Droga uważności

Droga uważności

Autorzy: Piotr Modo

Wydawnictwo: Autorskie

Kategorie: Edukacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 22.74 zł

Autor książki (Piotr Modo) – mąż, ojciec, dziadek. Miłośnik tenisa, wyścigów samochodowych i podróży (odwiedził blisko sto krajów). Przez większość życia realizował się z dużym sukcesem jako biznesmen. Między innymi kierował spółką z listy stu największych polskich przedsiębiorstw publikowanej w prestiżowym tygodniku. Zarządzanie i tworzenie firm przez wiele lat było jego największą pasją. W pewnym momencie życia, kiedy był już na szczycie, co w powszechnym przekonaniu powinno wyzwalać uczucie szczęścia, Piotr poczuł wewnętrzny niedosyt. Zrozumiał, że sukces zawodowy i dobra materialne to nie wszystko. Wtedy to właśnie spotkał na swojej drodze coacha, mentora, który skierował jego uwagę na inne wartości. Podobnie jak dawniej z dużym zaangażowaniem i konsekwencją studiował zasady skutecznego prowadzenia biznesu, tak teraz zaczął zgłębiać zagadnienia z zakresu rozwoju osobistego i duchowego. Przeczytał wiele książek, pytał, dociekał. I tak zaczął osiągać sukces, ale tym razem w świecie wewnętrznym: miejsce potrzeby organizowania i kontrolowania pojawiła się akceptacja. Coraz częściej odczuwał, że robi to, co powinien. Stan flow, o którym wcześniej tylko czytał, stał się jego udziałem. Od tej chwili zmieniły się jego priorytety, a życie przybrało zupełnie inny wymiar. Niniejsza książka to relacja z przebytej przez niego drogi. Krok po kroku opisuje etapy swoich wewnętrznych przemian. To doskonały przewodnik dla tych, którzy coraz częściej odczuwają, że to nie sukces zawodowy gwarantuje im szczęście. Dla tych, którzy czują niedosyt, ale jeszcze nie wiedzą, jak wejść na drogę przemiany. W tej książce znajduje się wiele prawd, których stosowanie prowadzi do osiągnięcia wewnętrznego spokoju, przyjaźni ze światem i odczuwania miłości do wszystkich ludzi.

Piotr Modo

Droga uważności

2017

© Piotr Modo, 2017

Zdjęcie na okładce:

Piotr Modo

Korekta, skład i łamanie, projekt okładki oraz druk:

Studio ANATTA

Wydanie I e-book

ISBN 978-83-949972-0-5

Wydawca:

Anatta sp. z o.o.

Mojej żonie i trenerowi z wdzięcznością

Przedmowa

Najpierw w roli coacha, mentora, a następnie przyjaciela było mi dane towarzyszyć Piotrowi zarówno w procesie kształtowania się jego świadomości, jak również potem, w czasie powstawania tej książki, która opisuje tę trudną drogę.

Moim zdaniem poczucie prawdziwej satysfakcji i szczęścia pojawia się w dwóch przypadkach. Kiedy sami po długich poszukiwaniach odnajdujemy optymalną dla nas drogę życia oraz… kiedy odnajdują ją ci, którym wcześniej towarzyszyliśmy w ich poszukiwaniach. Piotr dostarczył mi naprawdę dużej dawki satysfakcji, za co jestem mu bardzo wdzięczny.

Istnieje jednak jeszcze jeden powód, dla którego czuję do niego wdzięczność. Z racji mojego zawodu mam kontakt z osobami, które często osiągnęły bardzo dużo, a które jednocześnie nie odczuwają życiowej satysfakcji. Żyją w niedosycie szczęścia, co wywołuje u nich niekiedy dotkliwy dyskomfort. Z racjonalnego punktu widzenia spełniają wszystkie warunki, które powszechnie traktowane są jako źródło-powód do odczuwania szczęścia, a mimo to nie doświadczają go. Osoby takie najczęściej wyposażone są w wysoki iloraz inteligencji i posiadają wiele dowodów potwierdzających ich życiową skuteczność. Kiedy pojawia się jakiś problem, potrafią podejmować nawet bardzo trudne decyzje, które prowadzą do sukcesu i potwierdzają ich wysokie, biznesowe kompetencje. Mimo to w ich życiu pojawia się dyskomfort, a różne próby i działania nie powodują jego zaniku. Niektórzy przypisują jego przyczynę najbliższemu otoczeniu, najczęściej relacjom partnerskim, co skutkuje narastającym kryzysem. Nawykowo i mocno skoncentrowana uwaga na zewnątrz nie pozwala im dostrzec naturalnych procesów, które zachodzą w nich samych. Nie rozumieją, że odczuwany przez nich dyskomfort to wezwanie do skierowania uwagi na swoje wnętrze, uczucia, emocje i myśli. Nie mają świadomości, że procesy te prowadzą do prawdziwego źródła szczęścia, które jest w każdym z nas, o czym od wieków mówią filozofowie, o czym mówi Biblia, a co współcześnie potwierdza psychologia.

Piotr jest jedną z takich osób, ale różni się tym, że udało mu się odnaleźć przyczynę swojego dyskomfortu. Dzięki ogromnemu wysiłkowi i konsekwencji oraz dzięki otwartości na wiedzę osiągnął taki poziom świadomości (zrozumienia), że dziś nie ma wątpliwości, gdzie tkwi prawdziwe źródło szczęścia. W niniejszej książce opisuje swoją drogę do tego źródła.

Było mi dane obserwować z bliska najtrudniejsze fazy tego procesu, kiedy Piotr musiał „zdjąć” uwagę ze świata zewnętrznego i przenieść ją na siebie. Kiedy zaczął dostrzegać, że to nie inni, nie okoliczności czy sytuacje stanowią pierwotne źródło jego uczuć i emocji, a on sam. Był to trudny etap, wymagający czasu, ale dzięki ogromnej determinacji w końcu poradził sobie z własnym ego, które uporczywie kierowało jego uwagę na świat zewnętrzny. To naprawdę wspaniałe uczucie móc obserwować z bliska taką przemianę. Piotr dał mi taką możliwość.

Niniejsza książka stanowi bardzo potrzebny dziś dowód na to, że skuteczne podjęcie się wewnętrznych przemian jest możliwe. Za to również jestem Piotrowi wdzięczny. Ponadto tekst ten może służyć za poradnik, gdyż krok po kroku Piotr opisuje w nim kolejne fazy procesu przemiany, trudności, jakie się w nim pojawiają, oraz efekty, jakie osiągnął w wyniku pracy na sobą.

Jestem przekonany, że książka ta będzie skutecznym wsparciem dla wszystkich tych, którzy nie znaleźli szczęścia w świecie zewnętrznym.

Szczęście nie jest tym, co masz, lecz tym, kim jesteś.

A jesteś już dokładnie tym, kim potrzebujesz być.

(Diogenes)

Józef Przemieniecki

Wstęp

Nie wszyscy jesteśmy zadowoleni z tego, co nas spotyka na co dzień. Raz jest lepiej, a raz gorzej. Wiele naszych oczekiwań się nie spełnia i miewamy gorsze chwile. Nieustannie pędzimy i nie do końca widzimy pozytywne tego efekty. Czasem nie wiemy, jaką decyzję podjąć, aby osiągnąć zamierzone cele. Mamy marzenia, ale nie realizujemy ich. Staramy się, ale nie zawsze docieramy do sukcesu. Patrzymy na osiągnięcia innych, ale nie umiemy im dorównać. Poza tym brakuje nam czasu i odczuwamy zmęczenie. Nie tak wyobrażaliśmy sobie naszą dorosłość. Odnosimy wrażenie, że czasem tylko cud sprawi, że wszystko potoczy się inaczej. Na edukację za późno, na radykalną zmianę trybu życia nas nie stać, a poza tym jesteśmy związani silnie z naszą rodziną. Partner też, okazuje się, nie spełnia naszych oczekiwań. Dzieci nie chcą nas słuchać. Lustro pokazuje kogoś, na kogo nie mamy ochoty codziennie patrzeć.

Jednak mimo to mamy swój osąd świata i wydaje nam się, że nasze myśli są OK. Że inni się mylą, ale nie my. Że tylko nas prześladuje pech i stąd nasze niepowodzenia. Nikt nie musi nam wskazywać, co z nami nie tak, bo my przecież dobrze znamy przyczyny naszych nieszczęść i sukcesów. To nasze życie i nasze problemy. Jesteśmy przekonani, że nasze rozwiązania są zawsze najlepsze. Potrafimy rozpoznać, co jest słuszne, a co nie. Nie potrzebujemy rady innych. Może i bywa ciężko, ale przecież w końcu zawsze jakoś radzimy sobie i w domu, i w pracy.

Niektórym z nas pomaga wiara w Boga. Wówczas w pełni akceptujemy nasz stosunek do niego. To jedyne, co akceptujemy, bo poza tym mamy nadzieję, że otaczający nas ludzie zmienią się, a to pozwoli nam na lepsze przeżywanie naszego ciężkiego życia. Ciągle też monitorujemy tę ich potencjalną przemianę i wysyłamy informacje o tym, co robią i mówią nie tak. I żyjemy sobie w nadziei, że doczekamy jeszcze szczęśliwszych chwil.

Może jednak warto wybić się z tego trybu i zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie jesteśmy w błędzie? Może jednak mylimy się i wcale nie mamy racji? Czy fakt, że nam się coś nie udaje, nie wiąże się przypadkiem z naszym sposobem postrzegania świata, naszymi myślami i w konsekwencji – naszymi działaniami? Czy warto iść przez życie tak jak do tej pory, skoro istnieje ryzyko, że nie rozumiemy, o co w tym wszystkim chodzi i jak powinniśmy postępować?

Opieramy nasze poglądy na tym, czego nas nauczono w domu, co przekazali nam nauczyciele, katecheci, koledzy, co sami wyczytaliśmy, zobaczyliśmy w telewizji, a dodatkowo zawierzamy naszym doświadczeniom. Co jednak, jeśli te źródła miały marną jakość? Nie wiemy, czy były najlepsze. Takie mieliśmy, innych nie znamy. Jeśli miały wątpliwą wartość, to czy po to się narodziliśmy, aby teraz cierpieć i czekać nie wiadomo jak długo na pozytywne zmiany?

Jakość naszego życia, podobnie jak i postrzeganie świata zależą wyłącznie od jednego – od naszych przekonań. Każdy ma inne, bowiem przechodziliśmy przez różne doświadczenia i dla każdego z nas inne wartości są najważniejsze. Jedna kobieta zakochuje się w napotkanym mężczyźnie, sądząc, że to ten wymarzony, jej właśnie przeznaczony. Jakiś mężczyzna związuje się z poderwaną kobietą w przeświadczeniu o najlepszym wyborze. Ktoś kocha naukę, ktoś sport albo religię. Dla innych ważniejsza jest nauka języków obcych lub zarządzanie firmą. Kochamy taniec, książki, filmy albo spacery, seks czy może jedzenie i podróże. Są pracoholicy i totalne lenie. Różnic znajdziemy tak wiele, że nie sposób ich wymienić. Nie ma dwóch identycznych osób, nie ma dwóch identycznych losów dwojga różnych ludzi. Od czego to zależy? Od naszych przekonań.

Rodzimy się z umysłem „czystym” jak komputerowy twardy dysk w fabryce. Co prawda dziedziczymy cechy genetyczne, ale niedawno naukowcy odkryli, że czasem nasz organizm potrafi je modyfikować. Określone cechy możemy też nabywać poprzez upodobnianie się do zachowań członków rodziny, poprzez modyfikację diety i naśladowanie czyjegoś stylu życia. Nasze środowisko przekazuje nam liczne informacje, na których fundamencie zdobywamy wiedzę o zasadach funkcjonowania świata. To na ich podstawie wyrabiamy sobie poglądy na temat tego, co dobre i złe. Co piękne, a co brzydkie. Co słuszne, a co naganne. Te przeświadczenia kształtują naszą ocenę, która nie zawsze jest zgodna z rzeczywistością. Tworzymy schematy w rodzaju: stary człowiek jest gorszy od młodego, Afroamerykanin to leń, dzieci nigdy nie mają racji, albo wierzymy, że Bóg istnieje lub że go nie ma.

Nasze wszystkie przekonania budujemy nieustannie podczas całego życia, jednak nasz charakter kształtuje się najmocniej w pierwszym jego okresie, tj. do siódmego roku. Późniejsze działania wynikają głównie z doświadczeń nabytych w tym przedziale czasu. Oczywiście przez całe życie mamy możliwość modyfikacji naszych ideologii i zakorzenionych przeświadczeń, ale każdą decyzję podejmujemy na podstawie zdobytej wiedzy oraz kierując się naszymi pragnieniami czy marzeniami. Jeżeli marzymy o tym, aby coś ważnego osiągnąć, jeżeli stoimy przed podjęciem jakiejś decyzji, to nasze dążenia zawsze będą zdeterminowane przez doświadczenia, zwłaszcza te z lat dziecięcych.

Każda nasza podjęta decyzja wynika z oceny, pragnienia, przekonania i doświadczenia. To my sami postanawiamy, czy pójdziemy w lewo, czy w prawo, czy upijemy się do nieprzytomności, czy udamy się do kościoła. Możemy opierać się na czyjejś podpowiedzi lub namowie, ale to od nas zależy, co uczynimy. Ktoś może nas do czegoś zmusić, ale nie zmieni naszych przekonań. W większości przypadków to my kierujemy tym, co dzieje się w każdej sekundzie. Każda nasza decyzja, a potem działanie, implikuje różne, również niepożądane efekty. Nie odmrozimy sobie nóg, udając się na Saharę.

Mamy zatem zdecydowany wpływ na tworzenie jakości swojego życia. Inaczej mówiąc – umiejętnie kierując naszymi przekonaniami, możemy osiągać dowolne rezultaty. Czasem różniące się nieznacznie, a czasem diametralnie. Przykładowo, jeżeli nabędziemy przekonanie, że palenie szkodzi, to prawdopodobnie rzucimy palenie. Natomiast wiedząc, że w rzece mogą być zabójcze wiry, nie wejdziemy do niej.

Mamy zatem możliwość pokierowania naszym życiem według własnych priorytetów. Oczywiście trudno liczyć, że staniemy się bogaci, nieustannie śpiąc, odpoczywając i nie pracując. Milionerami dzięki loterii stają się nieliczni i nie wynika to raczej z ich starań życiowych. Nasz niedostatek finansowy zrzucamy na pecha. Nie czujemy się za niego odpowiedzialni. Podobnie jest ze zdrowiem.

Jeżeli uświadomimy sobie, że jakość życia wynika z przekonań i podejmowanych decyzji, będziemy mogli dokonywać zmian w naszym postępowaniu i przyczyniać się do eliminowania przykrych zdarzeń, co pozwoli na skuteczniejsze osiąganie celów.

Problem jednak leży w tym, że nie zawsze wiemy, co będzie dla nas najlepsze. Powinniśmy zatem odnaleźć w sobie najkorzystniejsze dla nas pragnienia, gwarantujące nie tylko przygodę życiową ze wzlotami i upadkami, ale także radość każdego niemalże dnia. Pragnienia, które poprowadzą nas do lepszego zdrowia, satysfakcjonującej pracy, przychylności innych ludzi, lepszego samopoczucia, życia bez lęku, w spokoju i w zgodzie z naturą.

Tymczasem często chcemy osiągać cele bez względu na ponoszone koszty. Myśląc o sobie, nie zawsze myślimy o innych, a zatem nasze osiągnięcia mogą pociągać za sobą ofiary. Nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Nasz umysł, nastawiony na konkretne osiągnięcie, dość ślepo dąży do realizacji celu.

Każdy słyszał o ego, lecz niestety nie każdy z nas pogłębił wiedzę o nim. Jego znaczenie w naszym życiu jest ogromne, bowiem ego służy do realizacji naszych pragnień. I to niezależnie, czy ich wykonanie narusza kodeks moralny, czy inne obowiązujące prawa. Ego tej analizy nie przeprowadza. Jest odpowiedzialne za oczekiwane w danym momencie osiągnięcia. Jeśli ego nami dobrze pokieruje, zdobywamy to, czego pragnęliśmy. Może się też okazać, że przez ego jednak sukcesu nie odniesiemy i pojawi się rozczarowanie. To trochę jak na loterii, bo nie zawsze umie ono bezbłędnie ocenić swoje szanse. Zresztą raczej się nad tym nie zastanawia. Prze do przodu, żądne osiągnięcia celu natychmiast i niezależnie od ceny, jaką trzeba będzie zapłacić. Zatem kierując się samym ego, nie mamy gwarancji sukcesu i musimy liczyć się z porażką.

Niektórzy, pomimo wielu niepowodzeń, podejmują kolejne próby zwycięstwa, postępując nierozsądnie, często bez żadnego sensu. Ego potrafi przyćmić naszą racjonalność, na przykład namawiając do chwil fałszywych radości, takich jak nadużywanie alkoholu bądź sięganie po narkotyki. Tak tworzą się nałogi. I choć narkomania czy upijanie się w niczym nam nie pomagają, to nie rezygnujemy z nich, tłumacząc to chęcią pocieszenia się.

Na ego wpływa nasza zdolność percepcji poprzez uczucia. Są one naszym sumieniem, intuicją, Aniołem Stróżem, sercem, które ja nazywam moim najlepszym „ja”. Pozwalają spojrzeć na daną sytuację z mądrością zgodną z obowiązującą etyką. Mądrością opartą na miłości, szacunku, zrozumieniu, współczuciu, wdzięczności. Niektórzy korzystają z niej często, inni sporadycznie. To te dwa głosy (ego i serca) słyszane podczas myślenia wpływają na wynik naszego działania.

Jest jeszcze jeden sposób na unikanie rozczarowań. Wyzbycie się pragnień. Jeżeli nie będziemy pobudzali naszego ego do działania, pozostanie uśpione. A najlepszą pożywką ego są właśnie nasze pragnienia. Dzięki nim ego poszukuje metod na ich zaspokojenie i często wciąga nas w konflikty.

I o tym ma być ta książka. O tym, jak kierować swoimi myślami, jak modyfikować własne doświadczenia, jak nauczyć się podejmować lepsze decyzje, jak unikać konfliktów, jak osiągać to, na czym nam najbardziej zależy, jak poprawić relacje z innymi, jak odnajdować najlepsze rozwiązania problemów, jak nie krzywdzić ludzi, jak postępować, abyśmy byli przez innych lepiej postrzegani… Lektura ta ma zatem podpowiedzieć, jak osiągać większą życiową satysfakcję i jak unikać niepotrzebnych problemów. Dzielę się w niej moimi osobistymi doświadczeniami. Przekazuję, co sam odkryłem, czego dowiedziałem się od innych lub co wyczytałem w książkach, a poruszyło mnie najmocniej. Opisuję, co pomogło mi w znaczący sposób dostrzec błędy powodujące powolny rozpad mojego związku. Opieram się na moich doświadczeniach, a nie doświadczeniach mojej partnerki. To zbiór takich prawd, których poznanie i uświadomienie sobie wcześniej pozwoliłoby mi na uniknięcie większości konfliktów i życiowych problemów.

Nie zamierzam opisywać tego, co poznałem, w sposób mentorski, a próbuję jedynie podzielić się nowo zdobytą wiedzą. Chcę to przedstawić tak, jak widzę to dzisiaj. Bez zbędnego wymądrzania. Opisując procesy, które powodują, że tak a nie inaczej coś postrzegamy i w konsekwencji postępujemy.

Czytając poszczególne rozdziały, będzie można odnieść wrażenie, że w każdym z nich piszę o tym samym. Bo tak jest istotnie. Ciągle o tym samym, ale spoglądając z różnych stron. W różnych kontekstach. Jeśli bowiem chcemy zmienić jakość naszego życia i mieć obok siebie wspaniały świat, niosący każdego dnia radość, a nie smutek i zwątpienie, to musimy wszystko dobrze zrozumieć. Jeśli komuś powiemy, że wynikiem pierwiastka z określonej liczby jest taki a taki rezultat, dla osoby nieznającej matematyki nie będzie to zrozumiałe. Ale jeżeli przekażemy kolejno wszelkie zasady, które prowadzą do jego wyliczenia, to stanie się to jasne, a podanie komuś wyniku nie będzie potrzebne, bo wyliczy go sobie sam.

Podobnie jest z naszymi działaniami. Gdy poznamy zasady i je zaakceptujemy, to „obliczymy sami wynik” i sami zmienimy nasze życie na lepsze. Idąc nową drogą i doświadczając wszystkiego bez niczyjej pomocy. Nie trzeba być naukowcem, aby to zrozumieć. Uczę się tego od niedawna. Cel, do którego powinniśmy dążyć, pojawi się później.

Dzięki temu, czego nas dotychczas uczono, posiedliśmy wiedzę. Mamy też głęboko w sobie zakorzenione pytania, na które nie znajdujemy czasem odpowiedzi, gdyż nie znamy wielu procesów zachodzących w naszych umysłach. Dziś możemy wyruszyć tam, gdzie znajdziemy odpowiedzi na aspekty, których dotąd nie pojmowaliśmy. Możemy poznać przyczyny różnic w relacjach międzyludzkich, nowe sposoby rozumienia, powody konfliktów. Możemy dowiedzieć się, jak pielęgnować naszą miłość i dbać o związki. Będzie to z pewnością ciekawa podróż. Ale aby się o tym przekonać – trzeba wyruszyć. Żeby wyruszyć, polecam na początek tę lekturę. Jest ona moim wspomnieniem tego, jak zacząłem poznawać nieznane mi wcześniej prawdy. Zagłębiałem się coraz bardziej w tej tematyce i każdego dnia coś odkrywałem.

Na początku na kilku stronach opiszę, jak doszło do tego, że w ogóle zainteresowałem się tematyką rozwoju osobistego. A złożyły się na to problemy, które mnie w życiu dotknęły. Dziś z perspektywy czasu chyba mogę podziękować losowi, że pchnął mnie w tym kierunku. Że moje problemy oprócz oczywistego bólu przyniosły też korzyści w postaci zrozumienia niedostrzeganych dotychczas praw rządzących moim życiem. To rodzaj rekompensaty za ból, którego musiałem doświadczyć.

Po krótkiej historii ostatnich moich kilku lat dzielę się tym, co odkrywałem. Każdy dzień umożliwiał mi radosne poznawanie siebie mimo niewesołej sytuacji. Teraz chcę się tymi refleksjami podzielić w nadziei, że może innych zainspiruję do poszukiwania własnych przemyśleń prowadzących do odkrywania tego, co najważniejsze. Jestem osobą, która nie miała wcześniej o tym bladego pojęcia, więc mam nadzieję, że przekaz będzie bardziej wiarygodny, bo niewyuczony, oparty na doświadczeniu.

Bardzo proszę, aby nazbyt wcześnie nie wyciągać daleko idących wniosków. Nie budować sobie opinii na podstawie fragmentu książki. Dla poprawnego zrozumienia polecam nie tylko przeczytać tę lekturę do końca, ale jeszcze parę innych, aby móc podjąć się próby dokonania zmian w swojej egzystencji. Jednak bez obaw, Czytelniku. Niczego z jakości życia nie stracisz. Wręcz przeciwnie. Dotrzesz być może do prawdy, która zaskoczy Cię swoją postacią. Pozytywnie zaskoczy. Przejawem zaś będzie zrozumienie tego, co dziś wydaje się niezrozumiałe.

Jeżeli na jakimkolwiek etapie, drogi Czytelniku, nie będziesz zgadzał z tym, co napisałem, takie jest Twoje prawo. Przedstawiam tu swoją opinię na poruszane tematy, tak jak ja to czuję i widzę. W żadnym razie nie mam zamiaru podważać odmiennych opinii. Każdy może z tej książki wziąć tyle, ile uzna za właściwe. Moim celem jest pomóc zrozumieć. Wskazać kierunek. Potem jednak każdy sam musi odkryć, co jest dla niego ważne i prawdziwe. Na tym właśnie polega droga rozwoju duchowego. Na samodzielnym odkrywaniu. Jeśli ta książka wzmocni czyjąś wiarę w fakt, że zawsze jest czas na odkrywanie najbardziej istotnych spraw, samej prawdy, to będzie to dla mnie dowodem, że warto było pisać.

Historia

Zaczęło się to ponad trzy lata temu. Moje pierwsze oświecenie nastąpiło po przeczytaniu poleconej mi książki. Jednak, żeby zadziałało, musiałem najpierw poczuć się źle z samym sobą. A właściwie to źle w moim związku z kobietą, bez której, wydawało mi się, nie będę umiał żyć. Doszedłem wtedy do wniosku, że sam sobie z problemami nie poradzę i albo zostanę tam, gdzie byłem, sfrustrowany, pełen lęków i niepokoju, albo poszukam kogoś, kto mi podpowie, co należy uczynić, aby radykalnie zmienić życie.

Dziś czuję się ze sobą lepiej, ale nie oznacza to oczywiście, że zjadłem wszystkie rozumy i wyzwoliłem się całkowicie od problemów dnia codziennego. Jednak mój umysł jest nieporównywalnie bardziej spokojny. Z choleryka mówiącego zawsze co myśli, z pędziwiatra, za którym nikt nie nadążał, ze zwariowanego faceta, który najpierw mówił, a dopiero potem (i to tylko czasem) myślał, co mówi – stałem się znacznie bardziej opanowanym człowiekiem, który już ma czas na wszystko i żyje w dużym spokoju, obserwując to, czego do tej pory nie dostrzegał.

Ale nie byłem kompletnym wariatem! O nie. Byłem skutecznym biznesmenem, osiągającym wiele, marzycielem, realistą sięgającym bez problemu po to, co sobie założył. Posiadałem wiele firm, które sam budowałem i później sprzedawałem. Jednak moje życie było chaotyczne i nie każdy mnie rozumiał. No i ja nie rozumiałem innych i często narzucałem swoje nie zawsze zrozumiałe racje. A przecież oprócz kwestii związanych z zawodem i przyjemnościami jest jeszcze życie polegające na lepszych lub gorszych relacjach z ludźmi w ogóle, ale przede wszystkim z najbliższymi. I nie od dziś wiadomo, że to nie majątek stanowi o naszym szczęściu. I nie kariera zawodowa. Po kolei jednak.

Rozwód

Życie w związku zaczęło być nie do zniesienia. Moja żona też tego nie wytrzymywała i wyniosła się z domu. Siedziałem sobie sam i myślałem, co z tym zrobić. Przez myśl przechodziły mi plany podziału majątku. Zacząłem sobie wyobrażać życie w samotności. Szukałem pozytywnych stron tej sytuacji, bo już byłem pewny, że lada dzień ogłosimy rodzinie, że nasz związek właśnie dobiegł końca.

Jednak z każdym podejściem wizja singla wydawała mi się gorsza od małżeństwa. Co prawda próbowałem jeszcze z mizerną nadzieją naprawiać sytuację poprzez wysyłanie do żony maili z pomysłami na zgodę, ale nie odnosiło to praktycznie żadnego skutku. Kompletne przesilenie.

I wtedy wpadłem na pewien pomysł. Napisałem do niej ten oto list:

No dobra. Czas na jakieś decyzje. Tak dalej być nie może. Mamy trzy wyjścia. Muszę Ci je przedstawić, bo zawsze twierdzisz, że jesteś ode mnie uzależniona. Tak nie jest. Źle się z tym czuję, jeśli Ty nie wiesz, na czym stoisz. Dlatego muszę napisać to, co poniżej. Jeśli mogłoby to ode mnie zależeć, to wybrałbym propozycję trzecią, ewentualnie ryzykowną pierwszą. Nie podejmuj, proszę, zbyt pochopnie decyzji. To, co poniżej, nie ma Ci pokazać, że może warto się rozejść, ale jedynie upewnić, że masz też swoje prawa i że na pewno Cię nigdy na lodzie nie zostawię.

1) Przeczekać. Dać sobie trochę czasu, może miesiąc, może dłużej nie widywać się w ogóle. I potem spróbować.

2) Rozchodzimy się. Zastanawiałem się nad możliwościami podziału naszego majątku. Mam nadzieję, że moja propozycja wyda Ci się uczciwa. [I tu opisałem propozycję dzielenia tego, co udało nam się w życiu osiągnąć].

3) Terapia. Poszukać jak najlepszego terapeuty od małżeństw i razem do niego pójść. To musi dać efekt.

I błagam, zgódź się na terapię. Nie mam nikogo innego i nie miałem od blisko 30 lat. Bardzo Cię kocham, ale też widzę, że dalej tak być nie może. Jeśli i w Tobie nie wygasły jeszcze wszystkie uczucia, to zgódź się, proszę, na to trzecie rozwiązanie. Uratujmy nasz związek.

Propozycja pierwsza wydawała mi się logiczna. Miała nie dopuścić do podjęcia zbyt pochopnej decyzji. Dać możliwość odpocząć od siebie i przemyśleć wszystko w spokoju. W razie jej akceptacji efektem byłoby zawieszenie broni, które pozwoliłoby na bardziej wyważony osąd. Druga opcja miała pokazać, że niezależnie od tego, co się wydarzy, żona jest bezpieczna i nie musi godzić się ze mną tylko dlatego, że nie ma innego wyjścia. Pokazałem, że pod względem finansowym doskonale da sobie radę beze mnie. Nie chciałem, aby była pod jakąkolwiek presją. A punkt trzeci miał nam dać okazję do przekonania się, że dalej wspólnie żyć się nie da, albo do ukazania jakiejś prawdy, której sami nie dostrzegaliśmy.

Sądziłem, że to już koniec i że na pewno wybierze drugą opcję.

Na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Żona zadała mi kilka pytań na temat terapii i stwierdziła, że co prawda niczego nie obiecuje, ale nie mówi nie. I poprosiła mnie, abym kogoś znalazł. Siadłem zatem do komputera i zacząłem szukać informacji na temat psychologów i psychoterapeutów. Po pewnym czasie zorientowałem się, że kilka razy natknąłem się na tę samą osobę. Był to mężczyzna, psycholog z długoletnim doświadczeniem, autor kilku książek. Mieszkał stosunkowo niedaleko od nas, bo niewiele ponad sto kilometrów. Chciałem znaleźć kogoś najlepszego w tym fachu i nabyłem przekonanie, że to dobry wybór. Wiedziałem, że mamy tylko jedną próbę, więc nie można jej zmarnować, napisałem zatem do niego:

Rozpada mi się małżeństwo. Ja 54, żona 53 lata. Jesteśmy majętni i aktywni zawodowo. Wszystko nam w życiu się udaje oprócz małżeństwa. Bywało lepiej, ale teraz już myślimy tylko o rozstaniu. Ja chciałbym powalczyć. Może namówię też żonę do tej walki. Mam trochę dziwnie poukładany czas wolny ze względu na moją pracę. Nie wiem też, na ile Pan jest zajęty i w jakich godzinach przyjmuje. Bardzo proszę o odpowiedź. Oczywiście musiałaby też zgodzić się żona. Moim celem jest namówić ją na telefoniczną rozmowę z Panem, a już Pana zadaniem byłoby nakłonienie jej na spotkanie.

Odpowiedź nadeszła jeszcze tego samego dnia. Mogliśmy się spotkać nazajutrz. Napisałem o tym do żony (nie rozmawialiśmy ze sobą nawet przez telefon), a ona poleciła mi, abym na razie sam się do niego wybrał, by zobaczyć, czy w ogóle warto sobie głowę zawracać.

Pojechałem do terapeuty. Spotkaliśmy się w kawiarni. Serce waliło mi niemiłosiernie. Sam się dziwiłem, że się na taki krok zdecydowałem. Nigdy bym się tego po sobie nie spodziewał. Po pierwsze, trochę było mi wstyd przed „obnażaniem” myśli, a poza tym bałem się, że mnie ktoś zobaczy i nie będę miał jak się z tego spotkania wytłumaczyć. Oczywiście ten strach był bezpodstawny, bo mieszkałem z dala od miejsca spotkania, a poza tym dla terapeuty to była codzienna praca, zatem skrępowanie okazało się niepotrzebne. Opowiedziałem o naszych problemach i pan psycholog po godzinie rozmowy zgodził się spróbować nam pomóc. Zależało mi na tym, aby i żona spotkała się z naszym coachem (powiedział, że to nie terapia i żeby tego słowa nie używać), więc z góry zaproponowałem spotkanie u nas w domu. Ośmieliłem się zadzwonić do małżonki i powiedziałem jej o wyniku rozmowy. Bałem się odpowiedzi, ale bez żadnego oporu zgodziła się na tę wizytę.

Oświecenie

Spotkanie przebiegło na indywidualnych rozmowach (ponadgodzinnych). Padło szereg pytań i dużo odpowiedzi. Najważniejsze było to, że psycholog zgodził się na współpracę. Poprosiłem też o jakąś lekturę i zaproponował mi „Przebudzenie” Anthony’ego de Mello.

Ta lektura zapoczątkowała zmiany w moim myśleniu. Kupiłem audiobooka i słuchałem go, jadąc gdzieś dalej samochodem. Najbardziej urzekł mnie rozdział o „ja” i „mnie”. Autor zaproponował obserwację samego siebie tak, jakbyśmy byli dwoma osobami. „Ja” obserwuje „mnie”. I wtedy wyobraziłem sobie siebie lewitującego obok samochodu i obserwującego „mnie” prowadzącego pojazd. Doznanie dziwne, bo nagle zauważyłem, że nie jestem sam. Za kierownicą siedziała jakaś nie do końca znana mi postać, a ja ją tylko obserwowałem. Nie za bardzo mi się podobała.

Od tej chwili niekiedy udawało mi się tak spoglądać na siebie w różnych życiowych sytuacjach. Było to wspaniałe doświadczenie, bo często nie mogłem uwierzyć w to, co zaobserwowałem. Czasem się za siebie wstydziłem, a czasem byłem z siebie dumny.

Wtedy odkryłem, że prawda nie zawsze jest taka, jaką ją postrzegamy. Niby robimy coś, co nam podpowiada rozum, i jesteśmy w pełni zgodni z tym, co czynimy, ale obserwując się z boku, zauważamy, że postępujemy inaczej, aniżeli powinniśmy. To trochę tak jakby nasze sumienie wychodziło poza nasze ciało i miało umiejętność zewnętrznej, obiektywnej obserwacji.

Jeszcze nie wiedziałem wówczas, że widzę swoje ego, ale o tym później.

Zapragnąłem czytać więcej i więcej. Połykałem książki jedna za drugą i znajdowałem w nich fenomenalną dla mnie wiedzę prowadzącą do wielu odkryć. Niby z pozoru bardzo prostych, ale przez większość ludzi nigdy niedoświadczanych. Tak bardzo jesteśmy utwierdzeni w swoich przekonaniach, że nawet do głowy nam nie przyjdzie, że źle myślimy, postępujemy, postrzegamy. Wielu autorów próbuje nam to powiedzieć, ale nie zawsze ta wiedza do nas dociera.

Najważniejsza okazuje się zatem chęć poznania. Potem musimy postarać się zrozumieć, o czym czytamy, i spróbować chociaż na chwilę w to uwierzyć. A zapewniam, że nie jest to łatwe.

Gdybym spróbował wypunktować, czego dowiedziałem się wtedy z książek i co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wyglądałoby to mniej więcej tak:

– Świat jest taki, jaki jest, a nie taki, jakim sobie go wyobrażamy lub jaki chcielibyśmy, aby był.

– Każdy smutek, cierpienie, irytacja czy też zwykła dezaprobata powstaje w naszej głowie na skutek tego, że to, co słyszymy, widzimy, czego doświadczamy, nie jest zgodne z naszymi oczekiwaniami. Nazywamy to pechem czy brakiem szczęścia.

– Wystarczy zatem zmienić własne myśli, aby stać się szczę-śliwym.

– Miłość rozwiązuje wszystkie problemy (oczywiście nie chodzi tu o związek dwojga ludzi).

– Najczęściej żyjemy dniem wczorajszym lub przyszłością, podczas gdy prawdziwe życie biegnie z boku niezauważone.

– Żeby być szczęśliwym, wcale nie musimy coś osiągnąć. Przeciwnie. Aby być szczęśliwym, musimy się czegoś pozbyć.

– Samoobserwacja. Koniecznie trzeba nauczyć się obserwować samego siebie.

– Akceptacja. Tego, co jest w nas, i tego, co jest na zewnątrz.

– Uważność. Bycie tu i teraz stanowi klucz do czerpania radości z życia.

– Silna potrzeba posiadania racji niszczy relacje między ludźmi.

– Zwracanie innym uwagi, krytyka jest chyba najczęstszym powodem kłótni.

– Strach. Towarzyszy nam prawie zawsze. Nie warto żyć w lęku. I każdy może się go pozbyć. Jego przeciwieństwem jest miłość.

– Nasza wrażliwość powoduje, że jesteśmy czasem ślepi i widzimy to, czego tak naprawdę nie ma.

– To, co robimy, to, jak postrzegamy, wynika z naszych doświadczeń. Jeśli chcemy się zmienić, musimy pozbyć się bagażu własnych przekonań.

– Ego jest naszym wrogiem numer jeden.

– Bez praktyki nie uda się pójść w dobrym kierunku. Jak już będziemy wiedzieli, jak żyć, bez ćwiczeń trudno będzie robić postępy. Dzięki samej wiedzy nie dojdzie do żadnych zmian.

Tak to postrzegałem w ciągu pierwszych miesięcy poznawania nowego dla mnie podejścia do życia. To mnie zaciekawiło, a jednocześnie stało się dla mnie zagadką. Zapragnąłem się temu przyjrzeć bliżej. I o tym właśnie chciałbym opowiedzieć. O ponad tysiącu dni, które zmieniły moje życie.

Oczywiście przemiany, których obecnie doświadczam, nie oznaczają, że jestem już oświecony i stałem się buddą czy mistykiem. Wiem natomiast, gdzie znajduje się droga do pełnego szczęścia i już na tę drogę wszedłem. Teraz muszę poprzez praktykę i bycie uważnym pilnować, aby z tej drogi nie zejść.

Zatem wiadomo już, o czym będzie ta książka, choć nie jestem specjalistą w tej materii. Nie mam odpowiedniego wykształcenia. Jestem tylko praktykiem-amatorem. Jeszcze kilka lat temu nie miałem zielonego pojęcia o tym, o czym teraz piszę.

Spotkania

Rozpoczęliśmy regularne spotkania. Nie były łatwe. Wszak aby coś osiągnąć, należało być do bólu szczerym. Naprawdę czasem do bólu. Początki były trudne, ale z czasem oswajaliśmy się z tymi rozmowami. Nie wyglądały one jak typowe sesje psychoterapeutyczne, znane nam z amerykańskich filmów. W nich pacjent leży na kozetce, a psychoterapeuta z fajką w zębach siedzi w fotelu i głównie słucha, dostarczając od czasu do czasu tematów do wspomnień.

Padły liczne pytania, na które trzeba było szczerze odpowiedzieć, ale też pojawiły się dłuższe wywody o tym, co takiego dzieje się w naszych głowach podczas sytuacji wzajemnie nas irytujących. Staraliśmy się zrozumieć partnera, pojąć, dlaczego swoją postawą nas denerwuje, i co zrobić, aby tego zdenerwowania uniknąć w przyszłości. Wiadomo, że kiedy człowiek rozumie, łatwiej mu zaakceptować przyczynę irytacji.

I to był chyba pierwszy, jakże ważny krok – krok ku zrozumieniu innych. Trudna sztuka, wymagająca pokory. Bardzo dużej pokory. Ludzie różnią się między sobą i w takiej samej sytuacji mogą inaczej reagować. Wynika to najczęściej z doświadczeń, jakie zafundowało im życie.

Pamiętam, jak jedno ze spotkań mające trwać dwie godziny przedłużyło się do ponad trzech. Byłem wówczas umówiony na tenisa, więc zacząłem się trochę niecierpliwić. Żona wtedy zarzuciła mi, że tenis jest dla mnie ważniejszy niż nasze małżeństwo. Przy naszym „nauczycielu” pokłóciliśmy się, mówiąc sobie nawzajem coś w rodzaju: „No właśnie!”, „On taki jest!”, „Ona tak zawsze!”. Zrobiło się nieciekawie. Niby powinniśmy po takim spotkaniu pałać do siebie miłością, a tu taki zgrzyt na koniec. Oboje już czuliśmy, że tego łatwo naprawić się nie da i czekają nas ciche dni, że będziemy musieli poczekać na kolejne spotkanie, które może coś zmieni. Wszyscy zamilkliśmy na dłuższą chwilę.

Nagle nasz trener odezwał się. Powiedział tylko dwa mądre zdania. Tylko dwa. Jedno do mnie, a drugie do żony. Nie pamiętam dziś, jak one dokładnie brzmiały, ale chodziło w nich o wyjaśnienie tego, co sobie nawzajem zakomunikowaliśmy. Do żony powiedział: „Mąż chciał ci powiedzieć, że…” i do mnie: „Mężu! Żonie chodziło nie o to, co pomyślałeś…”. Były to chyba najmądrzejsze zdania, jakie mogły paść w tej sytuacji. Zrozumieliśmy się nawzajem. Polały się łzy i padliśmy sobie z żoną w ramiona.

Tak bardzo ważne jest, aby rozumieć ludzi. Tylko trzeba chcieć ich zrozumieć.

Spotykaliśmy się w kawiarni, naszym domu, czasem u nas w pracy, a niekiedy w domku naszego coacha służącym do spotkań z jego „podopiecznymi”. To taki domek, w którym czasem prowadzi zajęcia parodniowe dla kilku osób lub rozmowy indywidualne. Obiekt pięknie położony nad jeziorem obok cudownych lasów zachęcających do spacerów.

Po każdym spotkaniu dostawaliśmy ćwiczenia do przemyślenia. Niekiedy była to jakaś lektura, czasem materiały do przerobienia czy broszura do przeczytania. To dawało pozytywne efekty. Wróciliśmy do siebie i zaczęliśmy prowadzić nowe życie. Przynajmniej na początku. Zachłysnęliśmy się tym, co poznaliśmy. To było wielkie WOW!

Zdecydowaliśmy się więc wyjechać razem na wakacje, by popracować nad sobą. Mieliśmy ze sobą zadania z różnymi sytuacjami i naszym zadaniem była ich interpretacja. Wspólna interpretacja. Żona mówiła mi, jak ona je postrzega, a ja, jak ja to widzę. To było bardzo pouczające, bo poznawaliśmy swój punkt widzenia na tematy, które nas bezpośrednio nie dotyczyły. W realnych sytuacjach życiowych kłócilibyśmy się, mając odmienne zdanie, a w ten sposób mogliśmy wysłuchać się nawzajem i ze spokojem argumentować własny punkt widzenia. To dziwne, ale dzięki temu udawało nam się lepiej rozpoznawać nasze reakcje niż na podstawie ponad trzydziestu lat wspólnego życia. Poza tym te ćwiczenia przygotowywały nas na podobne konfliktowe sytuacje w przyszłości. Stanowiły bardzo pouczającą lekcję.

Ten wyjazd oboje wspominamy bardzo pozytywnie, pomimo tego że niestety „udało” nam się kilka razy posprzeczać. Nasza wzajemna wrażliwość na siebie była jeszcze ogromna. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy przed wieczorem spacerowaliśmy objęci i łapaliśmy się na tym, że udało nam się w określonych sytuacjach zareagować całkowicie odmiennie niż jeszcze do niedawna. Wywoływało to uśmiech na naszych ustach. Jednocześnie trochę wstydziliśmy się z powodu tego, że dawniej czegoś nie rozumieliśmy. To był najlepszy znak, że praca, jaką podjęliśmy, zaczęła dawać pozytywne efekty. Niemalże wpadliśmy w euforię.

Trochę za wcześnie. Wróciliśmy po wakacjach do domu i myśleliśmy, że już teraz nic nam nie grozi i będzie już tylko lepiej. Zaczęliśmy trochę zaniedbywać spotkania, skończyło się czytanie mądrych książek, a nasza uważność i koncentracja mocno spadły. W końcu wszystko wróciło do normy, czyli ponownie zaczęły się kłótnie. Znowu było między nami źle.

Kolejny kryzys

Czuliśmy już radość z chwil spokoju i wzajemnego zrozumienia, ale wystarczała najmniejsza nieuwaga i wybuchały nowe, i to liczne, sprzeczki. Okazało się, że na razie ledwie liznęliśmy tego, co być może czekało nas w przyszłości. Uważność ponad wszystko.

Niestety jej osiągnięcie nie było proste, zwłaszcza że mieliśmy głęboko zakorzenione silne poczucie własnej racji. Nie doszłoby do tego, gdybyśmy mieli otwarte na siebie serca. Jednak my byliśmy przede wszystkim nastawieni na zaspokajanie potrzeb własnego ego. To ono decydowało, jak mamy się zachowywać, to ono wywoływało tę potrzebę posiadania racji, to ono podpowiadało nam, jak zwrócić komuś uwagę. Ciągłe komentowanie i wtrącanie się do postępowania drugiej osoby powodowało, że nasze życie ponownie stało się nie do zniesienia. A że byliśmy już trochę mądrzejsi po lekturach i naukach trenera, znacznie łatwiej przychodziło nam wymądrzanie się. Wytykaliśmy sobie nawzajem złe postępowanie, mowę i myśli. Otrzymaliśmy narzędzia, które zamiast wykorzystać do osiągnięcia lepszych kompetencji małżeńskich, spożytkowaliśmy przeciwko sobie. Trochę jak małpa z brzytwą. Ale widocznie tak musiało być.

Przemiany zachodzące w naszych umysłach powodują niekiedy silny dyskomfort. Także i to, że postępujemy wbrew sobie. Każda zmiana rodzi się w silnym bólu. Bez tego chyba nie da się zmienić samego siebie. Nie można otrzymać wszystkich narzędzi jednocześnie, nie można wszystkiego nauczyć się jednego dnia, nie można zmienić przyzwyczajeń w ciągu kilku chwil.

Tak też było u nas. Powróciły myśli o rozwodzie. Nie widzieliśmy już szans na wspólny sukces. A że rozumieliśmy coraz więcej, łatwo było nam dojść do wniosku, że jak się rozejdziemy, to dzięki nowo zdobytej wiedzy szybko staniemy na nogi. Zdobyliśmy przekonanie, że bez problemu odnajdziemy się w nowym otoczeniu, bo przecież my ze sobą i z innymi nie mieliśmy już żadnych problemów – kłopot sprawiał jedynie współmałżonek. Pozbycie się go z naszego życia rozwiązywało więc wszystkie problemy. Naprawdę w to uwierzyliśmy, choć gdzieś wewnątrz czuliśmy, że rozwód to ostateczność. Mieliśmy dzieci, wnuki, rodziców, firmę, dom… Trudno byłoby się rozstać. Dlatego uporczywie szukaliśmy jakiejś drogi prowadzącej do życia razem.

Niestety, było coraz gorzej. Oświecenie gdzieś przepadło.

Wiedza

Nie mogłem zrozumieć mechanizmu tego, co zaczęło się między nami ponownie dziać. Postanowiłem go zgłębić. Wyszukiwałem w internecie książki i połykałem jedna za drugą. Nowe lektury podsyłał też nasz psycholog. Starałem się również poznać tajemnice funkcjonowania umysłu. Pragnąłem zrozumieć, jakie procesy zachodzą w ludzkim mózgu. Co powoduje, że czasem postępujemy nieracjonalnie. Czułem się znacznie mądrzejszy, ale ciągle nie przekładało się to na stan mojego małżeństwa. Postanowiłem więc poszukać czegoś nowego.

Wyczytałem, że gdzieś organizowany jest kurs ho’oponopono. To metoda wywodząca się ze starożytnej wiedzy Huny polegająca na oczyszczaniu organizmu z negatywnych emocji związanych z przeszłością. Przed kursem przeczytałem kilka książek na temat tej techniki, a żona zgodziła się pojechać na warsztaty razem ze mną.

Zdobyliśmy więc nowe narzędzia. Ciekawe narzędzia i na pewno skuteczne. Praktykowaliśmy jednak mało i nadal w związku nie było kolorowo. Zatem czytałem dalej. W pewnym momencie zauważyłem, że wszystkie książki psychologiczne, poradnikowe o zwiększaniu świadomości mówią prawie to samo. Wyciągnąłem więc wnioski: to nie wiedza jest nam potrzebna, ale wcielenie jej w życie.

Rozwój duchowy we wszystkich lekturach opisywany jest podobnie. Musimy się tylko przebudzić albo narodzić na nowo. Wyzbyć się doświadczeń i przekonań. Trzeba żyć chwilą obecną, a nie przeszłością i przyszłością. Obserwować świat i ludzi, ale nie oceniać.

Nasz coach dał nam kiedyś dobry przykład. Gdy obserwujemy współmałżonka, dokonujemy nieustannej oceny. Patrzymy, czy dobrze dziś wygląda, jak się zachowuje, co robi, co mówi, jak komunikuje się z innymi. Non stop oceniamy. A powinniśmy jedynie obserwować i akceptować świat i ludzi takimi, jakimi są. Jak badacz obserwujący mrówki. Nie ocenia ich za to, o której przystępują do pracy, ile i co jedzą, gdzie chodzą ani jak wyglądają. On tylko obserwuje i nawet do głowy mu nie przyjdzie, że mógłby się krytycznie o nich wypowiedzieć. Jeśli czegoś nie rozumie, to kładzie to na karb zbyt małego doświadczenia. Ot, tylko tyle. Po prostu pozwala sobie czegoś nie zrozumieć. A my nie tylko obserwujemy, ale wypowiadamy się i oceniamy na głos. To wielki błąd. To pierwszy krok do sprzeczki. Nikt nie lubi być krytykowany, a oceny nie są niczym innym jak krytyką. My zaś po usłyszeniu opinii bronimy się i mówimy na temat własnych, najczęściej przeciwnych przekonań. I brniemy coraz głębiej, bo nasza chęć posiadania racji jest niezwykle silna. I tak awantura się rozwija, rozwija, rozwija… A potem nastają ciche dni, narasta w nas złość, obrażamy się, zamykamy się w sobie, wycofujemy się z życia małżeńskiego i pozostajemy w roli nieszczęśliwej ofiary.

Nawet jeśli szybko uda się nam wyjść z takiego kryzysu, to prędko wchodzimy w nowy konflikt, i nowy, i życie staje się nieznośne. Tak nie musi być. Niestety, wiedza na ten temat nie wystarcza. Wielka mądrość wynika natomiast z uświadomienia sobie, że aby być szczęśliwym, nie należy niczego zdobywać, ale trzeba czegoś się wyzbyć. I pierwszą rzeczą, której należy się pozbyć, jest owa chęć posiadania racji i oceniania. Trudna sztuka, ale wykonalna. Przecież to tylko nasze myśli sprawiają, że o kimś wypowiadamy się pozytywnie lub negatywnie. Nasze myśli zaś rodzą się w głowie i to my mamy moc wpływania na nie. Oczywiście to nie jest jedyna rzecz, jakiej musimy się pozbyć, ale o innych kwestiach później.

Rodzi się zatem pytanie, jak to uczynić? Jak przestać dziś robić to, co robiliśmy zawsze i to automatycznie? Przecież wszyscy o wszystkich coś mówią i jest to najnormalniejsze w

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Droga uważności