Celwony Klólik

Celwony Klólik

Autorzy: Lissa Evans

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.98 zł

Boisz się, że nie znajdziesz drogi do domu? Uwierz, że wszystko zawsze dobrze się kończy, a z pomocą przyjaciół można pokonać największy strach.

Funia ma dziesięć lat i właśnie spakowała plecak na najwspanialsze wakacje, jakie tylko można sobie wymarzyć.

Nic z tego. Pechowym splotem okoliczności trafiła do bardzo dziwnego świata. Zamiast mamy i siostry, z którymi miała spędzić lato, ma trzech mało fajnych towarzyszy. Dwaj są naprawdę szczególni, a trzeci… Cóż, trzeci to koszmarny kuzynek Graham.

Niedobrze. Bo Funia ma do spełnienia pewną misję. Musi stawić czoło okrutnemu dyktatorowi oraz trzem tysiącom Blopków.

Najgorsze, że to wszystko jej wina!

Ale nie bójcie się za bardzo! Sytuacja, co prawda, wygląda na poważną, ale na szczęście ta historia jest też bardzo zabawna, ciepła i wzruszająca. Najlepiej czytać ją razem z mamą, tatą i rodzeństwem (także tym, które jeszcze nieco sepleni). Wtedy frajda jest największa. Naplawdę! (dopowiada Misia, czteroletnia siostra Funi, właścicielka pluszowego Celwonego Klólika. Mozecie jej wiezyć)

Niesamowicie zabawna. (…) Przypomina się „Alicja w Krainie Czarów” i film animowany „W głowie się nie mieści”. Może trochę nawet „Folwark zwierzęcy”, jeśli weźmiemy pod uwagę postać dyktatora. „Celwony Klólik” wpisuje się w piękną tradycję literatury dla dzieci i młodzieży, która w zachwycający sposób wykorzystuje fantazję i humor, by przekazać złożone i niełatwe idee. „The Guardian”

To książka, która stanie się częścią klasyki. Naprawdę, ale to naprawdę zabawna. Nina Stibb

Pomysłowa, zabawna i nie ma w niej ani jednego przypadkowego słowa. „The Bookseller”

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Sześć miesięcy później

Tytuł oryginału: WED WABBIT

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: PAULINA ORŁOWSKA

Korekta: EWELINA KOROSTYŃSKA, ANNA RUDNICKA, BARBARA TURNAU

Rysunek na okładce: © Sarah McIntyre, 2017

Rysunek mapy: © Tomislav Tomic, 2017

Opracowanie graficzne wersji papierowej na podstawie oryginału: PIOTR KOŁODZIEJ

Text © Lissa Evans, 2017

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06636-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ 9

Funia biegła przed siebie truchcikiem. Po obu stronach ścieżki rósł wysoki żywopłot. Sama dróżka była zaskakująco kręta, niczym wąż na dziecięcym rysunku, i zdawała się nie mieć końca. Dziewczynka zaczynała się obawiać, że za którymś zakrętem wpadnie na Blopkowe straże i ich różowego więźnia. Była pewna, że przegrałaby starcie z Niebieskim Blopkiem. Postanowiła zatem pomyśleć o czymś innym, czego byłaby równie pewna: gdzieś na dnie jej umysłu czaiło się ziarno paniki. Funia wiedziała, że najlepszym sposobem, by powstrzymać to uczucie, było zasypanie go pokaźną garścią faktów.

„Im więcej wiesz, tym mniej się boisz” – tak powtarzał zawsze tata, kiedy opowiadał o swojej pracy strażaka. Funia nie rozumiała, co jej się przytrafiło, dlaczego tak się zdarzyło ani jak to było możliwe (prawdę mówiąc, nie miała też pojęcia, gdzie i kiedy to wszystko się działo i czy w ogóle do tego doszło), ale jeśli chciała sobie z tym poradzić, najrozsądniej było przyjąć taktykę odkrywcy, który został przed chwilą zrzucony do dziwnej, lecz mimo wszystko rzeczywistej krainy. I wyobraźmy sobie, że tak się szczęśliwie składało, że Funia przed ekspedycją zdążyła z osiem milionów razy przeczytać przewodnik po nowej krainie.

– Fakt – powiedziała na głos dziewczynka. – Jestem w Krainie Blopków.

Słysząc własny głos, poczuła się odrobinę pewniej, nawet jeśli tym razem brzmiał on trochę inaczej niż zwykle.

– Fakt: Żółte są nieśmiałe, Niebieskie silne, a Szare rozsądne i nieomylne. Fakt: Zielone są odważne, Różowe kochane, Pomarańczowe głuptasy roztrzepane. Fakt: Fioletowe zaś Blopki zgłębiły przeszłość i przyszłość swojej krainy. Fakt: wydarzyło się tu coś niedobrego i muszę uwolnić Różowego Blopka, a potem jak najszybciej uporządkować cały ten galimatias, żeby móc wrócić do domu i zobaczyć się z siostrą. Bo prosiła, żebym przyniosła jej Cel...

Funia nagle się zatrzymała. Dotarła do skrzyżowania. Obok znaku drogowego stał rower z przyczepką, na której napisane było TAXI. W przyczepce tkwiły dwa Pomarańczowe Blopki, a obok roweru klęczał Żółty Blopek i pompował oponę w tylnym kole. Cała trójka odwróciła się teraz i spojrzała na Funię wielkimi oczami. Żaden z Blopków ani razu nie mrugnął.

– ...wonego Klólika – dokończyła dziewczynka.

Żółty Blopek wydał z siebie piskliwy okrzyk, upuścił pompkę do roweru i rzucił się pędem przez zasłaną liśćmi ścieżkę. Po jakimś czasie jego krzyki ucichły w oddali.

Pomarańczowe Blopki wciąż gapiły się na Funię, otwierając przy tym usta.

– Nie bójcie się – odezwała się dziewczynka. – Nie zrobię wam krzywdy. Nie wiecie przypadkiem, którędy poszły Niebieskie?

Po długiej chwili ciszy jeden z Pomarańczowych zaczął chichotać, choć był to raczej idiotyczny bek, który działał Funi na nerwy.

– Widziałyście, którędy poszły Niebieskie Blopki? – powtórzyła lekko już zniecierpliwiona.

– Szły w tamtą stronę, wiem, widziałem – odparł ten, który się nie śmiał, i wskazał w lewo. – A może jednak źle spojrzałem... – mówił dalej, odwracając się w drugą stronę. – Wiem, szły na Rynek, mówię wam!

– Właśnie, że nie, bo poszły tam! – zaprotestował drugi Blopek i wyciągnął rękę.

Funia patrzyła to na jednego Blopka, to na drugiego, bo każdy z nich wskazywał zupełnie przeciwny kierunek.

– Nie mogłyście tak szybko zapomnieć – odparła. – Niebieskie prowadziły więźnia. Różowego.

Znów nastąpiła długa chwila ciszy, a potem oba Pomarańczowe Blopki zaczęły się śmiać.

– Bardzo was proszę – powiedziała Funia, podchodząc bliżej. – To ważne. Spróbujcie sobie przypomnieć...

Nagle potknęła się o pompkę do roweru. Nie był to żaden poważny upadek i nic jej się nie stało, ale Pomarańczowe zareagowały tak, jakby zobaczyły najzabawniejszą scenę w historii wszechświata: zaczęły zanosić się śmiechem i porykiwać, skręcały się, wiły, chwytały się za brzuchy i ocierały łzy.

– Na miłość boską – wymamrotała Funia, widząc, że histeria nie ma końca. Okrążyła znak drogowy, czytając napisy na każdym z czterech ramion:

STACJA KOLEJOWA W KRAINIE BLOPKÓW;

WESOŁE MIASTECZKO;

BLOPKOWA INFORMACJA TURYSTYCZNA;

BLOPKOWY RYNEK.

Następnie stanęła pod słupkiem, podskoczyła i chwyciła się jednego z ramion drogowskazu. Przez kilka sekund zwisała, trzymając się ręką znaku, i rozglądała się dokoła. Już miała puścić znak, gdy zobaczyła coś niebieskiego nad jednym z żywopłotów. Zeskoczyła na ziemię i ruszyła biegiem w tamtym kierunku. Głupkowaty chichot za jej plecami z każdą chwilą był coraz cichszy.

– Fakt – powiedziała do siebie zadyszana Funia. – Na gadanie z Pomarańczowymi szkoda czasu.

Wkrótce ścieżka niespodziewanie się skończyła i Funia stanęła przy ścianie rynku. Nagle zorientowała się, że znalazła się na otwartej przestrzeni i szybko ukryła się za najbliższą ławką. Po chwili wyjrzała spomiędzy listewek oparcia: rynek był całkiem ładny, trochę przypominał widoki ze starych pocztówek. Wzdłuż ścian znajdowały się sklepy. Budynki miały łagodne, okrągłe kształty i były pomalowane na bladoróżowo i zielono. Wyglądały, jakby zrobiono je z lekko roztopionych lodów. Na środku rynku znajdował się ogródek. W jego centralnym punkcie stała wysoka kolumna, a na niej posąg. Wzdłuż uliczki rosły kwitnące drzewa, nad rabatkami tańczyły motyle, tu i ówdzie świergotały drozdy, a po drugiej stronie placu Niebieski Blopek zakładał kajdanki zakneblowanemu Różowemu koledze, którego wrzucił następnie do furgonetki.

ROZDZIAŁ 10

Drzwi furgonetki zamknęły się z trzaskiem. Ukryta za ławką Funia napięła mięśnie, czekając na okazję, kiedy będzie mogła rzucić się Różowemu Blopkowi na ratunek, ale Niebieski przez cały czas trzymał się w pobliżu furgonetki, truchtając w miejscu przez minutę lub dwie, a potem zaczął robić energicznie pompki. Różowy wyglądał z samochodu przez okno, żałośnie mrugając.

Sama furgonetka też była dość dziwna: tylną część, w której zamknięto Różowego Blopka, od kabiny kierowcy oddzielały dwie złączone pary rowerów, jedna za drugą. Na drzwiach do kabiny kierowcy widniał rysunek przedstawiający dużą babeczkę. Na babeczce ktoś napisał ciemnoczerwonymi, wielkimi literami: TRANSPORT WIĘZIENNY.

Taką samą farbą wypisano na oknie piekarni, znajdującej się tuż obok zaparkowanej furgonetki: KOMENDA POLICJI.

Funia obserwowała rozwój sytuacji i zastanawiała się, co zrobić. Nagle drzwi piekarni otworzyły się i na chodnik wybiegły cztery Żółte Blopki, a za nimi kolejny Niebieski – w jednej ręce trzymał kijek, a w drugiej papierową torbę. Niebieski z kijkiem krzyknął coś surowym tonem, wtedy Żółte natychmiast podbiegły do furgonetki i wsiadły na rowery.

Oba Niebieskie Blopki zajęły miejsca z przodu. Jeden z nich odwrócił się, nadmuchał papierową torbę, a potem głośno z niej strzelił. Żółte krzyknęły przestraszone i odruchowo zaczęły pedałować. Furgonetka ruszyła, szybko nabierając tempa. Przejechała przez rynek i zniknęła w bocznej uliczce. Funia przez chwilę widziała jeszcze siedzącego z tyłu Różowego Blopka – przyciskał buzię do szyby, a czerwony knebel w jego ustach wyglądał jak rana.

Ptaki nadal śpiewały w koronach drzew, ale ich głosiki były teraz cienkie i bez wyrazu. Rynek nie wydawał się już tak uroczy – tak naprawdę działy się tu paskudne rzeczy.

Funia wyszła zza ławki, nie spuszczając wzroku z komendy policji. Drzwi były zamknięte. Za oknem nic się nie ruszało. Właściwie to nikt się nie poruszał na całym placu, nie licząc ptaków i motyli. Dziewczynka podbiegła na środek rynku i schowała się za cokołem otoczonej zielenią kolumny. Już miała popędzić za furgonetką – choć nie liczyła na to, że uda się ją dogonić – gdy nagle dostrzegła, że z kamiennego cokołu wystaje mały uchwyt. Niewiele myśląc, szarpnęła zań i otworzyła małe drzwiczki, za którymi znajdowały się kręte schody. Zawahała się, cofnęła o krok i spojrzała w górę. Dopiero teraz zauważyła, że wokół posągu, na samej górze, biegła poręcz.

Dziewczynka ruszyła szybko po schodach i po chwili znalazła się na górnym tarasie. Z trudem łapiąc oddech, spojrzała na dachy budynków stojących dokoła rynku. Kraina Blopków rozciągała się aż po horyzont. Wyglądała dokładnie tak jak w książeczce Misi: makowe pola i soczyście zielone lasy, kolorowe domki przypominające torty urodzinowe, gdzieś w oddali stał wielki diabelski młyn, tuż obok niego lśniły jakieś różowe światełka, a na pobliskim wzgórzu wznosił się otoczony fosą zamek z flagami.

Funia widziała też pociąg, który wciąż mknął po torach w kształcie okrągłej pętli. Po chwili dostrzegła jadącą w stronę zamku furgonetkę. Żółte Blopki pochylały się nad kierownicami rowerów i pedałowały ile sił w nogach. Dziewczynka patrzyła, jak samochód znika za kępą drzew. Nagle jej uwagę przykuło pewne poruszenie: oto przez pobliskie pole maszerował oddział Niebieskich Blopków.

Funia, krocząc po tarasie, powoli okrążyła posąg. Przy okazji zobaczyła, jak inna grupa Niebieskich puka do drzwi wiejskiej chatki, a jeszcze inna ustawia blokadę na dróżce prowadzącej do zamku. Wszędzie było pełno Niebieskich. Nie wiedziała, co ma robić. Czas mijał nieubłaganie. Misia czekała na nią w szpitalu, a Funia nie miała nawet pojęcia, od czego zacząć. Nagle coś jej przyszło do głowy. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła karteczkę, którą wyrzucono z pociągu.

Ogromne zmartwienie nam z główek zdejmiesz.

Przydadzą się umysł, odwaga, hart ducha,

lecz najpierw Fioletowego znajdź druha.

– Dobrze – powiedziała Funia. Uchwyciła się tej krótkiej wskazówki tak, jak alpinista chwyta się skalnej półki. – Na początek muszę znaleźć Fioletowe Blopki.

Obróciła się, by zejść na dół, i dostrzegła wyryty w kamieniu napis:

MIŁOŚCIWY KRÓL BLOPIUSZ,

PIERWSZY TEGO IMIENIA

JEST KAŻDEGO KOLORU

I KAŻDEGO ODCIENIA.

Nad napisem stała wielka kamienna postać Blopka w koronie. Król miał szlachetny, poważny wyraz twarzy.

– No, królu, coś ci chyba nie idzie panowanie nad tą krainą – odezwała się surowym tonem Funia. – Straszna tu niesprawiedliwość.

To powiedziawszy, zbiegła po schodach. Kiedy dotarła na dół, wyjrzała najpierw zza drzwi. Ostrożności nigdy za wiele: z komendy policji wychodziły akurat dwa Niebieskie Blopki. Przemaszerowały przez rynek, głośno tupiąc, po czym zatrzymały się gwałtownie przed pustą cukiernią. W oknie wystawowym widniał szyld z napisem: ZAMKNIĘTE DO ODWOŁANIA.

Funia przeczekała w cieniu, aż Niebieskie się oddalą. Miała już pomysł, od czego zacząć poszukiwania Fioletowych Blopków, ale oznaczało to, że będzie musiała wrócić do skrzyżowania. Niebieskie zaś stały w tej chwili akurat koło uliczki, którą chciała przejść.

Minęła minuta, potem następna, a potem jeszcze jedna. Najdziwniejsze było to, że Niebieskie Blopki wciąż znajdowały się w tym samym miejscu i patrzyły przez okno na puste półki w cukierni, przyciskając nosy do szyby.

Funia wreszcie ruszyła, idąc powoli i ostrożnie. Nie spuszczając oczu z Blopków, przeszła na paluszkach przez rynek, ledwie ośmielając się oddychać, kiedy mijała niebieskie stworki. Blopki się nie obejrzały, na szczęście. Były zbyt zajęte rozmową – Funia słyszała ich straszne, niskie i bulgoczące głosy.

Dyskutowały o słodyczach.

– Cytrynowe karmelki – ach jak mi ich brak – powiedział pierwszy.

– A ja piankom na grzance powiedziałbym tak – odparł drugi.

– A ja wczoraj nagrodę wygrałem, hej!

Wiecie, co nią było? Wielki Milky Way! – pochwalił się pierwszy.

– Zawsze, gdy mogę wybrać nagrodę,

mysz z czekolady biorę na osłodę – dodał drugi.

– Z orzechami, deserową, białą – którą wolisz?

– Białą albo marzą mi się żelki o smaku coli...

Dalej rozmowa zeszła na mordoklejki. Funia z zaskoczeniem odkryła, że bez problemu przeszła obok Niebieskich niezauważona. Przystanęła u wylotu uliczki. Zanim ruszyła biegiem przed siebie, usłyszała jeszcze:

– Od sorbetu drętwieje mi język.

Wkrótce dotarła do skrzyżowania. Ulżyło jej, kiedy zobaczyła, że Pomarańczowe Blopki zniknęły wraz ze swoją taksówką. Zerknęła na drogowskaz, by upewnić się co do kierunku, po czym spiesznym krokiem ruszyła naprzód.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Celwony Klólik 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę