Fenomeny niemożliwe, które nie mogły zaistnieć, a istnieją

Fenomeny niemożliwe, które nie mogły zaistnieć, a istnieją

Autorzy: Reinhard Habeck

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 13.26 zł

Filmy i zdjęcia duchów, „czarnoksięskie” lustro z British Museum do komunikacji z aniołami, mówiące krzyże, tajemnicze twarze pojawiające się na ścianie domu w hiszpańskim miasteczku...
Urojenia, fałszerstwa czy znaki z innego świata?


REINHARD HABECK, słynny badacz tajemnic przeszłości i autor międzynarodowych bestsellerów (m.in. seriiNiemożliwe), dociera wszędzie tam, gdzie miały miejsce wydarzenia i zjawiska sprzeczne z logiką, zdrowym rozsądkiem i ustaleniami nauki. I bada ich namacalne, uchwytne ślady: nagranie widmowej zjawy, pisemny dowód w starej kronice, zagadkowy starożytny kamień. Rozmawia z naocznymi świadkami i naukowcami. I zastanawia się, czy mamy szansę rozwiązać zagadki, które nie doczekały się racjonalnego wytłumaczenia.

• Czy Inkowie znali sztukę roztapiania kamieni?
• Czy latające pomidory ojca Pio to cud?
• Jaki starożytny geniusz skonstruował komputerowy mechanizm z Antykithery?
• Czy nowoczesna elektronika umożliwia kontakty z zaświatami?

Dziś nie znamy jeszcze ostatecznych odpowiedzi. Może jednak już wkrótce będziemy w stanie przekonać się empirycznie, czy za światem materialnym kryje się coś zupełnie niematerialnego.

Redaktor prowadzący serii Księgi Tajemnic

Zbigniew Foniok

Redakcja stylistyczna

Barbara Nowak

Korekta

Renata Kuk

Zdjęcie na okładce

© Bernhard Möstl

Tytuł oryginału

Kräfte, die es nicht geben dürfte: Irreale Phänomene und Erscheinungen aus aller Welt

Copyright © 2010 by Verlag Carl Ueberreuter, Wien

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6623-7

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Inge i Walterowi Garn:

dwojgu wspaniałym ludziom, którzy od dnia moich narodzin zarażali mnie dobrym nastrojem i pozytywną energią.

Między niebem a ziemią wszystko jest możliwe

Wszyscy jesteśmy pielgrzymami na drodze w nieznane.

Paulo Coelho

Jako publicysta w dziedzinie medycyny tematem zdrowia zajmuję się od 35 lat. Od 25 lat przedstawiam go w telewizji i w radiu. W ciągu tych wszystkich lat miałem okazję rozmawiać z wieloma lekarzami, naukowcami, ekspertami lecznictwa naturalnego oraz z pacjentami. Pamiętam przypadki wyzdrowienia, w których najbardziej realistycznie wyrokujący lekarze szczerze przyznawali: „Nie było absolutnie żadnej szansy na pokonanie choroby. To cud, że pacjent wyzdrowiał!” Przypadki wyzdrowienia, które według wiedzy medycznej właściwie nie powinny się zdarzyć. Wielu czytelników także z pewnością słyszało o podobnych cudownych ozdrowieniach. Jakie siły wówczas zadziałały?

Rozmawiałem także z ludźmi, którzy byli bliscy śmierci i którym całe życie przebiegało już przed oczami. Wyznawali mi: „Byłem już martwy”. Za każdym razem myślałem wtedy: Stało się coś niepojętego, co w gruncie rzeczy nie miało prawa się wydarzyć. O wszystkich tych przypadkach przypomniałem sobie, czytając maszynopis tej książki. Jej autor, genialny rysownik i empatyczny pisarz Reinhard Habeck, opisuje tajemnicze siły, widmowe zjawiska i przedziwne fenomeny, które dowodzą, że między niebem a ziemią dzieje się wiele rzeczy, których istnienia nie chcemy zaakceptować tylko dlatego, że (jeszcze) ich nie rozumiemy. W tej książce przeczytacie o wielkich, fascynujących wydarzeniach – nie chcę jednak zdradzać zbyt wiele.

W tym miejscu wspomnę o kilku drobnych zdarzeniach, za którymi również kryją się tajemnicze siły, będące wyzwaniem dla naszych racjonalnych umysłów. Być może sami nawet przeżyliście takie niewiarygodne momenty. A jeśli nie, to pewnego dnia może się zdarzyć, że też ze zdumieniem będziecie się zastanawiać, czy był to tylko przypadek, czy może działanie nadnaturalnych sił.

Sam wierzę w cudowne moce, które niespodziewanie pojawiły się na mojej drodze. Są dla mnie dowodem, że w naszym życiu po prostu wszystko może się zdarzyć. Dlatego nie powinniśmy zamykać się przed niezwykłymi wydarzeniami, które nie pasują do znanego i logicznego obrazu świata.

Od dzieciństwa mieszkam z kotami, ponieważ bliskość tych zwierząt wzbogaca moje życie. Wiele lat temu szczególnie silna relacja łączyła mnie z moim kocurem Möbiusem. Kot nie dożył starości; umarł podczas skomplikowanej operacji z powodu ciężkiego schorzenia pęcherza. Byłem zrozpaczony. Kilka dni po jego śmierci, pewnej dusznej letniej nocy, leżałem w półśnie w łóżku. Nagle bardzo wyraźnie usłyszałem cichutkie stąpanie po parkiecie: tap, tap, tap. Möbius wszedł do sypialni i wspiął się na łóżko. Nie było w tym nic niesamowitego. Czułem nacisk jego łap na kołdrze. Przepełniły mnie wtedy szczęście i radość. Wiem, że był u mnie jeszcze raz – żeby mnie pocieszyć albo żeby dać znać, że ma się dobrze.

Inna historia. Mroźny zimowy dzień w Wiedniu. Spieszyłem się na ważne spotkanie w sprawie umowy dotyczącej nowego poradnika. Byłem już spóźniony, dlatego poszedłem na skróty przez park. Są tam schody, z których w zimie zazwyczaj nikt nie korzysta. Były pokryte warstwą śliskiego lodu. Poślizgnąłem się, uniosłem odruchowo ręce i wiedziałem, że upadnę i pewnie połamię sobie wszystkie kości. Tak się jednak nie stało. Cudem udało mi się odzyskać równowagę. Miałem wrażenie, jakby pochwyciły mnie niewidoczne siły i utrzymały na ziemi. Z ulgą powiedziałem po cichu: „Dziękuję!” Teraz, gdy to sobie przypominam, myślę, że dziękowałem mojemu aniołowi stróżowi. A może po prostu miałem szczęście?

W pamięci utkwiła mi jeszcze jedna sytuacja. Nawet gdy – tak jak ja – wzięło się udział w ponad tysiącu programów telewizyjnych jako prezenter, gościło się w wielu talk-show, obecność w programie nadawanym na żywo wciąż jest emocjonująca. I wtedy nadszedł szczególnie ważny dla mnie dzień. Udo Foth, szef działu rozrywki stacji MDR, dał mi szansę poprowadzenia dużego wieczornego programu Deutschland singt (Niemcy śpiewają) razem z popularną gwiazdą telewizyjną Güntherem Emmerichem i pogodynką ze stacji ARD, Claudią Kleinert. Trzeba sobie wyobrazić, jak emocjonujące jest wystąpienie przed publicznością, wiedząc, że przed telewizorami siedzi około sześciu milionów ludzi. Chwilę przed programem stałem zdenerwowany, podekscytowany. Nagle poczułem w sobie energię dodającą mi otuchy, a z głębi mojego wnętrza popłynęły do mnie słowa: „Poradzisz sobie! Jestem przy tobie!” To była siła, której nie potrafiłem zrozumieć, ale czułem wyraźnie: to były słowa mojej matki, która już dawno temu zmarła.

Są to niezapomniane doświadczenia w codziennym życiu. Kto się w siebie wsłucha, przyzna mi rację: nadzmysłowe doznania istnieją naprawdę. Przydarzają się nam co jakiś czas i dają pozytywną energię, bo za kulisami naszego życia jest coś jeszcze. Świadomi tego, doświadczamy, moim zdaniem, pierwotnego daru, jaki otrzymaliśmy, przychodząc na Ziemię, i który niestety często nam się gubi. Znów powinniśmy zacząć się w siebie wsłuchiwać. Wówczas będziemy potrafili zrozumieć wiele, zdawałoby się, tajemniczych fenomenów i nie kręcić z niedowierzaniem głową.

W związku z tym pójdę o krok dalej, bo jestem przekonany, że każdy, kto ma w sobie ten zmysł w naszych czasach, będzie żył zdrowiej i dłużej, ponieważ szybciej będzie dostrzegał zmiany w swoim organizmie i odpowiednio na nie reagował. To także jest dar, który wielu z nas utraciło, a który umożliwia cudowne ozdrowienia.

Nie ma znaczenia, czy ktoś z czytelników zetknął się już z takimi energiami, czy doświadczył ich osobiście i czy jeszcze kiedyś mu się przydarzy ten kontakt. Książka Reinharda Habecka daje ciekawy wgląd w świat niezrozumiałych fenomenów. Kontrowersyjne treści stanowią dobrą okazję do zastanowienia się nad kwestiami, którym nie poświęcilibyśmy być może w ogóle uwagi.

Życzę przyjemnej lektury i wielu zaskakujących odkryć.

Prof. Hademar Bankhofer

Realność tego, co nierealne

Gdyby istniała tylko jedna jedyna prawda, nie można byłoby namalować stu obrazów na ten sam temat.

Pablo Picasso (1891–1973)

Bywa tak, że sprawy nieoczekiwanie i ku naszej radości nabierają własnej dynamiki. Tak się stało w przypadku mojej książki Rzeczy niemożliwe, które nie mogły powstać, a istnieją, opublikowanej w 2008 roku. Przedstawiłem w niej spektakularne archeologiczne odkrycia, które nie pasują do znanego schematu historii ludzkości. Te sprzeczne z prawami nauki artefakty są często ignorowane przez konserwatywnych naukowców i w większości znikają w otchłani archiwów albo zostają ocenione jako „prawdopodobnie falsyfikat”. Dzięki moim wiernym i życzliwym w swej krytyce czytelnikom książka odniosła sukces. Po niej ukazała się kolejna część – Obrazy i fotografie niemożliwe, które nie mogły powstać, a istnieją. Przedstawiłem w niej tajemnicze obrazy i fotografie z całego świata, od niezrozumiałych motywów na malowidłach jaskiniowych po niewyjaśnione zdjęcia kosmosu z misji NASA.

W rękach moich czytelników znajduje się kolejna część serii o niezwykłych fenomenach. Tym razem przedstawię zadziwiające energie i zjawiska. Tylko dlaczego miałyby one nie móc istnieć? Ponieważ także i tym razem są to dziwne fenomeny, przeczące wszelkiej logice, zdrowemu rozsądkowi oraz nauce – fundamentom, na których opiera się cała nasza współczesna wiedza o naturze i jej prawach. Samo niewiarygodne wydarzenie nie jest jeszcze dowodem na istnienie świata pozazmysłowego. Nasze zmysły mogą nam też czasem płatać figle. I oczywiście nie jest żadną tajemnicą, że mogą się także zdarzać błędne interpretacje i pomyłki. Wiadomo również, że w zakresie zjawisk paranormalnych nie brakuje osób o nieszczerych zamiarach. Jednak generalizowanie wszystkich niewyjaśnionych zdarzeń jako omamów i urojeń także niczego nie dowodzi.

Jako miłośnik fantastyki odważę się na prognozę. Wiele z obecnie jeszcze niepojętych rzeczy stanie się dla nas zrozumiałe dzięki dalszym badaniom naukowym. Inne z kolei nigdy nie zostaną wyjaśnione lub uda się je zrozumieć tylko częściowo, nawet pomimo dokładnych badań. Jednocześnie pojawią się odkrycia dziś jeszcze zupełnie nieznanych „cudów”, które zakwestionują znany dotychczas obraz świata. Już teraz najnowsze eksperymenty fizyki kwantowej wstrząsają filarami naszych wyobrażeń o rzeczywistości. Coraz więcej naukowców zadaje sobie pytanie: Jak rzeczywista jest rzeczywistość?

Czy za zewnętrznym, materialnym światem kryje się coś zupełnie obcego, bezcielesnego i niewidocznego? Od czasów prehistorycznych ludzie na całym świecie są o tym przekonani. Ale jak można udowodnić ukryte energie i paranormalne wydarzenia? Czy wymaga to nowego spojrzenia, które niezbędne jest w rozszerzonym fizycznym wyobrażeniu o świecie? Czy niezrozumiałe fenomeny PSI (PSI – w parapsychologii oznaczenie zjawisk paranormalnych) są ze sobą nadrzędnie powiązane? A może każdą aktywność należy oceniać jako poszczególny przypadek? Nie istnieje gotowe rozwiązanie tych zagadek. Odkrywanie prawdy wciąż jest wielkim wyzwaniem, ale gdyby wszystko w naszym świecie dało się racjonalnie wyjaśnić za pomocą nowoczesnej techniki, jaki byłby wówczas człowiek? Z pewnością znacznie uboższy.

Ten, kto od tej książki oczekuje ostatecznych odpowiedzi, będzie rozczarowany. Staram się przedstawiać dziwne wydarzenia, w miarę możliwości nie oceniając ich, jednak wyrażam swoje wątpliwości tam, gdzie zdaje mi się to wskazane. Nie wszystkie, ale większość opisanych miejsc, w których miały zajść niewyjaśnione zdarzenia, odwiedziłem osobiście. Oddaję także głos naocznym świadkom oraz naukowcom, którzy przedstawili mi swoje przypuszczenia i tezy – za i przeciw. Skupiam się głównie na tajemniczych wydarzeniach, po których pozostały widoczne ślady: na przykład nagranie tajemniczego fenomenu, pisemny dowód w starej kronice albo kamienna zagadka – w każdym razie coś uchwytnego, co można zbadać i zobaczyć na własne oczy.

Czytelnicy, którzy oczekują ezoterycznych rozważań, również będą niepocieszeni – celowo pomijam tematy takie jak astrologia, medycyna alternatywna, terapia kwiatowa Bacha, channeling, déjà vu, egzorcyzmy, uzdrawianie na odległość, guru, homeopatia, wróżenie z fusów, terapia światłem, medium, Nostradamus, przepowiednie, Paracelsus, qigong, reiki, kult szatana, przesuwanie się stołu, pechowe dni, vudu, wilkołaki, joga, ksylomancja, zen. Jest wielu fachowców, którzy mogą się wypowiadać na ten temat. Nie piszę także o umiejętnościach znanego mentalisty i zginacza łyżeczek, Uriego Gellera. Niechaj zajmują się tym przyszłe pokolenia.

Czytelnicy mogą zadać sobie teraz pytanie: jakie pozostały nam zatem nadnaturalne zjawiska i zdarzenia, których nie potrafią wyjaśnić nawet naukowcy? Cóż, proszę przekonać się osobiście. Na następnych stronach zostaną opisane historie niezwykłe, niewyjaśnione, ciekawe i często także zabawne.

Reinhard Habeck

NADNATURALNE PAMIĄTKI

Patrzycie i pytacie: Dlaczego?A ja marzę i pytam: Dlaczego nie?

George Bernard Shaw (1856–1950)

Ukryte rzeczywistości, skamieniałe tajemnice i mistyczne obiekty

Czy wierzysz w nadnaturalne zjawiska? Pytanie, które stawiane jest chyba od zawsze. Już Hamlet u Szekspira mówi, że „więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom”. Owo stwierdzenie do dziś nie utraciło aktualności, bo na całym świecie wciąż pojawiają się relacje o niewiarygodnych zdarzeniach, które zdają się przeczyć prawom natury: magiczne relikty, wiadomości z zaświatów, obrazy przekazywane za pomocą myśli, ukazujące się twarze nie z tego świata, religijne cuda, przekraczanie granicy między światem duchowym a materialnym, pola morfogenetyczne, niewyjaśnione skamieliny, ingerencja pozaziemskich „bogów” dysponujących niezwykłą technologią, kryształowe czaszki jako magazyny pamięci, kanały do innych wymiarów, pozazmysłowe postrzeganie, widma, hałasujące duchy. Co sądzić o takich historiach? Są to tematy kontrowersyjne i jednocześnie stare jak świat. Do dziś jednak brak potwierdzonego wyjaśnienia tych fenomenów.

Najczęściej obserwowanymi zjawiskami nadnaturalnymi są spontanicznie pojawiające się widma. Mogą one występować wszędzie. Mówimy wówczas: „To niemożliwe!” albo „Tutaj straszy!” Stare niemieckie słowo Spuk (widmo, zjawa, duch) pochodzi najprawdopodobniej od indogermańskiego trzonu słowa znaczącego „świecić”. W północnych Niemczech osoby widzące duchy nazywano Spökenkieker. W ten sposób słowo Spuk weszło do języka wysokoniemieckiego, znacząc „pojawianie się widma”. Zjawiska te doczekały się także naukowej definicji: „powracająca psychokineza spontaniczna”, tak zwane fenomeny RSPK (Recurrent Spontaneous Psychokinetics). Dla ułatwienia pozostanę przy tradycyjnych słowach: „widmo”, „zjawa” lub „duch”. Jakkolwiek by jednak je nazywać, zjawiska paranormalne są rzeczywiste. Tylko jak powstają?

Filmy i zdjęcia ukazujące duchy

Czy nasze ciało energetyczne wciąż istnieje po śmierci? Gdzie się wtedy znajdujemy? Czy istnieje możliwość powrotu na Ziemię? I jeśli tak, co dokładnie powraca? Czy zmarli mogą przekazywać żyjącym wiadomości swoją obecnością? Czy istnieją światy równoległe i wyższe wymiary, z których nieznane istoty przenikają do naszej rzeczywistości w postaci spontanicznych obrazów? Czy możliwe jest przejmowanie od ludzi fal myślowych i przenoszenie ich za pomocą energii psychokinetycznej na materiał filmowy?

Te fantastyczne pytania zrodziły się wraz z odkryciem „fotografii duchów”, kiedy dopiero po wywołaniu filmu to, co niewidzialne, stawało się widoczne. Mogą to być eteryczne twory, nieznane i niewyraźne twarze, tajemnicze światła, zjawiska optyczne, cienie lub unoszące się obiekty i dziwne mgliste plamy. Można je znaleźć na zdjęciach polaroidowych, materiałach wideo, w odbiornikach telewizyjnych i na ekranach komputerów, ale w ostatnim czasie pojawiają się one coraz częściej także na nagraniach cyfrowych, uchwycone przez aparaty telefonów komórkowych i kamery monitoringu.

Piętnastego listopada 2007 roku na całym świecie poruszenie wywołała informacja o „pojawieniu się ducha”. Kamera na stacji benzynowej w amerykańskim stanie Ohio zarejestrowała niewyjaśniony niebieski obłok mgły, który nagle pojawił się na obrazie, przez chwilę wirował, a potem zniknął. Fantom widoczny był na ekranie przez prawie godzinę. Na jednym z ujęć widać, jak dziwny obłok opada na szybę parkującego samochodu. Prawdziwy duch? Sceptycy widzą w tym raczej usterkę kamery lub owada spacerującego po soczewce.

Burzliwe dyskusje wywołał także inny film, nagrany w centrum angielskiego miasta Bristol w październiku 2009 roku. Na nagraniu widać błękitne światło, które staje się coraz większe, porusza się tam i z powrotem, przyjmuje ludzki kształt, chwilę potem rozpada się i za kilka minut znów się pojawia, po czym całkowicie rozpływa się w powietrzu. Jedna ze śmiałych hipotez podaje za przyczynę zjawiska „inteligentną materię”, tak zwane plasma blobs. Mogły to być nagromadzone informacje i niewidoczne struktury z przeszłości, uwidaczniane przez silną energię własną w sposób dla nas niezrozumiały. Naukowcy badający zjawiska paranormalne mówią w związku z tym o wpływie „morfogenetycznych pól”, rozumianych jako „pamięć natury”. Krytycy nie dają temu wiary i również w tym przypadku za bardziej prawdopodobne uważają techniczne usterki kamery lub odbicia reflektorów przejeżdżających samochodów. Jednak mimo wszelkich wątpliwości dziwi jedna rzecz: dlaczego pozostałe nagrania są bez zarzutu i – pomijając anomalię świetlną – pokazują zupełnie normalne otoczenie?

Na całym świecie znaleźć można mnóstwo przykładów podobnych zdarzeń. Wiele z nich zostało opublikowanych na platformie YouTube i można je tam zobaczyć. Ale które z nich można uznać za autentyczne? Już od czasu wynalezienia fotografii pojawiają się zdjęcia ukazujące przezroczyste postacie. „Zdjęciom duchów” poświęcano wiele uwagi w fazie rozkwitu spirytyzmu, gdy podczas seansów za pośrednictwem medium nawiązywano podobno kontakt ze zmarłymi. Początki „fotografii zjaw” wiążą się z osobą Amerykanina Williama H. Mumlera (1832–1884), który działał aktywnie w Nowym Jorku i Bostonie. Na wielu portretach jego klientów widać niewyraźne postacie i twarze ludzkie. Mówiło się, że są to członkowie rodzin lub przyjaciele fotografowanych osób. Interes kwitł. Do czasu, aż zauważono, że „twarze zjaw” wykazywały uderzające podobieństwo do wciąż żyjących mieszkańców Bostonu. Mumler został aresztowany i oskarżony o oszustwo. Choć nigdy nie udało się udowodnić mu oszukańczych zamiarów, jego kariera zawodowa legła w gruzach i poważany do tego czasu fotograf zmarł w biedzie. Dziś zdjęcia Mumlera uważa się za kiepskiej jakości falsyfikaty wykonane za pomocą podwójnego naświetlania i przy użyciu waty, dzięki którym na płycie fotograficznej pojawiały się pożądane efekty.

Mimo uzasadnionych wątpliwości, jakie nasuwają się w reakcji na działalność oszustów i sprytnych biznesmenów, istnieją „zdjęcia duchów” pochodzące z wiarygodnych źródeł, gdzie fotografowie sami byli zaskoczeni tym, co zobaczyli na fotografii. Tak się stało w przypadku najsłynniejszego historycznego zdjęcia ducha – choć nawet tutaj trudno z całą pewnością dowieść autentyczności. Chodzi o wielokrotnie publikowaną i omawianą czarno-białą fotografię z Raynham Hall, starego brytyjskiego dworu położonego w Norfolk. Mieszkała tam niegdyś Dorothy Walpole (1686–1726), siostra pierwszego premiera Anglii, sir Roberta Walpole'a. Według legendy Dorothy ukrywała przedmałżeński romans z niejakim panem Whartonem. Kiedy dowiedział się o tym jej późniejszy mąż, lord Charles Townshend, ogarnęła go niepohamowana wściekłość. Obawiał się, że namiętność małżonki do rywala mogła rozgorzeć na nowo. Aby zapobiec ewentualnej niewierności, zazdrośnik więził żonę przez lata w jednym z pokoi domu, gdzie zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach w wieku 40 lat. Jako oficjalną przyczynę śmierci podano ospę. Wciąż krążyły jednak pogłoski, że lady Walpole zmarła wskutek złamanego serca lub skręcenia karku po upadku ze schodów. Plotkowano także, że mógł jej w tym nieco dopomóc brutalny małżonek.

Duch z Raynham Hall, fotografia wykonana 19.09.1936 roku (Zdjęcie: H.C. Provand/Indre Shira)

A potem zaczęło straszyć, przez trzy stulecia aż do XX wieku. Osoby, które spędziły noc w upiornym domu, relacjonowały niezależnie od siebie, że dzieje się tam coś dziwnego. Z kronik Raynham Hall wynika, że co jakiś czas dostrzegano pojawiającą się na chwilę przezroczystą postać kobiety. Ponieważ Dorothy Walpole za życia często nosiła brązowe jedwabne suknie, nadano jej przydomek The Brown Lady of Raynham.

W annałach jako naoczny świadek był wymieniany późniejszy król Jerzy August Fryderyk IV (1762–1830). Na początku XIX wieku jako książę regent zatrzymał się w Raynham Hall. Jak mówi przekaz, pewnej nocy został on wyrwany ze snu przez ducha kobiety. Zjawa miała pojawić się nagle przed książęcym łożem, ubrana w brązową suknię, z włosami w nieładzie i bladą twarzą, po czym rozpłynęła się w powietrzu. Następca tronu zaraz po ujrzeniu zjawy rozkazał spakować walizki i czym prędzej odjechał, mówiąc na odchodne: „Nigdy więcej nie spędzę w tym przeklętym domu ani godziny!”

Dziewiętnastego września 1936 roku do Raynham Hall zawitali zawodowy fotograf kapitan H.C. Provand i jego asystent Indre Shira. Na zlecenie magazynu „Country Life” mieli wykonać reportaż zdjęciowy na temat upiornego domu. Kiedy mężczyźni byli akurat zajęci instalowaniem instrumentów u stóp głównych schodów, stało się coś nieoczekiwanego. W protokole Shira napisał potem: „Kapitan Provand przygotowywał się do wykonania zdjęcia, podczas gdy ja odpowiedzialny byłem za lampę błyskową. Stałem z boku, tuż obok aparatu fotograficznego, z lampą błyskową w dłoni i patrzyłem na schody prowadzące na piętro. Nagle zobaczyłem bezcielesną, zamgloną postać snującą się w dół schodów. Przerażony krzyknąłem: »Szybko, coś tu jest! Nie zawahałem się ani chwili i wcisnąłem palcem wyzwalacz«”.

Jego towarzysz, kapitan Provand, nie zdążył zauważyć, co się wydarzyło. „Zdjął z głowy płótno do zaciemniania”, wspominał Shira, „odwrócił się w moją stronę i spytał, co mają oznaczać te krzyki”. Dopiero po wywołaniu filmu on też zobaczył, że na zdjęciu widnieje coś niesamowitego. Specjaliści poddali płytę fotograficzną badaniom, ale nie znaleźli żadnego dowodu na manipulację. Fotografia do dziś jest uznawana przez łowców duchów za autentyczną. Teza o infradźwiękach przedstawiana przez sceptyków nie była w każdym razie w stanie wyjaśnić zjawiska. Ale czy już dawno nie powinna zostać przeprowadzona analiza negatywów za pomocą współczesnych fototechnicznych metod badawczych? Gdzie znajdują się ówczesne oryginały? Dlaczego technicy fotografii i parapsycholodzy już dawno temu nie zajęli się tą sprawą? Pomijając ten fakt, duch „Brown Lady” ukazał się od tamtego czasu gościom domu jeszcze kilka razy. Dopiero w ostatnich latach zjawa z Raynham Hall przestała się ukazywać. Czy biedna dusza Dorothy została w końcu wybawiona?

Transwizja z nadprzestrzeni

To, czy pojawiająca się od czasu do czasu upiorna zjawa „brązowej damy” była próbą nawiązania kontaktu zainicjowaną ze świata zmarłych, zapewne już nigdy nie zostanie wyjaśnione. A co możemy powiedzieć na temat współczesnych „zdjęć duchów”? Manipulacja fotografiami za pomocą nowoczesnych programów do obróbki obrazu jest dziś niezwykle łatwa. Czasem efekt jest tak doskonały, że nawet eksperci mają problem z rozpoznaniem sfałszowanych fragmentów. Tym bardziej tajemnicze są zdjęcia i filmy poddane przez specjalistów dogłębnym badaniom, które nie okazały się ani oszustwem, ani pomyłką. Często są one związane z fenomenem „instrumentalnej transkomunikacji”, w skrócie ITK. Pojęcie to zostało ukute przez niemieckiego fizyka Ernsta Senkowskiego i obejmowało słyszalne głosy („transaudio”), wiadomości pisemne („transteksty”) lub widzialny obraz („transwideo”). Przekazy z nieznanego źródła mogą być aktywowane za pomocą urządzeń elektronicznych. „Transwizje” lub „psychowizje” są jakby optycznym odpowiednikiem wspomnianego już tajemniczego zjawiska „głosów zapisanych na taśmie dźwiękowej”. Badacze PSI przypuszczają, że dziwne obrazy są czymś w rodzaju „psychokinetycznego urzeczywistnienia”, które manifestuje się w naszym świecie przez „telepatyczne przejmowanie informacji spoza naszej czasoprzestrzeni”.

Niemiecki dziennikarz radiowy i telewizyjny, pisarz i moderator Rainer Holbe, uczynił te „niewiarygodne historie” tematem wielu swoich programów i książek. Dziwi go fakt, że ten niezwykły fenomen wciąż w dużej mierze pozostaje niezauważony przez naukę i opinię publiczną, mimo że od jego odkrycia minęło już kilka dekad. Niezrozumiałe jest to dlatego, że „jest to jeden z niewielu fenomenów granicznych, które względnie dobrze można odtworzyć, oraz że wszyscy obserwatorzy natychmiast mogą zakwalifikować je jako zjawisko paranormalne. Umożliwia to przeprowadzanie badań naukowych bez konieczności wykonywania dodatkowych analiz statystycznych”. Jest to tym bardziej zadziwiające, że treść odebranych głosów, obrazów i tekstów wskazuje na istnienie „życia po śmierci”.

Pierwsze dziwne „zjawy na ekranie” pojawiły się w latach 80. ubiegłego wieku. Jednym z pionierów, którzy w szczególności wsławili się w dziedzinie paranormalnych eksperymentów filmowych, był zmarły w 1988 roku niemiecki technik Klaus Schreiber. Jego zainteresowanie tą dziedziną zrodziło się całkiem niewinnie. Na jednym z przyjęć toczyła się dyskusja na temat głosów z zaświatów. Dla zabawy grupa przyjaciół wołała przez mikrofon magnetofonu kasetowego do znajomego, który niedawno zmarł. Chwilę potem nastąpiła konsternacja: odezwał się tajemniczy głos, wypowiadając słowa „pozdrawiam was, przyjaciele”. Widmowy głos odebrał Schreiberowi spokój. Zaintrygowany, eksperymentował od tej pory z nośnikami dźwięku i odebrał za ich pomocą setki akustycznych wiadomości, które zidentyfikował jako głosy zmarłych krewnych, przyjaciół i nieznajomych.

Na wielu nagraniach rozpoznał on „znaki życia” swojej córki Karin, która zmarła w wieku 17 lat na zakażenie krwi. Głos „skądś” przedstawił się jako „Karinchen” – zdrobniałe imię, które ojciec nadał córce. To od niej pochodziła wskazówka, aby nawiązać kontakt z zaświatami poprzez telewizor. Schreiber spędził wiele nocy przed migającym kineskopem, jednak nie dostrzegł żadnych sygnałów, które mogłyby być interpretowane jako pozaziemskie przesłania. Wkrótce padło decydujące słowo, przekazane przez „głos ducha”: wideo. Schreiber sprawił sobie magnetowid z kamerą i zorganizował studio w piwnicy swojego domu w Akwizgranie. Znów spędzał całe miesiące na majsterkowaniu, odtwarzał filmy w różnej prędkości, jednak bez skutku. Trwało to do 30 września 1985 roku. Tego dnia z pomocą „z tamtej strony” Schreiberowi udało się dokonać wielkiego przełomu. Skierował swoją kamerę pod określonym kątem na telewizor i włączył pusty kanał. Po włączeniu funkcji odtwarzania poszczególnych klatek pojawiła się najpierw „jasna mglista plama”, która kilka klatek dalej przekształcała się w coraz bardziej widoczną postać Karin.

Klaus Schreiber odbiera za pomocą magnetowidu portrety zmarłych krewnych. Czyżby znaki życia z zaświatów? (Zdjęcie: Archiwum Rainera Holbego)

Później badacz zaświatów ulepszył swoją metodę przesyłania obrazu i dzięki zastosowaniu specjalnych wzmacniaczy obraz stawał się coraz ostrzejszy. Ze świata zmarłych wyłoniły się postacie członków rodziny, ale też słynnych aktorek i aktorów, jak Romy Schneider i Curd Jürgens, oboje zmarli w 1982 roku. Oprócz krewnych i znanych osób na taśmach magnetowidowych zmaterializowały się także osoby, których do dziś nie udało się zidentyfikować. Podobnie jak w przypadku ostatniego nagrania odebranego przez Klausa Schreibera: twarzy uśmiechającej się nieznajomej kobiety.

Czy nowoczesna elektronika jest w stanie umożliwiać połączenia z innymi poziomami świadomości? Według ogólnych praw fizyki – nie. Obrazy nie powinny zatem w ogóle powstać. Nagrania wideo Schreibera i jego urządzenia techniczne były wielokrotnie sprawdzane przez specjalistów. Nie udało się znaleźć żadnych wskazówek, że niemiecki emerytowany technik podczas swoich sesji uciekał się do jakichkolwiek sztuczek. A jednak portrety musiały w jakiś sposób powstać. Sceptycy uważają, że audiowizualne fenomeny spowodowane zostały przez nakładanie się na siebie różnych sekwencji telewizyjnych. Dowodów na to jednak nie ma. Poza tym widoczne były nie tylko nagrania osób znanych, które można by zinterpretować jako „promieniowanie tła” wyświetlanych filmów. Obrazy z prywatnego otoczenia musiałyby trafić na monitor w inny sposób.

Jakim sposobem powstało coś, co w zasadzie jest niemożliwe? Pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi już od starożytności. Bo jeśli wierzyć mitologicznym przekazom, to instrumentalna transkomunikacja z pozaziemskim światem jest zjawiskiem spotykanym nie tylko we współczesności. W wielu antycznych kulturach występuje motyw czarodziejskiego lustra mającego zdolność mówienia. Czym był ten zadziwiający przedmiot? Jak podają mity, jego głównym celem było nawiązywanie przez ludzi połączenia z wyższymi, ukrytymi rzeczywistościami. W czasach antycznych mistyczne znaczenie nadawano nawet zwykłemu lustru. Szeroko rozpowszechniona była wiara, że mieszka w nim odbicie duszy. Do tradycji należało pozostawianie lustra przy łożu umierającego, uważano bowiem, że pozwoli ono magicznie uchwycić ulatującą duszę. Ekran telewizora, w którym ukazują się zmarli, jest współczesnym odpowiednikiem takiego lustra. Osoby z zaświatów widoczne są w formie transwizji, choć jest to raczej ich „uchwycenie” w czarodziejskim lustrze, to znaczy na ekranie telewizora. Magiczne lustra kojarzono z nadnaturalnymi zjawiskami także w legendach średniowiecznej Europy. Jednym z przykładów jest choćby często wyśmiewana kryształowa kula. Do dziś stanowi ona tradycyjny element w ezoterycznych kręgach służący wizjonerskiemu spoglądaniu w przyszłość i jako pomoc w komunikacji z duchami i aniołami.

Magiczne lustro, które miało służyć do odbierania wiadomości nie z tego świata, oraz inne okultystyczne utensylia można zobaczyć w British Museum (Muzeum Brytyjskim). Lustro jest wykonane z wypolerowanego na wysoki połysk obsydianu i pochodzi ze spuścizny angielskiego astrologa i matematyka doktora Johna Dee (1527–1608). Absolwent uniwersytetu w Cambridge napisał 50 prac naukowych i był zaufaną osobą królowej Elżbiety I. Jednocześnie był pasjonatem wywoływania duchów, co w krytycznym świecie uczonych przyniosło mu złą sławę „czarnoksiężnika”. Dwudziestego pierwszego listopada 1581 roku miał doświadczyć niezwykłego kontaktu z nieziemskim światem. Siedział w londyńskim gabinecie naukowym, kiedy nagle w zachodnim oknie ukazała się otoczona światłem postać. Niebiańska istota objawiła się jako „anioł Uriel” i przekazała mistykowi „czarny kryształ”, za którego pośrednictwem miał odtąd odbierać wizje. Podczas seansów przywoływania obcych istot Dee otrzymywał zaszyfrowane wiadomości w „języku aniołów” – języku „enochijskim”, zrozumiałym tylko dla wtajemniczonych w nauki hermetyczne i kabalistyczne. Niebiański język miał własny alfabet, własne słownictwo i gramatykę. Dee odbierał wiadomości w stanie przypominającym trans. Ponieważ po zakończonym seansie nie pamiętał treści otrzymanych wiadomości, rozmowy podczas transmisji były notowane przez jego asystenta, Edwarda Kelly'ego (1555–1597). Oryginalne protokoły są przechowywane w British Museum oraz w Ashmolean-Museum of Arts and Archaeology w Oksfordzie.

Prawdopodobnie najstarsze wzmianki o metafizycznej transkomunikacji dzięki określonym przedmiotom znajdują się w dawnych tekstach ludów Izraela. Czytamy tam o „lustrze” Salomona. Miało być to urządzenie zbudowane z siedmiu różnych rodzajów metali i „w czasie nowiu jego właściciel mógł ujrzeć w nim odpowiedź na wszystkie pytania”. Podobne cechy wykazywało tajskie czarodziejskie lustro Fang-chen w kształcie muszli. Z jego pomocą można było pojąć sprawy tego świata oraz świata po drugiej stronie. Również wszystkowiedzący Thot, bóg mądrości starożytnych Egipcjan, posługiwał się urządzeniami służącymi do przekazywania nieziemskich wiadomości. Mity opowiadają, że za pomocą tych urządzeń można było „spoglądać aż po kraniec ciemności” oraz „usłyszeć, co dzieje się w niebie”. Nie dowiemy się, jak działało tajemnicze czarodziejskie lustro Thota, potrafiące odbierać „słowo bogów”. Interesujące jest jednak staroegipskie znaczenie słowa „lustro”: jest ono tożsame z pojęciem „życie”.

Dla większości badaczy starożytności pojawiające się w przekazach superistoty wielbione jako „bogowie” są jedynie wytworem wyobraźni. Założenie, że w epokach prehistorycznych mogły istnieć jakieś wysokorozwinięte technologicznie urządzenia, wciąż uznawane jest przez wielu archeologów za „czystą bzdurę”. Ale skąd ta pewność? Czy nie mogłoby być tak, że niektóre mitologiczne osobliwości zepchnięto na margines i nadano im niesławną etykietkę „bujd ludowych”, „cudownych wierzeń” i „wyimaginowanych kultów” tylko dlatego, że ich pierwotne technologiczne znaczenie dawno popadło w zapomnienie? Skąd uczeni mają pewność, że „magiczne zaklęcia” nie są niezrozumiałymi naukowymi wzorami, którymi w ówczesnych czasach posługiwały się wtajemniczone osoby i tylko dla nich były jasne? Istnieje wiele przykładów „przedmiotów kultu”, które okazały się prehistorycznymi, zaawansowanymi technologicznie urządzeniami. Jednak zanim prawda wyjdzie na światło dzienne, może upłynąć jeszcze dużo czasu. Najsłynniejszy przypadek: zaśniedziałe bryły z brązu, będące artefaktem nazwanym później „mechanizmem z Antykithiry”. Upłynęły dziesiątki lat, zanim naukowcy odkryli prawdziwą funkcję artefaktu i udowodnili, że jest on liczącym 2100 lat urządzeniem nawigacyjnym, za pomocą którego obliczano nawet orbity planet. Oryginalny artefakt można podziwiać w greckim Muzeum Narodowym w Atenach. Jaki geniusz skonstruował tę aparaturę, wciąż pozostaje zagadką. Porównywalne urządzenia z tak skomplikowanymi mechanizmami różnicowymi znane są dopiero z XVIII wieku.

Takie sprzeczne ze stanem wiedzy odkrycia są okazją do wysnuwania śmiałych spekulacji. Skąd prehistoryczni ludzie czerpali tak zaawansowaną technologicznie wiedzę? Czy inspiracja przyszła od pozaziemskich mistrzów, jak postulują zwolennicy hipotezy preastronautycznej? Teza pozaziemskich wpływów ma znaczenie także w przypadku fenomenu transkomunikacji instrumentalnej. Na jej podstawie zakłada się, że tajemnicze głosy i obrazy na ekranie telewizora i komputera nie powstają przez aktywność zmarłych ludzi, ale że znajdują się pod kontrolą pozaziemskiej superinteligencji. Inne nie mniej fantastyczne pomysły to: prawdziwymi sprawcami tych fenomenów są istoty energetyczne z innych „frekwencji” lub „fal”, mieszkańcy nieznanych światów równoległych, istoty z innych wymiarów lub formy życia „istniejące” tylko w określonych stanach świadomości. Podobnie jest w przypadku tak zwanego channelingu, zwanego też kanałowaniem. Ezoterycy są przekonani, że osoby mające zdolności medialne mogą odbierać wiadomości od istot pozaziemskich, aniołów, duchów i zmarłych. Niektórzy słynni artyści, na przykład amerykański pisarz Richard Bach, zapewniają, że słyszeli pozaziemskie głosy. Opublikowana w 1970 roku jego kultowa książka zatytułowana Mewa miała być podyktowana autorowi w gotowej formie przez niebiańskiej istoty. Ściśle rzecz biorąc, ghostwriter – dosłownie – Bacha miałby teraz prawo do tantiem ze sprzedaży wielu milionów egzemplarzy bestsellera. Na szczęście dla Bacha nie da się dokonać przelewu honorariów do hiperprzestrzeni.

Przypuszcza się także, że odbiorcy nadnaturalnych wiadomości i obrazów projektują paranormalne zjawiska przez pryzmat własnych pragnień. Niezwykłe nagrania wideo, takie jak te „uchwycone” przez Klausa Schreibera, nie byłyby zatem pozdrowieniem z zaświatów, lecz odtworzeniem informacji zapisanych w podświadomości. Jednak nawet jeśli tak jest: jak miałoby to funkcjonować w praktyce? Niektórzy parapsycholodzy wychodzą z założenia, że dzięki energii psychokinetycznej można nie tylko przesuwać przedmioty, ale także utrwalać na filmie fotograficznym obrazy istniejące w wyobraźni.

Fotografie myśli

„Fotografia myśli” to najbardziej fascynujący rozdział w dziedzinie psychokinezy. Wczesne eksperymenty fotograficzne z potęgą ducha związane są z kontrowersyjną postacią Japończyka Tomokichi Fukuraiego (1869–1952), pracownika Cesarskiego Uniwersytetu w Tokio. W 1930 roku poinformowano o powstaniu fotografii dowodzących możliwości utrwalania myśli na filmie. Między trzema zapieczętowanymi i nałożonymi na siebie płytami fotograficznymi na środkowej płycie pojawiły się wyraźne słowa, o których wcześniej przez kilka minut intensywnie myślała osoba biorąca udział w doświadczeniu. Kierownictwo naukowe uznało jednak test za „sztuczki hokus-pokus” i zakazało dalszego prowadzenia badań. Skutek: uniwersytet odebrał Fukuraiemu posadę wykładowcy. Los, który spotkał także wielu innych odważnych badaczy, głoszących niekonwencjonalne tezy.

Znacznie łagodniejsza była reakcja akademickich kręgów na testy PSI amerykańskiego lekarza Julsa Eisenbuda (1908–1999), profesora psychiatrii z uniwersytetu Kolorado w Denver. I tak zresztą nie ominęły go animozje i drwiny otoczenia. Przy tym sam był początkowo sceptycznie nastawiony do wszelkich historii o zjawiskach paranormalnych. Jednak stało się coś nadzwyczajnego, co zupełnie odmieniło jego spojrzenie na te sprawy.

W 1963 roku Eisenbud opublikował fachowy artykuł, w którym wyjaśniał, że jest niemożliwe przeprowadzenie powtarzalnego eksperymentu PSI, spełniającego wymagania naukowe. Pewien dziennikarz zaprzeczył słowom psychoanalityka i przesłał mu artykuł prasowy o hotelarzu z Chicago w Illinois. Jego nazwisko to Ted Serios (1918–2006). Mężczyzna potrafił jakoby tylko siłą własnych myśli „rekonstruować” motywy zdjęciowe i utrwalać je na papierze. Brzmiało to wtedy tak absurdalnie, że nawet parapsycholodzy wycofali się z oficjalnych badań nad fenomenem tego medium. Eisenbud był wówczas przekonany, że uda mu się szybko zdemaskować rzekome nadnaturalne zdolności jako „zwykłe sztuczki”.

Ted Serios, który w latach 60. XX wieku twierdził, że potrafi projektować myśli na kliszę filmową (Zdjęcie: gettyimages)

Ku zaskoczeniu Eisenbuda szarlatan – o czym psychiatra był święcie przekonany – nie wyraził sprzeciwu wobec przeprowadzenia z jego udziałem kontrolowanych testów, które rozpoczęto w kwietniu 1964 roku. Zdziwienie lekarza wzrosło, kiedy w trakcie badań, przy zastosowaniu surowych środków ostrożności, rzeczywiście powstały „zdjęcia myśli”. Poinformował swoich współpracowników o zaskakujących rezultatach i rozpoczął starania o moralne, praktyczne i finansowe wsparcie dalszych badań. Jednak członkowie akademickiej wspólnoty naukowej podziękowali mu za propozycję. Fotografowanie myśli? To mógł być jedynie kiepski żart. Jaki szanujący się naukowiec poświęciłby na to choćby jednego centa lub wyraził cień zainteresowania? Psychiatry nie zniechęciła jednak krytyka środowiska. Dziwny fenomen rozbudził już jego ciekawość i zamierzał ją zaspokoić. Postawa, jakiej należałoby oczekiwać w zasadzie od każdego prawdziwego badacza. Eisenbud i Serios kontynuowali wspólne eksperymenty. W ciągu trzech lat naukowcowi udało się uzyskać szereg spektakularnych wyników. Obrazową dokumentację z przeprowadzonych testów opublikował w 1975 roku w książce Gedankenfotografie (Fotografia myśli). To, co wtedy wywoływało poruszenie, zostało już dziś niemal zapomniane.

Obrazy powstawały dzięki zastosowaniu różnych metod, na przykład poprzez intensywne wpatrywanie się w obiektyw aparatu, którym Serios nie dysponował przed przeprowadzaniem testu. Dostawał go dopiero podczas testu. Zdjęcia były gotowe w ciągu kilku sekund, co zapobiegało stawianiu ewentualnych zarzutów, że fotografie są efektem manipulacji w ciemni. W trakcie niektórych prób niezależni świadkowie wybierali tematy, uprzednio umieszczone w zaklejonych kopertach i nieznane wcześniej Seriosowi. Podczas testów towarzyszyło mu duże napięcie wywołane intensywną koncentracją. Kierował on wtedy aparat na swoją twarz i mentalny obraz był przenoszony na kliszę. W normalnym przypadku na wywołanych zdjęciach powinna pojawić się głowa Seriosa albo pokój, w którym się znajdował. Jednak zdjęcia ukazywały to, o czym Serios myślał. Po kilku nieudanych próbach eksperymenty kończyły się najczęściej sukcesem, nawet jeśli otrzymane zdjęcia były różnej jakości. Czasem paranormalny obraz zajmował całą powierzchnię zdjęcia, innym razem widoczne były tylko fragmenty albo przedstawione motywy były bardzo zniekształcone. Zdarzało się też, że powierzchnia była zupełnie biała lub czarna, pomimo że oświetlenie i warunki badań pozostawały niezmienione. Kilkakrotnie Ted Serios zrealizował swoje „zdjęcia myśli” na materiale fotograficznym, a one pojawiły się na monitorze.

Ten fotograf o nadnaturalnych zdolnościach posługiwał się często małą rolką z tektury lub tworzywa sztucznego (25 na 17 milimetrów), którą nazywał „Gismo” i trzymał przed obiektywem aparatu. Serios zapewniał, że ma ona wyłącznie zapobiegać wnikaniu bocznego światła i pozwala mu wzmacniać koncentrację. Niedowiarkowie, tacy jak kanadyjski magik sceniczny James Randi z amerykańskiego Ruchu Sceptyków, właśnie tej małej rolce przypisują główną rolę w oszukańczych manipulacjach Seriosa. Randi i jemu podobni sceptycy starają się wszelkimi sposobami demaskować fenomeny PSI jako oszustwo. Według ich opinii Serios miał wbudować po jednej stronie papierowej rolki soczewkę powiększającą. Po drugiej stronie miał być ukryty mikrofilm lub przeźrocze. Skierowanie tego „preparatu” na aparat miałoby powodować powstanie „zdjęć myśli”.

W październiku 1967 roku w czasopiśmie „Popular Photography” ukazał się raport na ten temat, w którym na przykładzie podobnego urządzenia przedstawiono, że w ten sposób można uzyskać podobne efekty jak w przypadku słynnych „psychofotografii”. Wszyscy, którzy uważali Seriosa za oszusta, uznali artykuł za koronny dowód na poparcie swojego przekonania. Do dziś ta możliwość przytaczana jest jako dowód na to, że fotografia myśli nie jest niczym więcej jak tanią sztuczką. Zagorzali krytycy stale podważają wiarygodność dowodów na istnienie nadnaturalnych fenomenów. Kiedy mowa jest o zjawiskach paranormalnych, zdrowa dawka sceptycyzmu z pewnością jest niezbędna. Same stwierdzenia niczego przecież jeszcze nie dowodzą. Surowe kryteria powinny jednak obowiązywać także w przedstawianiu materiałów dowodowych strony przeciwnej. Nie można całkowicie wykluczyć, że Ted Serios podczas mentalnych sesji stosował sztuczki, ale za pozwoleniem: sama możliwość oszustwa nie może być z góry uznana za miażdżący dowód na faktyczne oszustwo. Zgodnie z taką logiką, jeśli pojawi się fałszywy banknot 100 euro, to należałoby przyjąć, że wszystkie banknoty znajdujące się obiegu również są fałszywe.

Czy zdjęcia powstały zatem wskutek zastosowania wyrafinowanej sztuczki? Przeczy temu jeden fakt, ignorowany zresztą przez krytyków. Ani Randiemu, ani innemu demaskatorowi nie udało się przekonująco wyjaśnić, w jaki sposób Ted Serios miałby w setkach przypadków sprawić, że dowody jego oszukańczych sztuczek bezpowrotnie znikały. Eisenbud i pozostałych 25 badaczy, którzy pracowali z Seriosem, zawsze przed, w trakcie i po eksperymencie poddawali jego i jego „Gismo” dokładnej kontroli. Ani razu nie odkryto żadnych mikrofilmów, przeźroczy czy innych podejrzanych przedmiotów. Rolkę „Gismo” Serios dostawał do rąk dopiero tuż przed rozpoczęciem eksperymentu, kiedy czuł, że wykonanie „zdjęcia ducha” może się udać. W chwili, kiedy nakazywał naciśnięcie wyzwalacza, badacze stali obok niego tak blisko, że sami mogli spoglądać przez papierową rolkę.

Filmy były zaś kontrolowane zaraz po wykonaniu „zdjęć zjaw” Dziwne było przy tym, że zdjęcia oryginalnych obiektów różniły się nieco kilkoma szczegółami od ich „mentalnych fotografii”, na których na przykład były błędnie napisane nazwy na budynkach. Ewentualny oszust potrzebowałby do zaplanowania i wykonania takiej manipulacji zbyt wiele czasu. Natomiast specjaliści nie dali Seriosowi na to żadnej szansy. Udało mu się nawet stworzyć obrazy bez obiektywu, który został wcześniej zdjęty z aparatu. „Fotografował” także z zasłoniętymi opaską oczami. Czasem Serios w ogóle nie stosował „Gismo” albo stał w odległości nawet 20 metrów od aparatu, przy czym asystenci trzymali za niego ten przedmiot w rękach. Niewyjaśnione transmisje obrazu powiodły się nawet wtedy, gdy mężczyznę zamknięto w klatce Faradaya nieprzepuszczającej fal elektrycznych, a aparat znajdował się na zewnątrz. Wyjątkowe w historii eksperymentów PSI jest to, że szeroko zakrojone testy z psychokinezą z powodzeniem udało się powtórzyć w 1967 roku w Charlottesville innym naukowcom, a mianowicie doktorom i pracownikom Uniwersytetu Virginii. Jakkolwiek niewiarygodnie by to brzmiało, wiele przemawia za autentycznością „fotografii myśli”, choć nie do końca udaje się wyjaśnić, jakie siły uaktywniają się przy ich powstawaniu.

Uchwycone na kliszy zapieczętowanym wcześniej aparatem Polaroid: obraz monachijskiego kościoła powstały w myślach Teda Seriosa. Obok dla porównania normalne zdjęcie. Wyrafinowana sztuczka czy „fotografia myśli”? (Zdjęcie: Ted Serios/Juls Eisenbud)

Mimo to nie obyło się bez rozczarowań. W trzecim cyklu testów energia PSI Teda Seriosa wygasła. Coraz częściej powstawały zupełnie białe lub czarne zdjęcia bez widocznych motywów. Wyniki były coraz słabsze, zupełnie jak u artysty, którego opuściło natchnienie, lub autora bestsellerów, który utracił pisarską inwencję. Pomimo że Ted Serios usilnie starał się wykonać „zdjęcia myśli”, pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku jego dar PSI znikł.

Najbardziej niedorzeczne w całej historii było to, że aby paranormalne efekty w ogóle mogły powstać, Serios musiał wypić duże ilości alkoholu. Można jedynie przypuszczać, że w ten sposób uzyskiwał zmieniony stan umysłu, który wywoływał lub wspierał jego zdolności. Wiadomo w każdym razie, że Serios, będąc w stanie upojenia i najczęściej w koszuli z krótkimi rękawami lub z nagim torsem, często osiągał pożądane efekty. Nie było możliwości ukrywania przez niego czegokolwiek w dłoniach. Manipulacja za pomocą ukrytych urządzeń nie wchodzi zatem w grę.

Podejrzliwi detektywi, przekonani o oszustwie i twierdzący, że nie może istnieć coś, co nie ma prawa istnieć, niech postarają się uzyskać dowód oszustwa w dokładnie takich samych warunkach testu jak Serios i – dodajmy – po pijanemu. Czy stworzą podobne obrazy, nie znając wcześniej ich tematu? Jak dotąd, nikomu się to nie udało.

Psychowizja o imieniu Oscar

„Zdjęcia zjaw” wykonane samą siłą myśli? Obraz z zaświatów na ekranie telewizyjnym? To przypuszczenia ciężkie do strawienia dla racjonalistów. Pomijając generalny zarzut oszustwa, sceptycy najczęściej wyjaśniają pojawianie się dziwnych obrazów na taśmie kasety magnetowidowej, na ekranie komputera lub telewizora zwyczajnym zakłóceniem sygnału. Pojawianie się zjaw to według nich skutek braku osłony odbiorników przed działaniem promieniowania naziemnych stacji nadawczych.

Ale jak ci racjonaliści wyjaśnią fenomeny, w których na ekranach pojawiały się dobrze rozpoznawalne twarze, pomimo że urządzenia z pewnością nie były włączone. Taki przypadek zdarzył się w 1997 roku w niemieckim niewielkim mieście Erkrath w pobliżu Düsseldorfu. Na małym wzgórzu z dala od centrum miasteczka stoi dom Reginy Froitzheim i jej rodziny. Kobieta studiowała prehistorię i historię starożytną Ameryki Łacińskiej i do 1989 roku pracowała jako archeolog, także w instytucjach państwowych. Dziś Regina Froitzheim jest na emeryturze i zajmuje się pisaniem – najczęściej pod pseudonimem – ciekawych krótkich opowiadań dla magazynów. Przydarzyła jej się kiedyś dziwna historia: w jej odbiorniku telewizyjnym pojawił się „obraz ducha” – twarz obcego mężczyzny.

Oddajmy jednak głos samej bohaterce tej historii: „Było to pod koniec pewnego listopadowego tygodnia, po południu, między godziną 16.00 a 17.00. Przeziębiłam się i leżałam na kanapie, czytając książkę. Na oparciu obok mnie siedział mój czarny kocur Lucky. Nagle zauważyłam, że kot się wygiął w pałąk i z najeżoną sierścią wpatrywał w telewizor. Także spojrzałam w tym kierunku i zobaczyłam na ekranie portret mężczyzny. W pierwszym momencie pomyślałam: co się z tym kotem dzieje? Przecież nigdy się nie bał filmów. W tym samym momencie zauważyłam, że przecież telewizor wcale nie był włączony. Już wtedy rzadko oglądałam telewizję. Przed wiadomościami wieczornymi prawie nigdy nie włączałam odbiornika. Oba piloty do magnetowidu i telewizora leżały, jak poprzedniego dnia, przed urządzeniem. A mimo to na ekranie widniał wyraźny obraz. Moja pierwsza myśl: odbicie! Ale od czego? Wstałam i stanęłam przed telewizorem, aby przerwać strumień promieni padającego światła, poruszałam rękami w różne strony, ale obraz nie zniknął. Złapałam za mój aparat Leica, aby przy odrobinie szczęścia zrobić zdjęcie dziwnemu zjawisku. Aparat leżał zawsze na regale z książkami. Udało mi się wykonać jedno ujęcie. Kiedy zmieniłam kąt ujęcia, obraz nagle zniknął”.

Całe zajście wydało się kobiecie bardzo dziwne. Mimo to Regina Froitzheim była przekonana, że dla ukazania się „zjawy” musiało istnieć jakieś racjonalne wytłumaczenie. Nie odczuwała strachu, nie odniosła żadnych anormalnych wrażeń. Jak wiadomo, nierozwiązywalne problemy ożywiają szare komórki mózgu, zatem „łowczyni duchów z przymusu” postanowiła znaleźć logiczne wyjaśnienie zagadki. „Wyszłam na balkon, aby znaleźć ewentualną przyczynę odbicia. Ale nie było tam niczego, co mogłoby wyjaśniać to zjawisko. Telewizor stoi w rogu pokoju. Od okna dzieli go odległość ponad pięciu metrów. Na parapecie stoi wiele wysokich roślin. Na balkonie wisi siedem bujnie porośniętych kwiatami donic średnicy metra. Niektóre rośliny na balkonie wspinały się tak wysoko, że zasłaniały większość szyby okna. Najbliższe domy po drugiej stronie ulicy położone są niżej od mojego balkonu. Pomiędzy nimi znajduje się około trzydziestometrowy pas zieleni z wysokimi sosnami, świerkami i brzozami. Niemożliwe, aby odbicie wywołała postać z zewnątrz. Sprawca zjawiska musiał znajdować się bezpośrednio w pomieszczeniu. Jedyne wyjaśnienie, które w tej sytuacji wydaje mi się przekonujące, to napięcie resztkowe w urządzeniu, które wywołało pojawienie się obrazu”.

Regina Froitzheim postanowiła uzyskać dla tego podejrzenia potwierdzenie od specjalisty. Wezwała do swojego domu technika telewizyjnego i pokrótce opowiedziała mu o zajściu. Towarzyszące zjawisku dziwne zachowanie kota jednak pominęła w relacji. Wraz z otrzymaniem wyników pomiarów pojawiły się kolejne pytania, na które kobieta nie miała odpowiedzi. „Telewizor został wyłączony poprzedniego wieczoru około północy. Bezradny technik zapewnił mnie, że to zbyt długi okres, aby urządzenie mogło zachować jakieś napięcie. Poza tym nie wyjaśniałoby to powstania dobrze widocznego obrazu. Zjawisko musiało zostać wywołane przez jakieś inne źródło. Ale jakie? Opowiedziałam o wydarzeniu mojej córce i kilku znajomym. Nikt nie chciał w to do końca wierzyć. I ja również. Robiliśmy sobie z tego żarty”.

Minęło kilka tygodni i sprawa prawie poszła w niepamięć, kiedy wywołany został film ze zdjęciem wykonanym feralnego wieczoru. Pani Froitzheim odebrała z laboratorium gotowe zdjęcia i przejrzała jeszcze na miejscu otrzymane odbitki. Między fotografiami ze świąt Bożego Narodzenia odkryła coś nieoczekiwanego. „Miałam nadzieję, ale nie liczyłam na to, że pstryknięte w pośpiechu zdjęcie zjawy uda się wywołać”, wspomina kobieta i relacjonuje dalej: „Kiedy trzymałam w dłoni wiadome zdjęcie, byłam naprawdę zaskoczona! Widać na nim wyraźnie twarz mężczyzny, w prawym rogu i w kilku innych miejscach. To też kolejna niewiadoma. Bo kiedy robiłam zdjęcie, widziałam tylko jeden portret! Coś jeszcze jest wyraźnie zauważalne: brak logo stacji oraz zapalonych kontrolek odbiornika – na zielono przy włączonym urządzeniu i na czerwono w trybie standby. Gdyby telewizor był włączony, pod nazwą marki firmy widzielibyśmy światełko. Zdjęcie dowodzi, że odbiornik był rzeczywiście wyłączony”.

Na fotografii coś jeszcze rzuca się w oczy. Zdjęcie zostało wykonane przy użyciu lampy błyskowej i mimo rozproszonego zarysu twarzy jest całkiem ostre. W górnej środkowej części fotografii odbity flesz aparatu widoczny jest jako biała plama, poniżej natomiast widać twarz nieznajomego. Kim jest ten mężczyzna o wąskich kościach policzkowych i ostrym podbródku? I jak jego podobizna znalazła się na ekranie telewizora? Nikt w gronie rodziny, znajomych i kolegów z pracy nie zna osoby widocznej na zdjęciu ani sam nie jest do niej podobny. Mimo intensywnych starań rozwiązania zagadki, nie udało się znaleźć racjonalnego wyjaśnienia dla „zdjęcia zjawy”. Rodzina w żartach postanowiła nadać duchowi imię. Wybrano imię irlandzkiego pisarza Oscara Wilde'a (1854–1900), genialnego autora powieści Duch z Canterville. Od tej pory nieznaną zjawę nazywano „sir Oscarem”.

Ponieważ Regina Froitzheim chciała się w końcu dowiedzieć, co było przyczyną pojawienia się ducha, przekazała zdjęcie i informacje do prasy. Żywiła przy tym nadzieję, że być może czytelnicy przyczynią się do wyjaśnienia zagadki. Gazeta „Westdeutsche Zeitung” 25 kwietnia 1998 roku opublikowała artykuł zatytułowany Martwe oczy z Erkrath. Jednak zamiast propozycji konkretnych rozwiązań pojawił się mało treściwy komentarz znanego sceptyka: „Często spotykałem się z opisami duchów. Jednak przy dokładniejszym sprawdzeniu szybko okazywało się, że w tych historiach nie ma nic nadzwyczajnego. Najczęściej to tylko odbicia światła. Duchy istnieją przeważnie tylko w głowach ludzi”.

Minęło 13 lat i niewyjaśniony przypadek PSI „Oscara” trafił w końcu do mnie. Sam jestem miłośnikiem fotografii, ale nie specjalizuję się w fototechnice. Mam jednak to szczęście, że w przypadku poszukiwania odpowiedzi na zagmatwane pytania wspiera mnie grupa kompetentnych specjalistów. Jedną z tych osób jest mieszkający w Wiedniu fotograf Bernhard Moestl. Pracuje on jako nauczyciel fotografii, jest przewodnikiem po Azji i autorem poczytnych poradników bazujących na filozofii buddyjskich mnichów klasztoru Szaolin.

Przesłałem Bernhardowi Moestlowi kopię zdjęcia z prośbą o ocenę zagadki „Oscara”. Odpowiedź eksperta przyszła bardzo szybko. Podczas analizy zwrócił on uwagę na dwa szczegóły: „Po pierwsze, pani Froitzheim mówiła, że zjawisko było widoczne tylko pod określonym kątem (…kiedy zmieniłam kąt patrzenia, obraz nagle zniknął). Wyjaśnieniem może być to, że pochodzące od telewizora światło było spolaryzowane. Polaryzacja, czyli uporządkowanie kierunku drgań fali elektromagnetycznej, zachodzi, kiedy światło jest odbijane od częściowo przezroczystej powierzchni. Częściowa przejrzystość oznacza, że część trafiającego światła jest przepuszczana, a część odrzucana, podobnie jak w przypadku przechodzenia światła przez wodę lub szkło. Ale ponieważ obraz telewizyjny widoczny jest ze wszystkich stron i nie znika w zależności od kąta patrzenia, prawdopodobieństwo, że kineskop telewizora wytworzył tajemniczy obraz, jest niewielkie. Jeśli teoria polaryzacji jest trafna, wyklucza to jednocześnie wszelkie formy odbicia od ściany lub innej płaskiej powierzchni”.

Duch telewizyjny, który pojawił się w 1997 roku w domu rodziny Froitzheim w Erkrath: chociaż telewizor był wyłączony, na ekranie ukazała się tajemnicza postać. Badanie wykazało, że przyczyną nie mogła być ani usterka techniczna, ani odbicie światła. Zatem co takiego? (Zdjęcie: Regina Froitzheim)

Obala to początkowe przypuszczenie, że zjawa powstała w wyniku usterki technicznej odbiornika lub refleksji światła. Jeszcze ciekawsze jest to, że obraz nie został naświetlony przez lampę błyskową. Bernhard Moestl wyjaśnia, dlaczego: „Dokonałem dokładnej rekonstrukcji warunków panujących w chwili powstania zdjęcia i we wszystkich przypadkach ewentualne odbicia na ekranie telewizora były prześwietlone światłem lampy błyskowej i przez to prawie niewidoczne. Światłoczuły materiał filmowy reaguje na fale światła w obszarze widzialnym w postaci zmian chemicznych, dzięki którym na końcu powstaje widzialny dla nas obraz. Mówiąc w uproszczeniu, błona filmowa składa się z wielu nałożonych na siebie warstw kryształków bromku srebra, które na skutek działania światła redukowane są do czystego srebra, co z kolei powoduje, że dane miejsce staje się czarne. Tam, gdzie dociera dużo światła, film czernieje i negatyw w tym miejscu jest ciemny. Fotografia uzyskana przy zastosowaniu lampy błyskowej jest bardziej problematyczna, ponieważ aparat w większości przypadków wybiera zbyt krótki czas naświetlania, co prowadzi do niedoświetlenia ciemniejszych partii zdjęcia. Poza tym zwiększa się kontrast oświetlenia, przez co w ciemnych partiach zdjęcia w ogóle nie zachodzi czernienie filmu. Dlaczego to wszystko piszę? Ponieważ fakt, że obraz na filmie widoczny jest dokładnie w taki sposób, w jaki widziała go pani Froitzheim, dowodzi, że musiał on istnieć w formie energii w obszarze odbieralnym dla oka i filmu. Oraz że ta energia musiała być tak silna, że »zagłuszyła« flesz aparatu. Analizując ten przypadek, koniecznie należy uwzględnić, że obraz był zarówno widzialny, jak i możliwy do sfotografowania!”

Skąd pochodziła owa „silna energia”, która przyczyniała się do powstania zdjęcia, do dziś pozostaje zagadką. To kolejny fenomen, który nie powinien w ogóle zaistnieć: podobnie jak w pętli nieskończoności „sir Oscar” ukazał się na ekranie wielokrotnie i to za każdym razem w innej pozycji, jak gdyby jego głowa się obracała. Również ten efekt pozostaje niewyjaśniony. Oryginalny negatyw jeszcze istnieje i dostępny jest do dalszych badań.

Moestl to perfekcjonista. Jednak wcześniej lub później każdy z nas dociera do własnych granic i tym, co tam napotykamy, jest czyste zdziwienie. Tak było w przypadku Bernharda Moestla w trakcie przygotowań do pierwszej edycji wystawy „Unsolved Mysteries” (Świat niewyjaśnionych fenomenów) w Wiedniu w 2001 roku. Na wystawie zorganizowanej przez menedżera kultury Klausa Dony, przy której miałem okazję współpracować jako autor tekstów, zaprezentowano setki archeologicznych znalezisk, których nie sposób wytłumaczyć w naukowy sposób. Zaliczają się do nich oryginalne eksponaty z kontrowersyjnego i uważanego za zaginiony zbioru sztuki, którego właścicielem był Carlo Crespi (zmarły w 1982 roku) z Cuenca w Ekwadorze. Oprócz wyrobów ceramicznych, kości i kamieni szczególną uwagę mediów przykuły metalowe płytki z zagadkową ornamentyką. Światowy rozgłos zyskały one dzięki książkom Ericha von Dänikena oraz tezie, że miałyby one być pamiątkami po nieznanej prehistorycznej kulturze. Naukowcy jednak mocno powątpiewają w takie wytłumaczenie ich pochodzenia.

Bernhard Moestl otrzymał zlecenie wykonania zdjęć skarbów Crespiego do katalogu wystawy. Jednak jedna płytka odmówiła fotografowi posłuszeństwa. Tego fenomenu nie dało się w żaden sposób wyjaśnić. „Kiedy diapozytywy wróciły z laboratorium, stwierdziłem z ogromnym rozczarowaniem, że akurat środek najpiękniejszej płyty zakryła plama cienia. Byłem co prawda przekonany, że wszystko zrobiłem poprawnie, ale problem mógł mieć związek z oświetleniem. Kiedy przy okazji wystawy płytki zostały przywiezione do Wiednia, zabrałem tę jedną jeszcze raz do swojego studia, aby ponownie ją sfotografować. Tym razem starannie przygotowałem oświetlenie i starałem się dostrzec ten sprawiający problem cień już podczas wykonywania zdjęcia. Ale niczego nie dostrzegłem. Tym bardziej byłem zdziwiony, kiedy zdjęcia zostały wywołane: cień znów był widoczny i znajdował się dokładnie w tym samym miejscu, co na pierwszym zdjęciu!”

Dziwne cienie to kolejny fenomen łączący się ze wspomnianym kotem Luckym i pośrednio także z telewizyjną zjawą, „sir Oscarem”. Bo gdyby nie dziwne zachowanie wrażliwego futrzaka, duch w domu Reginy Froitzheim w ogóle nie zostałby zauważony. Miłośnicy zwierząt wiedzą, że w szczególności koty i psy mają niezwykły zmysł wyczuwania woni, dźwięków, kształtów, niewyczuwalnych przez ludzi. Potrafią znaleźć drogę do domu oddalonego o setki kilometrów albo czekają przed bramą ogrodu wtedy, gdy właściciel wraca do domu znacznie wcześniej niż zwykle. Czasem to nadzmysłowe połączenie między ludźmi i między człowiekiem a zwierzęciem trwa nawet po śmierci. Znam kilka takich przypadków w gronie znajomych. W przedmowie do tej książki dziennikarz medyczny Hademar Bankhofer także zaświadcza, że sam odebrał głos z zaświatów.

Gdyby nie kocur Lucky z Erkrath i jego dodatkowy zmysł, duch z ekranu telewizora nie zostałby zauważony. Po śmierci kota dom stał się miejscem dziwnych zjawisk. (Zdjęcie: Regina Froitzheim)

Czarny kot Lucky zakończył życie w 2005 roku. „Później, po jego śmierci”, zapewnia Regina Froitzheim, „był widywany w mieszkaniu przez różnych gości. Znajomi myśleli, że kupiłam sobie nowego kota. Kiedy zaprzeczyłam, uważali to za żart. Wyraźnie widzieli Lucky’ego. Czy to w postaci czarnego cienia, który siedział w sieni, czy to kiedy przeszedł wokół fotela znajomej i zaraz potem znikł z pola widzenia”. Podobnych wrażeń zmysłowych doświadczyła także Regina Froitzheim, ale opowiada o tym niechętnie. Inaczej niż w przypadku „sir Oscara”, nie istnieje żaden dowód na istnienie „ducha kota”.

To wszystko można by uznać za halucynacje. Jednak ten, kto sam doświadczył podobnych wrażeń, nie ma najmniejszych wątpliwości i niczemu się już nie dziwi. Einstein mawiał: „Wydaje się, że współczesna fizyka opiera się na założeniach, które w pewien sposób są jak uśmiech kota, którego wcale nie ma”.

Kto wie, być może jest dokładnie na odwrót: nieistniejący (już) kot śmieje się z tez współczesnej fizyki, która opiera się na założeniach.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fenomeny niemożliwe, które nie mogły zaistnieć, a istnieją Teksty niemożliwe, które nie mogły powstać, a istnieją Obrazy i fotografie niemożliwe, które nie mogły powstać, a istnieją Rzeczy niemożliwe, które nie mogły powstać, a istnieją 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia