Zakazana nauka

Zakazana nauka

Autorzy: Douglas J. Kenyon

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 41.61 zł

Wielki Wybuch nie był początkiem Wszechświata!
Newton się mylił!
Starożytni konstruowali komputery!
Wielka Piramida nie była grobowcem faraona, lecz generatorem mocy...
Megality w Nabta Playa to prehistoryczne obserwatorium astronomiczne...
NASA konstruuje antygrawitacyjny napęd kosmiczny...
Wirnik radiometru można zatrzymać siłą umysłu...
Huragan Katrina był zaplanowanym atakiem wojny meteorologicznej wymierzonym w USA...
Wynalazcy tranzystora wykorzystali technologię Obcych…

Autorytety akademickie odrzucają lub wyszydzają odkrycia sprzeczne z oficjalną nauką. Ta książka je ujawnia!

W Zakazanej nauce J. DOUGLAS KENYON – pisarz, redaktor i wydawca amerykańskiego magazynu „Atlantis Rising” poświęconego badaniu zagadek przeszłości i współczesności – zebrał czterdzieści dwa artykuły alternatywnych naukowców. Ich autorzy przedstawiają kontrowersyjne odkrycia z różnych dziedzin: od starożytnych technologii, przez telepatię i inne wymiary, po teorię kwantową i podbój kosmosu. Odkrycie przez Teslę nowego źródła energii, tajne eksperymenty agencji wywiadowczych dotyczące kontroli umysłu, wpływ Obcych na współczesną technikę – naukowy establishment pomija milczeniem lub wręcz zakazuje dyskusji na temat tych i wielu innych sensacyjnych teorii niezgodnych z obowiązującym dogmatem. Dlaczego? A przecież te na pozór fantastyczne tezy mogą wkrótce zostać udowodnione.

Redaktor prowadzący serii Literatura popularnonaukowa

Zbigniew Foniok

Redakcja stylistyczna

Joanna Popiołek

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Ezume Images/Shutterstock

Tytuł oryginału

Forbidden Science

From Ancient Technologies to Free Energy

Copyright © 2008 by J. Douglas Kenyon.

Originally published in the English language by Inner Traditions International,

under the title FORBIDDEN SCIENCE:

FROM ANCIENT TECHNOLOGY TO FREE ENERGY

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6626-8

Warszawa 2018. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

WSTĘP

J. Douglas Kenyon

W tej książce przemierzamy rzadko uczęszczane, najciemniejsze korytarze rozciągające się pod lśniącym gmachem nauki akademickiej. Na następnych stronach znajdziecie dowody na to, że prawdy nie da się albo ujmować w sztywne ramy, albo po prostu odrzucać, i to bez względu na wysiłki prominentów oficjalnej nauki. Przedstawimy tu wiele kontrowersyjnych teorii, które rzekomo zostały obalone po licznych sporach, chociaż tak naprawdę w ogóle nie były przedmiotem żadnej dyskusji. Kiedy jednak poznacie wszystko – od prawdziwego przeznaczenia Wielkiej Piramidy i megalitów Nabta Playa po astronomiczne teorie Immanuela Velikovsky’ego, od energii punktu zerowego i zimnej fuzji do badań Ruperta Sheldrake’a nad telepatią i postrzeganiem pozazmysłowym – zrozumiecie, że fakty różnią się czasami od tego, w co dotychczas wierzyliście. I jeśli w końcu zadacie sobie pytanie, dlaczego oficjalna nauka nie wykorzystuje tych materiałów i, co więcej, dlaczego dyskusja na ten temat została dosłownie „zakazana”, wtedy zapytacie o to samo, o co pytają autorzy tej książki.

Gdy znamy jakiś język obcy, łatwo wyławiamy znaczenie jego wyrażeń, jednak dla tych, którzy się go nie uczyli, wszystko brzmi jak pozbawione sensu dźwięki. Często w dzieciństwie, kiedy usłyszałem czyjąś obszerną wypowiedź w obcym języku, starałem się ją naśladować, wydając z siebie jakiś bełkot. Oczywiście nikt się na to nie nabierał i efektem moich wysiłków były jedynie zdziwione spojrzenia. W końcu zrozumiałem, że elokwencja człowieka to tylko puste dźwięki. Różnica tkwi w zrozumieniu.

Jakiś czas temu grupa studentów MIT (Massachusetts Institute of Technology) doprowadziła do absurdu problem pomieszania języków w świecie akademickim. Jak donosi agencja Reuters, studenci przelali na papier wygenerowany komputerowo bełkot. Wykorzystując napisany przez siebie program, który wyprodukował cały komplet fałszywych badań naukowych z bezsensownymi tekstami, wykresami i tabelami, zgłosili dwa dokumenty na światową konferencję poświęconą układom, cybernetyce i informatyce (WMSCI), która odbywała się w Orlando na Florydzie. Ku ich zaskoczeniu jeden z dokumentów, zatytułowany: Rooter: A Methodology for Typical Unification of Access Points and Redundancy (Wyorywacz: Metodologia typowej unifikacji punktów dostępu oraz nadmiarowości), został przyjęty do prezentacji.

Epizod ten przypomniał mi doświadczenie z czasów młodości. Wiele lat temu, jako świeżo upieczony student uczelni, której nazwy nie wymienię, krytykowałem poziom publikacji w studenckim magazynie poetyckim. Ktoś powiedział mi wtedy, że jeśli jestem taki mądry, powinienem sam coś przedstawić. Odparłem, że tak zrobię. Bezzwłocznie wyprodukowałem coś, co według mnie miało być okropnym wierszydłem, ale w stylu, jakie lubiano drukować w tym piśmie, i posłałem to. Ku mojemu zdziwieniu wiersz nie tylko wydrukowano, ale również wymieniono na okładce. Tym samym udowodniłem swoją rację.

W tej książce mamy nie tylko zamiar udowodnić, że tak zwani luminarze nauki – zajmujący miejsca autorytetów w dzisiejszych twierdzach władz naukowych – mogą być oszustami. Chcemy również wykazać, że do ich krytyki społeczności nauki alternatywnej, której wielu członków naprawdę ma głęboką wiedzę, powinno się podchodzić z głęboką rezerwą.

Zauważyłem, że ludzie uważający się za znawców podstaw nauki alternatywnej często nie docierają do sedna sprawy, za to skupiają się głównie na błahostkach. Tak zwani sceptycy z Komitetu Naukowego Badania Zjawisk Paranormalnych (Committee for Scientific Investigation of Claims of the Paranormal, CSICOP) i podobne organizacje zdają się nie pojmować języka, który starają się tłumaczyć. Czy też, jak lubi mawiać John Anthony West, „w ogóle nie łapią, o co chodzi”. Udaje im się jedynie wykazać swoją ignorancję.

Innym aspektem problemu jest świat biznesu, którego reprezentanci, patrząc na publikacje takie jak nasza, traktują je jako niszowe. Stwierdzają, że równie pomyślny rezultat można uzyskać, kiedy zestawi się kolekcję różnych bredni i da im etykietkę z modnie brzmiącą nazwą. Nieważna jest dla nich podstawowa spójność badań i ukazywanych perspektyw. Uważają, że mogą ją zastąpić własnymi bzdurami. Zdziwią się, odkrywając to, co już wiecie, drodzy czytelnicy – naszym celem jest nadanie sensu, a nie zarabianie pieniędzy, chociaż przy okazji przemawiamy do rosnącej grupy odbiorców.

Media głównego nurtu starają się przekonać każdego, że tematy, które podejmujemy, powinny być nazywane marginesem nauki. Okazuje się jednak, że wszystko, co establishment naukowy określa tym mianem, mieści się tak naprawdę w sferze jego zainteresowań. W raportach Gallupa czytamy, że „trzech na czterech Amerykanów przyznaje się do wiary w sprawy nadnaturalne”. Najbardziej popularne jest postrzeganie pozazmysłowe (ESP). Przynajmniej na tym polu wypowiedziom elit naukowych na temat tego, w co mamy wierzyć lub w co mamy nie wierzyć, można przeciwstawić dowody naszych zmysłów. Stare powiedzenie: „Komu uwierzycie? Mnie czy swoim kłamliwym oczom?”, może nie mieć tu racji bytu. Z pewnością niejeden z nas osobiście doświadczył wielu rzeczy, których ortodoksyjna nauka nie jest w stanie wyjaśnić.

Raporty Gallupa to nie jedyny dowód na słabość współczesnej nauki. Według Instytutu Badań Społecznych i Religijnych imienia Louisa Finkensteina (Louis Finkenstein Institute for Social and Religious Research) ponad 60% naukowców odrzuca teorię Darwina, według której „ludzkość ewoluowała w sposób naturalny, bez żadnych nadprzyrodzonych wpływów”. Michael Gluck i Robert J. Cisak, naukowcy piszący do internetowego „Jewish World Review”, twierdzą, że lekarze wiedzą obecnie o wiele więcej niż kiedyś o funkcjonowaniu ludzkiego ciała, więc nie robią na nich żadnego wrażenia dość uproszczone teorie Darwina. Jednym z podanych przez nich przykładów jest ludzkie oko – zadziwiający skomplikowany układ, wykazujący cechy specjalnie zaprojektowanego systemu, którego nie potrafi wyjaśnić standardowy model ewolucjonizmu. Jednak najbardziej kłopotliwe dla oficjalnej nauki powinny być badania sondażowe przeprowadzone jakiś czas temu przez Fundację Badawczą Health Partners (Health Partners Research Foundation) w Minnesocie. Według raportu opublikowanego w brytyjskim czasopiśmie „Nature” w anonimowym sondażu jeden na trzech amerykańskich naukowców przyznał, że złamał w ciągu ostatnich trzech lat zasady, które mają zapewniać rzetelność przeprowadzanych badań. Grzeszki te, według „Minneapolis Star Tribune”, są różne – od podpisywania się pod dokonaniami innej osoby po zmianę wyników badań pod wpływem nacisku sponsora. „Nasza ankieta potwierdza – podsumowują autorzy – że amerykańscy naukowcy zajmują się sprawami, które przekraczają często pojęcie falsyfikacji, fabrykowania i plagiatów i które mogą zniszczyć integralność nauki”.

Czy program takiej fałszywej nauki jest ważniejszy niż sama nauka? Czy chodzi tutaj o pewnego rodzaju utrzymanie politycznej władzy?

Podczas procesu sądowego w Dover w stanie Pensylwania, który skupił na sobie uwagę świata, rozważano, czy „teoria inteligentnego projektu” (ID) może być nauczana w szkołach. Mogliśmy z fascynacją obserwować klasyczne strategie i metody postępowania mające na celu uzyskanie politycznych korzyści. Jeszcze raz przypomina się znane powiedzenie, że nic nowego pod słońcem.

Weźmy na przykład samo słowo „ewolucja”. Nic w teorii inteligentnego projektu nie zaprzecza teorii ewolucji. Co więcej, jednym z głównych celów prac nad ID jest ustalenie, co jest niezbędne, by ewolucja mogła funkcjonować. Niektórzy potrzebują kury, by mieć jajko, a inni jajka, by mieć kurę, więc jasne jest, że ewolucja może potrzebować czasami pomocy (na przykład inteligentnego projektanta), ale nie oznacza to bynajmniej, że ewolucja (to znaczy postępująca zmiana) nie zachodzi. Wręcz przeciwnie, jest jasne, że zmiana zachodzi, i poważni orędownicy inteligentnego projektu z tym nie dyskutują.

Dla nas – pomimo oskarżeń, że teoria inteligentnego projektu jest antyewolucyjna i antynaukowa – jest oczywiste, że może ona zapewnić nam prawdziwie oświeconą drogę pomiędzy fałszywymi wyborami. Do tej pory wmawiano nam, że musimy wybierać albo biblijny kreacjonizm, albo ewolucję. Jednak w obecnych sporach kwestionowana jest nie sama ewolucja, ale darwinizm – teoria, że ewolucja mogła przebiegać tylko i wyłącznie w wyniku przypadku i działania sił materialnych, bez udziału inteligencji. Jak na ironię, ci, którzy „wierzą” w darwinizm, w rzeczywistości stoją na stanowisku metafizycznym i trzymają się go siłą wiary, bez wsparcia dowodów. Wyznają wirtualną religię własnej roboty, nie uznając żadnej innej.

Kult darwinizmu, jak nam się wydaje, uzurpuje sobie rolę kapłaństwa, które pozornie obalił, twierdząc, że tylko on może dostarczyć odpowiedzi, których szuka świat. A jednocześnie jego wyznawcy udawali niewiniątka, kiedy kwestionowano spójność teorii i podważano jej autorytet.

Niedowiarkom trudno zrozumieć pracę umysłową elit darwinistycznej religii. Możemy za to poznać wpływ tych elit na niższe, gorzej poinformowane, poziomy ich hierarchii i dokonać wielu pożytecznych obserwacji. Na przykład, kiedy nawołuje się do obrony „świętej” sprawy „nauki”, która ma być zagrożona przez rosnące wpływy ID, większość świeckiej prasy posłusznie chowa się za wał obronny. Ostre, a nawet histeryczne krytykowanie teorii inteligentnego projektu jako zaledwie frontu przeciwko biblijnym fundamentalistycznym kreacjonistom oraz przepowiadanie zagłady – czyli dosłownie powrót do wieków ciemnych – ukazuje jednakże tylko ignorancję oskarżycieli. Płacze nad nieuchronną „śmiercią” nauki są, jak podejrzewamy, odzwierciedleniem malejącej pewności siebie i rosnącego zaniepokojenia o utrzymanie pozycji darwinizmu. W takim stanie spór, w którym jedna ze stron opiera się wyłącznie na dotychczasowych zasługach, jest zbyt groźny i powinno się go zaniechać.

Autorzy niniejszej książki – jak wiele innych osób – mają okazję przyglądać się głębokim podziałom w ortodoksyjnych mechanizmach wykrywania prawdy w naszym społeczeństwie. Nie jest to rezultat spisku, ale raczej schizmy rozdzierającej duszę cywilizacji. Jej efektem jest mnóstwo problemów: wyobcowanie, wojny, zatrucie środowiska i tym podobne. Jednym z symptomów zaburzenia jest wyniesienie ludzi tego niegodnych na pozycje autorytetów, z których mogą oni – w nieskończonych usiłowaniach, by zachować swoje korzyści – manipulować władzą. A kiedy jest okazja do zdeprawowania, nie brak chętnych, by z niej skorzystać. Stan ten jest powszechny i niedopuszczalny. Jednak miejmy nadzieję, że w obecnym konflikcie dotyczącym inteligentnego projektu stajemy się świadkami jednego z najbardziej zadziwiających momentów, kiedy system, dla zachowania własnej równowagi, przystępuje do koniecznej samonaprawy.

Jeśli to właśnie obecnie się dzieje, możemy zaobserwować powstanie gwałtownej opozycji.

Co mamy jeszcze nowego?

W „Chicago Sun Times” po premierze nowego hollywoodzkiego filmu fantasy Eragon ukazała się recenzja Miriam Di Nunzio, krytyka filmowego. Autorka skarży się, że zupełnie nie rozumie, dlaczego czarnoksiężnik Durza „nie może po prostu pomachać rękoma i w ten sposób odzyskać” błękitny kamień poszukiwany przez złego króla i jego służalców. A następnie kwestionuje logikę historii, w której czarny charakter ku swojemu zdziwieniu odkrywa, że istnieją siły wrogie wobec króla, który powinien zostać zniszczony. „Jest dla mnie zadziwiające, dlaczego Durza nie może tego magicznie wywróżyć” – komentuje poirytowana recenzentka. A przecież odpowiedź na protesty Di Nunzio znajdziemy w filmie, kiedy Brom, którego gra Jeremy Irons, mówi: „Magia ma swoje prawa”.

Wspominam o dyskusji dotyczącej Eragona nie dlatego, że uważam ten film za szczególnie wybitny, ale po to, by zobrazować sedno sprawy. Di Nunzio wydaje się jedną z tych osób, które uważają wszystko, co jest związane ze sprawami nadprzyrodzonymi, za dziedzinę niemającą podstaw w rzeczywistości. Według tego sposobu myślenia każda historia o magii jest już z definicji fikcją, w której jedyne prawo to prawo stworzone przez autora. Innymi słowy, kiedy zdecydujesz się opowiedzieć jakąś historię, po co ma cię ograniczać coś takiego jak logika?

Ten uproszczony sposób rozumowania dominuje obecnie w mediach i to nie tylko głównego nurtu. Jak na ironię, właśnie tutaj bardzo często używa się określenia „nadprzyrodzony”. Zgodnie z powszechnie przyjętym myśleniem otacza nas znany nam naturalny świat, który posłuszny jest podstawowym prawom fizyki, tym rozumianym przez nas. Reszta jest już tylko nadprzyrodzona, czyli uwolniona z więzów praw naturalnych, i oczywiście nieprawdziwa. W wyniku takiego myślenia wszystko, czego nie rozumiemy, staje się „nadprzyrodzone”, czyli innymi słowy „zupełnie fikcyjne”. Walka toczy się między tymi, którzy, tak jak religijni fundamentaliści, wierzą, że nadprzyrodzone istnieje (ich Bóg, który stworzył prawa przyrody, nie musi ich przestrzegać, jeśli nie chce), a tymi wojowniczymi sekularystami, którzy wierzą, że nadprzyrodzone nie istnieje i że nasze obecne naukowe rozumienie rzeczywistości nie powinno być kwestionowane. Jedynie nieliczni, jak się wydaje, uważają, że ostatecznie sam rozum zależy od poglądu, że porządek, rozumiany lub nierozumiany, jest najważniejszy, i że wystąpienie jakiegokolwiek niewyjaśnionego zjawiska więcej mówi o ograniczeniach naszego „pojmowania” niż o ograniczeniach porządku naturalnego.

O dziwo, ludzie, którzy sami obwołali się strażnikami naszego współczesnego zbioru zasad obejmującego prawo naturalne – innymi słowy „dozorcy paradygmatów”, fundamentaliści z innego kościoła – nie chcą lub nie potrafią zauważyć możliwości, które istnieją poza ograniczeniami naszego obecnego rozumowania. Ci „wyżsi kapłani” panującej nauki uwielbiają klasyfikować wszystkich, którzy nie zgadzają się z ograniczeniami nałożonymi na rzeczywistość, jako zwolenników „nadprzyrodzonego” albo jeszcze gorzej. Innymi słowy, uważają tych, którzy myślą inaczej niż oni, za ignorantów i ludzi zabobonnych, jeśli nie za amatorów czarnej magii.

A przecież, jak trafnie stwierdził Arthur C. Clarke, „zaawansowanej technologii nie da się odróżnić od magii”. Jasne jest, że wiele obecnych zdobyczy technologicznych daje efekty, które nasi przodkowie uznaliby za magię. Dlaczego więc aroganci nie pozwalają nam widzieć, że rzeczy, które obecnie wydają się niepojęte, nie wydawałyby się takie, gdybyśmy dysponowali większą wiedzą? A może rozsądniejsze byłoby przyjęcie, że zasady, które według naszej obecnej wiary rządzą światem rzeczywistym, powinno się rozszerzyć i poddać rewizji i że nawet nasi dalecy przodkowie mogli rozumieć rzeczy, które wprawdzie teraz uległy zapomnieniu, ale, miejmy nadzieję, pewnego dnia i my będziemy mogli je pojąć?

Do czasów takich jak współczesne świetnie pasuje połączenie dwóch refrenów starych piosenek – „teraz patrzymy w ciemne zwierciadło”, ale „kiedyś zrozumiemy więcej”.

Gdy samozwańczy eksperci objawionej mądrości obecnego porządku wpadają we wściekłość, powinni odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę ich rozsierdziło. Jeśli są tak pewni wiarygodności swojej sprawy, co może ich niepokoić w naszych „tyradach”? Wydaje mi się, że zbytnio protestują, ponieważ mają wątpliwości co do swojego stanowiska, których po prostu nie wyjawiają.

W przeprowadzonej ostatnio w Internecie debacie dotyczącej realności istnienia życia po życiu obrońca pozycji sceptycznej zwrócił się do oponenta: „Nie wiem, czy to [życie po życiu] naprawdę nie istnieje, ale ty nie wiesz, czy istnieje”. Niejeden raz mieliśmy okazję poznać podobne komentarze. Znaczy to tyle, że każdy, kto przypisuje sobie wiedzę przewyższającą wiedzę „sceptyków”, nie może być szczery, musi więc kłamać, kierując się jakimiś ukrytymi pobudkami. Ten rodzaj retoryki wykorzystywanej przez oddziały demaskatorów stał się typową metodą ich działania na wielu polach – od życia po życiu do teorii inteligentnego projektu, od energii punktu zerowego do antygrawitacji – i jest kontynuowany z takim emocjonalnym żarem, że nie da się go ignorować. Ciekawe tylko, skąd bierze się takie zachowanie.

Czy nie jest tak, że instytucjonalna mistyka, która wywołuje wielki strach mediów i części społeczeństwa, to jedynie wyszukany podstęp, który ma zamaskować słabość i ślepotę okopujących się prominentów? Przecież, podobnie jak w przypadku nowych szat cesarza, może to dostrzec nawet dziecko. Sprawy teorii spisku zostawiamy innym, wydaje się jednak oczywiste, przynajmniej na poziomie podświadomości, że ta poza zdradza w najlepszym razie niepewność co do wartości własnych przekonań. Szybkość, z jaką niektórzy najbardziej elokwentni obrażają się na każdą sugestię, że podstawowy paradygmat nauki materialistycznej może być kwestionowany, zdradza, jak sądzimy, głęboko zakorzenione wątpliwości we własne zdolności do postrzegania prawdy i do dyskutowania o niej.

Ujmijmy to inaczej. Przypuśćmy, że tak zwani demaskatorzy i ich współbracia byli daltonistami i zdali sobie sprawę, że są w gorszym położeniu niż ci, którzy nie mieli problemu z odróżnianiem kolorów. Ich potrzeba, by wyrównać szanse – zaprzeczyć istnieniu koloru i zażądać, by ci, którzy właściwie postrzegają przedmioty i ich wzajemne relacje, zostali nazwani szarlatanami lub jeszcze gorzej – może być zrozumiała, ale ma słabe widoki na powodzenie. Taka taktyka nie powiedzie się dopóty, dopóki ci sceptycy koloru nie będą mieć władzy, jeśli jednak ich plemię przejmie stery i podeprze swoją słabość mocą prawa, czy ci wszyscy, którzy potrafią dostrzec tęczę, będą wyjęci spod prawa?

Do tej pory możemy bez problemu propagować świadomość wielu odcieni, które zdobią nasz świat – niektóre z nich trudno dostrzec, jeśli się ich dokładnie nie wskaże. Książki takie jak nasza mogą być groźne dla tych, którzy postrzegają świat tylko w bieli i czerni lub w najlepszym wypadku w odcieniach szarości. Miejmy nadzieję, że nie narzucą nam oni odczuwanej przez siebie niepewności.

Jednocześnie ci, którzy mogą uznać niebezpieczeństwa naszych czasów za nieco przytłaczające, znajdą wiele powodów, by nie upadać na duchu. Odkrycia i wiedza przedstawiane na tych stronach, a także heroiczne wyczyny mogą wskazać nam drogę do wolności, której szukaliśmy. Jeśli zaś droga przed nami wygląda na niebezpieczną, warto pamiętać, że zawsze tak było. Jak powiedział pewien mędrzec: „Zmiany są rezultatem dramatycznych wydarzeń”.

I

PRZYGOTOWANIE DO WALKI

1. DEMASKOWANIE DEMASKATORÓW

David Lewis

Czy tak zwani sceptycy mają sekretny program?

Jeśli wierzysz w zjawiska paranormalne lub w życie po śmierci, lepiej miej się na baczności. U twoich drzwi mogą pojawić się gliny – gliniarze psi, czyli członkowie Komitetu Naukowego Badania Zjawisk Paranormalnych (Committee for Scientific Investigation of Claims of the Paranormal), inaczej CSICOP[1]. Sceptycy poświęcają mnóstwo czasu i energii na demaskowanie wszystkiego, co jest w nauce niecodzienne lub ma charakter pozazmysłowy. Niezmordowanie próbują narzucić egzekwowanie „nieegzekwowalnego” prawa, według którego żadne zjawisko nie może istnieć poza rzeczywistością rozumianą czysto fizycznie. Fonetycznie powyższy akronim odpowiada ich charakterowi, ponieważ psi to stosowane przez naukowców określenie zjawisk paranormalnych (stąd „gliniarze psi”). W dzisiejszych czasach mają oni ręce pełne roboty z tymi wszystkimi bestsellerami o doświadczeniach z pogranicza śmierci, aniołach i zaginionych cywilizacjach.

Zbrodnia wymknęła się już spod kontroli.

Książki o świadomych początkach wszechświata i nowa oparta na świadomości fizyka sprawiły, że również prezes komitetu, Paul Kurtz, wpadł w rozterkę. Na konferencji sceptyków w Nowym Jorku stwierdził on, że przedstawiciele postmodernizmu w fizyce zaprzeczają istnieniu absolutnej wiedzy naukowej, i uznał ten fakt za rezultat „erozji procesu poznawczego, która może podkopać demokrację” (z dużym naciskiem). Brzmi to poważnie.

Uznanie spraw paranormalnych za prawdziwe, zdaniem Kurtza, podważa panującą wizję świata, a o tym jego gliniarze psi nawet boją się myśleć. Zebranie CSICOP, w którym wziął udział John Mack – znany psychiatra z Harvardu badający twierdzenia o uprowadzeniach przez kosmitów – miało inkwizycyjny charakter.

1.1. Jeden z najważniejszych demaskatorów, prezes CSICOP Paul Kurtz.

Ku zdziwieniu Macka jedna ze sceptyczek ogłosiła, że udało jej się – jak na dobrą policjantkę przystało – dostać się do badanej przez niego grupy osób twierdzących, że zostali uprowadzeni przez UFO. Fakt, że zdołała go oszukać, miał podważyć jego naukową wiarygodność. Psychiatra stał się obiektem ostrego ataku i było to ze wszech miar żenujące. Mack postawił jednak pod znakiem zapytania żarliwość i dogmatyzm naukowców, przypominając im, że niektóre kultury zawsze wiedziały o „innych rzeczywistościach, innych istotach, innych wymiarach, które mogą przeniknąć do naszego świata”. Mack jeszcze bardziej zirytował tym stwierdzeniem sceptyków. Paul Kurtz pytał retorycznie: „Jeśli zgodzimy się z myślą Macka, będziemy musieli także przyznać, że istnieją anioły i reinkarnacja. Do czego nas to doprowadzi?”

Bez wątpienia do popełnienia zbrodni na ulicach.

1.2. John Mack (1929–2004), psychiatra, profesor w Harvard Medical School, czołowy autorytet w sprawach twierdzeń o uprowadzeniu przez kosmitów.

Reinkarnacja, astrologia i spirytualizm nie mają racji bytu w sposobie widzenia świata przez demaskatorów, podobnie jak homeopatia i Linus Pauling; lista jest zresztą bardzo długa. Demaskatorów doprowadzają do furii nawet teorie spiskowe o zabójstwie Johna Kennedy’ego. Jako mistrzowie metod naukowych Francisa Bacona – systemu o wyciąganiu wniosków z obserwacji, a nie na podstawie założeń – „sceptycy” prezentują się jako kapłani czystej nauki. Okazuje się jednak, że praktykują oni to, co najbardziej potępiają, a mianowicie „system wierzeń” znany jako naukowy materializm. Doktryna ta wypiera metodę Bacona, kiedy naukowcy zastępują wolną myśl i zadawanie pytań dogmatycznym materializmem.

Naukowy materialista wierzy, że materia jest jedyną prawdą, to znaczy wszystko we wszechświecie, łącznie ze świadomością, można wyjaśnić prawami fizycznymi i nie ma żadnej transcendentnej przyczyny, nadrzędnego celu ani sensu życia.

Jednym słowem, w wizji materialistycznej nasze myśli, uczucia, inspiracje, tożsamość – cały wszechświat – są jedynie zaawansowanymi reakcjami chemicznymi. Zdaniem materialistów dusza ani żadna świadomość poza mózgiem, nie mówiąc już o czymś chociaż odrobinę duchowym z natury, nie istnieją, a wiarę w to, że jest inaczej, określa się pogardliwie „zabobonem”. Ich cynizm obejmuje każdą dziedzinę, w której występuje się przeciwko poglądom akademickim, czyli chociażby krytykują teorie o zaginionych cywilizacjach, medycynę alternatywną i świat paranormalny. Weźmy jako przykład teorię wysnutą przez Roberta Schocha z uniwersytetu w Bostonie oraz Johna Anthony’ego Westa. Według niej Sfinks może być starszy niż nam się wydawało, ponieważ występują na nim ślady erozji wodnej. Twierdzenie to spotyka się z lawiną krytyki wynikającej niekoniecznie z argumentacji naukowej, ale z tego, że kwestionuje ono panujące poglądy dotyczące naszej prehistorii. Od rzeczywistości opartej na świadomości do teorii o zaawansowanych zaginionych cywilizacjach – wszystko to, co dopomina się o ponowną ocenę naszych początków, uważane jest przez naukowców za bzdury. Wbrew wszelkim świadectwom traktują te teorie jako szalbierstwo – gwałcąc tym samym kardynalną zasadę metody Bacona, by nie dokonywać założeń a priori – a jednocześnie przypisują sobie najwyższe standardy intelektualnej czystości.

Jak to świetnie ujęli Wayne i Garth w Saturday Night Live?: „Nie jesteśmy godni, nie jesteśmy godni”.

Pragnąc uatrakcyjnić swój ruch, gliniarze psi zwerbowali takie osoby, jak Carl Sagan, James Randi (były magik, który stał się demaskatorem), aktor komediowy Steve Allen oraz całą rzeszę pracowników naukowych podzielających ich nihilistyczne poglądy. Chcą oni przekonać zwolenników „zabobonów”, że wiara w coś innego niż przyziemny materializm jest zupełną bzdurą, i robią to w imieniu dobra nas wszystkich i demokracji. Ich sceptycyzm jest absolutny i mimo że nie jest poparty żadnymi dowodami, większość akademickiej i naukowej społeczności uważa go za coś oczywistego. Ten absolutny sceptycyzm jest przesłanką kryjącą się za każdym stanowiskiem, jakie przyjmują demaskatorzy, nawet w tak kluczowych kwestiach jak pochodzenie energii Wielkiego Wybuchu.

Problem tkwi, jak twierdzi doktor John Beloff, szkocki psycholog z uniwersytetu w Edynburgu, w „sceptycznej postawie”. Miłym zaskoczeniem jest fakt, że Kurtz opublikował artykuł uczonego w czasopiśmie CSICOP „Skeptical Inquirer”. Było to o tyle niezwykłe, że Beloff znany jest z działania na polu parapsychologii. W tekście omawia sceptyczną postawę, dowodząc, że aprioryczne przekonania przekreślają wiarygodność zjawisk niezgodnych ze znanymi lub przyjętymi prawami fizycznymi. Oznacza to, że gliniarze psi już na dzień dobry ustawiają się na przegranej pozycji. Naukowiec podsumowuje ich stanowisko, stwierdzając: „Kurtz może uznać, we właściwym czasie, że odkrycia parapsychologiczne mają wartość nominalną, ale zawsze z cichą nadzieją, że w ostateczności da się je pogodzić z materialistycznym punktem widzenia”. I kontynuuje: „Skutkiem tego [Kurtz] w szczególności odrzuca termin »nadprzyrodzone«, jeśli ma to znaczyć wymiar duchowy, umysłowy lub idealistyczny”. Doktor Beloff twierdzi też, że stanowisko „absolutnego sceptycyzmu” Kurtza wcale nie jest takie niezwykłe. Właściwie jest to bardzo popularna postawa w społeczności akademickiej i naukowej, prowadzi jednak do problemów.

Jak na ironię, dzięki postępowi na polu medycyny dysponujemy coraz większą liczbą dowodów wskazujących, a nawet potwierdzających, że świadomość istnieje również po śmierci. Podobne do siebie świadectwa setek osób, zebrane w książce doktora Raymonda Moody’ego Życie po życiu, są dowodem na istnienie transcendentnych rzeczywistości. Kolejne osoby, które przeżyły śmierć kliniczną i powróciły do życia, zmagają się ze sceptykami wykorzystującymi materialistyczne poglądy w kreatywny sposób. Programy telewizyjne dotyczące doświadczeń z pogranicza życia i śmierci ciągle pokazują sceptyków pewnych, że tylko mózg jest źródłem świadomości. Łaskawie przenoszą oni głęboko duchowe epizody przywróconych do życia pacjentów do królestwa neuroprzekaźników, halucynacji i szaleństwa. Chociaż ich grupa jest nieliczna, często pojawiają się w mediach. Przedstawiając „jedynie słuszny” punkt widzenia, ignorują dowody, które zaprzeczają ich twierdzeniom, na przykład rozmowy zasłyszane w poczekalni, które ludzie uznani za martwych powtarzali po powrocie do świata żywych.

Doktor Kenneth Ring w książce Life at Death: A Scientific Investigation of the Near-Death Experience (Życie w śmierci: Naukowe badanie doznań z pogranicza życia i śmierci) dąży do tego, by zmienić paradygmat, i przekonuje, że świadomość ma podstawowe znaczenie w odbiorze rzeczywistości. Jego wnioski to cios zadany naukowemu materializmowi i sceptycyzmowi gliniarzy psi. „Wydaje się, że świat nowoczesnej fizyki i świat duchowy reprezentują jedną rzeczywistość” – stwierdza Ring. Podkreśla on również, że nauka materialistyczna ma ograniczenia, a pogoń za wiedzą absolutną prowadzi do królestwa religii, filozofii i duchowości. To stanowisko nie jest nowe. Mistycy, intelektualiści i niektórzy wpływowi naukowcy twierdzili tak samo. Albert Einstein określił to bardzo poetycko, pisząc: „Najpiękniejszą rzeczą, jaką możemy przeżyć, jest nieodgadnione. To źródło prawdziwej sztuki i nauki. Ten, dla którego to uczucie jest obce, przypomina umarłego: jego oczy są zamknięte… Podstawę naszej religijności stanowi wiedza, że to, co niedostępne dla nas, naprawdę istnieje – manifestuje się jako najwyższa mądrość i najwspanialsze piękno, które możemy pojąć jedynie częściowo”.

Musimy zebrać się na odwagę, iść w ślady Einsteina i poznawać tajemnice życia. I to bez względu na głosy przedstawicieli naukowego materializmu, które zapewne odzwierciedlają zbiorową nieufność wobec intuicji i natchnienia. Jednocześnie nie powinniśmy ignorować tego, co sceptycy nam proponują, czyli krytycznego myślenia w dziedzinach podatnych na zabobony i szarlatanerię. Metoda naukowa służyła nam i będzie służyła dobrze, jeśli ją będziemy odpowiednio wykorzystywać. Dzięki niej wyszliśmy z wieków ciemnych i przeszliśmy do ery lotów kosmicznych, znaleźliśmy lekarstwo na polio i tak dalej (chociaż nauka dostrzega, że odkrycia często są dziełem przypadku). Jednak czasami naukowy materializm zmuszony jest do sprzymierzenia się z tymi, którzy atakują każdego, kto zajmuje się nietradycyjnymi systemami. Kiedy kult absolutnego materializmu znajduje drogę do naszego życia, szkół i sal sądowych, ryzykujemy ograniczenie wolności osobistej i wolnej myśli, a to właśnie są prawdziwe zagrożenia cywilizacji. W imię nauki demaskatorzy, sceptycy i „eksperci” przybierają nagle pozy autorytetów, mając rzekomo zgodę społeczności naukowej.

W styczniowo-lutowym „Skeptical Inquirer” z 1995 roku opublikowano tekst takiego „eksperta”. W numerze tym Joseph Szimhart wypowiada się krytycznie na temat bestselleru Jamesa Redfielda Niebiańska przepowiednia, który traktuje z niewiadomego powodu jako pracę naukową. Trudno powiedzieć, czy Szimhartowi nie spodobała się sama książka, czy też jej treść. Trudno też stwierdzić, czy „Skeptical Inquirer” prawidłowo podał jego zawód. Szimhart krytykuje charakter Redfielda, twierdząc, że jedynym motywem opowiedzenia tej historii były dla autora pieniądze. Przypuszcza też szturm na tradycje religijne i mistyczne oraz ich przedstawicieli, takich jak Maharishi Mahesh Yogi, Baird Spalding, Guy Ballard i Carlos Castaneda. Twierdzi, że tak jak Redfieldowi, tak i tym osobom chodziło o pieniądze. Nazywa raport Nicholasa Notovitcha o podróży Jezusa Chrystusa do Indii „fantazją”, zniesławiając tradycję liczącą sobie 2000 lat. Następnie określa powszechnie znaną książkę Kurs cudów jako „reakcyjną, dyktatorską książkę”.

Daj spokój, Joe.

Intelektualne uprzedzenia Szimharta nie są jednak jedynym problemem. Jego postawa samozwańczego „deprogramatora” oznacza większe kłopoty. Szimhart maniakalnie reagował na New Age, przetrzymując i zastraszając ludzi związanych z, jak to nazywają niektórzy uczeni, nowymi ruchami religijnymi. Oskarżony w Idaho o porwanie, ledwo uniknął kary, ale jego wspólnicy nie mieli już takiego szczęścia. W rezultacie potępili jego fanatyczne metody. Jego działania, według badań przeprowadzonych na uniwersytecie w Syrakuzach, mogą wywoływać stres pourazowy u zniewolonych i przetrzymywanych przez niego ludzi, bardziej zatem niszczy on ich psychikę, niż gdyby zostali wypuszczeni na wolność.

Przejęty przez władze dziennik Szimharta odkrywa motywy jego współpracy z porywaczami. Chodzi oczywiście o pieniądze. Jego artykuł w „Skeptical Inquirer” pokazuje, że kieruje nim jeszcze jeden motyw – szczególna antypatia do wszystkiego, co przypomina, jak sam pisze, „przebudzenie wewnętrznej rzeczywistości lub gnozę”. Dzięki nietolerancji i przykremu postępowaniu zapracował sobie na przydomek „specjalisty do kontrowersji wokół nowych religii”, jak to określono w przypisie do artykułu. Redaktor „Skeptical Inquirer” powinien chyba w sposób nieco bardziej wyważony wyrażać swój sceptycyzm.

Na szczęście taktykę lub fanatyzm Szimharta naśladuje niewielu sceptyków. Nie jest on naukowcem i prawdziwi naukowcy mogliby się zastanawiać, dlaczego jego praca została opublikowana w „Skeptical Inquirer”. Co więcej, wielu uczonych – niektórzy z nich nazywają siebie sceptykami – podchodzi do spraw zjawisk paranormalnych z dużym obiektywizmem. Inni aktywnie śledzą wszystko, co tajemnicze, niekonwencjonalne i transcendentalne. Teorie i dowody dotyczące rzeczywistości opartej na świadomości przyciągnęły uwagę wielu znakomitych naukowców i znawców, takich jak wspomniany już John Mack oraz fizyk i laureat Nagrody Nobla Brian Josephson, autor pracy zatytułowanej Physics and Spirituality: the Next Grand Unification (Fizyka i duchowość: kolejne wielkie zjednoczenie).

Sceptycy oczywiście denerwują się, kiedy wybitni naukowcy zaglądają do zakazanej strefy badania świadomości. John Mack miał czelność badać historie o uprowadzeniach przez kosmitów – dziwne opowieści ludzi o tym, jak zostali porwani przez istoty pozaziemskie, które za pomocą telepatii dokonywały na nich eksperymentów. Relacje te potwierdzają łączenie się rzeczywistości nieświadomej i fizycznej. Po sprawdzeniu innych wyjaśnień Mack uznał, że te opowieści przywołane w stanie hipnozy są realne, i przyjął, że rzeczywistość musi być czymś więcej, niż nam się wydaje. W rezultacie jego etat wykładowcy Harvardu stał się zagrożony, a sam Mack został potępiony przez niektórych kolegów, chociaż wiele osób chwaliło jego odwagę.

1.3. Fizyk i noblista Brian Josephson, dyrektor Mind-Matter Unification Project w Laboratorium Cavendish w Cambridge, w Anglii.

Brian Josephson zaskoczył kolegów, zajmując się badaniem świadomości, po tym jak odkrył magiczne właściwości kwantów, zwane obecnie efektem Josephsona (zjawisko prądu stałego przepływającego przez złącze dwóch nadprzewodników rozdzielone cienką warstwą izolatora). Odkrycia tego dokonał na uniwersytecie w Cambridge, gdy miał zaledwie 22 lata. Otrzymał wtedy posadę wykładowcy w legendarnym laboratorium Cavendisha w Cambridge. Stało się to w 1972 roku. Rok później przyznano mu Nagrodę Nobla. Następnie wyrzekł się świata ortodoksyjnego na rzecz poszukiwań zrozumienia mistycznego. Społeczność naukowa uważała Josephsona za geniusza do chwili, kiedy wkroczył do „strefy zakazanej”. A przecież swoje skłonności odkrył dużo wcześniej, kiedy jako student wykazał uznanie dla rzeczywistości niewidocznej gołym okiem. Odkrycie nazwane później efektem Josephsona było rezultatem spekulacji, że „tunele” elektronowe mogą przechodzić przez barierę izolacyjną w nadprzewodnikach, podobnie jak duchy na filmach przechodzą przez ścianę.

Opierając się na swoim odczytaniu mechaniki kwantowej, czyli wewnętrznego mechanizmu wszechświata, Josephson odgadł, że prąd w takim obwodzie elektrycznym może przepływać w dwóch kierunkach jednocześnie, wywołując rodzaj fali, która jest wrażliwa zwłaszcza na wpływ magnetyczny i elektryczny. Laboratoria firmy Bell potwierdziły teorie uczonego, dzięki czemu zyskał on sławę jako osoba odkrywcza i wyjątkowo utalentowana. W czasopiśmie naukowym „Scientific American” Josephson stwierdził, że mechanika kwantowa uwzględnia „synchroniczność”, „wywołującą zjawiska podobne do zjawisk psychicznych”. Uważa zatem, że fizyczna rzeczywistość ma związek z ludzką świadomością. Josephson uznał, że na wykładach w laboratorium Cavendisha jego poglądy dobrze przyjmowano. W tym samym artykule zaproponował, żeby naukowcy doskonalili swoje zdolności, praktykując medytację.

Można powiedzieć, że nieugiętym sceptykom brakuje subtelności rozumowania charakterystycznej dla Josephsona. Nie oznacza to, że wszyscy oni odrzucają twierdzenia uczonego. Wręcz przeciwnie, niektórzy poszukują prawdy bez względu na to, gdzie ich to doprowadzi. Przykładem może być tu doktor Michael Epstein, chemik i wiceprezes grupy sceptyków. W nowej publikacji wydanej przez Towarzystwo Naukowej Eksploracji (Society for Scientific Exploration, SSE) Epstein stwierdził, że „demaskatorzy często nazywają siebie sceptykami. Jednakże prawdziwy sceptyk to osoba, która pragnie krytycznie patrzeć na całość dowodów dotyczących nadzwyczajnych zjawisk. Do tego właśnie zostało powołane SSE”.

Towarzystwo skupiające grupę naukowców i wykładowców zebrało się jakiś czas temu w Huntington Beach w stanie Kalifornia. Omawiane tam sprawy – od doświadczeń z pogranicza śmierci do dowodów na reinkarnację – z pewnością mogłyby rozwścieczyć każdego gliniarza psi. Innymi dyskutowanymi tematami były biologiczne reakcje, które mogą zapowiadać trzęsienia ziemi, wpływ Księżyca na zachowanie się człowieka, sztuczne struktury na Marsie, wiek Sfinksa, święte miejsca i święta nauka, akustyczne właściwości starożytnych miejsc obrzędowych, archeoastronomia, energie alternatywne, telepatia i psychokineza. Członkowie towarzystwa niekoniecznie zgadzali się z prezentowanymi stanowiskami. Właściwie można powiedzieć, że zastosowali oni standardy naukowe, które ani nie odrzucają, ani nie akceptują z góry tych teorii. Sekretarz towarzystwa i były sekretarz Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego (American Astronomical Society) Lawrence Frederick kwestionuje na przykład metodologię wykorzystaną do zebrania dowodów na istnienie sztucznych struktur na Marsie. Jednak nie odrzuca samej teorii. Na temat budowli na Marsie żartuje: „Nie potrafię wykazać, że nie jest to prawda, ale jest to całkiem zwariowane”. Naukowiec twierdzi, że bez wykonania podwójnej ślepej próby w innych miejscach na Marsie, w zestawieniu z którą można byłoby porównać geometrię rzekomych sztucznych struktur, nie da się wysnuwać żadnych naukowych wniosków.

1.4. Przeciwstawianie się demaskatorom przypomina walkę ze smokami, z tą różnicą, że towarzyszy temu więcej dymu.

Frederick i członkowie towarzystwa przeprowadzają badania, nie żywiąc uprzedzeń, w przeciwieństwie do wielu innych. Prowadzą niezależne dochodzenia dotyczące różnorodnych teorii i twierdzeń, czasami bardzo dziwnych. Są i zafascynowani, i sceptyczni, czyli przemawia przez nich naukowa dyscyplina i jednocześnie zwykły ludzki zachwyt. Mówiąc o jednym z członków towarzystwa, którego nazwiska nie wymienię, Frederick opisał go jako „uroczą i serdeczną osobę” zatrudnioną w jednym z największych instytutów na politechnice. Lepiej jednak nie wyjawiać jego nazwiska, ponieważ wprawdzie zgadza się on z gliniarzami psi w większości spraw, ale jest przekonany, że potwór z Loch Ness rzeczywiście istnieje… Naprawdę. Jego stanowisko, oczywiście, stwarza dość duży problem. Zaczynasz się bowiem zastanawiać.

Co się stanie z naszą demokracją?

2. KSIĄŻKA VOODOO SCIENCE NA ŁAWIE OSKARŻONYCH

Eugene Mallove

Sprzeciw wobec stronniczego sądu nad nauką alternatywną

Opublikowana w 2000 roku książka Voodoo Science (Nauka voodoo) będzie pewnie w przyszłości postrzegana przez historyków jako zgliszcza oficjalnej fizyki końca XX wieku. Fizyki, która zmierza ku „teorii wszystkiego”, nie zdając sobie sprawy, że u jej podstaw istnieją głębokie pęknięcia. Autor książki, Robert L. Park, profesor fizyki na Uniwersytecie Maryland, mocno się jednak zagalopował. Od wielu lat był ulubieńcem redaktorów oczekujących dosadnego komentarza od głównego reprezentanta Amerykańskiego Towarzystwa Fizycznego (American Physical Society, APS), którą to pozycję zajmował od 1982 roku.

Robert Park, bez względu na to, czy szydził z załogowych lotów kosmicznych, broni do zwalczania pocisków balistycznych, medycyny alternatywnej, badań nad postrzeganiem pozazmysłowym, poszukiwań UFO lub ze swojego ulubionego celu – zimnej fuzji, zawsze hojnie szafował oszczerstwami na stronie z komentarzami „New York Timesa” lub „Washington Post”. Jego upolityczniony cotygodniowy komentarz publikowany w Internecie pod adresem www.opa.org/WN nosił tytuł „What’s New?” i był o dziwo tolerowany przez APS, mimo że Park z nieznośną hucpą kończył każdą kolumnę dwuznacznym dementi: „Przedstawione tu opinie są poglądami autora i nie muszą być podzielane przez APS, choć powinny”. Oto cały Park, żywiący nadzieję, że jego czytelnicy będą postrzegać świat przez filtr naukowych pewników, które mieli opanować i on, i jego zarozumiali koledzy fizycy.

Doktor Park zebrał swoje opinie w niewielkim tomiku, w którym oświadczył, że odkrył nowy rodzaj nauki – „naukę voodoo”. Definicję jej określa podtytuł książki: The Road from Foolishness to Fraud (Droga od głupoty do oszustwa). Park twierdzi w niej, że istnieją „uczciwe błędy”, które zaczynają się od „samooszukiwania”, a potem przekształcają się w „prawdziwe oszustwo”. Następnie rozwija tę definicję następująco: „Granica między głupotą a oszustwem jest cienka. Ponieważ nie zawsze łatwo jest powiedzieć, kiedy zostaje ona przekroczona, używam terminu »nauka voodoo« na określenie różnych wymysłów: nauki patologicznej, nauki bzdurnej, pseudonauki i fałszywej nauki”.

2.1. Autor i profesor fizyki Robert L. Park, przeciwnik zimnej fuzji i samozwańczy rzecznik konwencjonalnej myśli naukowej.

Naukę voodoo Park „odkrył”, kiedy udzielał się jako rzecznik prasowy APS i „ciągle stykał się z różnymi naukowymi pomysłami i twierdzeniami, które są całkowicie, niezaprzeczalnie, fantastycznie błędne”. Te trzy przysłówki wyraźnie pokazują, jak bardzo jest on pewien mylności wielu rzeczy nazywanych przez niego „nauką voodoo”. Wyciąga wnioski, opierając się na teorii, która jego zdaniem jest nienaruszalna. I tu właśnie leży przyczyna porażki Parka i jego kolegów fizyków – zapomnieli już oni o chęci poznania towarzyszącej eksperymentom naukowym, którą zapewne odczuwali na początku kariery. Kwestionują wszystkie dane pochodzące z doświadczeń naukowych na pierwszy rzut oka sprzecznych z teorią, co do której wysnuli dwa wnioski: 1) nie potrzebuje ona żadnej zasadniczej modyfikacji pozwalającej uznać niektóre zjawiska; lub 2) nie można uznać tych zjawisk w ramach istniejącej teorii. Trzeba wyjątkowej arogancji, żeby oba punkty uważać za niepodważalne prawdy, skoro zarówno eksperymentalne dane, jak i teoria zjawisk anormalnych mocno im zaprzeczają, czego najlepszym przykładem może być sprawa zimnej fuzji.

Park sądzi, że wie, co robią on i inni przedstawiciele oficjalnej fizyki, ale jest w błędzie. Pisze następująco: „Bez względu na to, jak przekonująca wydaje się teoria, zawsze eksperymenty mają ostatnie słowo”. A przecież dla niego właśnie teoria ma wpływ na to, którym eksperymentom w ogóle poświęci uwagę. Pokazując, że zupełnie nie wie o walkach w imię zmiany paradygmatu, Park twierdzi: „Gdy potrzebna jest lepsza informacja, po prostu wydaje się poprawioną wersję podręczników, nawet nie zerkając wstecz”. Bzdura!

2.2. Stanley Pons (z tyłu, z lewej) i Martin Fleischmann (z prawej) elektromechanicy, którzy w 1989 roku odkryli zimną fuzję (dzięki uprzejmości Institute Energy).

W książce Voodoo Science Park odrzuca zimną fuzję już na samym początku, określając ją jako „skompromitowaną »zimną fuzję«, którą kilka lat wcześniej ogłosili Stanley Pons i Martin Fleischmann”[2]. Twierdzi on, że „coraz mniejsza grupa ich zwolenników” corocznie zbiera się „w jakimś szpanerskim kurorcie”, próbując „reanimować” zimną fuzję. Zadaje pytanie: „Dlaczego ta niezbyt liczna grupa nadal tak gorliwie wierzy w coś, co reszta społeczności naukowej odrzuciła jako fantazję już wiele lat temu?” Następnie snuje domysły: „Może niektórzy naukowcy traktują zimną fuzję jako rodzaj ucieczki od nudy”.

Park jeszcze wiele razy podejmuje w książce ten temat i wyraża swoją opinię: „Szóstego czerwca 1989 roku, dokładnie 75 dni po ogłoszeniu jej istnienia w Salt Lake City, zimna fuzja przekroczyła granicę oddzielającą głupotę od oszustwa”. Stwierdza on, że Fleischmann i Pons „wyolbrzymili lub sfabrykowali swoje dowody”. (Zastanawia się jedynie, czy zajmujący się zimną fuzją doktor James Patterson z Clean Energy Technologies też przekroczył tę granicę).

Park nie zaprzątał sobie głowy studiowaniem danych, których domagał się lata wcześniej jako dowodu na istnienie zimnej fuzji, a zwłaszcza danych o popiołach nuklearnych helu-4, nawet wtedy, kiedy opublikowane zostały w czasopismach recenzowanych. Czternastego czerwca 1989 roku w „Chronicle of Higher Education” Park wyraził następującą opinię: „Najbardziej denerwującym aspektem tego sporu jest fakt, że powinien on być zakończony już wiele tygodni temu. Jeśli rzeczywiście można przeprowadzić fuzję w taki sposób, jak to zakładają obaj naukowcy, hel, jej końcowy produkt, musi być obecny w elektrodzie palladowej”. „Nie musicie się martwić o ciepło, jeśli nie ma tam helu” – powiedział mi wiosną 1991 roku, co odnotowałem w swojej książce Fire from Ice (Ogień z lodu). Pomijam wielki błąd, jaki robił Park, nie zwracając uwagi na hel, który mógł znajdować się w gazie ulatniającym się podczas reakcji (i który właśnie tam został odkryty w 1991 roku i później). Godne uwagi jest to, że Park nawet nie wspomniał o jakiejkolwiek publikacji na temat helu użytego w eksperymentach z zimną fuzją.

Co najmniej od 1991 roku Park dowiadywał się od swoich kolegów z APS, między innymi od doktora Scotta Chubba, o helu-4 wykrywanym w katodach oraz strumieniach gazu podczas eksperymentów z zimną fuzją. Te niezależne eksperymenty zostały opublikowane w Stanach Zjednoczonych i Japonii w czasopismach recenzowanych. Nie ma wątpliwości, że Park dobrze o tym wie. Jednak w książce Voodoo Science nie pojawia się na ten temat żadna wzmianka, co można uznać za jawne okłamywanie dziennikarzy i czytelników.

W tej dziedzinie Park porusza się właśnie, jak sam to ujął, „od głupoty do oszustwa”. Nie zawracając sobie głowy niewygodnymi faktami, takimi jak niepodważalne wyniki eksperymentów potwierdzające zimną fuzję, stwierdza: „Dziesięć lat po ogłoszeniu zimnej fuzji efekty są równie nieprzekonujące jak w pierwszych tygodniach”. Opisuje historię odkrycia w sposób groteskowy, by je jedynie ośmieszyć: „Zastanawiam się, w jaki sposób Pons i Fleischmann mogli pracować przez pięć lat nad zimną fuzją – jak utrzymują – i nie wybrać się do biblioteki, by znaleźć to, co już wiadomo na temat wodoru w metalach”. Elektrochemik Martin Fleischmann, członek brytyjskiego Towarzystwa Królewskiego, miałby nic nie wiedzieć o wodorze w metalach? Trochę to za bardzo naciągane, nawet jak na kogoś, kto nie przejmuje się etyką i uchyla się od powiedzenia prawdy. Przecież to przede wszystkim Park powinien wybrać się do biblioteki. Może wtedy dowiedziałby się, że to właśnie czołowi specjaliści w dziedzinie zimnej fuzji, tacy jak Fleischmann i Bockris, napisali podręczniki o wodorze w metalach. Wybitne osiągnięcia Fleischmanna w tej dziedzinie sprawiły, że został on członkiem Towarzystwa Królewskiego, bez wątpienia jednego z najważniejszych towarzystw naukowych. W związku z innymi sprawami Park podkreśla swoją lojalność wobec panującej teorii naukowej i wiedzy czołowych autorytetów, w tym przypadku jednak nie wie nawet, kto jest takim autorytetem.

Skoro Park nie zdobywa informacji o zimnej fuzji z opracowań technicznych – co jest zwykłym postępowaniem w nauce – w takim razie skąd je czerpie? Najwyraźniej korzysta z opracowań równie odpornego na fakty doktora Douglasa Morrisona z Europejskiego Ośrodka Badań Jądrowych (Centre Européen pour la Recherche Nucléaire, CERN) w Genewie. Uczony ten bywał na konferencjach poświęconych zimnej fuzji, gdzie zadawał naiwne pytania, pokazując, że podobnie jak Park w ogóle nie zapoznał się z literaturą fachową. Morrison „uważnie obserwuje zimną fuzję w imieniu nas wszystkich” – jak to stwierdza Park. W rezultacie Morrison, główny zwolennik teorii o tym, że zimna fuzja jest „nauką patologiczną”, przekazuje informacje Parkowi, który je okrasza różnymi złośliwostkami w stylu waszyngtońskiej kliki.

Morrison to jedyny sceptyk, który opublikował referat naukowy, mierząc się w nim z licznymi kwestiami dotyczącymi kalorymetrii i elektrochemii w zimnej fuzji, ale każdy ustęp jego pracy pełen jest elementarnych błędów. Przykładem może być fakt, że odejmuje ten sam parametr dwa razy. Twierdzi, że Fleischmann i Pons wykorzystali metodę „złożonej analizy nielinearnej”, czego nie zrobili. Następnie proponuje zamiast niej inną metodę, i to właśnie tę, którą zastosowali uczeni. Myli moc (waty) z energią (dżule). Twierdzi, że ucieczka wodoru z 0,0044 gramocząsteczki wodorku palladu może wytwarzać 144 waty mocy i 1 100 000 dżuli energii, tymczasem według podręczników minimalna moc będzie wynosiła 0,005 wata, a proste wyliczenie wykazuje, że wyprodukuje to najwyżej 650 dżuli. I to ma być „ekspert”, na którym można polegać w sprawach zimnej fuzji!

Park jednak dobrze wie, jaką wartość dla celów propagandowych ma obrócenie czegoś poważnego w żart. Już w pierwszych dniach po ogłoszeniu odkrycia przez Fleischmanna i Ponsa stwierdził: „Zimna fuzja stała się żartem. W Waszyngtonie jest to fatalne w skutkach”.

Po zaatakowaniu podstawowych założeń badań nad zimną fuzją Park wybrał jako ofiarę kolejnego szturmu doktora Randella Millsa z BlackLight Power. Twierdzi on, że Mills „nie przedstawił żadnych wyników eksperymentów”, które miały wyzwolić wielką energię w wyniku powstania hydrino. Park w ogóle nie dyskutuje o zróżnicowanych danych eksperymentalnych i astrofizycznych, które Mills przytaczał, aby bronić swojej teorii. Ukrywa też pozytywne rezultaty, jakie Centrum Badawcze Lewisa (Lewis Research Center) z NASA opublikowało w oficjalnym raporcie na temat replikacji Millsa. Park potrafi jedynie opierać się na teorii: „Ci, którzy stawiają na hydrino, występują przeciwko najmocniej ugruntowanym i doskonałym prawom fizyki”. Pan Pewnicki pyta retorycznie: „Jakie są szanse, że Randell Mills ma rację? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że są to szanse zerowe”.

Chociaż wiedziałem, że Park będzie uderzał w anomalie naukowe, nie spodziewałem się, że jest tak wielkim ignorantem w dziedzinie lotów kosmicznych i ich przyszłości. Wypowiadając się na temat swojego oświadczenia wygłoszonego przed amerykańskim Kongresem na początku lat 90. XX wieku i dotyczącego bezzałogowych lotów kosmicznych, stwierdził: „Chciałem wyjaśnić, dlaczego era załogowych badań kosmicznych skończyła się 25 lat temu i prawdopodobnie nie powróci”. Nie ma szans na obecność ludzi w kosmosie? Czy on mówi poważnie? Park kończy krótkowzroczny refren żałosnym poetyzowaniem zawierającym absurdalne przesłanie: „Omijani przez rozwój nauki amerykańscy astronauci osiedli na mieliźnie orbity ziemskiej niczym pasażerowie czekający przy opuszczonym torze kolejowym na pociąg, który nigdy nie przyjedzie”.

Następnie ten amator astronauta z zaskakującym tupetem twierdzi: „Gdyby na orbicie znajdowało się złoto, nie opłaciłoby się tam po nie lecieć”. Zadziwiające! Kiedy wypowiada takie stwierdzenia, najwyraźniej nie pojmuje tak podstawowych koncepcji jak niski koszt napędu podczas wychodzenia rakiet z orbity i hamowania. W dobie początków ery transportu kosmicznego to faux pas Parka będzie pamiętane jako XX-wieczna gafa porównywalna z nieco wcześniejszymi stwierdzeniami astronoma Simona Newcomba, że loty obiektów cięższych od powietrza są niemożliwe.

W swojej krucjacie przeciwko załogowym lotom kosmicznym Park atakuje nawet bohaterskiego astronautę Johna Glenna: „Zarówno Ham (szympans biorący udział w amerykańskim locie kosmicznym), jak i Glenn mieli znaleźć się w Waszyngtonie: Glenn w amerykańskim senacie, a Ham w narodowym ogrodzie zoologicznym. Ham nigdy nie poleciał powtórnie w kosmos i zmarł jakiś czas później”.

Park atakuje też „mesjanistycznego inżyniera” Roberta Zubrina, który przedstawił propozycje oszczędnościowych misji kosmicznych w książce Czas Marsa. Park stwierdza, że Zubrin zapoczątkował własny kult – Towarzystwo Marsjańskie. Kpi również z dążeń takich ludzi jak doktor Robert Goddard i jemu podobni, którzy robią wszystko, by prowadzono badania kosmiczne z udziałem ludzi. „Zubrin bardzo dobrze odrobił swoją lekcję. Najważniejsze jest marzenie. Ci, którzy marzą, niemal czują, jak ich stopy udeptują piasek na Marsie, ale większość zniechęcających problemów technicznych odsuwają na bok, proponując uproszczone rozwiązania”.

Na obwolucie swojej książki Park pisze, że „terapia magnetyczna”, obok zimnej fuzji, jest symbolem „głupawych i oszukańczych twierdzeń naukowych”. W jedynym „eksperymencie”, jaki osobiście przeprowadził, próbował obalić teorię o rzekomym według niego terapeutycznym wpływie magnesu na ludzkie ciało. Kupił jakieś magnesy w miejscowym sklepie, potem jeden z nich unieruchomił na metalowej komodzie. Następnie zaczął wsuwać pod spód kartki papieru i okazało się, że przy dziesiątej kartce magnes odpadł. Triumfował: „Karty kredytowe i kobiety w ciąży mogą być bezpieczne. Pole magnetyczne nie może nawet przeniknąć przez skórę, a co dopiero przez mięśnie”. A przecież odkrył jedynie moment, w którym tarcie statyczne (wywołane przez siłę magnetyczną) nie wystarcza, by magnes nie poddał się sile grawitacji. I na podstawie tego dochodzi do wniosku, że pole magnetyczne nie przenika do skóry! To zupełnie niedorzeczne, o czym wiedzą zarówno studenci drugiego roku fizyki na MIT, jak i prawdopodobnie na Uniwersytecie Maryland. A przecież Park uzyskał na tej uczelni nawet stopień naukowy. „Nie twierdzę, że ewentualne przenikanie pola magnetycznego miałoby jakiekolwiek znaczenie” – oznajmił. Zawsze ma z góry wyrobiony pogląd, dlaczego coś „jest niemożliwe”. Rzecznik prasowy Amerykańskiego Towarzystwa Fizycznego (American Physical Society) powinien chyba wrócić na studia.

Biorąc pod uwagę jego niekompetentne opinie o zimnej fuzji oraz błędy w podstawowej metodologii naukowej, nie możemy spodziewać się od niego pożytecznej oceny w innych kontrowersyjnych dziedzinach, takich jak poszukiwanie luk w klasycznej termodynamice, wpływ pola magnetycznego o niskim poziomie na systemy biologiczne, „pamięć wody” lub naukowe podstawy medycyny alternatywnej. Bez względu na zasługi każdej z tych dziedzin Park traktuje je równie lekceważąco, tak jak zimną fuzję.

Łatwo znaleźć dziedziny, w których można być tego samego zdania, co on; wówczas jednak Park zmienia nastawienie. Na przykład szarlatańskie wybryki Dennisa Lee z Better World Technologies, które wymienia, są bulwersujące i nie mają nic wspólnego z poważnym naukowym badaniem zjawisk anormalnej energii. Tymczasem Park stwierdza: „Istnieją przekonujące naukowe dowody, że możemy wpływać na klimat ziemski”. Niektórzy naukowcy zgodziliby się z tym, tymczasem ja mam inne zdanie. Stoję po stronie badaczy atmosfery ziemskiej, którzy sądzą, że modele komputerowe nie są w stanie odtworzyć dokładnie wszystkich czynników mających wpływ na nasz klimat.

Park jednocześnie dość pobłażliwie traktuje na przykład Tokamak służący do wytwarzania gorącej fuzji, powszechnie uważanej, za marnotrawstwo pieniędzy nawet przez tych, którzy nie mają nic wspólnego z zimną fuzją. Nie wspomina też o fatalnym nadprzewodzącym superakceleratorze (SSC), nad którym przestano pracować, zanim roztrwoniono jeszcze więcej pieniędzy podatników. Nie słyszymy nic o skandalicznym przekroczeniu kosztów podczas syntezy ICF (synteza z ograniczeniem bezwładnościowym) z użyciem symulacji laserowej, prowadzonej przez naukowca oszukującego nawet w sprawie swoich akademickich listów polecających. Dla Parka to nie jest marnotrawstwo – „wszystko pozostaje przecież w rodzinie” – lecz rodzaj zapomogi od urzędników, którą społeczność fizyków opłacana przez rząd może bezkarnie wyrzucać w błoto.

Można by snuć domysły, że Park stosuje projekcję lub ma dysonans poznawczy. Na pewnym poziomie ten człowiek po tylu latach kształcenia musi sobie zdawać sprawę, że ocena dowodów dotyczących zimnej fuzji nie leży w jego kompetencji. Przecież nawet nie wie, czy dowody te są wiarygodne, czy też nie. Najwyraźniej zapoznał się z nimi tylko pobieżnie, a przecież zapędził się tak daleko w atakowaniu zimnej fuzji, że nie potrafi zawrócić z drogi. Gdyby przyznał, że się mylił, mógłby podważyć inne swoje opinie dotyczące rozmaitych zjawisk, od załogowych lotów kosmicznych po terapię magnetyczną. Park uważał, że zimna fuzja skończyła się już dawno temu, a że tak się nie stało, tworzy mit, że podtrzymują ją wyłącznie „stronnicy, którzy widzą tylko to, co sami chcą zobaczyć”. A przecież on sam widzi to, co chce zobaczyć, i na przykład nie dostrzega dowodów tam, gdzie one istnieją! Oto jego ocena „naukowców voodoo”, która świetnie pasuje do niego samego: „Chociaż nie należy lekceważyć ludzkiej zdolności do samooszukiwania się, muszą oni w którymś momencie zdać sobie sprawę, że rzeczy mają się inaczej, niż im się wydaje”. Byłoby sprawiedliwe, gdyby kiedyś w świetle naukowego postępu bigoteria i kłamstwa, które kierował na innych, wreszcie zdemaskowały tego małodusznego krytykanta z kręgu oficjalnej fizyki.

3. ESTABLISHMENT KONTRATAKUJE

Frank Joseph

Fakty się nie liczą. The Learning Channel chce wykorzenić wiarę w istnienie Atlantydy

Jesteśmy świadkami bezprecedensowego zainteresowania Atlantydą. Film wytwórni Disneya Atlantyda: Zaginiony ląd, który wszedł na ekrany kin latem 2001 roku, jest odzwierciedleniem tej ogólnoświatowej fascynacji. Poważni i kompetentni naukowcy, wykorzystujący najnowsze zdobycze technologii, dokonują odkryć wstrząsających podstawami naszej wiedzy, badając obszary od wód otaczających wyspy Bahamy i Kubę po boliwijskie Alto Plano i Ocean Atlantycki. Pojawienie się magazynu „Atlantis Rising” (Atlantyda powstaje), w którym po raz pierwszy opublikowano ten artykuł, mówi samo za siebie – Atlantyda powstaje w świadomości milionów ludzi bardziej niż kiedykolwiek w historii. Nic dziwnego, że na to odrodzenie reagują konwencjonalni uczeni, którzy traktują każdą wzmiankę o „przedpotopowym świecie” jak największą herezję. Bez wątpienia rosnąca popularność słowa rozpoczynającego się od „A” wywołuje u nich frustrację. Przecież przez tyle lat zgodnie usiłowali Atlantydę zdemaskować, zarówno w szkołach, jak i w programach telewizyjnych. Upokorzeni, lecz nieugięci obrońcy wieży z kości słoniowej, jaką stała się archeologia, nadają „program specjalny” na The Learning Channel zatytułowany Uncovering Atlantis (Demaskowanie Atlantydy).

Na początku chciałbym podkreślić, że nawet najbardziej fanatyczni atlantolodzy nie mają nic przeciwko publicznym dyskusjom, w których ścierają się różne punkty widzenia; wręcz przeciwnie, sprzyjają im, pod warunkiem że odbywają się one na zdrowych zasadach. Podobnie jak moi badający Atlantydę koledzy, zawsze cieszę się z możliwości porównania przedstawianych przez nas faktów i pomysłów z zużytymi dogmatami. Uczciwe różnice w opiniach i żywe dyskusje są katalizatorem odkryć. Nawet najbardziej gwałtowny sprzeciw jest mile widziany, pod warunkiem że wynika z czystej naukowej ciekawości. Kiedy jednak czyimś celem jest oczernianie i wygłaszanie kłamstw, taką postawę należy zdemaskować i potępić.

Przez pierwszych 5 minut autorzy Uncovering Atlantis zwodzą widzów, napomykając o ewentualnej historycznej wiarygodności zatopionego królestwa. W filmie mówi się, że w starożytności zostało ono opisane przez jednego z największych uczonych świata zachodniego, greckiego filozofa Platona. Narrator kontynuuje, że kulturalne podobieństwa starożytnego Bliskiego Wschodu i Ameryki prekolumbijskiej mogą oznaczać istnienie zaginionego wspólnego źródła leżącego w oceanie. Jednak to pozornie przychylne nastawienie szybko zostaje zastąpione kategorycznym zaprzeczeniem doktora Kennetha Federa, wykładowcy z Central Connecticut State University.

Zszokowany uczony, kiedy dowiedział się, że czworo na pięcioro jego studentów dopuszcza możliwość istnienia Atlantydy, podjął nadzwyczajne środki ostrożności przeciwko takiej niestosownej otwartości umysłu. Zanim zapoznał studentów z podstawami archeologii, regularnie poddawał słuchaczy antyatlantydzkiej indoktrynacji, której odzwierciedleniem stał się program telewizyjny. Nawet najmniejsza wzmianka o zaginionej cywilizacji była wyśmiewana punkt po punkcie w jednostronnej prezentacji, która nie pozostawiała najmniejszego miejsca na dyskusję. „To, że przed Platonem nie pojawia się żadna wzmianka o Atlantydzie, jeśli w ogóle to miejsce istniało, jest zadziwiające” – stwierdza Feder. Narrator dodaje: „Atlantydę zapomniano po śmierci Platona na następnych 2000 lat. Pierwszą osobą, która o niej wspomina i która prawdopodobnie ją wymyśliła, był Platon”.

W rzeczywistości różne wersje historii Atlantydy były znane na wiele wieków przed Platonem dosłownie na całym świecie wśród dziesiątek, a może nawet setek różnych społeczeństw. W wielu tradycjach Atlantyda jest w sposób oczywisty przekształcona pod wpływem miejscowej kultury, tak jak w przypadku Aztlan, wulkanicznej „Białej Wyspy” położonej na „Morzu Zachodzącego Słońca”, skąd przodkowie Azteków przybyli na wschodnie wybrzeża Meksyku. Inna „Biała Wyspa” została opisana w wielkich indyjskich poematach epickich Mahabharata i Purany jako Attala, górzysta ojczyzna potężnej i wysoko rozwiniętej cywilizacji położonej na „Morzu Zachodnim” po drugiej stronie świata. „Wisznu Purana” umiejscawiała Attalę „w siódmej strefie” – odpowiadającej 24–28 stopniowi szerokości geograficznej – na linii Wysp Kanaryjskich. Mieszkańcy tych wysp, Guancze, mówili o Atarze, natomiast Atemet miało być miejscem egipskiej bogini odpowiedzialnej za światowy potop.

W tradycji północnoamerykańskich Czirokezów Atali to miejsce, z którego rozprzestrzenili się ich przodkowie na cały świat natychmiast po katastrofalnym potopie. Noszący nazwę utraconej ojczyzny najwcześniejszych przodków Majów Atitlán to pełen jezior region w departamencie Sololá, na centralnych wyżynach leżących w południowo-zachodniej Gwatemali. W euskara, języku ludu Basków, Atlaintika jest nazwą zatopionego królestwa, z którego przodkowie przybyli do Zatoki Biskajskiej. Atlatonan była „córką Atlaloca”, ubraną na niebiesko dziewicą, którą rytualnie zatapiano, by mógł ją zapłodnić aztecki bóg deszczu. Podobieństwo jej losów i imienia do Atlantydy – dosłownie „córki Atlasa” – jest tak oczywiste, że trudno je uznać za zwykły przypadek.

Wbrew temu, co twierdził narrator Uncovering Atlantis, zatopiona cywilizacja nie została zapomniana na 2000 lat po Platonie. W czasach klasycznych była tematem niezliczonych dyskusji czołowych myślicieli świata grecko-rzymskiego, w tym Arystotelesa, Strabona, Posejdoniosa, Kantora, Plutarcha i Diodora Sycylijskiego. Większość z nich, nawiasem mówiąc, wierzyła, że Atlantyda rzeczywiście istniała. Tak samo uważali XVII-wieczni uczeni – Athanasius Kircher w Prusach i Szwed Olof Rudbeck. Narrator filmu zapytał: „Co archeolodzy sądzą o Atlantydzie?” Wielu badaczy zjadliwie odpowiadało przed kamerą: „Bzdury!”, „Podstęp!”, „Niedorzeczność!”, „Wymysł!” Te okrzyki świetnie oddają charakter pseudodokumentu pokazanego przez The Learning Channel. Z pewnością to narrator zachowuje się podstępnie, kiedy opisuje samozwańczego demaskatora: „Ken Feder stał się ekspertem w wyszukiwaniu różnych dowodów, które mają potwierdzić, że Atlantyda była lub nie była źródłem wszystkich cywilizacji”. W tym momencie pokazany zostaje profesor sortujący rdzenną ceramikę amerykańską, wśród której znajdują się przykłady naczyń z wczesnego okresu kolonizacji. Ponieważ podczas swoich nieformalnych badań terenowych nie znalazł dowodów na atlantydzką ingerencję, doszedł do wniosku, że w rolniczym stanie Connecticut nie można potwierdzić istnienia starożytnych gości z „zaginionego kontynentu”. Niestety taka argumentacja nie wystarcza, by udowodnić, „że Atlantyda była lub nie była źródłem wszystkich cywilizacji”.

Te żałosne próby ośmieszenia zaginionego imperium wsparte są narracją, według której wyraźne podobieństwa między piramidami Starego i Nowego Świata są jedynie przypadkowe. Jak wypowiada się autorytatywnie Feder: „Piramidy nie mają absolutnie żadnego związku z Atlantydą”. Zaprzecza on, jakoby piramidy Ameryki Środkowej można było porównać z sumeryjskimi zigguratami, a zwłaszcza z wczesnymi egipskimi piramidami schodkowymi. A jednak piramida zbudowana w czasach Trzeciej Dynastii przez faraona Dżesera w Saqqara wykazuje wiele podobieństw z piramidą wybudowaną przez Majów w Palenque na Jukatanie. Poza tym, że budowle te są piramidami schodkowymi, obie zawierają podziemne komory z korytarzami zstępującymi. W Palenque złożono ciało króla o imieniu Pacal. Praktyki pogrzebowe i towarzyszące im wierzenia były niezwykle podobne do tych w Starym Świecie. Świat pozaziemski był wręcz identyczny w Ameryce Środkowej i w egipskim systemie wierzeń. W Egipcie jeden z etapów rytuału pogrzebowego nadzorował krokodyl, cibak, natomiast cipak w nahuatl jest aztecką łodzią pogrzebową w kształcie aligatora.

Duszę ludzką wyobrażano sobie identycznie w Egipcie i w Ameryce Środkowej. W sztuce świątynnej w dolinie Nilu ba ukazywane było pod postacią ptaka z głową człowieka i często wznosiło się nad grobem. Relief na świątyni Majów w Izapa podobnie ukazuje wylatującego z grobowca ptaka z głową człowieka. Malunki ścienne w Palenque zadziwiająco przypominają egipską technikę malarską. Postacie Majów, podobnie jak egipskie, są ukazywane w rzędach, a stopy i głowy notabli przedstawione z profilu. Znajdujący się wśród wyposażenia grobowego, zbliżonego do egipskiego, sarkofag Pacala i jego kolczyki są pokryte hieroglifami. Władca nosił naszyjnik wysadzany drogimi kamieniami przyciętymi w kształt kwiatów i owoców, który równie dobrze mógł wyjść spod ręki egipskiego rzemieślnika. Podstawa sarkofagu, podobnie jak w przypadku sarkofagu Dżesera, była tak wykonana, że można go było ustawić pionowo, ponadto Pacal miał sztuczną brodę, podobnie jak faraonowie.

Amerykański mierniczy Hugh Charleston junior odkrył w 1974 roku, że wybudowana w Palenque Świątynia Napisów nie pasuje do systemu metrycznego Majów, który opierał się na jednostce hunab, odpowiadającej 1,059 metra. Odkrył za to, że budowla ta została zaprojektowana w egipskich „królewskich łokciach”. Znajdowało się w niej mające 7 metrów wysokości wielkie pomieszczenie o wymiarach 4 na 9 metrów, a zwieńczał ją kamienny strop podobny do tego, który znajduje się w Komorze Króla w Wielkiej Piramidzie w Gizie. Alberto Ruz Lhuillier, konserwatywny meksykański archeolog, który odkrył miejsce ostatniego spoczynku Pacala, przyznał, że komora ta w wielu szczegółach bardzo przypomina egipski odpowiednik. Wokół wymyślnie wyrzeźbionego sarkofagu Pacala znajdowały się posążki jadeitowe solarnego bóstwa Kinich Ahau, „Pana Oka Słońca”. Nie różnią się one od uszebti lub „odpowiadaczy”, czyli małych figurek z fajansu składanych w grobowcach egipskich. Co więcej, egipski bóg słońca Horus był nazywany „Panem Oka Słońca” i czczono go jako ubóstwione wcielenie króla.

Jadeit był najważniejszym obrzędowym kamieniem w Ameryce Środkowej, ponieważ symbolizował wody Atlantyku, przez które niosący cywilizację przodkowie Majów przybyli na wybrzeża Jukatanu. W azteckiej wersji opowieści o potopie do grupy przodków należała księżniczka Chalchuitl, z którą utożsamiano jadeit. Statuetki jadeitowe Pacala nazywały się zresztą chalchuitls.

Producenci Uncovering Atlantis nie tylko zaprzeczają istnieniu kulturalnych podobieństw Starego i Nowego Świata, ale, co gorsza, opisują każdego, kto uważa, że Atlantyda istniała naprawdę, jako potencjalnego seryjnego zabójcę. Oglądając zdjęcia archiwalne Adolfa Hitlera i jego zwolenników, słuchamy, jak narrator mówi: „Czołowi naziści wierzyli, że rasa panów przybyła z Atlantydy. Jednym z najbardziej zagorzałych zwolenników tej teorii był Heinrich Himmler, zwierzchnik SS. Rozkazał on nawet niemieckim naukowcom, by poszukiwali potomków atlantydzkiej rasy wyższej w miejscach takich jak Andy czy Tybet. Analizowali oni cechy fizyczne mieszkańców tych ziem, by odkryć ślady dowodów potwierdzających tezę Himmlera, według której jego aryjscy przodkowie, Atlantydzi, kiedyś tam przebywali. Przekonanie o pochodzeniu z Atlantydy wspierało wiarę nazistów w wyższość aryjskiej rasy panów”.

I ktoś tutaj wspominał o „wymysłach”! Po 20 latach badań nie potrafię znaleźć choćby jednego „czołowego nazisty, który wierzył, że rasa panów przybyła z Atlantydy”. W obszernej literaturze Trzeciej Rzeszy w ogóle nie ma słowa „Atlantyda”. Nie jest ona wspominana ani w Mein Kampf, ani w licznych przemowach Hitlera. W jego wielotomowej książce Rozmowy przy stole pojawia się tylko raz, podczas poobiedniej dyskusji na temat prehistorycznych legend. Himmler nigdy nie słyszał o Atlantydzie i nie interesował się Atlantydami, skupiał się jedynie, jak wynika z jego biografii, na Niemczech. Alfred Rosenberg, najbardziej znany filozof nazistowski, nawet słowem nie wspomina o Atlantydzie w swojej najważniejszej pracy Der Mythus des 20. Jahrhunderts (Mit XX wieku). Nazistom przypisywano wiele rzeczy, nie można ich jednak oskarżać o to, że próbowali usprawiedliwić „wyższość aryjskiej rasy panów” przez dowodzenie swojego atlantydzkiego pochodzenia.

Opierając się na przewrotnym widmie nazistowskich atlantologów, Feder wyjaśnia: „Kiedy dochodzimy do czegoś takiego jak zaginiony kontynent Atlantyda, lepiej przyjmijmy, że cywilizacje rozwinęły się mniej lub bardziej niezależnie, aby nikt nie mógł powiedzieć: »niektórzy ludzie są lepsi od innych, niektórzy są mądrzejsi«, ponieważ wiemy, co się stanie, jeśli w to uwierzymy. Nie uważam, że wiara w Atlantydę jest pierwszym stopniem prowadzącym do ludobójstwa lub holokaustu. Sądzę jednak, że wiara w fantazje prowadzi nas do miejsc, do których tak naprawdę wcale nie chcemy dotrzeć”.

Innymi słowy, nie należy kwestionować doktryny, według której wiara w istnienie Atlantydy prowadzi do rasistowskiego ludobójstwa. Kryjące się za tym oskarżenie krzywdzące ludzi, którzy nie boją się występować przeciwko oficjalnym poglądom, może brać się jedynie z głębokiego strachu części konwencjonalnych uczonych. Wyczuwają oni, że wciąż rosnąca liczba przekonywających dowodów dostarczanych przez współczesnych atlantologów naraża na szwank ich kariery. Bezsensem jest twierdzenie, że ktokolwiek chciałby wykorzystać Atlantydę, by udowodnić, że „niektórzy ludzie są lepsi od innych, niektórzy są mądrzejsi”. Wręcz przeciwnie, badacze chętnie poszukują tradycji ludowych w wielu miejscach świata, traktując je jako ważne dowody potwierdzające istnienie Atlantydy. Są to te same tradycje, których uczeni z establishmentu nie chcą brać pod uwagę, z protekcjonalnym uśmieszkiem nazywając je „mitami”. Zakładają oni, że wiedzą lepiej niż same te społeczności o ich prehistorii. I kto tu jest prawdziwym „rasistą”?

Takie pozbawione taktu wypowiedzi wygłaszają w środowisku akademickim niektóre osoby pozbawione umiejętności obiektywnego spojrzenia oraz cechujące się małostkową arogancją i ignorancją. Uncovering Atlantis nie informuje o zaginionej cywilizacji, ale mówi nam wiele o małodusznych ludziach, oczerniających innych, aby utrzymać zagrożone dogmaty. Jednak to właśnie doktryna nietolerancji coraz bardziej się kompromituje, podczas gdy Atlantyda powstaje w umysłach wielu ludzi, a nawet się umacnia.

4. INKWIZYCJA: PROCES IMMANUELA VELIKOVSKY’EGO

Peter Bros

Batalia o opublikowanie przełomowej książki Worlds in Collision

W latach 40. XX wieku urodzony w Rosji Immanuel Velikovsky, badacz i znawca języków, natknął się na pewien starożytny rękopis. Gdy go przeczytał, uwierzył, że wymienione w Biblii plagi rzeczywiście kiedyś się wydarzyły. Jego zdaniem starożytne wzmianki były odzwierciedleniem prawdziwych wydarzeń, a źródłem biblijnych plag mogło być pojawienie się wielkiej komety, która – jak to przedstawiają starożytne pieczęcie sumeryjskie – walczyła z Ziemią, mijając ją na niebie. Velikovsky doszedł do wniosku, że kometą tą była w istocie Wenus. Planeta znalazła się w Układzie Słonecznym kilka tysięcy lat temu, a mijając Ziemię i Marsa, zmieniła ich ówczesne orbity. W rezultacie intruz zajął miejsce na niemal okrągłej orbicie pomiędzy Merkurym a Ziemią. Oryginalne odkrycia badacza zostały opublikowane w książce zatytułowanej Worlds in Collision (Zderzenie światów). Velikovsky zdawał sobie sprawę z tego, że jego wnioski pozostają w sprzeczności z „mechaniką nieba” Newtona. Jeśli wszystkie planety znalazły miejsce, kiedy formował się Układ Słoneczny, nie było możliwe, by pojawiła się w nim kolejna, a już na pewno nie w ciągu ostatnich 5000–10 000 lat. Ta interpretacja była czymś więcej niż zwykłym przypuszczeniem czy pomysłem. Stała się wręcz „faktem”, i to solidniejszym niż fundamenty uniwersytetów, na których profesorowie wygłaszali wiele podobnych niepodważalnych „faktów”.

4.1. Kontrowersyjny badacz i pisarz Immanuel Velikovsky (1895–1979).

Jednym z takich uniwersytetów był Harvard położony w Bostonie, mieście nazywanym bastionem bezchmurnego nieba. I chociaż Boston jest dość pochmurnym miastem, wybitni astronomowie, tacy jak harwardzki uczony Harlow Shapley, potrafią dostrzec czasami światło, kiedy ich umysły nie są zachmurzone „rzeczywistościami” i „faktami”.

Velikovsky, podekscytowany dokonanymi przez siebie odkryciami, zwrócił się do Shapleya po prostu dlatego, że profesor był najbardziej znanym astronomem swoich czasów.

Shapley, który nie znosił czytać cudzych książek, zgodził się rozpatrzyć teorie Velikovsky’ego, pod warunkiem że przynajmniej jedna trzecia przyciągnie jego uwagę. Zgodził się też, by uczynił tak jego kolega z uczelni, znany harwardzki filozof Horace Kallen.

Później jednak Shapley zrezygnował z większej części lektury. Kallen w recenzji wymienił zalety pracy Velikovsky’ego i dodał, że jeśli autor udowodni swoje racje, trzeba będzie zrewidować powszechnie panujące przekonania w astronomii, a także w innych dziedzinach nauki. Wtedy Shapley ruszył do ataku.

„Sensacyjne twierdzenia doktora Immanuela Velikovsky’ego w ogóle mnie nie interesują – zaczął – ponieważ jego wnioski są wyraźnie oparte na niemiarodajnych danych”. Miało to oznaczać: skoro jego wnioski sprzeciwiają się panującym teoriom, rezultaty nie mogą być oparte na faktach.

To był dopiero początek. Jeśli hipoteza Velikovsky’ego dotycząca komety jest słuszna, kontynuował uczony, „prawa Newtona są błędne. Innymi słowy, jeśli doktor Velikovsky ma rację, my, pozostali, jesteśmy szaleńcami”.

Możemy wyobrazić sobie wewnętrzną walkę Shapleya. Mechanika nieba Newtona, najważniejsza koncepcja w astronomicznej hierarchii uczonego, stanowiła szablon, do którego przykładał on inne rzeczywistości. I oto pojawia się jakiś doktor mający zaledwie medyczny stopień naukowy, czyli Velikovsky, i maluje obraz rzeczywistości pozostający w sprzeczności z wizją, w którą Shapley gorąco wierzył. Podważając wyobrażenie uporządkowanego Układu Słonecznego, który miał działać w taki sam sposób przez całą wieczność, Velikovsky ukazał Układ Słoneczny, który Shapleya zezłościł.

Shapley wyraził swoją wściekłość tak samo, jak robi to większość ludzi.

Najpierw sprawdził, kto dokładnie wywołał u niego takie emocje, a następnie zaczął przypuszczać atak na nieszczęsnego winowajcę.

Cóż, większość z nas stara się znaleźć ujście swojej złości, poszukując jakiegoś rozwiązania. Kiedy gniew wywołany jest konfliktem między rzeczywistością a postrzeganiem tej rzeczywistości, natomiast konflikt ten wydaje się efektem działalności jakiegoś osobnika, wtedy najlepszym rozwiązaniem może okazać się usunięcie tej osoby. Takie może być pobłażliwe wyjaśnienie późniejszego zachowania Shapleya, trudno jednak wytłumaczyć, dlaczego ten wybitny uczony posunął się aż tak daleko.

Koniec wersji demonstracyjnej

PRZYPISY

[1] Gra słów. Druga część nazwy Komitetu – COP – to po angielsku odpowiednik polskiego potocznego określenia policjanta: glina (przyp. tłum.).

[2] Dwudziestego trzeciego marca 1989 roku w Salt Lake City naukowcy Stanley Pons i Martin Fleischmann ogłosili, że odkryli „zimną fuzję” – reakcję nuklearną przeprowadzaną w temperaturze niemal pokojowej, która mogła wytwarzać energię elektryczną.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zakazana nauka Zakazana historia ludzkości 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wielka czwórka Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu