Życie jest piękne

Życie jest piękne

Autorzy: Natalia Murawska

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 10.32 zł

Kiedy los zmusi Cię do zmierzenia się z najgorszym, zrozumiesz, że wszystko, czego pragniesz, to piękne życie…


Cornelia to 17-letnia dziewczyna. Prowadzi normalne życie zwykłej nastolatki. Ma wspaniałą przyjaciółkę i wsparcie rodziców. Marzy i ma plany na przyszłość. Brakuje jej tylko prawdziwej miłości, ale wie, że na taką trzeba poczekać. Wszystko zmienia się, kiedy słyszy słowo BIAŁACZKA. Będzie zmuszona do podjęcia trudnej walki o swoje pragnienia.

Natalie, przyjaciółka Cornelii, to osoba, która tylko pozornie wydaje się silną, przebojową flirciarą, która wszystko ma za nic. Znakomicie potrafi nakładać maski i wcielać się w przypisywane role. Tak naprawdę skrywa wrażliwą duszę i liczne rany, które zadali jej najbliżsi. Marzy o kimś, kto zobaczy jej prawdziwe ja i je pokocha. Jedna niewłaściwa decyzja sprawi, że będzie musiała zmienić całe swoje życie.

Kiedy los postawi dwie przyjaciółki przed bardzo trudnym i bolesnym faktem, okaże się, że nie każda sytuacja daje możliwość takiego wyboru, jaki by się chciało mieć. Pomimo to, Nel i Nat stopniowo zrozumieją, że w każdym momencie warto cieszyć się z życia i czerpać z niego to, co najpiękniejsze, bo nic nie jest nam dane na zawsze.


Patrzę na wyciągniętą w stronę nieba dłoń przyjaciółki. Jedna z gwiazd właśnie spada, aby czyjeś życzenie mogło się spełnić. Chcę, żeby ta gwiazda była moim życzeniem.

– Zażycz sobie, żeby wyzdrowieć. – Natalie mówi głosem pełnym napięcia. Czuję na skórze jej gorący oddech, stoi tuż za mną.

Jeszcze krótką chwilę patrzę na spadającą gwiazdę i zamykam oczy. Życzę sobie jednak czegoś całkiem innego z olbrzymią nadzieją, że zostanę wysłuchana.

Chcę, żeby moje życie było piękne… – mówię w myślach, a kiedy otwieram oczy, gwiazdy już nie ma.


Natalia Murawska


Studentka psychologii, zafascynowana człowiekiem i ludzką naturą. Niepoprawna romantyczka z duszą wrażliwca, uwielbiająca truskawki, herbatę z cytryną i dobre książki. Od urodzenia jeździ na wózku inwalidzkim, jednakże z każdego dnia stara się wyciągnąć coś pozytywnego. Jej przygoda z pisaniem zaczęła się pewnego zimowego popołudnia, kiedy odważyła się opublikować historię w „magicznej przestrzeni dla początkujących pisarzy”, powszechnie znanej jako Wattpad.

Dla wszystkich, którzy uważają, że czegoś im brakuje. Doceńcie to, co macie. Cieszcie się każdą chwilą, każdym dniem, promieniami słońca, płatkami śniegu, deszczem i gwiazdami, ludźmi, którzy są obok mimo wszystko. Doceńcie te małe rzeczy, bo to one stanowią esencję życia. Pięknego życia.

*

SPIS TREŚCI

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

PROLOG

Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż ci się wydaje.

ks. Jan Kaczkowski, Grunt pod nogami

MOJE ŻYCIE JEST NIEMAL IDEALNE.

NIESTETY JESZCZE NIE WIEM, JAK SZYBKO

MOŻE SIĘ TO ZMIENIĆ.

Życie jest piękne. Trzy, wydawałoby się, całkiem proste słowa. Banalne. Słyszane setki razy w tysiącach sloganów reklamowych skierowanych do milionów osób. Tak naprawdę nikt z nas ich nie rozumie, dopóki ziemia nie zacznie mu się rozstępować pod nogami. Dopóki marzenia i plany nie rozsypią się w pył. Dopóki uporządkowany, harmonijny świat nie legnie w gruzach w jednej chwili. Od jednego słowa. Jednej decyzji. Jednego spotkania. Jednego spojrzenia w oczy. Jednej spadającej gwiazdy. Dopóki nie zabraknie nadziei. I dopóki nie znajdziemy promienia słońca pośród lodowej pustyni. Gwiazdy na nieskończonej czerni nocnego nieba. Dopóki nie poczujemy letniego wiatru na nagich ramionach. Dopiero wtedy zdajemy sobie sprawę, czym tak naprawdę jest piękne życie.

Wiem, jak to jest prowadzić normalny żywot życia nastolatki: nudny aż do bólu, perfekcyjny do znudzenia.

Wiem, jak to jest mieć wszystko i wszystko stracić.

Wiem, jak boli brak nadziei i bezsilność.

Wiem, jak bardzo ranią słowa.

Wiem, jak trudno walczyć o siebie.

Wiem, co znaczy odnaleźć siebie w oczach drugiego człowieka.

Wiem, co znaczy być całym czyimś światem.

Wiem, jak smakują usta ukochanej osoby. Wiem, jakim są ukojeniem.

Wiem, że można znaleźć magię we wszystkim – jeżeli tylko się tego chce.

Wiem, czym jest ból, cierpienie, rozpacz, zdrada, nienawiść, strata i wściekłość.

Wiem też, czym jest miłość, przyjaźń, zaufanie, wierność, poświęcenie, oddanie i czułość.

CHCĘ PO PROSTU PIĘKNIE ŻYĆ.

ROZDZIAŁ 1

Nie na wszystko można znaleźć wytłumaczenie. Niektóre rzeczy zdarzają się i już, trzeba je zaakceptować, czasem jako przekleństwo, a czasem jako dar.

Rosa Ventrella, Ogród oleandrów

Od trzydziestu minut siedzimy na twardych krzesłach w szpitalnej poczekalni. Nienawidzę szpitali! Naprawdę ich nienawidzę! Zapach chorób i środków odkażających przyprawia mnie o mdłości. Biel ścian sprawia, że bolą mnie oczy… A dziś z każdą mijającą sekundą zaczynam wariować z nudów. Ile, do cholery, można tu czekać? Próbowałam już wszystkiego. Liczyłam uderzenia swojego serca, ale w którymś momencie się zgubiłam i zrezygnowałam z tego. Potem próbowałam zabawy z dzieciństwa. Polega na wyodrębnieniu z otaczających dźwięków jednego i dopasowaniu go gdzieś, przerabianiu go w wyobraźni. Niestety w tej paskudnej poczekalni panuje taka cisza, że ciężko znaleźć jeden dźwięk, a co dopiero kilka. Razem z nami jest tu jeszcze parę innych osób, ale nikt nic do nikogo nie mówi, wszyscy są pogrążeni we własnych myślach. To naprawdę przerażające, ta cała cisza. Nawet moja mama, kiedy zaczęłam coś mówić, spojrzała na mnie tak, że od razu się zamknęłam. To chyba kolejny powód, dla którego nienawidzę szpitali. Cisza, która aż dzwoni w uszach. Taka, która sprawia, że myślisz o rzeczach, o których nie chcesz myśleć. O których normalnie byś nie myślał.

Wszyscy chodzą tu na paluszkach, bo tu leżą chorzy, nie wolno ci się śmiać, bo tu leżą chorzy, rodzice uciszają swoje dzieci, bo tu leżą chorzy. Nie wiem, jak ci ludzie mają wyzdrowieć, skoro są odcinani od wszelkich doznań, a ich jedyny widok to białe szpitalne ściany. Naprawdę można zwariować.

Wystukuję palcami dziwny rytm na kolanie, co w tym cichym pomieszczeniu brzmi niemal jak dźwięk młota pneumatycznego, i zastanawiam się, po co właściwie tu siedzimy. Mama zaciągnęła mnie tu, bo od jakiegoś czasu chodzę bardzo zmęczona, mam bóle głowy i ostatnio w szkole poszła mi krew z nosa. Według mnie to nic takiego, nie wiem, po co robić aferę, po co zawracać sobie tym głowę. Może jestem trochę zmęczona, ale to normalne, mam dużo stresu w szkole. Jestem niemal pewna, że lekarz powie mojej mamie, to samo co ja jej powtarzałam przez cały czas, zaleci mi odpoczywać i jeść więcej owoców i warzyw, może wypisze zwolnienie z wf. No i będzie po sprawie, tyle czekania, stracony cały dzień i usłyszymy coś, co sama mogłabym sobie zalecić.

A mogłabym teraz plotkować z Natalie…

– Cornelia Brave. – Słyszę głos dochodzący zza uchylonych drzwi.

– Nel, to my.

Czy moja mama myśli, że mogłabym tego nie usłyszeć? W tej ciszy brzmiało to prawie jak wybuch wulkanu. Przyrzekam.

– Nareszcie – mamroczę tylko pod nosem w odpo-wiedzi.

Zbieram swoje rzeczy i wchodzimy do gabinetu. Moja lekarka, doktor Steven, to przemiła kobieta po pięćdziesiątce. Leczy mnie, odkąd pamiętam. Widziała każde moje przeziębienie, rozbite kolana i głowy, pomagała przy wysypkach i odwodnieniu. Widziała, jak dorastałam i z niemowlaka zmieniałam się w dziecko, z dziecka w nastolatkę i z nastolatki w młodą kobietę. Zerkam na jej pomarszczoną twarz, na której spodziewam się zobaczyć uroczy uśmiech, ale zamiast tego widzę zmartwiony wzrok.

Pewnie jest zmęczona – wmawiam sobie, ale czuję ukłucie jakiegoś dziwnego niepokoju. Coś takiego, co w zasadzie nie ma żadnego uzasadnienia, a jednak…

Siadamy na krzesłach, a ona dłuższą chwilę nam się przygląda. Czuję, jak przyspiesza mi serce, a w gabinecie nagle robi się duszno.

– Cornelio – zaczyna, a mnie z niewiadomych powodów robi się niedobrze. Ona nie używa mojego pełnego imienia. Nigdy. Dlaczego teraz tak do mnie powiedziała? – Nel, posłuchaj, przebadaliśmy twoją krew. Wyniki wyszły bardzo niepokojące… Yyy… Powtórzyliśmy badania. Dwa razy. Przykro mi…

– O czym pani mówi, pani doktor? – Moja mama zadaje pytanie, na które ja nie mam odwagi.

Nie wiem czemu, ale robi mi się duszno. Bardzo. O Boże, chyba zapomniałam, jak się oddycha. Chyba nie chcę znać odpowiedzi.

Na żadne pytania.

Chyba się boję. Modlę się w duchu, żeby lekarka powiedziała, że to anemia albo coś równie błahego. Proszę. Błagam. Błagam…

– Naprawdę mi przykro, bardzo… Nel, słoneczko, to białaczka. Ostra białaczka szpikowa. Przykro mi.

I stabilny świat w jednej chwili się wali.

ROZDZIAŁ 2

Słowa, myślę sobie, są takie nieprzewidywalne. Żaden pistolet, miecz, armia ani król nie mogą się mierzyć z potęgą jednego zdania. Miecze mogą ranić i zabijać. Słowa zagnieżdżają się w naszych ciałach i pasożytują w nich jak robactwo. Niesiemy je ze sobą w przyszłość, nie mogąc się od nich uwolnić.

Tahereh Mafi, Dar Julii, tłum. M. Kafel

Słowo.

Jedno słowo.

Kilka liter.

A ma większą moc niż naładowany pistolet czy nóż. Może zadawać większe cierpienie niż rana postrzałowa. Ma moc niszczenia, destrukcji, a nawet może powoli zabijać. Tak, niewłaściwie słowo w ciągu zaledwie chwili może zniszczyć życie, może zadać niewyobrażalny ból. Słowo, które dla jednego może nic nie znaczyć, innego może rozsypać na milion kawałeczków. Słowo jest niebezpieczne, bo nie zdajemy sobie sprawy z jego potęgi. A ono rośnie, dojrzewa, a potem ktoś je wypowiada… I cały świat się sypie jak po wybuchu bomby… Moim słowem zabójcą, moją bombą jest białaczka.

Białaczka białaczka białaczka białaczka białaczka białaczka białaczka białaczka białaczka białaczka białaczka białaczka…

Ostra białaczka szpikowa.

To słowo huczy w mojej głowie, kotłuje się, wrzeszczy, śmieje się ze mnie. Cały świat stanął, czas się zatrzymał. Wszystko wokół mnie przestało istnieć. Jest tylko to słowo. To jedna z tych chwil, kiedy człowiek nie wie, czy powinien zacząć płakać, wrzeszczeć, uciec czy rzucić się na kogoś z pięściami. To jedna z tych chwil, kiedy człowiek nie wie, czy będzie potrafił jeszcze kiedykolwiek normalnie funkcjonować i oddychać. Moment, kiedy zaczyna się zastanawiać, dlaczego nikt nie śmieje się z tak głupiego żartu. Słowa, które właśnie padły z ust lekarki, są zbyt trudne, zbyt bolesne i zbyt niewiarygodne. To coś, o czym chciałoby się zapomnieć, wyprzeć z pamięci, bo nie jest się w stanie z tym poradzić. To coś, czego chciałoby się nigdy, przenigdy nie przeżywać. A jednak to właśnie się dzieje… i już nie da się tego zatrzymać. Zupełnie, jak pędzącej lawiny.

Jakby z oddali słyszę, że moja mama zachłystuje się powietrzem, z jej gardła wydobywa się spazmatyczny szloch, lekarka coś mówi, chyba ją uspokaja, ale ja ich nie słyszę, nie chcę słyszeć. Nie chcę wiedzieć!!!

Wstaję, ubieram się i wychodzę. Nie czekam na mamę, nie mam zamiaru jej pocieszać, to nie moja rola. Drzwi zamykają się za mną z ogłuszającym trzaskiem. Ludzie w poczekalni patrzą na mnie ze zdziwieniem. Nie zwracam na nich najmniejszej uwagi.

Muszę się stąd wydostać.

TERAZ. NATYCHMIAST. JUŻ.

Zaczynam biec, bo nagle zapach środków odkażających sprawia, że zaczynam się dusić, a biel ścian mnie przytłacza. Wpadam na jakąś kobietę, ale nawet się nie zatrzymuję, nie przepraszam. Słyszę tylko jej oburzony głos, gdy mówi, że powinnam uważać, bo przecież to jest szpital. Biegnę dalej.

Muszę się stąd wydostać! Muszę! Inaczej wybuchnę!

Przyspieszam i w końcu wypadam z budynku na chłodne styczniowe powietrze. Wiatr smaga mnie po rozgrzanej od emocji twarzy. Ale ja się nie zatrzymuję, biegnę dalej ile sił w nogach. Po policzkach płyną mi gorące, słone łzy.

To nie może być prawda, to musi być jakiś głupi żart, sen, z którego zaraz się obudzę. Przecież zdarzają się pomyłki, pielęgniarki mylą probówki, przecież zdarza się, że psują się maszyny. To nie jest prawda. Nie jest, nie może. Nie może!!!!! NIE!!! – wrzeszczy głos w mojej głowie, domagając się uwagi, ale inny cichy głosik mówi, że to prawda. Lekarka nie powiedziałaby mi czegoś takiego bez wcześniejszego sprawdzenia. A ja chyba mu wierzę… Bardzo nie chcę, a jednak wierzę…

Zatrzymuję się, kiedy moje płuca zaczynają płonąć żywym ogniem. Nie mogę złapać oddechu. Każdy haust powietrza jest jak wkładanie do gardła rozpalonego żelaznego pręta. Opieram się o drzewo. Pochylam się do przodu, ręce opieram na kolanach. Krztuszę się łzami. Wściekłym ruchem ścieram je z policzków. Nienawidzę się za to, co się ze mną w tej chwili dzieje. Jestem taka słaba.

Rozglądam się wkoło. Jestem w parku. Czy to nie dziwne? Mój świat się sypie, a wszyscy ludzie robią dokładnie to samo, co robili wczoraj i co będą robić jutro. W takiej chwili człowiek oczekuje jakiejś zmiany, wypatruje różnicy, czegokolwiek, bo przecież wszystko się zmieniło. Ale nie… Życie toczy się dalej. Bez żadnych eksplozji, trzęsień ziemi czy katastrof. W świecie tych ludzi nic się nie zmieniło, nadal gdzieś śpieszą. Uciekają przed wiatrem, pędzą na zakupy albo odebrać dziecko. Nikt nawet nie zauważył rozhisteryzowanej dziewczyny. Pewnie myślą, że zerwał ze mną chłopak albo doszło do jakiejś melodramatycznej kłótni z przyjaciółką. Nikomu nawet przez myśl nie przejdzie prawdziwy powód. Oni mają swoje problemy, swoje życie. Nie chcą interesować się moim. Dlatego ignorują to, co widzą. Tacy są ludzie…

Siedzę tam jeszcze długo. Bardzo długo. Robi się ciemno a moje ciało jest sztywne z zimna. Wracam do domu.

– Martwiliśmy się o cie… – Już w progu słyszę zmartwiony głos mamy.

– Nie chcę rozmawiać. Z nikim. Dajcie mi spokój – odpowiadam sucho i wchodzę po schodach do swojego pokoju.

Nawet tu wszystko wygląda normalnie. Rzeczy, które zostawiłam rano, ciągle leżą. Otwarte podręczniki, niedopity sok i brudny talerzyk. Wspomnienie po tym, co się zmieniło. Idę do łazienki i wchodzę pod prysznic. Odkręcam gorącą wodę i stoję tak długo, dopóki nie robi się zimna. Płaczę. Czuję się jak jedno wielkie naczynie na łzy. Nie ma nic poza nieskończonym oceanem łez. Nic. Boję się, że już nigdy nie będzie nic poza tymi łzami, że one staną się moją pieprzoną definicją. Wychodzę dopiero, gdy nie ma we mnie już ani jednej kropli. Jestem pusta, pozbawiona wszystkiego. Automatycznie wcieram w ciało ulubiony truskawkowy balsam i wkładam ciepły, miękki szlafrok. Podchodzę do lustra i opieram się dłońmi o umywalkę. Patrzę w nie tak, jak to robię codziennie, ale nie widzę tego, co zawsze. Nie widzę uśmiechniętej dziewczyny. Młodej kobiety, która ma przed sobą całe życie i przy odrobinie wysiłku może osiągnąć wszystko. Nie widzę błysku w oku i rumieńców na twarzy. Nie widzę przyszłości, balu maturalnego, studiów, mojej przyszłej rodziny. Widzę za to przerażoną dziewczynę, której sypie się życie. Widzę dziewczynę chorą na białaczkę. Widzę wielkie wystraszone oczy i bladą, poszarzałą skórę. Dotykam palcem mojego odbicia i krzywię się. Widzę to wszystko i nie znam tej dziewczyny. Nie chcę jej znać. Chyba się jej boję…

ROZDZIAŁ 3

…życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć.

Éric-Emmanuel Schmitt, Oskar i pani Róża, tłum. B. Grzegorzewska

Siedzę na łóżku z kolanami podciągniętymi pod brodę i patrzę w ścianę. Właściwie nic innego nie robię od… jakiegoś czasu. W zasadzie od ponad tygodnia. Dziesięć dni. Dwieście czterdzieści godzin. Czternaście tysięcy czterysta minut. Telewizor szumi gdzieś w tle, ale nawet nie zauważam momentu, kiedy po raz nie wiadomo który włącza się ten sam odcinek Master chefa. Myślę o tym, co się stało i jak bardzo to jest dziwne. Jak to możliwe, że jednego dnia wszystko jest dobrze, a drugiego dowiadujesz się, że jesteś śmiertelnie chory? Zastanawiasz się wtedy, co teraz? Co masz dalej robić? Ja ciągle rozważam, czy wściec się na los, czy zrobić coś, żeby zasłużyć na to, co dostałam? Mimo wszystko czuję się, jakbym znalazła się w jakimś innym wymiarze, wszystko wokoło jest takie samo. Ziemia się nie zawaliła, ale mój świat jest tak inny, że nie poznaję swojego życia. Nic nie jest takie, jak było. Nie chodzę do szkoły, bo powiedziałam, że nie mam na to ochoty. Mama tylko przytaknęła i wcisnęła wychowawcy, że jestem przeziębiona. Powiedziała, że resztę wytłumaczy potem… Jestem tym zmęczona… Nie, jestem raczej wściekła, że moi rodzice zachowują się, jakby każdy ich ruch mógł sprawić, że mój stan się pogorszy. Mam dość tego, że chodzą po domu na palcach, że mówią do mnie szeptem. Nigdy nie myślałam, że coś takiego powiem, ale marzę, żeby mama nawrzeszczała na mnie, że pożyczyłam jej bluzkę, chcę, żeby tata wszedł do pokoju i powiedział, że natychmiast mam sprzątnąć, bo mój pokój wygląda jak chlew. Chcę, żeby ktoś kazał mi wynieść śmieci czy odkurzyć dom. Chcę mojego poprzedniego życia, chcę, żeby wszystko znów było normalnie. Potrzebuję nudnej codzienności i powrotu do bycia zwykłą nastolatką. Naprawdę nie chcę musieć odpowiadać na pytanie o sens mojego życia.

Z zamyślenia wyrywa mnie dzwonek telefonu piosenką Eda Sheerana. Zerkam na wyświetlacz, chociaż doskonale wiem, kto dzwoni. Widzę roześmianą twarz Natalie. Ignoruję połączenie tak samo, jak zignorowałam trzysta poprzednich. Tak samo jak zignorowałam walenie w okno, które zamknęłam pierwszy raz od zawsze. Ignoruję ją i nienawidzę się za to.

Zamykam oczy i próbuję się odciąć od świata, od myśli.

– Natalie dzwoniła na domowy… – Słyszę zmartwiony głos mamy, który wyrywa mnie z zamyślenia. Jestem zaskoczona, bo mama od tygodnia nie wchodziła do mojego pokoju, nie pytając na wejściu, jak się czuje. Podnoszę wzrok i patrzę na nią. – Dzwoniła na domowy i powiedziała, że na pewno porwali cię kosmici i muszę natychmiast sprawdzić, czy nie zostawili jakichś śladów w twoim pokoju, bo inaczej ona wybiera się do NASA, żeby cię szukać.

Mimowolnie się uśmiecham. Cała Natalie.

– Nie odzywacie się do siebie? – pyta mama lekko podniesionym głosem, a ja nie odpowiadam, tylko spuszczam wzrok. – Ona o niczym nie wie?

Prawie niezauważalnie kręcę głową. Mama palcem wskazującym podnosi moją brodę, zmuszając mnie do spojrzenia na nią.

– Nel, ona o niczym nie wie? Musisz jej powiedzieć. To twoja przyjaciółka.

– Nie chcę. Nie mogę. Przez to wszystko się zmieni. Nic nie będzie już takie samo – mówię ochrypłym głosem.

– A teraz jest dobrze? Wszystko jest tak, jak było kiedyś? – pyta, wstaje i podchodzi do okna. Chwilę się z nim szarpie. – To okno nie było zamknięte od… Nigdy nie było zamknięte, Nel.

Z powrotem siada koło mnie. Wiem, że ma rację. Po policzku płynie mi łza, a mama ociera ją palcem, tak jak kiedyś, gdy byłam mała i płakałam z powodu nocnych koszmarów. Chciałabym, żeby to właśnie o to chodziło. Ale teraz tamten czas wydaje mi się tak bardzo odległy, o milion lat świetlnych.

– Nie… Nie wiem jak, boję się. Co ja mam jej powiedzieć? Jak? Nie umiem.

Mama patrzy na mnie smutno. Tak patrzy tylko matka, której dziecko cierpi. Tylko ona czuje ten ból.

– Nel, córeczko, po prostu powiedz jej prawdę. To Natalie, poradzi sobie – mówi, całuje mnie w czoło i wychodzi, zostawiając mnie z tym całym bałaganem w głowie, z tymi wszystkimi myślami.

Jest środek nocy, ale nie mogę spać. Ubieram ciepłą bluzę i buty i wychodzę przez okno. Okno Natalie jest zaledwie dwa kroki od mojego. Otwieram je, oczywiście nie jest zamknięte, tak jak i moje było do zeszłego tygodnia. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wchodziła do Natalie drzwiami. Ten sposób wchodzenia jest dla nas normą. Cicho przeskakuję przez parapet i zdejmuję buty. Patrzę na leżącą na łóżku przyjaciółkę. Nie śpi, ale słucha muzyki, więc jest w innym świecie. Wygląda jak anioł, ma prawie białą skórę, długie włosy w kolorze miedzi i duże brązowe oczy. I jest aniołem, aniołem z charakterkiem.

***

Mam siedem lat. To jest mój pierwszy dzień w nowej szkole. Przeprowadziliśmy się zaledwie dwa tygodnie temu. Wszystko jest obce i nieznane. Jestem przerażona i mam ochotę uciec z powrotem do domu. Chcę do mamy. Chcę stąd iść. Rozglądam się po klasie pełnej dzieci. Bawią się wesoło i przekrzykują nawzajem. Naprawdę mam ochotę się schować. Próbuję ukryć twarz w moich blond włosach i choć na moment stać się niewidzialną. I wtedy podchodzi do mnie dziewczynka w kasztanowo-miedzianych warkoczach. Jest bardzo ładna i ma w oczach wesołe iskierki.

– Cześć, jestem Nat – mówi z uśmiechem i ciągnie mnie za rękę, wprowadzając do zabawy. Tak jakbyśmy znały się od zawsze.

Od tamtego czasu ją kocham.

***

Podchodzę do niej i wyciągam z jej uszu słuchawki. Natalie podskakuje i piszczy.

– Czy ty jesteś nienormalna, wariatko?! Chcesz, żebym dostała zawału? – krzyczy, a ja jakimś cudem się uśmiecham, mimo całej sytuacji.

– Przepraszam – mamroczę, śmiejąc się cicho.

– O matko, ty jednak żyjesz, jednak kosmici znają litość. – Przytula mnie.

– Co u ciebie, Nat? – pytam, żeby jakoś opóźnić nieuniknione.

– To, co zwykle. Wczoraj na fitness spotkałam faceta. Istne ciacho. Wygląda jak Apollo. Ach, te mięśnie i w ogóle – mówi rozmarzonym głosem.

– Zamierzasz go poderwać?

– Zobaczymy, co się da zrobić. – Puszcza do mnie oko, a ja doskonale wiem, że jeśli założy sobie, że go w sobie rozkocha, to tak będzie. – Nel, jakim cudem dowiaduję się, że cię nie będzie w szkole, od nauczyciela? – Patrzy na mnie wyczekująco, a ja wiem, że jeżeli nie zrobię tego teraz, to nie zrobię nigdy. Nabieram w płuca powietrza, a potem powoli je wypuszczam. Natalie w tym czasie kładzie mi głowę na kolanach.

– Nat, pamiętasz, jak tak źle się czułam i bolała mnie głowa… – Natalie momentalnie poważnieje. To jeden z powodów, za które ją kocham. Potrafi w zaledwie sekundę przejść z roześmianej przyjaciółki flirciary w poważną słuchaczkę zdolną unieść najgorszą wiadomość. – Natalie, mam białaczkę.

ROZDZIAŁ 4

Gwiazdy nie mówią tak jak my, łącząc litery w słowa. One mówią sygnałami.

Dorota Terakowska, Córka Czarownic

Powietrze między nami gęstnieje, a ja niemal czuję, jak ciało Natalie się napina, jak jej mięśnie tężeją. Zasysa powietrze i mocno przygryza dolną wargę. Długą chwilę siedzimy w całkowitej ciszy, przerywanej jedynie przez mój niespokojny oddech. W końcu Natalie robi wydech i podnosi się do pozycji siedzącej. Patrzy na mnie przenikliwym wzrokiem.

– To nic. To niczego nie zmieni. To nic, tak? – mówi i chociaż jej głos się łamie, to jest stanowczy.

Nie wytrzymuję i łzy, które zbierały się w moich oczach od jakiegoś czasu, płyną po policzkach. Nie chcę przy niej płakać, bo przez to będzie jej trudniej, ale nie jestem w stanie powstrzymać tego potoku. To taki żałosny płacz, nad którym nie da się zapanować.

– Nel, weź się w garść! Weź się w garść! Już! To nic, poradzisz sobie, rozumiesz? – mówi stanowczo, chociaż słyszę gulę rosnącą w jej gardle.

Podchodzi do mnie i mocno mnie przytula. Bardzo mocno. Byłam głupia, że bałam się jej powiedzieć. W tym czasie chyba zapomniałam, jaka jest Natalie. A jest jedyną osobą na świecie, która potrafi bezbłędnie rozpoznać, kiedy moje życie rozsypuje się na miliony kawałeczków i jako jedyna potrafi trzymać mnie w ramionach tak długo, aż wszystkie te kawałki znajdą swoje miejsce. Potrafi zatrzymać nieuniknioną katastrofę. Potrafi oddać mi swoją siłę i pomóc mi się zebrać do kupy. Zawsze to potrafiła. Jak mogłam o tym zapomnieć?

Trzyma mnie w ramionach, dopóki całkiem się nie uspokajam.

– Przepraszam, Nat. Naprawdę przepraszam, powinnam powiedzieć ci od razu – mówię, a ona siada koło mnie i kładzie mi głowę na ramieniu.

– Rozumiem… Przyznaję. Uważam, że powinnaś była mi powiedzieć na początku… i nie ukrywam, trochę mi przykro, że tego nie zrobiłaś, ale cię rozumiem.

– Po prostu to wszystko, to dla mnie za dużo, zbyt nagle – tłumaczę. – Nie ogarniam tego, co się dzieje. Nie wiem, co mam robić, co myśleć. Czuję się jak dziecko we mgle, które nie wie, gdzie ma iść. Nie ma żadnych drogowskazów. Gubię się we własnym życiu. To wszystko jest po prostu…

– Nieprawdopodobne, co nie? – kończy za mnie Nat. – Nel, a jak ty się w ogóle czujesz? – pyta po jakimś czasie.

– Nie wiem. Fizycznie całkiem dobrze, może czasem kręci mi się w głowie, ale generalnie jest w porządku. Psychicznie… mówię, czuję się, nie wiem, pogubiona, jakbym zamieniła się z kimś życiami albo znalazła się w jakiejś równoległej rzeczywistości, w której wszystko jest nie tak. Nie ma żadnych zasad i nie mogę się połapać. Mam poczucie, jakby to była nierówna gra. Wściekam się, kiedy rodzice nie wiedzą, jak się ze mną obchodzić, a do jeszcze większego szału doprowadza mnie to, że sama tego nie wiem. Nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Jedyne, czego chcę, to wrzeszczeć. Naprawdę marzę o tym, żeby się wywrzeszczeć i tyle.

Natalie wzdycha i po chwili nagle gwałtownie się podnosi.

– Poczekaj… To dlaczego tego nie robisz, Nel?

– Czego? – Nie za bardzo rozumiem, o czym mówi.

– Nel, mówisz, że chcesz wrzeszczeć, tak? – Kiwam lekko głową, nadal nie rozumiejąc, do czego zmierza. – To wrzeszcz, jak masz na to ochotę, po prostu wrzeszcz.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? – parskam śmiechem. – Mam wrzeszczeć tutaj? Chcesz, żeby sąsiedzi wezwali policję?

– Hm… Racja. – Znowu opiera się na poduszkach i ciężko wzdycha z rezygnacją.

Jednak już po chwili wstaje szybko, omal się nie przewracając. Sięga po telefon, leżący na szafce nocnej. Sprawdza godzinę i uśmiecha się tajemniczo.

– A czy panna Cornelia nie powinna od dawna spać we własnym łóżku? – mówi głosem mojej mamy, na co uśmiecham się lekko.

– Moja mama nie wie, że tu jestem.

– Ooo, jestem z ciebie dumna. Wkroczyłaś na drogę buntu – mówi z sarkastycznym uśmiechem. – W takim razie zbieramy się! – Wyjmuje z szafy swoje dresy i rzuca je we mnie.

– Po co mi to? – pytam szczerze zdziwiona.

– Ubierz i nie marudź, szybko! Mam pewien pomysł. – Wciąga przez głowę ciepłą bluzę i związuje włosy w luźną kitkę.

Chwilę później siedzimy już w jej samochodzie i gdzieś jedziemy. Nie mam pojęcia gdzie i tym bardziej po co. Nie powiedziała mi, ale co dziwne: mam wielką ochotę jechać w niewiadomym celu. I chociaż to właściwie nie jest nic takiego, czuję adrenalinę dudniącą mi w żyłach. To prawie tak, jakby wszystko było normalnie.

Po kilkunastu minutach Natalie zatrzymuje auto i wysiada. Jesteśmy w parku. Przyjaciółka otwiera drzwi z mojej strony.

– Wysiadaj, Nel. Jest zimno, nie będę tu stała całą noc.

Patrzę na nią, jak przestępuje z nogi na nogę i szczerze rozważam zadzwonienie do jakiegoś psychiatry. Czyżby oszalała?

– Po co tu przyjechałyśmy? – pytam, a Natalie teatralnie wzdycha.

– Chodź – mówi, zbytnio przeciągając samogłoskę.

Z ociąganiem wysiadam, a Natalie od razu bierze mnie za rękę i ciągnie w głąb parku. Nie mam nawet czasu, żeby zaprotestować.

O tej porze nie ma nikogo. Jest tak inaczej niż w dzień, kiedy pełno tu zaganianych dorosłych i bawiących się dzieci. Teraz to miejsce jest jak wyjęte z baśni, tajemnicze i niemal magiczne. Jest tak cicho, że słyszę szum liści kołysanych przez zimny wiatr, słyszę cykanie świerszczy i głuche bicie własnego serca. Patrzę do góry, na nocne niebo usiane gwiazdami. Od zawsze uwielbiam gwiazdy. Zawsze są, nawet gdy ich nie widać, nawet gdy nie patrzymy w niebo. One tam są. Niezmienne, piękne i wieczne. Rozjaśniają nawet najciemniejszą noc. Są drogowskazami na drodze życia. Miliony malutkich przyjaciół.

– Wrzeszcz… Chciałaś wrzeszczeć, to wrzeszcz. – Miękki, aksamitny szept Natalie wyrywa mnie z zamyślenia. Patrzę na nią i zastanawiam się nad jej słowami. Właściwie dlaczego nie? Tego właśnie chciałam…

I wrzeszczę. Mój głos rozbrzmiewa w całym parku, wypełnia otaczającą nas ciszę. Wyraża wszystkie kłębiące się we mnie uczucia, wszystkie pretensje i niezrozumienie. Wrzeszczę tak długo, aż moje gardło jest całkowicie zdarte. Podchodzę do Natalie i przytulam ją.

– Dziękuję – szepczę jej do ucha, a ona tylko jeszcze mocniej mnie obejmuje.

– Patrz. – Natalie odwraca mnie gwałtownie. Teraz stoję plecami do niej. – Spadająca gwiazda.

Patrzę na wyciągniętą w stronę nieba dłoń przyjaciółki. Jedna z gwiazd właśnie spada, aby czyjeś życzenie mogło się spełnić. Chcę, żeby ta gwiazda była moim życzeniem.

– Zażycz sobie, żeby wyzdrowieć. – Natalie mówi głosem pełnym napięcia. Czuję na skórze jej gorący oddech, stoi tuż za mną.

Jeszcze krótką chwilę patrzę na spadającą gwiazdę i zamykam oczy. Życzę sobie jednak czegoś całkiem innego z olbrzymią nadzieją, że zostanę wysłuchana.

Chcę, żeby moje życie było piękne… – mówię w myślach, a kiedy otwieram oczy, gwiazdy już nie ma.

Życie jest piękne

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-636-5

© Natalia Murawska i Wydawnictwo Novae Res 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Barbara Kaszubowska

KOREKTA: Daria Milko, Małgorzata Szymańska

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Życie jest piękne 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia