Świństwo (Truizmy)

Świństwo (Truizmy)

Autorzy: Marie Darrieussecq

Wydawnictwo: Karakter

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 2.50 zł

Co się stanie, gdy wszelkie granice zostaną przekroczone?

Bohaterka pracuje w miejscu, w którym stara się spełniać najbardziej ekscentryczne zachcianki swoich klientów. Długo nie dostrzega przemocy, jakiej jest poddawana, ale gdy jej organizm odmawia posłuszeństwa, wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli: Najgorsze były włosy. Wyrastały mi na nogach, nawet na plecach; długie, cienkie włosy, przezroczyste i mocne, odporne na wszystkie depilatory.

W Świństwie autorka wykracza poza ramy powieści realistycznej i opowiada o pewnej metamorfozie. Pyta o kondycję kobiety w świecie owładniętym żądzą przyjemności i rygorystycznie pojmowanego piękna. A także o to, czy ciało, będące przedmiotem opresji, może stać się narzędziem wyzwolenia.

Napisane w 1996 roku Świństwo to dziś już klasyka literatury feministycznej; książka przyniosła autorce sławę i przetłumaczona została na ponad czterdzieści języków.

Po­tem nóż się za­głę­bia. Pa­ro­bek wy­ko­nu­je dwa krót­kie pchnię­cia, by prze­ciąć skó­rę na kar­ku, i dłu­gie ostrze wta­pia się aż po rę­ko­jeść w war­stwę tłusz­czu. W pierw­szej chwi­li knur nie poj­mu­je, co się dzie­je; leży przez parę se­kund nie­ru­cho­mo, zu­peł­nie jak­by nad czymś roz­my­ślał. I wresz­cie tak! Do­cie­ra do nie­go, że oto go za­bi­ja­ją, wy­da­je z sie­bie prze­raź­li­wy kwik, aż w koń­cu cich­nie.

Knut Ham­sun

Zda­ję so­bie spra­wę, że moja opo­wieść może wzbudzić za­męt i za­siać wiel­ki nie­po­kój. Ro­zu­miem, do ja­kie­go stop­nia jest w sta­nie zbul­wer­so­wać Czy­tel­ni­ków. Bez wąt­pie­nia wy­daw­ca, któ­ry przyj­mie na sie­bie trud opu­bli­ko­wa­nia mego rę­ko­pi­su, wy­sta­wi się na nie­zli­czo­ne przy­kro­ści. Może na­wet zo­stać wtrą­co­ny do wię­zie­nia. Na sa­mym wstę­pie zwra­cam się więc do nie­go z proś­bą, by mi z góry wy­ba­czył, że na­ra­żam go na naj­róż­niej­sze kło­po­ty. Nie­mniej jed­nak mu­szę jak naj­szyb­ciej, bez naj­mniej­szej zwło­ki na­pi­sać tę książ­kę, po­nie­waż je­że­li zo­sta­nę od­na­le­zio­na w obec­nym sta­nie, nikt nie bę­dzie chciał mnie słu­chać ani mi wie­rzyć. Pró­bu­jąc utrzy­mać pió­ro, od­czu­wam bo­le­sne skur­cze mię­śni. Do­kucz­li­wy jest rów­nież brak świa­tła – gdy za­pa­da noc, mu­szę prze­ry­wać pra­cę, po­nad­to pi­szę bar­dzo, bar­dzo wol­no. Nie będę opo­wia­dać, z ja­kim tru­dem zna­la­złam ze­szyt, ani o tym, że bło­to bru­dzi kart­ki i roz­pusz­cza le­d­wie wy­schły atra­ment. Ży­wię jed­nak na­dzie­ję, że wy­daw­ca, tak cier­pli­wy, by od­cy­fro­wać rę­ko­pis świn­ki, weź­mie też pod uwa­gę ogrom­ny wy­si­łek, jaki wło­ży­łam w to, żeby kre­ślić li­te­ry jak naj­czy­tel­niej. Już samo przy­po­mi­na­nie so­bie przy­spa­rza mi wie­lu trud­no­ści. Sku­pia­jąc się z ca­łych sił i pró­bu­jąc od­two­rzyć od­le­głą prze­szłość, czy­li rze­czy­wi­stość sprzed tam­tych wy­da­rzeń, je­stem w sta­nie przy­wo­łać w my­śli pew­ne ob­ra­zy. Wy­znam, że nowe ży­cie, ja­kie obec­nie wio­dę, skrom­ne po­sił­ki, któ­ry­mi się za­do­wa­lam, siel­skie miesz­kan­ko, w zu­peł­no­ści mi od­po­wia­da­ją­ce, a przy tym owa nie­praw­do­po­dob­na zdol­ność wy­trzy­my­wa­nia chło­dów, któ­rą od­kry­wam w mia­rę zbli­ża­nia się zimy, spra­wia­ją, że nie ża­łu­ję te­raz róż­nych aspek­tów swo­je­go, jak­że uciąż­li­we­go, po­przed­nie­go ży­cia. Przy­po­mi­nam so­bie, że w owym cza­sie, gdy wszyst­ko się za­czę­ło, by­łam bez pra­cy, a po­szu­ki­wa­nie sta­łe­go za­ję­cia na­pa­wa­ło mnie prze­ra­że­niem, cze­go dziś w ogó­le nie je­stem w sta­nie po­jąć. Bła­gam Czy­tel­ni­ków, a Czy­tel­ni­ków bez­ro­bot­nych przede wszyst­kim, by wy­ba­czy­li mi to nie­zbyt zręcz­ne okre­śle­nie. Nie­ste­ty będę mu­sia­ła się uciec w tej książ­ce do nie­jed­nej nie­przy­zwo­ito­ści; wszyst­kie oso­by, któ­re z ja­kiejś przy­czy­ny mo­gły­by się czuć ura­żo­ne, pro­szę o wy­ba­cze­nie.

Tak więc szu­ka­łam pra­cy i cho­dzi­łam na róż­ne roz­mo­wy, ale przez dłuż­szy czas nie przy­no­si­ło to żad­ne­go re­zul­ta­tu. Aż do chwi­li, gdy spon­ta­nicz­nie wy­sła­łam swo­je dane pod ja­kiś ad­res i otrzy­ma­łam od­po­wiedź z wiel­kiej sie­ci per­fu­me­rii. Dy­rek­tor sie­ci po­sa­dził mnie so­bie na ko­la­nach i za­czął mię­to­sić moją pra­wą pierś, któ­rą naj­wy­raź­niej uznał za nad­zwy­czaj jędr­ną. W tam­tym okre­sie mego ży­cia wszy­scy męż­czyź­ni byli zda­nia, że mam nie­zwy­kle sprę­ży­ste cia­ło. Tro­chę przy­ty­łam, tak ze dwa kilo, po­nie­waż bez prze­rwy chcia­ło mi się jeść; ale te dwa ki­lo­gra­my roz­ło­ży­ły się ja­koś rów­no­mier­nie po ca­łej syl­wet­ce, to było wi­dać w lu­strze. Mimo że nie upra­wia­łam żad­ne­go spor­tu ani ni­cze­go ta­kie­go, moje cia­ło zro­bi­ło się jędr­niej­sze, gład­sze i krą­glej­sze niż daw­niej. Dzi­siaj ro­zu­miem, że owa nie­zwy­kła ela­stycz­ność i przy­rost wagi były pierw­szy­mi symp­to­ma­mi. Dy­rek­tor sie­ci trzy­mał w jed­nej ręce moją pra­wą pierś, umo­wę zaś w dru­giej. Czu­łam, jak pierś mi pul­su­je – był to może efekt wzru­sze­nia na wi­dok umo­wy o pra­cę, któ­ra już za chwi­lę mo­gła być pod­pi­sa­na – lecz po­ja­wił się tak­że inny ob­jaw, pew­ne, jak by to na­zwać, roz­dę­cie mo­je­go cia­ła. Dy­rek­tor sie­ci stwier­dził, że naj­waż­niej­sze, abym w pra­cy za­wsze była za­dba­na i pięk­na, że z pew­no­ścią spodo­ba mi się służ­bo­wy strój, bar­dzo ob­ci­sły, w któ­rym bę­dzie mi do twa­rzy. Pal­ce dy­rek­to­ra ze­śli­zgnę­ły się nie­co ni­żej i za­czę­ły roz­pi­nać to, co moż­na było roz­piąć, z tego też po­wo­du umo­wa mu­sia­ła zo­stać odło­żo­na na biur­ko. Zer­ka­jąc kil­ka­krot­nie przez ra­mię dy­rek­to­ra, prze­czy­ta­łam jej tekst: pół eta­tu z pen­sją wy­so­ko­ści po­ło­wy za­sił­ku dla bez­ro­bot­nych – to po­zwo­li­ło­by mi po­kryć część opłat za miesz­ka­nie, a tak­że ku­pić so­bie ze dwie czy trzy su­kien­ki; za­zna­czo­no też tam wy­raź­nie, że pod­czas do­rocz­nej wy­prze­da­ży będę mia­ła pra­wo do za­ku­pu to­wa­rów po naj­niż­szej ce­nie, a więc naj­lep­sze ko­sme­ty­ki, naj­droż­sze per­fu­my znaj­dą się w za­się­gu mo­ich rąk! Dy­rek­tor ka­zał mi klęk­nąć przed sobą; gdy wy­peł­nia­łam te­raz swój pierw­szy nowy obo­wią­zek, my­śla­łam wy­łącz­nie o owych dro­gich ko­sme­ty­kach, o tym, jak będę pięk­nie pach­nieć i jaką będę mia­ła wspa­nia­łą cerę. Z pew­no­ścią jesz­cze bar­dziej spodo­bam się Ho­no­rému. Po­zna­łam go pew­ne­go ran­ka, gdy pią­ty rok z rzę­du wyj­mo­wa­łam z sza­fy sta­ry ko­stium ką­pie­lo­wy. Wte­dy wła­śnie, pró­bu­jąc wcią­gnąć go na sie­bie, za­uwa­ży­łam, że moje uda zro­bi­ły się ró­żo­we, jędr­ne i jed­no­cze­śnie krą­głe. Ape­tyt do­brze mi ro­bił. Po­sta­no­wi­łam za­fun­do­wać so­bie po­po­łu­dnie w aqu­apar­ku. Na dwo­rze pa­dał deszcz, a w aqu­apar­ku jest za­wsze przy­jem­nie i cie­pło. Na wstęp mu­sia­łam wy­dać jed­ną dzie­sią­tą swo­jej mie­sięcz­nej pen­sji i mat­ka była temu prze­ciw­na. Nie chcia­ła mi na­wet dać na bi­let me­tra, więc żeby zna­leźć się po dru­giej stro­nie ba­rier­ki, mu­sia­łam się przy­kle­ić do ja­kie­goś męż­czy­zny. Za­wsze wie­lu ta­kich cze­ka na mło­de dziew­czy­ny przy ba­rier­kach w me­trze. Do­sko­na­le wy­czu­łam, że wy­war­łam na owym panu sil­ne wra­że­nie; praw­dę mó­wiąc, o wie­le więk­sze, niż do tego przy­wy­kłam. W szat­ni w aqu­apar­ku mu­sia­łam dys­kret­nie spłu­kać spód­nicz­kę. Zresz­tą tam też trze­ba za­wsze uwa­żać, do­brze za­my­kać za sobą drzwi i umieć szyb­ko znik­nąć, je­śli boks jest już za­ję­ty przez ja­kąś parę; tu rów­nież są pa­no­wie, któ­rzy cze­ka­ją na oka­zję przy wej­ściu dla ko­biet. W aqu­apar­ku moż­na cał­kiem nie­źle za­ro­bić, za­wsze jed­nak od­trą­ca­łam od sie­bie tę myśl, na­wet gdy mat­ka gro­zi­ła, że wy­rzu­ci mnie z domu. Wszedł­szy do pu­stej prze­bie­ral­ni, sta­ra­łam się szyb­ko wło­żyć ko­stium i tam wła­śnie przej­rza­łam się w lu­strze o zło­co­nych ra­mach i stwier­dzi­łam, że wy­glą­dam, przy­kro mi to dziś mó­wić, że wy­glą­dam wręcz nie­wia­ry­god­nie pięk­nie – jak jed­na z tych mo­de­lek w ilu­stro­wa­nym ma­ga­zy­nie, lecz jesz­cze bar­dziej ku­szą­co. Na­my­dli­łam się przy­jem­nie pach­ną­cym dar­mo­wym my­deł­kiem. Drzwi się otwar­ły; na szczę­ście nie był to ża­den męż­czy­zna, lecz grup­ka ko­biet, mo­gły­śmy się więc ba­wić spo­koj­nie. Ko­bie­ty roz­bie­ra­ły się, chi­cho­cząc. Były to bo­ga­te mu­zuł­man­ki. Do ką­pie­li przy­wdzie­wa­ły suto zdo­bio­ne, uszy­te z przej­rzy­ste­go ma­te­ria­łu dłu­gie suk­nie, któ­re pod prysz­ni­cem przy­kle­ja­ły się do ich ciał. Oto­czy­ły mnie ko­łem i za­czę­ły się mną za­chwy­cać, po­da­ro­wa­ły mi prób­kę bar­dzo ele­ganc­kich per­fum i kil­ka mo­net. Z nimi czu­łam się cał­kiem bez­piecz­nie. Oczy­wi­ście aqu­apark jest miej­scem, gdzie czło­wiek się re­lak­su­je, ale prze­cież za­wsze trze­ba się mieć na bacz­no­ści. Dla­te­go wła­śnie, gdy Ho­no­ré zbli­żył się do mnie w ba­se­nie, na­tych­miast za­czę­łam umy­kać szyb­kim krau­lem (w tam­tych cza­sach by­łam nie­złą pły­wacz­ką) – i to mu się praw­do­po­dob­nie bar­dzo spodo­ba­ło. Kie­dy jed­nak za­pro­sił mnie na drin­ka do baru tro­pi­kal­ne­go, od razu za­uwa­ży­łam, że to do­bry czło­wiek. Sie­dząc w ba­rze w mo­krych ko­stiu­mach, spły­wa­li­śmy po­tem. By­łam cała czer­wo­na, wi­dzia­łam to w lu­strach umiesz­czo­nych na su­fi­cie, a wiel­ki Mu­rzyn bez prze­rwy nas wa­chlo­wał. Pi­li­śmy kok­taj­le, nie­zwy­kle słod­kie i ko­lo­ro­we, słu­cha­li­śmy me­lo­dii z da­le­kich wysp i po chwi­li czu­li­śmy się tak, jak­by­śmy na­praw­dę byli gdzieś bar­dzo, bar­dzo da­le­ko. W ba­se­nie o tej po­rze pusz­cza­no wiel­kie fale. Ho­no­ré opo­wia­dał, że pod­czas nie­któ­rych przy­jęć wpusz­cza się do ba­se­nu re­ki­ny, któ­re, nim do­się­gnie je śmierć w słod­kiej wo­dzie, mają pięć mi­nut, by schru­pać kil­ku zbyt po­wol­nych go­ści. Jak się wy­da­je, na tym wła­śnie po­le­gał bar­dzo szcze­gól­ny na­strój owych spo­tkań. Ho­no­ré był pro­fe­so­rem, uczył w wiel­kim li­ceum na przed­mie­ściu. Tego ro­dza­ju pry­wat­ne im­pre­zy bu­dzi­ły w nim wstręt. Nie by­wał na­wet na ga­lo­wych uro­czy­sto­ściach swych uczniów. Zwie­rzy­łam mu się, że bar­dzo chcia­ła­bym stu­dio­wać, lecz za­czął mi to ser­decz­nie od­ra­dzać; twier­dził, że wszy­scy stu­den­ci są ze­psu­ci i zde­pra­wo­wa­ni i że on sam przy­cho­dzi do aqu­apar­ku, by spo­tkać się z mło­dy­mi, zdro­wy­mi dziew­czy­na­mi. Ho­no­ré i ja spodo­ba­li­śmy się so­bie. Za­py­tał mnie, czy by­wam na pry­wat­nych przy­ję­ciach. Od­po­wie­dzia­łam, że wła­ści­wie ni­ko­go nie znam. Za­pro­po­no­wał, że przed­sta­wi mi kil­ka osób. To wła­śnie po­cząt­ko­wo naj­bar­dziej mi się w nim po­do­ba­ło; fakt, że przy­zwo­ity chło­pak pro­po­nu­je mi zwią­zek. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak Ho­no­ré nie miał żad­nych zna­jo­mo­ści, po­mi­mo swo­jej pra­cy, i li­czył chy­ba, że dzię­ki mnie po­zna ja­kieś cie­kaw­sze to­wa­rzy­stwo. Gdy wy­cho­dzi­li­śmy z aqu­apar­ku, Ho­no­ré w ele­ganc­kim skle­pie ku­pił mi su­kien­kę z przej­rzy­ste­go, błę­kit­ne­go ma­te­ria­łu, któ­rą mia­łam wkła­dać tyl­ko dla nie­go. W przy­mie­rzal­ni tego ele­ganc­kie­go bu­ti­ku ko­cha­li­śmy się po raz pierw­szy. W od­bi­ciu w lu­strze wi­dzia­łam dło­nie Ho­no­régo na swo­ich pier­siach i bio­drach; jego pal­ce wgnia­ta­ły mi się w po­ślad­ki, żło­biąc doł­ki w mo­jej ela­stycz­nej skó­rze. Ho­no­ré, dy­sząc, szep­tał, że ni­g­dy jesz­cze nie spo­tkał tak zdro­wej dziew­czy­ny jak ja. W tym mo­men­cie do skle­pu we­szły mu­zuł­man­ki; sły­chać było, jak roz­ma­wia­ją w swo­im ję­zy­ku. Ho­no­ré ubie­rał się, pa­trząc na mnie, było mi tro­chę zim­no, kie­dy tak sta­łam nago. Sprze­daw­czy­ni za­pro­po­no­wa­ła nam her­ba­tę mię­to­wą i cia­stecz­ka. Wsu­nę­ła tac­kę pod drzwicz­ka­mi przy­mie­rzal­ni – była dys­kret­na i bar­dzo szy­kow­na. Po­my­śla­łam so­bie, że wła­ści­wie chcia­ła­bym mieć taką pra­cę. Choć prze­cież moja pra­ca w per­fu­me­rii nie bar­dzo się od tego róż­ni­ła. Tam też była „przy­mie­rzal­nia” – sa­lon prób dla każ­de­go ro­dza­ju per­fum, któ­ry­mi na­le­ża­ło skra­piać róż­ne czę­ści cia­ła, a na­stęp­nie cze­kać, by stwier­dzić, czy za­pach nie zmie­nia się w kon­tak­cie ze skó­rą, a to zaj­mo­wa­ło spo­ro cza­su. Sa­do­wi­łam klient­ki na wiel­kich so­fach w sa­lo­nie, tłu­ma­czy­łam im, że tyl­ko wy­po­czę­te cia­ło uwal­nia całą pa­le­tę woni. Prze­szłam wcze­śniej kurs ma­sa­żu. Roz­da­wa­łam ta­me­stat i inne środ­ki uspo­ka­ja­ją­ce, a tak­że mie­szan­kę z ła­bę­dzie­go pu­chu. Nie było to nie­przy­jem­ne za­ję­cie. W każ­dym ra­zie gdy mu­zuł­man­ki wy­szły, zo­sta­wia­jąc w skle­pie ja­kieś pięć ty­się­cy euro z kar­ty kre­dy­to­wej, owa bar­dzo szy­kow­na sprze­daw­czy­ni na na­szych oczach za­czę­ła w ca­łym lo­ka­lu roz­py­lać per­fu­my. Po­wie­dzia­łam Ho­no­rému, że gdy­bym pra­co­wa­ła w tak ele­ganc­kim skle­pie, ni­g­dy, po pro­stu ni­g­dy nie po­zwo­li­ła­bym so­bie na tego ro­dza­ju gest, świad­czą­cy o nie naj­lep­szych ma­nie­rach. Wte­dy wła­śnie Ho­no­ré oświad­czył, że ma­jąc ta­kie wspa­nia­łe cia­ło i tak olśnie­wa­ją­cy wy­gląd, mo­gła­bym się za­trud­nić w na­je­le­gant­szych bu­ti­kach, w ja­kich bym tyl­ko chcia­ła. W re­zul­ta­cie, jak się oka­za­ło, wca­le się nie po­my­lił. Nie za­le­ża­ło mu jed­nak na tym, że­bym pra­co­wa­ła. Uwa­żał, że pra­ca de­mo­ra­li­zu­je ko­bie­ty. By­łam roz­cza­ro­wa­na, wi­dząc, że mimo pre­sti­żo­we­go za­wo­du za­rob­ki wy­star­cza­ją mu za­le­d­wie na wy­naj­mo­wa­nie dość nędz­ne­go miesz­kan­ka na bli­skim przed­mie­ściu. Kie­ro­wa­na zwy­kłą uczci­wo­ścią po­sta­no­wi­łam, że spró­bu­ję mu po­móc.

Od tłu­macz­ki

Au­tor­ka po­wie­ści, ba­wiąc się sło­wa­mi, po­ję­cia­mi i róż­ny­mi mod­ny­mi, a więc nie­ja­ko obo­wią­zu­ją­cy­mi tren­da­mi, pod­wa­ża ich war­to­ści, uka­zu­jąc spo­łe­czeń­stwo wi­dzia­ne ocza­mi bo­ha­ter­ki, któ­ra stop­nio­wo prze­mie­nia się z ko­bie­ty w zwie­rzę, aby w koń­cu po­rzu­cić za­kła­ma­ny i okrut­ny świat lu­dzi. Zde­rze­nie tych dwóch świa­tów w ja­skra­wym świe­tle sta­wia na­sze oby­cza­je i to, co się kry­je pod ha­sła­mi gło­szo­ny­mi ze szla­chet­nych po­noć po­bu­dek.

Je­den szcze­gół: uży­ta w książ­ce Ma­rie Dar­rieus­se­cq na­zwa fir­my Loup-Y-Es-Tu jest cy­ta­tem z po­pu­lar­nej fran­cu­skiej pio­sen­ki dzie­cię­cej:

Pro­me­nons-nous dans le bois

Pen­dant que le loup n’y est pas,

Si le loup y éta­it,

Il nous man­ge­ra­it…

(Idź­my do lasu, gdy nie ma tam wil­ka, gdy­by wilk tam był, to by nas zjadł...)

W ostat­niej zwrot­ce wilk nad­cho­dzi, a wszy­scy uczest­ni­cy ucie­ka­ją. Jak w za­ba­wie ze sta­rym niedź­wie­dziem, któ­ry, zda­wa­ło­by się, moc­no śpi.

Zwa­żyw­szy na fi­nał hi­sto­ryj­ki, bul­wer­su­ją­ca książ­ka Ma­rie Dar­rieus­se­cq mo­gła­by no­sić ty­tuł: I był wilk okrop­nie zły.

Po­przez wy­eks­po­no­wa­nie w na­zwach firm Loup-Y-Es-Tu i Yer­ling li­te­ry „Y” au­tor­ka robi dys­kret­ną alu­zję do świa­to­wych ma­rek zwią­za­nych z modą i pro­duk­cją ko­sme­ty­ków.

Fran­cu­ski ty­tuł książ­ki, Tru­ismes, któ­ry dla pol­skie­go ucha brzmi zna­jo­mo, w rze­czy­wi­sto­ści kry­je nie­prze­tłu­ma­czal­ną grę słów: tru­ie zna­czy „ma­cio­ra”.

Książ­ka uka­za­ła się w se­rii li­te­rac­kiej Ka­rak­te­ru

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Tru­ismes

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek

Ko­rek­ta: Ka­mil Bo­gu­sie­wicz, Agniesz­ka Stę­plew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Tru­ismes © P.O.L Edi­teur, 1996

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Bar­ba­ra Wa­lic­ka, 1997 & 2017

Na 0bwo­lu­cie: John­son Tsang, Sha­ping Love

ISBN 978-83-65271-77-8

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

Wy­da­je­my, co się nam po­do­ba

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi.

Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­daz@ka­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317

W SE­RII LI­TE­RAC­KIEJ KA­RAK­TE­RU UKA­ZA­ŁY SIĘ:

Ala­in Ma­banc­kou, Kie­lo­nek

Ta­har Ben Jel­lo­un, To ośle­pia­ją­ce, nie­obec­ne świa­tło

Lyonel Tro­uil­lot, Dzie­ci bo­ha­te­rów

Yoko Ta­wa­da, Fru­wa­ją­ca du­sza

Ala­in Ma­banc­kou, Afri­can Psy­cho

Mia Co­uto, Lu­na­tycz­na kra­ina

Hi­ro­mi Ka­wa­ka­mi, Na­dep­nę­łam na węża

Ala­in Ma­banc­kou, Black ba­zar

Hi­ro­mi Ka­wa­ka­mi, Ma­na­zu­ru

Dany La­fer­ri­ère, Kraj bez ka­pe­lu­sza

Kos­si Efo­ui, Wi­taj­cie, po­wra­ca­ją­ce wid­ma

Ala­in Ma­banc­kou, Ju­tro skoń­czę dwa­dzie­ścia lat

On­dja­ki, Bab­cia 19 i so­wiec­ki se­kret

Ta­har Ben Jel­lo­un, Dziec­ko pia­sku

Ta­har Ben Jel­lo­un, Świę­ta noc

Il­jas Chu­ri, Jalo

Ala­in Ma­banc­kou, Zwie­rze­nia je­żo­zwie­rza

Ka­mel Da­oud, Spra­wa Meur­saul­ta

Lyonel Tro­uil­lot, Nie­dzie­la, 4 stycz­nia

Ala­in Ma­banc­kou, Pa­prycz­ka

Agne­ta Ple­ijel, Wróż­ba

Wells To­wer, Ru­iny i zglisz­cza

Agne­ta Ple­ijel, Za­pach męż­czy­zny

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Świństwo (Truizmy) 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter