Dwie śmierci

Dwie śmierci

Autorzy: Tadeusz Sobusiak

Wydawnictwo: Autorskie

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 12.72 zł

„Dwie Śmierci” to dwa zaskakujące opowiadania. Poza ciekawymi dialogami znajdziemy w niej sporą dozę czarnego humoru. Jest to debiut literacki autora, który za cel postawił sobie zaprezentowanie historii głębokich i poruszających.
W pierwszym opowiadaniu poznajmy losy starego stróża Muczkiego Iwanowa. To historia człowieka, który u kresu swojego życia, wspomina swoją przeszłość, ukochaną żonę i utracone relacje międzyludzkie. Iwanow umiera tragiczne – w samotności, targany sprzecznymi emocjami, niezauważalnie, tak jak wyglądało całe jego życie.
W drugim opowiadaniu dowiadujemy się o losach pewnego zapatrzonego w siebie młodego malarza – i Marty, pięknej dziewczyny zagubionej w pędzącym świecie. Ale czy zakończy się to tak jakbyśmy tego oczekiwali?
Oba opowiadania wprowadzają nas w atmosferę zaskoczenia, zadumy, zaciekawienia i obcowania z przystępną prozą.

Tadeusz Sobusiak

DWIE ŚMIERCI

Projekt okładki

Natalia Styrnol

Korekta

Katarzyna Olędzka

Skład i łamanie

Sławomir Drachal

© Copyright by Tadeusz Sobusiak

ISBN 978-83-949356-0-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Kontakt

www.rozpisani.pl

info@rozpisani.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

ŚMIERĆ IWANOWA

ŻYCIE I ŚMIERĆ

Prawie nikt nie wiedział, że miał na imię Muczki. Dziwne to imię (które dała mu matka), więc wcale się nim nie chwalił. O tym, że nosił nazwisko Iwanow wiedzieli wszyscy, którzy go znali. Był stary, ale jak bywa z ludźmi, którzy długo zachowują dobre zdrowie, nieszczególnie przejmował się swym wiekiem. Doświadczył w życiu wielu trudów, z których nigdy by nie zrezygnował, nawet gdyby mógł żyć jeszcze raz i wybrać sobie, gdzie chciałby się urodzić i kim chciałby być. A gdyby musiał z jakiś powodów to zrobić, najmniej interesowałby go los człowieka, który ma wszystko, co zechce, ale nie troszczy się o bliskich. Jak na ironię wiódł żywot samotny. Do ludzi zaś odnosił się specyficznie.

Czytać i pisać umiał, ale nie lubił. Trzymał na półce jedną medyczną książkę, przed laty przypadkiem wypożyczoną w bibliotece – pracowała tam pewna dziewczyna, którą chciał wziąć za żonę. Przeczytał pieczołowicie pierwszą stronę książki i zostawił ją sobie na pamiątkę po niespełnionej miłości.

Nie dbał o siebie. Pewnie dlatego wyhodował na rękach z dziesięć kurzajek. Paznokcie u rąk i nóg mu pożółkły. Wypadły mu zęby. Gdyby dobrze się przyjrzeć, zostało ich osiem: pięć w szczęce i trzy w żuchwie.

Mieszkał w suterenie starego domu, w skromnym pokoju z piecem i drewnianą podłogą. Sprzątał codziennie dokoła niego i w środku, wypełniając obowiązki dozorcy. Nie powinien zamiatać przykładowo w niedzielę lub bodaj w święto narodowe. Nikt mu za to nie płacił. Miał ten zakaz nawet zapisany w umowie o pracę. Ale uważał się za bardziej potrzebnego, gdy pracował więcej niż to konieczne. Inna sprawa, że tej umowy nigdy w całości nie przeczytał. Oddał ją zaraz po podpisaniu swemu pracodawcy Boczarowi, właścicielowi kamienicy. Jemu zawdzięczał to zajęcie, a więc i swoją doczesność. Gdzie więc byłaby bezpieczniejsza? To też coś o Iwanowie mówiło.

Jeśli zaś chodzi o ich wzajemne stosunki, to ze strony Muczkiego było to wierne oddanie, a z tej drugiej raczej życzliwie mu pobłażanie. Kiedy się poznali, w dniu przyjęcia Iwanowa do pracy, ten tylko trochę starszy od niego pan zaproponował mu u siebie w domu szklankę bajecznie wyglądającego bursztynowego alkoholu, który pachniał lekko jodyną i smołą, a nazwę miał tak obco brzmiącą, że Iwanow jej nie zapamiętał. Odmówił wspólnego picia, gdyż uważał, że nie przystoi mężczyźnie załatwiać żadnych spraw przy alkoholu. Później żałował, że zachował się tak niekulturalnie. A jeszcze później doszedł do wniosku, że to małe nieporozumienie prawdopodobnie pomogło scementować ich krótką znajomość.

Iwanow nie pił w domu, tym bardziej w pracy. Ani nawet na zakrapianych spotkaniach, na które był zapraszany i w których od czasu do czasu brał udział ze swą żoną. Kiedy wszyscy na takim raucie upijali się, oni tańczyli na uboczu lub siedzieli przy samym końcu stołu i skrycie żartowali sobie z ochlaptusów. Złościł się na sąsiada o przezwisku Kazan, który mając do niego zwykle późniejszy interes, podstawiał mu wódkę pod drzwi szopy przed domem. Wódkę, wódkę. Gdyby to była zwykła wódka, oddałby ją komuś w prezencie albo sprzedał. A to był najgorszy samogon, który palił w środku tak, że mało co nie przepaliłby żołądka. Następnego dnia rozsadzało po nim czaszkę. Skąd to wiedział? Pewnego zimowego wieczoru, kiedy rozmyślał o swojej ukochanej, zrobiło mu się na sercu tak ciężko, że wziął ten zmrożony na kość szatański trunek i się go napił. Wpierw stał się wesolutki, szczęśliwy i chętny do jakiejkolwiek zabawy. Aż nagle poczuł, że ma kawałek jakby lawy w żołądku. W końcu zupełnie odjęło mu rozsądek i padł na łóżko znużony. Spał z dziesięć godzin. Następnego dnia łeb pękał mu w szwach. Bardzo żałował swego postępku.

Życia nie celebrował w żadnej mierze. Niegdyś tak, owszem, ze swoją kobietą. Ale to też tak najprościej jak się da. Na szczęście na starość nie popadł w żadną melancholię, bezprawie, uwielbienie dawnych czasów czy jakiekolwiek inne odchyły. Uznawał jedynie te prawa i zasady, które by go nie wywyższały ponad innych: wstawał przed wschodem słońca, za robotę brał się z ochotą, skromnie jadł, spał i egzystował.

Zazwyczaj oczy szkliste, jak u radosnego dziecięcia, same po tylu latach w punkt mu się otwierały. Zapodział gdzieś przez to budzik, następnie grzałkę – kawałek grubego miedzianego drutu, płasko osadzonego na przypalonej ceramicznej podstawce, z nijak przymocowanym przewodem elektrycznym, który miał ubiegłej jesieni wymienić na nowy – ustawiał na wprost siebie, podłączał do prądu, kładł nań metalowy kubek z wodą i wsypywał doń łyżkę najgorszej drobno zmielonej miętowej herbaty. Następnie nakrywał się kołdrą i ciepło opatulony czekał na tę herbatkę jak na zabawienie. Lubił przez chwilę posłuchać odgłosu bulgoczącej wody. Dziwił się wtedy, jak to kiedyś ludzie żyli bez elektryczności. Pił swój gorący napój, szczególnie w chodne poranki, tak szybko, że parzył sobie usta i język.

Kiedyś grzałka zawsze stała przy krawędzi stołu, aby móc zaparzać herbatę, nie ruszając się praktycznie z posłania. Ale pewnego dnia zapomniał to dziadostwo wyłączyć. W ciągu dnia zwój drutu wciąż się nagrzewał. Wieczorem wrócił z pracy, legł zmęczony na łóżku i od razu zasnął. Wtedy zaczęła topić się od gorąca cerata na stole. Gdyby przed snem to zobaczył, na pewno wszystkiemu by zapobiegł. Ale jakimś niefartem tak się nie stało. Skroplony plastik zaczął kapać mu na brodę i policzek. A śniło mu się, że wredna mucha chodzi mu po buzi w letni skwar, lecz był to ów gorąc dowodnie piekielny. Zbudził się w ostatnim momencie. Na szczęście, mój Boże, nie wypaliło mu oczu. Tego by jeszcze brakowało, aby oślepiony dziad dogorywał w swej norze.

Następnie masował nadwyrężone nadgarstki i kark, zastanawiając się, co jest do zrobienia w obejściu – gdzie zebrać śmieci, które liche krzewy przystrzyc, gdzie i co ponaprawiać. Kiedy szczególnie niemiła sprawa nie dawała mu spokoju, rozniecał się zaraz w wewnętrznej dyspucie i tak długo ją sobie obrabiał, aż stawała się zwykła, powszednia, a nawet miła. Mała rzecz pozostawiona bez takiej umysłowej „opieki” mogła nabrać takiego pędu i wielkości, że chcąc nie chcąc odciągałaby go od pracy. W tej sposób rozwiązywał różne swe duchowe bolączki. Kiedy myśli zaczynały płynąć bez przeszkód, ale nie dalej niż po trzech kwadransach, mył ręce, twarz i tyłek, chował kromkę chleba za pazuchą i szedł na podwórze.

Przerw podczas pracy nie uznawał. Dopiero kiedy dom od swego okna do kubłów na odpadki dokoła posprzątał – w zimie ze śniegu i błota, a w lecie z farfocli, kurzu, piasku i innych śmieci – jadł tę grubo krojoną pajdę, którą też w ćwierci kruszył i rozrzucał ptakom. Uważał, że nie przystoi jeść w pracy, kiedy jest się steranym. Chleb zaś w kieszeni nie zestarzeje się tak szybko, jak na talerzu.

Poza tym jadał wieczorne posiłki, by odzyskać siły: ziemniaki, kapustę, fasolę, cebulę, smalec i chleb – te najlepsze delicje. Czasem pewien znajomy młody robotnik najemny, który przyjeżdżał do miasta w odwiedziny do swojej rodziny, przywoził mu setkę jaj ze wsi za darmo. Cztery ugotowane jadł na śniadanie i cztery na kolację. I może ze dwa w nocy. Panisko był!

Wcześnie zaczynał zamiatać, ponieważ uważał, że kiedy wzejdzie słońce wysoko i zacznie się ruch na ulicach, robi się na to za późno. Jeśli spotykał kogoś znajomego, miał na uwadze pewną swą zasadę, że „godziwym trzeba być dla żywych, bo do kogo przyjdzie zła passa, już się może to nie zmienić, a potem zgubna kostusia odwiedzi delikwenta”. Życzył mu serdecznie takimi słowami: „Witam szanowaną panią, pana, panienkę, młodego pana”. I łopatą tak zamaszyście odrzucał śnieg albo tak wysoko majtnął miotłą, żeby myśleli, że specjalnie dla nich tak się stara. Za ich plecami wykonywał zaś znak krzyża, mając pewność, że przez resztę dnia chroni ich Boża opatrzność.

Zwykle pracował do wieczora. W piękne dni wiosenne i letnie wpierw obrobił obejście, a później szedł dwa kilometry do swego skromnego ogródka i na kolanach pielęgnował marniutkie grządki, przypatrywał się nowym listkom, gładził roślinki, szeptał do nich, podlewał. I był z każdej dumny, jak rodzic z rosnących syna czy córki. Zawsze tam te zieleniny trochę się rozkrzewiały. Przed wieczorem zasiadał na stołku przed domem. I skrobał deskę na małe spławiki, które sprzedawał za parę groszy. Następnie przynosił z piwnicy wiaderko przemarzniętych miękkich ziemniaków, leżących w stosie od jesieni, i ugotowane ugniatał w garnku z mlekiem i kapustą. Przed nocą zaś ustawiał wentylator przy łóżku (z powodu swej tuszy bardzo się pocił podczas upalnych nocy), który zabrał z ulicy nie dalej jak dwa lata temu, dziwiąc się, że ktoś pozbył się go pochopnie.

Jesienią było nieco inaczej. Wiele pilnych spraw było do zrobienia w domu: umocować wypadające cegłówki w ścianie, zamalować farbą olejną przeschnięte grzyby na sufitach, zreperować starą szafkę na klatce i inne meble, sprawdzić rynny i tym podobne. Wykonywał naprawy od kanalizacji po sam dach. W tym też czasie na działkach wyrzucano różne śmieci z posesji. Przebierał je popołudniami z zainteresowaniem i nie bez pożytku. Butelki, żelastwa i szmaty sprzedawał w skupie. Resztę wywoził gdzie trzeba albo palił.

Wtedy też zaczynał się pochód u niego w mieszkaniu. Ludzie znosili do niego różne graty do naprawy. Tak było i jest, że za największe porządki ludzie zawsze zabierają się od jesieni – taka to widać ich natura czy zwyczaj. A on, jak na ciecia przystało, przyjmował tę dodatkową robotę. Czasem przez te wszystkie rupiecie trudno było mu się poruszać w tej suterence z szafką, łóżkiem i stołem, szerokiej na pięć–sześć długich kroków w jedną i na pięć–sześć w drugą stronę. Wszędzie gdzieś coś stało.

Od niedawna przychodzili do niego nawet mieszkańcy sąsiednich domów. Ci, co go znali jako „ze sprawami dla złotej rączki”. Nikomu nie odmówił. Zawsze przydało się parę groszy dodatkowego zarobku. Najgorzej czuł się, kiedy z miną niefrasobliwą, taszcząc z wysiłkiem skrzynię z narzędziami, szedł do dziada, pijaka, osiedlowego łazika albo do innego „dobrego sąsiada”, bo go poprosił, a który uprzednio zalazł mu za skórę jakąś złośliwością. Tak czy inaczej, wszystkie te wizyty zwykle odbywały się bez niepotrzebnej gadaniny.

– Co zepsute?

– A to i to. Ile?

– Ile łaska.

Czasem ktoś zapytał zdawkowo, jak się miewa: „Iwanow, co u ciebie?”. Iwanow to, Iwanow tamto. Od miesięcy nic konkretnego nikomu nie odpowiedział. Tylko odmrukiwał albo podawał dzień czy godzinę, o której będzie można odebrać sprzęt. Gdy ktoś jednak nie przestawał dopytywać, to taki mu się na twarzy robił grymas, że temu pierwszemu od razu odechciewało się dyskusji. Zbrzydły mu te małe uprzejmości, które wciąż są niby takie niezbędne. Wielkich dyskusji też miał dość. Uważał, że im człowiek głupszy, tym więcej gada. Stąd wszyscy brali go za małomównego. A przecież wiadomo było, że serce miał gorące jak najodważniejszy wojownik, czarowny kochanek i niewinny wróbelek, a tacy ludzie zawsze mają coś sensownego do powiedzenia.

Nie był takim jak kiedyś, to prawda. Nie żeby tak do końca nie chciało mu się rozmawiać. W końcu nie da się żyć zupełnie nic nie mówiąc. Tematów też by nie brakowało. Czasami przychodziło mu do głowy ich aż za dużo. Ale milczał tak naprawdę w obecności innych osób z powodu dziwnego wewnętrznego stwardnienia. Jakby płuca, gardło, żebra, żołądek, mięśnie i wszystkie bebechy zrosły się w jedno. „Tuszka cię przytuli i odejmie ci to skamienienie” – powiadał od rzeczy, kiedy miał tego dosyć.

Dziś zbudził się niezdrów. Było tuż przed świtem. Pomarszczone czoło miał rozpalone, stopy przeciwnie – trupio zimne. Tak mu do tego zdrętwiały, że nie mógł nimi poruszyć. Przeraził się nagle, że jest sparaliżowany. Zgiął się, stękając nieświeżym oddechem, i obmacał nogi od bioder do kolan, sprawdzając, czy zachował w nich jakiekolwiek czucie. Po chwili ucieszył się, że jednak działają jak należy, lecz zły stan zdrowia zaraz odebrał mu tę krztynę radości. Jął badać sobie puls.

„Istniejesz, stary” – pomyślał i zasnął znowu.

Choć swój koniec dalece przeczuwał, nie bał się go i nie wyczekiwał. Nikt nie wie, kiedy zjawi się śmierć, to oczywiste. Ale jemu ta niepewność względem własnego terminu zawsze była obojętna. Raczej w chwilach zwątpienia, kiedy poczuł się słabo lub był tak przemęczony, że ledwo wstawał z łóżka czy odrobinę niedomagał z różnych innych powodów, wspominał, jaki był kiedyś, kiedy miał lat osiemnaście – silny, szczupły, zwinny i żywy. Dziewczyny we wsi, w której mieszkał, zalotnie mu się wtedy przyglądały. On by zdobyć przychylność najładniejszej z nich, przepływał samotnie wpław jezioro. A nie było to zwykłe bajoro. W najwęższym przesmyku miało dwieście metrów! Czarna, głęboka i zdradliwa była to woda. Niejeden pływak się tam utopił. Ludzie z okolicznych wiosek mówili, że na dnie spoczywa setka ciał różnych śmiałków, którzy próbowali przepłynąć jezioro. On kpił z tego. Czy podczas wspólnej zabawy skakał z piędzi drzewa z wysokości kilku metrów wprost w odnalezioną uprzednio brzeżną głębinę. Nie wspominając o tym, jak wytrwale pracował w polu.

Otworzył powieki po kilku godzinach. W pokoju było zimno jak w mroźni. Nie miał siły, by usiąść i w kubku przygotować ulubioną herbatę. Pościel była mokra i skotłowana. W pokoju żarzyła się mizernie jedna żarówka, osadzona na kiju pionowo przymocowanym do stołu. Odchodził od niej kabel, którego drugi koniec wetknięty był do prądu za łóżkiem. Drucik w szklanej bańce był cieńszy niż włos, już dawno powinien był się wypalić. Jedyne okno pod sufitem częściowo zasypał śnieg. Wpadała do środka wąska połyskliwość od ulicznej latarni.

– Co byś zrobił, gdybyś zmarł z zimna, jak ci inni tobie podobni? Ehe, ehe… – Zakaszlał, po czym uśmiechnął się gorzko i dokończył: – Nic by się nie stało. Poleżałbyś dłużej, zanim by cię zjadło robactwo”.

Wczoraj wieczorem, kiedy jeszcze nic nie zapowiadało jego choroby, ledwie napalił w piecu. Jak zwykle za ochronę przed zimnem miały starczyć stare poduszki, kołdry śmierdzące stęchlizną, dziurawe i przeżarte przez mole koce, które od dawna zbierał. Połową tego nakrywał się w nocy, a drugą połowę trzymał równo złożoną w kwadrat przy piecu. O czwartej nad ranem mróz przyszedł ogromny i wszystko – meble, podłogę, szklanki, przybory toaletowe, drzwi i buty – pokryła mroźna warstewka. Wtedy prowadzony chyba swym szóstym zmysłem wstał i w malignie dołożył kilka drew do pieca. Na kilka godzin zrobiło się ciepło.

Gdyby naprawdę dziś zmarł, najwyżej czworo ludzi mogłoby się tym przejąć. Pierwszą osobą byłaby sąsiadka z samej góry. Kobieta okropnie zezowata. Mająca głosik cieniusieńki jak piórko i bardzo, ale to bardzo usłużna dla wszystkich. Wiedząc, jak nędznie żyje stary, stawiała od święta pod jego drzwiami litr mleka. Lubiła go, choć on podśmiewywał się z jej wyglądu. Drugą byłby właściciel kamienicy. Rzadziej ostatnio do niego przychodził. Trzecia to siostra Tuszy. Lubił bawić się z jej córeczką. Udawał dla tej małej sikorki strasznego dziada. Przykładał ręce do głowy, imitując te różne dziadowskie nakrycia głowy, lub chodził pod domu tak, aby myślała, że jedną nogę ma krótszą. Tuliła się do niego ze strachu. No, ale jako że dawne to dzieje i kontakt z nimi dawno się zerwał, osoba Iwanowa pewnie jest im zupełnie obojętna.

W każdym razie na jego pogrzeb nikt by nie dał grosza. Myliłby się ten, kto sądziłby, że Iwanow nie przygotował się i na taką ewentualność. Kto pierwszy by go znalazł nieżywego, miał wrzucić jego zwłoki do dziury i przysypać ziemią. A jak miałoby się to konkretnie odbyć? Nie dalej niż pół roku wcześniej, martwiąc się ogromnie, że nie będzie, co zrobić z jego ciałem po śmierci, wpadł na pewien pomysł, który od razu wcielił w życie. Wyją kilka desek z podłogi, mniej więcej pośrodku pokoju. Bił w zbitą ziemię kilofem i wybierał grudy gołymi rękami. Wory z ziemią ustawił przy piecu w kącie, na lewo od okna. Obawiał się, że robactwo z ziemi rozlezie się po domu. O dziwo, ziemia w niespełna tydzień przeschła i gadzina wyzdychała. Uprzednio narysowaną prostą mapkę dla swego przyszłego grabarza, na której zaznaczył, gdzie stoi łopata, świeczka i zapałki, ziemia oraz jak wyciągnąć deski z podłogi, zawiesił na haczyku nad zlewem. Lepiej było spocząć w miejscu, gdzie się żyło, niż gdyby bezduszny grabarz miał wyrzucić jego ciało do byle dołu.

– No widzisz – rzekł, nie mogąc szybko się obudzić. Leżał kwadrans i ciężko wzdychał. Usta i język miał jakby z grubego papieru. Rękami ledwie poruszał. Nogi bolały i były słabe, nie utrzymałby się na nich długo. Głowa ciążyła, a rozum był przepastny i głuchy. Zimny pot spływał mu po plecach. Nie mógł zorientować się, która godzina. Martwił się, że zaspał do pracy. Przyłożył dłoń do dłoni, jedna była zimna, druga gorąca jak żelazko. Mierzył sobie jeszcze raz tętno. Wiedział, jak to się robi. Gdy w dzieciństwie chorował, matka schwyciwszy go za rękę, odnajdywała palcem w miękkiej części nadgarstka żyłę i liczyła po cichu to cudowne bicie. Do takiej doszła w tym wprawy, że czasem w kilka sekund wiedziała, czy jest chory, czy udaje.

Śnił bardzo silnie. Na początku była to zwykła historia – gdzieś chodził i z kimś rozmawiał, było mu nawet przyjemnie. Nagle, nie wiedzieć dlaczego, zmieniło się to w okropne, rozwleczone widziadło. We śnie wznosił ciężką rękę, jakby była z metalu, i próbował nią odgonić koszmary. W czas poprzedzający agonię mógł mieć te właśnie sny: ciemne, zdradliwe.

– Nie potrzeba mi takich strachów. Złe mnie chyba przez sen wzywa. To nic, to nic. Trzeba iść przed siebie. I działać. Nie oglądać się za siebie. Nie słuchać złych podszeptów. Nie ruszać bez potrzeby ozorem. Ale iść twardo przez życie – powiedział strwożony. I dodał chyba ku własnej przestrodze: – Najważniejsze, że życie różni się od śmierci. I że pierwsze uzna się za słuszne, a drugie za obce. Życie i śmierć, te przeciwne strony tego samego medalu, nigdy się ze sobą nie zgodzą.

Aby całkiem zapomnieć o śnie rzekł niewyraźnie o swej żonie:

– Ty, moja. Tusza, Tuszeńka. Pięknie dla ciebie wymyśliliśmy przezwisko. Przywarło do ciebie lepiej niż imię. Tak je uwielbiałem.

A jak to z tym było? Wpierw ona mówiła do niego: Dusza, Duszka moja, później on do niej złośliwie: Tusza, bo nabrała zbytnio ciała, i Patuszka czy Tuszka. I tak zostało. Z czasem posługiwali się oboje wyłącznie tym zawołaniem. Nawet ona myliła się, gdy podawała dane w urzędach. Faktycznie miała na imię Bernadeta od świętej Bernarde-Marie Soubirous. Tak sobie życzyła jej matka – osoba żarliwej wiary. Nazywała się Miłowicz. Ładnie. Wielka to rzadkość, aby nazwisko tak dobrze pasowało do charakteru danej osoby.

Pochodziła tak jak Iwanow ze wsi. Jej ojciec, chłop niepiśmienny, za punkt honoru obrał sobie to, aby wykształcić córkę. I by w przyszłości wiodła lepsze życie niż on. Zrobiłby w tej materii chyba wszystko – najmował się do najpodlejszych zajęć w rozmaitych gospodarstwach rolnych, gdzie za taką pracę płacono podwójnie. Również matka z poświęceniem wspierała to zamierzenie, by uzbierali na ten pierwszy rok studiów córki. Wstawała przed wschodem słońca, przez cały dzień zajmowała się ich skromnym gospodarstwem, a wieczorami wyrabiała gliniane garnki. Handlowała nimi na różnych targach i gdzie się dało. Gdy Iwanow i Miłowicz zamieszkali już razem w mieście, przywoziła swoje wyroby i sprzedawała je po okolicznych domach. On uważał, że robi mu przedstawienie przed sąsiadami i że będą uważać go za nieudacznika. Lecz ludzie chętnie kupowali te tak z gracją wymalowane naczynia.

W tym miejscu należy zaznaczyć, że po pierwsze nie od początku było jasne to, że Miłowicz i Iwanow będą ze sobą, ani tym bardziej to, że razem zamieszkają. Poznali się, owszem, we wczesnej młodości – do tego jeszcze powrócimy – ale kiedy Bernadeta ukończyła lat osiemnaście i miała za sobą ukończoną szkołę średnią, wyjechała sama studiować do miasta. Niesłychanie biedził się Iwanow, że na pewno wkrótce zakończy się ich miłość, bo mieszka w mieście sporo mężczyzn, którzy chętnie przygarną naiwną, ładną dziewczynę ze wsi. Była to akurat prawda. I tak zazdrość budowała jego cierpiętniczą miłość, aż nie wytrzymał i nie dalej jak rok później ruszył za nią. Wynajęli małe mieszkanie w domu na obrzeżach miasta. Po drugie, ludzie coraz dziwili się, że kształcąca się młoda kobieta za męża wzięła sobie takiego prostaka. A po trzecie, że wzajemnie się sobą bardzo opiekowali – to młodym przystoi. Choć wspólne zamieszkanie nie do końca gasiło jego zazdrość. Na szczęście i ona była zapatrzona w swego Muczkiego, więc inni mężczyźni interesowali ją o tyle tylko, by zyskiwać ich uprzejmość i podziw. On w tamtych wczesnych latach ich związku zazwyczaj bez sprzeciwu robił to, o co go prosiła – a to jechał w nocy odebrać ją z towarzyskiego spotkania, na które nie chciał iść, ponieważ czuł się między ludźmi nauki wyrzutkiem, a to mimo zmęczenia po pracy, przepisywał z mozołem dla niej zeszyty, gotował, prał i sprzątał. Myślał, że tak zasłuży na jej dobroć. Znosił jej humory i różne niegroźne przytyki. By utrzymać ich oboje, szedł do pracy nawet podczas choroby. W chwilach zwątpienia przeklinał ją i biedę, w jakiej żyli. Żałował, że jest tak gwałtowny i znowu złorzeczył – wzbierały w nim wtedy te wody nieludzkie, w których utopiłby każdego.

– Nie policzono dotąd, ilu ludzi umiera w samotności. Chyba wszyscy. Ty wciąż masz miłość, więc nic ci nie grozi – rzekł, po czym położył się na wznak i cieszył się, że przestało go boleć w krzyżu. – Dobrze, że położyłeś kromkę chleba przed snem na stole, przyda się, gdybyś trochę poleżał. Chleb i woda od Boga są ci potrzebne. Zemrze dziad na pewno, nie mogąc sięgnąć po jedzenie.

Próbował wstawać niemrawo.

– Oj – jęknął z bólu i powlókł oczami po zszarzałym suficie. Zamknął na długo powieki. – Ech, ty durny, uważałeś, że do ciebie nie zawita? A to dziś, mówię ci. Zapomniałeś, że bać się jej trzeba – mówił cicho – a tyś się jej nigdy nie bał. Tylko próżny, pusty i pyszałek się śmierci nie boi. Gdybyś, ech, gdybyś pamiętał, że się zjawi, żyłoby ci się łatwiej. Ale butny byłeś, wierzyłeś, że będziesz żyć wiecznie. Tak. Każdy w to wierzy. Teraz boisz się, boś niemota. Właśnie teraz bać się nie możesz. Maruda. Tuszka się z ciebie śmieje. Popatrz! Powie: „Stary dziadu, co nie posprzątasz, przestałeś mnie kochać? Ty taki zły, taki zły, Iwanow, a ja taka radosna, dobra”. To Tusza powie. Nie wierzysz? Zaraz przyjdzie i będzie radość – dodał. I rzekł jeszcze słabiej: – Śmierć odgoni, by do ciemnicy mnie nie zabrała. Ten ostatni dobry uczynek spełni.

Spojrzał w okno. Oddychał przez usta.

– Obejście zasypane. – Nie mylił się, choć jeśli kopczyk śniegu za oknem sięgnął na dwadzieścia centymetrów tak jak teraz, nie było najgorzej. – Inaczej śnieg jak odsunę? – spytał sam siebie. – Albo nad ranem więcej napada? Robotę trzeba będzie robić dwakroć.

Znał z opowiadań portrety alpinistów. Gdy gdzieś opowiadano ciekawie, siadał z boku i nie mówiąc ani słóweczka, słuchał zawsze tak, jak gdyby była to opowieść o stworzeniu dziejów. I właśnie pewien człowiek, który mieszkał na końcu tej samej ulicy i nazywał się Czardasz, czy jakoś tak – był trochę niespełna rozumu – przysiadał czasem na ławeczce przed domem i opowiadał, i opowiadał. Kto chciał, mógł posłuchać jego bajdurzeń. Snuł te historie tak przekonująco, że chyba naprawdę był w młodości co najmniej u podnóża Alp, a może nawet wspinał się na jeden ze szczytów. Iwanow słuchał z pewnej odległości, aby nikt go nie posądził, że rozmawia z wariatem i zrobił nawet w domu kilka notatek na dowód, że ktoś to naprawdę mu opowiedział. Była więc historyjka o wielkim duchem, lecz małym wzrostem człowieku, który cudem uniknął nieszczęścia, zawisając nad lodową rozpadliną, i o innych podróżnikach górskich, którzy nie zważając na szereg różnych przeciwności, wchodzą na najwyższe szyty. Wolę ponoć mają żelazną i nic im nie straszne. Kiedy teraz ocenił, ile muszą mieć siły do takich wyczynów, zadanie swoje mniejszym postrzegał. Cóż z tego, jeśli jego chwilowy zapał rozsypał się zaraz w rosnącej gorączce.

– Wytrzymasz – rzekł. – Nawet bogacz i zwykły leń… a tak, bogacz i leń. Jaki dobry wziąłeś przykład – mówił spokojnie – którym wydaje się, że nic nie robią, a tylko śpią, kopulują, gadają, jedzą, powiedzmy innych sobą karzą… Tak naprawdę też wciąż są w pracy. I co? Gdy są chorzy, pracują i gdy śpią, pracują, i gdy jedzą też pracują. I nigdy się od tego nie uwolnią. A czemuż to? Przez krew. To ona nigdy się w człowieku nie zatrzyma. Ciągle robi swoją dobrą robotę. Stąd i człowiek ciągle ją wykonuje, nawet jeśli wydaje mu się, że nic nie robi. Ciągle, ciągle jest się w pracy. Dopóki krew napędza człowieka, on nie zaprzestanie swych działań. W działaniu się sprawdzamy! A jakże… Tak to stworzono. Właściwie się to układa. Żadnej zawiłości tu nie ma. O, jak mądrze to wymyślono – dodał i parskną, jak klaun szykujący się do występu. Jego twarz pozbawiona radości mówiła, że nie zależy mu teraz na niczym, prócz tego, aby nie cierpieć.

Wpatrywał się w zepsute krzesło i zastanawiał się, czy wytrzyma pod nim jeszcze ten jeden raz, gdy zdrowy zasiądzie do obiadu i z lubością zakołysze się na tylnych nogach. Umyślił sobie, że któregoś dnia pójdzie do Boczara – mężczyzny zwalistego, z nalaną twarzą i wielkimi oczami, jak u drwala albo starego marynarza, który każdego miesiąca zabierał większą część jego wypłaty, aby potem kiedyś mu to oddać – po swoją należność. Po czym załaduje na wynajętą ciężarówkę komodę, fotel, dwa krzesła nie do pary, skrzypiącą szafę, która zajmowała sporą część pokoju, a trzymał w niej niewiele, i zawiezie je do najlepszego w mieście stolarza. I zrzuciwszy graty, poprosi o możliwie najszybszy termin naprawy. Obicia zafunduje sobie we wszystkie możliwe wzory i kolory.

Siadł z wysiłkiem na łóżku. Zabolało go potężnie w krzyżu. Siedział tak z dziesięć minut.

– Szkoda mówić, jakie mebelki się zrobi.

Przetarł czoło ręką i gładził nią brodę. Stopami przebierał po podłodze, szukając skórzanych butów, które wsunęły się nazbyt pod łóżko. Schylił się, zaciskając usta z bólu, i wyciągnął je. Pachniały źle wygarbowaną skórą. Obwinął stopy szmatami o żadnej świeżości, które trzymał zwinięte w kulkę, wsunął nogi i zasznurował buciory wysokie na piętnaście dziurek. Właściwie wypastowane potrafiły ochronić nawet w największe śniegi. Od mrozu tak sobie chroniły.

– Zasmakuje się w robocie i żyć bez niej nie można. Mężczyzna bez pracy długo nie wytrzyma. Tak jak baba bez chłopa. O, jak zidiociałeś! Dobrze uważasz, dobrze. I to się ładnie składa. Kiedy mężczyzna za dużo pracuje, ona huknie na niego i tym przywróci go do rodziny. Odechce mu się pracy. Oj, odechce. Będzie żył zgodnie i godnie. Tak to jest. Tak było i z nami.

Usadowił się wygodnie na krawędzi łóżka i patrzył posępnie za kijem, który wczoraj, kiedy nie było mowy o żadnym jego niedomaganiu, kopnął pod szafę ze złością. Oczy piekły go niemiłosiernie. Potem rozglądał się po pokoju z obłąkanym wyrazem twarzy, jakby nie poznawał, gdzie się znajduje. Owinął kołdrę dokoła ramion i wstał. Był tak słaby, że przysiadł z powrotem. Szarpnął kabel od grzałki, która podjeżdżając, zaplątała się w ceratę. Nie chcąc marnować sił na porządne jej ustawienie, zagrzanie wody, wsypanie herbaty – wszystkie te drobne czynności, które wykonywał ciągle, dzisiaj każda z nich stanowiła problem – siedział nieruchomo z umysłem dziwnie czystym. Błoga to była chwila. Wszystko było takie, jakim niby być winno zawsze. Nie myślał o niczym szczególnym i zdało mu się, że może myśleć o wszystkim naraz. Następnie twardą, ale zdatną do jedzenia kromkę kęs za kęsem pojadał.

– Cholerne badziewie! – Patrzył na grzałkę zapętaną w ceratę. – Zawsze ci się udawało, więc i dzisiaj ci się uda, stary gnoju – wyszeptał i pociągnął się za brodę lewą ręką tak mocno, że pociemniało mu przed oczami. – Wystarczy, żebyś się teraz rozbudził.

Wreszcie udało mu się wstać i w kalesonach, służących też za piżamę, oraz podziurawionej koszulce wędrował po izbie. Zaczerpnął w ręce zimnej wody z garnka i się napił. Czuł, jakby przelewał mu się przez gardło gorący ołów. Przejrzał się w lusterku wiszącym nad zlewem. Miał tyle zmarszczek na twarzy, że trudno byłoby wyobrazić sobie, że kiedyś był gładki i młody. Widok zapadłych policzków, sińców spod oczu rozlanych na policzki, zaczerwienionych oczu, polików bladych, włosów zbitych w jeden kołtun wprawił go w wielki niepokój.

– Gdzie się tak zaprawiłeś? Gębę masz zamiast twarzy. Weź się do pracy. Wszystko ci przejdzie. Nareperujesz się w ruchu – powiedział niemrawo. Obejrzał się jeszcze w lustrze, napił się jeszcze wody. Spojrzał w zasypane okno. Wrócił do łóżka i opadł na nie bez siły.

– Ech – zaciągnął niedbale – nie jest dobrze. I swego czasu też nie było. Chaos we mnie panuje, chaos i nic więcej. W głowie mi się kotłuje od gorączki. Mam w niej magiel. Raz to, raz tamto mi się wydaje. Ale to nic, bo nieporządek jest wszędzie. I w życiu, i po zgonie. W życiu nie, a później tak. Choć wydaje się, że jest odwrotnie. Tu musi panować ład. Nie lubiłeś porządku, co…? Tusza wszystko ci układała – wyrzekł. – Gadasz i gadasz, zamknąłbyś się. O wszystkim naraz chciałbyś powiedzieć. Ale jak ludzie cię odwiedzali i chcieli z tobą rozmawiać, milczałeś. Byłeś zdrowy, milczałeś. Teraz w chorobie gęba ci się nie zamyka. Gdy z Tuszą żyłeś, też ciągle gadałeś jak najęty. Maskowałeś tym swoje lenistwo. Ale byłem taki? Nie zawsze mi się chciało wszystko robić. Prawda. Chciało, owszem. Ale nie to, co powinienem.

Nałożył szerokie spodnie z gęsto plecionej bawełny, drugi bawełniany podkoszulek z dziurą pod pachą, sweter jeden i drugi, kamizelkę, kurtkę ocieploną watoliną, czapkę, śnieżne rękawice z jednym palcem i szal. Zajęło mu to pół godziny. Chciało mu się pić jeszcze bardziej niż przedtem.

– Oj, Tusza, żono moja, gdzie jesteś? Tak mi ciebie brakuje. Gdybyś była, miałbym dla kogo pracować. Przygotowałabyś później pyszny posiłek. Inne byłoby życie.

W grubym odzieniu chodził ostrożnie po pokoju. Chwiał się na boki jak pingwin. Ciężko oddychał. Nim wyszedł na dwór, wyciągnął zza drzwi szeroką łopatę do śniegu. Trzymał tam wszystkie długie narzędzia: łopaty, miotły, kilof i łom do kucia lodu. Spał przez to spokojniej. Gdyby przyszło komuś do głowy napaść go w nocy, miałby się czym bronić. Przełożył kłódkę starannie przez dwa skoble u drzwi. Zmęczył się niebywale, przeszedłszy kilka schodków w

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

ARTYSTA

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dwie śmierci