Trud i cierpienie

Trud i cierpienie

Autorzy: David Weber

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.94 zł

SZÓSTY TOM CYKLU „SCHRONIENIE”

Wojna domowa z religijnymi fanatykami, głód i chaos – jak zapobiec upadkowi republiki?

Kościół Boga Oczekiwanego panował niepodzielnie nad wszystkimi domenami Schronienia. Po wielu stuleciach zastoju wyspiarskie królestwo Charisu zaczęło kwestionować edykty Kościoła Matki – zachęcane do tego przez tajemniczego mnicha-wojownika Merlina Athrawesa.

Ogłoszenie przez Charis deklaracji niepodległości wywołuje krwawy konflikt, a Republika Siddarmarku pogrąża się w chaosie. Bunt przeciw Lordowi Protektorowi doprowadza do wojny domowej.

Cesarz Cayleb z Charisu, jego żona Sharleyan i zaufany Merlin Athrawes próbują ocalić dawną republikę od głodu, posyłając z transportami żywności kolejne oddziały wojska, mające pokonać „ochotników” przybywających do Siddarmarku z sąsiednich Ziem Świątynnych.

Sytuacja wewnątrz Świątyni jest równie skomplikowana. Z jednej strony buntowników wychwala się za twardą postawę wobec schizmy, z drugiej podnosi się coraz więcej głosów krytyki ze strony tych, którzy pamiętają, że istnienie Kościoła Matki zależy w dużym stopniu od danin pobieranych w bogatej ongiś republice… i którzy zaczynają się zastanawiać, do czego doprowadzi głód panujący na tamtych ziemiach.

David Weber to jedna z największych gwiazd światowej fantastyki, znany przede wszystkim z doskonałych cykli militarnej SF (HONOR HARRINGTON, STARFIRE) i rewelacyjnej space opery SCHRONIENIE. Łączny nakład jego książek przekroczył już 7 milionów egzemplarzy, aż 22 tytuły trafiły na listę bestsellerów „New York Timesa”.

David Weber

Trud i cierpienie

Przełożył Robert J. Szmidt

Dom Wydawniczy REBIS

W cyklu SCHRONIENIE dotychczas ukazały się:

Rafa Armagedonu

Schizmą rozdarci

Herezją naznaczeni

Potężna forteca

Fundamenty wiary

Trud i cierpienie

Niczym potężna armia

Fundamenty piekła drżą

Jak zwykle dla Sharon

za to, że jest sobą.

Kocham Cię, mała.

MARZEC

ROKU PAŃSKIEGO 896

.I.

Góry Szare

Glacierheart

Republika Siddarmarku

Biała kurtyna unosiła się w czystym mroźnym powietrzu, tańcząc na lodowatym wietrze chłoszczącym grubą pokrywę śnieżną naznaczoną sinymi długimi cieniami szczytów.

Znajdujący się o milę niżej niż najwyższe wierzchołki Wahlys Mahkhom, urodzony i wychowany w Górach Szarych, w przeciwieństwie do naiwnych laików doskonale wiedział, że ta pokrywa nie jest ani tak solidna, ani tak bezpieczna, na jaką wygląda. I właśnie ta wynikająca z doświadczenia wiedza sprawiała, że jego spojrzenie za przydymionymi szkłami gogli śnieżnych było ostre i pełne nienawiści. W odruchu solidarności nawet żołądek Wahlysa zaburczał gniewnie na ten widok. Choć mężczyzna przywykł do zimowych warunków w tych górach i choć miał na sobie podbijaną futrem parkę i ciepłe rękawice, wciąż czuł kąsające zimno zakradające się podstępnie do jego mięśni i kości. Tutaj wystarczył moment nieuwagi, aby człowiek zamarzł na śmierć, nawet gdy pogoda dopisywała, czego tym razem zdecydowanie nie dało się powiedzieć. Zimowa aura wysysała energię z każdej żywej istoty, niewiele się pod tym względem różniąc od demonów Shan-wei, a na domiar złego pożywienia było nawet mniej niż w najgorszych wspomnieniach Wahlysa. Prowincja Glacierheart, znana ze stromych kamienistych zboczy i nieurodzajnych pól, nigdy nie dawała obfitych plonów, jednakże zazwyczaj spichrze zawierały dość, aby w razie potrzeby mógł się w nich poratować myśliwy taki jak Wahlys. Nie tego roku jednak. Tego roku wszystkie spichrze spłonęły – podpalone najpierw przez jedną stronę, a potem przez drugą w odwecie – wszystkie pola zaś przykryła głęboka warstwa śniegu, zupełnie jakby sam Bóg postanowił ukarać na równi winnych i niewinnych. Wahlys Mahkhom wbrew sobie nieraz się zastanawiał, czy tę zimę przeżyje ktokolwiek, kto będzie w stanie przystąpić do siewów, kiedy – i o ile – zejdą śniegi.

Zęby Wahlysa prawie się rozdzwoniły jak kastaniety jakiejś tancerki z nizin, na co mężczyzna prędko poprawił szalik, który udziergała mu przed wielu laty matka. Choć zrobiło mu się cieplej, jego wzrok stał się jeszcze ostrzejszy i chłodniejszy nawet od otaczającego go powietrza. Dotyk szalika bowiem przypomniał mu, dlaczego jego matka już nigdy niczego nie wydzierga.

Uniósł ostrożnie głowę, raz jeszcze rozglądając się wokół badawczo. Jednakże jego towarzysze byli nie mniej od niego zaprawieni w bojach z górami i zimnem i tak jak on schronili się pod białymi baldachimami prześcieradeł, które ze sobą zabrali. Widząc to, Wahlys wyszczerzył z zadowolenia bliskie dzwonienia zęby. Wędrówka w rakietach śnieżnych do miejsca, w którym się znajdowali, była niezwykle wyczerpująca, czemu nie należało się specjalnie dziwić, skoro musieli znacząco ograniczyć racje żywnościowe. Oczywiście wiedzieli, jak to się skończy, któż by jednak zabrał sute zapasy, patrząc w oczy zabiedzonego dziecka, któremu groziła śmierć głodowa. Wahlys Mahkhom nie znał takiego człowieka – przynajmniej na razie – i wolałby nigdy nie poznać.

Umościł się na powrót w swoim zagłębieniu w ziemi, wykorzystując śnieg jako materiał izolacyjny, i podjął obserwację górskiego szlaku wijącego się w dole niczym wąż z przetrąconym kręgosłupem. Wahlys i jego ludzie czekali cierpliwie od półtora dnia, lecz gdyby oczekiwanie miało się jeszcze przeciągnąć, musieliby pewnie porzucić swoje kryjówki i zapomnieć o tym zadaniu. Ta myśl sprawiła, że Wahlysa ogarnął płomień wściekłości walczący o lepsze z lodowatym mrozem otoczenia. Zdołał jednak stłumić rodzący się w nim gniew, doskonale wiedząc, że upartość i gorącokrwistość przyczyniły się do śmierci nazbyt dużej liczby dobrych ludzi – a on nie chciał umrzeć w taki głupi sposób, zwłaszcza że sam powinien jeszcze wysłać na drugi świat niemało osób.

Nie miał pojęcia, jaka jest dokładnie temperatura, chociaż na Schronieniu – za sprawą archaniołów – od dawna były już znane bardzo czułe termometry. Zresztą wcale nie musiał tego wiedzieć. Podobnie jak do niczego nie była mu potrzebna wiedza na temat tego, że znajduje się na wysokości dziewięciu tysięcy stóp nad poziomem morza na planecie o nachyleniu osi o jedenaście stopni większym niż w wypadku Ziemi, o której nigdy nawet nie słyszał. Dość mu było wiedzieć, że wystarczy moment nieuwagi, by…

Urwał myśl w połowie, gdy tylko dostrzegł jakieś poruszenie. Wytężył wzrok i wstrzymał oddech, kiedy ruch się powtórzył. Odległość była spora, a do tego na oflankowanym wysokimi skałami szlaku panował półmrok, lecz tłumiona wściekłość jakimś cudem wyostrzyła mu zmysły, tak że Wahlys postrzegał wszystko jasno i wyraźnie, analizując to, co zobaczył, z chłodem nawet większym niż ten w otaczającym go górskim powietrzu.

Gdzie przedtem spostrzegł tylko ruch, w końcu pojawił się szereg odzianych na biało postaci przedzierających się przez śnieg w rakietach tego samego typu, jakiego używał Wahlys ze swoimi ludźmi. Co najmniej połowa postaci uginała się pod brzemieniem plecaków, nie licząc pół tuzina sań ciągnionych przez śnieżne jaszczury. Wahlysowi na widok sań zalśniły oczy: koniec końców ich informacje okazały się prawdziwe!

Nie musiał szukać wzrokiem swoich towarzyszy zakopanych w śniegu wokół niego ani wypatrywać czujek ukrytych w gąszczu zimozielonych drzew jakieś pół mili dalej przy szlaku. Był świadom, że wszyscy jego ludzie czekają w pogotowiu i że żaden ani na moment nie stracił koncentracji. Ci niecierpliwi i nieostrożni zdążyli do tej pory zginąć, natomiast ci, którzy przeżyli, wzbogacili swoje niemałe doświadczenie tropicieli i myśliwych. I podobnie jak Wahlys mieli zbyt dużo do zrobienia, aby pozwolić sobie na nieopatrzną śmierć.

Żaden mieszkaniec Glacierheart nie dysponował bronią palną używaną na nizinach. Nawet gdyby któregoś było stać na zakup takiej broni, nie miałby z niej większego pożytku, ponieważ proch i kule też kosztowały sporo. Dla tubylców nawet zwykły arbalest o stalowej cięciwie był za drogi – jego koszt równał się dwumiesięcznym poborom przodkowego górnika. Aczkolwiek taki arbalest – gdyby używać go zgodnie z przeznaczeniem – mógł posłużyć wielu pokoleniom strzelców. Wahlys był w posiadaniu jednego egzemplarza, odziedziczonego po ojcu, który z kolei dostał kuszę w spadku po swoim dziadzie. Bełty do niej nie stanowiły problemu, gdyż zmyślny mężczyzna potrafił je robić sam. Wahlys przetoczył się na plecy pod osłoną baldachimu, zdjął wierzchnie rękawice i zaparł łuczysko kuszy o stopy, równocześnie naciągając za pomocą kołowrotu stalową cięciwę dłońmi w samych spodnich rękawiczkach. Nie śpieszył się, bo też nic go nie goniło. Szereg biało odzianych mężczyzn z saniami dotrze tu dopiero za kwadrans. Wahlys wolał przygotować broń na spokojnie, jakkolwiek nieporadne mogłoby się to wydawać komuś z zewnątrz, zamiast ryzykować, że w czystym górskim powietrzu zdradzi swoją pozycję i tym samym ostrzeże wroga przed niebezpieczeństwem.

Gdy uznał, że wystarczy już naciągania, upewnił się, że cięciwa jest zabezpieczona, po czym odpiął kołowrót i przetoczył się z powrotem na brzuch, umieszczając zakończony kanciasto bełt na swoim miejscu. Dopiero wtedy przybrał pozycję strzelecką, przyłożył oko do celownika i zamarł w oczekiwaniu, nie spuszczając wzroku ze szlaku, po którym poruszały się z mozołem postacie w bieli. W piersi czuł chłód nie mniejszy niż ten, który go otaczał.

Przelotnie na powierzchnię jego świadomości wypłynęły myśli, jakie mogły zaprzątać jego głowę zaledwie przed trzema czy czterema miesiącami, kiedy wciąż był tylko zwykłym myśliwym. Przez moment czuł przerażenie na myśl o tym, co niebawem się wydarzy tu wysoko w górach. Jakąś częścią swego jestestwa Wahlys Mahkhom zdawał sobie sprawę – sam będąc mężem i ojcem – że postaci w bieli również mają rodziny, które rozpaczliwie potrzebują żywności wiezionej na saniach ciągnionych przez śnieżne jaszczury, a tamte niczym się nie różnią od rodzin pozostawionych przez niego i jego ludzi w szałasach i chatach naprędce skleconych po tym, jak ich wioska poszła z dymem. Wahlys Mahkhom pamiętał, co to głód i co to choroba, i wiedział, że śmierć zwietrzy osierocone kobiety i dzieci, zanim ten dzień dobiegnie końca. Ale świadomie nie dopuszczał takich myśli do siebie, ponieważ jego pozostała część – większa część – miała ważne zadanie do wykonania.

W końcu szereg postaci w bieli dotarł do miejsca, gdzie rosła samotna sosna będąca idealnym punktem obserwacyjnym. Pod oszronioną i najeżoną igiełkami lodu maską chroniącą twarz Wahlysa zrodził się szeroki uśmiech, który wkrótce zaczął przypominać wyszczerzony pysk jaszczurodrapa. Odczekał jedno uderzenie serca więcej, po czym zwolnił cięciwę, posyłając – złocisty w blasku słońca – śmiercionośny bełt prosto w mroźne zimowe powietrze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Cykl Schronienie

Dedykacja

Mapy

MARZEC ROKU PAŃSKIEGO 896

.I.

.II.

.III.

.IV.

.V.

.VI.

.VII.

KWIECIEŃ ROKU PAŃSKIEGO 896

.I.

.II.

.III.

.IV.

.V.

.VI.

.VII.

.VIII.

.IX.

.X.

.XI.

.XII.

.XIII.

.XIV.

.XV.

.XVI.

.XVII.

.XVIII.

.XIX.

.XX.

.XXI.

.XXII.

MAJ ROKU PAŃSKIEGO 896

.I.

.II.

.III.

.IV.

.V.

.VI.

.VII.

.VIII.

.IX.

.X.

.XI.

.XII.

.XIII.

.XIV.

.XV.

CZERWIEC ROKU PAŃSKIEGO 896

.I.

.II.

.III.

.IV.

.V.

.VI.

.VII.

.VIII.

.IX.

.X.

.XI.

.XII.

.XIII.

LIPIEC ROKU PAŃSKIEGO 896

.I.

.II.

.III.

.IV.

.V.

.VI.

.VII.

.VIII.

.IX.

.X.

.XI.

Postacie

Glosariusz

Informacja dotycząca miar czasu na Schronieniu

Kościół Boga Oczekiwanego

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Midst Toil and Tribulation

Text copyright © 2012 by David Weber

Published by arrangement with Tom Doherty Associates, LLC.

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2014

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Julianna Kowal

Mapy: Ellisa Mitchell

Projekt i opracowanie graficzne serii i okładki: AFISZ Jacek Pietrzyński

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Trud i cierpienie, wyd. I, Poznań 2014)

ISBN 978-83-8062-897-7

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Misja Honor Fundamenty piekła drżą Bitwa o Torch Niczym potężna armia Zarzewie wojny Trud i cierpienie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów