Deszczowa kołysanka

Deszczowa kołysanka

Autorzy: Jolanta Knitter-Zakrzewska

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI

cena od: 16.80 zł

Szczęście pojawia się zupełnie nagle. (…) Zazwyczaj w momencie pogodzenia się z życiem, z tym, co jest, i docenienia tego, co jest.

Nazywam się Daniel Grot i mam czterdzieści trzy lata. Od śmierci żony jestem sam, nie chcę z nikim się wiązać. Jedynym moim towarzystwem wieczorami są ryby w akwarium, a jedyną przyjemnością – e-papieros i koniak. Tak, jestem alkoholikiem i nie zamierzam się tego wstydzić. Jestem też detektywem i działam sam. Praca to moja żona, moje życie i zapomnienie. Pierwsza sprawa, którą chciałem rozwikłać, to śmierć ukochanej Eli, ale się nie udało. Moja siostra Anna wierzy w boży plan i że czasem, by mogło być dobrze, najpierw musi być źle. U mnie jednak po stracie Eli niewiele się zmieniło, poza tym, że jeszcze bardziej stwardniałem, zobojętniałem i coraz rzadziej wypuszczam demona z piwnicy swojej duszy. Zamiast tego rzuciłem się w wir pracy, zgiełk miasta i tłum ludzi wokół siebie, żeby nie myśleć, nie czuć, nie pamiętać.

Obserwowałem ludzi. Oceniałem ich bezustannie. Analizowałem. Taką mam pracę. Nic nie mam poza nią. Jest moją damą, panią, kochanką, żoną, matką. Poza tym jestem wypalony. Jestem skończony. Nie chce mi się żyć. Śmierć mnie nie przeraża. Będzie spotkaniem. Moim spotkaniem z Elą. A co z ludźmi snującymi się po ulicach, barach, pociągach, urzędach, pocztach, kinach? Co mogę o nich powiedzieć? Bez kontrastu nie potrafią docenić tego, co mają. Dopiero kiedy są bliscy utraty tego albo już coś stracili, zaczyna się żarzyć w nich nostalgia, która wypala serce do cna. Chcą nie wiadomo czego. Jeśli już się dowiesz, czego chcesz, to dbaj o to z całych sił.
Ale jeśli pomimo starań nagle to stracisz? Jak ja…

SPIS TREŚCI

DESZCZOWE LATO

WILCZA JESIEŃ

ZIMOWE WARSZTATY

WIOSNA PAGANINIEGO

PIĄTA PORA ROKU

DESZCZOWE LATO

Deszcz. Najstarsza kołysanka świata.

Remarque

1.

Nazywam się Daniel Grot. Mam czterdzieści trzy lata. Od śmierci mojej żony jestem sam. Nie chcę się z nikim wiązać. Pracuję sam. Czasem wpadam na komisariat, w którym kiedyś pracowałem, po niezbędne informacje do niektórych spraw. Mieszkam sam. Jedynym moim towarzystwem wieczorami są ryby w akwarium – pielęgnice pawiookie, o błękitnej barwie. To moje kobiety. Piękne, spokojne, czekające na pokarm, który im rzucę na przezroczystą taflę wody. Wtedy podpłyną zupełnie blisko i będą walczyć zazdrośnie o jak najwięcej kęsów. Zazdrość. Najbardziej mroczne i niszczące uczucie. Wystarczy jednak kropla, by zatruć całą rzekę życia.

Drugim moim towarzyszem jest e-papieros z olejkiem arbuzowym, trzecim – kieliszek koniaku. Bursztynowe zapomnienie na dnie kieliszka.

Od śmierci mojej żony bliskie (moja młodsza siostra Anna) i dalsze mi osoby (kumple z pracy) wielokrotnie próbowały poznać mnie z inną kobietą; „nową miłością”, która miała mnie „uzdrowić”, „uleczyć”. Kandydatki na „lekarstwo” były – jak mnie zapewniano – „świetnymi babkami”, „superkobietami”. Doświadczenie nauczyło mnie, że ktoś, kto potrzebuje marketingu, nie jest najlepszym materiałem na związek do grobowej deski. Te wszystkie „świetne”, „piękne” i „ponętne” okazywały się nieźle pokręcone albo kompletnie puste; miały taki bagaż życiowy, którego same nie potrafiły udźwignąć i przy ledwie poznanym człowieku natychmiast wywalały z walizki wszystkie rzeczy, oczekując, że teraz on je ładnie poukłada w kostkę i grzecznie będzie sam niósł dalej – albo w ogóle nie miały żadnego bagażu, żadnej refleksji, żadnego celu oprócz permanentnego makijażu, przedłużonych paznokci, drogiej bryki i markowych ciuchów.

Najbardziej troszczyła się i martwiła o mnie moja siostra Ania. Młodsza ode mnie, mała Ania, teraz taka dorosła, taka mądra, że lepiej ode mnie wiedziała, co jest mi potrzebne.

– Daniel, słuchaj, może byś wyszedł, spotkał się z jakimś przyjacielem? Z kim ty się przyjaźnisz?

– Z nikim. Ja się tylko zadaję, a nie przyjaźnię. Przyjaźnie są do dupy. Nie ufam ludziom. Jakby poznikali, tobym się cieszył.

Pamiętam jej wyraz twarzy, kiedy to powiedziałem – bezgraniczne zdumienie. Nie potrafiła mnie zrozumieć, ale cieszę się, że była wtedy przy mnie.

Po prostu była. Nie musiała nic mówić. Nie chciałem żadnych słów. To ona bardziej ich potrzebowała. Nie ja.

2.

Jest lipiec. Bardzo parno. Pada deszcz. Może on przyniesie ulgę. Jak łzy…

Nie potrafię płakać, szkoda. Moja siostra – Anna – często powtarzała, że kobiecie jest na świecie lżej niż mężczyźnie, bo potrafi się wypłakać, a łzy przynoszą ulgę. Nie wiedzieć czemu, często wspominam tę jej teorię, kiedy pada deszcz i przypomina mi się ten czas, gdy po śmierci mojej żony dzwoniła do mnie i pytała z troską, jak się trzymam, a ja nie trzymałem się już wtedy ani trochę. Zaszyłem się w domu ojca. Nasza matka od kilku lat nie żyła, walczyła z rakiem zaledwie miesiąc. Odchodziła spokojna o mnie i o Anię. Uważała, że wyrośliśmy na pięknych, mądrych ludzi i nic złego nam się w życiu nie przytrafi. Dobrze, że nie zdążyła mnie zobaczyć w takim stanie. W jednym z pokoi urządziłem sobie melinę. Na podłodze przy łóżku walało się pełno butelek po koniaku i wódce. Nad moim łóżkiem widniały resztki niechlujnie wytartych krwawych śladów, bo nocami, kiedy nie mogłem zasnąć, uderzałem pięścią w ścianę, zdzierając sobie skórę aż do krwi. Mój ojciec usiadł wtedy przy mnie pewnego wieczoru i powiedział mi coś, co jemu przyniosło ukojenie po śmierci mamy. Zaczął czytać łagodnym głosem, o jaki nawet go nie podejrzewałem. Zawsze rozsądny, pragmatyczny i rzeczowy. Tembr jego głosu do tej pory kojarzyłem raczej z chłodem czy szorstkością niż z czułym uspokojeniem.

(…) wylewaj łzy nad zmarłym i jako bardzo cierpiący zacznij lament (…).

Płacz gorzko i z przejęciem uderzaj się w piersi,

zarządź żałobę (…),

potem już daj się pocieszyć w smutku!

Ze smutku bowiem śmierć następuje:

smutek serca łamie siłę.

Tylko do chwili pogrzebu niechaj trwa smutek,

bo życie udręczone – przekleństwem dla serca.

Nie oddawaj smutkowi swego serca,

odsuń go (…).

Nie zapominaj, że nie ma on powrotu,

tamtemu nie pomożesz, a sobie zaszkodzisz.

(…)

Gdy spoczął zmarły, niech spocznie i pamięć o nim,

pociesz się po nim, skoro już wyszedł duch jego*.

Mówił mi, że to z biblijnej Księgi Mądrości. Jednak ja jak głupi byłem, tak głupi pozostałem. Niby proste słowa, ale dla mnie były zbyt trudne, zbyt niemożliwe, a upływ czasu nie zagoił mojej rany, wręcz przeciwnie: nieustannie ją otwierał na nowo i jątrzył. Jego wiara nigdy mi się nie udzieliła, to raczej moja młodsza siostra Ania stała się z pewnością – nie bez jego udziału – istotą duchową, która znajdowała pokrzepienie w modlitwie, a wiara jej była zawsze obecna, żarliwa.

Ale to teraz nieważne. Teraz pada deszcz. A miało być ciepło, wakacyjnie, słonecznie, może nawet przez chwilę beztrosko.

Od kiedy tak pada? Przez cały dzień, od samego świtu. Nieustannie, nieprzerwanie siąpił drobny deszcz, powietrze było nasycone wilgocią jak gąbka wodą. Wieczorem przybrał na sile i gęsta, szara kurtyna opadła na puste ulice i domy jak na teatralną scenografię opuszczoną już przez aktorów.

Jednym z nich na tej scenie życia jestem ja.

Po mieście poruszam się autobusami, kolejką SKM, pociągami. Przed laty, kiedy ostro piłem, utraciłem prawo jazdy. O mało nie zabiłem dziecka, które zdążyło przebiec na drugą stronę przed maską mojego samochodu. Zobaczyłem je w ostatnim momencie, zacząłem hamować, wypadłem z drogi i uderzyłem w drzewo. Straciłem wtedy swoje prawo jazdy. Mijały lata, a ja przyzwyczaiłem się do życia bez auta, bez którego kiedyś nie potrafiłem się obyć. Lubię spod półprzymkniętych powiek obserwować ludzi w podróży. Zazwyczaj uzależnionych od swoich smartfonów, od których nie potrafią oderwać wzroku nawet na chwilę, rozmowę na żywo zamieniających w literki wystukiwane w telefonie. I tych zaczytanych w książkach, wpatrzonych w szybę. Unikam rodzin z małymi dziećmi. Nie mogę znieść ich szczęścia, radosnej paplaniny, czułości, kiedy poprawiają latoroślom grzywki i bluzeczki. Dlaczego ja nie mogłem tego mieć? Ja i Ela? Dlaczego?! I czy oni są naprawdę tacy szczęśliwi, nigdy się nie kłócą i będą zawsze razem do samego końca?

Uciekam. Siadam w tym miejscu, przy oknie. Odpoczywam wtedy, rozmyślam, a przy tym wieczorem mogę wypić parę kieliszków koniaku, żeby nie myśleć o przeszłości i rano nie pilnować, ile promili mam we krwi. Jak na detektywa, to dość nietypowe poruszać się wszędzie w ten sposób, ale z drugiej strony pozwoliło mi to odczytywać myśli z twarzy ludzi. Zawsze może istnieć wyjątek, zawsze mogę się pomylić, jednak lata praktyki robią swoje – intuicja i obserwacja, a potem układanie historii w logiczną całość stały się moim źródłem poznania.

Nie przywiązuję wagi do dat, pomimo swojej profesji, w której dni, godziny, minuty odgrywają kapitalną rolę i mają wpływ na czyjeś życie i śmierć, winę i karę. Dlatego zapisuję ten cały wymyślony przez nas czas w telefonie, żeby w razie konieczności udowodnić prawdę.

W tej chwili leżę w ciemnym pokoju. Okna zasłoniłem granatową roletą. Jedynym jasnym punktem są niebieskie pielęgnice pływające w akwarium wypełniającym całą ścianę w moim pokoju. „Płynący, niebieski spokój”. Poza tym jestem sam. Kiedyś miałem ukochaną dziewczynę Elę, która została moją żoną, niezawodnego przyjaciela z pracy w policji Adama Kostrzewskiego, ojca, którego odwiedzać zawsze pamiętałem, i młodszą siostrę Anię, której zawsze służyłem pomocą. Idealnie poukładany, szczęśliwy świat. Kochałem życie. Potem… Jedna akcja i koniec…

Po stracie Eli próbowałem związać się z inną kobietą. Było to po ponad roku ostrego picia, kiedy w końcu dzięki pomocy ojca i siostry zdołałem stanąć na nogi. Marię poznałem w Gdyni w naleśnikarni „Piqniq”, do której wielokrotnie wpadałem na obiad. Siedziała sama przy jednym z drewnianych stolików. Zapytałem, czy mogę się dosiąść. Odpowiedziała, że wokół jest pełno pustych stolików.

– Ale ja chciałbym siedzieć z panią.

Spojrzała na mnie wtedy, uśmiechnęła się i gestem dłoni dała mi znać, bym usiadł obok niej.

– Jak pani na imię? – zapytałem.

– Maria – odpowiedziała z uśmiechem. Miała takie ciemne oczy, jak studnie, można było w nich utonąć. Wynajmowała pokój na Orłowie, codziennie przyjeżdżała do Riwiery do pracy. – Pracuję w domu mody francuskiej – mówiła z dumą.

Sprzedawała męskie koszule z francuskimi mankietami i pozłacane spinki do koszul bankietowych. Była więc po prostu ekspedientką, ale kiedy użyłem tego słowa, wpadła w szał i prawie nie chciała ze mną rozmawiać.

– To się teraz nazywa specjalista do spraw sprzedaży – pouczyła mnie.

– Taak? Jestem detektywem.

Zamilkła, patrząc na mnie okrągłymi ze zdziwienia oczami.

Chciała, żebyśmy zamieszkali razem, ale delikatnie odmówiłem, twierdząc, że po śmierci żony jeszcze nie jestem gotowy do stałego związku. Z biegiem czasu zaczynała do niej docierać bolesna prawda: że nigdy nie będę z nią mieszkał, że jest trochę jak chusteczka do nosa, w którą się wypłakuję i którą kładę sobie w łóżku na poduszce, żeby lepiej zasnąć, ale tak naprawdę w ciągu dnia, kiedy jestem zajęty pracą, nie potrzebuję jej, irytuje mnie i najchętniej zostawiłbym ją przy tym stoliku, przy którym ją poznałem. Stała się zaborcza, zazdrosna i nerwowa. Kiedy czuła się szczęśliwa, była w świetnej formie – jak atom, który ma wszystkie najważniejsze cząstki w sobie. Kiedy jednak coś w nią uderzało – mógł to być nawet taki drobiazg jak złośliwości zazdrosnych o jej urodę koleżanek czy moje zniknięcie na kilka dni – rozpadała się na kawałki, a drobinki wirowały wokół i wbijały się boleśnie między innymi we mnie, jak szkło z rozbitej szklanki. Ciągle brakowało jej mojej bliskości.

W końcu zgodziłem się zamieszkać razem z nią. Wprowadziłem się do jej maleńkiego pokoju z widokiem na morze, a moje lokum stało się jedynie biurem i przestało być jednocześnie sypialnią. Jednak to nic nie poprawiło między nami. Wręcz przeciwnie. Było coraz gorzej. Matka opuściła ją w jej wczesnym dzieciństwie i ta wyrwa była chyba niemożliwa do zasklepienia.

Matka Marii miała na imię Edyta. W castingu na modelkę przepadłaby z kretesem, co prawda była dosyć wysoka jak na kobietę – metr siedemdziesiąt – ale waga znacznie przekraczała anorektyczne normy świata mody. Kiedy zakładała srebrną tunikę do czarnych dżinsów, wyglądała bardzo zgrabnie. Koleżanka poradziła jej, żeby rozjaśniała włosy, bo dzięki temu odejmie sobie lat i będzie znowu tryskać nastoletnim urokiem. Bardzo jej na tym zależało, więc czym prędzej wcieliła tę poradę w życie, zamykając się w łazience na długie godziny i tleniąc na coraz jaśniejsze pasma swoje długie włosy. Spoglądając w lustro, stwierdziła, że wygląda dziesięć lat młodziej, jeszcze tylko kupi sobie te najlepsze kosmetyki, których jest naprawdę warta, i będzie ponętną dwudziestolatką, a miała wtedy trzydzieści dwa lata, męża i córkę – Marię – oraz kota i świnkę morską.

Ojciec Marii prowadził dobrze prosperującą firmę, tak że jej mama nie musiała pracować. Zajmowała się domem. Raz w tygodniu przychodziła gosposia, żeby posprzątać ich dom stojący na przedmieściach Gdańska. Poza tym wszystko było na jej głowie! Coraz częściej miała tego dosyć. Chciała mieć jeszcze drugą szansę; na życie pełną piersią, na zakochanie, na szczęście. „Druga szansa”? Przecież coś takiego nie istnieje! Matka Marii twierdziła, że miłość powinna przyprawiać o dreszcze, zawroty głowy, motyle w brzuchu. Życie powinno być ekscytujące! Tymczasem ona siedziała przed telewizorem w pustym mieszkaniu i oglądała Modę na sukces. Przecież była piękniejsza od tych wszystkich aktorek z silikonowym biustem. Coraz częściej to powtarzała. Na pewno w życiu czeka ją coś ważniejszego niż tylko dziecko i gotowanie. Sprzątanie, gotowanie, czekanie na męża, powrót dziecka ze szkoły i tak w kółko. Tymczasem jej dawna koleżanka coraz częściej dzwoniła i namawiała ją na wyjście z domu. Czemu nie? Przecież coś jej się od życia należy. Jest tego warta, żeby świat zobaczył, jaka jest piękna, godna pożądania, pełna energii, młoda. Miała dosyć tego marazmu, tej nudy. Przyjaciółka „uświadomiła” jej, że mąż ją kontroluje, kradnie jej młodość, zamknął ją w domu, podciął skrzydła, zrobił z niej kurę domową, a na nią czeka wielki świat.

I tak któregoś dnia nie wróciła z jednej z nocnych imprez, na którą wyciągnęła ją „przyjaciółka”. Odeszła do swojego wielkiego świata. Sypiała najpierw z jednym, potem z kolejnymi przypadkowymi partnerami, mieszkając kątem raz u jednego, innym razem u następnego. Bawiła się, piła, bywała, szalała, bo przecież na tym polega „światowe życie”. Po kolejnym rozstaniu z kolejnym kochankiem była już tak uzależniona od alkoholu, że nawet ostry makijaż nie był w stanie zatuszować jej podkrążonych oczu i obwisłej skóry na policzkach. Została sama w wynajętym pokoju z resztkami pieniędzy, które otrzymała w wyniku podziału majątku przy okazji sprawy rozwodowej. Jej przyjaciółka zniknęła jak kamfora. Zdołała ułożyć sobie życie i zamieniła się w ceniącą rodzinne ciepło domatorkę. Maria pozostała z ojcem. Sąd uznał, że matka jest niewydolna wychowawczo, uzależniona od alkoholu i nierokująca poprawy. Zmarła w wieku czterdziestu pięciu lat na marskość wątroby.

Maria była teraz dorosłą kobietą. Powinna uwolnić się od przeszłości i żyć swoim życiem, ale miała w sobie taką zadrę, że trudno było ją uspokoić. Wszystko ją bolało, o wszystko się obrażała, niewystarczająco ją kochałem, nie dbałem, nie byłem… Dosyć szybko dowiedziałem się, że mnie nienawidzi, że jestem potworem, mordercą i zmarnowałem jej całe życie. W końcu, po serii rozstań i powrotów, kłótni i pogodzeń, wrzuciłem parę swoich rzeczy do sportowej torby, zabrałem laptopa i zniknąłem z jej życia. Zastanawiałem się, czy po latach spędzonych razem Elżbieta równie mocno by mnie znienawidziła. Byłem w tej chwili pewien, że nie. Ale co ja mogłem tak naprawdę wiedzieć? Słyszałem, że Maria pije wieczorami, ale w sklepie z koszulami z francuskimi mankietami dalej trzyma fason. Ostry makijaż ukrywa zapłakane oczy i fioletowe cienie na powiekach po szesnastoprocentowym winie. Próbowałem z nią być. Nie wyszło. Teraz chcę być sam.

Ostatniej nocy zerwałem się z łóżka. Zacząłem wycierać ręce w pościel. Widziałem na nich krew Eli… Znowu. Kiedy to się skończy? Jej śmierć to był początek mojego końca. Kiedy zwaliłem się na głowę mojemu ojcu, często powtarzałem to zdanie, ale on przerywał mi natychmiast i mówił szorstko: „Początek końca to był wtedy, kiedy się urodziłeś. Wszyscy zmierzamy od dnia naszych narodzin do tego końca. Ale tylko ślepcy wierzą, że to koniec. Ci, którzy widzą, wiedzą, że to początek”. Zazwyczaj, kiedy tego słuchałem, byłem zbyt skacowany, żeby to zrozumieć. Teraz wiem, o co chodziło mojemu ojcu. Elżbieta czeka na mnie i kiedyś ją jeszcze zobaczę? Poczuję? Będę z nią, przy niej? Nie wiem, chyba wypiję trochę koniaku. Tylko jeden kieliszek. Na jednym się nie skończyło, a potem szybko nadszedł stan nieświadomości.

Obudziłem się ze snu, którego nie mogłem sobie przypomnieć. Pozostał tylko niepokój. Wiedziałem, co to oznacza. Koniec snu do samego rana. Spojrzałem na komórkę. Była trzecia nad ranem. Najgorsza pora na przebudzenie. Zapaliłem małą lampkę pod sufitem, która rzucała niebieskawe światło na moje akwarium. Wolałem to od telewizji. I od własnych myśli. W akwarium panował spokój. Wyraźnie widać, że samiec akary dominuje. Pływa głównie po całej górnej części akwarium i z tego powodu często dochodzi do starć z innymi rybami. Najbardziej atakuje niebieskołuskie. Jest sam, bo niestety kiedyś zabił partnerkę. Na początku próbowałem mu znaleźć następną, ale reagował agresywnie. Może lepiej, jeśli będzie sam. Teraz jest w miarę spokojny. Może jeszcze raz spróbuję zadbać o jego towarzystwo. Mam taki jeden swój ulubiony sklep z rybami akwariowymi przy ulicy Puckiej w Wejherowie. Może nawet dzisiaj tam pojadę.

Lubię swoją ulicę Świętojańską w Gdyni, przy której zakotwiczyłem swoje biuro wraz z sypialnią. Ten zgiełk, ruch, zmieniające się kolory sklepowych witryn i zapachy z knajpek, pizzerii, cukierni i barów, które jedna za drugą wyciągają swoje zapraszające ramiona do ludzi, szczególnie teraz, w porze urlopów, wakacji, letniej aury, mimo że deszczowej tego roku.

Wejherowo jest inne. Wystarczy trzydzieści minut podróży kolejką SKM, żeby znaleźć się w tym innym miejscu. Potrzebuję takiej odmiany: tego spokoju małego miasta, wędrówek po wzgórzach Kalwarii, mimo że brakuje mi wiary – a może właśnie dlatego – tam właśnie wracam w jej poszukiwaniu. Ryby są więc tylko pretekstem do tych regularnych podróży. Wymyśloną koniecznością. Wyznaczonym celem. Jak obowiązek, który utrzymuje nasze życie w formie. Formie, która jest niezbędna, bo nawet najbogatsza treść bez formy rozleje się w niekontrolowanych kierunkach, wsiąknie w ziemię, przepadnie, zniknie.

O poranku krople deszczu zaczęły z ogromną siłą uderzać w okno. Minęła mi ochota na podróż. Przymknąłem oczy zmęczone wpatrywaniem się w niebieskawo podświetlone akwarium. Nawet teraz, nie będąc w Wejherowie, czułem wilgotny zapach ziemi, zadumę płynącą ze starych płócien – modlitwy w Ogrodzie Oliwnym i wielu innych, które można dostrzec, zbliżając się do niewielkich okienek wyrzeźbionych w kalwaryjskich kapliczkach. Moja siostra Anna pewnie byłaby teraz dumna z moich myśli i może doszłaby do wniosku, że to pierwszy krok w moim życiu do nawrócenia, ale ja nie mógłbym jej o tym zapewnić. Wraz z pierwszymi promieniami przedpołudniowego słońca wracam do swojego życia i odkładam wyprawę na inny dzień.

3.

Nie mam na razie żadnego nowego zlecenia. Siedzę do nocy, a potem śpię do południa. Około trzynastej idę na naleśniki z bitą śmietaną do lokalu „Piqniq” przy Świętojańskiej, tam gdzie poznałem Marię o czarnych włosach i gęstych brwiach jak Frida Kahlo, o pełnych czerwonych ustach. Marię tak delikatną, że powinna żyć tylko w raju, bez żadnych złych wiadomości. Szkoda, że była tak niezrównoważona.

Znowu pada deszcz, ale ulice są pełne młodych roześmianych ludzi w koszulkach bez rękawów i kolorowych kaloszach. Właśnie minęła mnie dziewczyna w gumiakach w różowe tulipany.

Około piętnastej pojechałem nad morze. Plaża pusta. Pewnie z powodu deszczu. Tylko gdzieś w oddali pod parasolem siedziała jakaś wtulona w siebie para. Jak kiedyś ja i… Nie, nie zaczynaj tylko. Zrzuciłem ubranie i poszedłem pływać. Woda ciepła, fala wysoka. Tak smakuje szczęście. Wracam zmęczony, ale wieczorem idę jeszcze biegać. Po dziesięciu kilometrach jestem uwolniony od wszelkich myśli. Czuję jedynie lekkie drżenie mięśni. Teraz tylko dobra kolacja i kieliszek koniaku. Koniec z bezsennymi nocami.

4.

Nie mogłam przypomnieć sobie momentu wypadku. Ostatni kadr, który wydawał mi się znajomy, to sala bankietowa po brzegi wypełniona barwnym, rozbawionym tłumem. Trwało w najlepsze wesele. Panna młoda rzucała bukiet w kierunku sporej grupki młodych kobiet. Ja też tam byłam. Pamiętam słowa Patryka, który był tam ze mną: „dobrze, że nie złapałaś!”. I uczucie palącego mnie od środka żalu, kiedy to usłyszałam. Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Chyba zaczęliśmy się kłócić. Patryk ruszył w kierunku wyjścia, a ja na swoich śmiesznie wysokich szpilkach usiłowałam go dogonić. Potem pustka. Chłodne powietrze. I krople deszczu, dosyć ciepłe, bo przecież była to lipcowa noc.

Kiedy obudziłam się w szpitalu, wiedziałam tylko, że nazywam się Anna Grot, ale nie chciałam wracać do swojego starego życia. Czułam, że ma to związek z Patrykiem, ale z trudem udawało mi się zebrać myśli i ułożyć je w logiczną całość. Lepiej pamiętałam dalszą przeszłość niż minione dni, nie mówiąc już nawet o chwili wypadku. Kiedy odzyskałam przytomność, z rozmowy z lekarzem dowiedziałam się dosyć sporo o amnezji pourazowej. Ludzie z uszkodzeniami głowy wcale nie mają większego kłopotu z pamiętaniem zdarzeń sprzed wypadku niż tych mających miejsce później. Osobom takim zwykle doskwiera bardziej amnezja następcza niż wsteczna, często mają więc większe problemy z uczeniem się nowych rzeczy niż z pamięcią. Wbrew temu, co pokazują nam amerykańskie filmy, chorzy z amnezją zazwyczaj wiedzą, kim są, i rozpoznają znajome sobie osoby. Przypadki tak zwanej amnezji ogólnej, w której chorzy zupełnie tracą wszelkie wspomnienia i pamięć o swojej tożsamości, są niezmiernie rzadkie. Wiążą się nie z samym urazem, ale bardziej z czynnikami psychologicznymi (np. skrajnie silnym stresem).

Najbardziej osobliwym przypadkiem ciężkiej amnezji następczej jest pacjent, który po operacji mózgu utracił zdolność zapamiętywania nowych informacji i zdarzeń. Czytał wciąż te same gazety, jak gdyby jeszcze nigdy ich nie widział; za każdym razem dziwił się, słysząc informację o śmierci swojego wuja; nie rozpoznawał też dopiero co poznanych ludzi. Ja na szczęście po wypadku nie przeszłam podobnej, nieudanej operacji i nie miałam tego rodzaju kłopotów. Miałam jedynie trudności z odtworzeniem szczegółów sprzed wypadku i zapełnieniem luki w pamięci. Lekarz opowiedział mi też trochę o rodzajach amnezji. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że amnezja wsteczna to utrata pamięci o zdarzeniach sprzed urazu; może przybierać formę całkowitej niepamięci wydarzeń sprzed wypadku (lub początku choroby) albo trudności w odtworzeniu szczegółów; niektórzy pacjenci nie potrafią sobie przypomnieć niczego z ostatnich dwudziestu lat. Amnezja następcza zaś – uszkodzona pamięć o faktach po urazie – może przybierać formę całkowitej utraty pamięci zdarzeń tuż po wypadku albo trwałych, mniejszych lub większych, trudności z zatrzymaniem w pamięci codziennych informacji; niekiedy prowadzi do trwałej życiowej dezorientacji.

Czasami pacjent doświadcza obydwu rodzajów amnezji. Pamięć może wrócić w ciągu kilku minut lub godzin po urazie albo powraca stopniowo.

Do zaburzeń pamięci może dojść również w wyniku pewnego urazu mechanicznego – czy to wypadku na drodze, czy zwykłego, acz nieszczęśliwego, upadku. Jednakowoż według neurobiologów nie jest możliwe, aby uraz głowy mógł spowodować całkowitą amnezję. W procesie tworzenia i zachowywania wspomnień i informacji bierze udział wiele obszarów naszego mózgu, dlatego trudno powiedzieć, aby nawet te niezwykle dotkliwe neurologiczne uszkodzenia niszczyły wszelkie informacje, które zebraliśmy do tej pory w naszej pamięci. Wskutek tego możemy co prawda stracić wspomnienia z długiego okresu naszego życia, nieraz są to nawet dziesiątki lat, ale na pewno nie będzie to całe nasze życie – od momentu narodzin. Wiąże się to z faktem, że po ucierpieniu z powodu pewnego urazu powinniśmy pamiętać, kim jesteśmy. Utrata takich informacji może być jedynie krótkotrwała. W przypadku amnezji następczej nie będziemy już w stanie zapamiętywać nowych wydarzeń, o ile nie uda się naprawić zaistniałych w mózgu uszkodzeń.

Lekarz, który rozmawiał ze mną, stwierdził, że mój mózg nie został uszkodzony. Mam jedynie wstrząs mózgu, a amnezja, która mnie dotknęła, według niego wynikała z szoku emocjonalnego. Czy takim szokiem był sam wypadek, czy coś innego, od czego miałam ochotę uciec, z czym chciałam skończyć i rozpocząć nowe, lepsze, szczęśliwe życie, bez niepotrzebnych cierpień – tej niepewności nie potrafiłam rozwiać…

5.

Obserwowałem ludzi. Oceniałem ich bezustannie. Analizowałem. Taką mam pracę. Nic nie mam poza nią. Jest moją damą, panią, kochanką, żoną, matką. Poza tym jestem wypalony. Jestem skończony. Nie chce mi się żyć. Śmierć mnie nie przeraża. Będzie spotkaniem. Moim spotkaniem z Elą. A co z ludźmi snującymi się po ulicach, barach, pociągach, urzędach, pocztach, kinach? Co mogę o nich powiedzieć? Bez kontrastu nie potrafią docenić tego, co mają. Dopiero kiedy są bliscy utraty tego albo już coś stracili, zaczyna się żarzyć w nich nostalgia, która wypala serce do cna. Chcą nie wiadomo czego. Jeśli już się dowiesz, czego chcesz, to dbaj o to z całych sił.

Ale jeśli pomimo starań nagle to stracisz? Jak ja…

U mnie czas w jakimś sensie się zatrzymał. Demony przeszłości niszczyły moją teraźniejszość. Nie potrafiłem się pocieszyć. Może nie chciałem? Kobiecie łatwiej zastąpić utraconą miłość innym człowiekiem. Mężczyzna ma z tym kłopot. Czasem trwający całe życie.

6.

Około godziny dwunastej w południe wpadł do nas na komisariat Daniel Grot. Już od progu kumpel mnie ostrzegał: „Kostrzewski, Daniel Grot do ciebie!”.

Stary alkoholik, pewnie dopiero co zwlókł się z łóżka i przylazł od razu do nas, bo nie może sobie poradzić z kolejną sprawą. Pseudodetektyw. Nienawidzę tego faceta. Mógłbym go zabić i nie miałbym żadnych wyrzutów sumienia. Mógłbym go zabić, ale nie będę szedł do więzienia za sprzątnięcie śmiecia. Za każdym razem kiedy go widzę, odżywają wspomnienia. Ten facet jest jak strup zdarty z kolana. Zaraz pojawia się znowu kropla krwi. Podczas tamtej akcji to on powinien zginąć, a nie Ela. Nawet to spaprał. Czego on tutaj znowu chce?!

Rozmawiał z kumplem, a ja udawałem, że jestem bardzo zajęty. Wbiłem wzrok w monitor komputera i udawałem, że wyszukuję jakieś niezbędne dane, jednym uchem jednak próbowałem wyłowić jak najwięcej z rozmowy, w którą wdał się z moim kolegą. Ze strzępków dyskusji zdołałem wywnioskować, że wpadła mu sprawa kobiety zamordowanej na plaży miejskiej w Gdyni. No tak, matoł dostał sprawę wielkiego kalibru, więc gdzie przyleci? Wiadomo, do nas, na komisariat, z którego kiedyś wyleciał za nieudolność i ściemnianie.

Zerkałem na niego raz po raz. Na twarzy zmienił się niewiele. Może bruzdy wokół ust stały się głębsze, ale włosy przy skroniach miał już całe przyprószone siwizną. I ta skóra zarzucona na szary T-shirt, wytarte dżinsy. Kogo on chce zgrywać? Pomyśleć, że kiedyś się przyjaźniłem z tym człowiekiem… Na początku, muszę przyznać, był dobrym kompanem. W pracy – wnikliwy, z zapałem, w relacjach koleżeńskich – pomocny, serdeczny. Co więc się stało? Stała się Ela. Po prostu się pojawiła. Wiedział, że żadna nigdy nie trafiła we mnie tak jak ona, a mimo to nie wycofał się, wręcz przeciwnie: posyłał jej te swoje pedalskie uśmiechy, którymi ona się zachwycała, że takie ciepłe, serdeczne, chłopięce. Zabawiał ją, rozśmieszał, pomagał, radził, przytulał. Zawsze byłem superfacetem. W pokoju socjalnym codziennie rano czekały na mnie kanapki, a nawet całe obiady, zapakowane w różowy papier w serduszka od młodych sekretarek i stażystek, które kochały się we mnie. Kobiety zabijały się o mnie. Każda chciała, żebym ją przeleciał, a ona wolała takiego fiuta. Znienawidziłem go wtedy. Chciałem, żeby zniknął nie tylko z moich oczu, ale w ogóle z powierzchni ziemi. Wtedy podczas długich bezsennych nocy, które nadciągały po nerwowych dniach, wymyśliłem tamtą akcję… Sprawy potoczyły się jednak inaczej, niż zaplanowałem.

7.

Adam Kostrzewski… Nie chciałem zwracać się do niego o pomoc. Pozostała we mnie zadra, że wtedy, po całej akcji, jego zeznania kompletnie skompromitowały mnie jako policjanta i przyczyniły się do usunięcia z policji. Jednak ambicje i osobiste animozje – dla dobra sprawy – musiałem schować do kieszeni. Tyle lat upłynęło… Jakie to wszystko ma znaczenie? Żadnego. Ostatecznie po starej znajomości miałem dostęp do danych, które normalnie trudno byłoby mi zdobyć.

8.

Patryk. Tak bardzo go kochałam. Nawet jego imię, głos, grymas twarzy, ruch rąk. Wszystko. Ale on mnie nigdy nie chciał. Z kolei kiedy chciałam odejść, on nagle zaczynał się starać. Poznaliśmy się na uczelni. Obydwoje studiowaliśmy w Gdańsku architekturę wnętrz. Byliśmy parą od pierwszego roku. Owszem, Patryk miał pełno koleżanek, ale byłam spokojna. Zapewniał mnie, że jestem mu najbliższa, że kocha mnie ponad życie i będziemy razem zawsze.

Zaraz po obronie wyjechaliśmy razem do Londynu. Zupełnie w ciemno. Znaliśmy język i mieliśmy trochę zaoszczędzonych pieniędzy. Dodatkowo wyjazd wsparł mój ojciec. Zamieszkaliśmy na Margaret Street. W jednopiętrowym domku z małym gankiem, do którego prowadziły cztery niskie schodki. Budynek był opleciony winoroślą, która jaśniała zielenią na tle ciemnoczerwonych cegieł. Z kuchni można było wyjść do niewielkiego ogródka zarośniętego po brzegi bujną zielenią, w którym rosły trzy karłowate jabłonie o poskręcanych od wiatru i deszczu konarach. Otrzymaliśmy pracę w Art Office. Byłam taka szczęśliwa i taka zakochana. Patryk jednak nie miał w sobie dawnej czułości. Właściwie w ogóle ze mną nie rozmawiał i nie kochał się z mną. Był zmęczony, zajęty, umówiony itepe. Coraz częściej wyjeżdżał w weekendy na wycieczki po Londynie ze swoimi koleżankami.

– To tylko moje przyjaciółki, jesteś małostkowa i zazdrosna jak kura domowa – zarzucał mi, kiedy robiłam mu wyrzuty o te „przyjaźnie”.

Nie mogłam skupić się na pracy. Chudłam, brzydłam. Stałam się bardzo nerwowa. Nie wiedziałam, po co on w ogóle ze mną mieszka. Kim dla niego jestem – tylko współlokatorem, dzięki któremu płaci mniej funtów za mieszkanie? Stanęłam któregoś dnia przed lustrzaną szafą typu Komandor, odgarnęłam ciemne, gęste włosy z bladej twarzy. Miałam dwadzieścia pięć lat, ale kiedy się nie uśmiechałam, a oczy miałam zapuchnięte od łez, wyglądałam na dużo więcej. Zauważyłam, że zaczęłam się garbić i wyglądam jak małe, zaszczute zwierzątko wyrzucone z lasu do rowu, które nie może znaleźć drogi powrotnej. Spojrzałam na swoje zdjęcia sprzed kilku miesięcy. Wyglądałam na nich naprawdę pięknie. Szczupłe, gibkie ciało, lśniące włosy, radosny błysk w oku, ładna cera, uśmiech – jak mówiło wielu – filmowy. Miałam swoje pasje, dobrą pracę, w Koleczkowie zostawiłam kochającego mnie ojca, a w Gdyni brata, w Gdańsku duże grono znajomych z beztroskich czasów studenckich i wspólnych imprez w „Manekinie”. Co ze mnie zostało? Przygarbiony cień człowieka. Tak dłużej nie będzie! I to przez kogo? Przez Susan z wysokim czołem, na które opadały rzadkie kosmyki cienkich, jasnych włosków?

Jej twarz miała ziemisty kolor, a oczy wyglądały w twarzy jak dwie rodzynki na siłę wciśnięte w starą odmianę ziemniaka. Do tego nie miała żadnych zainteresowań poza Patrykiem, chodziła za nim jak wierny pies, „wierna przyjaciółka” – podkreślał z dumą Patryk. Przez Helen? Miała zaledwie trzydzieści pięć lat, a skórę tak spaloną przez solarium, że wyglądała jak zbyt długo grillowany kurczak, do tego te ramiona chude jak wieszak, poza tym nie wiedziała, kim był Salvador Dalí i dlaczego jego nazwisko jest wyryte na płycie rzeźby stojącej w Royal Botanic Gardens. Było to doskonałe przeniesienie upływającego czasu z jego najsłynniejszego obrazu. I te jej długie zęby, typowe dla Angielek. Zazdrość czyniła mnie złośliwą i – faktycznie – małostkową. Niszczyła mnie od środka i burzyła mój związek z Patrykiem, o ile można tu było mówić o związku.

Któregoś dnia, kiedy Patryk zabrał Susan, Helen i jeszcze kogoś tam do Green Parku, ja, nie mogąc znieść tego tandemu, włóczyłam się po londyńskich muzeach. Imponujących, przeogromnych i bogatych. Nie do opisania, aż do zawrotu głowy. W Roman London natknęłam się w galerii na płótno olejne George’a Williama Joya z 1895 roku. Zatrzymałam się przed nim. Nie mogłam oderwać wzroku. Obraz nosił tytuł „The Bayswater Omnibus”, przedstawiał kilka osób płynących stateczkiem pasażerskim po rzece. Twarze namalowano z taką precyzją, że widać było przepływające przez nie myśli. Mężczyzna w cylindrze zatopiony był całkowicie w lekturze popołudniowej prasy. Po jego lewej stronie siedziała młoda kobieta w jasnej sukni z białą kokardą pod brodą, wpatrzona z uwagą w pochylającą się ku niej kobietę w czarnej sukni. Po prawej stronie mężczyzny siedziała piękność w czarnym kapeluszu, ciemnej sukni, z czerwoną parasolką i bukietem jasnoczerwonych róż, które trzymała na kolanach. Była ona zapatrzona w siedzącą obok niej bardzo biednie wyglądającą kobietę z dwójką dzieci, które obejmowała z taką czułością, że bieda gasła i traciła na znaczeniu. Biło od niej światło miłości. Piękność patrzyła ze smutkiem, jakby myślała, kiedy i jej dane będzie trzymać w ramionach takie maleństwo. Czułam się w tej chwili jak ona i fala zazdrości znowu poszarpała moje serce.

Z początku Londyn budził mój zachwyt. Te wszystkie muzea, parki, w których ludzie ze swobodą siadali, a nawet kładli się, na zielonych, wypielęgnowanych trawnikach. Po jakimś czasie zaczęłam podupadać na duchu przez zachowanie Patryka, nieustanny brak słońca, codzienne deszcze, przenikliwe wiatry, wilgoć, mgłę. Pewnie gdybym czuła się kochana, pogoda nie miałaby dla mnie aż takiego znaczenia i nie wywoływałaby we mnie tak głębokiego smutku. Cierpiałam coraz bardziej, w końcu zdecydowałam się na powrót do kraju. Nie muszę i nie będę tego dłużej znosić! Mogę mieć inne, szczęśliwe życie, bez tego uzależnienia od człowieka, który mnie niszczy. Co mnie obchodzą te jego Susany i Heleny?!

Całkowicie spokojna, zdecydowana powiedziałam Patrykowi o swojej decyzji. „Co będziesz tam robić, tutaj zyskałaś już markę jako dobry dekorator wnętrz, co ja bez ciebie zrobię, kocham cię, nie chcę cię stracić!” Uwierzyłam, zostałam. Za głupotę się płaci. Swoim życiem, straconym czasem, wpędzeniem w lata, cierpieniem, samotnością. Przez tydzień dbał o mnie jak kiedyś, a potem znowu zaczęły się spotkania z przyjaciółkami i rozdzierająca mnie samotność.

Na początku lipca nasza wspólna znajoma brała ślub. Dostaliśmy zaproszenie. Myślałam, że może to nas zbliży do siebie – wspólny lot do kraju, obecność na ślubie, wesele. Może i Patryk pomyśli o jakiejś zmianie w swoim życiu, by stało się bardziej naszym – wspólnym – życiem.

Tamtego dnia, który z trudem sobie przypominam, padał deszcz. Właściwie padało od początku lipca. Powoli wracają wspomnienia. Z kim mogłabym o tym wszystkim porozmawiać? Zawsze zwierzałam się mojemu starszemu o siedemnaście lat bratu. Daniel… Zawsze pogodny, silny, uśmiechnięty, zaradny, gotowy do żartów, podniesienia na duchu, mądrej rady… Czy pozbierał się tak do końca po tamtej akcji? Chyba tak, chociaż teraz bardzo rzadko się widujemy. Ostatnio, w marcu, udało mi się na święta Wielkiej Nocy wyciągnąć go do kościoła. Widziałam, że porusza ustami, mówiąc „Ojcze nasz”.

– Pamiętasz? – wyszeptałam z uśmiechem.

– Tego się nie zapomina – odpowiedział.

Przypomniała mi się nasza rozmowa z dzieciństwa. Byłam długo wyczekiwaną córeczką. Właściwie jedynaczką, bo kiedy się urodziłam, Daniel miał już czternaście lat, więc rodzice całą uwagę skupili na mnie. Karmili, dogadzali, aż przedobrzyli. W wieku siedmiu czy ośmiu lat wyglądałam jak pączek w maśle. Daniel zachęcał mnie do biegania, roweru, piłki. Któregoś wieczoru powiedział:

– Może będziesz ćwiczyła wieczorami?

– Ja? – odparłam oburzona. – Jak to: wieczorami? Wieczorem jest modlenie się, a jeszcze potem ćwiczenia, to zbyt wiele!

– Ale od modlitwy nie schudniesz – odpowiedział rzeczowo.

– Jak to: nie?! To ty nie wiesz? – Nie kryłam zdumienia pomieszanego z oburzeniem. – Pomyśl! Bóg może wszystko!

I faktycznie, po latach Daniel stwierdził, że wyrosłam na piękną, filigranową dziewczynę. W tej chwili bardzo mi go brakowało.

Daniel jest detektywem. Ma własne biuro w Gdyni przy Świętojańskiej. Jego rada przydałaby mi się teraz bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Pomógłby mi może wyjaśnić, zrozumieć to wszystko, co stało się tamtego dnia. Co zdołałam sobie przypomnieć? Tamtego dnia ziemia pachniała intensywnie po deszczu. Światło rzucało migotliwe cienie na ulicę. Przekwitłe kwiaty kasztanów opadły na ziemię, okrywając szary chodnik różowym pyłem. Powoli coraz dotkliwiej uświadamiałam sobie swoją gonitwę za czymś, do czego nigdy nie dotrę. Męczące zabieganie o coś, czego nigdy nie będę miała, bo nie da się zmusić nikogo do tego, by chciał tego samego, o czym ty myślisz. I wtedy, mniej więcej w tym czasie, kiedy narastało we mnie pragnienie uwolnienia się z tej sytuacji, zdarzył się tamten wypadek. Z trudem przypominałam sobie jego przebieg… Nie straciłam jednak pamięci i świadomości tego, kim jestem, jak się nazywam, gdzie mieszkam. Pozostało za to niejasne, ale silne, odczucie, że chciałam się od czegoś uwolnić. Zamknąć jedne drzwi, by otworzyć kolejne. Chciałam przestać cierpieć. Chciałam być szczęśliwa. Przecież jest to możliwe. Urodziłam się zdrowa, przeżyłam wypadek, to jak drugie narodziny, kolejna szansa, której nie można zmarnować, roztrwonić na żal, rozmienić na łzy. I wtedy zjawił się Dawid. Był jak alibi, dzięki któremu nie musiałam pamiętać o przeszłości.

Pamiętam, jak leżałam na szpitalnym łóżku. Otworzyłam oczy. Nade mną pochylał się lekarz.

– Jak się pani czuje? Jak się pani nazywa?

Otworzyłam usta, żeby powiedzieć, że jestem Anna Grot, zameldowana w Koleczkowie pod Gdynią, od roku mieszkam w Londynie i pracuję jako dekorator wnętrz, ale w tym momencie zobaczyłam na progu mężczyznę, który powiedział stanowczym głosem:

– To jest Ewa, moja żona.

Zamilkłam i wpatrywałam się w niego oszołomiona. Podarował mi nową tożsamość, a ja skorzystałam z tego kłamstwa, by uwolnić się od bolesnej prawdy. Nie wiedziałam, jak długo będzie to trwało, jak długo będę tego potrzebowała. Zapomniałam tylko o jednym. Dawid jest przecież człowiekiem z całą skomplikowaną siateczką odczuć, emocji i myśli. Nie wiedziałam, że tak bardzo się do mnie przywiąże. A ja do niego. Chociaż długo nie chciałam się do tego przyznać sama przed sobą.

Dawid dawał nadzieję na miłość, łagodził straszną, pożerającą rzeczywistość, w której obojętność wobec drugiego człowieka była wszechobecna.

9.

Co ona sobie wyobraża?! Że będzie mi dyktować, jak mam żyć? Nie jest jeszcze moją żoną, żeby mnie ustawiać i trzymać na smyczy. I nigdy nie będzie. Ani ona, ani żadna inna. Chcę być wolny. Nie pozwolę się sprowadzić do roli wyrobnika harującego całe dni na jedzenie dla dzieci, które pewnego dnia każą mi się nie wtrącać do swojego życia, odejdą, wyjadą i tyle będę z nich miał. Do tego żona, która chce cię mieć na wyłączność i robi sceny zazdrości o każdą przyjaciółkę. Nie zrezygnuję z Susan ani Helen, ani żadnej innej z mojego haremu. Jedna wie o drugiej i trzeciej czy czwartej, są o siebie wzajemnie zazdrosne, co jeszcze bardziej mobilizuje je do nadskakiwania mi i pokazywania, że jedna jest lepsza od drugiej. Co prawda Susan ma łyse czoło i okropnie małe oczy, do tego piskliwy głos, a Helen wygląda jak wieszak na ubrania i jest niewiarygodnie głupia, ale są dla mnie jak dwie żyły złota. To dzięki nim mam tyle zleceń jako dekorator wnętrz. Angielskie snobki chcą być jak najbardziej dressing. Jedna poleca mnie następnej jako artystę od wnętrz. Nie muszę nawet z nimi sypiać, żeby jadły mi z ręki. Wystarczą komplementy, czasem kwiaty i zapewnienie, jak bardzo chciałbym je mieć w swoim łóżku, tylko za bardzo je szanuję, no i jestem jeszcze na razie w związku z paskudnie zazdrosną babą – Anką z Polski – ale gdy tylko zakończę ten toksyczny związek, to iskry polecą!

Przede mną tydzień urlopu. Anka wymyśliła lot do Polski na ślub naszych znajomych. Zgodziłem się. Mam ochotę trochę odpocząć od moich wielbicielek, które robią się coraz bardziej nachalne. Niech poczują trochę chłodu i zatęsknią. Kiedy wrócę, znowu chętnie otworzą portmonetki, by kupić mój kolejny genialny projekt na nowocześnie urządzoną sypialnię. Tylko żeby Anka znowu nie zaczęła tematu z naszym ślubem i dzieckiem. Widzę, jak się ogląda na ulicy za wózkami. Jest naprawdę żałosna. Ale poradzę sobie. Jest ode mnie tak uzależniona, że mogę z nią zrobić, co chcę.

10.

Był jeden z pierwszych dni lipcowego popołudnia. Deszcz uderzał w parapet okna od samego rana. Z marazmu wyrwało mnie lekkie, niepewne pukanie. Do mojego biura weszła mocno umalowana blondynka w różowej sukience. Widać było, że jest podenerwowana. Pod płóciennym materiałem letniej garderoby falował jej pokaźny biust, a słowa wyrzucała z siebie jak pociski wysyłane w przestrzeń przez kogoś, kto nigdy nie trzymał broni w ręku. Powiedziała, że jej chłopak potrzebuje pomocy. Okazało się, że chodzi o sprawę z pierwszych stron gazet, o której krzyczały tytuły w stylu: „Morderca z plaży”, „Tragiczny koniec romansu”, „Kobieta zamordowana w centrum Gdyni”. Zgodziłem się pomóc, jak zawsze. To przecież ja – Daniel Grot – Spider-Man pomorskiego świata detektywistycznego. Jaki Spider-Man?! Bez szybkiego wozu – prawo jazdy straciłem w czasach, kiedy mocno piłem. Bez pięknej kobiety u boku – moją Elę straciłem wiele lat temu. Demony przeszłości niszczą moją teraźniejszość, a ja im na to pozwalam.

Już następnego dnia pojechałem na widzenie do Aresztu Śledczego w Gdańsku. Na Wzgórzu Świętego Maksymiliana wsiadłem do kolejki SKM jadącej w kierunku Gdańska. Wysiadłem na stacji Gdańsk Główny. Przede mną z mglistego poranka i porannego deszczu wyłaniał się przedwojenny, idealnie odrestaurowany dworzec z czerwonej cegły, ozdobiony kutymi w żelazie lwami. Reprezentacyjny i przestronny dworzec główny został wybudowany w latach 1894–1900 w stylu tak zwanego gdańskiego renesansu. Projektantami kompleksu dworcowego byli: Paul Thomer i Georg Cuny. Gmach dworca i wieżę zbudowano z cegły i bogato ozdobiono piaskowcem z Wartkowic. Dwudziestego ósmego października 1900 roku oddano do użytku część główną, tak zwany Empfangsgebäude (budynek powitalny); uroczyste otwarcie całości nastąpiło trzydziestego października 1900 roku.

W 1945 roku został podpalony przez Armię Czerwoną, która wkroczyła na te tereny pod pretekstem wyzwolenia. Tylko wieża uniknęła spalenia. Po drugiej wojnie światowej dworzec został odrestaurowany.

Obok stały wykute w metalu rzeźby żydowskich dzieci z walizkami, które to dzieci w 1939 opuszczały Gdańsk bez rodziców, by uniknąć śmierci w komorach gazowych. Pomnik upamiętniał Kindertransport. Była to akcja ratunkowa podjęta kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej. Wielka Brytania przyjęła prawie dziesięć tysięcy żydowskich dzieci z hitlerowskich Niemiec oraz okupowanych bądź zagrożonych okupacją terytoriów Austrii, Wolnego Miasta Gdańska i Polski – w tym około sto z samego Gdańska. Rząd brytyjski podjął decyzję, że akcja obejmie dzieci do siedemnastego roku życia, bez opiekunów, i jednocześnie zaapelował do społeczeństwa o przyjmowanie tych małoletnich. Dzieci zostały umieszczone w brytyjskich rodzinach zastępczych i domach opiekuńczych. Zgromadzone na ten cel fundusze wyczerpały się w sierpniu 1939, na kilka dni przed wybuchem wojny.

Większość dzieci objętych akcją przeżyła wojnę. Tylko niewielkiej części z nich udało się odnaleźć własne rodziny, które zdołały przetrwać holokaust. Zdecydowana większość dzieci na zawsze utraciła domy i rodziny.

Ja jednak ominąłem to miejsce, zszedłem schodami w dół, by tunelem przejść w kierunku dworca autobusowego, stamtąd zaledwie kilka kroków dzieliło mnie od sądu okręgowego na Nowych Ogrodach, w którym musiałem uzyskać zgodę na widzenie z oskarżonym, i od aresztu śledczego przy ulicy Kurkowej. Najpierw to, czego nienawidzę – seria procedur, bramek, wniosków – i w końcu to, co mnie kręci: sama sprawa, wstępne przesłuchanie oskarżonego. Facet, niejaki Karol Witczak, był nastawiony na zwierzenia, wiedziałem już, że muszę załatwić sobie serię widzeń, by poznać całą historię, a przynajmniej jedną wersję zdarzeń.

* * *

* Tekst Pisma Świętego opracowany na podstawie Biblii Warszawsko-Praskiej, wyd. III, Wydawnictwo M, Kraków 2005 (Syr 38,16–38,23).

Deszczowa kołysanka

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-702-7

© Jolanta Knitter-Zakrzewska i Wydawnictwo Novae Res 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Paulina Zyszczak

KOREKTA: Andrzej Zyszczak

OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Deszczowa kołysanka Niebieskie cienie na śniegu Asmodeusz. Portrety Miłość aż po grób