnią a składem. Korytarze i pokoje były przepełnione do granic możliwości różnego rodzaju przedmiotami i roślinami, co przydawało miejscu charakteru zaczarowanego domu. Zapluskwiony pensjonat był swego rodzaju sztabem głównym dla takich jak ja obdartych imigrantów, jednak nie byliśmy w nim jedynymi gośćmi. Mieszkali tam także kubańscy wieśniacy, zwani guajiros, którzy przyjeżdżali z prowincji spróbować szczęścia w stolicy. Do nich zaliczał się Guzmán.

Guzmán dzielił pokój ze mną i Grescasem. Nie minęło wiele czasu, a zostaliśmy przyjaciółmi. Chudy i niziutki, wychowywał się w gospodarstwie rolnym wraz z ośmiorgiem rodzeństwa do momentu, aż zmuszeni długami rodzice ulokowali go pod opiekuńczym skrzydłem ciotki, samotnej starej panny mieszkającej w Cienfuegos. To, co zaczęło się jako przymusowa rozłąka, z czasem stało się błogosławieństwem. Ciotka była nauczycielką i zapewniła mu nie tylko dach nad głową i wyżywienie, ale także wykształcenie. Guzmán miał bystry i chłonny umysł i mógłby nawet skończyć studia, gdyby nie przeszkodził mu w tym brak pieniędzy – właśnie z tego powodu po śmierci ciotki wyjechał do stolicy i podjął pracę. Zrządzeniem losu trafił do zapluskwionego pensjonatu, gdzie dzielił ze mną pryczę.

Doskonale pamiętam, że gdy po raz pierwszy wyciągnął do mnie rękę na powitanie, nie spojrzał mi w twarz, lecz na nogi.

– Ładne buty, kolego… Bydlęca skóra, szyte grubą nicią, do tego zamszowe języczki.

Mojego nowego przyjaciela cechowała pewna szczególna właściwość: miał obsesję na punkcie butów. Tłumaczył to tym, że gdy mieszkał na wsi, zawsze chodził boso i pierwszą parę obuwia dostał dopiero, kiedy wyjechał do ciotki. Były to tanie mokasyny, ale Guzmán czuł się w nich jak pan świata. Tak się śmiesznie złożyło, że zarabiał na życie, pracując jako pucybut. Czyszczenie obuwia od świtu do zmierzchu stanowiło ciężką harówkę, ale on nieodmiennie powtarzał:

– Fucha bez szefa, w której nie musisz odbijać karty, za to poznajesz dużo ludzi… Same korzyści!

W końcu, widząc, że nie mamy z Grescasem żadnej pracy ani dochodów, Guzmán namówił nas, żebyśmy poszli w jego ślady i też zostali pucybutami. Skontaktował nas nawet z dwoma emerytowanymi czyścibutami, którzy zgodzili się pożyczyć nam swoje fotele, szczotki i pasty w zamian za prowizję.

To były dobre czasy. Codziennie wstawaliśmy wcześnie rano i ruszaliśmy w miasto. Zwykle zaczynaliśmy w parku Fraternidad, żeby złapać wszystkich urzędników, którzy chcieli wkroczyć do biura w świeżo wyglansowanych butach. Koło dwunastej robiło się tak gorąco, że obcasy kobiet odciskały ślady w rozmiękłym asfalcie. Wtedy na kilka godzin chowaliśmy się w barze El Popular. Popołudnie spędzaliśmy w holach hoteli pełnych amerykańskich turystów lub w ogródkach restauracji, w których siedziało wielu cudzoziemców delektujących się w cieniu bananowców swoimi drinkami piña colada. Kończyliśmy dzień pracy w barach: w Sloppy Joe’s lub Floridicie, gdzie również nie brakowało eleganckich mężczyzn gotowych wydać parę groszy na nadanie szlachetnego wyglądu swemu eleganckiemu obuwiu. Ostatnie polerki wykonywaliśmy zawsze w restauracji Complaciente, ponieważ Grescasowi wpadła w oko Tacones, drobna Murzynka śpiewająca bolera anielskim głosem, która zresztą ignorowała go z pełnym wyższości lekceważeniem.

Nasi stali klienci nazywali nas Trzema Muszkieterami, bo zawsze pracowaliśmy wspólnie i tworzyliśmy malownicze trio. Grescas o rozmiarach goryla, Guzmán malutki jak Pigmej, a ja gdzieś pośrodku. Wszyscy trzej mieliśmy swoje mocne i słabe strony. Grescas, jak to on, nie certolił się, ale potrafił znaleźć sobie przyjaciół choćby w piekle. Jego technika czyszczenia butów najmniej się przy tym liczyła, a klienci – głównie Hiszpanie – płacili raczej za chwilę rozmowy z nim niż za cokolwiek innego.

– Słuchaj no, Grescas, nie znasz kogoś, kto chciałby kupić skrzynkę Black Label?

– Zapytaj Pedra z Santanderu, to równy gość, że do rany przyłóż. Pracuje w restauracji w Cerro. Powiedz mu, że to ja cię przysyłam, a jeśli dobijecie interesu, dasz mi dwa peso za przysługę.

Guzmán jako jedyny z naszej trójki umiał naprawdę dobrze czyścić buty. Doprowadzał obuwie do takiego stanu, że miło było na nie spojrzeć, a ponadto był niezrównanym chodzącym poradnikiem turystycznym.

– Jeżeli drewniana podeszwa stwarza problemy, mogę ją panu zaraz wymienić na gumową… A właśnie, był pan już w naszym Kapitolu? Dokładnie taki sam jak u Amerykanów.

I wreszcie ja: pucybut bez najmniejszego talentu do zamszu i pasty. Nadrabiałem zaraźliwym uśmiechem i tupetem, które zjednały mi sporą grupę klientów.

– Jak by to panu powiedzieć… Czyściłem kiedyś buty Errolowi Flynnowi. Ależ biedak miał haluksy… Raz obsługiwałem też Clarka Gable’a, któremu nogi śmierdziały nawet przez założone buty. To nie były buty, raczej kopyta…

Ogólnie życie czyścibuta było męczące, ale warte zachodu. Przynajmniej tak sobie wtedy myślałem. Nie wiedziałem jeszcze, że może się okazać również bardzo niebezpieczne. Że za złe wypolerowanie obuwia niewłaściwej osobie można zarobić kulkę.

4

Wieczór, o którym mowa, zaczął się całkiem zwyczajnie. Postanowiliśmy rozłożyć się przed wejściem do Calypso, nowego modnego klubu nocnego. Lokal zajmował cały kwartał. Od frontu pomalowano go na szmaragdowozielono. Tak też brzmiało jego hasło reklamowe: Szmaragd Hawany. Klientela była nie byle jaka, do środka wpuszczano jedynie osoby przestrzegające surowej etykiety: mężczyzn w smokingach, kobiety w sukniach wieczorowych. Smokingi, jak to w Hawanie, prezentowały szeroką gamę kolorów, od klasycznej czerni wybieranej zwykle przez cudzoziemców, aż po śmielsze barwy marynarek: biel, niebieski, a nawet zieleń współgrającą z nazwą lokalu. Panowie przychodzili elegancko ubrani, ale panie oczywiście nie pozostawały za nimi w tyle. Ich jedwabne suknie, długie i zwiewne, odkryte ramiona, włosy, w które wpinały pióra lub kwiaty, to był cały spektakl.

Lokal stanowił raj dla miłośników muzyki. Występował w nim septet grający son, francuski zespół wykonujący danzón, a nawet jazz-band specjalizujący się w fokstrocie, przy którym sam Fred Astaire zatańczyłby z przyjemnością. Podczas szczególnie uroczystych wieczorów wszystkie te orkiestry łączyły siły, by podwoić moc trąbek i wzbogacić aranżację o fortepian. Występowały wówczas pod nazwą Orkiestra Calypso i mogły liczyć na udział najwyżej cenionych solistów, a wręcz gwiazd o międzynarodowej sławie, śpiewających dla szczęśliwców, którym udało się dostać do klubu.

Wieść niosła, że tancerki z Calypso są ładniejsze niż te z Tropicany i Sans Souci, dlatego też kolejka przed wejściem z reguły okrążała budynek, co stanowiło dla nas wyborną okazję do znalezienia klientów.

Pomiędzy jednym a drugim czyszczeniem gawędziliśmy sobie.

– Jak się nazywał tamten dziwny owoc? – zapytałem Guzmána.

– Gujawa.

– A ten drugi?

– Guanabana.

– Jesteś pewien, że to nie to samo? – dopytywałem się dalej.

– Nie, kurka, przecież mówię! Nie mają ze sobą nic wspólnego! – zawołał Guzmán poirytowany moją ignorancją.

– A mnie też się wydaje, że to to samo, tak jak orzeszki ziemne i fistaszki – wtrącił Grescas.

– A co to jest fistaszek? – zainteresował się Guzmán.

– To te orzeszki, które się rzuca małpom i papugom – wyjaśniłem.

– Aaa, arachidy…

– Nigdy nie miałeś papugi, Guzmán? – zapytał Grescas.

– Ja nie. Ale jedna sąsiadka mojej ciotki miała. Gadała lepiej niż my trzej razem wzięci, umiała nawet jeden łamaniec językowy.

– Na Kubie macie łamańce?

– I to jakie trudne! „Baba bada baobaby. Baba dba o oba baobaby”.

– Papuga to mówiła?

– Jak karabin maszynowy. I jeszcze umiała ten: „Chłop pcha pchłę, pchłę pcha chłop”.

– Jak powiem to szybko dwadzieścia razy, dacie mi peso? – wyzwałem ich.

– Zaczynaj.

– Chłop pcha pchłę, chłę… – pomyliłem się i wszyscy trzej wybuchnęliśmy śmiechem. – Chłop pcha pchłę, pchłę chła… Cholera!

Byliśmy tak zajęci tą zabawą, że przeoczyłem moment, gdy mężczyzna usiadł na moim fotelu czyścibuta. W pierwszej kolejności zobaczyłem jego buty. Z białej skóry, marki Oxford. Z pewnością kosztowały małą fortunę.

– Dobry wieczór – przywitałem go w dobrym nastroju, nie podnosząc wzroku. – Proponuję panu zakład. Jeśli powie pan „chłop pcha pchłę, pchłę pcha chłop” dwadzieścia razy pod rząd, wyczyszczę panu buty za darmo. A jeśli się pan pomyli, zostawi mi pan napiwek. Co pan o tym sądzi?

Klientom zwykle podobały się moje pomysły, tym razem jednak było inaczej. Ten człowiek nie był pierwszym lepszym klientem.

– Proszę czyścić i nie gadać – usadził mnie.

Ton jego głosu, zachrypły jak u zwierzęcia, które szykuje się do ataku, sprawił, że ciarki przeszły mi po plecach. Ogarnęły mnie złe przeczucia, podniosłem wzrok. Klient miał na sobie szary garnitur i jedwabny krawat ze szpilką z kości słoniowej. Jego twarz znajdowała się w półcieniu rzucanym przez rondo kapelusza, póki nie zaciągnął się hawańskim cygarem, którego żar podświetlił zielone okrutne oczy.

Każdy człowiek z odrobiną rozumu posłuchałby go i zamilkł, ja jednak zawsze gadałem za dużo.

– Niech pan nie będzie takim ponurakiem – upierałem się. – Chłop pcha pchłę, pchłę pcha chłop…

Byłem tak skupiony na językowym łamańcu, że niechcący wziąłem nieodpowiednią szmatkę i poplamiłem białe buty brązową pastą. Prawdę powiedziawszy, nie zdarzyło mi się to po raz pierwszy ani nawet drugi, byłem beznadziejnym czyścibutem.

– Oj! Najmocniej przepraszam – zawołałem. – Guzmán, mogę pożyczyć twój wywabiacz plam?

Obróciłem się i zobaczyłem, że moi koledzy pobladli i wpatrują się w klienta, jakby ujrzeli wcielonego diabła. Coś było nie tak. I to grubo nie tak. Potwierdzenie tego podejrzenia przyszło, gdy poczułem zimną lufę pistoletu na karku.

– Sukinsynu, wiesz, ile są warte te buty?

Nie odpowiedziałem. Ze strachu język przyrósł mi do podniebienia.

– Powiem ci. Są warte więcej niż całe twoje pieprzone życie.

Mężczyzna odciągnął kurek pistoletu, zabrzmiało to tak, jakby wbijał gwóźdź w wieko mojej trumny.

Grescas dał krok do przodu, gotów rzucić się na niego i wyrwać mu broń. Jednak facet z całym spokojem, nie wyjmując z ust cygara, pstryknął palcami wolnej ręki i natychmiast dwóch ogromnych, ubranych w garnitury drabów wyrosło u boku swojego szefa.

– Ej ty! Stój grzecznie! Zdaje ci się, że nie mogę zabić dwóch łachmaniarzy zamiast jednego?

Zamknąłem oczy. Poczułem, że czas się zatrzymał. Obsesyjna myśl tłukła mi się po głowie niczym motyl uwięziony w szklanym słoiku: „Nie mogę przecież umrzeć z powodu łamańca językowego… Nie mogę umrzeć z powodu łamańca”. Wtedy przypomnieli mi się rodzice. Oboje już nie żyli, oboje zostali zamordowani z idiotycznych powodów. Najwyraźniej moim przeznaczeniem było kontynuowanie rodzinnej tradycji.

– Ja-ja mo-mogę usunąć tę pla-plamę – wybełkotał Guzmán.

Cisza. Kropla potu upadła z mojego czoła na ziemię. Chodnik był tak nagrzany, że natychmiast wyparowała.

– Pa-pan pozwoli, że to za-załatwię. Plamy z kr-krwi na pewno się nie zmy-zmywają – dodał Guzmán drżącym głosem.

Po kilku pełnych napięcia sekundach mężczyzna opuścił broń i dał znak ochroniarzom, żeby się odsunęli.

Następnie wymierzył mi mocnego kopniaka, po którym upadłem na chodnik. Klient, wciąż jeszcze z pistoletem w dłoni, gestem przywołał Guzmána.

– Usuń to! – polecił.

Mojemu koledze ręce trzęsły się, jak gdyby dostał nagłego ataku pląsawicy. Mimo napięcia jego biegłość w fachu była tak duża, że w jednej chwili zdołał usunąć plamę.

– Ju-już, go-gotowe…

Mężczyzna uważnie zlustrował buty, by po długiej chwili ciszy uśmiechnąć się z zadowoleniem.

– Tym razem, paplo, kolega uratował ci życie – powiedział do mnie.

Potem spojrzał na naszą trójkę i dorzucił:

– Żebym tu was więcej nie widział, pchlarze. Jeżeli jeszcze raz wejdziecie mi w drogę, wypruję flaki. Jasne?

Po raz ostatni zaciągnął się cygarem i zniknął w mroku ulicy, a w ślad za nim, niczym cienie, ruszyli dwaj ochroniarze. Nasze westchnienie ulgi było tak donośne, że słychać je było chyba aż na drugim końcu wyspy.

Gdy klient odszedł, Guzmán i Grescas podbiegli do mnie i pomogli mi wstać. Nogi miałem jak z waty i musieli się trochę natrudzić, nim udało im się postawić mnie w pozycji pionowej.

– Nic ci nie jest? – Grescas splunął na ziemię z wściekłością. – Jasna cholera, chciał nas rozpieprzyć!

– Musimy pójść do Tercery i donieść na tego palanta – oświadczyłem.

Tercera to była komenda policji w Hawanie.

– Nie, nie, nie! – Guzmán spojrzał na nas, wybałuszając oczy. – Żadnej policji! Czy wy nie wiecie, kim jest ten człowiek? To César Valdés!

Nic mi to nazwisko nie mówiło, ale Grescas na dźwięk tych słów zrobił minę, w której niedowierzanie mieszało się z przerażeniem.

– César Valdés? – powtórzył. – César Valdés?!

– We własnej osobie.

– Kim, do diaska, jest César Valdés? – przerwałem.

– To prawdziwy don. No wiesz, jak Al Capone albo Lucky Luciano. To gangster.

– Mafiozo?

– Słyszałem, że zaczynał jako przemytnik opium i marihuany, na czym szybko zbił pieniądze. Teraz jest właścicielem Calypso i jednym z najpotężniejszych ludzi na Kubie.

– Ale choćby nie wiem jak bardzo był bogaty i potężny, nie może przecież ot tak zabijać sobie ludzi na ulicy – obruszyłem się.

Grescas zafundował mi jednego ze swoich plaskaczy w kark.

– Głupi jesteś! To mafia! Jak będzie miał taki kaprys, zrobi sobie portfel ze skóry ściągniętej z twoich jaj i nikt nawet palcem nie kiwnie. Dociera do ciebie?

– Czy rząd i policja nie zwalczają mafii?

– Ha, ha! – parsknął śmiechem Guzmán. – César Valdés chodził na obiady do Batisty, a teraz popija drinki z Grauem. Rząd żyje z pieniędzy mafii. Nie tylko nie posyłają ich do więzienia, ale jeszcze chronią tych skurwieli…

Bum! Nagły huk za naszymi plecami sprawił, że jak trzy szmaciane kukiełki, którym ktoś niespodziewanie podciął sznurki, padliśmy plackiem na ziemię. Z najwyższą ostrożnością podnieśliśmy głowy, by się przekonać, że to grupa przyjaciół odkorkowała szampana na środku ulicy.

– Powinniśmy stąd pójść – wymamrotałem, czując, że nerwy odmawiają mi posłuszeństwa. – Nie wiem jak wy, ale ja będę spał tej nocy jak kamień.

To zdarzenie oznaczało koniec mojej krótkiej kariery pucybuta. Żeby czyścić buty, trzeba ustawiać się przed wejściem do nocnych klubów, a ja zbyt wysoko ceniłem własną skórę, by ryzykować, że znów wejdę w drogę Césarowi Valdésowi.

5

Guzmán i Grescas często powtarzali, że Hawana dzieli się tak naprawdę na dwa miasta: wysokie i niskie, Hawanę bogaczy i Hawanę biedaków. Obie patrzą sobie w twarz, ocierają się o siebie. Podczas niedzielnej mszy w ławkach katedry siadali obok siebie milionerzy wydający fortuny w kasynach i Kreole harujący w pocie czoła na plantacjach kawy, by żony ich szefów mogły zjeść podwieczorek w Casa del Café con Leche przy ulicy Obispo. W chwili gdy Marlon Brando kupował sobie brylantowy zegarek w salonie Cuervo y Sobrino, w drzwiach sklepu stała żebraczka i moczyła smoczki dzieci w cykorii z braku mleka w proszku. Były to dwa światy przylegające do siebie, a zarazem oddzielone niewidzialnymi barierami.

Istniał tylko jeden sposób, by biedak śpiący dotychczas na zgrzebnym worku przeniósł się na puchowy materac: loteria. Pięć cyfr, które w rzeczywistości stanowiły magiczne wrota prowadzące do innego świata. W związku ze zdolnością produkowania cudów loteria cieszyła się na Kubie prawdziwie religijnym uwielbieniem. Niebawem i ja zapragnąłem coś z tego dla siebie uszczknąć.

Pewnego wieczora Grescas wrócił do pensjonatu z kilkoma bloczkami kuponów na loterię.

– Chcesz zarobić parę groszy? Murzyn, który sprzedaje kupony w barze El Popular, trafił do szpitala z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Powiedział, że jeśli sprzedamy mu te losy, połowa zysku jest dla nas.

Myślałem, że to wspaniała okazja… Póki nie zobaczyłem numeru. Osiemdziesiąt pięć tysięcy dziewięćset czterdzieści trzy. Liczba po trzykroć pechowa. Większość ludzi wybierała numer z pomocą charady7, a tam ósemka oznaczała nieboszczyka, pięćdziesiąt dziewięć szaleńca, a czterdzieści trzy skorpiona.

– Grescas, czy nie rozumiesz, że sprzedać ten numer, to jak sprzedać czarnego kota w zestawie z potłuczonym lustrem pod drabiną?

– Na tym polega wyzwanie, mięczaki… Chyba znajdzie się na Kubie ktoś, kto nie jest przesądny.

Jednak Grescas się mylił. Zaczęliśmy sprzedaż na placu Cuatro Caminos – największym targu z żywnością w stolicy, stanowiącym zarazem ucztę dla zmysłów.

W tym gigantycznym budynku z wewnętrznym patio i trzema piętrami pełnymi straganów oraz sklepów panował gwar niczym w ulu. W środku znajdowały się tysiące stoisk z wszelką żywnością, jaką tylko można sobie wyobrazić: maniokiem, batatami, kolokazją, awokado, jabłkami z Kalifornii, mango i bananami różnych rozmiarów, wieprzkami i całymi baranami, żywymi langustami machającymi ogonkiem… Marmurowe schody przydawały całości arystokratycznego blichtru, jednak mieszkańcy miasta zaburzali majestatyczną atmosferę wrzaskami.

– Kurczaki, indyki, króliki! Nóżki wieprzowe, że palce lizać, droga pani! – przekrzykiwały się handlarki.

Próby sprzedaży kuponów na targu spaliły na panewce: klientki i straganiarki żegnały się na widok numeru.

– Zabieraj się z tym! – wołały.

Spróbowaliśmy szczęścia z tragarzami i rybakami dostarczającymi świeże ryby, ale ci śmiali się nam w nos.

– Matko Boża Miłosierna! Ten numer nie nadaje się nawet na podpałkę, żeby ugrzać sobie dupę!

Do losowania zostało już tylko kilka godzin, a nam nie udało się sprzedać ani jednego kuponu. Perspektywy wzbogacenia się na tym interesie jawiły nam się w coraz ciemniejszych barwach. Nawet siostry pluskiewki, które codziennie obowiązkowo brały udział w loterii, jakby to był jakiś rytuał, nic nie chciały od nas kupić.

– Na ten numer padnie nagroda, mam przeczucie! Proszę tylko pomyśleć, każda z pań mogłaby mieć własną sztuczną szczękę! – powiedziałem, używając całego uroku osobistego, jakim dysponowałem.

– Jak jest pan tego taki pewny, niech sam pan go sobie kupi. I mam nadzieję, że zgarnie pan naprawdę wielką nagrodę, chłopcze, bo jest nam pan już winien za dwa miesiące – odpowiedziała Patria. A może Norma, nigdy nie potrafiłem ich rozróżnić.

Znajdowaliśmy się w saloniku w pensjonacie. Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Norma – lub Patria – mruknęła, żebym się dłużej nie upierał, i poszła otworzyć drzwi. Była jednak tak niziutka, że miała trudności z sięgnięciem do zasuwy, wzięła więc książkę telefoniczną i stanęła na niej, używając jej jako zaimprowizowanego stopnia. Widok książki naprowadził mnie na pewien pomysł i pobiegłem szybko do swojego pokoju.

– Słuchaj no, Grescas! A może byśmy zadzwonili pod numery telefoniczne, które zaczynają się albo kończą na osiem pięć dziewięć cztery trzy?

– Po co?

– Bo dla nich ten numer nie będzie pechowy! Wręcz przeciwnie, możliwe, że spodoba im się nasz pomysł i kupią od nas los.

Pod wrażeniem pomysłu Grescas wstał z łóżka i przycisnął mnie do swej gorylej piersi.

– Jesteś nie w ciemię bity, były szwagrze!

Natychmiast przeszliśmy do czynu i zaczęliśmy dzwonić pod wszystkie numery z książki zawierające nieszczęsną kombinację cyfr. Pierwsza rozmowa zakończyła się fiaskiem; jakiemuś cholerycznemu mężczyźnie wcale się nie spodobało, że przerwaliśmy mu poobiednią drzemkę, i rzucił słuchawką. Ale już przy drugiej próbie udało nam się sprzedać los. A podczas trzeciej jeszcze jeden. Przy czwartej nawet kilka… System działał tak dobrze, że musieliśmy poprosić o pomoc Guzmána, by we trzech notować adresy klientów, którym mieliśmy dostarczyć do domu ich kupony.

Od numerów telefonicznych przeszliśmy do tablic rejestracyjnych samochodów. Plan był prosty, polegał na chodzeniu po mieście i sprawdzaniu tablic rejestracyjnych, a po natknięciu się na cyfry z naszego kuponu zamierzaliśmy zaczepić właściciela i poinformować go o tym cudownym zrządzeniu losu.

Nie musiałem długo szukać. Przy Malecón zobaczyłem chevroleta, którego numer rejestracyjny zaczynał się od cyfr osiem pięć dziewięć, trzech pierwszych z naszego losu. Samochód zaparkowano przed wejściem do restauracji, więc założyłem, że jego właściciel pije tam aperitif. Zdecydowałem, że warto na niego poczekać i spróbować wcisnąć mu parę kuponów.

Dla zabicia czasu usiadłem na kamiennej ławce przy pasażu i zająłem się obserwacją plaży. Bardzo piękna dziewczyna w lekko wyzywającym kostiumie siedziała tam z czasopismem i się opalała. Kiedy skończyła lekturę, wstała z ręcznika i ku radości innych plażowiczów przeciągnęła się niczym kotka, i zaczęła wykręcać piruety. Bez wątpienia była tancerką, założyłem się sam ze sobą, że tańczy w Szanghaju, klubie, w którym artystki wychodzą na scenę nago. Za moją hipotezą przemawiał fakt, że na plaży przebywała sama. Bardziej konserwatywne dziewczęta nigdy nie oddzielały się od grupki przyjaciółek ze strachu przed tym, „co ludzie powiedzą”. Wśród obserwujących ją osób znajdował się chłopak, który wpatrywał się w nią ze szczególnym zachwytem. Brunet o zgrabnej sylwetce, wyglądał na człowieka dobrze odżywionego, dlatego też, mimo że miał na sobie tylko kąpielówki, natychmiast można było poznać, że pochodzi z zamożnej rodziny. Ponadto z daleka rzucało się w oczy – po nerwowych gestach, jakimi poprawiał włosy, i innych oznakach – że chciałby zaczepić dziewczynę, ale nie jest w stanie przełamać nieśmiałości i zebrać się na odwagę, żeby to zrobić.

Pojawienie się właściciela samochodu przerwało mi obserwację plażowego spektaklu. Kierowcą okazał się mężczyzna w garniturze z białego lnu, z siwizną na skroniach. Wyglądał sympatycznie, więc go zaczepiłem.

– Dzień dobry panu! Dziś jest pana szczęśliwy dzień, za chwilę bowiem odmienię pańskie życie. – Pokazałem mu plik kuponów. – Zobaczyłem pańską tablicę rejestracyjną… Czy to nie zadziwiający zbieg okoliczności? Właśnie tędy przechodziłem, a mam w sprzedaży dokładnie ten numer loterii! Chyba pan nie zaprzeczy, że skierowało mnie tu samo przeznaczenie?

Słysząc moje słowa, mężczyzna z trudem powstrzymał śmiech. Miał błyszczące żywe oczy, z pewnością nie należał do ludzi, których łatwo można sobie owinąć wokół palca.

– Przeznaczenie, tak? Piłem kawę w tym ogródku i widziałem, że siedzi tu pan od dłuższej chwili – odparł.

Moją uwagę zwrócił jego lekki asturyjski akcent, poczułem przypływ radości.

– No wie pan, czasem trzeba lekko pomóc szczęściu… Pochodzi pan z Asturii?

– Tak, choć jestem także po trosze tubylcem – odparł. – Mieszkam tu od kilkudziesięciu lat.

– Paisanu8, to sprawka bruxes9, teraz to już naprawdę musi pan ode mnie kupić los.

Asturyjczyk z miłym uśmiechem pokręcił głową.

– Przykro mi, ale uważam, że jedynym dobrym sposobem wzbogacenia się jest ciężka praca, a nie szczęście.

– Uważam podobnie! Czy jednak nie chciałby pan zostać milionerem z dnia na dzień?

– Szansa, że ten los wygra, wynosi jeden do miliona.

– No widzi pan, sam pan to mówi. Istnieje taka możliwość! Niech pan pomyśli, jak się pan poczuje, jeśli ten numer wygra, a pan nie kupi ode mnie losu. Zresztą sam panu to powiem – moja wyobraźnia doszła do głosu. – Poczuje się pan tak fatalnie, że będzie to pan sobie wyrzucał przez resztę życia. Zgorzknieje pan i sięgnie po kieliszek, by poprawić sobie nastrój. Jednak zamiast tego popadnie pan w alkoholizm, straci pracę, a żona opuści pana i zamieszka daleko, w Kochinchinie. Wtedy sprzeda pan dom i auto, by kupić bilet na samolot i polecieć za nią, ale będzie już za późno, bo ona zdąży się zakochać w pewnym mężczyźnie z Kochinchiny. Ale to jeszcze nie wszystko, bo w drodze powrotnej, jadąc na lotnisko, zgubi się pan w dżungli i pożre pana tygrys. Więc pytam… Czy nie lepiej wydać pięć centymów, wartych tyle co nic, na kupon loterii i spać spokojnie tej nocy?

Kierowca wybuchnął śmiechem, wysłuchawszy mojej historii.

– Chcesz powiedzieć, że jeśli nie kupię tego losu, skończę pożarty przez tygrysa?

– Albo przez lwa. W dżungli nigdy nie wiadomo.

– Nie poddajesz się łatwo, co? – powiedział, nadal się śmiejąc.

– Nie mam wyboru. Jeśli nie sprzedam tych kuponów, nie będę jadł dzisiaj kolacji.

Asturyjczyk gestem dał mi znak, bym poszedł za nim, otworzył bagażnik swojego auta i wyciągnął walizkę.

– Chciałbym ci coś zaproponować. Słyszałeś o El Encanto?

Przytaknąłem. Jasne, że słyszałem o tym sklepie. W Hawanie to była cała instytucja. Najbardziej elegancki dom handlowy, w którym sprzedawano odzież na miarę, francuskie perfumy i inne luksusowe artykuły. Zawsze miałem ochotę wejść do środka, ale dla takiego biedaka jak ja zakupy w tego rodzaju miejscu były równie niemożliwe jak wycieczka na Księżyc.

– W tym tygodniu otwieramy nowy sklep. Wielki dom mody, największy w całej Ameryce. Jeżeli masz talent, jak twierdzisz, może moglibyśmy znaleźć dla ciebie jakieś miejsce pracy.

Praca! Niczym uliczny pies włóczykij, któremu podsuwają pod nos kiełbasę, poczułem, że wszystkie mięśnie mojego ciała napinają się i przechodzą w stan gotowości. A w dodatku… Praca w najsłynniejszym sklepie Kuby? To stanowisko musiało być moje!

– Co mam zrobić?

– Udowodnić mi, że jesteś na poziomie naszych sprzedawców.

Asturyjczyk otworzył walizkę. Była pełna zimowej odzieży. Wyjął ze środka szalik z grubej wełny.

– Właśnie wróciłem z Paryża. Dostaniesz pracę, jeśli w ciągu dziesięciu minut uda ci się sprzedać ten szalik.

Sprzedać szalik w Hawanie? Przy temperaturze czterdziestu stopni w cieniu? Chyba nie mówił tego na poważnie.

– Tutaj? Teraz?

– Jeśli sądzisz, że nie dasz rady…

– Dam radę, dam radę! – przerwałem. – Za ile mam go sprzedać?

– Za pięć pesos.

Mężczyzna wręczył mi szalik i oparł się o maskę samochodu.

– Masz dziesięć minut – oświadczył.

Rozejrzałem się wokół. Było południe, na ulicy pustki. Co robić? Pomyślałem, że mógłbym wejść do jakiejś restauracji, poszukać tam klientów i wymyślić jedną z moich historyjek. Na przykład powiedzieć, że ten szalik daje właścicielowi nadzwyczajne moce. Ale pięć pesos to zbyt wiele pieniędzy, by ktoś chciał je wydać na jakąś głupotę. Odetchnąłem głęboko, by ułożyć sobie myśli w głowie: „Ludzie kupują rzeczy, których potrzebują, a nikt przy zdrowych zmysłach nie potrzebuje szalika przy czterdziestu stopniach w cieniu. Chyba że…”. Mój wzrok spoczął na młodzieńcu z dobrej rodziny i tancerce. Wpadłem na szalony pomysł. W zastępstwie rzeczywistych potrzeb, musiałem stworzyć potrzebę wyimaginowaną. Podbiegłem do dziewczyny.

– Dzień dobry, panienko. Chciałaby pani zarobić kilka pesos?

Zagadnięta zmarszczyła brew, ale na jej wargach dostrzegłem cień uśmiechu. Na twarzy dziewczyny wyraźnie odmalowało się zmaganie pomiędzy ciekawością a nieufnością.

– Ile?

Teraz byłem już pewien, że jest tancerką. Bardziej konserwatywna dziewczyna nigdy w życiu nie podjęłaby ze mną tej rozmowy.

– Pięć.

– Za co?

– Za jeden pocałunek.

Dziewczyna uniosła brwi na znak zaskoczenia, ale nie zbulwersowała się ani nie wymierzyła mi policzka.

– Tylko jeden? W usta czy w policzek?

– W usta.

– Taki maluśki?

– Lepiej, żeby był jak w kinie, ale maluśki też mi się nada.

– Mam pocałować pana?

– Nie. To pocałunek dla pierwszego mężczyzny, jaki się tu pojawi w wełnianym szaliku na szyi…

Następnie podszedłem do nieśmiałego chłopaka.

– Przynoszę panu wiadomość od tej dziewczyny. Mówi, że chętnie by pana pocałowała. Jest jednak pewien warunek…

Gdy brakowało niecałej minuty do końca mojego czasu, chłopak zapłacił mi dziesięć pesos za szalik, a ja dałem pięć z nich tancerce. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę, że wziąłem na siebie rolę rajfura we własnym interesie, ale podjęli zabawę w stu procentach. Podawałem im na tacy doskonały pretekst do zawarcia znajomości.

Wróciłem do Asturyjczyka i obaj przyglądaliśmy się rezultatom moich zabiegów. Ku zdumieniu ludzi na plaży chłopak w kąpielówkach i szaliku podszedł do dziewczyny, a ona nagrodziła go filmowym pocałunkiem. Ucieszyłem się, bo zobaczyłem, że po pocałunku wywiązała się między nimi rozmowa. Chłopak z dobrej rodziny przypadł tancerce do gustu. Zadowolony odszukał mnie wzrokiem i podniósł kciuk do góry na znak zwycięstwa.

Asturyjczyk nagrodził mnie pełnym satysfakcji wybuchem śmiechu i poklepaniem po ramieniu.

– Nigdy w życiu nie widziałem dwojga równie zadowolonych klientów! Masz tę pracę. Przyjdź jutro do sklepu, punktualnie o ósmej rano. Oto moja wizytówka.

Asturyjczyk odjechał, a ja odczytałem jego nazwisko: „Aquilino Entrialgo. Członek założyciel El Encanto”.

Tego wieczora ze szczególnym zainteresowaniem czekaliśmy z Grescasem na wyniki losowania. Jak można się było spodziewać, nasz brzydki pechowy numer nie wygrał ani grosza. Ale ja, z wizytówką pana Entrialgo w kieszeni, czułem się jak zdobywca głównej nagrody.

6

Miejsce znane jako Esquina del Pecado10 znajdowało się przy skrzyżowaniu ulic Galiano i San Rafael. Ochrzczono je tak ze względu na działające tam wspaniałe sklepy, do których eleganckie panie ciągnęły niczym muchy do miodu. Mawiano, że ulubioną rozrywką hawańskich dam jest chodzenie na zakupy… a rozrywką dżentelmenów podziwianie i komplementowanie owych dam. Tak więc osławione Esquina del Pecado było w rzeczywistości scenerią grzeszków powszednich i wybaczalnych: kobiety oglądały wystawy, mężczyźni oglądali kobiety i wszyscy byli zadowoleni. Do najważniejszych atrakcji należały tu dom handlowy Woolworth – zwany również Ten Cents – sklep kuśnierski La Moda i kawiarnia La Isla, w której klienci mogli zjeść na podwieczorek lody dla wzmocnienia nadwerężonych zakupami sił, by po chwili z nową werwą powrócić do załatwiania sprawunków. Jednak perłę w tej koronie stanowiło bez wątpienia El Encanto.

Budynek zajmował cały kwartał, jego fasadę zdobiły wielkie kwadratowe bloki marmuru. Od frontu widniał ogromny portyk wsparty na kolumnach, dzięki czemu ludzie mogli podziwiać wystawy nawet podczas deszczu. Nad głównym wejściem umieszczono wielki napis „El Encanto”.

Nadszedł poranek mojego pierwszego dnia pracy. Na ulicy czuło się podekscytowanie. Dom handlowy otwierał nową siedzibę. Stanowiło to jeden z ulubionych tematów rozmów na mieście, wszyscy chcieli obejrzeć budynek. Na godzinę przed otwarciem duża grupa niecierpliwych klientów i ciekawskich tłoczyła się przed wejściem.

Zgodnie z poleceniem Asturyjczyka stawiłem się o ósmej rano przed bocznymi drzwiami. Otworzyła mi bardzo miła pracownica.

– Dzień dobry – przywitałem się. – Miałem się tutaj zgłosić. Dziś zaczynam pracę.

Sprzedawczyni gestem pokazała mi, bym podążył za nią.

– Proszę za mną.

Przestąpiłem próg i od razu szeroko otworzyłem oczy ze zdumienia. Bardziej niż sklep przypominało to jakiś pałac. Podłogi i ściany lśniły, że miło było spojrzeć. Wszędzie stały manekiny i donice z tropikalnymi roślinami. Plansze zwieszające się z sufitu reklamowały najróżniejszego rodzaju produkty, jeden bardziej kuszący od drugiego, wszystkie z logo sklepu: kawalerem i damą w strojach z początku wieku. „Przydaj prestiżu swoim prezentom wyrafinowaną etykietą domu towarowego El Encanto”, głosiły reklamy. Jednak największe wrażenie wywarły na mnie lady. W tym oceanie błyszczących kafelków stanowiły małe wyspy wypełnione cudami. Już same w sobie meble były dziełem sztuki: wykonano je ze szlachetnego drewna i zwieńczono przeszklonymi witrynami pozwalającymi lepiej zaprezentować towary. Szedłem za ekspedientką do windy, przez cały czas rozglądając się wokół w oszołomieniu.

– Niech pan wjedzie na piąte piętro. Tam znajdzie pan biura. Proszę zapytać o dział personalny.

Windziarka zamknęła drzwi i wcisnęła guzik z numerem pięć. Miała na sobie bardzo ładny mundurek: czarną sukienkę i pończochy. Była to dziewczyna w moim wieku, z grzywką i spiczastym nosem. Od razu skojarzyła mi się z wiewiórką.

– Za chwilę ruszamy. Trzy, dwa, jeden… start! – zażartowała.

Ledwo zaczęła się nasza krótka podróż, windziarka zlustrowała mnie z góry na dół.

– Masz na sobie pożyczony garnitur, co? – zapytała.

Przytaknąłem. Mój garnitur z asturyjskiej wełny sprzedałem kilka tygodni wcześniej, by opłacić czynsz w pensjonacie, a za skromną kwotę, która mi pozostała po tej transakcji, kupiłem sobie kwiecistą koszulę i krótkie spodenki, strój, który zupełnie nie nadawał się do poważnej pracy. Jak słusznie powiedział mi Guzmán: „Pierwszy krok, by przestać być biedakiem, to nie wyglądać na niego”. Na moje szczęście przyjaciele posiadali garnitury, z drugiej ręki rzecz jasna. Oczywiście ubranie Grescasa było na mnie gigantyczne, a Guzmána mikroskopijne. W końcu nie pozostało mi nic innego, jak finezyjna kompozycja: założyłem koszulę Grescasa, która powiewała na mnie niczym prześcieradło, i ukryłem ją pod marynarką Guzmána – tę z kolei ledwo mogłem dopiąć. Nogawki spodni musiałem podwinąć. Najgorsze ze wszystkiego były buty, mokasyny o dwa rozmiary za małe.

– Tak bardzo rzuca się to w oczy?

– Owszem – odparła szczerze, lecz bez złośliwości. – Wyglądasz jak strach na wróble. A szkoda, bo masz hollywoodzką urodę. I piękne niebieskie oczy.

Komplement sprawił mi przyjemność, ale zarazem mnie zaskoczył. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Windziarka zachichotała w uroczy sposób, jakby miała w gardle dzwoneczek.

– Nie martw się, dadzą ci ubranie. Ty tylko się uśmiechaj, na wszystko się zgadzaj, a potem, jakbyś czegoś nie wiedział, przyjdź do mnie. Masz tu we mnie wspólniczkę.

– O kurka! Dzięki.

– Nie ma za co. Lepiej zaproś mnie do kina albo na ciastko czekoladowe za swoją pierwszą wypłatę.

Znów zaniemówiłem. Czy ona mnie podrywała? Od kiedy przyjechałem do Hawany, nawet przez myśl mi nie przeszło szukać sobie dziewczyny. Miałem do zaspokojenia bardziej naglące potrzeby. Przede wszystkim potrzebę przeżycia. Ale w tym momencie pomysł wypadu do kina z windziarką o perlistym śmiechu zabrzmiał bardzo kusząco.

– Widzę, że nie owijasz w bawełnę.

– A jaki mam wybór? Spędzam cały dzień w windzie i nie mogę rozmawiać dłużej niż minutę. Jeśli zaczniemy od uprzejmości, na nic nie zostanie nam czasu… – Sygnał dźwiękowy towarzyszący otwieraniu się drzwi oznajmił, że dotarliśmy na piąte piętro. – Widzisz? Koniec podróży.

Nim wysiadłem, wydarłem jeszcze kilka sekund rozmowy.

– Jak masz na imię?

– Nely. A ty?

– Patricio.

– Pamiętaj, że zawsze jestem w lewej windzie – powiedziała, puszczając do mnie oko.

Niestety, w El Encanto nie wszyscy byli równie mili jak Nely. Gdy wszedłem do działu personalnego, przyjął mnie mniej więcej pięćdziesięcioletni pracownik. Był to mężczyzna o wyłupiastych oczach i surowej twarzy z nieustannie zmarszczonym czołem. Nad wąską wargą nosił długie i cienkie kocie wąsy.

– W czym mogę służyć?

– Przyszedłem do pracy.

– Niemożliwe. Nie było naboru.

Pokazałem mu wizytówkę, którą otrzymałem od Aquilina Entrialgo. Na jego usta wypłynął grymas niezadowolenia, w efekcie czego wąsy zadrżały poruszone nerwowym tikiem. Wydał mi się tak antypatyczny, że w myślach z miejsca mianowałem go Panem Kocurem.

– Pan Entrialgo powiedział mi, żebym dzisiaj przyszedł.

– Absurd. Skąd wziąłeś tę wizytówkę?

Naszą wymianę zdań usłyszała sekretarka, która wtrąciła się do rozmowy.

– Przepraszam, panie Duarte. Pan Entrialgo zostawił wiadomość na wypadek, gdyby zgłosił się nowy pracownik…

Sekretarka podała mu kartkę papieru. Domyśliłem się, że to, co było na niej zapisane, uwiarygodniało moją wersję, bo po przeczytaniu Pan Kocur spiorunował sekretarkę spojrzeniem.

– Dziękuję, Dulce. Może pani odejść.

Mężczyzna nie przeprosił za swój błąd. Później dowiedziałem się, że rozmawiałem z Carlosem Duartem, szefem działu angielskiego dla panów, i że nie ja jeden nadałem mu przezwisko. Inni pracownicy mówili na niego Drakulka, Upierdliwiec albo – i to określenie uznałem za najtrafniejsze – Dwulicowiec, ponieważ był przemiły względem szefów i chamski dla pracowników niższych rangą.

– Zaczniesz pracę na stanowisku torpedy.

– Słucham?

– Torpeda, chłopak na posyłki, człowiek do wszystkiego – wyjaśnił. – Będziesz wykonywał polecenia szybko niczym pocisk wystrzelony z torpedowca, zrozumiano?

– Zrozumiano.

– A zatem pobierz ubranie służbowe i się przebierz.

Kiedy nałożyłem na siebie mój nowy strój – czarną marynarkę, pas, spodnie do kompletu, a co najważniejsze: wszystko we właściwym rozmiarze! – zostało tylko kilka minut do otwarcia sklepu. Wszyscy ekspedienci stali już na swoich stanowiskach za ladą. Był to bardzo emocjonujący moment, niczym sekundy przed gwizdkiem sędziego rozpoczynającym mecz, krótki czas poprzedzający pocałunek lub chwila, gdy zbiera się na deszcz, jeszcze nie spadła kropla, lecz w powietrzu czuć już zapach mokrej ziemi.

Na pięć minut przed otwarciem właściciele sklepu – bracia José i Bernardo Solís, w towarzystwie Aquilina Entrialgo i Césara Rodrígueza – pojawili się i zaczęli witać z pracownikami, okazując im przy tym wiele sympatii.

– Cieszę się, że pana widzę, Indalencio…! Jak się masz, Julita? Jak tam twoje dzieci…? Catalina, jak pięknie pani dziś wygląda…! Juan Andrés! Czy pańskiej mamie poprawiło się z reumatyzmem?

Zrobiło na mnie duże wrażenie, że ci panowie nauczyli się imion wszystkich swoich pracowników. „Chociaż – pomyślałem złośliwie – jeśli są szefami, być może przekręcają nazwiska, a nikt nie ma odwagi ich poprawić”.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wstąp do El Encanto 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter