Niebezpieczna fortuna

Niebezpieczna fortuna

Autorzy: Ken Follett

Wydawnictwo: Albatros

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.90 zł

„Niebezpieczna fortuna”, thriller historyczny o miłości, pieniądzach i zemście, rozgrywa się w realiach Anglii II połowy XIX wieku. Majowe popołudnie 1866 roku staje się punktem zwrotnym w życiu kilkorga ludzi, w różny sposób powiązanych z rodziną londyńskich finansistów, Pilasterów. Dwaj kuzyni toczą trwający dwadzieścia lat pojedynek o przejęcie kontroli nad potężnym bankiem rodzinnym, który bogaci się na podejrzanych operacjach finansowych z nękanym wojną domową krajem Ameryki Południowej (...) Szokująca tajemnica z przeszłości wyciśnie piętno na ich losach, doprowadzając do zbrodni...

O książce

THRILLER HISTORYCZNY AUTORA „FILARÓW ZIEMI”

Pieniądze, zemsta, miłość i zbrodnia w realiach dziewiętnastowiecznej Anglii

Hugh Pilaster – zdolny, pracowity i bezkompromisowy.

Edward Pilaster – chorobliwie ambitny, bez skrupułów i nieuczciwy.

Różnią się jak ogień i woda, a jednak należą do tej samej rodziny.

Od dwudziestu lat toczą pojedynek o przejęcie kontroli nad potężnym bankiem, który bogaci się na podejrzanych operacjach finansowych z nękanym wojną domową krajem Ameryki Południowej. Jedno majowe popołudnie 1886 roku stanie się punktem zwrotnym nie tylko dla nich, ale i dla kilkorga młodych ludzi powiązanych z rodziną londyńskich finansistów.

Ken Follett

Brytyjski pisarz, urodzony w Walii w 1949 r. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1978 r Igła. Kolejne tytuły, m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, Zima świata oraz Krawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, za swoje najważniejsze dzieło autor nadal uważa sagę Filary Ziemi – owoc jego zainteresowania średniowieczem. Na podstawie powieści Folletta nakręcono wiele filmów oraz seriali, m.in. Igłę, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów i Filary Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER

NIEBEZPIECZNA FORTUNA

CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMI

ŚWIAT BEZ KOŃCA

SŁUP OGNIA

Stulecie

UPADEK GIGANTÓW

ZIMA ŚWIATA

KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁA

KRYPTONIM KAWKI

LOT ĆMY

KLUCZ DO REBEKI

NOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENU

ZABÓJCZA PAMIĘĆ

TRÓJKA

ZAMIEĆ

SKANDAL Z MODIGLIANIM

TRZECI BLIŹNIAK

LWY PANSZIRU

PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:

A DANGEROUS FORTUNE

Copyright © Ken Follett 1993

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Janusz Ochab 2018

Redakcja: Agnieszka Łodzińska

Ilustracja na okładce: © Flickr/British Library

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-189-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.

(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Podziękowania

Za szczodrą pomoc w pisaniu tej książki dziękuję następującym przyjaciołom, krewnym i kolegom: Carole Baron, Joannie Bourke, Benowi Braberowi, George’owi Brennanowi, Jackie Farber, Barbarze Follett, Emanuele Follett, Katyi Follett, Michaelowi Haskollowi, Pam Mendez, M.J. Orbellowi, Richardowi Overy’emu, Danowi Starerowi, Kim Turner, Ann Ward, Jane Wood oraz Alowi Zuckermanowi.

Drzewo rodowe Pilasterów

Prolog

1866

1

W dniu tragedii chłopcy z Windfield School mieli zakaz wychodzenia z pokojów.

Była sobota, gorący majowy dzień. Takie popołudnia przeważnie spędzali na boisku, jedni grając w krykieta, inni obserwując mecz z cienistego skraju lasu Bishop’s Wood. Ale ktoś popełnił przestępstwo. Otóż z biurka doktora Offertona, nauczyciela łaciny, skradziono sześć złotych suwerenów i podejrzenie padło na całą szkołę. Wszyscy mieli tkwić w budynku, aż złodziej zostanie schwytany.

Micky Miranda siedział przy stole, na którym pokolenia znudzonych uczniaków wyrzynały swoje inicjały, i trzymał w dłoni oficjalną broszurę zatytułowaną Wyposażenie piechoty. Ryciny ze szpadami, muszkietami i karabinami zazwyczaj go fascynowały, lecz teraz było mu gorąco i nie mógł się skupić. Jego kolega, siedzący po drugiej stronie stołu Edward Pilaster, oderwał wzrok od zeszytu do łaciny. Właśnie spisywał zrobione przez Micky’ego tłumaczenie strony tekstu Plutarcha.

– Nie umiem przeczytać tego słowa – powiedział, wskazując palcem brudnym od atramentu.

Micky zerknął na kartkę.

– Zdekapitowany. Od łacińskiego czasownika decapitare.

Łacinę przyswajał z łatwością, być może dlatego, że wiele podobnych słów występowało w hiszpańskim, jego języku ojczystym.

Pióro Edwarda skrzypiało na papierze. Micky podniósł się niespokojnie i podszedł do otwartego okna. Powietrze stało, nieporuszane wiatrem. Spojrzał tęsknie ku lasowi rozpościerającemu się za podwórzem stajni. U jego północnego krańca, w nieużywanym kamieniołomie znajdował się ocieniony, wypełniony wodą dół, w którym można się było kąpać. Woda, zimna i głęboka…

– Chodźmy popływać – rzucił nagle.

– Nie wolno nam – przypomniał mu Edward.

– Moglibyśmy się wydostać przez synagogę. – Nazywali tak sąsiedni pokój zajmowany przez trzech żydowskich chłopców. Nauczanie o sprawach boskich traktowano w Windfield ze swoistą lekkością, do różnic religijnych zaś podchodzono tolerancyjnie; z tego też powodu szkoła odpowiadała i żydom, i rodzicom Edwarda, którzy byli metodystami, a także ojcu Micky’ego, katolikowi. Na przekór jednak oficjalnie głoszonej otwartości uczniowie pochodzenia żydowskiego doznawali pewnych prześladowań. – Możemy wyjść przez okno ich pokoju, zeskoczyć na dach pralni, zejść od niewidocznej strony stajni i wymknąć się do lasu.

Twarz Edwarda wyrażała strach.

– Jeśli cię złapią, dostaniesz Smagaczem.

Tę nazwę chłopcy nadali jesionowej rózdze, którą posługiwał się dyrektor szkoły, doktor Poleson. Karą za złamanie zasad było dwanaście bolesnych smagnięć. Micky został kiedyś wychłostany przez dyrektora za hazard i wciąż jeszcze drżał na to wspomnienie. Ale szansa wpadki ledwie majaczyła w oddali, natomiast myśl, że się rozbiera i zanurza nago w stawie, była tuż, tuż – nieomal czuł dotyk zimnej wody na spoconej skórze.

Popatrzył na kolegę, który nie cieszył się w szkole sympatią: za leniwy do nauki, był także fajtłapowaty w sporcie i zbyt samolubny, by zjednać sobie szersze grono kolegów. Jedynego przyjaciela miał w Mickym i nie lubił, kiedy ten spędzał czas z innymi.

– Zobaczę, może Pilkington będzie chciał iść – powiedział Micky, zmierzając do drzwi.

– O nie, tylko nie to – zaniepokoił się Edward.

– Niby dlaczego nie. Ty się spietrałeś.

– Wcale nie – zaprzeczył tamten bez przekonania. – Po prostu muszę dokończyć łacinę.

– Więc kończ, a ja pójdę pływać z Pilkingtonem.

Edward siedział chwilę z upartą miną, po czym uległ.

– No dobrze, idę – zgodził się niechętnie.

Micky otworzył drzwi. Po gmachu niósł się cichy szmer, ale na korytarzu nie było widać nauczycieli. Chłopcy przemknęli do sąsiedniego pokoju.

– Czołem, Hebrajczycy – zagadnął Micky.

Przy stole dwaj chłopcy grali w karty. Zerknęli tylko na niego i kontynuowali bez słowa. Trzeci, Grubas Greenbourne, jadł ciasto. Matka stale coś mu przysyłała.

– Cześć wam – odparł życzliwie. – Chcecie trochę?

– Na Boga, Greenbourne, opychasz się jak świnia – stwierdził Micky.

Chłopiec wzruszył ramionami i zajadał dalej. Koledzy kpili z jego tuszy, na domiar złego był Żydem, ale nie przejmował się tym. Mówiono, że jego ojciec jest najbogatszym człowiekiem świata; być może właśnie dlatego wyzwiska nie robią na nim wrażenia, myślał Micky, podchodząc do okna.

Otworzył je i rozejrzał się. Podwórze przed stajnią ziało pustką.

– Co robicie, chłopaki? – chciał wiedzieć Grubas.

– Idziemy się kąpać – odparł Micky.

– Dostaniecie chłostę.

– Wiem – zapiał błagalnie Edward.

Jego towarzysz siadł na parapecie, ułożył się na brzuchu, zsunął i zeskoczył kilkanaście centymetrów na pochyły dach pralni. Zdawało mu się, że słyszy pękanie dachówek, ale dach utrzymał ciężar. Uniósłszy głowę, zobaczył Edwarda, który z niepokojem wyglądał przez okno.

– No dalej! – ponaglił go. Zgramolił się w dół i opuścił po rynnie na ziemię. Minutę później kompan zeskoczył obok.

Micky zerknął za róg pralni. W zasięgu wzroku nikogo nie było. Bez wahania przemknął przez podwórze i popędził do lasu. Biegł między drzewami, aż uznał, że nie widać go już ze szkolnych zabudowań; wtedy się zatrzymał i odsapnął. Edward dogonił go po chwili.

– Udało się! – oznajmił mu triumfalnie Micky. – Nikt nas nie zauważył.

– Pewnie nas złapią, kiedy będziemy wracali – odrzekł tamten ponuro.

Przyjaciel spojrzał nań z uśmiechem. Edward miał bardzo angielską fizjonomię: proste jasne włosy, niebieskie oczy i nos kształtem przypominający szeroki nóż. Był chłopcem dużym, barczystym i silnym, całkowicie jednak pozbawionym koordynacji ruchowej. Brakowało mu też wyczucia stylu i ubierał się fatalnie. On i Micky byli rówieśnikami, mieli po szesnaście lat, ale poza tym wiele ich różniło: Micky miał ciemne kręcone włosy i ciemne oczy, pedantycznie dbał o wygląd i nie tolerował u siebie niechlujstwa.

– Zaufaj mi, Pilaster – powiedział. – Czy nie jest tak, że zawsze się o ciebie troszczę?

Udobruchany Edward uśmiechnął się.

– W porządku, chodźmy.

Ruszyli przez las ledwie widoczną ścieżyną. Liście buków i wiązów dawały trochę chłodu i Micky poczuł się raźniej.

– Co robisz latem? – zapytał.

– W sierpniu przeważnie jeździmy do Szkocji.

– Twoi mają tam domek myśliwski? – Micky podchwycił gwarę angielskich wyższych sfer i wiedział, że użył właściwego określenia, nawet jeśli obiekt był zamkiem z pięćdziesięcioma izbami.

– Wynajmują dom – odparł Edward. – Ale nie strzelamy. Ojciec nie uprawia sportu.

Defensywny ton w głosie kolegi dał Micky’emu do myślenia. Zdawał sobie sprawę, że przedstawiciele angielskiej arystokracji z zamiłowaniem polują na ptaki w sierpniu, na lisy zaś przez całą zimę. Miał również świadomość, że arystokraci nie wysyłają swoich synów do Windfield. Ojcowie uczniów tej szkoły byli biznesmenami i inżynierami, nie hrabiami i biskupami, a tacy nie trwonią czasu na strzelectwo i polowanie. Pilasterowie byli bankierami, Edward natomiast, mówiąc: „Ojciec nie uprawia sportu”, przyznawał, że jego rodzina nie należy do najwyższej warstwy społecznej.

Micky’ego bawiło, że Anglicy szanują próżniaków bardziej niż tych, którzy się czymś trudnią. W jego ojczyźnie nie darzono szacunkiem ani bezczynnej szlachty, ani pracowitych przedsiębiorców. Rodacy nie respektowali niczego prócz władzy. Skoro mężczyzna może trzymać innych w garści, nakarmić ich lub zagłodzić, uwięzić lub dać swobodę, uśmiercić albo pozwolić żyć – to czego więcej mu potrzeba?

– A ty jak spędzasz lato? – zapytał Edward.

Micky pragnął usłyszeć od niego to pytanie.

– Tutaj, w szkole.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że znów zostaniesz na całe wakacje?

– Muszę. Nie mogę pojechać do domu. Podróż w jedną stronę trwa sześć tygodni, musiałbym wyruszać z powrotem, zanimbym dotarł na miejsce.

– Na Jowisza, ciężki los.

Tak naprawdę Micky nie chciał wyjeżdżać. Rodzinnego domu nie znosił od śmierci matki. Mieszkali tam teraz sami mężczyźni: ojciec, starszy brat Paulo, wujowie i kuzyni oraz czterystu gauczów. Papa był dla nich bohaterem, dla Micky’ego zaś kimś obcym – oziębłym, nieprzystępnym i niecierpliwym. Prawdziwy jednak problem stanowił brat Micky’ego, Paulo, który był głupi, ale silny. Nienawidził młodszego brata za to, że jest bystrzejszy, i z lubością go upokarzał. Nigdy nie omieszkał wykazać wszystkim, że Micky nie umie spętać wołu, ujeździć konia albo trafić węża kulą prosto w łeb. Ulubiony jego psikus polegał na tym, by spłoszyć wierzchowca Micky’ego; wtedy jeździec, śmiertelnie przestraszony, zaciskał powieki i trzymał się kurczowo w siodle, koń zaś cwałował jak oszalały przez pampę, aż się zmęczył. Nie, Micky’ego wcale nie ciągnęło do rodzinnego domu, lecz wakacje w szkole także mu się nie uśmiechały. Chodziło mu o to, żeby zaproszono go na lato do Pilasterów.

Kolega nie zaproponował jednak tego od razu i Micky zarzucił temat. Był pewny, że okazja jeszcze się nawinie.

Sforsowali zmurszały płot z tyczek i weszli na pagórek. Z jego grzbietu widać było wodę. Ściany wyrobiska pięły się stromo, lecz sprawni chłopcy znajdowali zejście do głębokiego stawu o ciemnozielonej wodzie, siedliska ropuch i żab, w której zdarzał się i wąż wodny.

Micky zdziwił się, zauważywszy tam trzech chłopaków.

Zmrużył oczy, bo słońce odbijało się od lustra wody, i popatrzył na nagie sylwetki. Cała trójka chodziła do czwartej klasy.

Strzecha marchewkowych włosów należała do Antonia Silvy, który choć kolor czupryny na to nie wskazywał, był krajanem Micky’ego. Ojciec Tonia nie posiadał tyle ziemi co jego, jednakże Silvowie mieszkali w stolicy i cieszyli się przyjaźnią wpływowych osobistości. Tak jak Micky, Tonio nie mógł wyjechać na wakacje do domu, ale na swoje szczęście miał znajomych w Ministerstwie Cordovy w Londynie i dzięki temu nie musiał spędzać całego lata w szkole.

Drugim chłopakiem był Hugh Pilaster, kuzyn Edwarda, w ogóle do niego niepodobny – czarnowłosy, o delikatnych, regularnych rysach, zwykle z łobuzerskim uśmiechem na ustach. Edward darzył go niechęcią, gdyż kuzyn dobrze się uczył, przez co on uchodził w szeregach rodziny za tępaka.

Trójki dopełniał Peter Middleton, raczej nieśmiały chłopiec, który zakolegował się z pewnym siebie Hugh. Wszyscy mieli białe, bezwłose ciała trzynastolatków o chudych kończynach.

Wtem Micky dojrzał czwartego chłopca, pływającego samotnie po przeciwległej stronie stawu. Był starszy od tamtych i trzymał się osobno. Micky niezbyt wyraźnie widział jego twarz i nie zdołał go rozpoznać.

Edward uśmiechnął się złośliwie, zwietrzywszy okazję do psoty. Przyłożył palec do ust i zaczął schodzić krawędzią wyrobiska. Kolega podążył w ślad za nim.

Dotarli do skalnej półki, na której amatorzy kąpieli zostawili ubrania. Tonio i Hugh zanurkowali, żeby popatrzeć na coś, co znajdowało się pod wodą, Peter zaś pływał spokojnie to w jedną, to w drugą stronę. On pierwszy spostrzegł przybyszów.

– O nie – jęknął.

– Ho, ho – odrzekł Edward. – Zakazy się łamie, co?

Hugh Pilaster dojrzał kuzyna i krzyknął:

– Wy też!

– Lepiej wracajcie, zanim was capną – powiedział Edward i uniósł z ziemi spodnie któregoś z chłopaków. – Tylko nie zamoczcie ubrań, bo wszyscy się dowiedzą, gdzieście byli. – Rzucił fragment odzieży na środek stawu i zaniósł się śmiechem.

– Ty świnio! – ryknął Peter i wyciągnął rękę do pływających spodni.

Micky uśmiechnął się z rozbawieniem.

Jego kompan podniósł z ziemi but i cisnął go do wody.

Chłopców ogarnął popłoch. Edward wziął następne spodnie i także wrzucił je do stawu. Zabawnie było patrzeć, jak trzy ofiary żartu pokrzykują i nurkują po swoje rzeczy; Micky zaczął się śmiać.

Jego kolega dalej ciskał do wody buty i części garderoby, a tymczasem Hugh Pilaster wdrapał się na brzeg. Micky myślał, że weźmie nogi za pas, on tymczasem pomknął prosto ku Edwardowi. Zanim ten się obrócił, Hugh pchnął go mocno i kuzyn, mimo że znacznie od niego wyższy, stracił równowagę. Zachwiał się na krawędzi, po czym z okropnym chlupnięciem wpadł do stawu.

Trwało to ułamek sekundy; Hugh chwycił kłębek ubrań pod pachę i niczym małpa jął wspinać się po zboczu. Peter i Tonio wrzasnęli drwiącym śmiechem.

Micky rzucił się w pogoń za Hugh, ale wnet sobie uświadomił, że nie zdoła pochwycić mniejszego i zwinniejszego chłopca. Odwrócił się, by zobaczyć, czy Edward nie ucierpiał. Nie było powodu do zmartwień, gdyż kolega zdążył się już wynurzyć. Dopadł Petera Middletona i raz po raz wpychał jego głowę pod wodę, karząc go za to, że się z niego śmiał.

Tonio dopłynął do krawędzi stawu z naręczem przemoczonych ubrań, po czym odwrócił głowę.

– Zostaw go, ty małpoludzie! – ryknął na Edwarda.

Zawsze był lekkomyślny i Micky nie miał pojęcia, co mu teraz strzeli do głowy. Chłopiec przeszedł kawałek wzdłuż brzegu, po czym odwrócił się z kamieniem w dłoni. Micky krzyknął ostrzegawczo do przyjaciela, lecz było już za późno. Tonio z zadziwiającą celnością wypuścił pocisk, trafiając Edwarda w głowę. Na jego czole rozprysła się plama jasnej krwi.

Zawył z bólu, zostawił swoją ofiarę i popłynął w kierunku chłopaka.

2

Hugh pędził nago przez las, ściskając to, co mu zostało z ubrania, i świadomie ignorując ból stóp, które uderzały o nierówne podłoże. Dopadłszy do skrzyżowania ścieżek, odbił w lewo, przebiegł jeszcze trochę, a następnie dał nura w krzaki i przycupnął.

Tam czekał, wyrównując oddech, i nasłuchiwał. Kuzyn Edward wraz ze swoim kompanem Mickym stanowili parę najgorszych drani w szkole, leniwych, niekoleżeńskich i wrednych. Jedyny sposób na tych dwóch polegał na tym, by trzymać się od nich z dala. Hugh miał jednak pewność, że kuzyn mu nie daruje, bo zawsze go nienawidził.

Skłóceni byli także ich rodzice. Toby, ojciec Hugh, wycofał pieniądze z rodzinnego interesu i rozpoczął własną działalność, polegającą na handlu farbami do odzieży. Nawet jego trzynastoletni syn był świadom, że najgorszą zbrodnią, jaką można popełnić w rodzinie Pilasterów, jest wyciągnięcie kapitału z banku. Ojciec Edwarda, Joseph, nigdy tego swojemu bratu nie wybaczył.

Hugh usiłował dociec, co stało się z kolegami. Przed nadejściem intruzów była ich czwórka: on, Tonio i Peter chlapali się w wodzie po jednej stronie stawu, a starszy od nich Albert Cammel pływał po drugiej.

Tonio, zazwyczaj odważny aż do granic lekkomyślności, bał się jednak Micky’ego Mirandy. Pochodzili z tego samego kraju w Ameryce Południowej, noszącego nazwę Cordova, i Tonio mówił, że rodzina tamtego jest potężna i okrutna. Hugh nie w pełni rozumiał, co to oznacza, efekt był jednak uderzający: innym piątoklasistom Tonio umiał się postawić, do rodaka zaś zawsze odnosił się grzecznie, a nawet ulegle.

Lękający się własnego cienia Peter zapewne szaleje ze strachu. Hugh miał nadzieję, że chłopak zdołał wyrwać się prześladowcom.

Albert Cammel, którego przezywano Garbusem, nie przyszedł do kamieniołomu z Hugh i jego kolegami; ubranie zostawił w innym miejscu, więc prawdopodobnie uciekł.

Udało się to również Hugh, ale z matni jeszcze się nie wyrwał. Postradał bieliznę, skarpety i buty. Będzie musiał wkraść się do szkoły tylko w koszuli i spodniach, ociekając wodą, i liczyć na to, że nie zauważy go nauczyciel bądź starszy uczeń. Aż jęknął głośno. Dlaczego mnie to ciągle spotyka? – pomyślał rozpaczliwie.

Przybył do Windfield półtora roku temu i co rusz wpadał w tarapaty. Trudności z nauką nie miał, bo był pracowity i z każdego sprawdzianu dostawał najlepsze stopnie. Drobiazgowy regulamin bardzo go jednak złościł. Kazano kłaść się do łóżka za kwadrans dziesiąta, on natomiast zawsze znajdował jakiś ważny powód, by siedzieć do dwudziestej drugiej piętnaście. Miejsca zakazane kusiły go i czuł nieodpartą chęć, by spenetrować a to ogród proboszcza, a to sad dyrektora szkoły, a to skład węgla tudzież piwnicę, w której trzymano piwo. Biegał, kiedy należało spacerować, czytał, kiedy kazano mu spać, i rozmawiał w czasie modlitw. Zawsze więc kończyło się to tak jak teraz – poczuciem winy i strachem, on zaś poniewczasie zachodził w głowę, dlaczego napytał sobie takiej biedy.

Przez kilka minut w lesie trwała cisza, a Hugh zastanawiał się nad swoim marnym losem: myślał, że zostanie wyrzutkiem społecznym lub nawet kryminalistą, że zamkną go w więzieniu albo skutego w kajdany ześlą do Australii bądź powieszą.

Wreszcie doszedł do wniosku, że Edward nie będzie go już ścigał. Wstał i włożył przemoczone spodnie i koszulę. Nagle usłyszał czyjś płacz.

Wyjrzawszy ostrożnie, Hugh zobaczył rudą jak marchew czuprynę Tonia. Jego przyjaciel kroczył z wolna ścieżką goły i mokry, niosąc w rękach ubranie i pochlipując.

– Co się stało? – zapytał Hugh. – Gdzie Peter?

Tonio zareagował nagłą złością.

– Nigdy tego nie powiem, przenigdy! Oni mnie zabiją.

– No dobrze, nie mów. – Tonio jak zwykle zląkł się Micky’ego: cokolwiek zaszło, nie piśnie o tym słowa. – Ale ubierz się – doradził praktycznie Hugh.

Tamten spojrzał pustym wzrokiem na kłębek mokrych ubrań, które trzymał w rękach, zbyt oszołomiony, żeby rozpoznać, co to właściwie jest. Hugh wziął od niego rzeczy. Były tam buty, spodnie i jedna skarpeta, ale brakowało koszuli. Pomógł koledze się ubrać i ruszyli w kierunku szkoły.

Tonio przestał szlochać, lecz szok nie mijał. Hugh miał nadzieję, że łobuzy nie wyrządziły mu jakiejś strasznej krzywdy. Teraz jednakże musiał myśleć o ratowaniu własnej skóry.

– Jeśli dostaniemy się do dormitorium, będziemy mogli włożyć świeże ubrania i zapasowe buty – planował. – A kiedy odwołają zakaz, pójdziemy do miasta i sprawimy sobie u Baxteda nowe, na kredyt.

Tonio skinął głową.

– Dobrze – przytaknął tępo.

Szli wśród drzew, a Hugh znów zaczął się głowić, co tak bardzo przeraziło Toniego. Wszak bicie słabszych nie było w Windfield niczym nowym. Co zdarzyło się obok stawu, kiedy on krył się w lesie? Jednak Tonio przez całą drogę nic nie powiedział.

Szkoła zajmowała sześć budynków, które stanowiły dawniej centrum dużej farmy, dormitorium zaś mieściło się w starej mleczarni obok kaplicy. Żeby się do niego dostać, chłopcy musieli pokonać mur, a następnie boisko. Wspięli się na pierwszą przeszkodę i rozejrzeli. Boisko było puste, tak jak przewidywał Hugh; mimo to się zawahał. Ciarki chodziły mu po plecach na myśl o chłoście. Ale nie było wyboru. Musiał dostać się do szkoły i włożyć suche ubranie.

– Pusto! – syknął. – Dawaj!

Przeskoczyli razem mur i popędzili przez boisko ku chłodnemu cieniowi rzucanemu przez kamienną kaplicę. Jak dotąd wszystko szło po ich myśli. Przekradli się obok wschodniego krańca budynku. Potem trzeba było zrobić krótki sprint drogą dojazdową i wejść do budynku. Hugh się zatrzymał. W polu widzenia nikogo nie było.

– Teraz!

Pomknęli drogą, lecz gdy znaleźli się u drzwi, spadł grom.

– Uczeń Pilaster! – krzyknął znajomy, władczy głos. – Czy to ty?

Hugh wiedział już, że gra jest skończona.

Serce mu zamarło. Znieruchomiał i odwrócił się. Doktor Offerton właśnie w tej chwili postanowił wyjść z kaplicy i stał teraz w cieniu ganku: wysoka postać złośliwca w szkolnej todze i birecie. Chłopiec zdławił jęk w gardle. Ten, któremu skradziono pieniądze, był najmniej ze wszystkich skłonny do litości. A więc będzie Smagacz. Mięśnie jego pośladków zacisnęły się mimowolnie.

– Podejdź no tu – rzekł Offerton.

Dlaczego ja się tak narażam? – myślał z rozpaczą Hugh, powłócząc nogami; kolega podążył za nim.

– Do gabinetu dyrektora, w tej chwili.

– Tak, proszę pana – jęknął żałośnie Hugh. Sytuacja robiła się coraz gorsza. Dyrektor zobaczy jego ubranie i najpewniej wyrzucą go ze szkoły. Jak wytłumaczy się przed matką?

– No, dalejże! – rzucił zniecierpliwiony nauczyciel.

Chłopcy się odwrócili, lecz on powiedział:

– Ty nie, Silva.

Winowajcy spojrzeli na siebie ze zdziwieniem. Czemu jeden ma być ukarany, a drugi nie? Poleceń nie wolno im było jednak kwestionować, więc Tonio czmychnął do dormitorium, jego kolega zaś powlókł się do domu dyrektora.

Już czuł na skórze dotyk Smagacza. Wiedział, że się pobeczy, i było to jeszcze dotkliwsze niż ból, bo miał trzynaście lat i zdawało mu się, że jest za duży na łzy.

Dom dyrektora stał po drugiej stronie kompleksu szkolnego; Hugh sunął bardzo powoli, a i tak dotarł na miejsce za szybko. Służąca otworzyła drzwi sekundę po dzwonku.

W przedsionku spotkał doktora Polesona. Dyrektor szkoły był łysy i miał twarz buldoga, lecz z jakiejś przyczyny nie pałał taką furią, jak można się było spodziewać. Nie zapytał, dlaczego Hugh nie jest w swoim pokoju i dlaczego ocieka wodą, tylko otworzył drzwi gabinetu.

– Wejdź, Pilaster – powiedział cicho. Bez wątpienia oszczędzał swój gniew na chłostę. Hugh wszedł z dudniącym sercem.

Ze zdziwieniem zobaczył, że w gabinecie siedzi matka.

Co gorsza, była zapłakana.

– Ja tylko poszedłem popływać! – wykrztusił.

Drzwi się zamknęły i Hugh uprzytomnił sobie, że dyrektor za nim nie wszedł.

Nagle coś mu zaświtało: owszem, złamał zakaz, kąpał się w stawie, zgubił ubranie i był na wpół goły, ale nie dlatego został wezwany.

Przeraziła go myśl, że powód jest o wiele straszniejszy.

– Mamo, co się stało? Dlaczego przyjechałaś?

– Och, Hugh – odparła, szlochając. – Twój ojciec nie żyje.

3

Dla Maisie Robinson sobota była najlepszym dniem tygodnia, bo tata odbierał wtedy wypłatę. Dzisiaj będzie na kolację mięso i świeży chleb.

Siedziała na progu ze swoim bratem Dannym, czekając na powrót taty z pracy. Chłopiec miał trzynaście lat, o dwa więcej niż siostra, ona zaś uważała, że jest cudowny, mimo iż nie zawsze był dla niej miły.

Dom stał w szeregu zawilgoconych, dusznych budynków mieszkalnych w portowej dzielnicy miasteczka na północno-wschodnim wybrzeżu Anglii. Należał do pani MacNeil, wdowy, która zajmowała frontowy pokój na parterze. Robinsonowie mieszkali w pokoju na tyłach, na piętrze zaś ulokowała się inna rodzina. Kiedy tata miał przyjść z pracy, pani MacNeil czekała na niego w progu, żeby odebrać czynsz.

Maisie była głodna. Wczoraj wyżebrała od rzeźnika parę połamanych gnatów, a tata kupił rzepę i udusił ją na tych kościach, lecz to był ostatni posiłek dziewczynki. Ale dzisiaj jest sobota!

Starała się nie myśleć o kolacji, bo od tego brzuch bolał ją jeszcze bardziej.

– Tata zaklął dzisiaj rano – rzuciła do brata, żeby choć na chwilę zapomnieć o jedzeniu.

– Co powiedział?

– Że pani MacNeil jest paskudniak.

Chłopiec zachichotał, gdyż słowo to oznaczało gnoja. Rodzeństwo było już rok w nowym kraju i płynnie mówiło po angielsku, lecz wciąż jeszcze pamiętało jidysz.

Ich prawdziwe nazwisko nie brzmiało Robinson, lecz Rabinowicz. Pani MacNeil znienawidziła ich, gdy tylko dowiedziała się, że są Żydami. Nigdy wcześniej nie miała styczności z Żydem i wynajmując im pokój, brała ich za Francuzów. W miasteczku nie było innych Żydów. Robinsonowie nie planowali w nim osiadać: zapłacili za rejs do miasta o nazwie Manchester, gdzie mieszkało wielu Żydów, ale kapitan ich oszukał i powiedział, że tu właśnie jest Manchester. Dowiedziawszy się, że trafili w niewłaściwe miejsce, tata oznajmił, że zaoszczędzą trochę pieniędzy i przeprowadzą się do Manchesteru, ale potem mama zachorowała. Nadal była chora, a oni dalej tkwili w tym samym miejscu.

Tata pracował na przystani w wysokim budynku magazynowym, nad którego bramą widniał wypisany wielkimi literami szyld „Tobias Pilaster and Co”. Maisie często głowiła się, kto to taki, ten Co. Tata był kancelistą, księgował beczki z barwnikami, które przywożono i wywożono z budynku. Ostrożny i skrupulatny, zawsze wszystko notował i układał listy. Mama stanowiła jego przeciwieństwo: cechowały ją pewność siebie i odwaga. To mama zapragnęła wyjechać do Anglii. Uwielbiała organizować przyjęcia i wycieczki, poznawać nowych ludzi, stroić się i bawić. Właśnie dlatego tata tak bardzo ją kocha, myślała Maisie – była tym, czym on być nie mógł.

Ale zabrakło już w niej iskry. Leżała cały dzień na starym materacu, to zasypiając, to się budząc, jej pobladła twarz błyszczała potem, oddech był gorący i cuchnął. Lekarz orzekł, że musi się wzmocnić, spożywać codziennie dużo świeżych jaj, śmietany i wołowiny; tata zapłacił mu pieniędzmi, za które miał kupić tego dnia kolację. Teraz przy każdym posiłku Maisie dręczyło poczucie winy, bo wiedziała, że odbiera mamie jedzenie, które może ocalić jej życie.

Wraz z Dannym nauczyli się kraść. W dni targowe szli do centrum i podkradali ziemniaki i jabłka ze straganów na rynku. Bystre oczy mieli kupcy, ale od czasu do czasu coś rozpraszało ich uwagę – ktoś sprzeczał się o wydawaną resztę, wybuchła bójka, napatoczył się pijak – a wtedy dzieci łapały w ręce co popadnie. Kiedy sprzyjało im szczęście, zauważały w tłumie majętnego rówieśnika, zasadzały się na niego i go okradały. Młodzi bogacze nosili nierzadko w kieszeniach pomarańcze, torebki ze słodyczami czy parę monet pensowych. Maisie bała się, że ktoś ich przyłapie, bo wiedziała, że mama bardzo by się z tego powodu wstydziła; ale rządził nią głód.

Podniosła głowę i zobaczyła grupę mężczyzn idących ulicą. Nie wiedziała, kim są. Było jeszcze za wcześnie na powrót dokerów z pracy. Rozprawiali gniewnie, machali rękami i potrząsali pięściami. Kiedy się zbliżyli, rozpoznała pana Rossa, który mieszkał na piętrze i pracował z tatą u Pilasterów. Dlaczego nie jest na przystani? Czyżby ich wyrzucono? Złość pana Rossa mogła na to wskazywać. Z zaczerwienioną twarzą klął głupich cepów, parszywych gnojów i kłamliwych drani. Grupka mężczyzn znalazła się na wysokości domu i pan Ross nagle się od nich odłączył; tupiąc, wszedł do środka, a Maisie i Danny musieli odskoczyć, żeby ich nie stratował podkutymi buciorami.

Dziewczynka spojrzała raz jeszcze i zobaczyła tatę. Szczupły czarnobrody mężczyzna o łagodnych brązowych oczach, pochyliwszy głowę, podążał w pewnej odległości za resztą; jego twarz wyrażała przygnębienie i rezygnację. Maisie zebrało się na płacz.

– Tato, co się stało? Dlaczego wracasz wcześniej?

– Wejdźmy do domu – odparł tak cicho, że z ledwością go usłyszała.

Dzieci poszły za ojcem do pokoju na tyłach domu. Uklęknął przy materacu i złożył pocałunek na ustach mamy. Ta obudziła się i uśmiechnęła. Nie odwzajemnił uśmiechu.

– Firma upadła – zakomunikował w jidysz. – Toby Pilaster zbankrutował.

Maisie nie bardzo wiedziała, co to znaczy, ale z głosu taty wywnioskowała, że stało się coś strasznego. Rzuciła spojrzenie na brata, lecz on wzruszył tylko ramionami, bo także nie rozumiał.

– Ale dlaczego? – zapytała mama.

– Był krach finansowy. Wczoraj w Londynie upadł duży bank.

Mama ściągnęła brwi, koncentrując się z wysiłkiem.

– Ale tu nie jest Londyn. Co ma do nas Londyn?

– Szczegółów nie znam.

– Więc nie masz pracy?

– Ani pracy, ani zapłaty.

– Ale dzisiaj ci zapłacili?

Tata schylił głowę.

– Nie, nie zapłacili nam.

Maisie jeszcze raz spojrzała na brata. To zrozumieli oboje. Nie było pieniędzy, więc i nie będzie posiłku. W oczach Danny’ego pojawiło się przerażenie, a w oczach jego siostry łzy.

– Muszą ci zapłacić – wyszeptała mama. – Cały tydzień pracowałeś, muszą ci zapłacić.

– Oni nie mają pieniędzy – odparł tata. – Na tym polega bankructwo. Bankructwo znaczy, że zalegasz ludziom pieniądze i nie możesz im zapłacić.

– Ale pan Pilaster to porządny człowiek, zawsze tak mówiłeś.

– Toby Pilaster nie żyje. Powiesił się wczoraj w nocy w swoim biurze w Londynie. Miał syna w wieku Danny’ego.

– No ale jak mamy nakarmić nasze dzieci?

– Tego nie wiem – odrzekł i ku przerażeniu córki rozpłakał się. – Przykro mi, Sarah – mówił, a łzy skapywały mu na brodę. – Sprowadziłem cię w to straszne miejsce, tu nie ma ani jednego Żyda i nikt nam nie pomoże. Nie mam na lekarza, nie mogę kupić leków, nie mogę wykarmić dzieci; zawiodłem cię. Przykro mi, przykro mi.

Nachylił się i złożył mokrą twarz na piersiach żony. Drżącą ręką pogłaskała go po włosach.

Maisie owładnęło przerażenie. Tata nigdy nie płakał, zdawało się, że to koniec wszelkiej nadziei. Może przyjdzie im teraz wszystkim umrzeć.

Danny wstał, spojrzał na nią i skinął głową w kierunku drzwi. Na paluszkach wymknęli się oboje z pokoju. Maisie usiadła na progu i zaczęła płakać.

– Co teraz zrobimy?

– Będziemy musieli uciekać – odparł chłopiec.

Jego siostra poczuła zimny dreszcz w piersi.

– Nie możemy – zaoponowała.

– Musimy. Nie ma co jeść, jeżeli zostaniemy, to umrzemy.

Maisie nie przejęła się tym, że umrze, ale coś innego przyszło jej na myśl: mama na pewno się zagłodzi, żeby wykarmić dzieci. Jeśli zostaną, ona umrze. Musieli odejść, by ją uratować.

– Masz rację – przyznała. – Jeżeli odejdziemy, tata może zdobędzie tyle jedzenia, żeby starczyło dla mamy. Musimy odejść dla jej dobra.

Ze zdumieniem myślała o tym, co spadło na jej rodzinę. Było jeszcze gorzej niż tego dnia, kiedy odchodzili z Viskis, zostawiając za sobą płonące chaty w wiosce. Później wsiedli do zimnego pociągu z całym dobytkiem spakowanym do dwóch worków, lecz Maisie wiedziała wtedy, że tata zawsze, bez względu na to, co się wokół dzieje, otoczy ją opieką. A teraz sama musiała o siebie zadbać.

– Dokąd pojedziemy? – spytała szeptem.

– Ja do Ameryki.

– Do Ameryki! Ale jak?

– W przystani cumuje statek, który z rannym odpływem wyrusza do Bostonu… Wdrapię się po linie i schowam w jednej z tych łodzi, które są na pokładzie.

– Będziesz pasażerem na gapę – stwierdziła Maisie z lękiem i podziwem w głosie.

– Właśnie tak.

Spojrzała na brata i pierwszy raz dostrzegła u niego cień wąsów na górnej wardze. Stawał się mężczyzną, kiedyś będzie miał prawdziwą czarną brodę, tak jak tata.

– Jak długo się płynie do Ameryki?

Danny zawahał się i spojrzał na nią głupio.

– Nie wiem – przyznał.

Raptem dziewczynka uświadomiła sobie, że nie jest uwzględniona w planach brata; przygnębiło ją to i napełniło strachem.

– A więc nie popłyniemy razem – powiedziała smutno.

Twarz Danny’ego wyrażała poczucie winy, ale nie zaprzeczył.

– Powiem ci, co powinnaś zrobić. Skieruj się do Newcastle, dojdziesz tam pieszo w jakieś cztery dni. To ogromne miasto, większe niż Gdańsk, nikt cię tam nie zauważy. Obetnij sobie włosy, ukradnij spodnie i udawaj chłopaka. Idź do jakiejś dużej stajni i pomagaj przy koniach, zawsze dobrze sobie z nimi radziłaś. Jeśli właściciele cię polubią, będziesz dostawała napiwki, a po jakimś czasie może cię zatrudnią.

Maisie nie wyobrażała sobie, że będzie zupełnie sama.

– Wolałabym pojechać z tobą.

– Nie możesz. I tak będzie trudno, bo będę musiał chować się na statku, kraść jedzenie i tak dalej. Nie mógłbym się tobą zajmować.

– Nie musiałbyś się mną zajmować. Byłabym cichutko jak mysz.

– Martwiłbym się o ciebie.

– A nie będziesz się martwił, że tak mnie zostawiasz całkiem samą?

– Musimy zadbać sami o siebie! – odparował z gniewem.

Maisie zrozumiała, że brat jest zdecydowany i nijak nie zdoła go odwieść od zamiaru, który powziął. Z trwogą w sercu zapytała:

– Kiedy powinniśmy odejść? Rano?

Pokręcił głową.

– Teraz. Muszę się dostać na statek, jak tylko się ściemni.

– Naprawdę chcesz to zrobić?

– Tak – odrzekł i wstał, jak gdyby chciał potwierdzić swoje słowa.

Jego siostra również wstała.

– Powinniśmy coś zabrać?

– To znaczy co?

Wzruszyła ramionami. Nie miała ubrań na zmianę, pamiątek ani niczego własnego. Nie było jedzenia ani pieniędzy, które można by ze sobą wziąć.

– Chcę pocałować mamę na pożegnanie – oznajmiła.

– Nie – rzucił szorstko Danny. – Jeśli to zrobisz, zostaniesz.

Miał rację. Jeżeli Maisie zobaczy teraz mamę, pęknie i wszystko jej wyzna. Z wysiłkiem przełknęła ślinę.

– Dobrze – powiedziała, łykając łzy. – Jestem gotowa.

Odeszli, krocząc ramię przy ramieniu.

Kiedy znaleźli się na końcu ulicy, Maisie zapragnęła się odwrócić i po raz ostatni spojrzeć na dom. Bała się jednak, że jeśli to uczyni, jej wola osłabnie. Szła więc dalej i ani razu się nie obejrzała.

4

Z „Timesa”:

CHARAKTER UCZNIA ANGIELSKIEJ SZKOŁY

Zastępca koronera w Ashton, pan H.S. Wasbrough, dokonał wczoraj w hotelu Station w Windfield oględzin ciała trzynastoletniego ucznia Petera Jamesa St. John Middletona. Chłopiec pływał w stawie w nieużywanym kamieniołomie nieopodal szkoły w Windfield. Sąd dowiedział się, że zobaczyli go dwaj starsi chłopcy. Jeden z nich, Miguel Miranda, obywatel Cordovy, zeznał, że towarzyszący mu Edward Pilaster, lat 15, zrzucił wierzchnią odzież i zanurkował, by ratować młodszego kolegę, jednak bezskutecznie. Dyrektor szkoły w Windfield, doktor Herbert Poleson, zeznał, że chodzenie do kamieniołomu było zabronione, ale zdawał sobie sprawę, że zakaz nie zawsze jest przestrzegany. Przysięgli orzekli, że śmierć nastąpiła przypadkowo w wyniku utonięcia. Zastępca koronera wskazał na odwagę Edwarda Pilastera, który podjął próbę ratowania młodszego kolegi; dodał, że możemy być dumni z charakteru angielskiego ucznia, który kształtują placówki takie jak Windfield.

5

Micky’ego Mirandę zauroczyła matka Edwarda.

Augusta Pilaster była wysoką trzydziestoparoletnią kobietą o posągowej figurze. Miała czarne włosy, czarne brwi i wydatne, znamionujące wyniosłość, kości policzkowe, a także prosty, szpiczasty nos i mocno zarysowaną szczękę. Raczej nie była piękna, ba, nawet nie była ładna, a mimo to jej dumna twarz intrygowała. Na oględziny zwłok przybyła w czarnym płaszczu i czarnym kapeluszu i strój ten potęgował wrażenie, jakie robiła. Micky doznał nieodpartego i fascynującego przeczucia, że oficjalny ubiór okrywa ponętne bujne ciało, a za otoczką arogancji i nieprzystępności kryje się namiętna natura. Ledwo mógł oderwać od niej wzrok.

Obok niej siedział jej mąż Joseph, ojciec Edwarda; szpetny mężczyzna koło czterdziestki o kwaśnej minie. Miał taki sam ostry nos jak Edward i takie same jasne włosy, lecz już przerzedzone, i krzaczaste arystokratyczne bokobrody, które bujnie wyrastały z jego policzków jak gdyby dla zrównoważenia łysiny. Micky dociekał, co skłoniło tę wspaniałą kobietę, by za niego wyszła. Może to, że był bardzo bogaty.

Do szkoły wracali dorożką wynajętą w hotelu Station: pan i pani Pilaster, Edward i Micky oraz dyrektor szkoły, doktor Poleson. Micky z rozbawieniem zauważył, że ten ostatni również uległ czarowi Augusty. Staruszek zapytał, czy przesłuchanie ją zmęczyło i czy wygodnie jej w dorożce; kazał dorożkarzowi zwolnić, a gdy dojechali do celu, wyskoczył z pojazdu po to tylko, by usłużnie podać damie rękę. Jego twarz buldoga nigdy jeszcze nie zdradzała takiego ożywienia.

Przesłuchanie przebiegło dobrze. Micky z najszczerszą i najuczciwszą miną opowiedział bajeczkę, którą zmyślili razem z Edwardem, ale w środku drżał ze strachu. Do prawdomówności Brytyjczycy podchodzili w sposób świętoszkowaty, więc gdyby go przejrzano, miałby poważne kłopoty. Jednakże sąd urzekła historia o bohaterskim postępku ucznia i nikt jej nie zakwestionował. Edward denerwował się i zacinał w trakcie zeznawania, lecz koroner usprawiedliwił go, sugerując, że jest przygnębiony, ponieważ nie zdołał ocalić Peterowi życia; wręcz przekonywał chłopaka, że nie powinien się winić.

Na rozprawę nie zaproszono nikogo spośród reszty uczniów. Hugh został zabrany ze szkoły w dniu, w którym doszło do utonięcia, ponieważ zmarł jego ojciec. Tonio nie zeznawał, bo nikt nie wiedział, że był naocznym świadkiem śmierci kolegi: Micky zastraszył go i wymusił milczenie. Inny świadek, nieznany chłopiec kąpiący się przy dalszym brzegu sadzawki, nie zgłosił się.

Zrozpaczeni rodzice Petera Middletona nie wzięli udziału w rozprawie. Przysłali adwokata, starszego pana o sennym spojrzeniu, który dążył jedynie do tego, by załatwić całą rzecz, robiąc jak najmniej zamętu. W sądzie obecny był jeszcze David, starszy brat zmarłego, i okazał duże poruszenie, kiedy adwokat oznajmił, że nie będzie zadawał więcej pytań Micky’emu i Edwardowi; jednak mężczyzna machnął ręką na jego wypowiadane szeptem obiekcje i Micky mógł odetchnąć z ulgą. Był wdzięczny adwokatowi za jego lenistwo, wiedział bowiem, że Edward może załamać się przy bardziej dociekliwym wypytywaniu.

W zakurzonym saloniku dyrektora pani Pilaster przytuliła syna i ucałowała go w ranę, którą pozostawił na jego czole kamień rzucony przez Tonia. „Moje biedne, kochane dziecko”, powiedziała. Micky i Edward nikomu nie wyjawili prawdy o pochodzeniu rany, ponieważ wtedy musieliby wytłumaczyć, co Tonia skłoniło do takiego czynu. Powiedzieli, że Edward uderzył się w głowę podczas próby ratowania tonącego kolegi.

Przy herbacie Micky zauważył nieznaną mu dotąd stronę osobowości Edwarda. Matka siedziała przy nim na sofie, ustawicznie go dotykała i nazywała go Teddym. On jednak nie czuł się tym zakłopotany – tak reagowałaby większość chłopców – lecz mu się to podobało; co chwila posyłał jej ujmujący uśmiech, którego Micky nigdy u niego nie widział. Ona ma fioła na jego punkcie, pomyślał, a jemu w to graj.

Po kilku minutach grzecznościowej wymiany zdań pani Pilaster wstała nagle, a zaskoczeni mężczyźni zerwali się na równe nogi.

– Na pewno chce pan zapalić cygaro, doktorze Poleson – oznajmiła i nie czekając na odpowiedź, dodała: – Mój mąż przespaceruje się z panem po ogrodzie i obaj sobie zapalicie. Teddy, kochanie, idź z ojcem. Ja chętnie spędziłabym kilka cichych chwil w kaplicy. Może Micky wskaże mi drogę.

– Ależ naturalnie, ależ naturalnie, ależ naturalnie – wydukał dyrektor, z nadmiaru gorliwości potykając się o własne nogi. – No ruszaj, Miranda.

Chłopiec był pełen podziwu dla pani Pilaster. Z jaką łatwością skłoniła męskie otoczenie do spełnienia swojej zachcianki! Otworzył drzwi i podążył za nią.

– Życzy pani sobie parasolkę, pani Pilaster? – spytał grzecznie. – Słońce mocno świeci.

– Nie, dziękuję.

Wyszli. Przed domem dyrektora kręciło się wielu uczniów. Micky odgadł, że rozeszła się wieść o oszałamiającej urodzie matki Pilastera i wszyscy się zbiegli, żeby ją zobaczyć. Rad, że przypadła mu rola jej towarzysza, prowadził ją podwórzami i dziedzińcami do szkolnej kaplicy.

– Mam na panią zaczekać?

– Nie, wejdź ze mną, chciałabym z tobą pomówić.

To go zaniepokoiło. Przyjemność, którą sprawił mu spacer po szkolnym terenie ze wspaniałą dojrzałą kobietą, rozwiała się i w jego głowie zaświtało pytanie, dlaczego pani Pilaster chce z nim mówić sam na sam.

W kaplicy było pusto. Kobieta usiadła w ostatniej ławce i wskazała miejsce obok.

– A teraz chcę usłyszeć od ciebie prawdę – oznajmiła, patrząc mu prosto w oczy.

Błysk zaskoczenia i strachu w jego oczach potwierdził, że miała rację.

Micky jednak szybko zapanował nad sobą.

– Już ją pani powiedziałem – odparł.

Pokręciła głową.

– Bynajmniej.

Uśmiechnął się.

Jego uśmiech ją zaskoczył. Przyłapała go na kłamstwie i wiedziała, że zepchnęła go do defensywy – a mimo to uśmiechał się do niej. Niewielu mężczyzn potrafiło oprzeć się sile jej woli, on jednak był wyjątkiem mimo młodego wieku.

– Ile masz lat? – zapytała.

– Szesnaście.

Przyjrzała mu się. Był przystojny że aż strach, miał kręcone ciemnokasztanowe włosy i gładką cerę, lecz w jego oczach z dużymi powiekami, w zarysie jego pełnych ust już można było dostrzec rys zblazowania. Postawą i urodą skojarzył jej się z hrabią Strangiem… Myśl ta wzbudziła w niej poczucie winy, więc ją odsunęła.

– Peter Middleton nie tonął, kiedy doszliście nad staw – stwierdziła. – Pływał sobie w wodzie jakby nigdy nic.

– Dlaczego pani tak mówi?

Bał się, wyczuwała to, ale trzymał się w ryzach. Naprawdę był nad podziw dojrzały. Chcąc nie chcąc, musiała odsłonić karty.

– Zapominasz, że był tam Hugh Pilaster, mój bratanek. Jego ojciec w zeszłym tygodniu odebrał sobie życie, zapewne o tym słyszałeś, i dlatego nie ma go tutaj. Ale rozmawiał z matką, która jest moją bratową.

– Co jej powiedział?

Augusta zmarszczyła czoło.

– Że Edward wrzucił do wody ubranie Petera – wyznała z niechęcią. Nie mogła pojąć, dlaczego jej Teddy coś takiego zrobił.

– I co było potem?

Uśmiechnęła się, bo chłopiec przejmował kontrolę nad ich rozmową. To ona miała zadawać pytania, tymczasem to on ją przesłuchiwał.

– Po prostu mi powiedz, co wydarzyło się naprawdę.

Skinął głową.

– Dobrze więc.

Na te słowa kobieta poczuła ulgę, ale i obawę. Chciała znać prawdę, lecz się jej lękała. Biedny Teddy omal nie umarł w niemowlęctwie, ponieważ jej mleko mu szkodziło. Chłopiec był już bliski śmierci, kiedy lekarze wykryli przyczynę i zaproponowali, by wynajęto mamkę. Od tej pory był zawsze wątły i wymagał jej szczególnej matczynej opieki. Gdyby to od niej zależało, nie poszedłby do szkoły z internatem, ale ojciec był nieugięty… Augusta skierowała uwagę na rozmówcę.

– Edward nie chciał nikomu zaszkodzić. On się tylko wygłupiał. Powrzucał do wody ubrania chłopaków, tak dla hecy.

Augusta potwierdziła skinieniem głowy. To normalne, że chłopcy dokuczają sobie nawzajem. Jej biednego synka też na pewno to spotykało.

– Potem Hugh wepchnął Edwarda do wody.

– Mały Hugh zawsze bruździł – stwierdziła Augusta. – Jest podły jak jego ojciec. – I zapewne tak samo źle skończy, pomyślała.

– Inni chłopcy zaczęli się śmiać, a więc Edward wepchnął głowę Petera do wody, żeby dać mu nauczkę. Hugh zwiał i wtedy Tonio rzucił w Edwarda kamieniem.

Augusta się przejęła.

– Przecież on mógł stracić przytomność i utonąć!

– Ale nie utonął i zaczął gonić Tonia. Obserwowałem ich, a nikt nie patrzył na Petera Middletona. Tonio w końcu uciekł Edwardowi. Wtedy zauważyliśmy, że Peter jakoś ucichł. Nie wiemy naprawdę, co się z nim stało: może wyczerpało go podtapianie przez Edwarda, może był za bardzo zmęczony, zabrakło mu tchu i nie mógł wyjść ze stawu. W każdym razie leżał twarzą w wodzie. Od razu go wyciągnęliśmy, ale już nie żył.

I gdzież tu wina Edwarda, pomyślała Augusta. Chłopcy są niedelikatni wobec siebie. A jednak czuła głęboką wdzięczność, że Micky nie powiedział tego w trakcie przesłuchania. Krył Edwarda, niebiosom niech będą dzięki.

– A inni chłopcy? – dociekała. – Z pewnością wiedzą, co się zdarzyło.

– Na szczęście Hugh właśnie tego dnia opuścił szkołę.

– A ten drugi, Tony… Tak go nazwałeś?

– Antonio Silva, w skrócie Tonio. Nim się proszę nie przejmować. Jest z mojego kraju, zrobi tak, jak mu każę.

– Skąd ta pewność?

– Wie, że jeśli mi zaszkodzi, jego rodzina w kraju ucierpi z tego powodu.

Gdy to mówił, jego głos stał się zimny jak lód i Augusta zadrżała.

– Przynieść pani szal? – zapytał troskliwie Micky.

Kobieta pokręciła głową.

– Żaden inny chłopiec nie widział, co się zdarzyło?

Jej rozmówca ściągnął brwi.

– Kiedyśmy przyszli nad staw, pływał tam jeszcze jakiś chłopak.

– Kto?

Micky potrząsnął głową.

– Nie widziałem jego twarzy i nie miałem pojęcia, że to będzie ważne.

– A on widział, co się stało?

– Nie wiem. Właściwie to nie wiem, kiedy odszedł.

– Ale już go nie było, gdy wyciągaliście ciało z wody?

– Tak.

– Szkoda, że nie wiemy, kto to był – oznajmiła z niepokojem Augusta.

– Możliwe, że to nie był nawet chłopak ze szkoły – zauważył Micky. – Mógł przyjść z miasta. W każdym razie z jakiegoś powodu nie zgłosił się na świadka, więc chyba nie jest dla nas zagrożeniem.

Nie jest dla nas zagrożeniem. Augusta wzdrygnęła się na myśl, że wraz z Mickym uwikłana jest w jakąś nieuczciwą grę, może nawet łamią razem prawo. Sytuacja, w jakiej się znalazła, nie przypadła jej do gustu. Zaplątała się w to nieświadomie, a teraz tkwiła w pułapce. Spojrzała na niego twardo.

– Czego chcesz?

Po raz pierwszy go zaskoczyła. Ze zdziwieniem skierował na nią wzrok.

– Co pani ma na myśli? – spytał.

– Kryłeś mojego syna, popełniłeś dzisiaj krzywoprzysięstwo. – Widziała, że jej bezpośredniość wytrąciła go z równowagi, i sprawiło jej to satysfakcję: odzyskała kontrolę. – Nie chce mi się wierzyć, że podjąłeś takie ryzyko wyłącznie z dobroci serca. Wydaje mi się, że chcesz czegoś w zamian. Może mi po prostu powiesz, cóż to takiego?

Jego wzrok spoczął przelotnie na jej piersiach i nawiedziła ją szalona myśl, że złoży jej nieprzyzwoitą propozycję.

– Chcę spędzić u was lato – odparł.

Tego Augusta się nie spodziewała.

– Dlaczego?

– Od domu dzieli mnie sześć tygodni podróży, w związku z tym wakacje muszę spędzać w szkole. Nienawidzę tego, samotnie tu i nudno. Chcę, żeby mnie pani zaprosiła, żebym mógł spędzić lato z Edwardem.

Nagle znów był zwykłym chłopcem. Augusta sądziła, że poprosi o pieniądze lub o posadę w Banku Pilasterów. On tymczasem zwrócił się z taką drobną, dziecięcą niemal prośbą. Jednakże dla niego wcale nie był to drobiazg. W końcu, pomyślała, on ma zaledwie szesnaście lat.

– Spędzisz z nami lato, będziesz mile widziany – oznajmiła. Myśl ta nie była dla niej nieprzyjemna. Młodzieniec, z którym rozmawiała, wzbudzał pewien lęk, ale miał świetne maniery i był przystojny; jako gość nie będzie utrapieniem. Być może nawet wywrze dobry wpływ na jej syna, bo jeśli Teddy miał jakąś wadę, to był nią brak zdecydowania. Micky stanowił jego przeciwieństwo. Może siła charakteru kolegi udzieli się po trosze Teddy’emu.

Chłopiec uśmiechnął się, ukazując białe zęby.

– Dziękuję – powiedział ze szczerą radością.

Augusta odczuła silną potrzebę, by zostać sama i pomyśleć nad tym, co usłyszała.

– Zostaw mnie teraz. Trafię do domu dyrektora.

Micky wstał z ławki, na której siedzieli.

– Jestem bardzo wdzięczny – rzekł, wyciągając rękę.

Kobieta podała mu swoją.

– A ja jestem ci wdzięczna za to, że ochroniłeś Teddy’ego.

Schylił się, jak gdyby chciał ucałować jej dłoń, i nagle, ku zaskoczeniu Augusty, złożył pocałunek na jej ustach. Stało się to tak szybko, że nie zdążyła się odwrócić. Kiedy się prostował, szukała słów sprzeciwu, ale żadne nie przychodziły jej do głowy. Chwilę później już go nie było.

Cóż za zuchwalstwo! Wcale nie powinien był jej całować, a co dopiero w usta. Za kogo on się uważa? W pierwszym odruchu pomyślała, żeby odwołać zaproszenie. To jednak było wykluczone.

Dlaczego? – zapytała samą siebie. Dlaczego nie może wycofać zaproszenia złożonego zwykłemu uczniakowi? Posunął się za daleko, więc nie powinno być dlań miejsca w jej domu.

Jednak na myśl o wycofaniu się z obietnicy Augusta poczuła się nieswojo. Uświadomiła sobie, że przyczyną nie jest tylko to, iż chłopak ocalił jej syna przed hańbą. To było coś gorszego. Wdała się z nim w przestępczy spisek. Opadło ją niemiłe wrażenie, że jest wobec niego bezbronna.

Siedziała długo w chłodnej kaplicy, patrzyła na gołe ściany i z obawą rozmyślała o tym, jaki użytek zrobi ze swojej władzy ten gładki i nad wiek uświadomiony chłopiec.

Część pierwsza

1873

Rozdział pierwszy

Maj

1

Micky Miranda miał dwadzieścia trzy lata, kiedy jego ojciec wyprawił się do Londynu po karabiny.

Señor Carlos Raul Xavier Miranda, zwany Papą, był niski i szeroki w barach. Jego ogorzałą twarz żłobiły bruzdy znamionujące napastliwość i brutalność. W skórzanych bryczesach i kapeluszu z szerokim rondem, siedząc na kasztanowym ogierze, mógł się prezentować elegancko i władczo, lecz w Hyde Parku, ubrany w surdut i cylinder, czuł się głupio, to zaś sprawiało, że był niebezpiecznie zły.

Ojciec i syn nie byli do siebie podobni. Wysoki i szczupły Micky, o regularnych rysach twarzy, osiągał swoje cele za pomocą uśmiechu, a nie groźnych min. Był silnie przywiązany do sznytu londyńskiego życia: ładnych ubrań, grzecznych manier, lnianej pościeli i wygód domowej kanalizacji. Bardzo się bał, że Papa zechce go zabrać do Cordovy. Za nic nie chciał powrotu dni spędzanych w siodle i nocy przesypianych na twardej ziemi. Jeszcze gorzej jawiła mu się perspektywa, że trafi pod rękę starszego brata Paula, który był istną repliką ojca. Może wróci kiedyś do domu, ale jako człowiek ważny i niezależny, a nie jako młodszy syn Papy Mirandy. Tymczasem musiał go przekonać, że bardziej przyda mu się w Londynie niż w rodzinnym domu w Cordovie.

W słoneczne sobotnie popołudnie szli aleją South Carriage Drive. Park był pełen dobrze ubranych londyńczyków, którzy spacerowali i jeździli konno lub w otwartych bryczkach, delektując się ciepłą pogodą. Papie nie było jednak przyjemnie. „Muszę zdobyć te karabiny!”, mruknął do siebie po hiszpańsku, i to dwa razy.

Micky odpowiedział mu niepewnym głosem w tym samym języku:

– Mógłbyś je kupić u siebie w kraju.

– Dwa tysiące? Może i bym mógł. Ale to byłby duży zakup i wszyscy by o nim wiedzieli.

Chciał więc zachować sprawę w tajemnicy, a Micky nie miał pojęcia dlaczego. Żeby kupić dwa tysiące karabinów i amunicję do nich, prawdopodobnie trzeba byłoby wydać cały zapas rodzinnej gotówki. Czemu ojciec zapragnął nagle tak wielkiej ilości broni? Wojny nie było w Cordovie od czasu legendarnego już marszu gauczów, podczas którego przeprowadził swoich ludzi przez Andy, by wyzwolić spod hiszpańskiej władzy prowincję Santamaria. Dla kogo miały być te karabiny? Wszystkich gauczów Papy, jego krewnych, nominatów w urzędach oraz najróżniejszych pieczeniarzy nie uzbierałoby się nawet tysiąc. Na pewno planował zwerbować ich więcej. Z kim mieliby walczyć? Tego nie wyjawił Papa, syn zaś lękał się pytać.

– Ale i tak nie kupiłbyś chyba w kraju tak dobrej broni – zauważył.

– To prawda – przyznał ojciec. – Westley Richards to najlepszy karabin, jaki widziałem.

W wyborze dopomógł mu Micky. Broń wszelkiego rodzaju zawsze budziła jego fascynację i był na bieżąco z najnowszymi osiągnięciami techniki wojskowej. Papa potrzebował karabinów krótkolufowych, które byłyby nietrudne w obsłudze dla konnicy. Udał się z ojcem do fabryki w Birmingham i pokazał mu karabinek ładowany odtylcowo, który z powodu zakręconej dźwigni przezwano małpim ogonem.

– I bardzo szybko je produkują – dodał Micky.

– Spodziewałem się, że przyjdzie mi na nie czekać pół roku. A oni je zrobią w parę dni!

– Wykorzystują do tego amerykańskie maszyny.

Dawnymi czasy, kiedy broń strzelecką wytwarzali kowale, którzy metodą prób i błędów dopasowywali do siebie poszczególne elementy, zrobienie dwóch tysięcy karabinów istotnie potrwałoby sześć miesięcy; jednakże nowoczesne maszyny cechowała precyzja, więc każda część pasowała do każdego egzemplarza tego samego typu, i dobrze wyposażona fabryka mogła wypuszczać dziennie setki karabinów, identycznych niczym szpilki.

– A ta maszyna, która robi każdego dnia dwieście tysięcy nabojów! – rzekł Papa i z podziwem pokręcił głową. Raptem jednak nastrój jego ponownie się zmienił. – Ale jak mogą chcieć pieniędzy przed dostarczeniem karabinów?

O handlu międzynarodowym nie wiedział nic i zdawało mu się, że producent dostarczy uzbrojenie do Cordovy i tam przyjmie należność. Tymczasem zapłaty wymagano, zanim broń opuści fabrykę w Birmingham.

Nie uśmiechało mu się także, by srebrne monety wysyłać w beczkach przez Atlantyk. Co gorsza, nie mógł przekazać w czyjeś ręce całej rodzinnej fortuny, dopóki karabiny nie dotrą bezpiecznie do miejsca przeznaczenia.

– Uporamy się z tym, Papo – rzekł uspokajająco Micky. – Od tego przecież są banki.

– Wytłumacz to jeszcze raz – poprosił ojciec. – Chcę mieć pewność, że rozumiem.

Micky był rad, że może mu coś objaśnić.

– Bank zapłaci producentowi w Birmingham, zorganizuje transport karabinów do Cordovy i go ubezpieczy. A kiedy towar dotrze na miejsce, odbierze od ciebie płatność w swojej placówce w Cordovie.

– Ale potem będą musieli przewieźć to srebro do Anglii.

– Niekoniecznie. Mogą nim zapłacić rachunek za partię solonej wołowiny, która pójdzie z Cordovy do Londynu.

– W jaki sposób oni zarabiają?

– Biorą sobie ułamki od wszystkiego. Producent karabinów wystawi im cenę z rabatem, wezmą prowizję od wysyłki i ubezpieczenia, a tobie policzą więcej za dostarczony towar.

Papa skinął głową. Starał się tego nie okazywać, ale był pod wrażeniem, i jego syna to ucieszyło.

Wyszli z parku i zmierzali Kensington Gore w kierunku domu Josepha i Augusty Pilasterów.

Od śmierci Petera Middletona minęło siedem lat, a Micky spędzał u nich wszystkie wakacje. Po ukończeniu szkoły przez rok podróżował z Edwardem po Europie, później zaś trzy lata mieszkali w jednym pokoju, studiując na uniwersytecie oksfordzkim; oddawali się pijaństwu i hazardowi, łobuzowali, ile wlezie, i tylko utrzymywali pozory, że są studentami.

Micky nigdy więcej nie pocałował matki kolegi, choć miał na to ogromną chęć. Ale pragnął o wiele więcej aniżeli sam pocałunek i wyczuwał, że może by się nie wzbraniała. Pod płaszczykiem zimnej arogancji biło gorące serce kobiety namiętnej i zmysłowej, był tego pewien. Hamowała go jednak roztropność. Przyjęto go niemalże jak syna w jednej z najzamożniejszych rodzin Anglii i było to bezcenne, on zaś popełniłby szaleństwo, uwodząc żonę Josepha i wystawiając na szwank tak hołubioną pozycję. Mimo to nie umiał powstrzymać swoich marzeń.

Rodzice Edwarda dopiero co wprowadzili się do nowego domu. Wzdłuż południowej strony ulicy Kensington Gore, która jeszcze nie tak dawno była polną drogą wiodącą z Mayfair do wioski Kensington, stały teraz wspaniałe dwory. Po północnej stronie rozpościerał się Hyde Park i ogrody pałacu Kensington. Było to idealne miejsce na posiadłość zamożnej rodziny kupieckiej.

Micky miał wątpliwości co do stylu architektonicznego domu. Bez wątpienia robił on uderzające wrażenie. Budynek z czerwonej cegły i białego kamienia miał duże ołowiane okna na parterze i pierwszym piętrze. Powyżej, w ogromnym trójkątnym szczycie, znajdowały się trzy rzędy okien: z sześcioma, czterema i dwoma u samej góry; przypuszczalnie były tam pokoje dla niezliczonych krewniaków, gości oraz służby. Boki dachu były schodkowane, na tych stopniach usadowiły się kamienne zwierzęta: lwy, smoki i małpy, na samej zaś kalenicy tkwił okręt pod pełnymi żaglami. Być może wyobrażał statek niewolniczy, który według rodzinnej legendy dał podwaliny fortunie Pilasterów.

– Jestem pewny, że drugiego takiego nie ma w całym Londynie – oznajmił Micky, stając obok ojca i spoglądając na gmach.

– Nie wątpię, że pani domu właśnie to sobie zamierzyła – odparł po hiszpańsku Papa.

Micky skinął głową. Ojciec jeszcze nie poznał Augusty, a już ją przejrzał.

Dom miał również obszerną piwnicę. Biegł nad nią mostek, który prowadził do ganku. Drzwi były otwarte i przybysze weszli.

Augusta wydawała przyjęcie, żeby pochwalić się swoim domem. Wyłożony dębową boazerią hol zapełnili goście i służba. Micky i jego ojciec podali kapelusze lokajowi, po czym przepchnęli się do olbrzymiego salonu na tyłach. Balkonowe okna były otwarte, przyjęcie rozlało się na wyłożony płytami taras i długi ogród.

Micky zdawał sobie sprawę, że maniery ojca nie zawsze spełniają londyńskie standardy i dlatego postanowił przedstawić go Pilasterom przy okazji tłumnej imprezy towarzyskiej; dzięki temu gospodarze będą mogli się z nim zapoznawać stopniowo. Na towarzyskie uprzejmości nie zwracał wielkiej uwagi i widać to było nawet na tle zwyczajów panujących w Cordovie, toteż oprowadzając go po Londynie, Micky czuł się, jakby trzymał na smyczy lwa. Ojciec stale nosił pod płaszczem pistolet i ani myślał się z nim rozstać.

Gdy dotarli na miejsce, nie trzeba było wskazywać mu Augusty.

Stała na środku pokoju w powłóczystej sukni z lazurowego jedwabiu, z głębokim prostokątnym dekoltem, który odsłaniał krągłość jej piersi. Papa podał Auguście rękę, ona zaś zmierzyła go hipnotycznym spojrzeniem ciemnych oczu i odezwała się aksamitnym niskim głosem:

– Señor Miranda, jakże mi miło wreszcie pana poznać.

Papa w jednej chwili dał się zauroczyć i schylił głowę nad jej ręką.

– Nigdy nie zdołam spłacić pani dobroci wobec Miguela – odparł po angielsku, zacinając się.

Micky obserwował ją uważnie, gdy rzucała zaklęcie na jego ojca. Bardzo mało się zmieniła od dnia, w którym pocałował ją w szkolnej kaplicy w Windfield. Jedna lub dwie zmarszczki wokół oczu uczyniły je jeszcze bardziej fascynującymi, a szczypta srebra we włosach tylko podkreśliła ich czerń; jeśli nawet od tamtego czasu nieco przytyła, to jej ciało nabrało dzięki temu bujności.

– Micky często mi opowiadał o waszym wspaniałym ranczu.

Papa zniżył głos.

– Musi nas pani kiedyś odwiedzić.

Broń boże, pomyślał jego syn. Augusta pasowałaby do Cordovy jak flaming do kopalni węgla.

– Może się wybiorę – odparła gospodyni. – A daleko to jest?

– Nowe szybkie statki płyną tylko miesiąc.

Micky zauważył, że ojciec nadal trzyma ją za rękę, a jego głos zrobił się mruczący. Już się w niej zadurzył. Ukłuła go zazdrość, bo to on powinien flirtować z Augustą, a nie Papa.

– Słyszałam, że Cordova to piękny kraj – powiedziała.

Chłopak modlił się, żeby ojciec nie palnął jakiejś gafy. Umiał być czarujący, kiedy mu to odpowiadało, a teraz postanowił zagrać przed gospodynią romantycznego granda z Ameryki Południowej.

– Mogę pani obiecać, że przyjmiemy panią z honorami należnymi królowej – rzekł cicho i było jasne, że się do niej zaleca.

Jednak Augusta nie dała się w tej rozgrywce pokonać.

– Cóż za nadzwyczajnie kusząca perspektywa – odpowiedziała z bezwstydną nieszczerością, której Papa nie zauważył. Płynnym ruchem wysunęła dłoń z jego ręki i zawołała: – O, kapitanie Tillotson, miło, że pan przyszedł! – Po czym odwróciła się, żeby przywitać gościa.

Papa był niepocieszony i dopiero po chwili się zmitygował.

– Zaprowadź mnie do kierownika banku – rzekł raptownie.

– Oczywiście – przytaknął nerwowo Micky i rozejrzał się, szukając wzrokiem starego Setha. Był tam cały klan Pilasterów z niezamężnymi ciotkami, bratankami i bratanicami, teściami i dalszymi kuzynami. Micky dostrzegł kilku parlamentarzystów i pomniejszych arystokratów. Stwierdził, że większość gości stanowią wspólnicy w biznesie, a także konkurenci; wypatrzył wśród nich rosłą, szczupłą sylwetkę Bena Greenbourne’a, dyrektora Banku Greenbourne, uważanego za najbogatszego człowieka na świecie. Ben był ojcem Solomona, którego Micky znał z czasów szkolnych, kiedy przezywano go Grubasem. Później stracili kontakt, gdyż tamten nie poszedł na uniwersytet ani nie wojażował po Europie, tylko od razu podjął pracę w firmie ojca.

Rozmowy o pieniądzach na ogół uchodziły wśród arystokratów za przejaw wulgarności, lecz w tym gronie takich zahamowań nie było i Micky raz po raz słyszał słowo „krach”. W gazetach pisano je czasem dużą literą, „Krach”, gdyż przywędrowało z Austrii. Spadły ceny akcji, a stopa dyskontowa wzrosła, tak mówił Edward, który niedawno zaczął pracować w rodzinnym banku. Niektórych ogarnął lęk, lecz Pilasterowie byli przekonani, że Wiedeń nie pociągnie Londynu ze sobą na dno.

Micky zaprowadził ojca na brukowany taras, gdzie w cieniu pasiastych markiz stały drewniane ławeczki. Zastali tam starego Setha, który mimo że było ciepło, siedział z pledem na kolanach. Cierpiał na jakieś bliżej nieokreślone schorzenie i sprawiał wrażenie kruchego jak skorupka jajka, lecz wydatny, mocno zakrzywiony nos wciąż przydawał mu groźnego majestatu Pilasterów.

Jakaś pani użalała się nad nim wylewnie:

– Cóż za szkoda, że z powodu choroby nie może pan iść na królewskie przyjęcie!

Micky zdawał sobie sprawę, że Pilasterowi takich rzeczy się nie mówi.

– Wprost przeciwnie, rad jestem z pretekstu – burknął Seth. – Niby dlaczego miałbym zginać kolana przed ludźmi, którzy w życiu nie zarobili pensa.

– Będzie tam książę Walii, wszak to zaszczyt!

Seth nie był w nastroju do sporów; w ogóle niezbyt lubił, kiedy mu się sprzeciwiano.

– Młoda damo, nazwisko Pilaster jest rękojmią uczciwości we wszystkich zakątkach świata, nawet tam, gdzie nie słyszano o księciu Walii.

– Ależ drogi panie, można by odnieść wrażenie, że nie aprobuje pan rodziny królewskiej! – Nie dawała za wygraną jego rozmówczyni i w jej głosie dał się słyszeć ton wysilonej żartobliwości.

Seth nie żartował od siedemdziesięciu lat.

– Próżniactwa nie aprobuję – odparł. – Kto nie chce pracować, niech też nie je, mówi Biblia. Napisał to święty Paweł w Drugim Liście do Tesaloniczan, rozdział trzeci, werset dziesiąty, i znacząco nie wspomniał, że monarchowie stanowią wyjątek od tej zasady.

Skonfundowana dama wycofała się, a Micky stłumił uśmiech.

– Panie Pilaster, chcę przedstawić panu mojego ojca, Carlosa Mirandę, który przyjechał tutaj z Cordovy.

Seth uścisnął gościowi dłoń.

– Ach, z Cordovy? Mój bank ma biuro w Palmie, waszej stolicy.

– Bardzo rzadko jeżdżę do stolicy – odrzekł Papa. – Moje ranczo znajduje się w prowincji Santamaria.

– Czyli produkuje pan wołowinę.

– Tak.

– Zwróć pan uwagę na zamrażanie.

Papa nie wiedział, o czym mowa.

– Ktoś wynalazł maszynę do chłodzenia mięsa – wyjaśnił Micky. – Jeśli znajdą sposób na to, by instalować ją na statkach, będziemy mogli wysyłać na cały świat świeże mięso bez solenia.

Przybysz ściągnął brwi.

– Może to dla nas źle. Mam dużą solarnię.

– Zburz ją pan – powiedział Seth. – Weź się pan do zamrażania.

Ojciec nie lubił, kiedy nim komenderowano, i Micky trochę się zaniepokoił. Kątem oka dostrzegł Edwarda.

– Papo, chcę ci przedstawić mojego najlepszego przyjaciela – rzekł, odsuwając ojca od Setha. – Poznaj, proszę, Edwarda Pilastera.

Papa zlustrował chłopaka zimnym, czystym spojrzeniem. Edward nie był przystojny, bo wrodził się w ojca, a nie w matkę, więc wyglądem przypominał młodego zdrowego wieśniaka, krzepkiego, o jasnej skórze. Nocne życie i wypite wino jeszcze nie odcisnęły na nim piętna. Ojciec Micky’ego podał mu rękę.

– Kolegujecie się od lat.

– Wspólnota dusz – przytaknął Edward.

Papa zmarszczył czoło, nie rozumiejąc.

– Możemy chwilę pomówić o interesach? – odezwał się Micky.

Zeszli z tarasu na niedawno położony trawnik. Okalał go pas ziemi z drobnymi, świeżo posadzonymi krzewami.

– Papa zrobił duże zakupy i potrzebuje, żeby ktoś zajął się transportem i obsługą finansową – mówił Micky. – To może być twój pierwszy, niewielki wkład w rodzinny bank.

Twarz Edwarda wyrażała zapał.

– Z przyjemnością to dla pana zrobię – powiedział. – Zechciałby pan przyjść jutro rano do banku, żebyśmy mogli ustalić wszystko co trzeba?

– Przyjdę – zgodził się Papa.

– Powiedz mi coś – rzekł Micky. – Jeśli statek zatonie? Kto traci, my czy bank?

– Nikt – zapewnił z satysfakcją jego przyjaciel. – Ładunek będzie asekurowany u Lloyda. My po prostu odbierzemy sumę ubezpieczenia, statek i nowy towar dla was. Nie zapłacicie, dopóki nie dostaniecie swojego towaru. Co to za ładunek, tak à propos?

– Karabiny.

Edward posmutniał.

– Och, w takim razie nie możemy nic dla was zrobić.

– Dlaczego? – zdziwił się Micky.

– Przez starego Setha. Jest metodystą, no wiesz. Właściwie wszyscy w rodzinie są metodystami, ale on przejmuje się tym bardziej niż większość. Tak czy inaczej, nie finansuje handlu bronią, a ponieważ jest starszym wspólnikiem, taką mamy politykę.

– Diabli nadali – zaklął Micky i spojrzał z lękiem na ojca. Ten na szczęście nie zrozumiał tej wymiany zdań. Jego syn poczuł skurcz w dołku. Plan nie mógł upaść z powodu takiego głupstwa jak przekonania religijne Setha. – Ten przeklęty stary hipokryta jest już praktycznie trupem, czemu więc się wtrąca?

– Ma odejść na emeryturę – odparł młody bankier – ale jego stanowisko przejmie stryj Samuel, a on jest identyczny.

Z deszczu pod rynnę. Samuel był synem Setha, pięćdziesięciotrzyletnim kawalerem, i cieszył się doskonałym zdrowiem.

– Trzeba nam będzie zwrócić się do innego banku handlowego – stwierdził Micky.

– Nie powinno być z tym trudności, pod warunkiem że przedstawicie dobre referencje – zauważył Edward.

– Referencje? Dlaczego?

– Bank zawsze podejmuje ryzyko, bo kupiec może się wycofać z transakcji i zostawić bank z niepotrzebnym towarem w dalekiej części świata. Dlatego banki chcą mieć gwarancję, że robią interes z szacownym biznesmenem.

Edward nie zdawał sobie sprawy, że w Ameryce Południowej pojęcie szacownego biznesmena jeszcze nie istniało. Ojciec jego przyjaciela był caudillo, prowincjonalnym posiadaczem ziemskim z setką tysięcy hektarów pampy i rzeszą gauczów, którzy pełnili także funkcję jego prywatnego wojska. Dysponował władzą, jakiej Brytyjczycy nie znali od czasów średniowiecza. Równie dobrze można było prosić o referencje Wilhelma Zdobywcę.

Micky udawał, że nie jest zaniepokojony.

– Na pewno coś przedstawimy – oznajmił, ale był zbity z tropu. Jeśli ma pozostać w Londynie, musi sfinalizować transakcję.

Odwrócili się i ruszyli w stronę zatłoczonego tarasu. Micky maskował niepewność, jego ojciec jeszcze nie rozumiał, że napotkali poważną trudność. Będzie mu to musiał wytłumaczyć i wtedy zaczną się kłopoty. Papa nie miał cierpliwości do niepowodzeń, a jego gniew był straszny.

Na taras weszła Augusta i zagadnęła syna.

– Znajdź mi Hasteada, mój kochany Teddy. – Jej nadskakujący kamerdyner walijskiego pochodzenia nazywał się Hastead. – Zabrakło syropu owocowego, a ten nicpoń gdzieś się podział. – Edward odszedł, a gospodyni obdarzyła Papę ciepłym, przychylnym uśmiechem. – Dobrze się pan czuje na naszym małym przyjęciu, señor Miranda?

– Bardzo dobrze, dziękuję – odparł Papa.

– Musi pan skosztować herbaty albo syropu.

Micky wiedział, że ojciec wolałby tequilę, ale na popołudniowych przyjęciach u metodystów alkoholu nie serwowano.

Gospodyni spojrzała na niego; zawsze z łatwością wyczuwała nastroje tych, z którymi przebywała.

– Widzę, że nie bawisz się dobrze. Co się stało?

Zwierzył jej się bez wahania.

– Miałem nadzieję, że Papa będzie mógł dopomóc pani synowi w działalności bankowej, ale transakcja dotyczy karabinów i amunicji. Edward powiedział, że stryj Seth nie zechce sfinansować handlu bronią.

– Seth nie będzie już długo starszym wspólnikiem – zauważyła Augusta.

– Podobno Samuel jest taki sam jak ojciec.

– Doprawdy? – odrzekła wyniośle Augusta. – A kto twierdzi, że to on będzie jego następcą?

2

Hugh Pilaster miał na szyi nowy błękitny fular, lekko wybrzuszony i spięty spinką. Powinien włożyć także nowy surdut, ale zarabiał tylko sześćdziesiąt osiem funtów rocznie, musiał więc upiększyć stare ubranie za pomocą nowego fularu. Takie dodatki były w modzie, on odważnie wybrał kolor, a kiedy stanął przed lustrem, wiszącym nad kominkiem w salonie stryjenki Augusty, przekonał się, że błękit świetnie pasuje do jego niebieskich oczu i czarnych włosów. Miał nadzieję, że fular przyda mu łobuzerskiego uroku. Może Florence Stalworthy tak właśnie pomyśli. Zaczął się interesować strojami od czasu, gdy ją poznał.

Było to ciut krępujące, mieszkać u Augusty i być biedakiem, lecz w Banku Pilasterów zgodnie z tradycją płacono pracownikom wedle ich wartości, bez względu na to, czy należeli do rodziny. Inna tradycja nakazywała, by zaczynali pracę od najniższego szczebla. Hugh był wyróżniającym się uczniem w szkole i piastowałby funkcję prefekta, gdyby nie to, że ustawicznie wpadał w tarapaty; jednakże w banku jego wykształcenie znaczyło tyle co nic, toteż został kancelistą na stażu i pobierał wynagrodzenie odpowiednie do zajmowanego stanowiska. Stryj i stryjenka nie wspomagali go finansowo, musieli zatem znosić jego byle jaki wygląd.

On zaś, rzecz jasna, niewiele przejmował się tym, co stryjostwo sądzą o jego prezencji. Martwiła go Florence, urodziwa panna o bladej karnacji, córka hrabiego Stalworthy’ego. Najważniejsze jednak było to, że się nim zainteresowała. Prawda była bowiem taka, że jego fascynację mogła wzbudzić każda dziewczyna, która tylko zechciała z nim rozmawiać. Ku strapieniu Hugh świadczyło to o tym, że jego uczucia są płytkie; nic jednak nie umiał na to poradzić. Wystarczyło, że któraś panna przypadkowo go dotknęła, i od razu robiło mu się sucho w ustach. Nie dawała mu spokoju ciekawość, jak wyglądają ich nogi pod warstwami sukienek i halek. Bywało, że pragnienie to bolało go jak świeża rana. Miał dwadzieścia lat, czuł się tak od piętnastego roku życia i przez ten czas nie pocałował nikogo oprócz matki.

Imprezy takie jak raut u Augusty stanowiły wyrafinowaną torturę. Wszyscy dokładali starań, by być dla siebie mili, znajdować tematy do rozmów i okazywać sobie zainteresowanie. Dziewczęta wyglądały ślicznie, rozsyłały uśmiechy, czasem dyskretnie flirtowały. Tłoczyło się tak dużo osób, że panny niekiedy musiały dotykać Hugh, wpadać na niego, a nawet ocierać się o niego biustami, kiedy mijały go w ciasnocie. Później przez cały tydzień nie mógł w nocy zasnąć.

Wiele spośród obecnych osób było z nim spokrewnionych. Tobias, jego ojciec, był bratem Josepha, ojca Edwarda. Jednakże popełnił samobójstwo. Właśnie dlatego Hugh opuścił drogą szkołę z internatem w Windfield i zaczął uczęszczać do Akademii Młodych Dżentelmenów w Folkestone; z tego samego powodu podjął pracę w wieku dziewiętnastu lat, zamiast wybrać się w podróż po Europie i marnować lata na uniwersytecie; dlatego także mieszkał u stryjenki i nie miał nowego stroju wieczorowego. Był ubogim krewnym, źródłem frasunku dla rodziny, której duma, pewność siebie i pozycja towarzyska zależały od jej zamożności.

Nikomu nawet nie postało w głowie, by dać mu pieniądze i w ten sposób rozwiązać jego problemy. Ubóstwo stanowiło karę za złe prowadzenie interesów, a jeśliby ktoś próbował łagodzić ból porażki, jednocześnie usuwałby bodziec do starań o sukces finansowy. „To tak, jakby wyściełać puchem więzienne prycze”, mawiano, gdy ktoś sugerował, by pomagać życiowym nieudacznikom.

Ojciec Hugh padł ofiarą kryzysu finansowego, lecz było to bez znaczenia. Jedenasty maja 1866 roku bankierzy nazwali Czarnym Piątkiem. Wtedy to bank kredytowy Overend and Gurney stracił pięć milionów dolarów i pociągnął za sobą wiele przedsiębiorstw, między innymi London Joint Stock Bank, firmę budowlaną pana Samuela Peta, a także spółkę Tobiasa Pilastera. Wszelako, zgodnie z filozofią Pilasterów, biznes nie przebacza. Obecnie również panował kryzys finansowy i bez wątpienia on także spowoduje upadek jednej czy dwóch firm. Pilasterowie bronili się jednak z wigorem, zabezpieczali słabszych klientów, uszczelniali zasady udzielania kredytów i bezwzględnie odrzucali wszystkie nowe oferty oprócz tych, które nie budziły wątpliwości. W ich pojęciu instynkt samozachowawczy to najważniejsza cecha bankiera.

Ja także jestem Pilasterem, myślał Hugh. Może nie mam nochala takiego jak oni, ale też mam instynkt samozachowawczy. Czasem, kiedy wspomniał o losie ojca, jego serce kipiało gniewem i narastała w nim determinacja, by zostać najbogatszym i najbardziej szanowanym z całej ferajny. W taniej szkole, do której uczęszczał, zgłębił pożyteczną arytmetykę i nauki przyrodnicze, podczas gdy jego majętniejszy kuzyn Edward mozolił się z łaciną i greką; nie poszedł na uniwersytet i dzięki temu wcześniej rozpoczął pracę w biznesie. Nigdy go nie kusiło, by wybrać inną życiową drogę, zostać malarzem, parlamentarzystą czy duchownym. Finanse miał we krwi. Aktualną bankową stopę procentową umiał podać szybciej niż powiedzieć, czy pada deszcz. Wyznaczył sobie za cel, by nie zostać zadowolonym z siebie hipokrytą, takim jak starsi krewni, lecz mimo to chciał być bankierem.

Ale nie rozmyślał o tym dużo. Przez większość czasu zaprzątały go dziewczęta.

Wyszedł z salonu na taras i zobaczył, że Augusta zmierza w jego kierunku, holując za sobą jedną z nich.

– Drogi Hugh – zagaiła – jest tu twoja koleżanka, panna Bodwin.

Aż jęknął w środku. Rachel była rosłą dziewczyną, intelektualistką o radykalnych poglądach. Nie była urodziwa – miała brązowe włosy bez połysku oraz jasne oczy, trochę za wąsko rozstawione – ale za to pełna życia i interesująca; wprost tryskała wywrotowymi ideami i Hugh bardzo ją polubił, kiedy przyszedł do pracy w banku w Londynie. Jednakże Augusta postanowiła ich wyswatać, co zrujnowało przyjaźń. Zanim to nastąpiło, spierali się zaciekle i swobodnie o takie kwestie jak rozwody, religia, ubóstwo i prawo wyborcze kobiet. Później stryjenka przystąpiła do ich kojarzenia i odtąd tylko wymieniali niezręczne, zdawkowe uwagi.

– Ładnie pani wygląda, panno Bodwin – powiedział automatycznie Hugh.

– Jest pan bardzo miły – odparła znudzonym tonem.

Augusta już się odwracała, kiedy nagle zauważyła, co Hugh ma zawiązane pod szyją.

– Wielkie nieba! A co to takiego? Wyglądasz jak karczmarz!

Młodzieniec oblał się purpurą. Gdyby nasunęła mu się ostra riposta, odważyłby się ją wypowiedzieć, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

– Mój nowy fular – bąknął. – Można go nazwać apaszką.

– Jutro dasz go czyścicielowi butów – rzuciła na odchodnym Augusta.

Nie po raz pierwszy wezbrała w nim złość na fatum, które zmusiło go do zamieszkania u namolnej stryjenki.

– Kobiety nie powinny się wypowiadać o męskich strojach – stwierdził ponuro. – Damom to nie przystoi.

– Moim zdaniem powinny się wypowiadać o wszystkim, co je obchodzi – odparowała Rachel. – Powiem zatem, że twój fular mi się podoba i że pasuje ci do oczu.

Hugh poczuł się lepiej i uśmiechnął się do niej; była wszak bardzo miła. Jednakże nie ta jej cecha skłoniła Augustę, by ich swatać. Rachel była córką adwokata specjalizującego się w prawie handlowym. Jej rodzina nie miała pieniędzy poza tymi, które zarobił ojciec, i na drabinie społecznej znajdowała się o kilka szczebli niżej od Pilasterów; w ogóle nie zaproszono by ich na przyjęcie, gdyby nie to, że umiejętności pana Bodwina przydały się bankowi. Jego córka zajmowała niską pozycję towarzyską; wydając ją za Hugh, Augusta potwierdziłaby jego status jako pośledniego członka rodziny, a tego właśnie pragnęła.

On zaś nie był aż tak bardzo przeciwny temu, by oświadczyć się Rachel. Stryjenka zasugerowała, że da mu hojny podarunek ślubny, jeśli ożeni się zgodnie z jej wyborem. Jednak to nie prezent stanowił dlań pokusę, lecz myśl, że noc w noc będzie mógł kłaść się do łóżka z kobietą, unosić jej halkę, odsłaniać kostki i kolana, uda…

– Nie patrz na mnie w ten sposób – rzekła przenikliwie dziewczyna. – Powiedziałam tylko, że podoba mi się twój fular.

Ponownie się zarumienił. Wszak nie mogła odgadnąć, co chodziło mu po głowie. Jego myśli o dziewczętach miały tak nachalnie cielesny charakter, że często sam się ich wstydził.

– Wybacz – bąknął.

– Ależ zatrzęsienie Pilasterów – rzuciła wesoło, rozglądając się. – Jak ty sobie z nimi wszystkimi dajesz radę?

On również powiódł wzrokiem i zobaczył wchodzącą Florence Stalworthy. Była nad podziw ładna – jasne loki opadały jej na delikatne ramiona, a uroku dodawały jej oblamowana koronką i jedwabną wstążką różowa sukienka i zdobiony strusimi piórami kapelusz. Uchwyciwszy z daleka spojrzenie Hugh, uśmiechnęła się do niego.

– Widzę, że przestałeś zwracać na mnie uwagę – stwierdziła z typową dla siebie bezpośredniością Rachel.

– Jest mi ogromnie przykro – powiedział Hugh.

Dotknęła jego ramienia.

– Posłuchaj no, mój drogi. Tępota londyńskiej socjety jest nie do opisania, a ty należysz do nielicznych wyjątków. Ale nie kocham cię i nigdy za ciebie nie wyjdę, choćby twoja stryjenka popychała nas ku sobie przy każdej okazji.

Hugh był zaskoczony.

– Ja…

Rachel dokończyła swoją myśl:

– I wiem, że czujesz to samo, więc nie udawaj, proszę, że łamię ci serce.

Wyszedł z osłupienia i uśmiechnął się. Lubił Rachel właśnie za to, że była taka bezpośrednia. Uprzytomnił sobie, że dziewczyna ma rację: lubić kogoś to nie to samo, co kochać. Nie bardzo wiedział, czym jest miłość, Rachel jednak zdawała się to wiedzieć.

– Czy to znaczy, że możemy kłócić się znowu o prawo wyborcze kobiet? – spytał wesoło.

– Tak, ale nie dzisiaj. Idę porozmawiać z twoim dawnym szkolnym kolegą, Mirandą.

Hugh ściągnął brwi.

– Micky nie umiałby napisać słowa „sufrażystka”, więc skąd ma wiedzieć, co ono znaczy.

– Mimo to połowa debiutantek w Londynie mdleje na jego widok.

– Pojęcia nie mam dlaczego.

– On jest męską wersją Florence Stalworthy – odparła i z tymi słowy go zostawiła.

Jej rozmówca zrobił krzywą minę i zamyślił się. Micky zdawał sobie sprawę, że Hugh to ubogi krewny, i odpowiednio go traktował, toteż temu drugiemu trudno było go obiektywnie ocenić. Był miły w obyciu i zawsze pięknie się ubierał. Kojarzył się Hugh z kotem o gładkim, lśniącym i delikatnym futrze. Wymuskanie nie budziło aprobaty mężczyzn, gdyż nie uważali tego za przejaw męskości, ale kobietom zdawało się nie przeszkadzać.

Hugh odprowadzał wzrokiem Rachel, gdy kroczyła przez salon, zmierzając do Micky’ego, który stał z ojcem; rozmawiali z siostrą Edwarda Clementine, ciotką Madeleine oraz z młodą stryjenką Beatrice. Micky odwrócił się do Rachel, kierując na nią całą uwagę; podał jej rękę i powiedział coś, co ją rozśmieszyło. Hugh uświadomił sobie, że zawsze otaczają go trzy lub cztery panie.

Mimo wszystko nie spodobała mu się sugestia, że Florence jest w czymś do niego podobna. Była atrakcyjna i lubiana, owszem, lecz jego zdaniem Micky miał w sobie coś grubiańskiego.

Gdy podchodził do niej, przenikały go radość, a zarazem podenerwowanie.

– Panno Florence, jak się pani miewa?

Obdarzyła go olśniewającym uśmiechem.

– Cóż za niezwykły dom!

– Podoba się pani?

– Nie mam pewności.

– Większość osób tak się wyraża.

Roześmiała się, jakby powiedział coś dowcipnego, a on poczuł się uradowany ponad miarę.

– Jest bardzo nowoczesny – kontynuował. – Ma pięć łazienek, wie pani? I ogromny kocioł w piwnicy, który ogrzewa całość za pomocą rur z gorącą wodą.

– Ale ten kamienny okręt na kalenicy to już drobna przesada.

– Ja też tak myślę – rzekł cichszym głosem Hugh. – Wygląda jak krowi łeb przed masarnią.

Dziewczyna znów parsknęła śmiechem, on zaś był rad, że potrafi ją rozbawić. Stwierdził, że miło byłoby oddalić się z nią od reszty towarzystwa.

– Chodźmy obejrzeć ogród.

– Cudownie.

Ogród nie zachwycał, bo dopiero niedawno posadzono rośliny, ale to nie miało znaczenia. Wyszli oboje na taras, lecz tam jak spod ziemi wychynęła Augusta i spiorunowała Hugh wzrokiem.

– Panno Florence, miło, że pani przybyła. Edward pokaże pani ogród.

Chwyciła za rękę stojącego obok syna i wyprowadziła oboje, zanim Hugh zdążył się odezwać. Zacisnął zęby i poprzysiągł, że nie puści jej tego płazem.

– Mój drogi, wiem, że chcesz porozmawiać z Rachel. – Ujęła go pod ramię i wprowadziła z powrotem do salonu, on zaś nie mógł się sprzeciwić; mógł najwyżej wyszarpnąć rękę z jej uścisku i zrobić scenę. Dziewczyna stała z Mickym Mirandą i jego ojcem. – Micky, chcę żeby twój ojciec poznał mojego szwagra, pana Samuela Pilastera. – Zabrała ze sobą Micky’ego oraz jego ojca, zostawiając znowu Hugh z Rachel.

Ta parsknęła śmiechem.

– Z nią się nie pokłócisz.

– To by było jak kłótnia z pociągiem – przytaknął, gotując się ze złości. Widział przez okno falującą sukienkę Florence, która szła obok Edwarda.

Rachel podążyła za jego wzrokiem.

– No, idźże.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Dzięki.

Ruszył czym prędzej. Kiedy doganiał tamtych, zaświtała mu szelmowska myśl. A gdyby tak zastosować strategię stryjenki i odciągnąć jej syna od Florence? Augusta się wścieknie, ale gra jest warta świeczki, jeśli Hugh zdoła spędzić parę minut sam na sam z dziewczyną w ogrodzie. Do diabła z Augustą, pomyślał.

– O, Edward. Matka prosiła, żebyś do niej poszedł. Jest w holu.

Tamten o nic nie zapytał; przywykł do tego, że matka nagle zmienia zdanie.

– Proszę wybaczyć, panno Florence – rzekł, po czym oddalił się i wszedł do domu.

– Ona naprawdę po niego posłała? – chciała wiedzieć dziewczyna.

– Nie.

– Ale z ciebie nicpoń! – powiedziała z uśmiechem.

Spojrzał jej w oczy, pławiąc się w słonecznym blasku jej aprobaty. Później czeka go piekło, lecz za taki uśmiech gotów był przecierpieć o wiele więcej.

– Chodźmy obejrzeć ogród – zaproponował.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Niebezpieczna fortuna Słup ognia Skandal z Modiglianim Młot Edenu Lot ćmy Kryptonim "Kawki" 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej