Zwycięstwo albo śmierć

Zwycięstwo albo śmierć

Autorzy: Robert Szmidt

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.54 zł

NAPISANA Z ROZMACHEM, AMBITNA, PORYWAJĄCA WYOBRAŹNIĘ SPACE OPERA. Kevin J. Anderson.

Wojna z Obcymi wkracza w decydującą fazę. Perspektywa rychłego zwycięstwa podsyca tlące się od dawna wewnętrzne konflikty. Politycy walczą o przyszłe splendory i wpływy, nie dbając o to, jak wysoką cenę przyjdzie zapłacić za militarny sukces. Wielki admirał Farland stawia na szali wszystko, by nie dopuścić do blamażu i klęski floty. Henryan Święcki musi zmierzyć się nie tylko z bolesną prawdą o motywach, którymi kierują się obecni przywódcy Federacji, ale również z nie mniej mrocznymi demonami własnej przeszłości.

Kto wyjdzie zwycięsko z kolejnych prób? Kto przetrwa, a komu nie będzie to dane? Kto naprawdę za tym wszystkim stoi?

Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie na kartach ostatniego tomu cyklu „Pola dawno zapomnianych bitew”.

Łatwo być Bogiem to fascynujący wstęp do epickiej space opery. Czytając o przygodach barwnych postaci, takich jak załoga Nomady, czytelnik wstrzymuje oddech i odkrywa tajemnice, które mogą zmienić losy Galaktyki. Nancy Kress, zdobywczyni nagród Hugo i Nebula.

W Polach dawno zapomnianych bitew Robert J. Szmidt wykazał się niezwykle bogatą wyobraźnią, opowiadając swoją historię z ogromnym wdziękiem i oryginalnością. Szczerze polecam. Mike Resnick, laureat nagród Hugo i Nebula.

Wartka opowieść o skorumpowanej załodze kolapsarowca, która eksplorując kolejne wrakowiska, odkrywa więcej, niżby chciała... Tak zaczyna się ta wciągająca lektura. Jack Campbell, autor bestsellerowego cyklu Zaginiona Flota.

Napisana z rozmachem, ambitna, porywająca wyobraźnię space opera. Kevin J. Anderson, współautor cyklu Diuna, autor The Dark Between the Stars

O tomie pierwszym napisano:

„Autor kreuje łatwo przyswajalną wizję przyszłości, zbudowaną z klasycznych i dobrze znanych elementów, doprawioną odrobiną humoru, wartką akcją i zakamuflowanym nieco głębszym przesłaniem. (…) Szmidt serwuje bardzo popową, lekką lekturę z atrakcyjnym zakończeniem będącą jednocześnie obietnicą znacznie większego rozmachu i rozwinięcia zaprezentowanego świata w dalszych częściach. Warto czekać”.

www.dzikabanda.pl

„Zimny i brutalny jest wszechświat kosmicznych żołnierzy przyszłości z prozy Roberta J. Szmidta. (…) Jest misja, przymus, odpowiedzialność i smutek. I jeszcze wola przetrwania”.

Republika kobiet – Sylwia Skorstad

„Robert J. Szmidt – człowiek, od którego zaczęło się odrodzenie polskiej fantastyki w XXI wieku, który wymyślił i prowadził magazyn »Science Fiction«, kiedy wszyscy pukali się w głowę, że to totalny bezsens, wydał właśnie nową książkę. (…) To bardzo dobra, rozrywkowa space opera z ciekawymi bohaterami, wartką akcją i niepokojącymi pytaniami”.

Aleksander Kusz, szortal.com

Opinie z portalu LubimyCzytać (362 oceny, średnia ocena: 7,38/10)

„Z taką książką nawet najbardziej ponury dzień człowiekowi nie przeszkadza. Żeby nie rozwlekać: Łatwo być Bogiem to stara dobra fantastyka, ale napisana po filmowemu. Chwilami miałem wrażenie, że oglądam rasowe SF w kinie”.

Wojtek Grabowski

„Ta powieść zupełnie mnie nie zaskoczyła. Czemu? Bowiem po tym autorze spodziewałem się dokładnie takiej prozy: ciekawej, dynamicznej fantastyki ze znakiem wysokiej jakości, która pod wierzchnią, rozrywkową warstwą stara się pytać o rzeczy ważne i znaczące. I to właśnie w najnowszej książce Szmidta dostałem”.

Konrad

„Moim zdaniem dzięki powieści Łatwo być Bogiem Robert Szmidt staje w szeregu wielkich mistrzów fantastyki, takich jak Asimov, Clarke czy Aldiss. Autor serwuje nam klasyczną, twardą kosmiczną fantastykę. I okazuje się, że z takiej fantastyki się nie wyrasta. Książka jest napisana świetnym językiem – żywym, autentycznym. I naprawdę trudno odrywać się od czytania”.

McRap1972

O tomie drugim napisano:

„(…) wprowadza powiew świeżości do tego gatunku. Świetni bohaterowie, dynamiczna walka, plastyczne opisy. Czego chcieć więcej? Moja ocena to 9/10”.

Ksiazkinawieczor.blogspot.com

„Powiedzieć, że druga część cyklu »Pola dawno zapomnianych bitew« Roberta J. Szmidta okazała się równie dobra, jak otwierająca serię powieść Łatwo być Bogiem, to jawne kłamstwo. Ucieczka z raju okazuje się książką jeszcze lepszą, świetnie rozwijającą niektóre wątło naszkicowane wątki swojej poprzedniczki (…). Z najnowszej książki Roberta J. Szmidta jestem zadowolony jak diabli!”

Gloskultury.pl

„Szmidt w najlepszej formie – to chyba wystarczająca rekomendacja tej książki zawarta w jednym zdaniu. Każdy fan Roberta po tej kwestii powinien sięgnąć po tę pozycję, a ci, którzy z prozą Szmidta się dotychczas nie spotkali (są tacy?), powinni nadrobić braki”.

polacyniegesi.qs.pl

„Lektura kolejnych rozdziałów jest jak zjadanie pączka: przyjemna, z każdym kęsem coraz lepsza i z czekającą wewnątrz niespodzianką. Drugi tom cyklu »Pola dawno zapomnianych bitew« potwierdza, że Robert Szmidt ma świetne pomysły i potrafi doskonale prowadzić czytelnika… na manowce”.

geek-woman.blogspot.com

Opinie z portalu LubimyCzytać (179 ocen, średnia ocena: 7,85/10)

„Polecam każdemu miłośnikowi fantastyki i science fiction! Nie zawiedziecie się, słowo harcerza!”

Wojtek Grabowski

„Fantastyczne rozwinięcie wątków zasygnalizowanych w pierwszym tomie, do tego szczypta zagadek i niesłabnąca akcja. Bohaterowie, z którymi można się zżyć i za których trzyma się kciuki, wydarzenia, które nie pozostawiają obojętnym. A to wszystko rozgrywa się w kosmosie, którego wizja nadzwyczajnie do mnie przemawia. Może dlatego, że wychowałam się na filmach space operowych, które ta książka mi przypomina? Stare dobre SF w najlepszym wydaniu! Polecam gorąco”.

Jadche

„Pełnokrwiści bohaterowie, a do tego akcja, akcja i jeszcze raz akcja. Działo się tyle, że starczyłoby na kilka książek. Intrygi, podejścia, ratowanie całych planet, wojsko, flota kosmiczna, wojna, Obcy – miodzio”.

Jacek Wesołowski

PROLOG

System Harare, Sektor Foxtrot,

04.03.2355

Jedna z zielonych sfer, którymi oznaczono na holomapie punkty wyjścia z nadprzestrzeni, zmieniła nagle kolor i zaczęła pulsować. Z każdym powiększeniem stawała się bledsza i żółciejsza.

– Trzy minuty do wyjścia – zameldował mechanicznym, choć przyjemnie brzmiącym głosem komputer Miecza. – Jeden obiekt… dwa… trzy… cztery… pięć… – Kolejne cyfry padały w równych interwałach. – Masa osiem koma jeden. Identyczna we wszystkich przypadkach.

Major Burescu przełączył skalę holomapy, przywołując zbliżenie tego sektora systemu. Dzięki równoległym transmisjom aż z czterech kwantowych stacji przekaźnikowych mógł obserwować sytuację w czasie rzeczywistym, i to zarówno przy samym punkcie skoku, jak i w pewnym oddaleniu od niego, tam gdzie znajdowały się długie kolumny jednostek przestrzennych zmierzających w kierunku trzech studni grawitacyjnych, które łączyły Harare z pasami F i G. Szybki rzut oka wystarczył, aby major zauważył, że nadlatujące t’iru zaraz po wyjściu z nadprzestrzeni znajdą się niebezpiecznie blisko jednego z tych szlaków.

Skoro jest ich w tej eskadrze aż pięć, pomyślał Burescu, niewykluczone, że podzielą siły, by dopaść tylu uciekinierów, ilu zdołają. Ja z pewnością tak bym postąpił.

Ma’lahn wyciągnęli słuszne wnioski z porażki na Sankt Petersburgu. Po utracie liniowca w starciu z połączonymi siłami drugiej i trzeciej floty zwiększyli liczebność swoich zespołów uderzeniowych niemal dwukrotnie. Takie przegrupowanie spowolniło tempo podboju Rubieży, lecz dla ma’lahn najważniejsze było bezpieczeństwo. Major Burescu nie dziwił się Obcym – przy długowieczności liczonej w dziesiątkach, a nawet setkach mileniów czas musiał mieć dla nich drugo-, jeśli nie trzeciorzędne znaczenie. Czymże bowiem jest ziemski rok dla stworzeń, które na własne oczy oglądały narodziny Homo sapiens?

Co najwyżej mgnieniem oka, odpowiedział sobie w duchu Burescu, obserwując rejestrowane przez przekaźniki równoczesne zmiany kursów dziesiątków frachtowców i innych małych jednostek na wspomnianym szlaku. Harare w odróżnieniu od setek fałszywych kolonii był jednym z najgęściej zaludnionych systemów pasa H. I chociaż planowa ewakuacja trzech zamieszkanych planet i kilkunastu księżyców rozpoczęła się na długo przed zamilknięciem stacji tranzytowej – co było zwyczajowym ostatnim ostrzeżeniem przed nadchodzącym atakiem – jak widać, to nie wystarczyło.

Półtora miliarda ludzi stanowi populację tak ogromną, że nawet wysoko zaawansowana technologicznie cywilizacja dysponująca wieloma tysiącami jednostek z napędem nadprzestrzennym potrzebowała całych tygodni, by poradzić sobie z ewakuacją na taką skalę. Do dnia inwazji w systemie pozostało nie więcej niż cztery miliony kolonistów, z czego zdecydowana większość znajdowała się już na pokładach jachtów, barek i transportowców pędzących nieprzerwanymi strumieniami w kierunku wszystkich bezpiecznych studni grawitacyjnych, których przepustowość – z nieznanych wciąż nauce powodów – była niestety ograniczona do czterech obiektów na sekundę. To oznaczało, że gros uciekinierów czekających na możliwość wykonania skoku na Fomalhaut 7 musi ewakuować się w inny, o wiele wolniejszy sposób.

Ikonki symbolizujące jednostki cywilne zaczęły gasnąć na oczach majora – najpierw pojedynczo, później masowo. Wielu kapitanów uznało, że bezpieczniej będzie zniknąć z przestrzeni euklidesowej, niż ryzykować starcie z nadlatującym bezwzględnym wrogiem.

– Minuta do wyjścia – zameldował ten sam mechaniczny głos.

Major wyprostował się w fotelu. W kwestii powstrzymania wroga niewiele mógł zrobić mimo najszczerszych chęci. Podległa mu eskadra składała się bowiem z trzech korwet rozpoznania drugiej generacji. Nie był więc w stanie zagrozić ani jednemu t’iru, a co dopiero mówić o zespole uderzeniowym składającym się z pięciu liniowców. Nie był nawet w stanie wspomóc akcji ewakuacyjnej, ponieważ konstruktorzy jednostek klasy Venom nie przewidzieli miejsca dla większej liczby pasażerów. Poza tym otrzymał inne rozkazy.

Podobnie jak setki dowódców został wysłany w strefę działań wroga nie po to, by walczyć ani przyjmować na pokład ewakuantów. Przeciwnie, polecono mu trzymać się z dala od wiru wydarzeń bez względu na to, jak dramatyczny obrót by przybrały. Jego zadaniem było zarejestrować moment wyłączenia ekranów energetycznych t’iru. Dane pozyskane za pomocą niedawno zamontowanych czujników najnowszej generacji zostaną przepuszczone przez specjalne moduły analizujące, a jeśli wynik okaże się pozytywny, major Burescu wprowadzi do systemu kod, który ujawni mu dalsze – na razie ściśle tajne – rozkazy.

Tylko tyle wiedział, gdyż admiralicja nie raczyła go poinformować, czemu ma służyć ta dziwna misja, a plotek krążących po bazie i domysłów kolegów nie brał na serio.

W ciągu ostatniego półrocza wykonał już ponad dwadzieścia takich lotów, za każdym razem wracając z niczym, nie spodziewał się więc, że rutynowy wypad na Harare okaże się wyjątkiem od tej reguły. Nie obawiał się także spotkania z ma’lahn. Rozkazy precyzowały jasno, że korwety nie mogą znaleźć się bliżej niż piętnaście minut świetlnych od jednostek wroga, co dawało im praktyczną nietykalność. Jedyne, z czym załoganci Miecza musieli sobie radzić, to nieustanna nuda i poczucie narastającej frustracji, zwłaszcza gdy trafiali do systemów gęsto zaludnionych, takich jak Harare, gdzie ginęli prawdziwi ludzie, nie awatary stworzone przez speców od manipulacji.

Aczkolwiek major Burescu uważał, że nawet pobyt w systemach, które admiralicja poleciła zamienić w wabiki, bywa frustrujący. Wzdrygnął się na wspomnienie komunikatów odbieranych niekiedy z fałszywych kolonii. Te rozpaczliwe wezwania pomocy, błagania tak przejmujące, że człowiekowi aż jeży się włos na karku…

Programując te przekazy, fachowcy od wojny psychologicznej odwalili kawał dobrej roboty, uznał Burescu. Gdyby nie poinformowano nas na odprawie, że to tylko mistyfikacja, miałbym spore problemy z powstrzymaniem ludzi przed rozpoczęciem nieregulaminowej akcji ratunkowej.

Dzięki istnieniu tych fałszywek Obcy tracili mnóstwo czasu na bombardowanie prowizorycznych zabudowań, w których nigdy nie postała stopa człowieka. Iluzja była jednak tak doskonała, że kiedy Burescu postanowił z nudów przeskanować instalację na pobliskim księżycu, wykrył w jej wnętrzu liczne biosygnatury nieodbiegające niczym od normalnych. Ten, kto je stworzył, musiał być mistrzem w swoim fachu. Nawet komputery systemów bojowych nieodmiennie identyfikowały każdy z tych sygnałów jako odzwierciedlający kontakt z żywymi ludźmi.

– Wyjście pierwszego obiektu. – Zagłębiony w myślach major usłyszał krótki meldunek.

Skupił wzrok na przekazie stacji znajdującej się najbliżej punktu skoku. Zapętlony, kilkusekundowy obraz – t’iru zniszczył nadajnik kwantowy, gdy tylko ten znalazł się w zasięgu jego broni – pokazywał pięć lecących w równym szyku liniowym obco wyglądających okrętów. Ich kształty rozmywały się lekko na krawędziach, co było dowodem na to, że ma’lahn nie zapomnieli otrzymanej pół roku temu lekcji i spodziewając się ataku, ustawili ekrany energetyczne na maksimum mocy.

Drugi nadajnik kwantowy był umieszczony minutę świetlną dalej. I właśnie dane uzyskane za jego pomocą – o ile nie dojdzie do nieprzewidzianych komplikacji – posłużą systemom Miecza oraz pozostałych korwet do poszukiwań owego tajemniczego sygnału. Tym razem transmisja trwała całe sześćdziesiąt sekund. Mniej więcej w połowie przekazu obraz obcych jednostek uległ gwałtownemu wyostrzeniu. Ma’lahn, nie wykrywszy żadnych zagrożeń, wyłączyli osłony.

Gdy nadajnik stacji monitorującej umilkł, Burescu wydał rozkaz. Nie musiał nic mówić, wpisał odpowiednią komendę już dawno temu, wystarczyło więc nacisnąć klawisz komunikatora, by jej treść dotarła do dowódców pozostałych jednostek.

Eskadra rozpadła się kilka sekund później. Trzy fregaty włączyły główne napędy i obrały kursy różniące się o sto dwadzieścia stopni kątowych, by Obcy, nawet gdyby podjęli próbę przejęcia eskadry, nie mieli najmniejszych szans na dopadnięcie wszystkich okrętów. To także był element misji zaplanowany przez admiralicję – przy liczonych w minutach świetlnych odległościach dzielących korwety od wroga nie mogło dojść do kontaktu bojowego, nawet gdyby t’iru rozwinęły maksymalną prędkość. Różnica w wysokości .1 świetlnej dawała im nad jednostkami ludzi sporą przewagę taktyczną, ale nawet przy jej pełnym wykorzystaniu Obcy potrzebowaliby wielu godzin na doścignięcie potencjalnych celów, a te mogły w razie zagrożenia opuścić przestrzeń euklidesową w ciągu minut, jeśli nie sekund.

Majorowi nakazano trzymać się pozycji oddalonych o pół godziny świetlnej od obserwowanego punktu skoku, aby w momencie odebrania pakietu danych każdy z trzech podległych mu okrętów zszedł z kursu nadlatujących liniowców Obcych i okrężną drogą ruszył w pobliże strefy skoku, pozorując ucieczkę. W razie niewykrycia sygnału wszystkie korwety ewakuują się do sąsiedniego pasa śladem jednostek cywilnych, co nie powinno wzbudzić najmniejszych podejrzeń wroga. Burescu nie wiedział, jakie otrzyma rozkazy, jeśli analizy wykażą obecność poszukiwanej anomalii. I niespecjalnie chciał się tego dowiedzieć.

Nie w tym systemie. Nie tego dnia.

Świadomość, że za każdym głosem wołającym o pomoc kryje się nie stworzony przez programistów awatar, lecz żywy człowiek, była na tyle przygnębiająca, że Burescu niemal natychmiast po przylocie na Harare nakazał zablokowanie łącz odbierających transmisje na częstotliwościach cywilnych, sobie tylko pozostawiając dostęp do kilku najważniejszych kanałów alarmowych. Zdawał sobie bowiem sprawę, że gdy na tutejsze planety dotrze wieść, iż Obcy wkroczyli do systemu, w eter popłyną setki tysięcy rozpaczliwych wezwań i komunikatów.

Według najbardziej optymistycznych szacunków (nie admiralicji, ale lokalnych władz) na trzech zamieszkanych planetach, kilkunastu księżycach i w reszcie instalacji krążących w systemie tej podwójnej gwiazdy utknie jakieś półtora miliona kolonistów. W stosunku do całości populacji – zaledwie promil, lecz w ludzkiej skali, która w takich chwilach ma o wiele większe znaczenie, będzie to liczba niewyobrażalna. Sama myśl o rozmiarach tragedii przyprawiała majora o depresję. Dlatego wolał, by jego podwładni w decydujących godzinach akcji nie zawracali sobie głowy nieszczęśnikami, których nie zdołano w porę ewakuować, mimo że Rada i admiralicja robiły co w ich mocy, aby zredukować straty do absolutnego minimum.

Na początku tej inwazji różnie bywało, lecz w miarę upływu czasu, gdy na Rubieże Wewnętrzne dotarły nie tylko okręty wojenne oddelegowane z kilku flot, ale też lecące za nimi zarekwirowane w reszcie metasystemów frachtowce i rdzeniowce, sytuacja uległa radykalnej poprawie. Już w połowie stycznia znacznemu zmniejszeniu uległ odsetek spisanych na straty kolonistów zamieszkujących systemy w pasach przygranicznych i co ważniejsze, tendencja ta wyraźnie się utrzymywała. Zdarzało się, że w wyniku akcji dezinformacyjnej i dzięki poświęceniu dowódców i marynarzy flota zyskiwała czas na wywiezienie całych, nieraz bardzo licznych populacji. W ciągu pół roku ze strefy zagrożonej ewakuowano parę miliardów ludzi przy stratach wynoszących tylko jedenaście milionów.

Burescu prychnął pod nosem. Na planecie, z której się wywodził, mieszkało sześć razy mniej kolonistów. Mimo to był pełen podziwu dla Farlanda i jego sztabu: ćwierć promila to naprawdę niewiele w stosunku do początkowo zakładanych przez admiralicję pięćdziesięcioprocentowych strat. Burescu często się zastanawiał, jak sam by postąpił, gdyby zrządzeniem losu znalazł się na miejscu pułkownika Święckiego, największego bohatera Federacji (przynajmniej zdaniem majora). Nie wierzył, że podołałby tak niewdzięcznemu zadaniu, i dziękował w duchu, że nie musiał dokonywać podobnych wyborów.

– Skanowanie w toku – zameldował komputer, gdy Burescu wcisnął kolejny wirtualny klawisz, z przyzwyczajenia sprawdzając postępy poszukiwań. – Przeprowadzono analizę sześćdziesięciu czterech procent danych. Wynik nega… – Mechaniczny głos zamilkł niespodziewanie. Niecałą sekundę później, równie bezbarwnym tonem jak poprzednio, rozległ się nowy komunikat: – Namierzono poszukiwany sygnał.

– W dżeta czarnej dziury… – wymamrotał zaskoczony major, gestem uciszając wiwaty podwładnych.

Na mostku zapadła kompletna cisza. Otaczający go oficerowie i załoganci spoglądali na niego z wyczekiwaniem. Wielu zapewne zdążyło już pojąć, że właśnie stali się częścią historii. O tej chwili będą się rozpisywać w podręcznikach. Daty „czwarty marca dwa tysiące trzysta pięćdziesiątego piątego roku”, nazwy jednostki Miecz, a kto wie, czy też nie ich dwumianów i nazwisk, trzeba się będzie uczyć na pamięć do egzaminów na wszystkich akademiach.

Burescu, któremu po głowie krążyły podobne myśli, przyłożył opuszkę kciuka do pojemnika zawierającego kartę kodową ze ściśle tajnymi rozkazami. Pokazał wszystkim wąski pasek przezroczystego tworzywa oznaczony logo admiralicji, zanim wsunął go w szczelinę czytnika na głównym terminalu. Zastanawiał się przez moment, czyby nie odciąć stanowiska dowodzenia kokonem pola ochronnego, ale uznał, że nie ma to większego sensu. Towarzyszący mu ludzie już za chwilę będą musieli wykonać nowe rozkazy, których treść miał właśnie poznać.

Szybka, nerwowa lektura kilku linijek tekstu przyniosła mu ulgę. Spodziewał się niezwykle ryzykownej misji, tymczasem jego zadanie będzie polegać na podjęciu obiektu, który został wykryty przez systemy. Oczywiście bez wzbudzania podejrzeń Obcych. Miecz zbliży się do źródła sygnału, rozpocznie hamowanie, jakby chciał zaczekać na pozostałe jednostki eskadry, a gdy te znajdą się z powrotem w szyku, przyśpieszy ponownie. Z obiektem – czymkolwiek ów był – przytwierdzonym do jego poszycia.

Plan nie wymagał kontaktu z t’iru, czego major obawiał się najbardziej. Po masakrze na Rwandzie stało się jasne, że admiralicja jest gotowa poświęcić całe zgrupowanie, byle osiągnąć zakładany cel, nawet jeśli miałby on być czysto propagandowy. Jak inaczej bowiem rozumieć straceńczą misję obsadzonych kryminalistami starych pancerników i eskortujących je krążowników i niszczycieli? Rada osiągnęła wymarzony sukces kosztem ogromnych strat w ludziach i sprzęcie, ale mogła zatkać gęby krytyków. Czy więc ktoś z jej członków przejąłby się losem kolejnych dziewięćdziesięciu sześciu osób, i to w systemie, który lada chwila stanie się grobem ponad miliona kolonistów? Burescu nie miał złudzeń, odetchnął zatem z tym większą ulgą, kiedy już zapoznał się do końca z treścią ściśle tajnych rozkazów.

– Wprowadzić żądaną korektę kursu i prędkości – polecił, udostępniając pionowi nawigacyjnemu pierwszy pakiet danych.

Drugi skierował do pozostałych jednostek eskadry, znajdujących się obecnie w odległości dwu sekund świetlnych. Wszystko zależało od skoordynowania ich ruchów tak, by wróg uznał postój Miecza w strefie skoku za coś naturalnego i nie domyślił się, że korweta przejmuje tajemniczą przesyłkę.

Major rozumiał, że ma do czynienia z niezwykle zaawansowanym sprzętem szpiegowskim, którego nawet ma’lahn nie zdołali wykryć. Sądząc po sygnaturze, na pewno nie było to urządzenie bazujące na elektronice. Nigdy wcześniej nie widział podobnej anomalii.

Czyżby naukowcy zdołali przechwycić i udoskonalić jakąś technologię Obcych? zastanowił się, zmieniwszy skalę obrazu na głównym ekranie, by zyskać szerszy ogląd sytuacji. Nie zdziwiłby się, gdyby tak właśnie było. Od zarania dziejów postęp technologiczny przyśpieszał podczas wojen.

T’iru nie rozerwały jeszcze szyku, ale to powinno ulec zmianie w ciągu najbliższego kwadransa, o ile analitycy floty prawidłowo przewidzieli rozwój wypadków. Liniowce dotrą wkrótce do punktu, w którym muszą się rozdzielić, by zaatakować równocześnie wszystkie główne cele, czyli trzy zamieszkane planety. Stacje orbitalne i instalacje przemysłowe na gazowych olbrzymach i w pasie asteroid zostaną zniszczone dopiero wtedy, gdy ostatnia kolonia zamieni się w pył. Tak przynajmniej wyglądały poprzednie ataki ma’lahn na zaludnione systemy. Informacje uzyskane na wcześniejszych etapach inwazji posłużyły analitykom floty do stworzenia planu ewakuacji Harare, w którym pierwszeństwo w dostępie do środków transportu przydzielono mieszkańcom najbardziej zagrożonych obiektów.

Beta, na której mieściła się największa kolonia tego systemu, dzięki takiemu podejściu zamieniła się w martwą skałę już kilka godzin temu. Jedynymi formami życia na jej powierzchni były rośliny z porzuconych upraw hydroponicznych. Z Delty odlatywały właśnie ostatnie frachtowce wypełnione przerażonymi ludźmi. Całą resztę dostępnych jednostek przekierowywano na Lambdę, najodleglejszą zamieszkaną planetę tego systemu, do której jeden lub dwa t’iru – jeśli Obcy zgodnie z przewidywaniami złamią szyk – dotrą trzy godziny później niż do opuszczonych kolonii.

Te sto osiemdziesiąt minut pozwoli na podebranie z pokrytego wieczną zmarzliną globu dodatkowych kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, na pewno jednak nie wszystkich oczekujących na ewakuację. Właśnie dlatego Burescu trzymał kciuki za to, by Obcy po raz pierwszy zmienili przyzwyczajenia i skoncentrowali wszystkie siły na niszczeniu infrastruktury Bety. Niestety zdawał sobie sprawę, jak płonne są jego nadzieje. Ma’lahn działali metodycznie niczym maszyny: systematycznie unicestwiali ślady bytności człowieka, nie przejmując się specjalnie nim samym, zupełnie jakby demolowanie zabudowań kolonii było ważniejsze od zabijania jej mieszkańców. Major nie słyszał o przypadku, w którym t’iru podjęłyby pościg za jednostkami ewakuującymi kolonistów. Liniowce ignorowały też całkowicie obecność niewielkich formacji okrętów wojennych floty, o ile te trzymały się w bezpiecznej odległości.

Sztabowcy oraz naukowcy widzieli tylko jedno sensowne wytłumaczenie takiego zachowania wroga. Człowiek nie jest w stanie przetrwać w przestrzeni; odbierając mu całą infrastrukturę, skazuje się go na zagładę.

Może i powolną z naszego punktu widzenia, przyznał w duchu Burescu, lecz czymże są miesiące, niechby nawet lata z perspektywy istot żyjących tak długo jak Obcy?

Ma’lahn realizują swój plan, nie śpiesząc się i nie ryzykując niepotrzebnie, kontynuował rozmyślania major, ale ta ostrożność i metodyczność w ostatecznym rozrachunku może przyczynić się do ich klęski. Albowiem dając nam czas, zamiast rozprawić się z nami raz a dobrze, umożliwiają ludzkości tworzenie nowych generacji broni, a także okrętów zdolnych stawić im czoło. Chaotyczna ucieczka przed Obcymi wkrótce dobiegnie końca, a ta misja, ten dzień, zapisze się złotymi zgłoskami w annałach jako najważniejszy punkt zwrotny tej wojny…

Burescu wyrwał się z zamyślenia, gdy jakiś ruch na ekranie zwrócił jego uwagę. T’iru – zgodnie z przewidywaniami analityków – rozdzieliły się na trzy zespoły. Dwa liniowce ruszyły w kierunku Bety, dwa kolejne obrały kurs na Deltę, a ostatni mknął nadal starym wektorem, by jak najszybciej uderzyć na wciąż ewakuowaną Lambdę.

Wróg nie podjął próby przejęcia uciekających jednostek i kompletnie zignorował omijające go szerokim łukiem korwety.

* * *

W ciągu następnych trzydziestu minut niewiele się zmieniło. Pierwszy zespół uderzeniowy ma’lahn rozpoczął bombardowanie pobliskiej Bety, drugi utrzymał kurs na Deltę, a piąty t’iru gnał ku Lambdzie, wyciągając ponad .3 świetlnej, jakby jego załoga pozazdrościła siejącym już zniszczenie towarzyszom.

Major spoglądał na główny ekran mostka, analizując sytuację. Mimo braku zainteresowania ze strony wroga większość jednostek zmierzających w kierunku studni grawitacyjnych wybrała ucieczkę w podprzestrzeń, natomiast te nieliczne, które jeszcze się na to nie zdecydowały, schodziły na pełnym ciągu z wektorów podejścia, by jak najbardziej się oddalić od lecących w głąb systemu liniowców. Ostatnie frachtowce wychodzące z gęstej azotowej atmosfery Delty nie próbowały nawet obierać kursu na strefę skoku, nie byłyby bowiem w stanie dotrzeć do niej, nie narażając się na przejęcie przez wrogie okręty. Nie mając alternatywy, musiały wybrać bezpieczniejszą – ale i wolniejszą – drogę do sąsiednich systemów.

To będzie bolesny cios dla chłopców planujących przyszłe akcje ewakuacyjne, uznał Burescu, sprawdzając podsumowania. Kilkudniowe opóźnienia w powrocie do bazy pomnożone przez liczbę wypadających z harmonogramu jednostek przyprawią o ból głowy niejednego oficera w pionie logistyki. Mimo to major nie winił kapitanów tych statków, gdyż na ich miejscu postąpiłby identycznie. Opóźnienie to tylko chwilowa strata sprzętu, pocieszał się. Zniszczenie statku wyłączyłoby go na zawsze z dalszych akcji ratunko…

Burescu otrzeźwiał w momencie. Jedna z ikon znajdujących się mniej więcej w połowie wektora łączącego Deltę ze strefą skoku zapłonęła krwistą czerwienią. Przeważająca większość znaczników pokrywających wielki ekran świeciła uspokajającą zielenią, poprzetykaną tu i ówdzie migoczącymi plamkami żółci w rozmaitych odcieniach. Czerwonych plamek major naliczył dwanaście, ale tylko jedna z nich pulsowała jak szalona.

Na Harare skierowano tego dnia ponad tysiąc trzysta jednostek przestrzennych – w tak ogromnej masie sprzętu musiało dojść do szeregu mniej lub bardziej poważnych awarii, aczkolwiek do tej pory zgłoszono ich zadziwiająco mało, jeśli wziąć pod uwagę wiek oraz stopień wysłużenia statków biorących udział w akcji ratunkowej. Z tuzina całkowicie niesprawnych zaledwie jeden wzywał pomocy. Reszta bądź już miała zapewnione wsparcie techniczne, bądź liczyła na rychłe poradzenie sobie z problemem.

Burescu powiększył obraz sektora, z którego nadchodziły wezwania. Gdy pulsujący czerwienią znacznik znalazł się w centrum ekranu, komputer wyświetlił dane dotyczące obserwowanej jednostki.

– A niech mnie… – mruknął major, skupiając całą uwagę na nowych odczytach.

Ianthony McDonald, wycieczkowiec transsystemowy klasy Mgławica, jeden z najstarszych, jakie wciąż krążyły po metasektorze, ale wciąż sprawny i często wykorzystywany. Awaria wysłużonego reaktora. Bardzo poważna, jeśli wierzyć napływającym na bieżąco raportom.

Burescu wrócił wzrokiem w prawy dolny róg ekranu, gdzie system wyświetlał informacje techniczne jednostki. Odszukał liczbę, która interesowała go najbardziej, po czym zmełł w ustach przekleństwo. Nagle przestał się dziwić panikarskiemu tonowi komunikatów wysyłanych w przestrzeń przez kapitana Cusslera.

Dziewiętnaście tysięcy stu osiemdziesięciu pięciu ewakuantów i ośmiuset dwunastu członków załogi. Razem prawie dwadzieścia tysięcy ludzi. Niemal dwa razy więcej, niż powinno się znajdować na pokładzie tego luksusowego giganta. Nie to jednak wzbudziło niepokój majora, który wiedział, że wycieczkowce buduje się tak, by oferowały pasażerom poczucie swobody, dzięki czemu nie brakuje na nich wolnej przestrzeni.

Burescu poddał sytuację wnikliwej analizie, trzykrotnie przeliczył wszystkie wektory i czasy i uległ wyraźnemu zdenerwowaniu. Opadł ciężko na oparcie fotela i raz jeszcze wszystko dokładnie przemyślał, zanim palcem wskazującym musnął wirtualny klawisz komunikatora.

– Konradamie – powitał zaskoczonego Fahrida, współdowódcę Miecza, ledwie jego stanowisko spowił kokon pola ochronnego.

– Andremy – odparł komandor, mierząc rozmówcę uważnym spojrzeniem. Spostrzegłszy jego minę, natychmiast odciął się od reszty mostka nawigacyjnego złotawym ekranem. – Jakiś problem?

– Spójrz na to! – Plik z danymi wycieczkowca trafił na konsolę współdowódcy Miecza.

– Nie myślisz chyba… – Prócz zaskoczenia w oczach Fahrida widniała także złość.

– Popatrz na wyliczenia – poprosił major.

– Wszystko pięknie, ale mówimy tutaj o niesubordynacji. To byłoby złamanie rozkazu! Poza tym… – Komandor zamilkł, jakby ugryzł się w język.

– Poza tym co?

– Nic. Nieważne. – Fahrid zabrał się do przeglądania plików. Co chwilę wpisywał coś nerwowo, a gdy wyniki okazywały się nie po jego myśli, marszczył nos w typowym dla niego grymasie frustracji.

– Sam przeliczyłem to trzy razy – odezwał się w końcu major. – Jesteśmy ich jedyną szansą.

– Ale co my możemy? – obruszył się komandor. – Nie przejmiemy załogi i ewakuantów. Nie naprawimy awarii reaktora. A bez niego…

– Nie zamierzam próbować ani jednego, ani drugiego – zapewnił Burescu. – Nie mamy na to czasu.

– Jaki masz zatem plan?

– Będziemy robili za holownik.

– Oszalałeś?! Jeśli przerwiemy misję, admiralicja obedrze nas ze skóry. Gdybyśmy nie odebrali tego pieprzonego sygnału, może… ale tylko może… zdołałbyś się jakoś wyłgać, lecz w tych okolicznościach… – Znienacka w oczach Fahrida pojawił się błysk. – Poszukajmy, kto w tamtym sektorze może przycumować do tego giganta i…

– System sprawdził wszystkie jednostki cywilne znajdujące się w pobliżu. To sama drobnica niedysponująca sprzętem pozwalającym na przeprowadzenie takiej akcji.

– Poczekaj. – Komandor znów zaczął coś wpisywać.

– Nie męcz się, sprawdź załącznik numer osiem.

Fahrid spojrzał na majora spode łba, ale postąpił zgodnie z jego radą.

– Musi istnieć inne rozwiązanie – rzucił w końcu, przenosząc wzrok z wyświetlacza na hologram współdowódcy.

– Bardzo bym chciał, aby tak było – oświadczył z powagą Burescu.

Fahrid spojrzał mu prosto w oczy.

– Nie zgadzam się. Nie chcę trafić pod sąd w chwili, gdy… – Znów urwał w pół zdania, jakby bał się podzielić na głos myślą.

– Wyduśże to z siebie. – Burescu postanowił go przycisnąć. Doskonale wiedział, co komandorowi chodzi po głowie. – Nie chcesz stracić okazji, by zapisać się na kartach historii.

– O czym ty mówisz?

– O tym, czego nie zdołałeś aż dwukrotnie zwerbalizować.

– Bzdura.

– Znam cię nie od dzisiaj. Ja też już się cieszyłem, że ktoś kiedyś dowie się o nas i tej misji. Z tym że ja nie chcę zostać bohaterem za cenę życia setek tysięcy ludzi.

– Jakich znowu setek? Na pokładzie tego wycieczkowca jest tylko…

– Sprawdziłeś logi? Ianthony McDonald zalicza się do trzydziestu największych jednostek, które zarekwirowano na potrzeby ewakuacji. W ciągu ostatnich trzech miesięcy przerzucił prawie pół miliona osób! Jeśli go ocalimy, po niezbędnych naprawach wróci do ratowania kolonistów.

– Albo i nie wróci. Te raporty czarno mu wróżą. Awaria…

– Nie zmieniaj tematu. Mamy spore szanse na przycumowanie i rozpoczęcie holowania, zanim dopadnie ich ostatni t’iru. Tylko musimy działać natychmiast.

– Gdyby Obcy mieli na niego chrapkę, już byśmy o tym wiedzieli.

Burescu nie odpowiedział, przesłał za to kolejne dane. Fahrid zbladł. Liniowiec przed kilkunastoma sekundami wystrzelił salwę pocisków kinetycznych. Wektory ich kursów przebiegały dokładnie przez miejsce, w którym znajdował się unieruchomiony wycieczkowiec.

– Dasz radę żyć ze świadomością, że pozostawiłeś na pewną śmierć te dwadzieścia tysięcy ludzi, nie mówiąc już o odebraniu nadziei na ratunek setkom tysięcy innych kolonistów?

– Wydano nam jasne rozkazy…

– …które mówią, że mamy podjąć jakieś cudactwo wykryte przez nasze czujniki. My, czyli któryś z okrętów naszej eskadry.

– Nieprawda. Wyraźnie napisano, że to zadanie Miecza.

– Serio? Ja tam widzę zapis, że w razie awarii albo innych niespodziewanych okoliczności, w tym zagrożenia, wykonanie misji przypada kolejnej jednostce eskadry.

– Ale nam nic nie grozi! – Fahrid podniósł głos. – Mamy w pełni sprawne…

– Szabli i Rapierowi także nic nie grozi. Ale tylko my z naszej eskadry jesteśmy wystarczająco blisko uszkodzonego wycieczkowca, by zdążyć go odholować. Tylko my lecimy wystarczająco szybko – przypomniał o nakazanej przez admiralicję zmianie kursu i prędkości.

– Trafimy pod sąd za narażenie tak ważnej misji!

– Nikt nie będzie nas sądził, ponieważ niczego nie narażamy! Sprawdź załącznik jedenasty. Masz tam dokładne wyliczenia mówiące, że Szabla i Rapier mogą wykonać zadanie bez naszego udziału.

– Nie. – Komandor pokręcił zdecydowanie głową. – Nie zgadzam się.

Major uśmiechnął się krzywo.

– Rozkazy zostały już wydane.

– Co?!

– To, co słyszysz. Wysłałem już rozkazy na pozostałe korwety.

– Nie miałeś prawa! – wybuchnął Fahrid. – W tym momencie dowodzenie Mieczem należy do pionu nawigacyjnego!

– Mylisz się, przyjacielu. Zgodnie z przepisami przejąłem dowodzenie w chwili, gdy piąty t’iru wykonał wrogi ruch wobec naszej jednostki.

– Wycieczkowiec nie należy do floty!

– Technicznie biorąc, został przez nią zarekwirowany, ma więc tymczasowy status okrętu floty metasektora – zauważył Burescu.

– Zgłaszam oficjalny protest!

– Wasz protest, komandorze Fahrid, został oficjalnie odnotowany w dzienniku pokładowym. Niniejszym odrzucam go w całości. Zasadność mojej decyzji zostanie rozpatrzona przez odpowiednią instancję natychmiast po powrocie do bazy. A teraz proszę wykonać rozkaz 27H albo pozbawię pana stanowiska na mocy przysługujących mi uprawnień.

– Andremy, u licha, co ty robisz?

– Zachowuję się jak człowiek.

– Ale…

– Bez obaw, Konradamie, tak czy inaczej trafimy do podręczników. W końcu to my dowodzimy przełomową misją, nie ma zatem takiej możliwości, by historycy pominęli nasz udział. A jeśli uda nam się ocalić ewakuantów i załogę wycieczkowca, na co mamy spore szanse, spłynie na nas dodatkowa sława.

– Ty i to twoje uwielbienie dla Święckiego! – prychnął Fahrid.

– Cofasz swój protest czy nie? – rzucił major ostrzegawczym tonem.

– Nie. Nie stanę przed sądem polowym tylko dlatego, że chcesz dorównać jakiemuś lansowanemu przez admiralicję przydupasowi Farlanda!

– Jak sobie życzysz.

– Popamię…!

Burescu przerwał połączenie i wrzaski komandora umilkły jak nożem ucięte. Nie spodziewał się po swoim współdowódcy aż takiego uporu. Co więcej, zgłoszenie przez Fahrida oficjalnego protestu będzie miało poważne skutki, nawet jeśli ta operacja zakończy się sukcesem. Pion prawny admiralicji pochyli się nad sprawą, a co za tym idzie, Burescu tak czy inaczej stanie przed komisją albo i sądem.

Tym jednak będę się martwił dopiero wtedy, gdy wrócimy na Anzio, zdecydował major po chwili namysłu. Znacznie ważniejsze jest teraz opanowanie sytuacji. Konradam z pewnością nie podda się tak łatwo. Wśród załogi może dojść do niepotrzebnych napięć i podziałów…

Major przypomniał sobie miny podwładnych po ogłoszeniu wykrycia sygnału. Mogli przez niego poczuć się zawiedzeni. Okradał ich przecież z chwały i sławy, której nigdy więcej nie zaznają w takiej skali. On jako dowódca misji miał zarezerwowane miejsce w historii, oni – jeśli Miecz nie podejmie źródła sygnału – trafią na jej śmietnik.

Muszę się dobrze przygotować, zdecydował, muszę znaleźć argumenty, które przemówią im do rozumu.

Po chwili zastanowienia aktywował alarm bojowy. Niech ludzie udadzą się na stanowiska. Niech mostek bojowy zostanie odcięty od reszty okrętu. Dzięki temu wszystkie ważne systemy korwety będą podporządkowane jemu i tylko jemu.

Co więcej, Konradam straci możliwość sabotowania zmian kursu. Jeśli ponownie odmówi wykonania rozkazu, jego obowiązki przejmie rezerwowy sternik znajdujący się w tym momencie na mostku bojowym. Tak to działało. Dowodzić mogła tylko jedna osoba. Podczas lotów był nią szef pionu nawigacyjnego, lecz w trakcie walki cała odpowiedzialność przechodziła na dowódcę pionu bojowego. A chyba nie trzeba było nikogo przekonywać, że ten system stał się właśnie polem walki.

Burescu sięgnął do przycisku dezaktywującego ekran izolujący, ale zawahał się i zatrzymał rękę w pół ruchu. Zanim rozpocznie to przedstawienie, powinien zadbać o jeszcze jeden szczegół. Włączył komunikator, wyszukał i odblokował kanały alarmowe, na których pracowały nadajniki Ianthony’ego McDonalda. Niech ludzie zobaczą i usłyszą, dlaczego chce zmienić rozkazy. Wybranie odpowiednich fragmentów nie zabrało mu wiele czasu. Niemal cała transmisja składała się z lamentów i błagań, nie tylko kapitana Cusslera, lecz także innych członków załogi, a nawet paru bardziej wpływowych pasażerów, którzy mieli w swoich kajutach dostęp do systemu łączności.

Zaczerpnął głębiej tchu, by uspokoić nerwy. Wiedział, że pierwsze sekundy starcia z własną załogą będą krytyczne. Jeśli zdoła podporządkować sobie ludzi – a jako oficer z wieloletnim stażem wiedział, jak tego dokonać – bez problemu przeciągnie ich na swoją stronę. Nie mógł tylko dać im czasu na myślenie.

Złocisty kokon rozwiał się w powietrzu. Burescu zerwał się z fotela, otworzył usta, by wydać pierwszy rozkaz, i… zamarł.

Syreny nie wyły, czerwone lampy nie migały ostrzegawczo. Podoficerowie pełniący służbę na mostku stali wokół stanowiska dowodzenia, spoglądając na niego wyzywająco. Ale to nie ich zacięte miny odebrały mu mowę, lecz widok pistoletów wymierzonych prosto w jego pierś.

– Co to ma znaczyć?! – Odzyskał rezon dopiero po kilku wlokących się całą wieczność sekundach. – Czyście do reszty poszaleli?! Podnosicie broń na dowódcę?

Nawet nie mrugnęli okiem. Za to on drgnął, gdy usłyszał dobiegający zza pleców drżący z emocji głos bosmana Lefebre’a. Ci, na których patrzył, nie śmieli wypowiedzieć tych słów.

– Majorze Burescu, aresztuję pana z rozkazu komandora Fahrida!

– Pod jakim zarzutem?

– Ciąży na panu zarzut złamania paragrafu trzysta dwudziestego pierwszego regulaminu floty – wyrecytował nieco pewniejszym tonem podoficer.

– Co takiego?! – Burescu odwrócił się do niego gwałtownie. – Zarzucacie mi zdradę?

– Sprzeniewierzenie się rozkazom przełożonych podczas wojny jest aktem zdrady.

Major znów musiał się odwrócić. Przeklinał w myślach swoją zapobiegliwość, przez którą dał temu idiocie czas na zmontowanie puczu. Fahrid stał w otwartej na całą szerokość grodzi i uśmiechał się tryumfalnie.

– Zapłacisz mi za to, Konradamie! – wysyczał Burescu, czując narastającą wściekłość. – A wy – przesunął palcem po mierzących wciąż do niego podwładnych – odpowiecie za bunt razem z nim. To spisek! Zmowa! Ja dowodzę tym okrętem od momentu, w którym jednostka Obcych ostrzelała unieruchomionego Ianthony’ego McDonalda!

– W chwili wydania rozkazu zmiany kursu znajdowaliśmy się osiemnaście minut świetlnych od miejsca odpalenia pocisków. To trzy minuty więcej, niż stanowi wymagane regulaminem maksimum – oświadczył pewnym tonem komandor.

Burescu zaklął w duchu. Że też ta kanalia musiała to zauważyć. To był jedyny słaby punkt jego planu. Jedyny!

– Majorze! – ponaglił skośnooki bosman. Pas z bronią boczną trafił w jego ręce. – Do czasu powrotu na Anzio pozostanie pan w areszcie domowym. Bez prawa opuszczenia własnej kajuty.

Fahrid rozgrywał sytuację po mistrzowsku, ale major miał jeszcze jednego asa w rękawie. Zanim opuścił stanowisko dowodzenia, pochylił się wolno nad konsolą terminala i nacisnął klawisz komunikatora. Na wszystkich ekranach pojawiła się zapętlona transmisja z wycieczkowca. Paniczne wrzaski w tle nie zdołały zagłuszyć słów wypowiadanych pośpiesznie przez dowódcę unieruchomionego giganta. W głosie mężczyzny kryło się tak wielkie przerażenie, że każdy z obecnych na mostku musiał poczuć mrowienie na karku, gdy słuchał rzucanych w eter wezwań.

– Dwadzieścia tysięcy ewakuowanych czeka na ratunek, który tylko my możemy przynieść! – Wyprostowany znowu szef pionu bojowego powiódł ostrym spojrzeniem po twarzach podwładnych.

Nie mieli zbyt pewnych min, ale nie odpuścili, na co skrycie liczył major. Nadal mierzyli w niego z broni służbowej, tyle że zerkali od czasu do czasu na ekrany.

– Rozkazy admiralicji zabraniają nam angażowania się w akcję ewakuacyjną! – Konradam podszedł gniewnym krokiem do stanowiska łączności, by wpisać komendę blokującą przekaz.

Próżny twój trud, pomyślał z satysfakcją Burescu. Na tę akurat ewentualność dobrze się zabezpieczył.

– Rozkazy admiralicji niczego nam nie zabraniają. Interpretujesz je na swoją korzyść, ponieważ srasz w gacie ze strachu, że przerywając misję, stracisz szanse na medal. Pozwolisz więc zginąć dwudziestu tysiącom niewinnych ludzi, których możemy bez trudu ocalić, nie mówiąc o setkach tysięcy kolonistów z innych systemów, których ten wycieczkowiec mógłby uratować w kolejnych akcjach, tylko dlatego, by trafić do podręczników!

Fahrid posłał mu miażdżące spojrzenie.

– To twój punkt widzenia.

– Tylko na tyle cię stać? – Major nie odpuszczał, szedł za ciosem. – Nie masz dla mnie nawet żadnej kontry? Wolisz wykręty, kanalio! Patrz. – Wskazał na główny ekran i zapłakane kobiety tłoczące się przed kamerą prywatnego nadajnika w pierwszej klasie. – Patrz! To są twarze ludzi, których skazujesz na pewną śmierć! Których wy wszyscy skazujecie – znów powiódł wzrokiem po podwładnych – biorąc udział w tym buncie!

– Wyprowadzić aresztowanego! – Konradam także podniósł głos. – I wyłączyć mi ten przekaz! – rzucił gniewnie w kierunku podoficera odpowiedzialnego za stanowisko łączności.

– Daję wam ostatnią szansę! – Burescu próbował się wyrwać z silnego chwytu kilku par rąk. – Jeśli opuścicie broń, odstąpicie od tego spisku i aresztujecie tę kanalię, zapomnę o wszystkim!

Nie słuchali go jednak. Rozbrojony i upokorzony został zaciągnięty na tyły mostka i wepchnięty do klaustrofobicznie ciasnej kajuty.

* * *

Burescu nie drgnął nawet, gdy jego terminal wydał serię cichych piknięć świadczących o tym, że ktoś próbuje się z nim skontaktować. Mimo to wyświetlacz zapłonął bladym błękitem. Konradam ominął zabezpieczenia blokady, korzystając z uprawnień dowódcy Miecza.

– Chcę, żebyś coś zobaczył – rzucił zdawkowo komandor.

– Aresztant nie wyraża zainteresowania, kanalio – odburknął major, który wciąż nie umiał przeboleć porażki, a zwłaszcza stylu, w jakim został pokonany.

– Patrz, nie gadaj!

Czujniki wyświetlacza ustaliły położenie głowy Burescu i kierunek, w którym była zwrócona, by wyświetlić hologram na wprost jego oczu. Major przymknął powieki w rozpaczliwej próbie buntu, lecz uchylił je moment później, gdy rozpoznał charakterystyczny zaśpiew w dziwnie radosnym tonie kapitana Cusslera.

Transmitowany przekaz składał się z kilku strumieni danych. Na jednym Burescu miał ogląd sytuacyjny z mapą wycinka sektora upstrzoną ikonkami przelatujących przezeń jednostek i dziesiątkami krzyżujących się wektorów. W drugim oknie widział twarz dowódcy wycieczkowca, trzecie zaś pokazywało ukryte w półmroku pomieszczenie, zapewne mostek jakiegoś innego statku.

Kilka sekund wystarczyło, by major zrozumiał powody, dla których Kontradam udostępnia mu te obrazy. Chciał go zwyczajnie dobić, pokazując, że cywile są zmyślniejsi, niż mogłoby się wydawać, i że sami znaleźli sposób na ocalenie unieruchomionego giganta. Burescu objął wzrokiem pozostałe strumienie danych i poczuł, jak krew zaczyna mu krążyć szybciej w żyłach.

– Twoja żałosna próba dorównania Święckiemu była absolutnie zbędna – zadrwił z niego Fahrid.

– To przekaz w czasie rzeczywistym?

– Tak. Po twoim aresztowaniu wysłałem do tego sektora ostatni przekaźnik kwantowy.

– Chciałeś mnie upokorzyć jeszcze bardziej? – warknął Burescu, nie odrywając oczu od wirtualnych ekranów, które rozdzielił kilkoma ruchami prawej ręki, aby mieć lepszy widok.

Wydarzenia nabierały tempa z sekundy na sekundę. Na wezwania giganta odpowiedziało kilka znajdujących się w sąsiednich sektorach jednostek cywilnych. Wśród nich był transportowiec wypełniony ciężkim sprzętem górniczym. Z manifestu pokładowego wynikało, że frachtowiec ten przewozi dostawę nowych maszyn dla kopalń orbitalnych Omikrona, bliższego z gazowych olbrzymów. Z tej właśnie latającej bazy przed momentem wystartowały cztery jednostki. Trzy platformy grawitacyjne (masywne, choć bardzo prymitywne urządzenia służące do podtrzymywania orbitalnych rurociągów) oraz ciężki pchacz, który kursował pomiędzy nabijarkami a terminalami, przewożąc kontenery.

Rzut oka na wektory powiedział majorowi więcej niż śledzenie prowadzonych rozmów. Ktokolwiek dowodził transportowcem, miał jaja… i równie wielką głowę. Plan był prosty. Platformy posłużą za ruchome cele. Znalazłszy się pomiędzy wycieczkowcem a wystrzelonymi w jego kierunku pociskami, ulegną zniszczeniu, podobnie jak uderzające w nie rdzenie kinetyczne. Burescu zapomniał na moment o własnej mizerii. Z rosnącą satysfakcją przyglądał się, jak kanciaste urządzenia rozkładają wszystkie swoje podpory i wysięgniki, aby zwiększyć powierzchnię i tym samym zmaksymalizować szanse na przechwycenie pocisków.

Kapitan frachtowca musiał służyć u nas, uznał Burescu. Nie oderwał jednak wzroku od wirtualnych ekranów, by sprawdzić, z kim ma do czynienia. Zbyt wiele działo się na jego oczach, żeby zawracał sobie głowę tak mało istotnymi detalami.

Platformy, manewrując dyszami kierunkowymi, starały się kompensować każdą zmianę kursu nadlatujących pocisków. Były wolniejsze od broni Obcych, lecz ich operatorzy wiedzieli, że tym razem nie muszą oszczędzać paliwa, dawali więc z siebie wszystko. W tym starciu liczyły się także rozmiary, a te działały na korzyść potężnych urządzeń, których zadaniem było podtrzymywanie w przestrzeni całych kilometrów grafenowych rur. Pajęczyny ażurowych wysięgników miały setki metrów długości, dzięki czemu po wprawieniu platform w ruch wirowy powstały bardziej niż doskonałe tarcze. Uwadze majora nie umknął bowiem fakt przesterowania reaktorów.

Dwa pierwsze rdzenie kinetyczne, mimo że ostro kluczyły, zostały przejęte z chirurgiczną precyzją. W ich niewielkich zbiornikach znajdowało się zbyt mało paliwa, aby mogły wygrać tę walkę. Trzeci, najmasywniejszy, okazał się twardszym orzechem do zgryzienia. To on miał zadać decydujący cios osłabionej dwiema wcześniejszymi eksplozjami jednostce. I to on przebił się przez wirującą platformę niczym meteoryt przez gęstą atmosferę. Wybuch reaktora nastąpił ułamki sekundy za późno i choć zdołał strzaskać rozżarzony do białości pręt, to bynajmniej nie sprawił, że wszystkie jego szczątki wyparowały. Tylko cztery z kilkudziesięciu lecących dalej odłamków trafiły w opływowy kadłub wycieczkowca, ale każdy z nich spowodował niewyobrażalne straty.

Strumienie danych zapełniły nowo otwarte okna. Liczby, wykresy, równania zmieniały się tak szybko, że trudno było nadążyć z ich rejestrowaniem. Burescu jednak wiedział, gdzie patrzeć, by wychwycić najistotniejsze informacje. Pięć przedziałów na trzech pokładach luksusowego transsystemowca utraciło szczelność. Nikt, kto w nich przebywał, nie mógł przeżyć, zatem ofiary będą liczone w setkach. Ale setki to nie tysiące.

– No i po kłopocie – rzucił Fahrid, jakby nie docierało do niego, że tam zginęli ludzie.

Major zignorował odzywkę komandora. Jako doświadczony oficer polowy skupił całą uwagę na kolejnym etapie operacji. A to, co zobaczył, nie spodobało mu się jeszcze bardziej.

– Każ im zawrócić! – wrzasnął, formatując nowe okno kalkulacyjne, by zgromadzić w nim potrzebne dane.

– Niby dlaczego miałbym to zrobić?

– Bo tylko tak ocalisz McDonalda. Uwierz mi, nie mam czasu na dalsze wyjaśnienia!

Zrzucony równolegle z platformami pchacz mijał właśnie klaster sześciobocznych dysz wycieczkowca. Wektor jego kursu wskazywał jednoznacznie, gdzie zamierza przybić, i to właśnie było powodem paniki majora.

– A ty dalej swoje… – zaśmiał się Fahrid.

– Ta akcja nie ma szans powodzenia! – przerwał mu rozgorączkowany Burescu, wprowadzając kolejne dane. Pośpiech rodzi błędy, był tego świadom, lecz musiał działać na pełnych obrotach, jeśli chciał przekonać tego zapatrzonego w siebie idiotę i ocalić kolejne setki, jeśli nie tysiące osób. Szlag! Za szybkie ruchy rąk, niedokładna kalkulacja i znów musiał powtarzać skomplikowane obliczenia. – Rób, co mówię! Jak skończę symulację, dla nich będzie za późno!

– Na co? Twierdzisz, że znasz się na tym sprzęcie lepiej niż ludzie, którzy obsługują go od lat? – zadrwił Konradam.

– Nie. Twierdzę, że znam się lepiej niż oni na akcjach ratunkowych. Zanim trafiłem na tę krypę, odsłużyłem trzy tury w korpusie inżynieryjnym. – Nie kłamał, lata spędzone na pokładzie gigantycznego okrętu wsparcia otworzyły mu teraz oczy na aspekty, których nie dostrzegali ani załoganci frachtowca, ani piloci pchacza. Nie doczekawszy się reakcji Fahrida, major dodał pośpiesznie: – Zrób, co mówię, inaczej oni wszyscy zginą!

Konradam wahał się jeszcze przez moment, ale w końcu wydał rozkaz. Niestety przez jego opieszałość stracili kilka niezwykle cennych sekund. Czas na reakcję właśnie się kończył.

– Wysłaliśmy żądanie na Ajschylosa, jak chciałeś. – Komandor po raz pierwszy wymienił nazwę transportowca przewożącego sprzęt górniczy dla kopalń Omikrona. – Ale jeśli to było tylko kolejne durne zagranie z twojej strony… – W głosie Fahrida zabrzmiały stalowe nutki.

– Sam zobacz! – Burescu zakończył wyliczenia i przesłał plik na mostek.

Nie mogąc nic więcej zrobić, siedział i patrzył na przekazywany nadal do jego kajuty holograficzny obraz wycieczkowca i wiszącego nad nim, jakże mikrego z tej perspektywy pchacza.

– Nie, nie, nie… – mamrotał pod nosem, obserwując na największym zbliżeniu, jak jednostka techniczna wysuwa przegubowe chwytaki. – Dlaczego nie przerwali tej akcji?

– Nie wiem. Ajschylos nie ma tyle wolnej energii, żeby nadawać kwantowo. Może tylko odbierać nasze przekazy.

– Wyślij jeszcze jedno ostrzeżenie. Oni muszą… – Burescu zamilkł, zdając sobie sprawę, że naprawdę jest już za późno.

Nie wiedział, czy załoga pchacza – otumaniona wizją deszczu nagród i zaszczytów, jakie posypią się na głowy dzielnych pilotów, którzy uratowali tysiące osób, nie wspominając o ocaleniu niezwykle cennej jednostki – zignorowała ostrzeżenie nadane z Miecza czy też kontynuowała misję niczego nieświadoma, ponieważ dowódca Ajschylosa, kierując się podobnymi pobudkami, nie raczył jej przekazać otrzymanego ostrzeżenia. Jakkolwiek było, ci ludzie właśnie przypieczętowywali swój los.

Wielkie magnetyczne stopy chwytaków przywarły z impetem do płatów poszycia. Żadna z nich jednak nie trafiła w miejsce, pod którym przebiegały odpowiedniki okrętowych wręg stanowiących element wzmocnienia konstrukcji kadłuba. Próżnia to nie atmosfera, co jednak nie oznacza, że ulegają w niej zawieszeniu wszystkie prawa fizyki.

Krótko mówiąc, piloci pchacza popełnili dwa błędy: źle dobrali miejsce dokowania, przeszacowując przy okazji wytrzymałość poszycia. Do tego nie wyhamowali dostatecznie przy końcowym podejściu, przez co – gdy zwiększyli ciąg w momencie kontaktu, jak robili to setki razy po podjęciu kontenera – masywne przednie podpory napierające na płyty helonu wcale nie tak grube, jakby się mogło wydawać, zamiast nadać pęd kolosowi, przebiły się przez lśniące poszycie.

Gdyby chodziło o odholowanie jakiejkolwiek jednostki handlowej, podobna akcja zakończyłaby się mniejszym bądź większym sukcesem. Niestety Ianthony McDonald był statkiem, który konstruowano z myślą o pięknym wyglądzie i wygodzie pasażerów, nie zaś o odporności na tak brutalne traktowanie. Korporacyjny pilot, mający doświadczenie wyłącznie z kontenerami, którym niestraszne są żadne przeciążenia, nie wyobrażał sobie nawet, z jak kruchym dziełem ma do czynienia.

Napędzany potężnymi silnikami pchacz wbił się momentalnie w górną część obłej rufy Ianthony’ego McDonalda. Wszedł w wycieczkowiec jak nóż w masło i parł dalej, niszcząc kolejne grodzie, przebijając się przez pokłady, miażdżąc całe przedziały. Sam w tym starciu także musiał ucierpieć, nic więc dziwnego, że dosłownie trzy sekundy później majestatyczny transsystemowiec spęczniał nagle w dolnej części śródokręcia, a potem… eksplodował. Nie był to wybuch tak silny jak te, które podczas bitew unicestwiały pancerniki. Reaktor pchacza miał całą sieć mechanizmów zabezpieczających przed wybuchem, lecz pomniejsze eksplozje zbiorników tlenu i paliwa na obu jednostkach zrobiły swoje.

Ianthony McDonald przełamał się wpół. Jego lśniące burty zostały przy tym rozdarte w wielu miejscach; poszycie z helonu rozciągało się i pękało jak papier pod wpływem działania sił, których nawet pancerz największego okrętu wojennego nie byłby w stanie wytrzymać. Z wnętrza tryskały na wszystkie strony strumienie rozprężającego się błyskawicznie gazu, czemu towarzyszyło wyrzucanie w przestrzeń miriadów odłamków.

– Patrz! – Burescu odwrócił się do obiektywów holokamer nad stanowiskiem komunikatora. – Patrz uważnie, Konradamie. Niemal każdy z tych czarnych punkcików, które tam widzisz, był jeszcze przed chwilą zrozpaczonym, lecz pełnym nadziei człowiekiem. To mężczyźni, kobiety i dzieci… Wszyscy mogli przeżyć, gdybyś tak desperacko nie pragnął trafić do podręczników.

– Zamknij się – mruknął oszołomiony takim obrotem zdarzeń komandor.

Major zaśmiał się tylko, choć bez typowej dla niego wesołości. Nie cieszyło go to moralne zwycięstwo. Wolałby przegrać spór z tym zdrajcą. Nawet dwadzieścia tysięcy razy, jeśli tylko to by odmieniło los wycieczkowca. Nie zamierzał jednak milczeć.

– Miej świadomość, że każdy dyplom, który dostaniesz, będzie wypisany krwią ofiar; każdy medal, który zawiśnie na twojej piersi, będzie zrobiony z metalu pochodzącego ze szczątków Ianthony’ego McDonalda. Kiedy targniesz się na własne życie, a uwierz mi, nie pociągniesz długo z tak wielkim poczuciem winy, przed oczami będziesz miał ten właśnie widok: mrowie ciał…

– Zamknij mordę! – ryknął w końcu Fahrid, jednakże w jego głosie było więcej słabości niż gniewu.

– Jak sobie życzysz, Konradamie. Jak sobie życzysz.

Część pierwsza

AKADEMIA

JEDEN

System Anzio, Sektor Sierra,

04.03.2355

– Wypełniony ekskrementami worek z ludzkiej skóry! – warknął z odrazą Farland, gdy hologram w jego gabinecie zgasł po zakończeniu rozmowy.

Rutta milczał. Rozumiał gniew przyjaciela. Od pewnego czasu on także odczuwał rosnący niepokój, ilekroć pion łączności przysyłał powiadomienie o nawiązaniu łączności kwantowej z Ziemią. Każda kolejna rozmowa z Modo – albo Xiao – była nie krokiem, lecz susem w kierunku przysłowiowej przepaści. Oparty na zwykłym szantażu kruchy sojusz, który wielki admirał zdołał uzyskać w wyniku twardych negocjacji z panią kanclerz, mógł się rozpaść w każdej chwili. I to tak naprawdę z niczyjej winy.

Sto dni spokoju, o jakie poprosiła w początkach grudnia Modo, dobiegało właśnie końca, a po sondach, którymi flota zainfekowała t’iru, nadal nie było śladu. Nie tak to miało wyglądać, pomyślał z goryczą Farland, wspominając pamiętny tydzień po pyrrusowym zwycięstwie, gdy niesiony falą sukcesu postawił się Radzie i odnotował kolejny sukces, zmuszając polityków do tego, by zagwarantowali połączonym flotom przetrwanie najgorętszego okresu tej wojny.

Układ wydawał się prosty. Modo przedstawi opinii publicznej dalekosiężne plany związane z wprowadzeniem do służby okrętów piątej generacji i poprosi opozycję o zwyczajowe sto dni na ich realizację, dzięki czemu nie dojdzie do zdziesiątkowania sił przestrzennych Federacji w szeregu bezsensownych – zarówno ze strategicznego, jak i taktycznego punktu widzenia – bitew, a będący aktualnie u władzy politycy zachowają do wiosny stanowiska i co ważniejsze, głowy.

Przystając na ten układ, wielki admirał i pani kanclerz byli święcie przekonani, że hybrydowe sondy wrócą do znanej człowiekowi przestrzeni nie później niż po miesiącu od zainfekowania uszkodzonej jednostki Obcych, co powinno umożliwić ludziom spokojne przeprowadzenie modernizacji uzbrojenia. Problem jednak w tym, że przewidywania najtęższych głów Federacji okazały się, oględnie mówiąc, zbyt optymistyczne, nazywając zaś rzecz po imieniu: zupełnie nietrafione. Nic więc dziwnego, że im więcej czasu upływało, tym atmosfera robiła się bardziej nerwowa, a członkowie Rady i sztabowcy trzeciego metasektora traktowali się coraz nieprzychylniej. Na Ziemi zaczęto nawet przebąkiwać o potencjalnym fiasku operacji: albo ma’lahn dzięki swej przewadze technologicznej zdołali wykryć znajdujące się na ich okrętach obce obiekty, albo sondy hybrydowe zostały poważnie uszkodzone czy nawet zniszczone podczas infekowania t’iru.

Pod koniec stycznia Modo i Xiao zaczęli dyplomatycznie naciskać na Farlanda, próbując wybadać, czy niepowodzenie operacji zaważy na jego stanowisku. Wielki admirał pozostał jednak nieugięty. Pierwsze okręty piątej generacji, budowane w stoczniach każdego metasektora Federacji dzięki funduszom uzyskanym z nacjonalizacji trzech megakorporacji, mogły wejść do służby już na początku lutego – oczywiście pod warunkiem, że flota skróci okres testów przestrzennych do niezbędnego minimum. Przy regulaminowym podejściu do sprawy pancerniki zdolne nawiązać równorzędną walkę z t’iru powinny osiągnąć pełną sprawność bojową parę tygodni później, niespełna dobę czy dwie przed upływem stu dni, o które prosiła Modo.

Na czym więc polegał problem?

Ze względów czysto propagandowych Ziemia nalegała, by podjąć działania zaczepne natychmiast po sformowaniu zespołów uderzeniowych, natomiast dowódca trzeciego metasektora upierał się, żeby respektować przedstawiony przez niego terminarz, ponieważ samym sprzętem wojen się nie wygrywa, czego admiralicja i Rada zdawały się nie brać pod uwagę. Modo odparła jego zarzuty, przywołując dostarczone przez Xiao raporty, z których wynikało, że od kilku miesięcy we wszystkich najlepszych akademiach kadeci ćwiczą wyłącznie na symulatorach sprzętu nowej generacji, by bez trudu przesiąść się na wprowadzane do służby jednostki, ledwie te opuszczą doki.

I jak tu wytłumaczyć przekonanym o własnej wyższości zabiurkowym weteranom, gotowym oddać ostatnią kroplę krwi swoich podwładnych, oraz walczącej o stołki jeszcze bardziej cynicznej cywilbandzie, że posyłanie na wojnę dzieciaków, nawet jeśli zostały doskonale wyszkolone, nie tylko nie zagwarantuje sukcesu, lecz wręcz może przynieść porażkę? Jak namówić decydentów, by nie podejmowali zbędnego ryzyka? Jak przekonać polityków i wspierających ich admirałów, żeby po stu dniach okresu ochronnego odczekali jeszcze kilka tygodni, aż wytypowani przez sztab trzeciego metasektora oficerowie i marynarze ukończą kursy przystosowujące ich do służby na okrętach nowej generacji?

Na te pytania wielki admirał nie znał odpowiedzi, za to każda kolejna rozmowa z Modo utwierdzała go w przekonaniu, że porozumienie raczej nie jest możliwe. Milczeniem pomijano uwagi rzucane przez Farlanda – między innymi o tym, że pierwsza przegrana z udziałem okrętów piątej generacji złamie i tak już mizerne morale floty, co może mieć straszne skutki dla dalszych losów tej wojny.

Wielki admirał jako praktyk doskonale wiedział, czym skończy się wysłanie na front żółtodziobów znających tajniki walki wyłącznie z symulatorów, i z tego względu ani myślał przystać na którąkolwiek z wysuwanych przez polityków propozycji, choć te pojawiały się coraz częściej i były coraz bardziej kuriozalne. Najpierw Modo i Xiao podejmowali próby renegocjowania układu, później zaczęło dochodzić do niemal codziennych słownych utarczek z Ziemią. Początkowe prośby i sugestie zmieniły się z czasem w żądania, a nawet otwarte groźby, jednakże to Farland miał lepsze karty.

Niestety zaakceptowany przez obie strony okres spokoju kończył się już trzynastego marca o północy. Po upływie setnego dnia Rada rozpocznie bezpardonową walkę nie tyle o Rubieże, ile o zachowanie stołków. A zagrożony polityk nie powstrzyma się przed popełnieniem błędu, nawet gdy ceną będzie kompletna zagłada Federacji… Tymczasem człowiek, którego Modo i Xiao mylnie identyfikowali jako przeciwnika, trzymał w szachu tylko jedno z nich.

Farland nie wątpił, że współpracownicy poświęcą panią kanclerz, nie przejmując się tym, że wraz z jej głową spadnie też parę innych, choć już mniej ważnych czerepów. W ich świecie bowiem liczyła się tylko realna władza. Utraciwszy ją, obecni członkowie Rady przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie i będą musieli ustąpić miejsca, co dla nich będzie po stokroć gorsze niż najbardziej bolesna śmierć u steru. Zwłaszcza że sukces mieli już tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki…

– Dwa pieprzone tygodnie! – rzucił wielki admirał, spoglądając nieobecnym wzrokiem gdzieś w przestrzeń. – Tyle nam zabraknie do zrealizowania planu!

– Ja bym nie tracił nadziei… – zaczął Rutta, ale sam umilkł, uświadomiwszy sobie, że jakiekolwiek próby pocieszenia przyjaciela są z góry skazane na niepowodzenie.

– Słyszałeś takie powiedzenie: nadzieja jest matką głupich? – zadrwił w odpowiedzi wielki admirał.

– Słyszałem – przyznał generał. – Co nam jednak pozostaje?

– Modlić się o to, by sondy nie wróciły aż do setnego dnia? – Farland odwrócił się do zastępcy. Choć jego słowa zabrzmiały jak żart, minę miał nadal zasępioną.

– A czy to by coś zmieniło?

– Zyskalibyśmy trochę czasu. Wiesz dobrze, że pełnej analizy danych z kilku miesięcy obserwacji nie zrobisz w tydzień, co oznacza, że w takiej sytuacji nie musielibyśmy walczyć o przesunięcie terminu.

– Theo, zapominasz, że im chodzi przede wszystkim o przejęcie całkowitej kontroli nad tymi pancernikami.

Obaj wiedzieli, że argument z kadetami ma na celu nie tylko przyśpieszenie debiutu piątej generacji. Admiralicja napierała na oddanie nowych okrętów w ręce narybku, ponieważ w razie ewentualnych problemów wszystkie załogi najpotężniejszych jednostek staną murem po stronie Ziemi, której zawdzięczają niemal wszystko, i zdecydowanie odrzucą ofertę przyłączenia się do buntu samozwańczego watażki z Rubieży. Natomiast zespoły uderzeniowe obsadzone niemal wyłącznie weteranami ostatniej kampanii mogłyby zagrozić obecnej władzy bardziej niż podbijający znaną przestrzeń Obcy.

– Nie zapominam. Uwierz mi… – Farland spuścił głowę. – Wiem, że to głupie, ale coś jednak każe mi wierzyć, że nie mamy do czynienia z samobójcami. Ci ludzie nie zaszliby tak wysoko, gdyby nie mieli instynktu samozachowawczego. Na pewno w końcu zrozumieją, że…

– Oni rozumieją tylko jedno. – Rutta wykorzystał wahanie przyjaciela, by wpaść mu w słowo. – Aby pozostać u steru, muszą się nas pozbyć. I są na to gotowi, ponieważ to ludzie pozbawieni skrupułów.

– Otóż, przyjacielu, nie do końca – obruszył się wielki admirał. – Przecież…

– Ja mówię o tym, jak oni postrzegają swoje położenie – skontrował generał. – Czują się zagrożeni i za wszelką cenę pragną nas zneutralizować. Kto wie, czy ciebie nie boją się bardziej niż Obcych, których prędzej czy później pokonają, wprowadzając do służby kolejne pancerniki piątej generacji na miejsce zniszczonych. Nawet gdyby mieli zbudować ich setki. Dziś, po nacjonalizacji, stać ich na taki wydatek.

– A załogi? Kilka niepowodzeń i zabraknie chętnych do udziału w straceńczych misjach…

– Nie oszukuj się, Theo. Skuteczną propagandą wypiorą miliony mózgów. To chyba jedyne, w czym są naprawdę dobrzy.

Farland pokręcił głową niezmiernie powoli, jakby ruch ten sprawiał mu trudność albo ból.

– Zatem cokolwiek zrobimy, mamy przesrane. To chciałeś powiedzieć?

– Jeśli nie zdarzy się jakiś cud… – Rutta zamilkł, widząc, że komunikator sygnalizuje nadejście połączenia.

Nad biurkiem dowódcy trzeciego metasektora pojawiło się holograficzne popiersie Święckiego.

– Obawiam się, że mamy jedną – zameldował zwięźle generał major, nie zawracając sobie głowy regulaminem. – Otrzymaliśmy meldunek, że OPFF Miecz wykrył sygnał sondy na Harare.

– No nie.

Farland zbladł. Rutta westchnął ciężko. Ich reakcja nie uszła uwagi Henryana. Wielki admirał nie dzielił się z nim refleksjami po każdej rozmowie z Ziemią, lecz nie trzeba było geniusza, by zrozumieć, dlaczego admiralicja nawiązuje ostatnimi czasy tak częste kontakty ze sztabem trzeciego metasektora. A Święcki do głupców nie należał. Poza tym Rutta przedyskutował z nim otwarcie kilka najważniejszych kwestii.

– Jeśli można… – dodał, otoczywszy się uprzednio polem ochronnym.

Generał zerknął na przełożonego, ale ten był zbyt przybity wiadomością, by to zauważyć.

– Myślę, że to nie najlepsza pora… – spróbował uniku Rutta.

– Chyba wiem, co powinniśmy w tej sytuacji zrobić.

Wielki admirał podniósł wzrok, lecz nie było to pełne zainteresowania spojrzenie, jakiego Henryan się spodziewał.

– Największy bohater Federacji chce nas uraczyć kolejną życiową mądrością? – rzucił kąśliwym tonem.

Nie miał nastroju na pogaduszki z podwładnymi. Jego plany właśnie legły w gruzach, podobnie jak kariera, a kto wie, czy nie życie. Musiał się z tym faktem uporać, i to najlepiej w samotności.

– Raczej chce pomóc w rozwiązaniu najbardziej palącego problemu – odpowiedział Święcki, nie reagując na zaczepkę.

Rutta położył dłoń na ramieniu Farlanda, widząc, że ten lada moment eksploduje. Udało mu się powstrzymać detonację przyjaciela, ale na pewno go nie rozbroił. Wielki admirał skrzywił się, jakby musiał przełknąć kęs czegoś wyjątkowo kwaśnego.

– Na jakiż to pomysł wpadł tym razem najszybciej awansujący oficer Galaktyki? – warknął przez zaciśnięte zęby.

– Szczerze mówiąc, to nie jest mój pomysł, tylko generała…

Henryan kłamie w żywe oczy, pomyślał Rutta, lecz nie zaprotestował. Wyczuł bowiem, że prosty wybieg Święckiego ma pomóc wyłożyć sprawę.

– Ten, o którym rozmawialiśmy wczoraj czy dzisiaj rano? – zapytał, podejmując grę.

– Chodzi o ten drugi, dotyczący kadetów – odparł bez mrugnięcia okiem Henryan.

– Streszczajcie się, generale majorze – rzucił zniecierpliwiony Farland.

Głos miał już spokojniejszy, a prawa dłoń przestała mu drżeć, co świadczyło o tym, że napad furii powoli mija, jednakże jego rozmówcy zdawali sobie sprawę, iż wystarczy zaledwie iskierka, by wyzwolić reakcję łańcuchową, która skończy się śmiercionośnym wybuchem.

– Tak jest. – Święcki spojrzał przełożonemu prosto w oczy. – Mamy spore szanse na ośmieszenie Xiao i jego projektu obsadzenia pancerników piątej generacji kadetami.

– Jak? – zapytał przez wciąż ściśnięte gardło wielki admirał.

– Chcą wojny, dajmy im wojnę – wypalił bez namysłu Henryan.

– Czyli?

– Program Feniks.

Farland przytaknął machinalnie, jakby wypuścił to stwierdzenie drugim uchem, po czym zaśmiał się chrapliwie.

– Na symulatorach?

– Nie. Zapakujemy ich na Odyna.

– Xiao nigdy na to nie pozwoli – rzekł przygaszonym tonem Rutta po kilku sekundach milczenia.

– Admiralicja nie musi o niczym wiedzieć… – Święcki uśmiechnął się krzywo, w charakterystyczny dla niego sposób.

Cisza się przedłużała. Farland i Rutta musieli sobie przemyśleć rzuconą propozycję.

Pierwszy odezwał się wielki admirał:

– Powiedzmy, że zrobimy to za plecami admiralicji. Co dalej?

Henryan nie potrzebował dodatkowej zachęty.

– Wybierzmy najlepszą uczelnię, to znaczy taką, na której kadeci osiągnęli ostatnio na symulatorach najwyższą średnią. Dzięki temu admiralicja nie będzie mogła podważyć wyników testu, twierdząc na przykład, że poszliśmy po linii najmniejszego oporu. Jest taka w drugim metasektorze, kilka pasów stąd. Szkoła admirała Atanasio.

– Przesłużyłem z tym starym draniem dwie dekady. – Farland potrząsnął zdecydowanie głową, jakby nie spodobał mu się ten pomysł. – Straszny służbista z niego. Nigdy nie pójdzie na taki numer.

– Jestem innego zdania – wtrącił Henryan.

– O, znacie go lepiej niż ja, choć nigdy wcześniej o nim nie słyszeliście! – Wielki admirał znów zaczynał się irytować.

– Nie muszę go znać…

– Naprawdę?

– Naprawdę. Wystarczy, że jego też nie wtajemniczymy w nasz plan.

Farland zaczerpnął tchu, jakby zamierzał wygłosić dłuższą przemowę, ale zaraz zamknął usta i opadł ciężko na oparcie fotela.

– Genialne – rzucił moment później, nie kryjąc sarkazmu. – Widzę tylko jeden słaby punkt.

Święcki posłał mu zdziwione spojrzenie.

– Przemyślałem wszystko bardzo dokładnie… – zaczął ostrożnie.

– Nawet to, że nikt nigdy nie dowie się o naszej śmiałej akcji, ponieważ admiralicja utajni jej wyniki na… powiedzmy… wieczność, niezwłocznie po tym, jak wszyscy trzej zostaniemy rozstrzelani za udział w spisku mającym na celu obalenie Rady?

Rutta poczuł na plecach ciarki, lecz Henryan tylko uśmiechnął się zagadkowo.

– Ma pan całkowitą rację, sir. Dlatego musimy przeprowadzić ten test przed obiektywami największych mediów.

Farland, który popijał właśnie wodę, parsknął tak głośno, jakby się zadławił. Rutta zrobił wielkie oczy.

– Wszystko pięknie, ale wyjaśnijcie mi, jak zamierzacie wkręcić w tę akcje media, które… o czym wszyscy doskonale wiemy… chodzą na pasku Modo? – zapytał generał, gdy przyjaciel odtrącił jego dłoń.

– To zadanie w sam raz dla największego bohatera Federacji – zażartował Święcki, ale zaraz spoważniał, widząc posiniałe policzki Farlanda. – Dzięki wysiłkom propagandystów zostałem także „symbolem nadziei”, jak nazwała mnie ostatnio Loisabelle Lane z „Daily Planet”. Wykorzystajmy ten fakt.

– W jaki sposób?

– To bardzo proste. Proponuję…

Spis treści

Cytaty

ZWYCIĘSTWO ALBO ŚMIERĆ

PROLOG

Część pierwsza. AKADEMIA

JEDEN

DWA

TRZY

CZTERY

PIĘĆ

SZEŚĆ

SIEDEM

OSIEM

Część druga. DEMONY PRZESZŁOŚCI

JEDEN

DWA

TRZY

CZTERY

PIĘĆ

SZEŚĆ

SIEDEM

OSIEM

Część trzecia. ODWET

JEDEN

DWA

TRZY

CZTERY

PIĘĆ

SZEŚĆ

Część czwarta. BÓG

JEDEN

DWA

TRZY

CZTERY

PIĘĆ

SZEŚĆ

EPILOG

Nota od autora

Spis treści

Strona redakcyjna

Copyright © by Robert J. Szmidt 2018

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by

REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach:

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

Redaktor: Urszula Gardner

Projekt, opracowanie graficzne okładki oraz ilustracja na okładce: Tomasz Maroński

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Zwycięstwo albo śmierć, wyd. I, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-901-1

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kroniki jednorożca: polowanie Zwycięstwo albo śmierć Na krawędzi zagłady Uniwersum Metro 2033. Wieża Toy Land Ucieczka z raju 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha