Wspomnienia z przyszłości

Wspomnienia z przyszłości

Autorzy: Erich von Daniken

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 3.28 zł

Ta książka zaszokowała świat! Naukowcy ją potępili.

Czytelnicy kupili 30 milionów egzemplarzy!

We WSPOMNIENIACH Z PRZYSZŁOŚCI Erich von Däniken po raz pierwszy postawił niewygodne pytania, na które nie potrafi odpowiedzieć tradycyjna archeologia: Kto i przy użyciu jakiej zaawansowanej technologii stworzył w zamierzchłej przeszłości monumentalne budowle, rzeźby i rysunki, które można znaleźć na wszystkich kontynentach? Jego odpowiedź podważyła dogmaty współczesnej nauki.

Przez następnych 50 lat badań Erich von Däniken szukał nowych dowodów i w kolejnych kilku-dziesięciu książkach przedstawiał nowe świadectwa, że Ziemię od tysięcy lat odwiedzają „bogowie”. Ślady ich obecności w dzisiejszych czasach ujawnia w długo oczekiwanej kontynuacjiWSPOMNIEŃ Z PRZYSZŁOŚCI: w najnowszym bestsellerze –BOGOWIE NIGDY NAS NIE OPUŚCILI.

Redakcja stylistyczna

Barbara Nowak

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Ilustracje na okładce

© Xavier Fargas/Shutterstock

Wszystkie zdjęcia w środku, jeśli nie podano innego źródła,

pochodzą z archiwum fotograficznego Ericha von Dänikena.

Tytuł oryginału

Erinnerungen an die Zukunft

Copyright © Erich von Däniken

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6624-4

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Przedmowa

Wspomnienia z przyszłości – czy coś takiego istnieje? Wspomnienia o czymś, co przyjdzie znowu? Czy w przyrodzie istnieje wieczny obieg rzeczy, wieczne zlewanie się czasów?

Czy liszka przeczuwa, że na wiosnę zbudzi się jako motyl? Czy cząsteczka gazu jakimś sposobem czuje prawo, zgodnie z którym wcześniej czy później znów zniknie w Słońcu? Czy umysł ludzki wie o swoim powiązaniu z wszystkimi zakamarkami wieczności?

Człowiek dzisiejszy różni się od człowieka dnia wczorajszego lub przedwczorajszego. Człowiek staje się ciągle na nowo i zmienia się nieustannie w tym nieskończonym ciągu, który nazywamy CZASEM. Człowiek będzie musiał zrozumieć i opanować czas! Czas jest bowiem nasieniem uniwersum. I nie ma końca czas, w którym łączą się wszystkie czasy.

Istnieją wspomnienia z przyszłości. To, czego dzisiaj jeszcze nie wiemy, skrywa przed nami Wszechświat. Być może dzisiaj, jutro lub kiedyś w przyszłości niektóre tajemnice zostaną wyjaśnione. Wszechświat nie zna czasu ani jego pojęcia.

Ta książka nie powstałaby bez zachęty i pomocy wielu ludzi. Mojej żonie, która w ostatnich latach rzadko widywała mnie w domu, dziękuję za wyrozumiałość. Dziękuję mojemu przyjacielowi Hansowi Neunerowi, który towarzyszył mi przez 100 000 kilometrów w moich podróżach i służył zawsze cenną pomocą. Dziękuję doktorowi Stehlinowi i Louisowi Emrichowi za to, że tak długo dodawali mi otuchy. Dziękuję wszystkim pracownikom NASA w Houston, na Przylądku Kennedy’ego i w Huntsville, którzy oprowadzali mnie po swoich wspaniałych naukowo-technicznych ośrodkach badawczych. Dziękuję profesorowi doktorowi Wernherowi von Braunowi, doktorowi Willy’emu Leyowi i panu Bertowi Slattery’emu. Dziękuje wreszcie wszystkim niezliczonym mężczyznom i kobietom na całym świecie, którzy przez rozmowy, sugestie i bezpośrednią pomoc umożliwili powstanie tej książki.

Erich von Däniken

Wprowadzenie

Napisanie tej książki wymagało odwagi, jej przeczytanie wymaga odwagi nie mniejszej.

Uczeni wezmą ją na indeks dzieł, o których lepiej nie mówić, bo jej tezy i dowody nie pasują do mozolnie zlepionej mozaiki skostniałej już wiedzy szkolnej. Laicy z kolei, których nawet we śnie niepokoją wizje przyszłości, schronią się niczym ślimaki do bezpiecznej i znanej im skorupy przed możliwością, więcej – przed prawdopodobieństwem, że odkrywana przeszłość będzie w porównaniu z przyszłością jeszcze bardziej tajemnicza, zuchwała i zagadkowa.

Jedno jest bowiem pewne: w naszej przeszłości, tej sprzed tysięcy milionów lat, coś się nie zgadza! Roi się w niej od nieznanych bogów, którzy w załogowych statkach kosmicznych składali wizyty naszej dobrej, wiekowej Ziemi. Przeszłość ta pełna była broni tajemnych, superbroni i trudnej do wyobrażenia wiedzy technicznej, której po części do dzisiaj nie jesteśmy w stanie odtworzyć.

W naszej archeologii coś się nie zgadza! Oto znajduje się baterie elektryczne sprzed wielu tysięcy lat. Na artefaktach widać dziwne istoty w nienagannych skafandrach kosmicznych, których pasy zapinane są na klamerki z platyny. Występują piętnastocyfrowe liczby, których nie obliczył przecież żaden komputer. W zamierzchłej przeszłości spotykamy wiele rzeczy, których nie sposób sobie wyobrazić. Skąd jednak ci prapraludzie zdobyli umiejętność tworzenia tak niewyobrażalnych rzeczy?

Z naszymi religiami też coś jest nie tak! Wszystkie religie mają tę wspólną cechę, że obiecują ludziom zbawienie i pomoc. Takie obietnice składali również najstarsi bogowie. Dlaczego jednak ich nie dotrzymywali? Dlaczego używali supernowoczesnej broni przeciwko prymitywnym ludziom? l dlaczego planowali ich zagładę?

Powinniśmy przyzwyczaić się do myśli, że powstały w ciągu tysięcy lat świat wyobrażeń – załamie się. Nawet niewiele lat dokładnych badań wystarczyło, by zburzyć gmach pojęć, w którym było nam tak przytulnie. Na nowo odkrywana jest wiedza, ukryta przedtem w bibliotekach tajnych stowarzyszeń. Era podróży kosmicznych nie jest już czasem skrywanych tajemnic. Loty kosmiczne w kierunku Słońca i gwiazd pozwalają także na sondowanie otchłani naszej przeszłości. Z ciemnych grobowców podnoszą się bogowie i kapłani, królowie i bohaterowie. Musimy wydrzeć im ich sekrety, bo mamy środki do tego, by odkryć naszą przeszłość gruntownie i – jeśli tylko tego chcemy – bez żadnych luk.

Starożytność trzeba badać w nowoczesnym laboratorium.

Archeolog musi na zgliszczach przeszłości posługiwać się czułymi urządzeniami pomiarowymi.

Szukający prawdy współczesny kapłan musi zacząć od nowa wątpić we wszystko, co zostało ustalone.

Bogowie z zamierzchłej przeszłości pozostawili widoczne ślady, które umiemy odczytać i odszyfrować dopiero dzisiaj, bo przez tysiące lat nie istniał dla ludzi problem podróży kosmicznej, który dla nas stał się tak bliski. Wysuwam bowiem twierdzenie: dawno w starożytności nasi przodkowie doświadczyli odwiedzin z kosmosu! Choć do dzisiaj nie wiemy, kim były te pozaziemskie istoty inteligentne i z jakiej przybyły planety, jestem przekonany, że ci ,,obcy” zgładzili część żyjącej wówczas populacji i spłodzili nowego człowieka, być może pierwszego Homo sapiens.

Twierdzenie to zbija z nóg, bo niszczy podstawy, na których zbudowano tak pozornie doskonały gmach dotychczasowych pojęć. Celem tej książki jest próba dostarczenia dowodów na poparcie tego twierdzenia.

Rozdział 1

Czy kosmos zamieszkują istoty podobne do człowieka?

Czy rozwój bez tlenu jest możliwy?

Czy istnieje życie w śmiercionośnym środowisku?

Czy jest do pomyślenia, żebyśmy my, obywatele świata w XX wieku i w kolejnym, nie byli jedynymi rozumnymi istotami w kosmosie? Do tej pory w żadnym jeszcze muzeum antropologicznym nie ma wśród eksponatów spreparowanego homunkulusa z innej planety, a więc odpowiedź, że „tylko naszą Ziemię zamieszkują istoty ludzkie”, wydaje się przekonywająca i uzasadniona. Jednak las znaków zapytania zagęszcza się, skoro tylko połączymy ze sobą w ciąg przyczynowy wyniki najnowszych znalezisk i badań naukowych.

Astronomowie twierdzą, że w pogodną noc człowiek może zobaczyć gołym okiem na nieboskłonie około 4500 gwiazd. Jednak już zwykła luneta w małym obserwatorium astronomicznym pozwala ujrzeć prawie 2 000 000 gwiazd, podczas gdy nowoczesny teleskop zwierciadłowy wychwytuje światło miliardów gwiazd… punktów świetlnych Drogi Mlecznej. Na tle ogromu kosmosu nasz system gwiezdny jest zaledwie maleńką cząstką nieporównanie większego systemu – który można by nazwać wiązką (układem) dróg mlecznych. Obejmuje on około 20 galaktyk w promieniu 1 500 000 lat świetlnych (l rok świetlny = 9,5 bilionów kilometrów). Z kolei nawet ta wielka liczba gwiazd wcale nie jest duża w porównaniu z wieloma tysiącami galaktyk spiralnych, których istnienie przybliżyły nam teleskopy elektroniczne. Wszystko to odnosi się do dzisiejszego stanu wiedzy, a badania dopiero się rozpoczęły.

Astronom Harlow Shapley zakłada, że w zasięgu naszych teleskopów znajduje się 1020 gwiazd. Jest on skłonny uznać, że tylko 1 na 1000 ma swój układ planetarny i jest to z pewnością bardzo ostrożna kalkulacja. Pójdźmy tropem tych szacunków i przypuśćmy, że tylko na 1 z 1000 gwiazd istnieją warunki do powstania życia. Mielibyśmy zatem w wyniku tego rachunku wciąż jeszcze wielką liczbę 1014. Shapley zadaje pytanie: ile gwiazd z tej doprawdy astronomicznej liczby ma atmosferę umożliwiającą procesy życiowe? Może 1 na 1000? Skoro tak, to pozostawałaby jeszcze niewyobrażalna liczba l011 gwiazd z przesłankami do powstania tam życia. Nawet gdybyśmy założyli, że z tej liczby tylko co tysięczna gwiazda istotnie wykształciła życie, to nadal pozostałoby dla naszych spekulacji jeszcze 100 000 000 planet. Przy czym obliczenie to opiera się na dostępnych dzisiaj możliwościach technicznych, podczas gdy teleskopy cały czas są ulepszane.

Biochemik doktor S. Miller wysuwa hipotezę, że na niektórych z tych planet warunki do powstania życia i ono samo rozwinęły się być może szybciej niż na Ziemi. Idąc tropem naszych śmiałych obliczeń, trzeba by uznać, że na tych 100 000 000 planet mogły się rozwinąć cywilizacje bardziej zaawansowane od naszej. Profesor doktor Willy Ley, znany pisarz naukowy i przyjaciel Wernhera von Brauna, powiedział mi w Nowym Jorku:

„Liczbę gwiazd tylko w naszej Drodze Mlecznej szacuje się na 30 miliardów. Współczesna astronomia przyjmuje założenie, że w Drodze Mlecznej znajduje się co najmniej 18 miliardów układów planetarnych. Gdybyśmy spróbowali sprowadzić wchodzące w grę liczby do najmniejszych wielkości i przyjęli, że odległości między nimi są tak dobrane, że tylko 1 planeta na 100 obiega swe słońce w ekosferze, to i tak pozostaje jeszcze 180 000 000 planet mogących być środowiskiem dla życia organicznego. Przyjmijmy dalej, że tylko 1 planeta na 100 spośród nich rzeczywiście stanowi siedlisko życia, a mielibyśmy jeszcze 1 800 000 planet, na których życie istnieje. Kolejne przypuszczenie zakładałoby, że na 100 życiodajnych planet przypada jedna zamieszkana przez istoty o inteligencji nieustępującej Homo sapiens. Jednak nawet to ostatnie założenie pozostawia naszej Drodze Mlecznej potężny zastęp 18 000 zaludnionych planet”.

Ponieważ najnowsze obliczenia mówią o 100 miliardach stałych gwiazd w Drodze Mlecznej, to zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa liczba zamieszkanych planet byłaby zdecydowanie wyższa, niż szacuje to profesor Ley w swym ostrożnym obliczeniu.

Nie angażując w nasze rozważania utopijnych liczb i nie uwzględniając obcych galaktyk, możemy przypuszczać, że względnie blisko Ziemi znajduje się 18 000 planet mających warunki życia podobne do naszych. Możemy pójść dalej w spekulacjach: nawet gdyby z tych 18 000 w rzeczywistości tylko jeden procent był zaludniony, to nadal mamy jeszcze 180 planet.

Nie ulega wątpliwości istnienie planet podobnych do Ziemi – z analogicznym składem atmosfery, podobną grawitacją, światem roślinnym, a nawet zwierzęcym. Powstaje jednak pytanie, czy życiodajne planety koniecznie muszą charakteryzować się właściwościami podobnymi do ziemskich?

Badania naukowe modyfikują opinię, zgodnie z którą życie może się rozwijać tylko w warunkach zbliżonych do tych, jakie panują na Ziemi. Błędny jest pogląd, że bez wody i tlenu nie ma życia. W rzeczywistości nawet na naszej Ziemi są organizmy niepotrzebujące w ogóle tlenu. Są to żyjące bez niego bakterie (beztlenowce), a określona ilość tego gazu stanowi dla nich truciznę. Dlaczego zatem nie miałoby być wyżej rozwiniętych organizmów, które obywałyby się bez tlenu? Pod wpływem coraz to nowszych wyników badań naukowych będziemy musieli zmieniać nasze wyobrażenia i pojęcia o świecie. Nasza pasja badawcza ograniczająca się do niedawna tylko do Ziemi uczyniła z niej idealną planetę. Nie jest ona zbyt gorąca i nie jest zbyt zimna; wody jest tu pod dostatkiem; tlen występuje w dużych ilościach; procesy organiczne ciągle na nowo regenerują przyrodę.

W rzeczywistości założenie, że tylko na jakiejś podobnej do Ziemi planecie mogłoby się rozwinąć i trwać życie, jest nie do utrzymania. Na Ziemi żyje – według szacunkowych danych – 2 000 000 różnych gatunków istot żywych. Z tego – znowu szacunkowo – 1 200 000 zostało „uchwycone” przez naukę. Okazuje się, że wśród tych naukowo zbadanych organizmów jest kilka tysięcy takich, które zgodnie z utartymi poglądami w ogóle nie powinny były istnieć! Przesłanki niezbędne do pojawienia się życia muszą zatem zostać na nowo przemyślane i zweryfikowane.

Można by na przykład sądzić, że woda o dużym stopniu napromieniowania radioaktywnego powinna być jałowa. Jednak niektóre rodzaje bakterii radzą sobie jakoś ze śmiercionośną wodą, opływającą reaktory atomowe. Doświadczenie doktora Siegela wydaje się cokolwiek niepokojące. Uczony ten stworzył w laboratorium takie warunki życia, jakie występują w atmosferze Jowisza i w środowisku tym, które nie ma niczego wspólnego z wymaganiami, jakie do tej pory kojarzymy z życiem, hodował bakterie i roztocza. Okazało się, że nie zabił ich ani amoniak, ani metan czy wodór. Doświadczenia entomologów Hintona i Bluma z angielskiego uniwersytetu w Bristolu przyniosły nie mniej zadziwiające wyniki. Obaj uczeni suszyli jeden z gatunków komara przez wiele godzin w temperaturze dochodzącej do 100°C, a następnie natychmiast zanurzyli obiekty doświadczalne w ciekłym helu, który, jak wiadomo, ma temperaturę przestrzeni kosmicznej. Po silnym naświetleniu ponownie zapewnili komarom normalne dla nich warunki życia. I wówczas nastąpiło coś prawie niemożliwego: larwy kontynuowały swoje procesy życiowe i wykluły się z nich całkowicie „zdrowe” komary. Wiemy też o bakteriach żyjących w wulkanach i o innych – pożerających kamień i takich, które wytwarzają żelazo. Las znaków zapytania zagęszcza się.

W wielu ośrodkach naukowych prowadzone są doświadczenia i przybywa dowodów, że zjawisko życia w żadnym wypadku nie jest nierozerwalnie związane z warunkami panującymi na naszej planecie. Z przesłanek do życia i praw przyrodniczych obowiązujących na Ziemi uczyniono w ciągu stuleci coś w rodzaju „pępka świata”. Przeświadczenie takie zniekształciło i zatarło perspektywy, nałożyło badaczom końskie okulary, które kazały im stosować w badaniach kosmosu nasze miary i sposoby myślenia. Teilhard de Chardin, myśliciel na miarę epoki, głosił: „W sprawach kosmosu tylko to, co fantastyczne, ma szansę być realne!”

Odwrócenie naszego sposobu myślenia – równie fantastyczne, jak i realne – polegałoby na zdaniu sobie sprawy, że istoty inteligentne z jakiejś innej planety również przyjmują własne warunki życia za punkt odniesienia. Jeśli żyją one w temperaturach minus 150–200°C, to byłyby skłonne uznać takie właśnie temperatury, unicestwiające nasze życie, za warunek jego istnienia na innych planetach. Odpowiadałoby to logice, z jaką próbujemy rozjaśnić mroki naszej przeszłości.

Jesteśmy winni naszemu dziedziczonemu z pokolenia na pokolenie poczuciu własnej godności, aby być ludźmi rozumnymi i obiektywnymi; słowem – zawsze odważnie i pewnie stojącymi obiema nogami na ziemi. Każda śmiała teza wydaje się w swoim czasie utopijna, ale jakże wiele utopii stało się już dawno codzienną rzeczywistością! Rzecz jasna, przytoczone tu w książce przykłady mają całkiem świadomie posłużyć do skrajnych interpretacji. Jednak w momencie, gdy to, co dziś jeszcze jest nieprawdopodobne, stanie się myślowym standardem – upadną wszelkie bariery i dzięki temu poznamy w sposób naturalny te niewiarygodne dzisiaj tajemnice, które skrywa przed nami kosmos. Przyszłe pokolenia spotkają zapewne w przestrzeni kosmicznej wiele nieprzeczuwanych jeszcze obecnie postaci życia. Choć nam nie będzie już dane tego doświadczyć, nasi potomkowie będą się musieli pogodzić z tym, że nie są jedynymi i z pewnością nie najstarszymi istotami rozumnymi w kosmosie.

Wiek Wszechświata szacuje się na 8–12 miliardów lat. Meteoryty dostarczają śladów związków organicznych dla naszych mikroskopów. Bakterie liczące sobie miliony lat budzą się do nowego życia. Zarodniki, unoszące się w przestrzeni pod wpływem ciśnienia promieni słonecznych i przemierzające kosmos, są wcześniej czy później przechwytywane przez siłę przyciągania planet. Nowe życie od milionów lat bierze początek w nieskończonym obiegu stworzenia. Liczne wnikliwe badania najróżniejszych warstw skalnych we wszystkich częściach świata dowodzą, że skorupa ziemska uformowała się przed około 4 miliardami lat. A dopiero od 1 000 000 lat istnieje coś takiego, jak człowiek – głosi nauka. Z tego ogromnego strumienia czasu udało się przy dużym nakładzie pracy, po licznych przygodach i dzięki pasji badawczej wyodrębnić strużkę 7000 lat historii człowieka społecznego. Cóż jednak znaczy 7000 lat dziejów ludzkości w porównaniu z miliardami lat przeszłości Wszechświata?

My – zwieńczenie stworzenia? – potrzebowaliśmy 400 000 lat, by osiągnąć nasz obecny status i dzisiejszy wygląd. Kto może dostarczać materiału dowodowego w kwestii, dlaczego jakaś inna planeta nie miałaby stworzyć równie korzystnych warunków do rozwoju odmiennych od nas lub podobnych nam istot rozumnych? Dlaczego mielibyśmy nie mieć na innych planetach „konkurencji”, która by nam dorównywała, a może nas przewyższała? Czy wolno nie brać pod uwagę takiej możliwości? Do tej pory tak właśnie czyniliśmy.

Jak często podstawy naszej mądrości rozsypują się w gruzy! Setki pokoleń wierzyły, że Ziemia ma kształt tarczy. Wiele tysięcy lat obowiązywało żelazne prawo: Słońce obraca się wokół Ziemi. Jeszcze dzisiaj jesteśmy przekonani, że nasza planeta jest środkiem Wszechświata – choć zostało dowiedzione, że Ziemia jest całkiem zwykłym, pod względem wielkości nieznacznym ciałem niebieskim, oddalonym o 30 000 lat świetlnych od centrum Drogi Mlecznej.

Nadszedł już czas, abyśmy dzięki odkryciom w nieskończonym i niezbadanym kosmosie uznali własną znikomość. Dopiero wówczas zrozumiemy, że jesteśmy mrówkami w kosmicznym państwie. Nasza szansa znajduje się jednak we Wszechświecie – czyli tam, gdzie nam ją obiecali bogowie.

Dopiero po spojrzeniu w przyszłość będziemy mieli dosyć siły i śmiałości, aby uczciwie i bez uprzedzeń badać naszą przeszłość.

Rozdział 2

Fantastyczna podróż statku kosmicznego we Wszechświecie

„Bogowie” przybywają w odwiedziny

Nieprzemijające ślady

Juliusz Verne, protoplasta wszystkich autorów powieści fantastycznych, okazał się nadzwyczaj zdolnym pisarzem. Jego sięganie do gwiazd nie jest już utopią, a w naszych czasach kosmonauci potrzebują na okrążenie Ziemi nie 80 dni, lecz zaledwie 86 minut. Fantastyczna podróż, której okoliczności i etapy opiszemy, będzie możliwa do zrealizowana szybciej niż po upływie czasu, jaki musiał minąć, aby szalona wizja Juliusza Verne’a osiemdziesięciodniowej podróży dookoła Ziemi przybrała postać błyskawicznej osiemdziesięciominutowej wycieczki. Nie zadowalajmy się jednak tak krótkimi odcinkami czasu! Przypuśćmy zatem, że nasz statek kosmiczny za 150 lat wyruszyłby z Ziemi w kierunku jakiegoś nieznanego, odległego słońca…

Statek miałby wielkość dzisiejszego parowca oceanicznego – czyli jego masa startowa wynosiłaby 100 000 ton, z czego 99 800 ton przypadałoby na paliwo, a efektywna masa użyteczna byłaby mniejsza niż 200 ton.

Niemożliwe?

Już dzisiaj moglibyśmy na orbicie dowolnej planety zmontować część po części statek kosmiczny. Nawet jednak taki montaż okaże się niedługo zbyteczny, bo wielki statek kosmiczny będzie można przygotować na Księżycu. Na pełnych obrotach toczą się prace nad silnikami przyszłości. Przyszłe zespoły napędowe będą przede wszystkim silnikami fotonowymi, wykorzystującymi syntezę jądrową – przemianę wodoru w hel lub też anihilację materii. Ich szybkość osiągnie prędkość światła. Nowa, odważna droga prowadzi w świecie techniki do rakiet fotonowych, a przeprowadzone już doświadczenia fizyczne na pojedynczych cząstkach elementarnych dowodzą, że z powodzeniem można pójść tą drogą. Paliwa rakiet fotonowych umożliwią tak duże przybliżenie szybkości lotu do prędkości światła, że efekt względności, wynikający z teorii Einsteina, a zwłaszcza różnica w upływie czasu między miejscem startu a położeniem statku kosmicznego, ujawni się w pełni. Materiał pędny zamieni się w promieniowanie elektromagnetyczne, emitowane jako wiązka promieni napędowych o prędkości światła. Teoretycznie statek kosmiczny wyposażony w silniki fotonowe będzie mógł osiąg­nąć szybkość dochodzącą do 99% prędkości światła. Szybkość taka pozwoliłaby pokonać granice Układu Słonecznego!

Już samo wyobrażenie sobie tego może przyprawić o zawrót głowy. Na progu nowej epoki powinniśmy jednak pamiętać, że równie oszałamiające były wielkie postępy techniki, jakich w swoim czasie doświadczyli nasi dziadkowie: kolej – elektryczność – telegraf – pierwsze auto – pierwszy samolot… Nasze pokolenie z kolei jako pierwsze usłyszało „music in the air” – oglądamy kolorową telewizję – byliśmy świadkami pierwszych startów rakiet kosmicznych i odbieramy informacje oraz zdjęcia z satelitów krążących wokół Ziemi. Nasi wnukowie wezmą z kolei udział w podróżach gwiezdnych i będą prowadzili badania kosmiczne na politechnikach.

Prześledźmy jednak dalej podróż naszego fantastycznego statku kosmicznego, który zmierza do odległej gwiazdy stałej. Z pewnością byłoby zabawne, gdybyśmy mogli wyobrazić sobie, jak załoga statku spędza czas swej podróży. Choćby odległości były nie wiadomo jak wielkie, a czas dla oczekujących w domu wlókł się niemiłosiernie powoli, teoria Einsteina zachowuje swą ważność! Może się to wydać trudne do pojęcia, ale czas w statku kosmicznym poruszającym się z szybkością zbliżoną do prędkości światła – biegnie wolniej niż na Ziemi.

Jeśli prędkość statku wynosiłaby 99% prędkości światła, to nasza załoga spędziłaby podczas lotu we Wszechświecie 14,1 roku, podczas gdy dla mieszkańców Ziemi minęłoby całe stulecie. Tę różnicę czasu między kosmonautami a Ziemianami można obliczyć według równania, wywodzącego się ze wzoru Lorentza:

(t – czas upływający dla kosmonautów, T – czas upływający na Ziemi, v – prędkość lotu, c – prędkość światła).

Prędkość lotu statku kosmicznego można obliczyć według wyprowadzonego przez profesora Ackereta równania podstawowego dla rakiet:

(v – prędkość lotu, w – prędkość strumienia wyrzucanego z silnika, c – prędkość światła, t – udział paliwa w ciężarze statku podczas startu).

Gdy statek zbliży się do gwiazdy docelowej, załoga z pewnością wykryje planety, ustali ich położenie, zmierzy temperaturę na postawie analizy widmowej i obliczy orbity. W końcu wybierze na miejsce lądowania tę planetę, której właściwości są najbardziej zbliżone do ziemskich. Gdyby nasz statek po podróży na odległość przykładowo 80 lat świetlnych składał się już tylko z masy podstawowej, bo cała energia napędowa zostałaby zużyta, załoga musiałaby na miejscu uzupełnić zbiorniki pojazdu materiałem rozszczepialnym na drogę powrotną.

Załóżmy zatem, że wybrana do lądowania planeta byłaby podobna do Ziemi. Powiedzieliśmy już, że takie założenie w żadnym wypadku nie jest niemożliwe. Odważmy się jeszcze i na takie przypuszczenie, że cywilizacja na tej planecie znajduje się mniej więcej w takim punkcie rozwoju, w jakim nasza była przed 8000 lat, co aparaty pomiarowe statku ustaliłyby już na długo przed wylądowaniem. Nasi kosmonauci oczywiście wybrali lądowisko w pobliżu złóż materiałów rozszczepialnych, ponieważ instrumenty wskazują przecież szybko i niezawodnie, w jakim łańcuchu górskim i w jakiej formacji geologicznej można znaleźć uran.

Lądowanie odbyło się zgodnie z planem.

Kosmonauci widzą istoty, które ostrzą kamienne narzędzia; widzą, jak polują z oszczepami na dzikie zwierzęta; widzą stada owiec i kóz pasące się na stepie; dostrzegają prosty sprzęt gospodarski, wytwarzany przez prymitywne garncarstwo. Zaiste, przedziwny to widok dla naszych kosmonautów.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wspomnienia z przyszłości Bogowie nigdy nas nie opuścili 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona