Załatw publikę i spadaj

Załatw publikę i spadaj

Autorzy: James McBride

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 21.54 zł

„Najciężej pracujący facet w show-biznesie”, „soulowy brat numer jeden”, „największy demagog w dziejach czarnej rozrywki”. O Jamesie Brownie można powiedzieć wiele. Z jednej strony – jeden z najbardziej charyzmatycznych i utalentowanych muzyków swojego pokolenia, który na zawsze odmienił bieg historii, muzyki i popkultury. Z drugiej – kiepski biznesmen, furiat i twardy szef trzymający krótko swoich pracowników.

By opisać jego życie, James McBride zabiera nas w podróż z opustoszałych miasteczek Karoliny Południowej i Georgii do Nowego Jorku. Z lat trzydziestych XX wieku do początków wieku XXI. Historia Browna jest dla McBride’a pretekstem do opowiedzenia losów niezwykłych osób, bez których gwiazda „ojca chrzestnego muzyki soul” nie miałaby szansy świecić tak silnym blaskiem i przez tyle dekad. To również pełna melancholii i nostalgii opowieść o pielęgnowaniu tożsamości i o sztuce pamiętania o swoim pochodzeniu.

Książka znalazła się w finale Nagrody Literackiej „Los Angeles Times” oraz zdobyła tytuł jednej z najlepszych książek 2016 roku według National Public Radio.

„Wnikliwe spojrzenie na życie jednego z największych i najważniejszych artystów XX wieku, ojca chrzestnego muzyki soul, jedynego i najwspanialszego – Jamesa Browna.” Spike Lee

„Niezwykle ważna książka o jednej z najistotniejszych postaci w historii amerykańskiej muzyki i kultury.” „The Boston Globe”

„Refleksyjna i dociekliwa, pełna ciepła i doskonałego dowcipu. „Załatw publikę i spadaj” rzuca nowe światło na niezwykłe życie i twórczość Jamesa Browna.” Rick Moody, „The New York Times Book Review”

„James McBride, zdobywca Amerykańskiej Nagrody Książkowej za powieść „Ptak dobrego Boga”, okazuje się równie świetnym biografem, jak prozaikiem. To książka, na którą wszyscy czekali. McBride mierzy się w niej z tematem biedy i konfliktów na tle rasowym w kraju, w którym problemy zamiata się pod dywan, a jedynie najsilniejsze głosy mogą być słyszalne.” Boris Kachka, „New York Magazine”

„Książka McBride’a jest nieocenionym wkładem w historię R’n’B. To niesamowite, ile James Brown znaczy dla amerykańskiej kultury. Dzięki „Załatw publikę i spadaj” możemy w pełni docenić jego ogromną wartość.” „Los Angeles Review of Books”

„McBride nie poucza, tylko opowiada, i to z ogromną pasją. Czytelnicy mogą być wdzięczni za każde zdanie tej książki. Myślę, że nawet James Brown byłby zadowolony z „Załatw publikę i spadaj”.” „USA Today”

„Nowatorski i niekonwencjonalny sposób pisania biografii. Za pomocą swojej opowieści McBride uzupełnia wielką lukę w dotychczasowych publikacjach poświęconych Jamesowi Brownowi. Bliżej do życia wielkiego muzyka już nie da się podejść.” David Hajdu, „The Nation”

„James McBride dogłębnie analizuje karierę, spuściznę i mity narosłe wokół „ojca chrzestnego muzyki soul” […]. „Załatw publikę i spadaj” to wspaniały i fascynujący portret Jamesa Browna, pokazujący, że zarówno sukcesy muzyka, jak i jego spektakularne porażki miały ogromne znaczenie dla historii amerykańskiej kultury.” „Kirkus Reviews”

SERIA AMERYKAŃSKA

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia.

Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Rick Bragg Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu

Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze.

Amerykańska droga do oświecenia

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

JAMES MCBRIDE

ZAŁATW PUBLIKĘ I SPADAJ

W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Przełożył Maciej Świerkocki

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Kill’Em and Leave: Searching for James Brown and the American Soul

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © David Corio / Michael Ochs Archives / Getty Images

Copyright © 2016 by James McBride

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2018

Copyright © for the Polish translation by Maciej Świerkocki, 2018

Redakcja Ewa Polańska

Korekta Iwona Łaskawiec / d2d.pl, Marcin Piątek / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-647-7

SPIS TREŚCI

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

PRZEDMOWA Brzęczenie

Nad Barnwell ciąży gniewne brzęczenie historii, o której nie mówi się głośno w Karolinie Południowej. Kraina szerokich uśmiechów i potakujących głów. Pustkowie. Plastikowe uśmiechy i ostrzeżenie: „Uważaj tu na siebie”.

CZĘŚĆ I ODLICZANIE

1 Tajemniczy dom

Ponadczasowe dziedzictwo Jamesa Browna, jego znaczenie w kulturze amerykańskiej i murzyńskiej i napędzający artystę strach. „Ucz sie, Dot-tay!”

2 Szaleństwa i bluzgi

Każdy pismak na świecie zbiera łatwo dostępne owoce afroamerykańskiej kultury, tylko nie ci, którzy w niej żyją. „Gardzę niemal wszystkim, co o nim napisano” – mówi siedemdziesięcioletnia Emma Austin, która znała Browna przez ponad czterdzieści lat. – Na większość tych tekstów po prostu nie mogę patrzeć”.

3 Amerykańskie szachrajstwa

Brown zapisał swój majątek ubogim, ale spory sądowe wokół jego cennej spuścizny urosły do rozmiarów wielkiej toksycznej chmury, doprowadzając po jego śmierci, która nastąpiła w 2006 roku, dokładnie do tego, co przewidział. „Syf – powiedział kiedyś swojemu menedżerowi. – Panie Bobbit, jak kojfne, to sie zrobi wielki syf”.

CZĘŚĆ II JEDZIEMY!

4 Trop

Paczka kooli za informacje i droga tropem Browna w poszukiwaniu jednej z wersji prawdy. „Trafiłem na Seven Pines Road, bo dostałem cynk”.

5 Six Gaines

Jak zniszczono historię Jamesa Browna: dzieci dwóch sióstr. „Młody zapomniał, skond przyszedł – powiedział. – I popatrzcie sie, jakie to przyniesło skutki. Dla niego fatalne”.

6 Opuścić swoją ziemię

Klan rodziny Gainesów-Scottów i tysiące czarnych dzierżawców, zaginione plemię, które zostało zmuszone do opuszczenia Ellenton w Karolinie Południowej. „Wszyscy będą musieli opuścić tę ziemię”.

7 Brachu

James Brown spotyka swojego najlepszego przyjaciela Leona Austina. „Rozumiem, brachu. Ale musisz pracować. To nasz obowiązek”.

8 Żyć na stojąco

Velma Brown, młody James Brown i śmierć Teddy’ego. „Teddy po prostu szukał samego siebie – mówi spokojnie Velma. – Jak wszyscy młodzi”.

9 Ostatni z zespołu

Nafloyd Scott w trasie z Jamesem Brownem na Południu Stanów Zjednoczonych, gdzie wciąż obowiązuje segregacja rasowa. „Czarnuchu, jeżeli możesz przeczytać ten napis, uciekaj. A jeżeli nie możesz, to tym bardziej”.

10 Pastor

Twórczy sojusz Jamesa Browna i wielebnego pastora Ala Sharptona. „Załatw publike i spadaj, pastorze. Załatw publike i spadaj”.

11 Kasjer

David Cannon, urząd skarbowy i bałagan w finansach. „Niechże pan je tylko dla mnie przechowa, panie Cannon. Niechże pan je przechowa”.

12 Ziemia pod jego stopami

Alfred „Pee Wee” Ellis i siły twórcze stojące za „soulowym bratem numer jeden”. „A dla króla trzeba zbudować armię”.

13 Więcej pieniędzy

Cena spuścizny i o tym, jak David Cannon stracił wszystko. „Nie, nie chcę stąd wychodzić i oglądać nieba, dopóki nie odzyskam wolności”.

14 Studolarówka

Charles Bobbit, człowiek o tysiącu twarzy, i śmierć Jamesa Browna.

15 Ten szmatławiec, którego nikt nie czyta

Dziennikarka Sue Summer i pieniądze, które nigdy nie trafiły do biednych dzieci. „Jeśli pytasz o to, czy się dużo modlę, to moja odpowiedź brzmi »tak«”.

16 Siostrzyczka

Panna Emma, Danny Ray, Michael Jackson, praca, radość i sprzeczności w sercu Jamesa Browna. „Był przyzwoitym człowiekiem”.

CZĘŚĆ III DOSYĆ TEGO!

17 Pożegnanie Króla

Michael Jackson przyjeżdża na prywatne pożegnanie. „Kto zamówił złoconą trumnę dla pana Browna?”

18 Marzenie

Prywatna duma i radość Jamesa Browna. „Golf to uczciwa gra”.

EPILOG Siostra Lee

Czy będą o nim pamiętać?

Podziękowania

Kolofon

Książkę tę dedykuję profesorowi Loganowi i jego świętej pamięci żonie Bettye

Jeżeli nie zależy ci na prawdzie, nie masz kwalifikacji, żeby uprawiać jakikolwiek gatunek muzyki.

profesor Wendell Logan

(24 listopada 1940 – 15 czerwca 2010),

założyciel Wydziału Muzyki Jazzowej

w Oberlin Conservatory of Music

PRZEDMOWA

Brzęczenie

Naturalnej wielkości pomnik stoi w samym centrum Augusty w stanie Georgia, bezpośrednio na chodniku, bo James Brown nigdy nie chciał się wywyższać. Wolał być na dole, wśród ludzi. Jest upalne sierpniowe popołudnie; zatrzymujesz się przed tym pomnikiem w opustoszałej dzielnicy tanich sklepów i starych kin i mówisz sobie: „Tego właśnie nie uczą na studiach dziennikarskich” – że trzeba zbadać tego trupa, jakim jest zmarnowane, zrujnowane, nieszczęsne życie, jedno, drugie, które je poprzedzało, i trzecie, jeszcze wcześniejsze. Krążysz po labiryncie pełnym bezlitosnych prawników, którzy ustawiali się w kolejce, by żywić się tą padliną, musisz wysłuchiwać opowieści o zubożałych muzykach, którzy kiedyś w glorii sławy podróżowali po całym świecie tylko po to, by wrócić do domu z pustymi kieszeniami, i zrozumieć tak zwanych znawców muzyki, którzy karmili się ludzkimi bebechami i chcieli przejść do historii, starając się przy okazji trzepać kasę. Wszystkich nas kantują na tym świecie. Facet z tego pomnika, wielka gwiazda, od dawna już nie żyje i jest w nim dzisiaj mniej gazu niż we wczorajszym piwie, a jego dziedzictwo zostało rozproszone i można je znaleźć wszędzie, tylko nie tam, dokąd chciał, żeby trafiło.

James Brown, ojciec chrzestny muzyki soul i największy amerykański wokalista soulowy, zapisał większość swojego majątku, szacowanego ostrożnie na sto milionów dolarów, ubogim dzieciom z Karoliny Południowej i Georgii, którym pragnął zapewnić wykształcenie. Minęło już dziesięć lat od jego śmierci – odszedł 25 grudnia 2006 roku – ale jak dotąd żaden dzieciak nie dostał z tej sumy nawet dziesięciu centów. Tymczasem prawnicy i politycy zmarnotrawili grube miliony, napuszczani na siebie nawzajem przez skłócone frakcje rozbitej rodziny muzyka.

Taki jest smutny finał jego niezwykłego i tragicznego życia, choć można by przypuszczać, że skoro tysiące biednych dzieci w Karolinie Południowej i Georgii potrzebują porządnej edukacji, to znajdzie się w końcu ktoś na tyle uczciwy, by zauważyć problem. W dzisiejszych czasach jest to jednak mało prawdopodobne, po części dlatego, że oznaczałoby to, że zrozumieliśmy Jamesa ­Browna. A to jest niemożliwe. Bo żeby go zrozumieć, musielibyśmy najpierw zrozumieć sami siebie – czyli spróbować uleczyć dwugłowe dziecko aspiryną.

Dziwna sprawa. Ludzie chwalą się Brownem tu, w Auguście, jego przybranym mieście rodzinnym. Imieniem muzyka nazwano halę koncertową i ulicę, w Auguście obchodzi się Dzień Jamesa Browna i urządza wielki hołdowniczy cyrk. Prawda wygląda jednak tak, że nie licząc owego dziwacznego pomnika, po Brownie nie ma w mieście ani śladu. Nie czuje się tu jego obecności. Rozwiał się niczym mgła, jest jedną z wielu tragicznych murzyńskich opowieści, jego historię kupuje się, sprzedaje i ponownie kupuje jak niewolników, którymi handlowano niegdyś pod Haunted Pillar, zaledwie dwie ulice od miejsca, w którym stoi pomnik. Saga o Brownie to historia potężna niczym fabryka – jego życie przypomina hipermarket pełen tanich ofert dla każdego pismaka, który szuka w nim jakiegoś substytutu obowiązkowych pięciu minut muzyki gospel, pojawiających się dziś w prawie każdym broadwayowskim przedstawieniu. Kiepska fabuła, świetna muzyka. I każdy jest ekspertem: tu film dokumentalny, tam książka lub film kinowy. Producentami tych dzieł są ludzie, którzy „znali” i „kochali” Browna, jak gdyby to było możliwe. Prawda jest taka, że nie ma żadnego znaczenia, czy ci ludzie znali go, czy nie, ani czy go kochali, czy raczej nienawidzili z całego serca i mieli nadzieję, że ktoś przywiąże „ojca chrzestnego muzyki soul” do furgonetki i będzie go za nią ciągnął tak długo, aż wyzionie ducha. Najgorsze już się stało. Facet jest skończony. Nie ma go. Jest martwy jak głaz. Składanie mu hołdów nic nikogo teraz nie kosztuje. Jest jak John Coltrane, Charlie Parker, Louis Jordan czy każdy inny z setek czarnych artystów, których muzyka stała się nieśmiertelna, chociaż społeczność, z jakiej pochodzili, nadal nie ma lekko. W gruncie rzeczy James Brown został zapomniany w Auguście. Miasto się sypie, podobnie jak pamięć o jego największym artyście. Brown należy do przeszłości. Martwy już nikomu nie zagraża.

Ale w okręgu Barnwell, tuż za granicą stanu, w Karolinie Południowej, tam, gdzie się urodził i mieszkał przed śmiercią, nie ma żadnej niepewności co do tego, kim był. Tam nie jest mgłą, tylko żywą istotą z krwi i kości.

W Barnwell była kiedyś stara murzyńska knajpka przy ­Allen Street, niedaleko domu, w którym się urodził. Nazywała się Brooker’s. Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżałem, żeby pogrzebać w szczątkach historii Jamesa Browna – a raczej w szczątkach tego, co z nich zostało – szedłem do Brooker’s na wieprzowinę z kaszą i kapustą pastewną lub jadłem tam coś innego, co przygotowały akurat panna Iola i jej siostra Perry Lee. Miałem ubaw po pachy, wygłupiając się w tej knajpie. Siadałem przy stoliku i przyglądałem się wchodzącym klientom, młodym i starym. Jedni milczeli jak zaklęci, drudzy byli rozgadani i przyjaźni, inni podejrzliwi. Zaglądał tam cały przekrój miejscowego społeczeństwa: drobni przedsiębiorcy, robotnicy, farmerzy, właściciel zakładu pogrzebowego, fryzjerzy. Zawsze wychodziłem z Brooker’s roześmiany i powtarzałem sobie: „Tego też nie uczą na studiach dziennikarskich” – że możesz stanąć na ulicy w rodzinnym mieście swojego bohatera, ciągle słyszeć jego śmiech i mieć świadomość, że miejscowi są dumni z człowieka, o którym piszesz. W Barnwell ludzie uwielbiają Browna. Nie widzą jego zmarnowanego życia; nie obchodzą ich te pijawki, prawnicy, tłoczący się w kolejce, by grzebać w jego grobie, ani jego dzieci, walczące o miliony, które Brown zapisał biedakom, a nie im. Mieszkańcy Barnwell widzieli już dość niegodziwości we własnym życiu, i to od wielu pokoleń, żeby napisać swoją autorską księgę smutnych opowieści. Po co więc o tym gadać? Śmiejmy się i radujmy w Panu! Kiedy James Brown umierał, znajdował się na szczycie. Biali mogą sobie gadać, co chcą. Zapisz to sobie w zeszyciku, chłoptasiu: nas nic to nie obchodzi. Wiemy, kim on był. Był jednym z nas. Potem zasnął w Panu, znaczy jest w dobrych rękach! A teraz masz, zjedz jeszcze trochę ciasta.

Śmieją się, uśmiechają i dzięki temu człowiek dobrze się czuje w ich towarzystwie. Ale za tym śmiechem, za ciastem, za pozdrowieniami, dokładkami, sutymi obiadami z kurczakiem w roli głównej i za swobodnymi chichotami słychać dziwne, ciche brzęczenie. Może zdołasz je usłyszeć, jeśli przyłożysz ucho do stołu: jak gdyby ktoś coś miesił albo mielił. Słychać niby ciche burczenie, warkot. Kiedy zamykasz oczy i wytężasz słuch, okazuje się, że nie jest to przyjemny dźwięk. Nikt nic ci tu nie powie i niczego nie zobaczysz, bo czarni w Karolinie Południowej potrafią się znakomicie maskować przed białymi. Doskonalili się w tym od pokoleń. Ich przypominający kratkę chłodnicy samochodowej uśmiech gaśnie na widok białego. Kiedy do Brooker’s wchodzi biały klient, czarni niby się cieszą. Kiedy coś mówi, zaczynają kiwać głowami, zanim skończy zdanie. Mówią: „Tak, szanowny panie” i „Jasne”, śmieją się, żartują, mówią: „Nie może być!” i „Naprawdę?”, pozdrawiają białych przyjaźnie i przytakują im do znudzenia, na śmierć. A ty stoisz pośród nich, oszołomiony, bo słyszysz coś zupełnie innego – właśnie to osobliwe brzęczenie – i nie wiesz, czy dochodzi ze stołu, czy spod twoich nóg, i czy może jest to odgłos pędu, z jakim pomiędzy rozmówcami, białym a czarnym, przemyka olbrzymi kawał historii, właśnie teraz, w tej chwili, kiedy biały płaci za kapustę z uśmiechem, który cię krępuje, w istocie słyszysz bowiem odgłosy wojny, która wciąż się tu toczy – wielkiej wojny, nazywanej domową przez mieszkańców Północy, przez południowców zaś inwazją Jankesów, oraz najnowszej wojny propagandowej – bo czarny w Białym Domu wkurzał niektórych Amerykanów bez względu na to, co robił i jak się zachowywał. Idzie więc o kwestie rasowe. Wszyscy o tym wiedzą. I nigdzie nie masz miejsca, żeby zaczerpnąć tchu. Siedzisz, dusisz się, obserwujesz tę krótką wymianę zdań, do której dochodzi nad talerzem twojej kapusty, gdy tamci dwaj się śmieją i plotą o byle czym nad dzielącą ich przepaścią, a ty wpatrujesz się w nich ze zdumieniem, czujesz się tak, jakbyś siedział na brzytwie, i czekasz, aż jeden z rozmówców wyciągnie spluwę i odstrzeli drugiemu łeb. Myślisz, że tracisz rozum, kiedy brzęczenie w twoich uszach staje się coraz głośniejsze i przechodzi w coś w rodzaju elektrycznego szmeru. Ten szmer narasta, przestaje być brzęczeniem i zmienia się w niewidoczny ryk potężnej wściekłości i totalnego sprzeciwu, tylko chwilami naznaczany milczącym spojrzeniem cichego porozumienia, wsuwającego się pomiędzy ciebie a pozostałych czarnych na sali niczym niemy banknot dolarowy, który opuszcza dłoń białego klienta i wślizguje się do starej kasy, zamykającej się z cichutkim trzaskiem.

Jeśli zaczekasz, aż biały klient wyjdzie, i spytasz o tę przepaść dzielącą białych i czarnych w Karolinie Południowej, to czarni odpowiedzą: „Och, to nic takiego. Pan X to mój przyjaciel. Znam go od czterdziestu lat. Wszyscy dobrze tu ze sobą żyjemy”. Takie gadanie zmienia się dopiero wieczorem, w bezpiecznych granicach ogniska domowego i rodziny, kiedy czarni wracają do domu, wszyscy są już po kościele, przygaszają światła, przestają śpiewać, wyłączają telewizory, płynie wino, języki idą w ruch, a brzęczenie znów przestaje być brzęczeniem – bo teraz zmienia się w ryczący cyklon wściekłości podszytej niesmakiem oraz czterema stuleciami tłumionego żalu.

Nie ma u nas nic, co by upamiętniało Jamesa Browna, mówią mieszkańcy Barnwell. Żadnej tablicy w mieście, w którym się urodził, nie ma też budynku jego imienia, szkoły, biblioteki, pomnika, niczego. A nawet jeśli już władze nazwą coś na cześć muzyka, uczczą jego pamięć w legislaturze stanowej czy zrobią coś w tym rodzaju, to nie ma to znaczenia. Na wspomnienie takich pozornych działań czarni uśmiechają się za dnia, w nocy jednak przeklinają je, na czym świat stoi. Tablicy pamiątkowej brakuje nawet na domu, w którym największy wokalista soulowy, jakiego znał ten kraj, przyszedł na świat. Dlaczego biali mieliby powiesić tam coś takiego? Oni go nienawidzą. Na granicy stanu stała kiedyś tablica informacyjna, usunięto ją jednak, gdy Browna ostatni raz aresztowano. W Karolinie biały wybaczy sobie własne grzechy po milion­kroć. Zinterpretuje historię, jak tylko mu się będzie podobało. A na końcu ci sądowi czarnoksiężnicy w garniakach ukradną każdego centa, którego zarobił pan Brown, zobaczysz. Biedacy nie mają z nimi żadnych szans, bez względu na kolor skóry – a każdemu miejscowemu idiocie, który okaże się na tyle głupi, żeby się wychylić i coś powiedzieć o tej forsie, dadzą po łbie tak mocno, że mózg wypłynie mu uszami.

Cała ta historia zwaliła mi się na głowę pewnego upalnego popołudnia, kiedy siedziałem w Brooker’s, dowcipkując z panną Perry Lee, a do knajpy wszedł potężny facet zwany Joe Louis Thomas. Dobrze zbudowany, przystojny mężczyzna o brązowym odcieniu skóry, który zarabiał kiedyś na życie w Nowym Jorku jako zawodowy zapaśnik. Znudziło mu się wysłuchiwanie poleceń, żeby podkładać się za kilka dolców i celowo przegrywać pojedynki w ringu, wrócił więc do domu, do Blackville w Karolinie Południowej, ożenił się i posłał dwoje z trojga swoich dzieci na studia – jego syn Joe Thomas junior w 2014 roku został zawodnikiem drużyny futbolowej Green Bay Packers. Potem Joe sam wrócił na studia na South Carolina State University, gdzie wstąpił do drużyny lekkoatletycznej i futbolowej – jako pięćdziesięciojednolatek. W dzieciństwie zbierał bawełnę na plantacji jakiegoś białego w Blackville razem z jedenaściorgiem swojego rodzeństwa. Przez prawie całe dzieciństwo wszyscy uważali, że jest głuchy. Szkołę udało mu się skończyć tylko dzięki talentowi do gry w futbol – w liceum przebiegł czterdzieści jardów w cztery i trzydzieści pięć setnych sekundy. Któregoś dnia – miał wtedy siedemnaście lat – lekarz włożył mu sondę do ucha i wyciągnął gromadzące się w nim od siedemnastu lat śmieci: bawełnę, paprochy, brud. A odkąd Joe Louis Thomas odzyskał słuch, zaczął słyszeć różne rzeczy, których wcześniej nie słyszał. I zobaczył rzeczy, których dotąd nie widział.

Usiadł naprzeciwko mnie.

– Hej, Joe, przyjechał twój kumpel – powiedziała panna Perry Lee.

Popatrzył na mnie.

Pracujesz jeszcze nad tą książką? – spytał.

Odparłem, że tak. I dodałem, jak jest: że trudno przedstawić prawdziwą biografię Browna. Że doszło do koszmarnej rozprawy sądowej związanej z jego spadkiem. Że trwają nieustanne spory i kłótnie. Że kiedy próbuję dotrzeć do sedna sprawy, natrafiam na całą masę pytań bez odpowiedzi, i tak dalej, i tak dalej.

Słuchał w milczeniu, niedbale trzymając widelec, który jak gdyby wisiał w powietrzu, kiedy opowiadałem. Skończyłem, ale widelec wciąż się unosił nad talerzem z wątróbką i kapustą.

– Uważaj tu na siebie – powiedział Joe.

– Przecież nie robię nic złego – odparłem. – To tylko książka.

Przyjrzał mi się spokojnym wzrokiem, w milczeniu. Wskazał mnie widelcem i powtórzył:

– Uważaj tu na siebie, młody człowieku.

CZĘŚĆ I

Odliczanie

1

Tajemniczy dom

W latach sześćdziesiątych XX wieku, kiedy byłem jeszcze smarkaczem i mieszkałem w St. Albans na nowojorskim Queensie, niedaleko nas przy pewnej uroczej ulicy stał ogromny, przerażający, czarno-szary dom. Wznosił się za torami Long Island Rail Road, które jak gdyby przecinały moje osiedle na pół. Po naszej stronie torów większość mieszkańców stanowili biedacy – królowały tu ciasno zbite, małe, sprawiające wrażenie bardzo zmęczonych dom­ki, chociaż niektóre miały zadbane trawniki i wypielęgnowane rabatki; inne ogródki przypominały mój, czyli były kompletnie zarośnięte. Mieszkali tu głównie czarni proletariusze, pracownicy poczty i transportu publicznego, pochodzący z Południa, którzy z gęsto zaludnionych i ponurych dzielnic, jak Brooklyn, Harlem i Bronx, przenieśli się w relatywny spokój Queensu. Stanowiliśmy paczkę dumnych z siebie gości. Coś osiągnęliśmy. Żyliśmy w amerykańskim śnie.

Druga strona torów należała do przedstawicieli tak zwanego high life’u. Wielkie, bogate domy z bujnymi trawnikami i długie, błyszczące cadillaki, sunące po gładkich jezdniach milczących ulic. Gigantyczny kościół, cały ze szkła, piękny park i połyskliwa, nowiuteńka jadłodajnia Steak N Take prowadzona przez członków organizacji Naród Islamu, w weekendy czynna całą dobę. Nawiasem mówiąc, chłopaków z Narodu Islamu wszyscy w mojej dzielnicy bali się wtedy jak diabli. Nawet najgorszy, najbardziej zdesperowany narkoman nie ośmieliłby się zakraść do Steak N Take i wyciągnąć spluwy. Byłby trupem, nim dobiegłby do drzwi. Wielu muzułmanów z Narodu pracujących w Steak N Take było po wyrokach; poważni, ale jednocześnie luzaccy faceci w czystych białych koszulach i muchach ostrzegali klientów przed szkodliwością wieprzowiny i serwowali im tyle steków z serem, ile dusza zapragnie. Interes szedł znakomicie. A w okolicy mieszkali celebryci, którzy kupili tu domy: Roy Campanella, Lena Horne, Count Basie, Ella Fitzgerald, Fats Waller, Milt Hinton. Same gwiazdy. Ludzie wielkiego sukcesu.

Nikt z nich nie mieszkał jednak przy Murdock Avenue w tym wielkim, groźnie wyglądającym domu z powojami wspinającymi się na spiralny dach, z fosą przecinającą obmurowany strumyczek, z podświetlanym w Boże Narodzenie czarnym Świętym Mikołajem i z czarną markizą zwieszającą się znad drzwi wejściowych jak fantazyjna fryzura.

Żaden z nich nie był Jamesem Brownem.

Stawaliśmy przed jego domem i marzyliśmy, ja i mój najlepszy kumpel Billy Smith. Czasami zbierał się nas tam cały tłum: dzieciaki z mojego osiedla i z innych dzielnic. Był wśród nich pewien chłopak z Hollis, nazywał się Al Sharpton, ale w tamtych czasach jeszcze go nie znałem. Billy przeprowadził się z mojej strony torów do domu sąsiadującego z posiadłością Browna, a ja w lecie samotnie przechodziłem przez dość niebezpieczną Long Island Rail Road tylko po to, żeby się z nim spotkać. Pałętaliśmy się więc przed tym groźnym, czarno-szarym domem przypominającym zamek, czasem całymi dniami, czekając na „ojca chrzestnego muzyki soul”. Niekiedy towarzyszyli nam chłopcy z paczki Billy’ego: Beanie, Buckie, Pig, Marvin, Emmitt i Roy Benton, syn wielkiego wokalisty Brooka Bentona, który mieszkał po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko Browna. Przyjeżdżała tu młodzież z całego miasta, z South Jamaica, Hollis i Far Rockaway. Plotka głosiła – i żyła całymi latami – że Brown wymyka się z domu wieczorem, chodzi za róg do pobliskiego Addisleigh Park, siada, gada z dzieciakami i jeśli obiecają mu, że skończą szkołę, po prostu daje im pieniądze, dwudziesto- i pięćdziesięciodolarówki.

Chodziliśmy do parku i czekaliśmy. Miesiącami, przez całe lato, całą zimę, gotowi złożyć mu taką obietnicę. Nie przyszedł ani razu.

Nie znałem z mojej okolicy nikogo, kto naprawdę spotkał tego wielkiego człowieka, aż wreszcie któregoś popołudnia moja jedenastoletnia siostra Dotty wpadła bez tchu do domu, cała spocona, i zaczęła krzyczeć:

– O mój Boże! O mój Boże! Nie uwierzycie! O mój Booooże! Heeeleeeen!

Przybiegła Helen, starsza od Dotty, w tamtych czasach jej idolka, a reszta rodziny zebrała się wokół nich. Minęło kilka minut, zanim Dotty się uspokoiła. W końcu z szybkością karabinu maszynowego opowiedziała, co zaszło.

Razem ze swoją najlepszą koleżanką Shelly Cleveland przeszła przez tory, żeby po szkole pokręcić się trochę przed domem ­Jamesa Browna, jak wszystkie dzieci. Oczywiście nie wyszedł. Ale po południu Dotty i Shelly postanowiły zrobić coś, czego nie zrobił, a nawet o czym nie pomyślał jeszcze nikt w mojej dzielnicy, żaden dzieciak z Nowego Jorku – ba, żaden dzieciak na świecie, o ile jako ośmiolatek mogłem cokolwiek wiedzieć na ten temat.

Podeszły do drzwi domu muzyka i zapukały.

Otworzyła im biała pokojówka.

– Czego chcecie? – spytała.

– Czy możemy porozmawiać z panem Brownem? – spytała Dotty.

– Chwileczkę – odparła pokojówka i zniknęła.

Kilka minut później w progu stanął James Brown w otoczeniu dwóch białych kobiet, jednej uczepionej jego lewego ramienia, a drugiej prawego. Obie były ubrane zgodnie z ówczesną modą i nawet nosiły popularne w latach sześćdziesiątych koki.

Dotty i Shelly o mało nie zemdlały. „Ojciec chrzestny muzyki soul” wydawał się mile połechtany. Przywitał się z nimi serdecznie.

– Jak masz na imie? – zwrócił się do Dotty.

– Dotty…

– Ucz sie, Dotty. Nie bondź głupia!

Uścisnął jej rękę, uścisnął też dłoń Shelly i dziewczynki uciekły.

Słuchaliśmy opowiadania mojej siostry z zapartym tchem. Wydawało się niewiarygodne. Nawet mama była pod wrażeniem.

– Widzicie? – warknęła. – Słuchajcie Jamesa Browna. Uczcie się!

Ale kogo mogło obchodzić to, co mówiła mama. Ważne było co innego – że te słowa wypowiedział James Brown! Dotty została gwiazdą. Zawsze była totalną fanatyczką autora I Feel Good, ale w domu z dwanaściorgiem dzieci, gdzie brakowało jedzenia, a jeszcze bardziej opieki rodzicielskiej, i gdzie najnowszy singiel ­Browna był czymś w rodzaju Świętego Graala, z dziewczynki stojącej ­nisko w rodzinnej hierarchii Dotty zmieniła się w kogoś o specjalnym statusie – w ambasadorkę sławy, wybraną przedstawicielkę naszego plemienia, kogoś w rodzaju żołnierza mafii, czyli jej pełnoprawnego członka. Innymi słowy, stała się ważniaczką, mającą status celebrytki.

Jej sława przetrwała wiele miesięcy. W chłodne zimowe wieczory Dotty wychodziła na środek przeraźliwie zimnego salonu i odgrywała tę scenę; nie mieliśmy wtedy co jeść ani gdzie się podziać, choć nawet gdyby było dokąd pójść, to brakowałoby nam na to pieniędzy.

– On jest strasznie mały – mówiła. – To znaczy niskiego wzrostu. – Potem podskakiwała, odgarniała włosy do tyłu jak James Brown, wysuwała dolną szczękę i wykrzykiwała z południowym akcentem: „Ucz sie, Dot-tay! Nie bondź głupia! Ha!”. A my ryczeliśmy z radości. Goście, sąsiedzi, nawet mój gburowaty ojczym i poważni znajomi z kościoła prosili moją siostrę, żeby im przypominała tę historię, a Dotty spełniała ich prośby, z najdrobniejszymi detalami opowiadając o tym, jak to „najciężej pracujący facet w show-biznesie”, sam Mr. Dynamite, stanął w drzwiach swojego domu i powiedział do niej bez ogródek: „Ucz sie, Dot-tay!”. Gderliwi staruszkowie z kościoła słuchali mojej siostry i kiwali głowami z surową aprobatą. James Brown miał słuszność. „Ucz sie, Dotty, ucz”.

Przyglądałem się temu wszystkiemu w ponurym milczeniu. Moja nędzna siostrzyca wyprzedziła mnie w wyścigu po ten cukierek. To ona ucałowała czarny kamień. Poznała Jamesa Browna. Przez długie lata byłem o to zazdrosny.

W życiu każdego mężczyzny i każdej kobiety jest jakaś piosenka, a jeśli macie szczęście, to udaje się ją wam zapamiętać. Piosenkę z twojego ślubu, piosenkę towarzyszącą twojej pierwszej miłości, piosenkę twojego dzieciństwa. Dla Afroamerykanów piosenka naszego życia, piosenka całej naszej historii ucieleśnia się w biografii Jamesa Browna.

Brown jest niewątpliwie jednym z najsławniejszych Afroame­rykanów na świecie i zapewne najbardziej wpływowym Afroamery­kaninem w dziejach muzyki pop. Jego zdjęcia wiszą na ścianach afrykańskich domów i chat, których mieszkańcy nie wiedzą nawet, jak zarabiał na życie. Odcisnął swoje piętno w Europie Zachodniej, w Azji, na Dalekim Wschodzie. Jego taniec, język, muzyka, styl, pionierski funk i niezwykły sposób mówienia wniknęły w amerykańską świadomość tak głęboko, jak aktywność sławnych działaczy ruchu praw człowieka w rodzaju Martina Luthera Kinga czy Malcolma X albo sportowców takich jak Muhammad Ali czy Michael Jordan. Brown pozostaje także prawdopodobnie najbardziej niezrozumianym i najbardziej fałszywie przedstawianym Afroamerykaninem ostatnich trzech stuleci, choć moim zdaniem jest to postać niemal równie ważna i wpływowa, jeśli chodzi o społeczne dzieje Ameryki, jak, powiedzmy, Harriet Tubman czy Frederick Douglass. Kiedy w 2006 roku kondukt pogrzebowy Browna sunął powoli przez Harlem, z salonów fryzjerskich wybiegali mężczyźni z twarzami wysmarowanymi pianką do golenia, dzieci nie poszły do szkoły, a staruszkowie nie ukrywali łez. Publiczność z Apollo Theater ustawiła się w szeregu wzdłuż ulicy na długości pięciu przecznic między 125th a 130th Street – przyszły tysiące ludzi. Cała czarna Ameryka przyklękła i pochyliła głowę. Sam król popu ­Michael Jackson przyleciał do Augusty na pogrzeb, jak gdyby jeden król chciał ukoronować drugiego. Czarni Amerykanie uwielbiali też Michaela, który był dzieckiem murzyńskiej Ameryki, porzuconym, zapomnianym, a potem znowu zaadoptowanym, znajdował się na szczycie i na dnie, i chociaż trudno było powiedzieć, czy był czarny, czy biały, nikt nie miał wątpliwości, kto to jest James Brown. Bo Brown był naszą duszą. Był niewątpliwie czarny. Niewątpliwie dumny. I niewątpliwie był mężczyzną. Był także autentyczny i zabawny. Wydawał się nam takim wujkiem z Południa, który przychodzi w gości, upija się, wyjmuje sztuczną szczękę, robi wam wstyd na oczach przyjaciół, a potem stęka: „Ucz sie!”. Ale i tak go kochacie. I wiecie, że on tę waszą miłość odwzajemnia.

To jednak nie wszystko – i dopiero tutaj historia nabiera rumieńców. Bo w czasie swojej trwającej czterdzieści pięć lat kariery James Brown sprzedał ponad dwieście milionów płyt, nagrał trzysta dwadzieścia jeden krążków, z których szesnaście trafiło na szczyty list przebojów, napisał osiemset trzydzieści dwie piosenki i został uhonorowany czterdziestoma pięcioma złotymi płytami. Zrewolucjonizował muzykę amerykańską i jako pierwszy wprowadził jazz do popowego funku; był także pierwszym autorem płyty „live”, która zajęła pierwsze miejsce na listach przebojów. Mało tego, stworzył również kilka gatunków muzycznych, które dziś uwzględniają na swoich łamach „Billboard”, „Variety”, „Down­beat” i „Rolling Stone”. Śpiewał z każdym, od Afriki Bambaaty, twórcy hip-hopu, przez Pavarottiego po pionierskiego aranżera jazzowego Olivera Nelsona. Jego zespół był rewolucyjny – składał się z wybitnych muzyków i wokalistów, należących do najlepszych wykonawców muzyki popularnej, jakich wydał nasz kraj. Sceniczny popis Browna, który poprzedzał występ Rolling Stonesów na koncercie T.A.M.I. w Santa Monica w 1964 roku, okazał się tak fantastyczny, że Keith Richards przyznał później, że decyzja, by grać po Jamesie Brownie, była najgorszym pomysłem w karierze jego formacji. Mimo to Brown za życia ani razu nie znalazł się na okładce „Rolling Stone”. Dla świata muzycznego był jakby dziwną naroślą, kimś w rodzaju cudaka, wielkiego głazu na drodze, którego nie można było ominąć, błaznem, czarną owcą. Wybitny talent. Wielki tancerz. Prawdziwy showman. Lubił się śmiać. Narkoman i rozrabiaka, który do przesady dbał o włosy i zęby. Nie umiał nie sprawiać kłopotów. Facet po prostu nie do opisania.

Dlaczego? Bo był dzieckiem tej zagadkowej krainy: amerykańskiego Południa.

Nic w Stanach Zjednoczonych nie może się równać z Południem: nie ma w tym kraju miejsca, które trudniej byłoby w pełni zrozumieć czy ogarnąć. Żadna książka nie jest w stanie przybliżyć czytelnikom naszego bohatera, Brown bowiem pochodzi z ziem, których nie umie objaśnić żadna literatura, ukształtowanych przez historię niewolnictwa, ucisku i najrozmaitszych nieporozumień, dlatego ich autodefinicja opiera się prostym wytłumaczeniom i nie przyjmuje żadnych znaczeń, jakimi można próbować je opatrzyć. Południe to po prostu zagadka. Jest niczym staroświecka, wierna żona, gospodyni domowa, która przez czterdzieści lat patrzyła, jak mąż spędza niedzielne popołudnia rozwalony na kanapie, oglądając mecz, i która w końcu wypala: „Nigdy nie lubiłam twojego taty”, wyciąga nóż i raz na zawsze kończy sezon futbolowy małżonka. Już samo usiłowanie zbliżenia się do motywów rozumowania stojącego za takim zachowaniem przypomina próbę dotknięcia słońca nieosłoniętą dłonią: to zawracanie głowy. Nie da się zrozumieć Browna, jeśli się nie zrozumie, że kraina, która go wydała, to kraina masek. Zamieszkujący ją ludzie, zarówno biali, jak i czarni, noszą maski, a ponadto maski na tych maskach oraz maski, które wkładają pod te maski. To tricksterzy, proteusze, iluzjoniści i cyrkowi naganiacze, którzy na twoich oczach potrafią się zmienić w porządnych, kochanych chłopaków, w szacownych prawników, dobrze wychowanych ludzi z towarzystwa, genialnych uczonych, wielkich muzyków, twórców historii i sobowtórów pisarki Mai Angelou, powtarzających, że wszystko będzie dobrze – choć nic nie będzie dobrze. Ta kraina mirażu wydaje wyjątkowe talenty i gwiazdy cieszące się powszechną popularnością – jaśniejącym przykładem niech będzie Oprah Winfrey. Tę ziemię zaludniają całe legiony duchów – unoszą się i górują nad nią z taką samą wytrwałością i elektryczną siłą, jaka napędzała niewielką armię będących w mniejszości liczebnej i gorzej uzbrojonych, ubogich białych żołnierzy, przez trzy lata spuszczających wpierdol unionistycznej armii Północy w czasie wojny domowej sprzed półtora wieku.

Południe omal jej nie wygrało, chociaż chyba powinno było zwyciężyć, bo mieszkańcy południowych stanów Ameryki potrafią grać i udawać z niezrównaną genialnością. Skrywają się pod płaszczykiem uprzejmości i uniżoności, który tylko nieznacznie odsłania tkwiącą w nich siłę. Są jak kameleony, pogwizdują Dixie, udają powolnych, zachowują się niewinnie i fajtłapowato. Ale za tym niby pełnym naiwnego zdziwienia kamuflażem, za czołobitnością, za tradycyjnymi w tych stronach ciastkami Moon Pie, papierosami, pogawędkami o uwielbianej na Południu drużynie futbolowej Alabama Crimson Tide i głośnymi nawoływaniami do Pana Boga kryje się niewidoczna dłoń, którą południowcy zaciskają za swoimi plecami w sękatą, wybuchową pięść, gotową do zadania potężnego ciosu. Jeżeli się wysuwa w twoim kierunku, to lepiej zejdź jej z drogi, bo inaczej już do końca życia najprawdopodobniej będziesz jeść tylko przez słomkę.

Nikt nie jest świadom siły mieszkańców amerykańskiego Południa bardziej niż żyjący wśród nich czarni. Stare porzekadło niewolników mówi: „Rób, co chcesz, ale nic nie rób”, a ich potomkowie są ekspertami w tej dziedzinie. Robią wszystko, co należy zrobić, mówią wszystko, co trzeba, a potem biegną do wyjścia, żeby uniknąć niesprawiedliwości białego, która, są tego pewni, w pewnym momencie spadnie na nich jak deszcz. Brown, który wychowywał się w rozbitej rodzinie i przed ukończeniem osiemnastego roku życia spędził trzy lata w poprawczaku, był specjalistą od unikania nikczemności białych. Miał za sobą lata praktyki: maskował się, zamykał, odgradzał, ryglował, obwieszał pokoje lustrami, montował fałszywe drzwi i ruchome deski podłogowe, by złapać w pułapkę intruzów, którzy dopytywali się o to, co w nim siedzi. W podobny sposób obchodził się z pieniędzmi. Od czasów, kiedy jako chłopiec kupił sobie piłkę i kij bejsbolowy za pieniądze zarobione na tańczeniu i czyszczeniu butów kolorowym żołnierzom w pobliskim Fort Gordon, trzymał forsę pod ręką. Kiedy już zdobył sławę, zbudował w swoim domu sekretny pokój na gotówkę. Chował też pieniądze w pokojach dalekich hoteli, nosił przy sobie w teczce dziesiątki, a nawet setki tysięcy dolarów, a w portfelu całe pliki czeków. Zawsze i wszędzie miał jakieś tylne drzwi, ukryte wyjście, drogę ucieczki, bo za oknami swojego życia, które pozabijał deskami, strach „ojca chrzestnego muzyki soul”, że wszystko straci, był przytłaczający, potrafił go zdominować i przymuszał do popełniania całego szeregu szaleństw. Pewnego razu zapytałem jego menedżera Charlesa Bobbita, który przez czterdzieści jeden lat poznał Jamesa Browna lepiej niż ktokolwiek na świecie, co Brown naprawdę myślał w duchu o białych.

Bobbit zamilkł wtedy na chwilę, spojrzał na swoje dłonie, a potem odpowiedział krótko:

– Bał się ich.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2018

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Załatw publikę i spadaj Ptak dobrego Boga 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana