Dziewczyny chcą się zabawić (t.1)

Dziewczyny chcą się zabawić (t.1)

Autorzy: Izabela Szolc Adrianna Michalewska

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.74 zł

„Dziewczyny chcą się zabawić” to historia utraconego dzieciństwa i młodości.

Cztery przyjaciółki: Monika, Amelia, Iza i Paulina wchodzą w dorosłość w Łodzi, która jest na skraju upadku. Tak jak bohaterki uczą się życia, tak ich rodziny starają się przetrwać czas wielkich przemian. Łódzkie kobiety – włókniarki, farbiarki, tkaczki, urzędniczki i nauczycielki szukają tego, co w życiu jest najważniejsze. Chcą kochać i być kochane. Chcą szczęścia swoich rodzin, codziennego obiadu dla swoich dzieci i przyszłości, której nie trzeba się bać.

„Dziewczyny chcą się zabawić” to opowieść o dramatycznych wyborach końca lat osiemdziesiątych XX wieku, gdy Polska rodziła się na nowo, a wraz z nią dorastało pokolenie, niegotowe na nadchodzące zmiany.

To historia upadających fabryk i bezrobocia, wielkich możliwości i gwałtownych zmian politycznych. To historia wielkich marzeń i straszliwych rozczarowań. Szalonej namiętności i ponurej rzeczywistości. To opowieść o prawdziwym życiu, które przytrafiło się czterem dziewczynom w Łodzi.

Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Mariola Hajnus

Książka ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca i zdarzenia albo są produktem wyobraźni autora, albo wykorzystane są fikcyjnie. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żyjących czy zmarłych, zdarzeń lub miejsc jest zupełnie przypadkowe.

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Elizaveta Lavrik/Shutterstock

© design56/Shutterstock

© whitelook/Shutterstock

© by Adrianna Michalewska and Izabela Szolc

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-7495-961-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

When the working day is done

Oh, girls – they wanna have fun

Robert Hazard

Girls Just Want to have Fun

SPIS TREŚCI

POSTACI WYSTĘPUJĄCE W POWIEŚCI

Młoda kobieta…

Dziewczynka dorosła, ale wciąż pamiętała…

Amelia w przedszkolu nienawidziła…

Ludzie uważają, że jak się coś kończy…

Na Retkini nie było wcale tyle…

Myśl o dziewczynce z twarzą lalki…

Wieżowiec Anny i Amelii stał dokładnie…

Niedługo później Amelia miała okazję…

Chyba wszyscy się zgadzają…

Od wybuchu stanu wojennego żyło się…

Poczekała na odpowiedni moment, kiedy…

Wyjechał. Rodzice byli radzi, że…

Pod koniec roku 1985 Iza miała…

Śnieg padał w najlepsze i było zimno…

Wrócił. Tak długo na niego czekali, że…

Nie było żadnego zespołu muzycznego…

Teresa Sarnecka zacisnęła dłonie…

Jezu, chyba zwariuję od tego upału…

W czasie zabaw Amelia i Monika…

Drogi Mój!

Willa przy ulicy Grunwaldzkiej…

Monika wypożyczyła perkusję…

Sukienka była czerwona…

Drogi Mój!

Ostatnia studentka opuściła…

Kochany!

W wieku szesnastu lat Amelia…

Irena przystanęła, mnąc w rękach…

Halo? – Monika zawołała…

Ciotka Teresa postawiła na stole…

Telefon w przedpokoju…

Lumumbowo było niczym…

Kochanie Moje!

Niedzielny poranek zaczął się…

Amelia nie chciała, żeby Monika…

Patrzyła na niego…

Pójdę z tobą do lekarza…

Mama Amelii skończyła kiedyś…

Irena kończyła wykład…

Czuję się lśniąca i nowa jak…

Zza wahadłowych drzwi wyszedł…

Taksówka zatrzymała się przy…

Irenko, zajrzyj do mnie, kochana…

Kazimierzu!

Cisza w mieszkaniu…

Skoro Monika leży w szpitalu…

A więc stało się! Profesor…

KOBIECY ZESPÓŁ SZUKA PERKUSISTKI

Znowu czekał na nią…

Kochany!

Ja nie widzę żadnego problemu…

Co za cholerna bzdura…

Szpitalne łóżko nie zachęcało…

Amelia. Tego imienia…

Kochany!

Gabinet Ireny nie różnił się…

Dzwonek do drzwi Pauliny…

Nie jestem jeszcze gotowy…

Kazałaś mu wyjechać…

W ogóle cię nie znam…

Kazieńku!

Każdy ma jakieś sekrety…

Boże, jak ona czeka na telefon od…

Amelia przyszła pod kamienicę…

Zaczął się październik…

Polska żyła nadzieją…

Deszcz stukał o szyby…

Słoik z zupą pomidorową…

Antonina wniosła tacę z kawą…

Powolutku wyciągnęła z bagażnika…

Mamo, nie chciałaś mieć więcej…

Była dziewczyną, która w oczach…

Niedziela. Zygmunt zaparzył kawę…

Nie mogła zasnąć…

POSTACI WYSTĘPUJĄCE W POWIEŚCI

AMELIA KOSOWSKA

Pochodzenie: niższa klasa średnia.

Wygląd: drobna i niewysoka blondynka.

Rodzina: ojciec, Michał, nie żyje, jego zamiłowanie do lotnictwa znalazło swój wyraz w imieniu, które nadał córce; mama, Anna, pracuje w sklepie na Piotrkowskiej. Amelia jest jedynaczką.

Mieszka w: Łodzi, w bloku przy ulicy Kusocińskiego.

MONIKA PIELGRZYM

Pochodzenie: rodzina łódzkich profesorów.

Wygląd: piękna posągowa brunetka.

Rodzina: ojciec, Zygmunt, to znany profesor kardiochirurg z Akademii Medycznej; matka, Irena, jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Łódzkim. Monika nie ma rodzeństwa.

Mieszka w: Łodzi, w willi z ogrodem przy ulicy Grunwaldzkiej.

PAULINA SARNECKA

Pochodzenie: robotnicze.

Wygląd: blada i piegowata, o męskiej figurze. Jej największą ozdobą są rude kręcone włosy i zielone, jak u kota, oczy.

Rodzina: tylko ojciec, Tadeusz, alkoholik, pracuje w fabryce jako stróż. Mama, Barbara, nie żyje. Paulina ma troje starszego rodzeństwa, które dawno opuściło rodzinny dom. Grzegorz, lat 30, bezrobotny. Mieszka w Łodzi i pracuje na czarno, remontując mieszkania. Janek, lat 27, bezrobotny, mieszka z rodziną w Aleksandrowie. Maria, lat 25, nauczycielka, mieszka w Kutnie. Jest też ciotka Teresa, siostra ojca, pracuje jako tkaczka w fabryce im. Marchlewskiego.

Mieszka w: Łodzi, w starej kamienicy bez łazienki przy ulicy Czerwonej.

IZA SREBRZYŃSKA

Pochodzenie: wyższa klasa średnia.

Wygląd: drobna blondynka, bardzo ładna.

Rodzina: ojciec Sławoj angażuje się w politykę, matka, Elżbieta, jest uzależniona od leków i alkoholu, bardzo nieszczęśliwa. Pracuje w urzędzie miejskim na kierowniczym stanowisku. Brat Izy, Roch, zginął, kiedy przemycał narkotyki.

Mieszka w: Łodzi, w bloku przy ulicy Sienkiewicza.

ROBERT NOWAKOWSKI

Pochodzenie: klasa średnia.

Wygląd: przystojny szatyn, średniego wzrostu, bardzo ciemne aksamitne oczy.

Rodzina: ciepła i opiekuńcza matka, sekretarka w biurze w fabryce Marchlewskiego, pracowity ojciec, zajmuje się naprawą maszyn w fabryce. Jest jeszcze młodszy brat Maciek, który wrodził się w ojca. Robert ceni wszystkie rodzinne święta.

Mieszka w: Łodzi, w bloku przy ulicy Jana.

LITZMANNSTADT, 1994 ROK

Młoda kobieta, klęcząc na drewnianej podłodze, z trudem usunęła resztki zaprawy murarskiej łączącej zielone kafle w dużym piecu w salonie. Fragmentem połamanej łyżki cierpliwie wyciągała okruchy lepiszcza, łamiąc przy tym i tak już zniszczone paznokcie. Opuszki jej palców krwawiły.

Za oknem był słoneczny sierpniowy dzień 1944 roku. Jakiś gołąb usiadł na parapecie i gruchał, zaglądając przez brudną szybę do wnętrza mieszkania. Zaciekawił go ruch w zwykle pustym pomieszczeniu. Skoro byli tam ludzie, mogło to oznaczać, że trafi mu się odrobina kaszy, kilka okruchów chleba, cokolwiek nadającego się do zjedzenia. Liczył na to, że uda mu się coś wyłudzić. Gołębie są w tym bardzo dobre. Hałasują tak długo, aż w końcu ktoś podzieli się z nimi tym, co ma. Choć trzeba przyznać, że w Litzmannstadt 1944 roku zapasów już nie było. A na pewno nie w tej zrujnowanej kamienicy z wybitymi szybami ślepych okien.

Gruchał i gruchał, jakby nie dowierzał, że w widocznej z parapetu szafie nikt nie trzyma lnianego woreczka z jedzeniem. Chodził tam i z powrotem po kamiennym parapecie, ograniczonym z trzech stron drewnianym płotkiem, kiedyś pomalowanym na biało. Teraz płotek był obdarty z farby, zniszczony i biedny, jak cała ta kamienica. Jak ta dziewczyna w pokoju, do którego zaglądał gołąb.

A ona niezdarnie przetarła czoło, zostawiając na nim brudną smugę. Czarne włosy, rano jeszcze pewnie spięte w kok, teraz wysunęły się ze spinek, opadając brudnymi strąkami na ramiona. Nie miała czasu ich umyć. Nie myła ich od dawna. Nawet gdyby chciała, od miesięcy w kamienicy nie było wody. Chodziła czasami do studni, wtedy, gdy jeszcze tak bardzo się nie bała. Gdy Litzmannstadt nie było miejscem tak strasznym. Ale od kiedy straciła pracę w zakładach mydlarskich na zapleczu kamienicy przy Pomorskiej, nie była już nikomu potrzebna. Nie tylko odebrano jej prawo do jedzenia ciemnego pełnego trocin chleba, który raz na kilka dni rozwożono wózkiem po getcie, ale pozbawiono możliwości mycia się, picia i spokojnego snu. Nie miała niczego, co warto by było zatrzymać. Tylko tę niewielką paczkę listów, związanych brudną, dawniej błękitną tasiemką. Zamknęła ją w metalowym pudełku, jakby chciała odgrodzić od reszty świata. Zresztą teraz, w sierpniu 1944 roku, to i tak nie miało już znaczenia. Getto było likwidowane. Ponad sześćdziesiąt tysięcy ludzi, jeszcze do niedawna darmowych robotników pracujących na potrzeby Adolfa Hitlera, otrzymało wyrok śmierci. Kierujący gettem prezes – Chaim Rumkowski – nie mówił już o pracy, która ma ich chronić. Nie mówił już o dzieciach, które trzeba było poświęcić dwa lata wcześniej, aby ocalić innych. W getcie nie było już kogo oszczędzać.

Do Warszawy zbliżała się Armia Czerwona. Do Litzmannstadt zbliżał się koniec świata. A dziewczyna chciała żyć i kochać. Była przecież młoda. Miała do tego prawo. Mocniej chwyciła kikut łyżki, ryjąc w zaprawie. W końcu wypadł ostatni kawałek i mogła usunąć jeden z kafli, tuż nad podłogą. Krwawiącymi palcami z trudem go wyciągnęła i wsunęła pod spód metalowe pudełko. Uśmiechnęła się, jakby chciała się z tymi listami pożegnać. Nie powiedziała jednak ani słowa. Ponownie wsunęła kafel i obsypała go kurzem i popiołem z podłogi. Kapiące na popiół łzy tworzyły piękne arabeski. Ale dziś nie było nikogo, kto chciałby je podziwiać.

– Aufmachen! Schneller, schneller![1] – Dobiegło zza drzwi wejściowych, z korytarza, który prowadził do świata żywych i martwych. Kamienica stała na granicy łódzkiego getta. Z jej okien można było, przyciskając nos do okiennej szyby, zobaczyć kawałek Litzmannstadt, gdzie tysiące ludzi pracowały na chwałę III Rzeszy i biegały niczym mrówki albo, po drugiej stronie, kawałek getta, gdzie pod rządami Rumkowskiego, szefa tego miasta Żydów, ludzie nie liczyli już na nic. Nawet śmierć nie była dla nich łaskawa, zabierała ich wtedy, gdy zaczynali nienawidzić równie mocno, jak kiedyś potrafili kochać.

Kobieta podeszła do okna, aby przez jedną krótką chwilę spojrzeć w wyłupiaste oko gołębia, który wciąż miał nadzieję na garść kaszy lub okruch chleba. W chwili, gdy ktoś wyłamał drzwi do mieszkania, stanęła na parapecie, a zaskoczony tym obrotem spraw ptak usunął się na jego krawędź. I poszybowała, ścigana przekleństwami mężczyzn w czarnych mundurach i trzepotem ptasich skrzydeł. Gołąb przez chwilę przyglądał się lecącej postaci, zdumiony, że postanowiła go naśladować. A przecież wiadomo, że ludzie nie potrafią fruwać. Uważnie przyjrzał się sylwetce na bruku, zagruchał niezadowolony i odleciał.

Dziewczynka dorosła, ale wciąż pamiętała, że tata lubił sardynki. Nie wiedziała, jakiej muzyki słuchał i czy w ogóle czegoś słuchał? Co czytał? Cierpiał na bezsenność, więc coś musiał czytać. Chociaż nie – pewnie patrzył na cienie samolotów na suficie, własnoręcznie sklejonych, i wyobrażał sobie, jak nimi steruje na niebie. A może wystarczyło mu samo podziwianie cieni długich kadłubów tańczących na ścianie, na tapecie w pasy? Miał wielkie marzenia i małe potrzeby. Marzeń nigdy nie porzucił. Chłopak, a już ojciec dziewczynki. Chłopak, a już umierający.

Amelia właśnie skończyła pięć lat, a może miała już prawie sześć! Była mała jak na swój poważny wiek. Miała blond włosy, które ciemniały jesienią, i żółte oczy. A że ludzie, a na pewno małe dziewczynki, nie mają żółtych oczu, to z uprzejmości nazywano je jasnomiodowymi. Bardzo długa nazwa jak na kolor oczu. Amelia prędko się zorientowała, że człowiek dorosły, nawet mama, to ktoś, kto używa bardzo długich nazw, komplikuje, a nawet jeśli nie kłamie, to wymyśla jakieś historie, żeby nie powiedzieć całej prawdy i tylko prawdy dziecku – czyli jej. Prawda była krótka – tata umierał.

Szpital, w którym leżał, otoczony był zadbanym parkiem. Spacerowali po nim bladzi pacjenci w pasiastych piżamach. Rzadko kiedy byli z oddziału neurologii, gdzie leczono tatę Amelii, na ogół byli z oddziału psychiatrii. Przypominali cienie, które straciły swój prawdziwy czas i przyznane sobie miejsce. Byli już dorośli, a jednocześnie i mili, i cierpliwi. Niczemu się nie dziwili albo leki, którymi ich naszprycowano, pozwalały im na takie zachowanie. Potrafili wymyślać różne zabawy, ale tylko takie akceptowane na oddziale, bo jeśli robili coś zakazanego, od razu pojawiała się pielęgniarka. Amelia przekonywała ich, że parkowe śmietniki w kształcie pingwinów to prawdziwe ptaki. Nie zdawała sobie sprawy ze swojego okrucieństwa ani z okrucieństwa ogrodnika, który postawił takie kosze w tym ogrodzie schizofreników. Twierdziła, że żelazne ptaki mówiły ludzkim głosem.

Pacjenci ugodowo przystawali na to. Wierzyli w jej historie. Ufali Amelii – dziewczynce, ledwo metr dwadzieścia, chodzącej w jednej skarpetce. Godzili się z faktem, że gdyby się nad pingwinem uważnie pochylić w czasie, kiedy mało kto pochyla się nad człowiekiem, to opowie on o kraju, z którego pochodzi. O krze i śniegu, o przedszkolach dla małych pingwiniątek.

– Pingwiny bywają głodne – opowiadała im Amelia. – Trzeba je karmić.

Do drewnianej budki zaopatrzonej w oranżadę, wafle piekarnicze, gumę Donald, czekoladopodobne cukierki i papierosy marki Sport ciągnęła procesja nawiedzonych, podążających śladem dziewczynki.

Fundowali tej małej słodycze. Na oczach wszystkich Amelia odpakowywała cukierek z papierka. Cukierek wkładała do ust – śmietnik go nie chciał, w końcu oprócz tego, że jest ptakiem, to i śmietnikiem. Szeleszczącym papierkiem żółtooka dziewczynka karmiła metalowego pingwina. Wszyscy w parku mogli tak się bawić w nieskończoność. Dopóki nie zabrali ich na oddział. Opuszczone sylwetki zgarbionych pingwinów w cieniu zmierzchu! Zwykle Amelia tymi zabawami doprowadzała swoją mamę do białej gorączki.

Nadeszły jednak dni, kiedy prawie przestała się tym przejmować.

A potem przyszły takie godziny, kiedy w ogóle przestała cokolwiek zauważać. Dziewczynka nie wiedziała: niepokoić się czy cieszyć. Kieszenie miała wypchane gumą do żucia. Najprawdziwszą, balonową.

Szpital, w którym leżał tata, był bardzo stary – wszystko w Łodzi było stare albo betonowe, wybudowane przez komunistów. Albo-albo.

Niektóre pawilony wyglądały jak małe białe pałacyki z cukru. Przy jednym z nich, na uboczu, była fontanna. Połyskiwały w niej monety – złote pięciozłotówki i pięciozłotówki z rybakiem, nowe i całkiem stare. To, że tam były, wcale nie wydawało się Amelii niedorzeczne. Potrafiła o tej fontannie rozmyślać dniami i nocami. Zupełnie jakby była taka istotna. A może rzeczywiście była?

Te monety wciąż skrzą się dużej Amelii pod powiekami… Ach, w końcu fontanna szpitalna to nie rzymska di Trevi… Kto chciałby tu do licha wrócić, żeby przekupywać los monetami? Pytanie bez odpowiedzi, nawet dla dorosłej kobiety.

Ale wtedy ona, mała dziewczynka, wynajdowała gdzieś witkę większą od siebie i z wyciągniętym językiem (rzecz bardzo istotna!), skupiona, próbowała wyłowić forsę. W sekundę przeliczała ją na donaldy. Patrzyła na monety z chciwością, a one rozmnażały jej się w oczach jak czerwie.

Jakaś pielęgniarka karciła za to małą przy każdej okazji, Amelia zresztą nie zważała na to. Inni – personel i pacjenci – patrzyli na nią z niemym rozbawieniem. Tymczasem monety ślizgały się po omszałym dnie fontanny, zupełnie jakby żyły własnym życiem.

– O psiakość. Psiakrew! – klęła głośno, dodając sobie dorosłości, aż w końcu denerwowała się na dobre. Drżały jej ręce. Drżą i teraz… Bo nigdy nie przestały.

Któregoś dnia Amelia zorientowała się, że nie jest przy fontannie sama. Na wodzie zobaczyła cień. Należał do dziewczynki, może starszej od niej o rok, a może nawet nie. Może tylko wyrośniętej. Odwróciła się.

Tamta ubrana była w niemalże identyczną, tylko większą, żółtą letnią sukienkę. Na pewno chińską – na piersi miała wyhaftowaną maszynowo ciemnowłosą dziewczynkę puszczającą latawiec.

Nieznajoma przy fontannie była śliczna jak lalka. Miała rozpuszczone smoliście czarne włosy, złocistą karnację i regularne rysy twarzy. To zdeprymowało Amelię, choć nie miała pojęcia dlaczego.

Trzeba przyznać (rzecz przetrwała we wspomnieniach), że Amelia jako dziecko była nieznośna. Wyrywała się rodzicom, podchodziła do bawiących się na podwórku i wypalała, nie wiedzieć po co:

– Brzydkie dziewczynki!

Zrobiła tak i wtedy przy fontannie:

– Brzydka dziewczynka!

– Tak uważasz? – Tamta, ignorując Amelię i ignorując też monety, zaczęła się przyglądać swojemu odbiciu.

Amelia popchnęła dziewczynkę tak, że nieomal zanurzyła jej czarne włosy w brudnej wodzie.

– Och! – Nagle w oczach towarzyszki pojawiły się łzy. Zaczęła pociągać nosem. I wtedy coś w Amelii pękło i też zaczęła zawodzić na całego. Istny duet. Na trochę w jej płaczu świat przestał istnieć. Tak płaczą samotne dzieci.

– Już, już, uspokój się, nic mi się nie stało… Popatrz, wyłowiłam to specjalnie dla ciebie. – Na opalonej ociekającej wodą dłoni spoczywał pieniążek, niby łuska nieznanej ryby.

Prezent jednak nie pomógł. Amelia była skłonna skonać z rozpaczy. Brakowało jej tchu, ból wyrywał trzewia.

– Jestem Monika. A ty jak masz na imię? – usłyszała w przerwie pomiędzy swoimi spazmami.

– Amelia – wychlipała.

– Ładnie. O co więc chodzi, Amelio? – Monika zadała pytanie tonem, który najwyraźniej papugowała po matce. Tonem dorosłej.

Amelia wydusiła z siebie:

– Tatuś mi umarł.

Jak to w bajkach, Monika została z Amelią przy tej fontannie, dopóki mama nie pożegnała się z tatą w szpitalnej kostnicy. Potem została jej przyjaciółką – na dobre i na złe.

Amelia w przedszkolu nienawidziła leżakowania. Sama nie wiedziała, dlaczego tak było. Nie znała jeszcze słowa przygnębienie, ale przygnębiająco działała na nią obecność tych wszystkich maluchów zmuszonych do jednoczesnej bierności. Owszem, część dzieci poddawała się jej z ulgą, a nawet z przyjemnością. Po obiedzie, z pełnymi brzuszkami przelewały się przez ręce. Układały się na skrzypiących łóżeczkach z kciukami w ustach i odpływały w chłodną, sztuczną ciemność, stworzoną przez stare zielone rolety.

Przedszkole mieściło się w eklektycznym pałacyku. Trzeba było zadrzeć głowę, by zobaczyć wyblakłe plafony, które tonęły w szarości. Ani dawało się dostrzec, ani zapamiętać, co na nich było. Dzieci spały w długiej sali – na turystycznych łóżeczkach zaskakująco małych rozmiarów, jakby zamówionych na potrzeby tego leżakowania. Wychowawczyni o powiekach pomalowanych na zielono i wąskiej kibici panny po cichu wyprowadzała Amelię z ciemnego pomieszczenia na dwór, nawet zimą. Nikt nie protestował. Miała przykazane, by wrócić dopiero, gdy dzieci zapadną w sen.

Pewnego słonecznego wiosennego dnia przesiedziała cały wolny czas, wpatrując się w tłustego burego kota, który przysnął na wygrzanych schodkach przedszkola. Kocur był niewykastrowany, więc wyjątkowo bojowy. Zniekształcony od kolejnych walk pysk (blizna ściągała mu w dół prawe oko, lewemu uchu brakowało koniuszka) sprawiał, że dzieci bały się go i unikały. Kocur – Walenty (imię od miłosnych serenad, których dozorca był świadkiem w marcu) – w fascynujący sposób wędrował za plamą słońca. Przy tym nigdy do końca się nie budził, tylko w półśnie turlał ze schodka na schodek. Przewracał z brzucha na grzbiet. Przerobił ciało w wielką wskazówkę słonecznego zegara, która wskazywała czas dokładnie na opak. Bywało, że otwierał zdrowe, ale pokryte sennym bielmem oko. Oko wywracało się do góry i poruszało w rytm drgających jak dyrygenckie batuty wąsów. Kocur przebierał łapami, goniąc wyimaginowanego gryzonia. Delikatność poduszek jego łap była naprawdę fascynująca.

– Już pora.

Przedszkolanka właśnie przyszła, chociaż Amelia nie poczyniła nawet połowy swoich obserwacji.

– Ale…

– Pora na nas – powtórzyła, ale jednocześnie zobaczyła śpiącego kota i się uśmiechnęła. – Kochany Walenty – powiedziała. – Czy wiesz, że koty śpią jak ludzie. Śnią tak samo.

– A to im w czymś pomaga?

Wychowawczyni już otwierała usta, by się rozgadać, ale się rozmyśliła, złapała dziewczynkę za rękę i mruknęła tylko:

– Może.

Ludzie zazdroszczą kotom spokoju kocich snów. Wychowawczynie wiedziały, że Amelii umarł ojciec i traktowały ją uprzejmie. Właśnie: uprzejmie. Może bały się, że pewnego dnia dziecko uświadomi sobie więcej niż powinno, niż wypada i dostanie histerii. W czasie kiedy Walenty śnił o spokoju, chowano w grobie ojca małej. Niby o tym nie wiedziała, a jednak przecież czuła, że od teraz coś będzie inaczej. Przedszkolanka o zielonych powiekach nie zdążyła przekroczyć z nią progu, kiedy obie usłyszały ciche ciurkanie. Strużka cieczy spłynęła na kamienne schodki. Amelia zsiusiała się w majtki. Zlała. Zmoczyła. To był wyraz dziecięcej rozpaczy.

– Och! Zaraz znajdziemy ci coś do przebrania! W takim stanie nie możesz iść do dzieci!

Amelia pokiwała głową i puściła rękę przedszkolanki. Obróciła się w stronę kota, ale on się już obudził i zniknął, a może po prostu zniknął bez obudzenia. Amelia wiedziała, że jeśli zacznie płakać, ze wstydu, żalu albo czegokolwiek innego, to już nie przestanie. Umyśliła sobie już wcześniej, że tatuś nie umarł, tylko wyjechał. Bo przecież tak zachowują się ojcowie. Nie umierają. Nie umierają, przynajmniej do chwili, aż ich córki przestaną być dziećmi.

Oczywiście, że Amelia miała się urodzić chłopcem! Nie była pierwszą ani ostatnią dziewczynką, która przyszła na świat z tym problemem. Przetrwała jednak na cal niezmieniona, bo miała tolerancyjną matkę i ojca zakochanego w pilotce Amelii Earhart. Dziewczynie – jak najbardziej!

– Moja pierworodna, moja jedyna – mówiła o niej mama, zaplatając włosy Amelii w cienkie warkocze. Na końcu wiązała kokardy, jak białe kwiaty piwonii. Były za duże do cienkich włosów dziecka i ciągnęły je w dół, ku chudym, kościstym ramionkom. Ale mama Amelii nie zwracała na to uwagi. Amelia musiała być piękna, a piękno to kokardy, falbany na kwiecistych sukienkach i czyste ręce. Ale najpierw, zawsze najpierw – kokardy!

W Łodzi w latach siedemdziesiątych wszystkie dziewczynki nosiły kokardy. Najlepiej satynowe, lśniące w letnim słońcu, podskakujące wraz z dzieckiem. Amelia nie znosiła kokard, wstążek i tasiemek we włosach. A szkoda, bo w Łodzi było mnóstwo materiału na ozdoby do włosów. Dosłownie wylewał się z każdego warsztatu, z każdego krosna, z resztek i resztówek, upychanych na półkach i w szufladach. I choć dla matki była pierworodną i jedyną, nie miało to znaczenia w chwili, gdy sprawa dotyczyła tak istotnej rzeczy, jak prawo do zdobienia własnych włosów.

W sumie oba stwierdzenia są kwestią prostej matematyki. Uczucia innych, które towarzyszą nam od wczesnego dzieciństwa, a szczególnie miłość, to już zupełnie coś innego. Wyższa szkoła jazdy, wyższy pułap lotu. Ogólnie rzecz biorąc – potworne ryzyko dla dziecka, które się wprosiło na świat. Nigdy nie wiadomo, czego się od tego dziecka oczekuje, kto chce, by było mądre i piękne, a komu wystarczy, aby było szczęśliwe.

Najpierw (Amelia doskonale to pamiętała, choć i mama, i psycholodzy jednym głosem twierdzili, że to absolutnie niemożliwe) nie chcieli jej oddać matce. Przez parę tygodni leżała w inkubatorze. I czas bardzo jej się dłużył, bo przecież noworodki doskonale wiedzą, czym jest czas. Przepustką do dziecięcych zabaw, a w dalszej kolejności do dorosłości. Dorosłość to się może nawet podobać z oddali. Amelia wciąż była dziwną rybką – z brzucha pełnego wód trafiła do szpitalnego akwarium z dodatkowym tlenem, który pachniał jak ogień. Urodziła się pod znakiem Wagi.

Tata oczywiście chciał widzieć w Amelii ptaka. Był bardzo młody. Można by rzec, że nawet zbyt młody na córkę. Na upragnionego syna zresztą też. Oboje rodzice byli za młodzi. W sumie to była para zadurzonych w sobie i jednocześnie wystraszonych dzieciaków… Mama, Anna, była o kilka lat starsza od ojca Amelii, Michała, i to ją teściowie obciążyli odpowiedzialnością za to, że wnuczka przyszła na świat. Za wcześnie, o wiele za wcześnie… Ledwo zdążono ze ślubem! Ale czego się spodziewać po dziewczynie z bidula? – sarkała rodzina Pana Bardzo Młodego. Rodzice Michała zadbali o to, aby małżeństwo dostało przydział mieszkania na nowo wznoszonym osiedlu Retkinia. Szarpnęli się jeszcze na żółty komplet wypoczynkowy i żyrandol – trzy porcelanowe kule zwieńczone udającymi świeczki żarówkami – i ślad po nich zaginął. A przynajmniej tak ta historia wyglądała w oczach Anny i Amelii.

Anna pracowała w sklepie Składnicy Harcerskiej i pewnego dnia po prostu utonęła w spojrzeniu chłopaka, który tydzień po tygodniu kupował u niej modele samolotów do składania. Całkiem możliwe, że aby się wznieść, najpierw trzeba utonąć… Całkiem możliwe, że kiedy Amelia meldowała się na bożym świecie, wzajemna fascynacja rodziców była już na wykończeniu. Ale mieli dziecko i własne M, i żółty „wypoczynek”. Dość, by ciągnąć wszystko dalej.

Kiedy w końcu Amelia opuściła szpital i pozostawili za sobą szklane akwarium inkubatora, trafili do mieszkania, którego okna wychodziły na szczere pole. A niebo nad polem było pełne gwiazd. W domu Amelia wreszcie popijała mleko wprost z matczynej piersi. A fe! – głośno strofowała mamę Amelii pielęgniarka wysłana do położnicy i straszyła dziecko gumowym smoczkiem. Kiedy mała podrosła na tyle, by móc unieść głowę, a może ją zadrzeć, dostrzegła, że przez cały czas kotłowały się nad nią samoloty.

Nie żadne drewniane błękitne ptaszki i różnobarwne motylki, przyczepione linką do żyrandola, ale plastikowe modele podniebnych maszyn, które fruwały nad nią, kiedy wiatr przedzierał się przez zasłony.

Amelia wyciągała do nich łapki. Paluszki kreśliły w powietrzu niezgrabne kółeczka – jak wirniki helikoptera. Pytała w swoim języku, do czego służy prawa dłoń, a do czego lewa i dlaczego nie może dotknąć samolotu, skoro ręka jest od tego, aby dotykać. Co tu można przykręcić? Co tu można odkręcić? Halo, gdzie jest tata? Klejnotem w kolekcji ojca był model samolotu Amelii Earhart. Oczywiście to po niej córka nosiła imię będące jak niewygodne ubranie, które pije w szwach – przynajmniej w latach siedemdziesiątych XX wieku, na Retkini, w Łodzi. Dano jej imię pilotki – pionierki, która samotnie przeleciała nad Atlantykiem. Dokonała tego, siedząc za sterami samolotu Lockheed Electra. I właśnie ten model kołysał się na wędkarskiej żyłce nad wczesnym dzieciństwem Amelii.

Oryginału nie odnaleziono. Najprawdopodobniej zamienił się w trumnę pilotki i nawigatora Freda Noonana – gdy zaginęli podczas przelotu nad Oceanem Spokojnym. To była nieudana próba bicia kolejnego rekordu – podróży wokół równika. Tata opowiadał to Amelii jak straszną bajkę, a przynajmniej dziewczynka tak to odbierała.

Michał zajmował się małą nieomal wyłącznie sam. Anna pracowała i złościła się. Pomiędzy jednym i drugim zachodziła istotna zależność. Gdybyż tylko tacie podarowano skrzydła lepione miodem i woskiem, jak Ikarowi! Wszystko byłoby inne. Amelia też. Bardzo szybko nie miała wyboru, musiała zaakceptować butelkę. I nastało Bebiko. Czasem Humana. Smaku bananów (Humana bananowa) i smaku pomarańczy (Humana pomarańczowa) nie trawiła do późnej dorosłości. Ale uwielbiała zapach kleju modelarskiego, oczywiście w rozsądnych granicach.

Tata, czyli odrzucony z przyczyn obiektywnych kandydat na pilota, o czym wiedział, ale ta wiedza nie zmniejszyła jego bólu, co najwyżej go osłabiała – podziwiał Amelię Earhart za konsekwencję w pokonywaniu przeciwieństw na drodze do realizacji marzeń. W tym tego największego przeciwieństwa w jej przypadku i w jej czasach – tego, że była kobietą.

Dotąd – czyli przed Amelią Earhart – kobieta nie mogła być pilotem.

– Tato? – Amelia zagadywała go zawsze, ilekroć poczuła ochotę na pogawędkę.

– Tak, Amelio?

– Tato, opowiedz mi bajkę… Opowiedz mi o tamtej Amelii. O tej, po której mnie nazwałeś.

– To nie bajka. Nie nazwałbym cię imieniem z bajki.

– Proszę.

– W tysiąc dziewięćset trzydziestym pierwszym roku jako pierwsza kobieta pilotowała autożyro. To taki przodek helikoptera.

– Jak mamut i słoń?

– Eeeh, mniej więcej… Jako pierwszy pilot w historii dwa razy samotnie przeleciała Atlantyk. – Zamyślił się, jakby był tam z nią, w kokpicie.

– Nie bała się?

– Tylko troszeczkę. Trochę na pewno.

– Ja bym się bała, ale też tylko troszeczkę.

– Posłuchaj. – Wyciągał zwykle książkę z notatkami imienniczki córki i czytał wybrany fragment. Na przykład taki:

Nie więcej niż miesiąc temu stałam na drugim brzegu Pacyfiku i spoglądałam na zachód. Dzisiaj wieczorem patrzę na wschód. W przerwie, podczas tych prędko mijających dni, pozostawiliśmy za sobą całą szerokość świata – z wyjątkiem tego rozległego oceanu. Będę szczęśliwa, kiedy ryzyko przelotu nad nim będziemy mieli już za sobą.

– Naprawdę zaginęła? – Czasami nie dowierzała, a czasami po prostu chciała z nim rozmawiać. Choćby i o tej Amelii.

– Zgubiła się nad Oceanem Spokojnym.

– A może po prostu odleciała? Gdzieś wyżej.

Dzieci nie znają śmierci. Znają za to wróżki, zamieniające ludzi w morską pianę. I te krainy, ukryte za siedmioma górami, za siedmioma lasami. Za chmurami, skłębionymi jak owcze runo. Ciekawe miejsca. Trzeba znać magię, żeby do nich trafić.

Tata pokazywał samoloty, balony i gwiazdy. Dokładnie w tej kolejności. Miał rację, wybierając właśnie taką. Samoloty mogą zniknąć, balony zostać przekłute, a gwiazdy wysoko na granatowym niebie są wieczne, nawet jeśli umierają. One nic nie wiedzą o swojej śmierci, i my niewiele więcej, bo ich już nie ma, a my wciąż na nie patrzymy. Na tym niebie nad Retkinią, nad polem, po drugiej stronie ulicy Kusocińskiego, gdzie osiedle kończyło się, jakby nożem uciął.

Amelia pamiętała, że tata Michał był wysoki i szczupły. Wątły, to określenie przyszło jej do głowy w okresie dorastania, kiedy po raz kolejny oglądała jego stare zdjęcia; zielonkawe, bo robione na enerdowskich filmach ORWO. To były bardziej zdjęcia „tego Michała” niż „jej ojca”.

Jeszcze pamiętała, a może tylko pragnęła, żeby tak było, że głośno się śmiał. Jego pocałunki pachniały lekarstwami.

Jego ręce prawie do samego końca pozostały silne i sprawne. Wyćwiczone osobliwą szermierką: patyczek z watą kontra szpatułka z klejem. Uniki przed ostrą żyletką, którą odcinał samolotowe części modeli od plastikowych ramek.

Na zdjęciach w ogóle nie mogła go poznać. Mama Anna mówiła, że nie był fotogeniczny, ale to nie to. Stał się widmem, wiecznie żywym wyobrażeniem, które życie zepchnęło na margines rzeczywistości. Stał się gwiazdą nad Retkinią. Czy rzeczywiście miał błękitny wełniany sweter, który zimą drapał Amelię w policzek? Kto potrafi udzielić jej odpowiedzi? Trzymał ciałko córki, tak przypadkowo stworzone, w swoich chudych ramionach tak ostrożnie, jakby się bał, że może ją stłuc.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Aufmachen, schneller! (niem.) – Otwierać, szybciej!

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziewczyny chcą się zabawić (t.1) Siostry Strzeż się psa Cichy Zabójca Ciotka małych dziewczynek Żona rzeźnika 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę