Sto dni szczęścia

Sto dni szczęścia

Autorzy: Eva Woods

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 29.11 zł

Annie Hebden nie umie już mieć nadziei. Straciła wszystkich, których kochała. Odsunęła się od ludzi, zamknęła w bólu i rozpaczy. I wtedy poznaje barwną, promienną Polly, która stawia jej wyzwanie:

W ciągu stu dni ma nauczyć się być szczęśliwa.

„To proste – mówi. – Musisz po prostu każdego dnia zrobić coś, co sprawi ci przyjemność”.

I jak huragan porywa ją w świat tańca w fontannie, jazdy kolejką górską, małych i dużych zwycięstw nad smutkiem. Jest zdecydowana udowodnić Annie, że i w jej życiu jest jeszcze miejsce na szczęście, przyjaźń, a nawet miłość. Bo Polly zbyt dobrze wie, że czas, jaki nam dano, jest zbyt krótki, by zmarnować choć jeden dzień…

Korekta

Barbara Cywińska

Renata Kuk

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© portumen/Shutterstock

Tytuł oryginału

How to Be Happy

Copyright © Claire McGowan 2017

The moral right of the author has been asserted.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6621-3

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Scottowi (SP)

z miłością

Nie zawsze da się uchwycić moment, w którym nasze życie skręca w niewłaściwą stronę. Na ogół biegnie niepostrzeżenie, rok za rokiem, chwila za chwilą, aż wreszcie któregoś dnia człowiek się rozgląda i uświadamia sobie, że odszedł tak daleko od siebie takiego, jaki był kiedyś, że czuje się zupełnie inną osobą. Zwykle jest to upadek stopniowy, powolna erozja tego, kim się jest – po troszeczku, kamyk za kamykiem, drobina za drobiną.

Bywa jednak, że potrafisz określić precyzyjnie, kiedy twoje życie rozpadło się na dwie części. Kiedy starannie ułożone karty rozsunęły się i domek się rozsypał, i wiesz, że odtąd nic już nie będzie takie jak przedtem. W tej chwili nie wiesz nawet, czy w ogóle to przeżyjesz, czy ruiny pogrzebią cię na zawsze. Ale przeżywasz. Jakoś. Nie wiadomo jak.

Dzień 1

POZNAJ NOWĄ PRZYJACIÓŁKĘ

Przepraszam…

Brak odpowiedzi. Recepcjonistka nadal trzaskała klawiszami. Annie spróbowała jeszcze raz:

– Przepraszam?

Było to „przepraszam” z poziomu numer dwa – oczko wyżej niż to, które kierowała do turystów blokujących ruch schody, a oczko niżej od zarezerwowanego dla kogoś, kto w pociągu kładzie torbę na siedzeniu obok. Zero reakcji.

– Przepraszam panią – powiedziała, wchodząc na poziom numer trzy (kiedy ktoś ukradnie ci miejsce parkingowe, uderzy cię parosolką itd.). – Może mi pani pomóc? Stoję tu już pięć minut.

– Co jest? – rzuciła kobieta, nie przerywając pisania.

– Muszę zmienić adres w danych pacjentki. Odsyłano mnie już do czterech różnych działów.

Recepcjonistka, nie odrywając wzroku od ekranu, wyciągnęła rękę. Annie podała jej formularz.

– To pani?

– Hm… nie. – Chyba widać!

– Pacjentka musi sama wprowadzić zmiany.

– Hm… no ale nie może. – Co powinno być oczywiste, o ile ktokolwiek w tym szpitalu zawraca sobie głowę czytaniem kart.

Formularz opadł na kontuar.

– Nie mogę pozwolić na wprowadzanie zmian innej osobie. Ochrona danych osobowych, rozumie pani.

– Ale… – To okropne, ale nagle poczuła, że za chwilę się rozpłacze. – Ja muszę zmienić ten adres, tak żeby listy przychodziły na mój adres! Ona już nie może ich sama czytać! Dlatego tu jestem. Proszę… Ja… ja po prostu muszę to zmienić! Nie rozumiem, dlaczego to ma być takie trudne?

– Przykro mi. – Recepcjonistka pociągnęła nosem i zdjęła z paznokcia jakiś pyłek.

Annie złapała papier.

– Proszę pani, jestem tu od czterech godzin. Odsyłają mnie od pokoju do pokoju. Kartoteka. Neurologia. Ambulatorium. Recepcja. Znowu neurologia. I nikt nie ma pojęcia, jak załatwić tę prostą jak drut sprawę! Nic nie jadłam, nie brałam prysznica i nie mogę pójść do domu, no chyba że pani otworzy właściwą stronę w komputerze i wpisze te parę słów. To wszystko! Nic więcej!

Recepcjonistka nadal na nią nie patrzyła. Trzask, trzask, trzask. Annie poczuła, że wzbiera w niej fala gniewu i frustracji.

– Czy pani mnie słyszy??! – krzyknęła. Wyciągnęła rękę i odwróciła monitor w drugą stronę.

Brwi kobiety niemal zniknęły w wysoko natapirowanej fryzurze.

– Proszę pani, bo będę musiała wezwać ochronę, jeśli nie…

– Ja tylko proszę, żeby pani na mnie patrzyła, kiedy do pani mówię. Żeby mi pani pomogła. Proszę… – I głos jej się załamał. – Przepraszam – wykrztusiła, płacząc gorzko. – Przepraszam, ja… po prostu… ja muszę zmienić ten adres…

– Proszę pani… – Recepcjonistka nabrała powietrza i otworzyła usta, niewątpliwie żeby powiedzieć Annie, gdzie ma sobie pójść. I w tym momencie zdarzyło się coś dziwnego: usta rozciągnęły jej się w szerokim uśmiechu. – Cześć, P!

– Cześć! Jak tam? Wszystko oki-doki?

Annie obejrzała się, żeby sprawdzić, kto im przerywa. W drzwiach prowadzących do obskurnej szpitalnej kanciapy stała wysoka kobieta ubrana we wszystkie kolory tęczy. Czerwone pantofle. Fioletowe rajstopy. Żółta sukienka w odcieniu sycylijskich cytryn. Zielona włóczkowa czapka. Bursztynowa biżuteria jarzyła się pomarańczowym blaskiem, a oczy miały żywy odcień błękitu. Kolory powinny były się gryźć, a pomimo to jakoś do siebie pasowały.

Kobieta podeszła i dotknęła jej ramienia. Annie uskoczyła.

– Strasznie przepraszam, nie chcę się wkręcać bez kolejki, ale po prostu muszę błyskawicznie zaklepać wizytę.

Recepcjonistka już trzaskała klawiszami, tym razem ochoczo.

– Przyszły tydzień ci pasuje?

– Dzięki, jesteś cudowna. Wielkie sorry, a jednak się wepchnęłam bez kolejki! – Tęcza znowu rozbłysła uśmiechem w stronę Annie. – A ta piękna pani została już obsłużona, Denise?

Nikt od niepamięci świata nie nazwał Annie piękną panią. Zamrugała, strząsając łzy z rzęs.

– Nie, nie zostałam, bo to podobno za trudne zmienić adres w karcie pacjentki. Odsyłają mnie od Annasza do Kajfasza. – Starała się, żeby jej głos brzmiał pewnie.

– Och, Denise na pewno to dla pani zrobi. Ta niesamowita kobieta ma w swoich cudownych koniuszkach palców wszystkie sekrety tego szpitala. – Poruszyła w powietrzu palcami, naśladując pisanie na klawiaturze. Na wierzchu jednej dłoni miała rozległy siniec, częściowo zaklejony wacikiem.

Denise rzeczywiście skinęła niechętnie głową.

– No dobrze. Pani da.

Annie podała jej formularz.

– Czy może pani wpisać mój adres? Annie Hebden. – Klawisze zastukały i w dziesięć sekund sprawa, której nie mogła załatwić cały dzień, była załatwiona. – Hm… dziękuję.

– Proszę bardzo – odrzekła Denise. Annie czuła jej dezaprobatę. Była niegrzeczna, wiedziała o tym. To wszystko było takie trudne, takie frustrujące.

– Genialnie. To cześć, staruszko. – Tęczowa kobieta pomachała Denise na pożegnanie i znowu złapała Annie za ramię. – Przykro mi, że ma pani zły dzień.

– Ja… że co?

– Wygląda, jakby miała pani naprawdę kiepski dzień.

Annie na chwilę zaniemówiła.

– Jestem w szpitalu, kurczę. Myśli pani, że jest tu choć jedna osoba, co ma dobry dzień?

Kobieta rozejrzała się po poczekalni. Połowa ludzi była o kulach, niektórzy bladzi, z ogolonymi czaszkami. Jakaś kobieta w szpitalnym szlafroku siedziała, zgarbiona, w fotelu na kółkach. Znudzone dzieci wytrząsały zawartość torebek swoich matek, a matki tymczasem dziobały bezmyślnie palcem w telefon.

– Nie widzę powodu, czemu by miało nie być.

Annie, zła, cofnęła się o krok.

– Wie pani co? Dziękuję za pomoc… chociaż nie powinnam była jej potrzebować, ten szpital to jakaś porażka… ale nie ma pani pojęcia, dlaczego tu jestem.

– Fakt.

– To idę.

– Lubi pani ciastka? – spytała kobieta.

– Co? Oczywiście… co?

– Sekundkę! Niech pani zaczeka! – I pomknęła przed siebie. Annie spojrzała na Denise, która powróciła do obojętnego gapienia się w klawiaturę.

Policzyła do dziesięciu – zła na siebie, że robi choćby to – po czym pokręciła głową i ruszyła przed siebie korytarzem w odcieniach rozpaczliwego błękitu i gorzkiej zieleni. Odgłosy przetaczania łóżek, klapanie wahadłowych drzwi, odległy płacz. Stary człowiek leży na wózku, malutki i szary. Dzięki Bogu, że na dziś skończone. Teraz do domu, zatracić się w telewizyjnych obrazkach, zaryć się pod kołdrę…

– Ej, chwileczkę! Annie Hebden!

Annie odwróciła się. Irytująca kobieta biegła korytarzem – a raczej nie tyle biegła, co szurała nogami, kompletnie bez tchu. W wyciągniętej ręce trzymała babeczkę, pokrytą czekoladowym lukrem.

– To dla pani – wydyszała, wciskając ją Annie do ręki. Każdy paznokieć miała pomalowany na inny kolor.

Po raz drugi w ciągu pięciu minut Annie zaniemówiła.

– Dlaczego?

– Dlatego. Z babeczką wszystko robi się troszeczkę lepsze. Z wyjątkiem cukrzycy typu 2, jak mi się zdaje.

– Hm… – Annie spojrzała na trzymane w ręce ciastko. Było lekko zgniecione. – Dziękuję – powiedziała z wahaniem.

– Nie ma sprawy. – Kobieta zlizała lukier z palców. – Szlag, mam nadzieję, że nie złapię gronkowca. Choć nie zrobiłoby to specjalnej różnicy. A tak w ogóle to nazywam się Polly. A ty jesteś Annie.

– Yyy… Tak.

– Miłego dnia, Annie. A przynajmniej troszkę mniej niemiłego niż dotąd. Pamiętaj, jeśli chcemy mieć tęczę, musimy zaakceptować deszcz. – Pomachała jej ręką i w podskokach – chyba to pierwszy raz ktoś podskakiwał Korytarzem Skazańców… – zniknęła jej z oczu.

Na autobus Annie czekała w deszczu, szarym kapuśniaczku, w którym Lewisham najwyraźniej się specjalizowało. Jakie to głupie, co powiedziała tamta kobieta… Nie każdy deszcz prowadzi do tęczy. Zwykle prowadzi do przemoczonych skarpetek i włosów jak szczurze ogony. Ale ona przynajmniej miała dokąd pójść. Pod wiatą przystanku siedział jakiś bezdomny, z włosów ściekała mu woda, tworząc kałużę wokół jego brudnych spodni. Annie czuła się podle, patrząc na niego, ale co mogła zrobić? Nie była w stanie mu pomóc. Nie była w stanie pomóc nawet samej sobie.

Autobus przyjechał zatłoczony. Annie stała wciśnięta pomiędzy wózek dziecięcy a kilka toreb z zakupami, które przy każdym zakręcie się przewracały. Wsiadła starsza pani, z trudem wciągając po schodkach wózeczek na zakupy. Przeciskała się przejściem i nikt nie podniósł głowy znad telefonu, żeby zaproponować jej miejsce. Wreszcie Annie nie wytrzymała. Co jest z tymi ludźmi? Czy w tym mieście nie ma już choćby strzępka przyzwoitości?

– Na litość boską! – warknęła. – Może by ktoś ustąpił miejsca tej pani?

Młody człowiek z wielkimi słuchawkami na uszach dźwignął się ociężale, zakłopotany.

– Nie wolno używać imienia boskiego nadaremno – rzekła starsza pani, siadając, i spojrzała z dezaprobatą na Annie.

Annie wpatrywała się we własne stopy, które pozostawiły na wilgotnej podłodze brudne ślady. Wreszcie dobrnęli do jej przystanku.

Jak to się stało, że jej życie dotarło do tego punktu? Rozkleić się publicznie z powodu zmiany adresu? Płakać w obecności obcych ludzi? Kiedyś to ona unosiła brwi, gdy ktoś się rozklejał. To ona proponowała chusteczkę do nosa i poklepywała krzepiąco po ramieniu. Nie rozumiała, gdzie się podziała tamta osoba. Ta, którą kiedyś była.

Czasem Annie miała wrażenie, że jej życie odmieniło się w jednym mgnieniu oka.

Oczy zamknięte – była z powrotem w sypialni swojego ślicznego domu w tamten ostatni słoneczny poranek, i wszystko było jak najlepiej. Przepełniała ją ekscytacja, nadzieja i radość z domieszką lekkiego wyczerpania. Było idealnie.

Oczy otwarte – była tutaj. Wracała do tego okropnego mieszkania, łapała w deszczu autobus, leżała bezsennie, przerażona i nieszczęśliwa.

Jedno mrugnięcie – perfekcja. Drugie mrugnięcie – ruina. Ale choćby nie wiem ile razy zamykała oczy, nigdy nie chciało być z powrotem tak, jak było.

Dzień 2

UŚMIECHAJ SIĘ DO NIEZNAJOMYCH

Dzwonił dzwonek. Annie obudziła się z gwałtownym drgnięciem. Serce jej waliło. Co to jest? Znowu policja, karetka?… Ale nie, to najgorsze już się zdarzyło.

Usiadła i zdała sobie sprawę, że znowu zasnęła na sofie, w rzeczach, które miała na sobie wczoraj w szpitalu. Nie mogła sobie nawet przypomnieć, co oglądała w telewizji. Może Tatuaż do poprawki? Lubiła to. Zawsze to pocieszające – wiedzieć, że są ludzie, którzy podejmują jeszcze gorsze decyzje niż ona.

Drrrryńńńń… Odsunęła koc, którym musiał ją przykryć Costas, i wstała. Na podłogę poleciały okruchy, chusteczki do nosa i pilot. Całkiem jakby wróciła do domu pijana… Pijana żalem, smutkiem i złością.

Drrryyńńńń!

– Dobra, dobra! – Jezu. A w ogóle która to godzina? Zegar na telewizorze wskazywał 9.23. Musi się spieszyć, inaczej nie zdąży na porę odwiedzin. Costas musiał wyjść na ranną zmianę wieki temu. Przychodzi i wychodzi, nawet go nie oglądając… Skręciło ją ze wstydu – Annie sprzed dwóch lat nigdy by nie spała w ubraniu.

– Annie Hebden! Jesteś tam?

Annie się skrzywiła. Przez szparę w zabezpieczonych łańcuchem drzwiach widać było szmaragdową zieleń. A, to ta dziwaczka ze szpitala… Polly cośtam.

– Yyy… tak?

– Dostałam twój list ze szpitala. – W szparze ukazała się ręka, tym razem ze srebrnymi paznokciami, i pomachała Annie przed nosem kopertą. Na kopercie było jej nazwisko, ale inny adres. Jakiś z lepszej dzielnicy. – A ty pewnie dostałaś mój – powiedziała radośnie przybyła.

Annie spojrzała na stosik poczty na macie. Rachunki. Prenumerata miesięcznika „Ogrody”, z której dawno powinna była zrezygnować. I jaśniejąca bielą koperta zaadresowana do Polly Leonard.

– Jak to się stało?

– Myślę, że Denise się poplątało, kiedy zmieniała ci adres. Nic takiego, już do niej dzwoniłam, żeby zmieniła jeszcze raz. I po sprawie.

Znaczy, że szpital ujawnił komuś jej adres?

– Przyjechałaś specjalnie, żeby mi przekazać list? – Przecież to dobre pół godziny – od mieszkania Polly w Greenwich do jej w Lewisham, zwłaszcza w godzinie szczytu.

– No. Nigdy nie byłam w tej dzielnicy, więc pomyślałam sobie, czemu nie?

Było milion rozmaitych powodów, żeby nie. Rosnące wskaźniki przestępczości w dzielnicy. Monstrualne centrum handlowe z lat siedemdziesiątych. Fakt, że serce tej części miasta było od lat rozkopane, co czyniło z niej piekło pełne korków, warkotu młotów pneumatycznych i odoru smoły.

– No cóż, dziękuję. – Annie wysunęła przez szparę list Polly. – To na razie.

Polly ani drgnęła.

– Jedziesz dziś do szpitala?

Instynkt podpowiadał, żeby skłamać, ale nie wiadomo dlaczego, nie skłamała.

– O… tak. Jadę, ale…

– Jakaś sprawa do załatwienia?

– Niezupełnie. – Nie czuła się na siłach, żeby jej wyjaśniać.

– Ja też się wybieram. Mogłybyśmy pojechać razem.

Annie była znana z tego, że czasem zostawała w pracy dwadzieścia minut dłużej, tylko po to, żeby mieć pewność, że wszyscy inni już poszli i nie będzie musiała czekać z nimi na autobus.

– Nie jestem ubrana – bąknęła.

– Nie szkodzi, poczekam.

– Ale… ale… – Tępy mózg Annie nie potrafił wymyślić ani jednego powodu, żeby nie wpuścić do domu tej irytującej, przesadnie kolorowej nieznajomej. – Myślę, że… no okej, proszę.

Opuściła łańcuch i wpuściła Polly do środka.

– A więc tak mieszkasz. – Pośrodku szaroburego pokoju Annie Polly wyglądała jak choinka. Dziś miała na sobie coś w rodzaju koktajlowej sukienki, długiej do kostek, z błyszczącego atłasu w kolorze miętowego likieru, a do tego ciężkie turystyczne trzewiki. Całości dopełniała kurteczka ze sztucznego futra i szydełkowa czapka. Rąbek sukienki był wilgotny i brudny, jako że miała za sobą marsz w deszczu rozkopanymi ulicami Lewisham. Wyglądała jak modelka prezentująca modę miejską.

– Nie mogę tu nic zmienić. Gospodarz nie pozwala. – Mieszkanie na dziewiątym piętrze wciąż miało beznadziejne podłogi z laminowanych desek i gruzłowate, nierówne ściany z lat siedemdziesiątych. Czuć je było wilgocią i zastarzałymi zapachami kuchni, pozostawionymi przez poprzednich lokatorów. – Hm… muszę wziąć prysznic. Może… może napijesz się herbaty albo coś?

– Nie, nie trzeba. Coś sobie tymczasem przeczytam. – Polly rozejrzała się po zapuszczonym pokoju, gdzie na suszarce wciąż pokutowały wyschłe na wiór spłowiałe majtki i legginsy Annie. Wzięła z zakurzonego stolika jakąś broszurkę. – Jak uzyskać opiekę prawną. O, to wygląda na coś ciekawego.

Ironia? Zdjęcie na okładce ukazywało starszego człowieka, którego ktoś trzymał za rękę, chociaż prawna opieka kojarzyła się raczej z krępowaniem staruszkowi rąk, żeby nie wyrządził sobie krzywdy. Sobie albo komuś innemu.

– Okej. Zaraz wracam.

Annie weszła do łazienki. Zardzewiałe lustro, pokryta osadem zasłona prysznicowa. Czy ona zwariowała? W jej domu siedzi jakaś obca kobieta, a ona na to pozwala! Kobieta, o której nic nie wie, która może być nienormalna, i całkiem prawdopodobne, że jest, biorąc pod uwagę jej strój. Może dlatego spotkały się na oddziale neurologii? Może miała jakiś uraz głowy i zmieniła się w osobę nierespektującą żadnych granic? I dlatego ni stąd, ni zowąd przychodzi i czyta jej przygnębiające prywatne broszury?

Annie wzięła najszybszy prysznic na świecie, co jej mama nazwałaby umyciem się jak kot łapą. Odkąd jej życie rozpadło się na kawałki, prysznic przez całe miesiące był tym miejscem, gdzie się wypłakiwała, wsadzając pięść w usta, żeby stłumić odgłos łkania. Dziś jednak nie miała na to czasu. Wrzuciła na siebie niemal to samo ubranie, które nosiła wczoraj. Co za sens starać się, żeby ładnie wyglądać? W miejscu, gdzie ludzie albo umierają, albo marzą o śmierci?

Kiedy wychodziła – zero makijażu, wilgotne włosy skręcone w koczek – z pokoju dobiegały jakieś głosy. Zmartwiała. Musiał mieć dzisiaj krótszą zmianę…

– Annie! – zawołała Polly, promieniejąc. – Właśnie poznałam twojego pięknego przyjaciela!

– Helou, Annie! – Costas pomachał jej ręką. Costas był Grekiem, wspaniałej urody, a o jego klatę można było tłuc jajka na twardo. Miał dwadzieścia dwa lata, wolny pokój Annie zdołał zmienić w rozkładający się śmietnik, a żeby było śmieszniej, pracował w Costa Coffee. Przynajmniej on uważał, że to śmieszne.

– To mój współlokator. Muszę iść.

– Sekundkę. Costas przyniósł ciastka!

– Szef powiedział, że mogę zabrać. Ale jeszcze całkiem dobre! – Costas otworzył papierową torebkę, pełną croissantów i półfrancuskich ciastek z owocami. – Musisz kiedyś przyjść do Costy – uśmiechnął się do Polly. – Zrobię ci specjalną kawę po grecku. Mocna, że łeb odpada!

Annie poczuła nagły gniew. Jak ta kobieta śmie – tak ni stąd, ni zowąd tu przyjść, wdzierać się w jej życie, oglądać to niechlujne mieszkanie, brudne naczynia w zlewie?

– Idę – powiedziała. – Costas, mógłbyś po sobie pozmywać? Wczoraj zostawiłeś blachę całą umazaną czymś zielonym.

– To spanakopita… musi odmoknąć.

– Ojejku, uwielbiam spanakopitę! – wykrzyknęła Polly. – Jak miałam osiemnaście lat, włóczyłam się z plecakiem po Grecji. Yiasou!

– Yiasou! – Costas uniósł oba kciuki i wyszczerzył ku niej wszystkie oślepiająco białe zęby. Zawsze się uśmiechał. Jakie to męczące. – Świetnie, Polly!

Annie włożyła płaszcz, starając się zawrzeć w tej czynności możliwie najwięcej biernej agresji.

– Spóźnię się.

– Oj! Racja, trzeba iść. Cudownie było cię poznać, Costas, przyjacielu Annie.

– On jest moim współlokatorem – poprawiła Annie z naciskiem i gniewnie pchnęła drzwi. Nie do końca wiedziała, skąd ta złość.

– Proszę państwa, autobus będzie miał teraz postój. Zmiana kierowcy. Potrwa to… yyy… nie wiemy jak długo.

Rozległo się zbiorowe westchnienie.

– Teraz to już na pewno się spóźnię – mruknęła pod nosem Annie.

– Cholerni dranie – warknął siedzący obok starszy mężczyzna w kosmatej kurtce, cuchnącej wilgocią. – I za co to człowiek płaci dwa funty! Grabież, panie, i tyle.

– No cóż, dzięki temu mamy czas, żeby się trochę rozejrzeć po okolicy – zaszczebiotała wesoło Polly.

Annie wymieniła z sąsiadem szybkie osłupiałe spojrzenie. Za oknem widać było gigantyczny budynek Tesco, a dalej pustą przestrzeń, na której widniał spalony samochód.

– Albo pogadać – ciągnęła Polly. – Dokąd pan jedzie?

– Na pogrzeb – mruknął, wspierając się na lasce.

– O, współczuję. Przyjaciel?

Annie skurczyła się na siedzeniu. Jakiś mężczyzna w poplamionych farbą dżinsach już przewracał oczami. A nuż się domyślą, że ona jedzie z kobietą, która rozmawia z ludźmi w autobusie? Najgorsza londyńska zaraza, gorsza niż miejskie lisy czy rdest japoński.

– Mój stary kumpel Jimmy. Ostro walił w krykiecie. Pilot myśliwca w czasie wojny.

– O, coś takiego. A jak się poznaliście?

Kobieta w szalu na głowie wyjęła z ucha słuchawkę i cmoknęła z dezaprobatą. Annie wzdrygnęła się.

– Wychowaliśmy się na tej samej ulicy. Na Old Bermondsey. On był w RAF-ie, ja w marynarce. Mógłbym ci opowiedzieć to i owo, kochana – zaśmiał się dychawicznie.

Annie wzięła do ręki pozostawiony przez kogoś numer „Metra” i zaczęła ostentacyjnie czytać o napadach miejskich gangów. Stary tymczasem nawijał:

– …a Jimmy myk! – do szafy i siedział, dopóki jej mąż nie wyszedł, a wtedy wyskoczył przez okno…

– Jakie to przykre – powiedziała Annie z naciskiem, powiewając gazetą. – Tylko w tym miesiącu trzy napady z użyciem noża.

– Bandziory, panie – zawyrokował stary. – My z Jimmym byliśmy postrachem ulicy, ale żeby nożem? Nigdy. Pięścią w nos, a, to co innego. Tak jest kulturalnie. Po ludzku.

Annie zamknęła oczy. Chyba tego dłużej nie wytrzyma… Na szczęście autobus zawarczał i ruszył, a Kumpel Jimmy’ego wysiadł na najbliższym przystanku. Na pożegnanie uścisnął Polly rękę i wycisnął na niej mokry pocałunek.

– Przyjemnie było z panią pogadać, młoda damo.

– Mam chusteczki higieniczne – pośpieszyła Annie, gdy zniknął.

Polly zaśmiała się.

– Na pewno mnie przeżyje.

Annie znowu podniosła do oczu gazetę. Wszyscy inni w autobusie mieli w uszach słuchawki, jak przystało na porządnych ludzi. Tylko Polly się rozglądała, machała do dzieci, zagadywała do psów i nawiązywała kontakt wzrokowy ze wszystkimi uczestnikami tego spektaklu. Jeśli tak dalej pójdzie, to miały całkiem sporą szansę, że zaaresztuje ich Londyńska Policja Transportowa i nawet nie zdołają dojechać do szpitala.

Ale dojechały. Bezdomny nadal siedział pod daszkiem przystanku ze zwieszoną na piersi głową. Czyżby przesiedział tu całą noc? Polly nachyliła się ku niemu, a Annie znowu się wzdrygnęła i utkwiła wzrok w przestrzeni.

– Dzień dobry. Jak pan ma na imię? Bo ja Polly.

Powoli podniósł głowę. Odchrząknął.

– Jonny – wychrypiał. Głos miał jak papier ścierny.

– Może panu coś przynieść? Coś gorącego do picia?

Annie zalała się rumieńcem w imieniu Polly. Czy to nie jest protekcjonalność – proponować gorący napój, a nie pieniądze?

Mężczyzna spojrzał ze zdziwieniem.

– Kawę, jak by się dało. Albo coś innego, byle gorące.

– Ile cukru?

– Yyy… dwie łyżeczki poproszę. Dzięki.

– To na razie, do zobaczenia. Teraz muszę iść.

– Aha. Powodzenia.

Annie już szła naprzód, wprost nieprzytomna z zażenowania. Po wejściu robiła, co mogła, żeby pozbyć się Polly.

– Ja tu skręcam, więc…

– Ja też. Stara dobra neurologia. – Polly wzięła Annie pod rękę. – Najlepszy oddział. Bo wiesz, tu chodzi o mózg. Wszystko, czym człowiek jest, w nim się mieści. A nie o jakieś głupie serce czy nogi. A już nie daj Boże dermatologia… To najgorsze ze wszystkiego.

– Taak – powiedziała Annie z ciężkim sarkazmem. – Fajnie jest, jak mózg zmienia się człowiekowi w breję. – Stanęły przed wejściem na oddział. – Dobra, muszę iść.

Polly ani drgnęła.

– To znaczy… jednorazowo może wejść tylko jedna osoba. Więc…

Dlaczego ona nie idzie? Jeśli się stąd zaraz nie zabierze, może zobaczyć, że…

– Proszę pani! Proszę pani! – rozległ się cienki, zdenerwowany głos.

Annie drgnęła. W ich stronę dreptała śpiesznie kobieta w szpitalnym szlafroku. Wymierzyła w Annie chudy palec wskazujący.

– Pani… Czy pani jest pielęgniarką?

– Biedna – mruknęła Polly. – Czy możemy pani jakoś pomóc?

Annie próbowała przystopować Polly.

– Chyba nie powinnyśmy…

– Szukam pielęgniarki – wydyszała kobieta. Annie wiedziała, że ma zaledwie sześćdziesiąt lat, ale wyglądała na osiemdziesiąt. Twarz miała zapadłą, siwe włosy, nogi wystające spod szpitalnego szlafroka były chude, w sińcach, a jedna owinięta bandażem. – Muszę… oj, już nie wiem, co muszę.

– Na pewno pani sobie przypomni. Pójdziemy na salę? – Polly wzięła ją za pokrytą bliznami rękę.

– Nie powinnaś tego robić. – Annie miała ochotę podnieść głos.

– Oj, daj spokój, Annie, ona potrzebuje pomocy.

– Zostaw to, dobrze? – nie wytrzymała Annie. – Idź, kurczę, do swoich spraw!

Kobieta utkwiła w niej spojrzenie.

– Pani… Ja panią chyba znam. Czy pani jest pielęgniarką?

– Ja… yyy… – Głos uwiązł Annie w gardle. Polly zmarszczyła czoło i też nie odrywała od niej wzroku. – Nie… ja…

W tym momencie z sali wybiegła pielęgniarka o udręczonej twarzy.

– Maureen! Wracaj do łóżka, ale już. Nie wolno ci chodzić z tą nogą!

Kobieta nie ruszała się z miejsca. Nadal wpatrywała się w Annie.

– Ja panią znam. Ja panią znam!

Przepadło. Za późno, żeby udawać.

– Tak, to ja, mamo. Annie. Przyszłam cię odwiedzić.

Charity – jedna z sympatyczniejszych pielęgniarek, pomimo że uporczywie modliła się za pacjentów – posłała Annie współczujące spojrzenie.

– Chodź, Maureen. Niedługo przyjdzie cię odwiedzić twoja córka.

Kiedy zamknęły się za nimi wahadłowe drzwi, Polly spojrzała na Annie.

– To dlatego tu jesteś? A nie dlatego, że sama jesteś chora?

– Tak. Mama… ma demencję. Wczesny rzut. W sobotę upadła, jak próbowała wydostać z szafki frytkownicę. Choć od roku dwa tysiące siódmego nie ma żadnej frytkownicy. Ale niedługo ją chyba wypiszą i… i nie wiem, co wtedy. – Odetchnęła głęboko.

Wyraz twarzy Polly się nie zmienił. Było w niej zainteresowanie, zrozumienie, ale nie współczucie.

– To chyba tłumaczy twoją ledwie powstrzymywaną wściekłość.

W Annie coś pękło.

– Słuchaj. Nie znam cię i nie masz prawa tak mówić. Moja mama nie ma jeszcze nawet sześćdziesiątki, a ma zaawansowaną demencję! Mam nie być wściekła? Muszę być wściekła! Więc może po prostu odwal się ode mnie i od mojego życia, okej? Kto ci dał prawo, żeby… nachodzić mnie, wtrącać się i… – Dalsze słowa utonęły w nagłym niepohamowanym płaczu.

Polly zareagowała na tę tyradę w sposób nietypowy.

– Chodź. Idziemy. – Chwyciła szlochającą Annie za rękę i pociągnęła za sobą korytarzem. Dłoń miała zimną, ale zaskakująco silną.

– Co? Nie, nigdzie nie… odczep się ode mnie!

– Idziemy. Coś ci pokażę.

Stanęły pod drzwiami z tabliczką: „Dr Maximilian Fraser, specjalista neurolog”. Pod spodem przyklejono niebieską plasteliną karteczkę, na której zielonym długopisem było napisane: „Nie, nie jestem szafką na zapasy”. Polly szarpnięciem otworzyła drzwi.

– Doktorze Zrzędo! To ja, pańska ulubiona pacjentka.

– Wejdź, Polly – dobiegł głos z ciemności. – Nie jestem w trakcie przeglądania jakichś ściśle poufnych akt pacjenta ani nic takiego.

– Jest pan w trakcie jedzenia batonika i oglądania na YouTube filmików z kotami – odparła Polly i była to prawda. Pokoik był maleńki i ponury, faktycznie niewiele większy od kuchennej szafki, a jedną ze ścian miał pokrytą ciemnym szkłem. Przy komputerze siedział przysadzisty, mocno zbudowany mężczyzna w uniformie chirurga. Gęste ciemne włosy sterczały mu na wszystkie strony, tak jakby stale przegarniał je dłońmi, a brodę pokrywał kilkudniowy zarost.

– Czego chcesz tym razem? – Miał szkocki akcent. Jego oczy spoczęły na Annie, więc szybko opuściła wzrok na własne stopy w znoszonych czarnych mokasynach.

– Chcę, żeby pan pokazał moje zdjęcie mojej nowej przyjaciółce Annie.

– O nie. Znowu? Myślisz, że nie mam nic innego do roboty? Myślisz, że szpital ma tyle kasy, że możesz mnie traktować jak własną małpę?

– Oj, niech pan da spokój. Wie pan, że jestem pańską najlepszą pacjentką.

– On jest moim najlepszym pacjentem. Nie wierci mi dziury w brzuchu.

Wskazał głową szklany słój, w którym pływał zawieszony w jakiejś cieczy ludzki mózg.

– No to już wejdź – ustąpił z westchnieniem. Włączył komputer i ekran na ścianie ożył, ukazując inny ludzki mózg. Biały, gąbczasty. Z jednej strony był ciemniejszy, poznaczony czarnymi żyłkami.

– To mój mózg – oznajmiła z dumą Polly.

– Aha – bąknęła Annie, nie wiedząc, o co tu chodzi.

Polly podeszła do ekranu i postukała palcem w szkło.

– Odciski palców – warknął doktor. Zignorowała go.

– To moje drzewo. Glioblastoma… to znaczy gałęzie, rozumiesz.

Annie spojrzała na lekarza, oczekując jakichś wyjaśnień.

– Nikt nie wie, co to słowo znaczy, Polly.

– Oj, niech mi pan da wytłumaczyć. To mój mózg, a to tutaj śliczne, podobne do drzewa… no cóż, to mój guz mózgu. – Polly się uśmiechnęła. – Nazywam go Bob.

– Proszę głęboko oddychać.

Annie zaczerpnęła tchu. Siedziała na krześle obrotowym doktora, on zaś klęczał przed nią i zaglądał jej w oczy. Jego były brązowe i inteligentne jak u miłego psa.

– Może pani śledzić mój palec? – Wyciągnął palec wskazujący.

– Jasne, że mogę – powiedziała z irytacją. – Nic mi nie jest. Nawet nie zemdlałam. – Nie miała pojęcia, dlaczego tak dziwnie zareagowała. Prawie nie znała Polly, z guzem czy bez.

Polly wyszła, żeby przynieść „gorącej, słodkiej herbaty”, jak radośnie oznajmiła. „Tak przecież robili na wojnie, prawda?” – dodała.

– Czyli że pani nie wie – rzekł doktor. – Nie zastanawiała się pani, dlaczego ona tak często ma wizyty?

– Poznałam ją dopiero wczoraj. A ona się zachowuje, jakbyśmy były, bo ja wiem, koleżankami z podstawówki.

– Taka właśnie jest Polly. Trudno uniknąć zaprzyjaźnienia się z nią – zauważył swoim twardym akcentem i wrócił do pozycji w kucki.

– Znaczy… jest chora.

– Bardzo chora.

– Czy… może pan… coś zrobić?

Wstał, krzywiąc się i sykając.

– O Jezu, starzeję się… Naprawdę nie powinienem pani mówić. To poufne. Ale skoro widziała pani przed chwilą jej mózg, to chyba mogę to potraktować jako zgodę pacjentki. Bob znajduje się w takim miejscu, że jest bardzo prawdopodobne, że jego usunięcie mogłoby uszkodzić jej mózg.

Annie wspomniała, co mówiła Polly. Że mózg to wszystko, czym jesteśmy.

– Miała chemioterapię – ciągnął lekarz. – Dzięki temu zyskała trochę czasu. Bez przerwy ją obserwujemy. Bardzo często ma rezonans magnetyczny. Kosztuje to majątek, psiakrew. Jeśli guz zbliży się do kory mózgowej, cóż, będzie po herbacie. A jest bardzo agresywny. Już się powiększył.

– Jeśli?

– Kiedy.

– Jak długo? – spytała.

Skrzywił się.

– Tak między nami, to lekarze nienawidzą tego pytania. Nie jesteśmy jasnowidzami. Ale powiedzieliśmy jej, że trzy miesiące.

Annie zagapiła się w niego. Tak mało… Akademicki semestr. Kwartał rozliczeniowy w finansach. Sezon amerykańskiego programu w telewizji. Wyobrazić sobie, że to wszystko, co człowiek ma, wcisnąć w to całe życie…

– Och – powiedziała. Nic innego nie potrafiła wymyślić w tych okolicznościach.

Drzwi trzasnęły.

– Nie rozwal mi tej cholernej chałupy! – wrzasnął lekarz. Do gabinetu wkroczyła Polly z papierowym kubkiem w ręce.

– Ojej! – Troszkę się jej rozlało. Oblizała dłoń. – Proszę bardzo, pij.

Annie zajrzała do kubka. Zawartość wyglądała odrażająco, niczym pomyje. Nagle wszystko to stało się nie do wytrzymania: maciupcie ciemne pomieszczenie i ta dziwaczka z guzem mózgu, i jej własna matka w pobliskiej sali, której mózg też umierał za życia… Wstała. Kręciło jej się w głowie.

– Przepraszam… Naprawdę przepraszam, ale nie mogę. Przykro mi, Polly, że jesteś chora, naprawdę. Ale muszę już iść.

I wybiegła, strącając po drodze kubek z herbatą na podłogę.

Dzień 3

ZNAJDŹ CZAS NA ŚNIADANIE

Dzień dobry, Annie Hebden!

Annie nigdy nie była rannym ptaszkiem, nawet kiedy budził ją o świcie Jacob i tuliła go w ramionach, czując na szyi jego lekki oddech. Ostatnio nie była też nocnym markiem. Czasem zdarzało jej się około czwartej po południu okienko, kiedy – po wielu filiżankach gorzkiej kawy z niemytego chyba od roku dwa tysiące jedenastego biurowego ekspresu – nie czuła się totalnie jak zombie. Ale szósta rano? Dla każdego byłoby to nie do wytrzymania. Poczłapała do drzwi wejściowych, w które bębniła pięściami Polly.

– To jest dzień? To jest czarna noc.

– Ale na dworze jest tak ślicznie! – Polly nie wyglądała na choćby odrobinę znużoną czy zaspaną.

– Skąd. Jest szósta rano w środę, w marcu. – I dlaczego Polly jest pod jej drzwiami tak wcześnie? Dlaczego w ogóle jest pod jej drzwiami?

– Dobra, okej, w takim razie niedługo będzie ślicznie, a ja przyniosłam kawę i croissanty, więc mnie wpuść!

Dwa dni z rzędu być obudzoną przez Polly, i to mimo że wczoraj od niej uciekła! Przez moment Annie zastanawiała się, czyby nie udać, że zamek w drzwiach się zaciął, po czym z westchnieniem otworzyła. Tym razem nie zawracała sobie głowy łańcuchem. Wystarczyły dwadzieścia cztery godziny, by nauczyła się, że Polly nie da się powstrzymać.

Polly była w pełni rozbudzona i przytomna. Dziś miała na sobie koszulkę z napisem „Yes We Can”, a na nogach wiśniowe kowbojki.

– Jak wyglądam? – Zwróciła głowę w tę i w tę stronę. – Hannah Montana umierająca na raka? – Krótkie kręcone blond włosy miała związane z tyłu w mały ogonek. Na wierzchu głowy widniał rozległy łysy placek od chemioterapii, a na twarzy czerwone cętki.

– Ha. – Annie nie była przyzwyczajona do żartów Polly na temat raka. Nie była przyzwyczajona przede wszystkim do raka.

Polly miała w rękach tacę, a na niej papierowe kubki z plastikowym wieczkiem.

– Kawa! Masz jakieś przyjemne filiżanki? Wstyd pić z czegoś takiego.

– Chwileczkę. Przede wszystkim usiądź.

– Nie umieram w tej sekundzie, Annie. To co, masz jakieś filiżanki?

Annie zrobiła gest w stronę kuchni i padła na brzydką, rozdartą z boku sofę z imitacji skóry.

– Czy ty w ogóle kiedyś śpisz?

– Och, nie mam na to czasu. Zostały mi trzy miesiące życia! – To zdanie z pewnością nigdy nie zostało wypowiedziane tak wesoło. – A w każdym razie tak twierdzi doktor Zrzęda. Tak go nazywam.

– No, rzeczywiście wygląda na zrzędę.

Polly przeglądała zawartość szafki. Ujawniła kubek z Cartmanem z Miasteczka South Park, prezent, który Annie dostała w pracy na mikołajki, choć nigdy nie obejrzała ani jednego odcinka tego serialu ani w życiu nie wyraziła najlżejszego nim zainteresowania.

– Niech go gęś kopnie, to najlepszy lekarz na świecie. Chociaż ma kompleks zbawiciela, który nie może zbawić każdego. – Głos Polly dochodził z wnętrza szafki. – Naprawdę, Annie, powinnyśmy pogadać o twoich upodobaniach co do zastawy stołowej.

Wyglądało na to, że w świecie Polly naczynia stanowiły problem, ale rak był po prostu życiowym faktem. W końcu znalazła jakieś stare filiżanki w kwiatki, ślubny prezent rodziców Annie.

– Ooo, vintage?

– Nie, po prostu stare skorupy. – Annie ziewnęła. – Muszę dziś iść do pracy. Skończyło mi się wolne na mamę.

– Właśnie dlatego tu jestem tak wcześnie. Żebyśmy mogły sporządzić plan.

– Jaki plan? – Annie nie miała dziś na nic siły.

– Wytłumaczę ci. Proszę bardzo. – Nalała kawy do uroczych małych filiżaneczek i ułożyła na talerzyku w kwiatki przyniesione croissanty. Przy okazji parę płatków ciasta poleciało na podłogę, już i tak, zauważyła Annie, pełną kurzu i upstrzoną okruchami grzanek. Naprawdę pozwoliła, żeby sprawy wymknęły jej się z rąk… Costas wychował się z siedmioma siostrami i przed przyjazdem do Anglii rzadko zagotował sam choćby wodę na herbatę, więc prace domowe nie były jego mocną stroną.

– A więc – zaczęła Polly, sadowiąc się na krześle i wyjmując notes, żarówiastoróżowy ze srebrnymi brzegami – jak wiesz, zostały mi trzy miesiące życia. Oczywiście, jak się o tym dowiedziałam, byłam z lekka w szoku. Wiesz, płacz w łazience na posadzce, rozpaczliwe zaprzeczanie, niewstawanie z łóżka przez tydzień… na pewno znasz te rzeczy.

Znała, i to jak.

– Ale w końcu do mnie dotarło, że odpuszczam sobie fantastyczną okazję. Nie muszę sobie zawracać głowy tymi wszystkimi głupotami, które normalnie zabierają nam czas: rachunkami, emeryturą, chodzeniem na siłownię. Moje życie, a raczej to, co mi z niego zostało, jest teraz, dzięki poczciwemu Bobowi, maksymalnie skoncentrowane. I zamierzam je wykorzystać absolutnie najlepiej jak się da.

Annie sięgnęła po croissanta.

– Nie mów mi, że sporządziłaś listę rzeczy do zrobienia, zanim umrzesz.

– No tak, to standardowe zachowanie, gdy ma się przed sobą trzy miesiące życia. Ale w moim przypadku to troszkę bardziej skomplikowane. Nie chcę po prostu odhaczać kolejnych pozycji. Pływać z delfinami – odhaczone. Zobaczyć Wielki Kanion – odhaczone. To znaczy, już to wszystko oczywiście zaliczyłam.

– Oczywiście – mruknęła Annie z ustami pełnymi croissanta.

– Po prostu nie chcę… robić tego wszystkiego mechanicznie. Chcę spróbować naprawdę coś zmienić. Chcę zostawić po sobie jakiś znak, rozumiesz… zanim zniknę na zawsze. Udowodnić, że można być szczęśliwą i cieszyć się życiem, pomimo że sprawy wyglądają okropnie. Słyszałaś o tym, że ludzie, którzy wygrali na loterii, po paru latach wracają do poziomu szczęścia sprzed wygranej? I tak samo ludzie po poważnych wypadkach, kiedy się już przyzwyczają do zmian, jakie zaszły w ich życiu. Szczęście to stan umysłu, Annie.

Annie znowu zacisnęła zęby. To, co jej się wydarzyło, to nie był stan umysłu; to się wydarzyło naprawdę.

– Więc jaki jest plan?

– Słyszałaś o projekcie „Sto szczęśliwych dni”? Wiesz, jedna z tych rzeczy, które krążą po Internecie.

– Nie.

Dawna Annie pewnie by lubiła takie rzeczy, zamieszczałaby je na fejsie, dzieliła się złotymi myślami. Nowa Annie miała w pogardzie wszelkie projekty, plany i listy. Wszystko to znaczy tyle co nic, kiedy życie w jednej chwili wali się człowiekowi w gruzy.

– To proste, naprawdę. Musisz po prostu każdego dnia zrobić coś co sprawi ci przyjemność. To mogą być rzeczy małe, a mogą i duże. Prawdę mówiąc, jedną z nich robimy w tej chwili.

– Naprawdę? – Annie rozejrzała się z powątpiewaniem po swoim brzydkim, zapuszczonym pokoju.

– Jemy śniadanie na ładnym nakryciu. Oglądamy świt z przyjaciółką. – Polly uniosła filiżankę w stronę czerwieniejącego nieba za oknem, a Annie pomyślała: z przyjaciółką? Czyżby to było aż tak proste? I czy taki drobiazg może w ogóle zrobić jakąś różnicę? – No więc liczę, że jeśli będę miała szczęście – szczęście w sensie „mam raka” – to mam przed sobą jeszcze całe sto dni i zamierzam wejść w ten projekt. Ale potrzebna mi jest twoja pomoc.

– Moja?

Polly odstawiła filiżankę. Na górnej wardze miała ślad pianki, a włosy nagle zapłonęły jej czerwienią w słońcu, które ostatecznie zdecydowało się wzejść, krwawe, jasne, piękne.

– Annie… mam nadzieję, że nie weźmiesz mi za złe, że to mówię… ale wyglądasz na skrajne przeciwieństwo człowieka szczęśliwego.

Annie zamrugała.

– Miałam ciężko ostatnio. Widziałaś moją mamę.

– To nie może chodzić tylko o to – rzekła Polly. – Taka postawa wymaga lat pracy.

– No cóż, mieszkam w byle jakim mieszkaniu, umeblowanym sklejką i zagrzybionym, do spółki z dzieciakiem z Grecji, który dotąd nie zhańbił się umyciem po sobie choćby kubka.

– Mówisz o Costasie? Jest uroczy.

– Może i jest. Ale potykanie się o jego brudne gacie i zeskrobywanie ze wszystkich talerzy zaschniętego sera – już jakby mniej. Zobacz. – Pomacała pod sobą na sofie i wyjęła skorupkę pistacjowego orzeszka. – Wszędzie to zostawia. Doprowadza mnie tym do szału. I jeszcze się nawet nie zaczęłam szykować do pracy, której nienawidzę, i spóźnię się, jeśli zaraz nie wyjdę.

– Okej. Czyli jesteś nieszczęśliwa. I właśnie dlatego chcę, żebyś robiła to ze mną. Co ty na to? Przez najbliższe sto dni – jeśli uda mi się tak długo pociągnąć – wymyślimy na każdy dzień jedną rzecz, która sprawi nam przyjemność, i zapiszemy to. Możemy je później antydatować, jak się spotkamy, bo wiesz – skrzydlaty rydwan czasu i te rzeczy. Chcę udowodnić, że można być szczęśliwym, nawet kiedy wszystko jest naprawdę do bani.

Annie zastanowiła się nad odpowiedzią.

– Ale… ja nie jestem pewna, czy wierzę w takie rzeczy, Polly.

– Mimo to możesz spróbować. Dlaczego nie?

Przez chwilę Annie niemal się zastanawiała, czyby jej nie powiedzieć – wytłumaczyć, że to coś o wiele gorszego niż chora matka, nielubiany współlokator czy okropne mieszkanie – ale nie potrafiła. Polly była przecież kompletnie obca.

– Jest mnóstwo powodów, dlaczego nie – powiedziała tylko. – Muszę teraz iść do pracy, bo się spóźnię. Kolejny raz. – Wstała i dopiła resztki pienistej kawy (fakt, duży postęp w porównaniu z gorzką rozpuszczalną, jaką piła zazwyczaj). – Słuchaj, Polly, bardzo to miło z twojej strony, że zaprosiłaś mnie do uczestnictwa w projekcie (prędzej zakrawało to, kurczę, na wtykanie nosa w nie swoje sprawy), ale to naprawdę nie dla mnie. Za dużo mam w tej chwili na głowie. Dzięki za śniadanie. Na pewno spotkamy się jeszcze gdzieś w szpitalu.

Dzień 4

WYKORZYSTAJ JAK NAJLEPIEJ PRZERWĘ NA LUNCH

Choć Annie nie cierpiała odwiedzin w szpitalu, musiała przyznać, że jest w nim coś dziwnie kojącego. Ten przyciszony szum aktywności, poczucie, że personel panuje nad sytuacją i można po prostu usiąść i czekać, aż ci zmierzą ciśnienie albo prześwietlą którąś z tych ich maszyn. Wszystkie te ostrzeżenia co do mycia rąk i unikania zderzenia wózków – życie było tu sprawą serio. Nie było sensu przejmować się jakimiś głupstwami.

Inaczej niż u niej w pracy.

– Annie. Dziewięć po ósmej. To tak do twojej wiadomości, żebyś miała do grafiku.

Annie zacisnęła zęby tak mocno, że dziw, że nie odprysnęły jej drobiny szkliwa.

– Racja. Dzięki, Sharon.

– Żebyś na pewno zanotowała. To już w zaokrągleniu kwadrans.

Sharon, zgorzkniała kobieta, odżywiająca się frytkami i gazowanym sokiem owocowym, jako jedyna w biurze nie miała nic przeciw nowemu grafikowi czasu pracy. Kiedyś Annie też go akceptowała, więcej, jako pracownica działu finansów brała nawet udział w jego opracowywaniu. Jasne, współczuła ludziom, którym zachorowało dziecko, pękł bojler albo pociąg się spóźnił, ale to była praca i mieli robotę do zrobienia. Nosiła wtedy eleganckie garnitury albo sukienki z paskiem i kardigany, przynosiła sobie domowy lunch w pojemnikach Tupperware i pomagała organizować bożonarodzeniowe imprezy.

Dopóki wszystko się nie zmieniło.

Usiadła przy biurku. Kurz i okruchy zalegały w każdej szparze, nie było żadnych zdjęć, nic miłego. Rośliny, które kiedyś hodowała, uschły i pokryły się kurzem, swoje ślubne zdjęcie dwa lata temu potłukła i wyrzuciła do śmieci. Włączyła komputer i przez chwilę słuchała, jak z jękiem usiłuje wrócić do życia. Ciekawe, czy Polly jeszcze pracuje? Na pewno to jakieś miejsce, gdzie są lśniące, czyściutkie iMaki i rośliny w doniczkach, które wszyscy podlewają – a nie tylko Sharon, która w napadach biernej agresji pozwalała im uschnąć, a potem podtykała im pod nos wyschłe, zbrązowiałe zwłoki niczym dowody rzeczowe na procesie – i wszyscy noszą okulary w ciemnej oprawce i odbywają twórcze burze mózgów wokół stolika do ping-ponga.

– Piszesz się dziś na wspólny lunch, Annie? – spytała Fee, kierowniczka, drapiąc się po ręce, na której miała uczuleniową wysypkę. – Tylko muszę z góry wiedzieć, co kto zamawia.

Annie pokręciła głową. Kiedyś podjęła wysiłek, żeby się przyłączyć, ale doprawdy nie miała nic wspólnego z Sharon ani z Timem, który wycierał nos rękawem, czy z Syedem, który nigdy nie wyjmował z uszu słuchawek, czy…

– Annie?

– Cześć, Jeff. – Zdobyła się na słaby uśmiech. Bądź co bądź był jej szefem.

– Mogę cię poprosić na słówko? – Zrobił ręką ruch naśladujący kłapanie buzią, tak jakby nie rozumiała po angielsku. Jeff najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że pracuje w najsmutniejszym biurze świata, gdzie entuzjazm może przynieść mniej więcej tyle pożytku, co upuszczenie krwi z żył na podłogę. Jego gabinet był wytapetowany motywacyjnymi plakatami i karteczkami ze złotymi myślami typu: „Ten, kto się poddaje, nigdy nie wygrywa. Ten, kto wygrywa, nigdy się nie poddaje”. Na półce miał pełno książek biznesowych o tytułach typu: Jak być bogatym. Poradnik dla menedżerów średniego szczebla. Chociaż jak człowiek może stać się bogaty, zarządzając miejską spółką przetwarzania odpadów, pozostawało dla Annie tajemnicą.

– Usiądźmy sobie w kąciku pogawędek. – Jeff, który był właścicielem około trzydziestu ośmiu garniturów z Top Mana i usiłował zapuścić brodę, był wielkim fanem „kącika pogawędek” – dwóch krzeseł i stolika, na którym leżały ułożone w wachlarzyk numery pisemka samorządu dzielnicy „U nas w Lewisham”. – Co tam u ciebie, Annie? Jak się masz?

Wszystko do dupy. Okropnie. Jakbym umierała od środka.

– Wszystko dobrze, dziękuję.

– Bo zauważyłem, że… nie było cię w tym tygodniu?

– Wzięłam parę dni wolnego.

– Tak, tak, ale… nawet jeśli jesteś obecna, to niezbyt integrujesz się z innymi?

– Co masz na myśli?

– Cóż, mówiono mi, że nie wdajesz się w kuchni w żadne rozmowy, nie chodzisz z ludźmi na lunch… No wiesz, żadnych pogawędek o wczorajszym serialu przy dystrybutorze wody, cha cha cha!

– Bo zajmuję się pracą, a nie gadaniem! Nawiasem mówiąc, nawet nie mamy u nas dystrybutora wody, bo cięcia budżetowe.

– To prawda, ale wiesz, co mam na myśli. – Nachylił się ku niej życzliwie.

Wiedziała, że jest od niej o pięć lat młodszy, mimo to mówił do niej, jakby była niezrównoważoną nastolatką. Co prawda tak się w tej chwili czuła.

– Rzecz w tym, Annie, że biuro to coś więcej niż tylko praca. To zespół. Przyjaciele, mam nadzieję. Jak załoga okrętu. – Wykonał parę gestów, które, jak wywnioskowała, miały naśladować ciągnięcie lin. – Więc cóż w tym złego, jeśli się chwilę pogawędzi przy filiżance herbaty? I na pewno nie zaszkodziłoby, gdybyś się częściej uśmiechała. Ludzie uważają, że jesteś troszkę… nieżyczliwa?

Znowu poczuła ściskanie w gardle.

– Moja mama jest chora. Wiesz o tym.

– Wiem. Wiem. Doskonale zdaję sobie sprawę, że w ostatnich latach… było ci ciężko, i bardzo popieramy wszelkie przyjazne dla rodziny… – Urwał niezręcznie, być może przypomniawszy sobie, że Annie nie ma już rodziny.

Wiedział o tym, rzecz jasna. Wszyscy wiedzieli, a mimo to nadal przejmowali się jakąś głupią frankownicą czy kto zużył cały zapas mleka do kawy. Co jest z tymi ludźmi?

– Wiem, że to było trudne – podjął Jeff. – Ale w pracy potrzebne jest pozytywne nastawienie, Annie. Choćby nie wiem co się działo. Konstruktywne! – Zrobił gest, jakby energicznie uderzał kijem bejsbolowym. – Wiesz, że w tym roku będą dalsze redukcje. Wszyscy musimy walczyć o swoją posadę. Tak że… gdybyś mogła troszeczkę bardziej się włączyć, częściej uśmiechać, no wiesz, zapytać czasem kogoś o jego dziecko i tak dalej. To już dwa lata, tak? Od… tego wszystkiego?

Annie wpatrywała się we własne dłonie, upokorzona do głębi. Ale nie mogła się przy nim rozpłakać. Musi poczekać, aż będzie mogła się wymknąć do kibelka i tam wypłakać się do woli, tak jak co najmniej raz na tydzień od dwóch lat.

– Postaram się – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – Mogę już iść?

Przystanęła w kuchni i czekała, aż zagotuje się zarosły osadem czajnik. Permanentnie zajeżdżał tuńczykiem, a w zlewie rozchlapane było coś, co wyglądało albo jak wymioty, albo jak zupka instant. Obok Sharon pozostawiła jedną ze swoich karteczek, stanowiących niemal jej znak towarowy, o treści: „SPSZĄTACZKA nie jest od tego, żeby po was ZMYWAĆ!”

Musi być coś więcej niż to. Niż wlec się codziennie do pracy autobusem pełnym poirytowanych ludzi. Niż siedzieć w tym biurze, które nigdy nie było sprzątane jak należy, z ludźmi, na widok których przeszłaby na drugą stronę ulicy, byle się z nimi nie spotkać. Czajnik wyłączył się z pyknięciem, a ona poczuła narastającą jej w piersi twardą bryłkę pewności. Musi być coś więcej niż to. Musi.

– Ktoś do ciebie – usłyszała głos Sharon.

Podniosła wzrok znad monitora. Sharon zdawała się mieć w szafie tylko cztery zestawy ubrań, które wkładała kolejno, ściśle według grafiku. Dziś miała na sobie zestaw numer dwa – czerwony kardigan pokryty psią sierścią (miała cztery psy) i spódnicę do kolan z oberwaną zakładką.

– Kto?

Sharon pociągnęła nosem.

– Jakaś kobieta. Ubrana jak wariatka.

O nie… To wyglądało na Polly. Kiedy dziś rano nie usłyszała pukania do drzwi, pomyślała, że niebezpieczeństwo minęło. Polly najwyraźniej radziła sobie ze swoją diagnozą w ten sposób, że starała się wykorzystać każdy moment życia, ale jak długo to potrwa? Poza tym fajnie jest korzystać z życia, ale koniec końców człowiek musi zapłacić jakieś podatki, obciąć włosy czy odświeżyć fugi w łazience. Dlaczego Polly przyczepiła się do niej, chociaż ona nie tylko nie korzysta z życia, ale wręcz chowa się przed nim za wszelką cenę i płacze po toaletach? Może dałoby się jej jakoś pozbyć?

Za późno. Polly już wkraczała do jej pokoju, machając powitalnie ręką. W obszernej pelerynie i czerwonym filcowym kapeluszu, dzierżyła w objęciach kartonowe pudełko.

Annie zerwała się z krzesła.

– Co ty tu robisz?

– Pomyślałam, że mogłybyśmy pójść na lunch.

– Nie mam czasu na lunch.

– Annie! Czy płacą ci za tę godzinę przerwy?

– No nie, ale…

– Czyli pracujesz dla nich tę godzinę ekstra za darmo, tak?

– Ciszej – syknęła Annie, rozglądając się bojaźliwie. Współpracownicy, zgarbieni nad biurkami, jedli kanapki albo chłeptali zupę z puszki, nie odrywając wzroku od monitora. – Skąd wiedziałaś, gdzie pracuję?

– Och, jesteś na stronie internetowej. Przyniosłam ci pakiet ratunkowy. – Wyładowała zawartość pudełka na biurko: srebrna ramka na zdjęcia, kubek z napisem: „Nie musisz być szalona, żeby tu pracować, ale prawdopodobnie jesteś”, eleganckie opakowanie herbaty w saszetkach, ciasteczka, opalizujące długopisy, mokre chusteczki higieniczne, jakaś roślinka w doniczce i notes w okładce z niebieskiego jedwabiu. – Po prostu parę drobiazgów, żeby ci trochę umilić miejsce pracy. Założę się, że masz tu brzydko i brudno.

– Wcale nie!

– Jesteś pewna? – Polly przeciągnęła palcem po podstawie komputera Annie i pokazała: był czarny od kurzu. – Wszyscy mają brudne biurka. Spędzamy przy nich tyle czasu, a nawet się nie staramy, żeby były trochę przyjemniejsze. Drobiazgi naprawdę robią różnicę.

Annie westchnęła.

– Chodź, wyjdziemy. Nie wolno tu przyjmować gości. – Gestem skierowała Polly w stronę drzwi. Po drodze minęły Sharon, która wytrzeszczała na nie oczy: nareszcie miała do oglądania coś ciekawszego niż Życie na farmie.

Polly popatrzyła krytycznym okiem na budynek, ohydny cementowy blok z lat siedemdziesiątych, stojący obok dziesięciopasmowej jezdni.

– Nie dziwię ci się, że czujesz się nieszczęśliwa. To miejsce każdego by zdołowało.

– Dokładnie. A ja muszę tu być codziennie i robić coś, czego nie cierpię. Więc co tu może pomóc paczka herbaty?

– Może. Nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku.

– Chyba nie zamierzasz mi proponować, żebym się otworzyła i zaprzyjaźniła ze wszystkimi w pracy, i przekonała się, że pod skórą wszyscy są tacy sami, choćby ta skóra była nie wiem jak gruba?

Polly się roześmiała.

– Nie. Niektórzy ludzie są po prostu okropni. A z niektórych miejsc trzeba po prostu uciekać, gdzie pieprz rośnie, najszybciej jak się da. Powinnaś stąd odejść.

Annie znowu poczuła wzbierający gniew. Z jakiej racji ta kobieta dyktuje jej, co ma robić?

– Nie mogę. Potrzebuję pieniędzy.

– Możesz robić coś innego – odparła wesoło Polly.

– Mamy recesję.

– Wymówki – machnęła ręką Polly. – Każdy tak mówi, Annie. Ach, dawniej wszystko było lepiej! Ach, jakie to okropne, że nie posyłamy już dzieci do pracy w kopalni! Zwykły wykręt.

– Ale…

Polly złapała ją za ramię.

– Wiem, że jesteś zła, ale, sorry – karta raka. Kiedyś się przekonasz, że mam rację. A teraz chodź. Właśnie robimy coś w ramach naszych stu szczęśliwych dni. Coś bardzo prostego: mamy przerwę na lunch.

– Wcale nie powiedziałam, że się zgadzam na te sto dni. A zresztą ja mam codziennie przerwę na lunch.

– I co wtedy robisz? Wchodzisz na fejsa? Załatwiasz sprawunki?

– Czasem kupuję sobie kanapkę.

– W jakimś przyjemnym miejscu?

– Tu nie ma przyjemnych miejsc. Zwykle w Tesco.

– A chociaż wstajesz od biurka, żeby ją zjeść?

– I gdzie bym miała z nią pójść? Do klopa? Na wysepkę na rondzie?

– A jakby tutaj? – Polly przystanęła i otworzyła ramiona gestem tancerki z Las Vegas.

Annie przyjrzała się sceptycznie trawiastemu skwerowi, przy którym się zatrzymały.

– W parku? Nie chodzę tutaj. Jeszcze nas porwą dilerzy narkotyków!

Polly już otwierała bramkę.

– Halo, halo, ktoś tu sprzedaje dragi? Zapraszam, chętnie kupię trochę koksu! No widzisz, nie ma nikogo. Chyba jesteśmy bezpieczne.

– Jest zimno.

– Przyniosłam koce. – Polly usiadła na ławce i wyjęła z torby dwa duże pledy.

– Czuję się śmieszna. – Dobrze chociaż, że koc zakrywa jej część twarzy… A jak będzie tędy przechodził ktoś z pracy i zobaczy, że w taki ziąb ona urządza tu sobie piknik w towarzystwie psich kup? Pomyśli, że ostatecznie zwariowała.

Polly ujawniła dwa niewielkie kartonowe pudełka.

– Nie jesteś wegetarianką?

– Nie, ale…

– No to jedz!

W pudełku był plaster cheddara, pokrojona w kawałki soczysta gruszka, gruby plaster różowej szynki i pajda chleba o chrupiącej skórce. Całość wieńczył jaskrawoczerwony czatnej.

– Tu się tego nie dostanie – zauważyła oskarżycielsko Annie. – Tu są tylko kurczaki i budki z kebabem.

Spróbowała sera. Był ostry, słony, kruszący się. Boże, jaki pyszny! I pomyśleć, że miała zamiar jeść topiony w plasterkach…

Polly ugryzła parę kęsów i odstawiła swoje pudełko.

– Zobacz, tu jest lista dziesięciu rzeczy, które można robić w biurze podczas przerwy na lunch. Joga. Śpiew grupowy. Uliczny bazarek.

– Nie mogę sobie codziennie robić przerwy na lunch!

– Dlaczego?

Na to Annie nie miała odpowiedzi.

– Zastanowię się nad tym.

– To mogą być drobne sprawy. Spójrz na przykład na to miejsce. Czy nie jest przyjemne? Jest tu boisko do futbolu – możesz przyjść i pogapić się na przystojniaków w krótkich spodenkach. Są psy, które można głaskać, i nawet malutki kiosk z kawą. Nie mówiąc już o placu zabaw. – Wskazała głową huśtawki, gdzie maluchy, okutane w czapki i szaliki, to wzlatywały w górę, to opadały, popychane przez matki. Annie skrzywiła się i odwróciła głowę; starała się unikać placów zabaw.

– Powiedziałam już, że się zastanowię.

Polly odchyliła się, wystawiając twarz ku blademu wiosennemu słońcu.

– Nie bądź swoim najgorszym wrogiem, Annie. Od tego masz mnóstwo innych ludzi. Pamiętaj: dzisiaj jest pierwszy dzień całej reszty twojego życia.

Annie przewróciła oczami. Musiała jednak przyznać, że świeże powietrze i dobre jedzenie nieco poprawiły jej nastrój. Lepsze to niż rozpuszczalna zupka z torebki, gdy tuż obok węszy Sharon, a pozostali gadają o Tańcu z gwiazdami… Zdała sobie sprawę, że Polly była już u niej i w biurze, i w domu – w miejscach, gdzie spędza obecnie dziewięćdziesiąt sześć procent czasu – a nic nie wie o tej kobiecie, poza tym że się ekscentrycznie ubiera i najwyraźniej połknęła Małą księgę złotych myśli.

– Czyli że… dobrze się czujesz? – zaryzykowała.

Polly otworzyła jedno oko.

– Nadal umieram. Ale w ramach tego – owszem, czuję się okej. Mam niezły poziom energii, pewnie dlatego, że biorę tyle pigułek, że aż się dziwię, że jeszcze nie grzechoczę, jak się poruszam. Doktor Max ma paranoję, że jak ta rzecz urośnie o milimetr, to zacznę się ślinić.

Annie zbladła, ale Polly nadal się uśmiechała.

– I… zrezygnowałaś z pracy?

– Oczywiście. Wiesz, pracowałam w PR. Kto by się przejmował kampanią na rzecz nowej szminki, jeśli zostały mu trzy miesiące życia?

Annie nie spytała, skąd bierze pieniądze na życie. Imię „Polly” nosiły tylko kobiety z elity. W głowie wirowało jej od pytań. Czy Polly jest mężatką? Czy ma dzieci? A przede wszystkim, dlaczego wybrała ją, Annie?

– A ten projekt… – spróbowała. – Masz jakichś przyjaciół, którzy to robią? – O mało nie powiedziała „innych przyjaciół”, ale przecież ją i Polly raczej trudno było nazwać przyjaciółkami.

– Och, uwielbialiby to. W kółko pokazują na Instagramie swoje poranne awokado i piszą na blogu o wakacjach z jogą. Ja tego nie chcę. A zresztą mają dzieci i mężów, i żony, i w ogóle. Są zajęci.

Annie w zasadzie nie miała teraz żadnej z tych rzeczy.

– W takim razie… dlaczego zaproponowałaś to mnie?

– Dlatego. Potrzebny mi był ktoś, kto w to nie wierzy. Chcę się przekonać, czy można sprawić, że jest się szczęśliwym nawet wtedy, kiedy wszystko układa się naprawdę fatalnie. Chcę wiedzieć, czy śmierć może mieć jakieś znaczenie. W sensie że nie jest to po prostu totalny przypadek, pech. Rozumiesz?

– Hm… chyba tak.

Annie nie należała do tych, którzy mają wielu przyjaciół. Wolała niewielkie grupy, ludzi, którym mogła zaufać, choć w pewnym sensie obróciło się to przeciw niej – teraz, kiedy z Jane nie mogła już rozmawiać. Cóż, nie sposób było zaprzeczyć – w jej życiu, w miejscu, gdzie kiedyś znajdowali się ludzie, których kochała, była wyrwa. Mike. Jane. Jacob. I mama. Być może… być może miło byłoby mieć nową przyjaciółkę? Ale Polly była nieprzewidywalna i z kręgów elity, a poza tym dla Annie ten głupi projekt był jak przyklejanie plastra w miejsce po amputowanym ramieniu. Pozbierała widelcem smaczne resztki posiłku i powiedziała, że już pójdzie.

– Ile ci jestem winna?

– Nie bądź głupia. Zostanę tu jeszcze chwilę – odparła Polly i opatuliła się ciaśniej w koc. – Na pewno są tu jakieś fajne małe sklepiki.

– Jeśli lubisz pieczone kurczaki i kradzione rowery… – zadrwiła Annie, ale bez uprzedniego przekonania. Zdała sobie sprawę, że naprawdę czuje się lepiej, jakoś odświeżona, nie tak jak wtedy, gdy przesiedziała przerwę przy biurku, z kanapką w plastikowym trójkątnym opakowaniu ze sklepu na rogu.

Wracając do biura, minęła recepcjonistkę, która podskoczyła na jej widok.

– Dobrze się czujesz? Nie jesteś chora czy coś?

– Nie, a bo co?

– Bo wiesz, tak jakbyś się do mnie uśmiechnęła.

Znalazłszy się znowu przy biurku, Annie rozpakowała zawartość pudełka, które przyniosła Polly. Położyła ładne gadżety na zakurzonej półce na biurowe akcesoria. Po chwili pod wpływem impulsu przetarła ją rękawem. O Jezu, jaki czarny… Wstawiła iskrzące się długopisy do kubka z napisem „Rezerwat przyrody Cotswolds”, dokąd wybrali się z Jacobem na jego pierwszą wycieczkę. I ostatnią, jak się okazało… Później przez całe miesiące obracała to w głowie. Przeziębił się? Złapał jakąś infekcję? Postawiła roślinkę obok monitora i dotknęła grubych zielonych liści. Hiacynt, jaskraworóżowy. Kiedyś miała takie same w ogródku. Ciekawe, czy Mike i Jane dbają o nie teraz…

Sharon głośno pociągnęła nosem. Był to jej sposób na zwrócenie uwagi Annie bez konieczności wymawiania jej imienia.

– Spóźniłaś się. Wracasz z przerwy na lunch dziesięć minut później.

Annie westchnęła.

– Umieszczę to w moim grafiku.

– I był telefon do ciebie. Masz oddzwonić. Nie mam czasu wciąż odbierać twoich osobistych telefonów.

– Co za telefon?

– Zostawiłam ci numer na biurku. Jakaś kobieta dzwoniła.

Annie przeszukała gorączkowo biurko. W końcu znalazła skrawek papieru pod biurkiem, tuż obok sporego kłębka kurzu. Rzuciła Sharon wrogie spojrzenie, ale koleżanka wróciła już do swojej bardzo ważnej pracy (gry w Życie na farmie).

Rozprostowała świstek i ogarnęło ją przerażenie. To jej wina. Zrobiła sobie przerwę, na chwilę pozwoliła sobie na dobre samopoczucie. I proszę. Zerwała się i złapała torbę.

– Gdzie ty idziesz? – krzyknęła Sharon. – Już i tak masz czas do nadrobienia!

Annie zignorowała ją. W tej chwili grafik naprawdę jej nie obchodził.

Minęło prawie czterdzieści minut, zanim dotarła do szpitala. Zdyszana podbiegła do recepcji, cała spocona.

– Moja mama… pogorszyło się jej?

– Kto? – Recepcjonistka nawet nie podniosła głowy.

– Maureen Clarke. Proszę… Co się stało?

– Chwileczkę. – Mozolnie stukała w klawiaturę. W Annie się gotowało. Dlaczego te wszystkie kobiety są takie nieżyczliwe?

– Annie? To pani? – usłyszała za plecami szkocki akcent. Odwróciła się błyskawicznie i zobaczyła neurologa Polly. Wyglądał, jakby nie spał od paru dni, kędzierzawe włosy sterczały mu na wszystkie strony, biała koszula była wygnieciona.

– Dostałam wiadomość… moja mama…

– Ano tak, mieliśmy z nią troszkę kłopotu, ale już wszystko dobrze, niech się pani tak nie przejmuje.

– A co to było? – Serce powoli zwalniało rytm. – I dlaczego pan się nią zajmuje? Przecież pan jest z neurologii?

– Polly poprosiła, żebym rzucił okiem na jej kartę. Nie jest to oczywiście moja dziedzina, ale coś tam wiem.

– Ach tak. – Czy Polly zamierza przeniknąć do każdej dziedziny jej życia?

– Pani matka… – Westchnął. – Cóż, była trochę wzburzona. Myślała, że trzymamy ją w więzieniu. Ale ale, niech no pani ze mną pozwoli. Chciałbym, żeby poznała pani mojego kolegę.

Annie ruszyła za nim korytarzem, który przypominał kolorem dziecięcy rzyg. Zauważyła, że mijający ludzie kiwają mu głowami – sanitariusze, portierzy, sprzątaczki. „Dźbry, panie doktorze”. „Cześć, Max”. A on się odkłaniał, nie przerywając marszu. Dotarli do jakichś drzwi. Doktor Fraser otworzył je kartą.

– Mama jest zamknięta?

– Obawiamy się, Annie, że w tej chwili mogłaby zrobić komuś krzywdę.

Matka, w szpitalnej koszuli, była w łóżku. Trzęsła się, jakby było jej strasznie zimno, i wodziła po sali rozbieganym wzrokiem zaszczutego zwierzęcia. Annie rzuciła się ku niej i stanęła, przerażona.

– Ona jest przywiązana!

– Och, to standardowe zabezpieczenie, Annie. Wiem, że to źle wygląda, ale proszę mi wierzyć, dzięki temu jest bezpieczna.

Przeguby matki, cienkie jak u dziecka, obwiązane były piankową taśmą przymocowaną do łóżka. Gorzej – z tego, jak matka prześlizgiwała się po niej wzrokiem, Annie wiedziała, że znowu jej nie poznaje – jej, swojej córki, swojego jedynego dziecka. W tej chwili znaczyła dla niej nie więcej niż szpitalne łóżko, żółty pojemnik na zużyte igły i popiskujący monitor, do którego była podłączona.

Drzwi znowu się otworzyły i wszedł wysoki mężczyzna w nienagannie białym kitlu.

– Kto to jest? – spytał ze złością. Annie nie potrafiła określić jego akcentu. – Powiedziałem, że panią Clarke trzeba izolować!

– I właśnie dlatego jest taka przerażona! – Annie poczuła w oczach łzy gniewu. – Proszę… Czy musicie ją przywiązywać jak zwierzę?

Mężczyzna – teraz spostrzegła, że jest niesamowicie przystojny: gładka oliwkowa cera, odczesana do tyłu czarna czupryna, kości policzkowe, za które każdy model i modelka daliby się zabić – uniósł brwi.

– Doktorze Fraser, co tu się dzieje?

Doktor Fraser przetarł ręką zmęczoną twarz, wichrząc krzaczaste brwi.

– To córka pani Clarke, Sami. Pomyślałem, że mógłbyś jej wytłumaczyć, jakie są możliwości leczenia. Może byśmy przeszli do twojego gabinetu?

– Nie mogę tak mamy zostawić! – zaprotestowała Annie.

– Doktor Fraser ma rację – powiedział ten drugi. – Pani obecność ją niepokoi. Proszę. – I wprowadził ich do przyległego pokoiku.

Annie złowiła jeszcze przerażone, nierozumiejące spojrzenie matki i drzwi się za nimi zamknęły. Nie wie, kim jestem… Nie poznaje mnie… – kołatało w myślach.

– Proszę usiąść. – Doktor Jak-mu-tam wskazał plastikowe krzesło i Annie usiadła, całkiem załamana. – Panno Clarke…

– Pani Hebden – poprawiła. Dlaczego on zakłada, że jest niezamężna? Czy coś w jej wyglądzie to sugeruje?

Doktor zmarszczył brwi, niezadowolony, że mu przerwano.

– Pani matka jest bardzo chora. Miała coś, co nazywamy epizodem dysocjacyjnym, i rzuciła w pielęgniarkę krzesłem. Na szczęście nikt nie został ranny, ale nie możemy ryzykować, że coś takiego się powtórzy.

Annie, zdumiona, spojrzała na doktora Frazera, szukając potwierdzenia. Wzruszył niezręcznie ramionami: to prawda.

– Ale… ona jest taka drobna!

– Ludzie z demencją potrafią być bardzo silni. Chciałbym wziąć pani matkę pod swoją opiekę. Jestem tu nowym geriatrą. Doktor Quarani. Powinniśmy porozmawiać o istniejących możliwościach.

Annie skinęła tępo głową.

– Może pan coś zrobić? – Wpatrywała się w blat biurka, z całych sił starając się nie płakać. Na biurku stało zdjęcie w ramce: piękna kobieta w szalu na głowie, o umalowanych na czerwono ustach, z której zwisało dwoje małych dzieci. Idealna rodzina.

– Właśnie odbywa się badanie kliniczne. Nowy lek. Jak dotąd okazał się bardzo skuteczny w przypadku pewnych form demencji.

Annie podniosła wzrok.

– Może pomóc?

– Jesteśmy zdania, że w przypadkach wczesnego rzutu demencji, jak u pani matki, może spowolnić postępy choroby, uspokoić nieco pacjentkę. Jego działanie polega na regeneracji neuronów w mózgu. Zdaje pani sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie odwrócić szkód, które już powstały?

Annie wiedziała, że choroba zrobiła już swoje: splątała synapsy w mózgu matki i wymieszała jej wspomnienia niczym zawartość wyrzuconej na podłogę szuflady.

– Ale to znaczy, że może pan zatrzymać dalsze postępy choroby?

– Raczej spowolnić. Ale lek, tak jak wszystkie, ma skutki uboczne. To leczenie eksperymentalne. Czy to, co mówię, jest dla pani zrozumiałe?

– Może się pani nad tym zastanowić, Annie – rzekł doktor Fraser.

Doktor Quarani znowu zmarszczył brwi.

– Pani Clarke powinna rozpocząć leczenie najszybciej jak się da. Chcę ją dzisiaj przenieść na oddział geriatryczny. W czasie stosowania leku chciałbym ją mieć pod obserwacją, tak żebym mógł monitorować postępy leczenia.

Geriatria. Mama nie miała jeszcze nawet sześćdziesięciu lat! A teraz miała być wrzucona do jednego worka z ludźmi starymi, którzy nie mają przed sobą ani czasu, ani nadziei…

– A co będzie, jeśli powiem „nie”?

– Za parę dni będziemy musieli ją wypisać i przekazać pod pani opiekę. Sugerowałbym, aby pomyślała pani o płatnej opiece domowej.

Ile to by kosztowało? I czy udałoby się znaleźć kogoś uczciwego? Annie z przygnębieniem skinęła głową.

– Myślę… myślę, że to dobry pomysł. Ten lek. Jeśli jest pan pewien…

Nieoczekiwanie się uśmiechnął, a Annie zamrugała. Uśmiech był olśniewający.

– Dziękuję, pani Hebden. Przygotuję dla pani pakiet informacji. Proszę. – Znowu otworzył jej drzwi i Annie, nieco oszołomiona, wyszła.

Matka, drobna i cicha, leżała nieruchomo, tylko oczy się jej poruszały.

– Niech pani nie ma Samiemu za złe – rzekł doktor Fraser, zamykając za nimi drzwi. – To dobry człowiek, tylko jego sposób bycia jest troszkę… obcesowy. Po prostu jeszcze się nie przyzwyczaił, że pacjenci w Wielkiej Brytanii chcą od lekarza nie tylko palca, ale i całej ręki, i wszystkiego innego też.

– Czy to dobry pomysł?

– To jedyna szansa. Co nie oznacza, że na pewno zadziała. Ale tak jak teraz na pewno jej się nie polepszy. – Odwrócili się w stronę Maureen, która wpatrywała się w nich intensywnie, jakby liczyła, że zrozumie, o co tu chodzi, jeśli tylko dostatecznie się skoncentruje.

– Czy wy…

Annie czekała.

– Czy państwo są moimi prawnikami? Bo ja tego nie zrobiłam, jestem pewna. Cokolwiek to było.

– Nie, mamo – powiedziała Annie ze znużeniem. – Nie jesteś w więzieniu. Nie zrobiłaś nic złego.

– Ale mnie się zdaje, że zrobiłam. – Szybki, spanikowany oddech zmienił się w łkanie. – Tylko po prostu nie wiem, co to było. Może mogliby państwo zadzwonić do Andrew? Powiedzieć, żeby przyjechał i mnie stąd zabrał?

– Mamo… – Annie ugryzła się w język. Znowu? O nie. – Dobrze, zadzwonię do niego. Obiecuję.

– Możemy jej dać zastrzyk nasenny – rzekł łagodnie doktor Fraser. – Pośpi, a pani będzie mogła się zastanowić nad tym, co powiedział Sami. Jeśli będzie pani miała jakieś pytania, proszę mnie po prostu zapytać, okej? Jestem neurologiem, ale moja dziedzina w dużym stopniu krzyżuje się z geriatrią, niestety.

– Dziękuję. – Annie miała ochotę podejść do matki, przytulić ją, ale wiedziała, że matka będzie zimna jak lód, a serce będzie jej trzepotać jak u wystraszonego ptaka. I jakie to byłoby dla niej przerażające, że ściska ją zupełnie obca osoba! – Może lepiej wrócę do pracy. Już i tak mam kłopoty.

– Chyba rozumieją pani sytuację?

– Nie byłabym taka pewna. Dziękuję, doktorze Fraser.

– Proszę mi mówić Max. Doktor Max, jeśli pani woli.

– W porządku. Dziękuję.

Powlokła się z powrotem pomalowanym na żałosny kolor korytarzem. Nieoczekiwanie znowu natknęła się na Polly. Siedziała na szpitalnym łóżku na kółkach i gawędziła ze sprzątaczką, która ze śmiechem nachylała się nad mopem.

– Annie! – zawołała, zeskakując z łóżka. – Musimy skończyć z tymi ciągłymi spotkaniami.

Annie przełknęła łzy.

– Jak to się stało, że znowu tu jesteś?

– Wiesz, maszyna od rezonansu magnetycznego jest strasznie przeciążona, więc na ogół kręcę się tu i czekam na jakieś okienko. – Musiała zauważyć jej twarz. – Och, Annie! Co się dzieje? Chodzi o twoją mamę? Chodź, siadaj.

Annie padła na krzesło, odnotowując rozdarcie plastikowej tapicerki. Wszystko się z niego wywala, tak jak z niej w tej chwili.

– Wiesz… miała zły dzień. Nie poznaje mnie. Była strasznie zdenerwowana… i musieli ją przywiązać.

– Strasznie mi przykro. To musiało być okropne.

I oto ta kobieta, kompletnie obca, mająca aż nadto własnych problemów, głaskała Annie po ramieniu. Tak jakby naprawdę się przejmowała. Jak to możliwe, że ją na to stać? Annie wzięła głęboki, drżący oddech. W tym musi być coś więcej… Najwyraźniej coś jej pomagało, obojętne co. Zanadto była w tej chwili zmęczona, żeby walczyć, bronić się przed tym jedynym skrawkiem jej życia, gdzie było trochę koloru, czegoś pozytywnego.

– Jeśli chodzi o te sto dni… – usłyszała własny głos. – Wchodzę w to. To znaczy, jeśli chcesz.

– Oczywiście że chcę. Skoro obie musimy tu przychodzić, to równie dobrze możemy spróbować się tym cieszyć.

Annie nie umiała sobie wyobrazić, że mogłaby się tym cieszyć – że mogłaby nie nienawidzić każdej spędzonej tu sekundy. Że w ogóle mogłaby znaleźć w swoim życiu jakikolwiek powód do radości. Ale to tak jak z eksperymentalnym lekiem: skoro nie ma innych możliwości, to lepiej zrobić cokolwiek niż nic.

– Okej – powiedziała. – To wchodzę. O ile nie będę musiała pływać z delfinami.

– Nie miałabyś ochoty popływać z delfinami?

Annie się wstrząsnęła.

– Nic gorszego nie mogę sobie wyobrazić.

– Jak to! Wszyscy uwielbiają delfiny.

– Ja nie. Zawsze wyglądają, jakby coś knuły. Nie można ufać komuś, kto się bez przerwy uśmiecha.

Polly wybuchnęła śmiechem.

– Och, Annie, jakaś ty zabawna. Nie będzie żadnych morskich stworzeń, obiecuję. Może byś wpadła do mnie w sobotę? Mogłybyśmy porównać nasze tygodniowe listy. Okej?

Lata minęły, odkąd Annie do kogoś wpadała. Odkąd w ogóle zawarła nową znajomość czy spotykała się z kimkolwiek towarzysko. Perspektywa wizyty była dla niej przerażająca. Ale zmusiła się, żeby odpowiedzieć:

– Okej. Wpadnę.

Dzień 5

BĄDŹ AKTYWNA

Annie stała przed komodą z odgrzebanym przed chwilą kostiumem kąpielowym w rękach. Gustowny, w czarne i białe pasy, został przez nią kupiony w Grecji, podczas wakacji z Mikiem. Miał to być ich ostatni urlop tylko we dwoje, i w pewnym sensie był – nigdy więcej nie wyjechali razem i nigdy już nie wyjadą. Przelotnie przyłożyła kostium do twarzy. Woń soli i kremu do opalania, która przechowała się we włóknach tkaniny, przypominała czasy, kiedy była szczęśliwa. Turkusowe morze, szelest wentylatora pod sufitem, kwadraty słońca na deskach podłogi, kiedy się rano budziła…

Tak łatwo byłoby go odłożyć, dać sobie spokój z publicznym basenem, gdzie woda była zimna, a przebieralnia niechlujna, ale chciała mieć jutro o czym opowiedzieć Polly. Zapakowała więc kostium do torby wraz z ręcznikiem i staroświeckim plastikowym czepkiem wytłaczanym w kwiaty. A kiedy nazajutrz w porze lunchu właziła niezgrabnie do wody, złapała się na tym, że uśmiecha się na widok grupy sześćdziesięcioparolatek w jednakowych nakryciach głowy, uprawiających wodny aerobik. Pomachały do niej, a ona wstydliwie pomachała im w odpowiedzi. Ciekawe, czy mogłaby kiedyś zabrać matkę na coś takiego, gdyby próba z lekiem się powiodła? I w tym momencie zdała sobie sprawę, że nie wiadomo jak i kiedy, do jej serca wkradła się nadzieja.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sto dni szczęścia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu