Górnicy PL

Górnicy PL

Autorzy: Karolina Macios

Wydawnictwo: Insignis

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.50 zł

Tytani pracy. Skryci pod warstwą czarnego pyłu, potu i brudu. Pracują w cieniu podstępnych, nieprzewidywalnych wrogów: śmiercionośnego metanu, tąpnięć, wybuchów pyłu i gazów, zawału skał. Przez połowę życia wychodząc do kopalni, nie mają żadnej gwarancji, że wrócą do swoich rodzin. Niewolnicy czasu, uzależnieni od szychty.

Dzisiaj, kiedy lojalności, odwagi i zapału jest jak na lekarstwo, górnicy są najlepszym dowodem na to, ile jest w stanie wytrzymać człowiek, pracując w jednych z najbardziej wrogich warunków. Więcej: strzegąc bezpieczeństwa kolegów, bez wahania oddadzą za nich życie; są niczym kopalniana gwardia.

Przez lata funkcjonują w ramach sprawnego systemu, wykonując dzień w dzień te same rytuały. Ostatni papieros. Łaźnia, lampownia, pobranie aparatu ucieczkowego. Podział załogi. Pędząca winda. Pięćdziesiąt sekund świstu w uszach. I świadomość, że od pierwszego telefonu po wyjeździe na powierzchnię dzieli ich osiem godzin i ponad kilometr skał nad głową. Dalibyście radę?

Wierzę, że czytając tę książkę, zakochacie się w jej bohaterach podobnie jak ja. Wzruszycie się, zaśmiejecie w głos i czasami braknie wam tchu. Jak mnie, ekipie realizującej serial i Karolinie Macios, autorce książki.

Dziękuję wszystkim bohaterom serialu Górnicy PL, że zgodzili się wpuścić mnie wraz z ekipą filmową do swojego podziemnego świata. Miejsca, które z jednej strony przeraża ciemnością i złowieszczymi dźwiękami, a z drugiej tak uzależnia, że tęsknisz do kolejnego zjazdu.

Agnieszka Bujas, producent i reżyser serialu Górnicy PL

 

***

 

Na tę książkę składa się siedem różnych historii siedmiu osób.

Każda z nich zupełnie inaczej patrzy na swoją pracę, chociaż łączy je podobny bagaż doświadczeń. Podobny nie znaczy jednak taki sam – na pewno nie w tym podziemnym świecie, który rozciąga się na wiele kilometrów, a tak naprawdę nie ma granic, bo górnicy zabierają go ze sobą do domów, czy tego chcą czy nie. Opowieści z życia kopalni krążą wokół rodzinnych stołów, zwłaszcza tam, gdzie na dole pracują całe rodziny: ojciec, syn, bracia, szwagrowie. Tutaj ludzie żyją kopalnią, nawet jeśli szczerze nienawidzą tego miejsca. Praca na dole jest niewdzięczna, wysysa z człowieka wszystkie siły i nie pozwala na najmniejszą dekoncentrację, bo chwila nieuwagi może zakończyć się tragedią, a każdy zjazd – okazać się ostatnim. A jednak ci, którzy wciąż zjeżdżają, nie potrafią opowiadać o pracy na dole inaczej niż z fascynacją, zachwytem i pokorą. Zrozumiałam to dopiero, gdy sama z nimi zjechałam i zobaczyłam, w jakich warunkach spędzają połowę życia.

To nie jest przyjazne miejsce, pracujący tam ludzie są twardzi i zahartowani, bo nieustannie muszą się mierzyć z żywiołem i swoimi słabościami, a walka nie jest równa. Tu nie ma takiej samej dniówki, każdy dzień jest inny – mówią z błyskiem w oku.

To fascynujący świat. Przerażający, surowy i bezlitosny, ale fascynujący.

Karolina Macios, autorka książki Górnicy PL

Książka towarzyszy serialowi dokumentalnemu

wyprodukowanemu przez Bujas Team dla

Copyright © 2018 Discovery Networks International.

All rights reserved.

Konsultacja merytoryczna książki

Agnieszka Bujas

Tekst książki na podstawie rozmów z górnikami

Karolina Macios

Górnicy

Dawid Kierc, Robert Jaczyński, Malwina Smulska,

Krzysztof Woźniak, Mariusz Jagiełło, Tomasz Krokos,

Aleksander Ochendalski

Redakcja i korekta

Dominika Rychel, Maria Brzozowska, Julia Diduch

Korekta

Julia Diduch, Dominika Rychel, Piotr Budak

Projekt okładki i skład

Tomasz Brzozowski

Zdjęcia

Piotr Mizerski

Tekstury

Shutterstock.com

węgiel: Mirek Nowaczyk, miedź: Tchoupis, sól: Aptyp_koK

Logotyp Górnicy PL

Uta Dorczyk na podstawie modelu 3D Victora Dushenko

Copyright © Insignis Media, Kraków 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-65743-80-0

Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

PRZEDMOWA

Pomysł na tę książkę zrodził się, gdy producentka i reżyserka serialu Górnicy PL Agnieszka Bujas po raz pierwszy zjechała na dół. Okazało się, że nie wszystkie opowieści da się przedstawić w świetle kamer – są takie, które powstają w całkowitej ciszy, w ciemnościach kilkaset metrów pod powierzchnią ziemi, inne rodzą się gdzieś pomiędzy szybem, łaźnią i powrotem do domu.

Kiedy ja zjeżdżałam po raz pierwszy, znałam już jedną z nich. Z Dawidem, górnikiem przodowym, rozmawiałam tuż przed jego szychtą, a potem zobaczyłam miejsce, o którym opowiadał – osiemset trzydzieści osiem metrów pod ziemią. I dopiero wtedy zrozumiałam.

Na tę książkę składa się siedem historii siedmiu różnych osób.

Każda z nich zupełnie inaczej patrzy na swoją pracę, chociaż łączy je podobny bagaż doświadczeń. Podobny nie znaczy jednak taki sam – na pewno nie w tym podziemnym świecie, który rozciąga się na wiele kilometrów, a tak naprawdę nie ma granic, bo górnicy zabierają go ze sobą do domów, czy tego chcą czy nie. Opowieści z życia kopalni krążą wokół rodzinnych stołów, zwłaszcza tam, gdzie na dole pracują całe rodziny: ojciec, syn, bracia, szwagrowie. Tutaj ludzie żyją kopalnią, nawet jeśli szczerze nienawidzą tego miejsca. Praca na dole jest niewdzięczna, wysysa z człowieka wszystkie siły i nie pozwala na najmniejszą dekoncentrację, bo chwila nieuwagi może zakończyć się tragedią, każdy zjazd – okazać się ostatnim. A jednak ci, którzy wciąż zjeżdżają, nie potrafią opowiadać o pracy na dole inaczej niż z fascynacją, zachwytem i pokorą. Zrozumiałam to dopiero, gdy sama z nimi zjechałam i zobaczyłam, w jakich warunkach spędzają połowę życia. Osypujący się strop, śmiertelnie niebezpieczny gaz i wstrząsy to zaledwie początek niekończącej się listy zagrożeń, które niesie pracujący górotwór. Poza tym są jeszcze ogromne maszyny, gorąc i lodowate przeciągi, rozlewiska pełne szlamu i ciężka harówka.

To nie jest przyjazne miejsce, pracujący tam ludzie są twardzi, zahartowani, bo nieustannie muszą się mierzyć z żywiołem i swoimi słabościami, a walka nie jest równa. Jedni ją kochają, dla innych oznacza przede wszystkim stabilizację i jedyny możliwy sposób na życie. Ale dla każdego z bohaterów tych opowieści to przede wszystkim wyzwanie. Tu nie ma takiej samej dniówki, każdy dzień jest inny – mówią z błyskiem w oku.

To fascynujący świat. Przerażający, surowy i bezlitosny, ale fascynujący.

Książka ta nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie jej bohaterowie: Dawid, Robert, Malwina, Krzysztof, Mariusz, Tomek i Olek, a także ci wszyscy, których spotkałam na dole. A gdyby nie Wojtek z kopalni węgla „Borynia”, pan Grzegorz z kopalni miedzi „Lubin” i Tomek z kopalni soli „Kłodawa” nigdy nie zobaczyłabym i nie przeżyłabym tego wszystkiego, czego doświadczyłam tam, prawie kilometr pod ziemią.

Bardzo Wam dziękuję – za to, że z taką otwartością opowiedzieliście o swoim życiu i pracy, i za ogromną życzliwość.

Szczęśliwej szychty!

Karolina Macios

DAWID

Korytko stalowe waży sto dwadzieścia kilogramów. Trzeba je wcisnąć wysoko w ścianę, żeby zabezpieczyć opadający strop. Jeden z górników, wysoki i szczupły chłopak, trzyma je przed sobą, żeby wcelować w otwór, dwóch kolejnych musi je docisnąć. Kiedy korytko wskoczy na swoje miejsce, wszystko będzie tak, jak być powinno. To już zresztą ostatnie, zaraz skończą tę robotę i strop będzie zabezpieczony.

Nie zdążyli. Wszystko runęło. Rozległ się potworny huk i wąski chodnik wypełnił się czarnym gryzącym pyłem. Światło lampy przy górniczym hełmie na chwilę oświetliło ścianę, potem padło na strop i zniknęło pod kamieniami. Kiedy Dawid otworzył oczy, nie widział nic. Wokół panowała ciemność tak gęsta, że dałoby się ją ścisnąć między palcami, ale on i tak nie dałby rady tego zrobić. Na jego rękach leżało korytko, sto dwadzieścia kilogramów stali, która przycisnęła go do spągu, a na nim zebrały się zwały kamieni. Od pasa w dół Dawid był całkowicie zasypany. Podniósł głowę i tuż nad sobą zobaczył wielką skałę.

Jeśli się obluzuje… – pomyślał i krzyknął z całej siły:

– Chłopaki, kurwa, ratujcie!

Dopiero wtedy go znaleźli. Rzucili się i zaczęli odgrzebywać kamienie. Korytko się zablokowało, nie chciało puścić.

– Dawaj! Teraz z tamtej strony! – głos przodowego docierał do niego jakby z oddali.

Dawid wreszcie poczuł, że przygniatający go ciężar drgnął i podniósł się lekko. Chłopak chciał się wyślizgnąć, ale blokowały go kamienie. Znów coś się posypało z góry – drobne kamyczki i pył spadły mu na głowę. Już wiedział, co go czeka.

– Szybciej! Nie ma czasu!!!

Przodowy spojrzał na strop i błyskawicznie chwycił chłopaka w pasie. Szarpnął tak mocno, że wyrwał go ze sterty kamieni. Kiedy przetoczyli się na bok, na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą tkwił Dawid, runęła skała.

To wydarzyło się osiemset metrów pod ziemią, piętnaście lat temu. Dawid miał wtedy dwadzieścia pięć lat, rocznego synka, drugiego w drodze. Poprzedniego dnia pokłócił się z żoną i jedyne, o czym mógł myśleć, wpatrując się w skałę, która zaraz miała zmiażdżyć mu głowę, to bezsensowna kłótnia, słowa rzucone w gniewie. Ile by dał za to, by móc wrócić do domu i przytulić się do Moniki. Gdy tamtego wieczoru, cały posiniaczony i podrapany, przekroczył próg mieszkania, żadne z nich już nie pamiętało o sprzeczce. Od tamtej pory Dawid ma obsesję na punkcie bezpieczeństwa i pewnie dzięki temu, od kiedy sam jest przodowym, na jego zmianie nigdy nie było poważniejszego wypadku. Teraz, kiedy o tym opowiada, uśmiecha się, ale odruchowo splata dłonie i zaciska palce.

– Tyle czasu minęło, ale o tym się nie zapomina – mówi. – Nie da się zapomnieć. Kiedy mnie przysypało, wiedziałem, że to moje ostatnie chwile. Nie było odwrotu. Słyszałem wcześniej wiele razy opowieści, jak to w takich sytuacjach człowiekowi przewija się przed oczami całe życie, i słuchając ich, kiwałem głową ze zrozumieniem. Ale tak naprawdę pojąłem to dopiero wtedy – co to znaczy w ułamku sekundy zobaczyć wszystkie najważniejsze chwile jak na przewijanym filmie. Gdy mój przodowy wyrwał mnie stamtąd jednym szarpnięciem i wszystko runęło, siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. Wtedy obiecałem sobie, że nigdy nie dopuszczę, by na mojej zmianie coś się komuś stało. Ale wiem – dodaje, rozluźniając ściśnięte dłonie – że z naturą się nie wygra.

Odział Dawida, czyli G-4b, dwa razy z rzędu został uznany za najbezpieczniejszy w Polsce przez Wyższy Urząd Górniczy. W takim miejscu pracy nie da się wszystkiego przewidzieć, ale doświadczenie, czujność i odpowiednia dawka pokory pozwalają unikać sytuacji zagrożenia, a raczej – radzić sobie z nimi. Są górnicy, którzy otarli się o śmierć i już więcej nie zjechali. Ci, co jednak zjeżdżają, mają się bardziej na baczności, myślą o każdym kroku, słyszą każdy osypujący się kamień i w porę zauważają niebezpieczeństwo. A tak naprawdę co tam, na dole, oznacza niebezpieczeństwo?

– U nas największym zagrożeniem jest wybuch metanu. Tego gazu nie da się wyczuć; jest lżejszy od powietrza, gromadzi się u góry wyrobiska, czyli pod stropem, a potem stopniowo je wypycha. Średnio pięć procent metanu wypycha jeden procent powietrza, a kiedy jest się osiemset trzydzieści osiem metrów pod ziemią, tlen to priorytet. Kiedy poziom metanu przekracza trzy procent, od razu wycofujemy ludzi z zagrożonego rejonu do miejsc, gdzie jest dostęp świeżego powietrza. I czekamy. Jedyne, co można zrobić w tej sytuacji, to przewietrzyć ścianę lub chodnik. Do tego służą wentylatory, tamy, przegrody, strumienice. Czasem trwa to od pięciu do dziesięciu minut, czasem i trzy dni. Zawsze wyłącza się wszystkie maszyny w zagrożonym rejonie i pozostaje tylko czekać, aż wentylatory uporają się z metanem. Dopiero kiedy stężenie spada do normalnego poziomu, wracamy do pracy.

Dopóki samemu nie zjedzie się na te osiemset trzydzieści osiem metrów i nie zobaczy na własne oczy tego, o czym teraz opowiada Dawid w swoim mieszkaniu na dziesiątym piętrze starego bloku, wszystko brzmi dość niewinnie. W pokoju obok Monika usypia półrocznego Norberta, z kuchni za ścianą dobiega przekomarzanie się papużek falistych i to jedyne dźwięki, jakie słychać w tym mieszkaniu. Panuje spokój, co jest dość nietypowe jak na dom, w którym mieszka osiem osób. Chłopcy są w szkole, Arletta w przedszkolu. Dawid, gdy już wypije kawę, zje śniadanie i zapali, musi jechać do pracy, bo w tym tygodniu pracuje na drugą zmianę. Tuż przed godziną dwunastą razem ze swoją załogą stoi już pod szybem i czeka na zjazd. Mężczyźni ubrani w robocze stroje – w gumiakach do kolan, spodniach i zapinanych bluzach z grubego, szorstkiego materiału i we flanelowych koszulach – zaopatrzeni w hełmy z lampami i aparaty ucieczkowe stoją w gęstniejącej z wolna kolejce i rozmawiają o zakupach, chorobach dzieci, aplikacjach i rachunkach. Wymieniają się uwagami na temat poprzedniej szychty, rozmawiają z przodowym i kierownikiem zmiany, słychać śmiechy i westchnienia. Z ręki do ręki krąży tabaka – pierwszy, ale nie ostatni raz tego dnia. Taki sam nastrój towarzyszy im, gdy wchodzą do szybu. Kiedy zatrzaskują się drzwiczki szoli – windy, którą zjeżdżamy – kilku z nich pochyla głowy i wykonuje pospieszny znak krzyża. W szybie trochę trzęsie, gdy zjeżdżamy z prędkością dziesięciu metrów na sekundę, i piekielnie wieje. Przy wychodzeniu trzeba patrzeć pod nogi, żeby nie potknąć się o szyny przecinające podłogę, a wszyscy się spieszą, żeby zdążyć na pociąg, który zabiera ludzi ze stacji osobowej i zawozi w głąb kopalni, gdzie czeka przesiadka na kolejny środek transportu. Nie, nie wszystkich – kto nie zdąży albo już się nie zmieści, musi iść sześć kilometrów w ciemnościach rozświetlanych jedynie lampami na hełmach. Pociąg ma kolor żółty i stanowi jedyną barwną plamę w tym podziemnym świecie. W czteroosobowych wagonikach jest niewiele miejsca, więc mężczyźni tłoczą się i przekrzykują hałas, z jakim się toczymy. Jadę razem z przodowym i sztygarem, którzy omawiają plan pracy na dziś i efekty działań poprzedniej zmiany. Niewiele mogę usłyszeć, bo pociąg wydaje zgrzytliwe dźwięki i w jednostajnym głośnym szumie wszystko znika – zupełnie jak w gęstym mroku, który nas tam otacza. Zza pleców dochodzą do mnie pojedyncze głosy górników i ktoś z tyłu podaje tabakę.

– Jedziesz z nami, musisz spróbować – oświadcza Wojtek, dobry duch z działu BHP czuwający nade mną w kopalni.

To „kobieca” tabaka, delikatniejsza, ale i tak zaczynam kichać i ocierać łzy. Na dole ze względu na metan obowiązuje całkowity zakaz palenia, nie można mieć przy sobie żadnej zapalniczki, a chłopaki muszą sobie jakoś dawać radę. Większość z nich pali, więc w ruch idzie słynna tabaka, ale tu nie chodzi wcale o nałóg, tylko o coś znacznie ważniejszego. Sznupanie tam w ciemnościach, niemal kilometr pod ziemią, to forma pozdrowienia, jak postawienie przed kimś bliskim kawy albo poczęstowanie go herbatą. A poza tym, kiedy ma się nos zapchany węglem, nic tak nie oczyszcza jak potężne kichnięcie.

Zza drzwi pociągu niewiele widać. Światło lampki wyłapuje sieć przeróżnych kabli i rur, ogromne lutniociągi, które wyglądają jak monstrualne podziemne robaki – poruszają się, bo przepływa nimi świeże powietrze. Wśród tych wszystkich rur są i te służące do odpompowywania wody z zalanych chodników. Blask latarki przeskakuje z jednych na drugie, wyciąga z mroku łańcuchy, beczki, pompy i co jakiś czas pojawiające się ucha głośnomówiące – urządzenia do komunikacji przypominające wyglądem domofon. Po około dwudziestu minutach przesiadamy się do następnej kolejki, tym razem podwieszanej, spalinowej, i teraz już nie odgradzają nas metalowe drzwi. Czarne ściany są więc na wyciągnięcie ręki, a wagonikami buja, gdy kolejka pnie się ostro w górę albo ze zgrzytem skręca niemal pod kątem prostym i zaczyna gwałtownie opadać. Jedziemy w całkowitym mroku, na tym odcinku nie ma żadnych lamp, na głowy spadają nam drobne kamyki, czasem kapnie kropla wody, w świetle lampki wiruje czarny pył. Kiedy widzę to, co jej promień wyłapuje z chodnika, zaczynam się czuć jak w trzewiach ogromnego zwierzęcia, które sapie, mruczy i trzeszczy. Mijamy głośne wentylatory i owiewa nas chłodny podmuch powietrza. Wreszcie koniec trasy – stacja osobowa, czyli kilka lamp zawieszonych na obudowie wyrobiska, lutniociąg niknący w ciemnościach i zbity z desek podest o metrowej szerokości. Tu śmiechy i rozmowy cichną, górnicy zabierają swój sprzęt i jeden po drugim znikają w gęstym, czarnym mroku. Idziemy w kierunku ściany wydobywczej, gdzie poprzedniego dnia oberwał się strop i zasypało większość chodnika podścianowego. Całą robotę trzeba będzie zacząć od nowa, co czasami się tam zdarza. Dawid opowiadał mi o tym wcześniej, ale dopiero teraz zrozumiałam, co miał na myśli. Żeby wejść do wąskiego wyrobiska, musimy się pochylić, bo strop wisi nam tuż nad głowami. Normalnie po lewej stronie znajduje się kombajn ścianowy, który porusza się po przenośniku do złudzenia przypominającym wąski tor kolejki, tyle że poprzecinany łańcuchami, po prawej – przejście pod ścianą zawieszoną wielkimi kablami. Normalnie, co nie znaczy, że zawsze. A już na pewno nie dziś.

– Dwa dni temu było wszystko super, a wczoraj okazało się, że strop przycisnęło i zasypało. Jest nisko, bardzo nisko, więc najpierw trzeba będzie przejechać kombajnem, żeby te zwały skał stamtąd wyfedrować. Trochę czasu to zajmie – stwierdził Dawid, jakby chodziło o drobiazg.

Kiedy idę za nim, czepiam się węży, żeby przecisnąć się między wystającymi ze ściany prętami i nisko zawieszonym stropem. Hełm chroni przed uderzeniami, ale i tak wszystko czuć, gdy człowiek wyrżnie się kilka razy w głowę.

Nagle w ciemnościach rozlega się przeraźliwy zgrzyt i cały chodnik wypełnia zagłuszający wszystko dźwięk pracującej maszyny. To kombajn zbierający urobek ze ściany. Olbrzymie ramię zakończone okrągłą tarczą ścina górotwór, odrywają się kawałki węgla, wielkie bryły spadają od razu na przenośnik, ale mniejsze z wielką siłą lądują pod ładowarką maszyny. Pęd powietrza jest tak mocny, że nic już nie słychać, a nos i gardło zatyka pył węglowy, który wciska się też do uszu, pod powieki i oblepia wszystko tłustą mazią. Dawid co chwilę omiata ścianę i strop snopem światła i spogląda na metanomierz.

– Tak to wygląda! – przekrzykuje hałas kombajnu. – Najpierw robię pomiary metanu, potem wchodzę do ściany i oceniam zabudowę wnęki górnej, upewniam się, że nic nikomu nie spadnie na głowę. Dopiero w następnej kolejności sprawdzam, czy nic nie leży na dolnej wnęce, bo opady ze stropu zdarzają się co chwilę. Kiedy to ogarnę, wracam tam, gdzie znajduje się kombajn, chłopaki załączają i zaczynamy fedrować. To jest początek naszej dniówki wydobywczej. Na koniec zdaję raport sztygarowi, on z kolei dyspozytorowi, i wracamy tą samą drogą do kolejki.

Na zmianie wydobywczej zawsze jest przodowy i osoba dozoru – we dwóch zarządzają całą sytuacją na dole. Pilnują wydobycia, bezpieczeństwa w ścianie i pracy urządzeń w poszczególnych rejonach oddziału. Bez ich zgody nikt nie może wejść ani wyjść ze ściany. Przodowy kontroluje pracę zespołu, a sztygar – przodowego, ale często sobie pomagają, uzupełniając się.

Dawid jako przodowy jest odpowiedzialny za pomiar metanu. Same czujniki umieszczone w wyrobiskach kopalni nie wystarczą, bo ten gaz bywa podstępny i wypływa w różnych miejscach. Poza tym nie wszędzie są czujniki, dlatego przodowy nosi własny i co chwilę sprawdza pomiary, a kiedy poziom gazu zaczyna rosnąć, szuka miejsca w skale, skąd wypływa metan. Musi go zlokalizować, zanim trzeba będzie ewakuować ekipę. Kiedy załoga się wycofuje, Dawid zostaje na miejscu, żeby obserwować sytuację. Chyba że robi się naprawdę źle. Wtedy do akcji wkracza dział wentylacji, który czasami w takich przypadkach musi zbudować pomocnicze urządzenia wentylacyjne, by upłynnić przepływ powietrza.

W takich warunkach górnicy pracują przez cały czas, to zupełnie normalna sytuacja i dla nich oznacza nie tyle stres wywołany ryzykiem, ile raczej chwilę odpoczynku od ciężkiej pracy. Zasada numer jeden – ludzie muszą być bezpieczni. Nikt nie panikuje, każdy wie, dokąd ma iść. Rzucają narzędzia, biorą aparaty ucieczkowe i na chwilę odrywają się od mozolnej roboty. Kiedy wszyscy znajdą się już w prądzie świeżego powietrza, Dawid powiadamia dyspozytora kopalni i sztygara. Do komunikacji na dole służą specjalne urządzenia iskrobezpieczne o bardzo niskim napięciu, które nawet przy otwartej budowie nie powodują zagrożenia wybuchu. To właśnie urządzenia głośnomówiące, które wiszą na ociosie, i specjalne telefony. Po zmierzeniu stężenia metanu Dawid musi sprawdzić, gdzie doszło do jego wzrostu, i usunąć zagrożenie.

Zanim na dole zainstalowano metanomierze, w podziemiach kopalni masowo ginęły kanarki. Kiedy stoję schylona pod niskim stropem i jedną ręką opieram się o czarną ścianę, próbuję sobie wyobrazić, jak jeszcze w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku górnicy zjeżdżali na dół z klatkami. Małe świergoczące ptaszki skakały na drążkach i tłukły się skrzydłami o pręty. Sypano im okruszki, dolewano świeżej wody – wszystko po to, by mogły ocalić czyjeś życie. Hałaśliwe ptaki pewnie natychmiast milkły, gdy tylko zamykały się za nimi drzwi szybu. Siedziały jak sparaliżowane, nie wydając z siebie żadnego dźwięku – obezwładniał je lęk przed ciemnością. Im głębiej zjeżdżały, tym baczniej je obserwowano. Zasada była prosta: ich życie za życie górnika. Klatki wieszano w chodnikach pod samym stropem, tam, gdzie gromadził się metan, i dopóki kanarek żył, ludzie mogli bezpiecznie pracować. Kiedy usypiał, wszyscy od razu się wycofywali – kostucha przychodziła po swoje, ale zamiast człowieka zabierała ze sobą ptaka.

Kanarki przestały zjeżdżać do kopalni, gdy pojawiły się lampy karbidowe. Teraz zamiast obserwować ptaki, przyglądano się płomieniowi. Miał dwie podstawowe zalety – rozświetlał ciemności i sygnalizował stężenie niebezpiecznego gazu w powietrzu. Kiedy spadał poziom tlenu, lampa karbidowa zaczynała przygasać, a razem z nią życie człowieka. Górnicy opuszczali wtedy pospiesznie zagrożony rejon i dzięki temu udawało im się przetrwać. Znacznie później nastała era metanomierzy, które okazały się bardziej godne zaufania od ptaków i lamp, choć ten, kto schodzi pod ziemię, dobrze wie, że nie ma idealnych narzędzi – wszystko potrafi zawieść, kiedy próbuje się okiełznać naturę.

Gdy udaje się już przewietrzyć rejon i wymieszać powietrze z gazem na tyle, by znów jego poziom spadł do bezpiecznej wartości, przodowy ściąga z powrotem chłopaków i wszyscy wracają do pracy. Zazwyczaj do wypływu metanu dochodzi pod koniec tygodnia, po sześciu dobach nieustannej pracy. Jedna doba to średnio pięć metrów postępu ściany, a ta musi się wreszcie odgazować.

– Gaz się zbiera i wypływa. Potem się rozwieje, wszystko się przewietrzy i znów do roboty. Nie ma się co spieszyć, lepiej poczekać te parę minut, aż stężenie wróci do normy. Praca pracą, ale w końcu najważniejsze jest ludzkie życie, a jak dotąd nie wymyślono jeszcze żadnego urządzenia, które chroniłoby nas przed metanem. Niestety… – dodaje Dawid, kiedy siedzimy w jego mieszkaniu, a najmłodszy synek usnął już w pokoju obok. – Codziennie wchodzę tam, gdzie jest zagrożenie metanowe. Do tego zabezpieczam ociosy, czyli wszystkie te miejsca, gdzie skała może się odspoić. Zazwyczaj robi się to belkami różnej wielkości. Na szczęście wysokie stężenie gazu rzadko się u nas zdarza, bo unikamy tego jak ognia. U mnie na zmianach jest raczej bezpiecznie, ale trudno tu mówić o regule. Czasem przez trzy miesiące praca idzie gładko bez żadnych usterek i problemów, a czasem tydzień w tydzień coś się wali. Bywa i tak, że metan wybija codziennie, zwłaszcza gdy jesteśmy na ścianie w czwartej kategorii zagrożenia metanowego. Jako przodowy jestem odpowiedzialny za bezpieczeństwo mojej załogi, więc gdy pojawia się ryzyko, wycofuję ich i zostaję, by ogarnąć sytuację, ale jestem pewien, że gdyby zdarzyło się coś złego, poszliby za mną. Ufamy sobie, rzucilibyśmy się za sobą w ogień.

I dokładnie tak to wygląda, gdy załoga wysiada z kolejki i zabiera ze sobą sprzęt – jedni idą z belkami na ramionach, inni dźwigają wielkie ogniwa do łączenia łańcuchów i cicho wsiąkają w ciemność. Są zgranym zespołem, skupieni na robocie, oszczędni w ruchach, komunikują się prostymi słowami: „Andrzej, daj filarówkę. Konrad, gdzie stojak?”.

Tam nie ma czasu na pełne zdania, człowiek koncentruje się zupełnie na czym innym, a poza tym zmęczenie pracą w takich warunkach też daje się we znaki.

– Kiedy była tu z nami ekipa telewizyjna z Discovery, kazali nam mówić pełnymi zdaniami. „Po ludzku”, żeby wszyscy zrozumieli – uśmiecha się Dawid. – Tu światła, tam operator, „Po ludzku!” słyszę ciągle zza kamery, no to odwracam się do kombajnisty i mówię do niego drukowanymi literami: „Paweł, załącz kombajn i zacznij urabiać od górnej części ściany”. A on wlepia we mnie zdumione spojrzenie i odpowiada: „Ty, co ty, kurwa, ode mnie chcesz?”. Musiałem mu najpierw wytłumaczyć po naszemu, a potem powtarzaliśmy ujęcie. Chłopaki już mieli tego dość, a co się później z tego naśmialiśmy, to nasze. – A potem poważnieje i pocierając dłonią czoło, mówi: – No ale wcześniej to do śmiechu nam nie było. Kiedy ekipa zjechała na dół, doszło akurat do obwału ściany. Sprawdzam strop i normalnie słabo mi się zrobi, jak pomyślę, co będzie, jak to wszystko spadnie nam tu na głowy, nie wspominając już o całym ich sprzęcie. Zbladłem nieco i sygnalizuję chłopakom – tak żeby telewizyjni nie wpadli w panikę – że mamy problem. Ci zerkają w górę i robią wielkie oczy, bo jak dupnie, to przecież ekipa narobi ze strachu i w życiu więcej nie zjadą. „Słuchajcie, tu nie ma co oglądać, pokażę wam coś lepszego”, rzuciłem lekko i przeprowadziłem ich szybko, nie mówiąc, co się dzieje. Sprawdzałem jedynie, czy nic się zaraz nie zwali, a moja załoga od razu zajęła się zabezpieczaniem. Jak wróciliśmy, wszystko już było w porządku.

Zaufanie do ludzi to tam, na dole, podstawa, bez tego trudno przeżyć. Załoga Dawida stanowi zgrany zespół, oczywiście zdarzają się nieporozumienia i niesnaski – normalne, zwłaszcza gdy ktoś ma słabszy dzień – ale chłopaki wyznają jedną zasadę: wyjaśniają sobie wszystko, nie czekając, aż problem sam się rozwiąże. Kiedy człowiek zjeżdża niemal kilometr pod ziemię, nad głową wiszą mu megatony, stoi w wąskim ciasnym korytarzu, a do najbliższego wyjścia jest sześć kilometrów, to właśnie zaufanie do innych sprawia, że się nie wariuje. Zaufanie i spora dawka poczucia humoru.

Gdy idziemy gęsiego wyrobiskiem, jeden drugiemu przekazuje informację: „dziura”, więc łatwo ją ominąć, ale gdy wchodzimy na kładkę, czyli belkę zanurzoną do połowy w wodzie, żeby przedostać się na drugą stronę rozlewiska, przypominam sobie opowieści Dawida o tym, jakie kawały sobie robią w pracy, i zaczynam się obawiać, że zaraz wyląduję po pas w wodzie. Raz na jakiś czas jeden z nich, przechodząc przez kładkę, odsuwa ją za sobą nogą, właściwie lekko odpycha, co w zupełności wystarczy, by ten, kto idzie za nim, chlupnął w bajoro. Wybuchają śmiechy i delikwent musi zdjąć mokre ubranie i je wyżąć. Przybijają sobie też czasem bluzy albo wiążą drutem i po skończonej szychcie, gdy zbiera się swoje rzeczy i wraca pod szyb, okazuje się, że nie tak łatwo zdjąć strój z haczyka. Łapią się za słówka i jak już znajdą temat…

– Te, celebryta, żeby ci się teraz w głowie nie poprzewracało – rzuca ze śmiechem sztygar do przodowego. – Najpierw gwiazda telewizyjna, a teraz książki o tobie piszą. A na kolejnej szychcie to chyba autografy będziesz rozdawał, co? Pewnie węglem – dodają rozbawione chłopaki z załogi, a Dawid śmieje się razem z nimi.

Śmiech to najlepszy sposób na odreagowanie stresu, a ze stresem mają tu do czynienia na co dzień.

– Zdaję sobie sprawę z tego, jak odpowiedzialne i niebezpieczne jest moje stanowisko. Czy się boję? Oczywiście, że tak! – odpowiada zdziwiony, kiedy go o to pytam. – Tylko debil się nie boi, kiedy zjeżdża na dół. Jeśli się boisz, to myślisz, co zrobić, żeby nikomu nic się nie stało. Znam wszystkie zagrożenia, jakie niesie za sobą ta praca, a to sprawia, że człowiek robi się uważniejszy i pokornieje. I zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę, gdy idę tam jako pierwszy, sprawdzam, czy nic się nie oberwie, i zabezpieczam miejsce, gdzie zaraz będą pracować moi koledzy. Muszę dbać o ich bezpieczeństwo, to moje podstawowe zadanie. Oni też o mnie dbają, pilnują mnie. I choć czasami trudno tak myśleć, to jednak trzeba – w kopalni nie da się inaczej – że w razie czego lepiej, by zabiło jednego górnika niż dwudziestu. Na szczęście nigdy nie musiałem dokonywać takiego wyboru i modlę się o to, bym nigdy nie musiał. Każdy z mojej załogi ma swoją rodzinę, każdy z nich po skończonej szychcie ma wrócić do domu i tego się trzymam. Wypadki się zdarzają, ale najczęściej to kwestia nieuwagi, bo łatwo dupnąć się młotkiem i zerwać paznokieć. Poza tym jest jeszcze sprawa tlenu. Norma u nas na dole to minimum dziewiętnaście procent, a i tak przy takim stężeniu człowiek czasem chodzi nieprzytomny. Do tego, gdy jest za dużo metanu, trafiają się nawet omamy. Pamiętam, jak kiedyś byłem na ćwiczeniach, chyba podczas kursu na górnika strzałowego. Zamykano nas wtedy w pomieszczeniu i odcinano tlen do zaledwie szesnastu procent. Zachowywałem się jak pijany. Dziwne uczucie.

Dziwne, to prawda. Bo nawet w sytuacji, gdy cała załoga doskonale funkcjonuje, ja mam problemy z dotarciem z powrotem do kolejki. Nagle okazuje się, że dobre samopoczucie znika w ułamku sekundy i człowiek już siedzi na ziemi. Ktoś podaje mi swoją butelkę wody i pomaga wstać. Wojtek, mój dobry duch, co chwilę pyta, czy wszystko w porządku, i pogania wszystkich świętych, by szybciej przyjechał po nas transport, gdy siedzę już na podeście i czekam cierpliwie, aż podwieszana kolejka wywiezie nas z tych czeluści. Znowu jest cicho, słychać tylko buczenie wentylatorów i „szczęść Boże”, wypowiadane za każdym razem, gdy jeden z górników wynurzy się z mroku po jednej stronie stacji i po minucie znika w tym samym mroku po drugiej stronie. To „szczęść Boże” co rusz rozbrzmiewa w kopalni i te dwa krótkie słowa zawierają wszystko, począwszy od: „niech Bóg ma cię w swojej opiece”, przez „wyjedź cało i zdrowo po skończonej szychcie”, po „smacznego”.

Zastanawiam się, co dzieje się, gdy w takich warunkach dochodzi do tragedii. Jak można uratować człowieka, kiedy dojazd do szybu zajmuje co najmniej pół godziny? Dawid opowiadał o tym, jak jednemu chłopakowi zmiażdżyło głowę. Wszystkie maszyny pracujące pod ziemią mają odpowiednie czujniki wykrywające człowieka – i nie ruszą, jeśli ktoś znajduje się w polu rażenia. Czasem jednak czujniki zawodzą. Tak właśnie stało się na tamtej zmianie – sprzęt nie zadziałał jak trzeba i kombajn ruszył, chociaż chłopak znajdował się tuż obok. Tego nie da się przewidzieć – tak jak wybuchu metanu. W 2008 roku w tej kopalni życie straciło jedenaście osób, a dwa lata później tuż przed zmianą Dawida jego kolega zginął od uderzenia ciśnieniem. Wtedy zawsze w domach górników rozdzwaniają się telefony – każdy chce wiedzieć, czy są cali i zdrowi, nawet jeśli wypadek wydarzył się w zupełnie innej kopalni. A sami górnicy zaraz po wyjściu z szybu dzwonią do swoich żon i matek, bo wiedzą, że tamte czekają na jakikolwiek sygnał. Nie, nie jakikolwiek – na głos swojego męża i syna, który zapewni ich, że żyje, że tym razem święta Barbara przyszła po kogo innego.

Najwięcej wypadków w kopalniach zdarza się właśnie w okolicy Barbórki.

– Co z niej za patronka, skoro zamiast ich ratować, to zabiera ze sobą? – pyta gorzko kobieta siedząca za kierownicą taksówki wiozącej mnie na spotkanie z Dawidem. – Mój tata przepracował tam zaledwie kilka lat. Wypadek wydarzył się tuż przed moimi urodzinami. Od tamtej pory jeździł na wózku inwalidzkim i nigdy już nie zjechał na dół. Wszyscy w naszej rodzinie są górnikami, wujkowie, bracia, kuzynowie, o niczym innym się u nas nie rozmawia, ale na całe szczęście ich Barbara oszczędziła. Padło tylko na tatę… Dlatego nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby wyjść za górnika. Co to za życie w wiecznym stresie? Żegnasz się rano, gdy wychodzi do pracy, bo wiesz, że może już nie wrócić. Nie, to nie dla mnie.

Kiedy pytam Dawida o to, czy Monika nie boi się o niego, macha ręką.

– Jej tata też pracował na kopalni, więc zawsze wiedziała, co znaczy górnik w domu. Na samym początku naszego związku panikowała za każdym razem, gdy się spóźniałem. I jak raz po szychcie pojechałem z chłopakami na piwo i nie dałem jej znać… Ale mi się wtedy dostało… Teraz mamy sześcioro dzieci, Norbert ledwie skończył pół roku, w tej sytuacji wiadomo, że najważniejsza jest stabilizacja, a ta praca właśnie to oznacza. Po tylu latach każdy oswaja się z ryzykiem, z jakim wiąże się robota w kopalni, ale Monika i tak wciąż się martwi, gdy nie odbieram telefonu, chociaż powinienem już dawno wyjechać na powierzchnię. Czasem muszę zostać na dole dłużej i spóźniam się do domu – zaraz mam pięćset nieodebranych połączeń. Taka praca… W domu zawsze robi się nerwowo, kiedy rodzina słyszy o wypadku na kopalni. Zresztą każdy z nas i naszych bliskich przez to przechodzi. Tłumaczymy im wtedy, że przecież jeśli coś nam się stanie, to ktoś zadzwoni albo przyjdzie, żeby ich powiadomić, no ale lęk o rodzinę jest silniejszy. Nie sądzę, by żona kiedykolwiek mi uwierzyła, gdybym powiedział jej, że rzucam w diabły tę robotę i szukam czegoś innego. Ona wie, że mimo wszystko kocham ten zawód. To dla mnie hobby, miłość, miejsce pracy, zarobek i stabilizacja. Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę górnicy to jedna wielka rodzina, całość. Zawsze pracujemy w zespole, razem, jesteśmy zdani na siebie.

Dawid poznał Monikę w 1997 roku, miał wtedy osiemnaście lat i szalał z kumplami na imprezie w dyskotece.

– Jako taki młody synek uwielbiałem słuchać rave’u. Pogowaliśmy właśnie z chłopakami, kiedy nagle wpadłem na dziewczynę i przez przypadek ją kopnąłem. Przeprosiłem i tak to właśnie się zaczęło – śmieje się. – Zaczęliśmy rozmawiać, potem spotkaliśmy się na kolejnej imprezie, a ja w ramach przeprosin zaprosiłem ją na drinka. Chyba wtedy wymieniliśmy się telefonami, a rok później wzięliśmy ślub. Jesteśmy razem już dziewiętnaście lat. W zeszłym roku, kiedy obchodziłem czterdziestkę, żona przekomarzała się ze mną, że wymieni mnie na młodszy model, a najlepiej na dwa – jeden będzie sprzątał, a drugi gotował. Naprawdę nie rozumiem dlaczego, przecież ja świetnie gotuję!

Dawid lubi stać w kuchni, zresztą taki mają podział obowiązków w domu – Monika sprząta, a on gotuje. Odstresowuje go to, chociaż twierdzi, że pracę i wszystko to, co z nią związane, zostawia za bramą kopalni. Nie bardzo mu wierzę, bo tak jak on nie wyobraża sobie innej pracy, tak ja nie wyobrażam sobie, by człowiek, który z taką pasją opowiada o jakimkolwiek zajęciu, mógł się od niego zdystansować, odstawić je na boczny tor i skupić się na czymś innym. Zresztą niemal podczas każdej rozmowy z bohaterami tych historii wychodzi to samo – oni są przekonani, że oddzielają kopalnię od życia grubą, wyraźną kreską, natomiast ich rodziny twierdzą zupełnie co innego. Dawid ma jednak swój sposób na to, by się wyciszyć. W sezonie grzybowym nakłada słuchawki, włącza muzykę i idzie do lasu, bo w domu raczej trudno znaleźć ciche miejsce. W dwupokojowym mieszkaniu z sześciorgiem dzieci zawsze jest gwarno, każdy ma jakiś problem, który musi natychmiast rozwiązać, do tego kolejka do łazienki, lekcje do odrobienia i porozrzucane zabawki, a w tym wszystkim ciężko jest złapać oddech.

– Czasem kiedy człowiek wraca z pracy nerwowy, wybucha o byle co i powie o jedno słowo za dużo, o którym normalnie nawet by nie pomyślał. Ja potrzebuję wtedy spokoju, muszę się skupić na czymś konkretnym, żeby nie roztrząsać tego, co się wydarzyło, zapalić, odetchnąć, wrócić do równowagi. Dlatego gotuję i dłubię w moich modelach.

Kiedy pytam go o idealny dzień w pracy, od razu się rozmarza:

– Ściana prościuteńka jak linijka, wszystko idzie gładko, nie wyskakuje żaden łańcuch, nikt nie choruje i wyrabiamy z nawiązką.

A jak często to się zdarza?

Dawid parska śmiechem.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

ROBERT

Mojej ukochanej córci Julci

Kolegom, z którymi pracuję pod ziemią. Szczęść Boże!

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

MALWINA

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

KRZYSZTOF

Wojtkowi i całej mojej rodzinie

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

MARIUSZ

Mamie Gieni, synom: Piotrowi i Wojtkowi, żonie Grażynie i prawdziwym górnikom tyrającym pod ziemią

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

TOMEK

Ludziom z pasją

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

OLEK

Dla Ewelinki i Tomka.

Jesteście dla mnie najważniejsi

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ŹRÓDŁA

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Górnicy PL 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran