Księgi wolności

Księgi wolności

Autorzy: Janusz Sytnik-Czetwertyński

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Filozofia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 32.90 zł

"Księgi wolności" Janusza Sytnika-Czetwertyńskiego kierują się podobnymi intencjami, co słynny "Książę" Niccolo Macchiavellego. W obu przypadkach mówimy o rodzaju filozoficznego przewodnika, prowadzącego czytelnika po meandrach i mechanizmach polityki oraz doboru skutecznych strategii. Dzieła te różnią jednak okoliczności. "Książę" jest dziełem pisanym z myślą o konkretnym przywódcy - Cesare Borgii, by wspomóc jego plany zjednoczenia księstw Włoskich. "Księgi wolności" adresowane są zaś do suwerena, pragnącego wybić się na polityczną niezależność. Dzieła te odwołują się więc do odwrotnych celów, inaczej też - co oczywiste - relacjonują rzeczywistość , a jednak wiele zawartych w nich treści wzajemnie się uzupełnia i tworzy komplementarną jedność.

Recenzent

Dr hab. Ryszard Mordarski

Wydawca

Magdalena Ścibor

Koordynator produkcji

Mariola Iwona Keppel

Projekt okładki i stron tytułowych

Przemysław Spiechowski

Zdjęcie na okładce

stockthrone_com/Shutterstock

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN

Marcin Kapusta / konwersja.virtualo.pl

Wydanie publikacji dofinansowane przez Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2017.

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2017 r., (wyd. I)

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-01-19799-5

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 288

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl

www.pwn.pl

Spis treści

Prolog

Wstęp

Księga pierwsza – Teoria

Zamysł i jego okoliczności

Dualizm jakości i ilości

Problem wyuczalności

Problem uczciwości twórcy

Dobra wola

Estetyka, czyli nasze Ja

Problem uczciwości idei

Wewnętrzna spójność i tożsamość

Tworzenie idei

Realizacja idei

Komentarz

Księga druga – Diagnoza

Mechanizmy państwowości

Bezpieczeństwo za wolność

Organizacja państwa

Funkcje państwa

Idea nadrzędna

Upadek państwa i jego idei

Instytucje zaufania publicznego

Przywódca

Zdolność do poświęceń

Relacje z narodem

Dyspozytura

Staff

Polityka

Fakty – obrazy – pojęcia

Komentarz

Księga trzecia – Praktyka

Drogi wolności

Droga pierwsza

Droga druga

Droga trzecia

Droga czwarta

Droga piąta

Droga szósta

Droga siódma

Droga ósma

Droga dziewiąta

Droga dziesiąta

Komentarz

Zakończenie

Bibliografia

PROLOG

ZMIERZCH CYWILIZACJI ZACHODU

Myśl twórcza zamiera. Dziś słucha się znawców cudzych idei, żyjących obcym natchnieniem, czerpiących naukową dywidendę z nieswoich myśli. Nie jest już wartością iść tam, gdzie nikt jeszcze nie był, głosić to, o czym nikt nie mówił. Panuje bowiem wszechobecne przekonanie, że wszystko, co mogło zostać powiedziane – miało już miejsce. Że tradycja myśli zachodniej sięgnęła kresu, a jej samej pozostało przeglądać się we własnej spuściźnie, niczym w lustrze i kontemplować siebie. To przekonanie jest tak powszechne, że dzisiejsi badacze zdają się być niejednomyślni jedynie, co do przyczyn tego upadku.

Niebagatelny wpływ ma na to ewidentna hermetyczność nauki. Ostatni prawdziwie twórczy myśliciele: Platon i Arystoteles, w których rozumowaniu mieszczą się wszystkie znane nam teorie: od filozoficznej koncepcji formy i materii, poprzez spór nauk ścisłych o kształt Wszechświata, aż po zagadnienia z zakresu problemów społecznych, wyznaczyli ramy naszego myślenia, których późniejsza wiedza nigdy nie zdołała przełamać. Spór między platońskim idealizmem, opartym na paradygmacie jakościowym, a materializmem Arystotelesa, opartym na paradygmacie ilościowym, do dziś stanowi więc sedno i granicę właściwie całej myśli twórczej.

Rodzi to w konsekwencji pytanie: czy w ogóle może istnieć coś, co nie mieści się w przedmiocie zainteresowań fizyki, bądź – szeroko pojętej – metafizyki? Spuścizna naukowa Europy, począwszy od Ojców Kościoła, przez Kartezjusza i jego oświeceniowych sukcesorów, a skończywszy na dwudziestowiecznym, dekonstruktywistycznym credo nie przyniosła niestety – na to pytanie – dostatecznej odpowiedzi.

Ma to częściowo uzasadnienie historyczne. Pamiętajmy, że po dwukrotnym spaleniu Biblioteki Aleksandryjskiej (w 48 r. p.n.e. spłonął zbiór Bruchejon, zaś w roku 391 n.e. zbiór Sarapejon) i złupieniu Rzymu przez Wizygotów (410 n.e.), Europa stanęła przed koniecznością całkowitej rekonstrukcji greckich nauk. Podejmując to wyzwanie, średniowiecze mozolnie odtwarzało starożytne idee, odbudowywało nie swoją wiedzę, studiowało ją, aż zrozumiało na tyle głęboko, że zasady tej wiedzy stały się podstawą jego własnego, scholastycznego myślenia. Europa zaczęła więc nie tyle tymi kategoriami myśleć, co wręcz nimi oddychać, zupełnie tak, jakby sama obmyśliła je od podstaw. Tysiąc dwieście lat rodziła się ta tradycja.

Trudno więc było oczekiwać od filozofii refleksji nad najistotniejszymi problemami nauki (szczególnie dotyczy to pytań o jej granicę), kiedy historię nauk zdenominowała ponadtysiącletnia, intelektualna wyrwa. Zważmy – w dużym uproszczeniu – że Kartezjusz, będący już wieszczem oświecenia, rozpoczyna w miejscu, w którym kończy św. Augustyn, ostatni wielki filozof starożytności. Hasło Augustyna – cogito ergo sum, podjęte przez Kartezjusza, łączy starożytność i nowożytność nad falami scholastycznej smuty.

Postać Kartezjusza kończy etap odbudowy myśli starożytnej, wedle niektórych etap udany, wedle innych – udany tylko częściowo. Niemniej, zaraz potem nastąpiło XVIII-wieczne powtórzenie greckiej eksplozji naukowej, rodzące pokolenia wynalazców, prekursorów i myślicieli, przerastających epokę, których idee wciąż czekają na ostateczną weryfikację. Okres ten trwał w zasadzie do początków XX wieku, po czym filozofia – wiedziona opętańczymi ideologiami – weszła na drogę nekrofilitycznej ariengardy. Albowiem historia cywilizacji europejskiej była świadkiem wielu okrucieństw i nieprawości, lecz dopiero w XX wieku Europa prawdziwie obaliła godność człowieka. To wówczas ludzkie ciało przestało być świątynią ducha, a stało się martwym surowcem. Ta granica była jednocześnie granicą człowieczeństwa i jej przekroczenie uniemożliwiło powrót do powszedniości. Człowiek Zachodu utracił więc samego siebie i swoją niewinność na zawsze, gubiąc jednocześnie zdolność do czynienia dobra i wszystkich jego postaci: piękna – w sztuce, miłości – w życiu, prawdy – w nauce.

Filozofia zdała sobie wówczas sprawę, że cywilizacja europejska, w wyniku dokonanych zbrodni, jak i z racji pozostawania przez wieki w kleszczach platońsko-arystotelesowskiego sposobu widzenia świata, zmarnowała swoją zdolność do kreacji twórczych myśli, złamała sobie serce i przystała być godną prawdy. Zaczęto wówczas rozważać możliwość wycofania się do wiedzy czystej, wolnej od zasad platońskiego idealizmu i arystotelesowskiego materializmu, a zatem rezygnacji z dotychczasowej drogi i powrotu do źródeł. Ta zaplanowana dywergencja rozwoju cywilizacyjnego miała zweryfikować dotychczasową naukę i stworzyć zalążki wiedzy pewnej, a wraz z tym przynieść nowe, nieznane rozwiązania.

Ostatecznie, punktem odniesienia stała się koncepcja starożytnych sofistów, wyśmianych i wyszydzonych przez historię mędrków, którzy bardziej niż w naukowym dowodzeniu ćwiczyli się w próżnej mowie, którzy pięknie mówili, lecz mówili o niczym i których całe to legiony następców spotykamy dziś w nauce, mediach, kulturze i polityce, przemawiających ogólnikami i quasi-naukowymi manifestami. Wybór sofistów nie był jednak przypadkowy, ich filozofia stanowiła bowiem opozycję wobec całej tradycji sokratycznej, której Platon i Arystoteles byli najwybitniejszymi przedstawicielami.

Fundamentem współczesnej nauki stała się więc tradycja antymetodologiczna. Sofiści nie hołdowali bowiem wiedzy, lecz potędze słów. Twierdzili, że istotna nie jest prawda, a jedynie to, co skuteczne. Głosili powszechny relatywizm, upadek autorytetów, prawo silniejszego, prymat cielesności nad psychiką. Wedle nich – liczy się jedynie korzyść własna. Istotą sofistyki jest też skrajny sceptycyzm, promujący dialektyczne, puste spory, odrzucający jednocześnie narzędzia i metody eksperymentalne, co wyklucza niemal twórczy rozwój. Wreszcie, wedle sofistów: to, co ogłoszone – jest prawdziwe. Każdy posiada bowiem swoją prawdę i swoją miarę wartości.

I tak, w drugiej połowie XX wieku filozofia, a wraz z nią cała nauka, zaczęła powoli wyzbywać się dwóch i pół tysiąca lat swojej historii, zmierzając do sofistycznych pierwocin, by osiągnąwszy je, spróbować pójść nową drogą, nie odtwarzać tej, którą znamy, ale skręcić gdzieś w bok, odpłynąć – jeśli to możliwe – poza granice myśli Platona i Arystotelesa, granice naukowej czerni i bieli. Desperacji tej towarzyszyła nadzieja, że wraz z prądem nowej myśli wypłyniemy poza dotychczasowy schemat i obudzimy się w świecie, gdzie znane nam jak dotąd sposoby jego wyjaśniania okażą się tylko jedną z wielu, a nie – jak dziś – jedyną możliwością. Rozumowano, że w ten sposób ominiemy XX-wieczną zadyszkę intelektualną, że rozpędzeni dawnymi ideami pomkniemy w przestworza filozofii twórczej. I że albo uzupełnimy dzisiejszy obraz świata o całkowicie nowy punkt widzenia, albo znajdziemy nową ścieżkę, która okaże się daleko bardziej przystająca do rzeczywistości. Gdy wreszcie spojrzymy na świat inaczej, niż przez ostatnie ponad dwa tysiące lat, i przybliżymy się do owego Graala naukowości, jakim jest prawda obiektywna. Prawda, która jest wciąż niedościgłym marzeniem całej nauki i praktycznie jedynym sensem jej istnienia.

Jednakże zwrot ku przeszłości okazał się druzgocący i miast wydobyć naukę z post-ideologicznej zapaści jedynie jej stan utrwalił, a w zakresie myśli twórczej zapaść tę wręcz pogłębił. Człowiek bowiem rodzi się, by tworzyć – zorientowany na jutro, manifestuje się spontanicznością i pełnią wiary w przyszłość. Zwrot w przeszłość – uporządkowaną i byłą –stał się dlań czymś na kształt powrotu do prenatalnej nicości, drogą intelektualnej próżni.

Cywilizację Zachodu ogarnął wówczas instynkt śmierci, nekrofilityczna żądza, której charakterystyczną cechą jest uporczywa potrzeba porządkowania i kontroli. I tak, kult rozumu zastąpiono kultem rzemiosła, chęć poznania rzeczywistości – potrzebą jej podporządkowania. Eksperyment powrotu do przeszłości okazał się więc nośnikiem niebezpiecznych skutków ubocznych.

Nie zawrócono jednak z obranej drogi. Wręcz przeciwnie, wprowadzono postulat nauki ograniczonej do systemu prawd materialnych, skrajnie pragmatycznych i utylitarnych. Legitymację do budowy modelu rzeczywistości zyskała prawda sucha, użyteczna i racjonalna. To, co nie mieści się w schemacie praw fizyki i matematycznych formuł wypchnięto poza margines nauki. Wizja ta przeniknęła z czasem do życia codziennego, pogłębiając społeczną alienację i odzierając człowieka z podmiotowości. Aż wreszcie, sam człowiek stał się pojęciem abstrakcyjnym, samotną i ukierunkowaną do wewnątrz rzeczą, której duchowość uznano za element zbędny i zniekształcający obraz świata.

Okres ten zbiega się z postulatem ostatecznego oczyszczenia nauki z metafizyki (czego jednak się nie udało – starą metafizykę zastąpiono nową) i nadprzyrodzoności, a co za tym idzie z próbą generalnego przewartościowania koncepcji człowieka. Otworzyło to dyskusję nad możliwościami i barierami człowieczeństwa, torując drogę ideologiom, odwołującym się do sofistycznej wizji człowieka jako miary wszechrzeczy. Nauka, stojąca w służbie tych ideologii, zaczęła głosić zdumiewające tezy o zdolnościach ludzkiego rozumu, jego rzekomo nieskończonej, acz uśpionej potędze (wbrew zasadzie ewolucji, wedle której nieużywany organ po prostu zanika). Powstawały też inne, coraz to nowe koncepcje, hołdujące maksymie prawdy relatywnej, kształtując nową ideę humanizmu. W jej duchu dokonano przekładu pojęć kategorialnych na język materii (np. pojęcia państwa jako tworu atomistycznego, złożonego z niepodzielnych jednostek-obywateli), przebudowano teorię relacji społecznych na kształt zjawisk i praw fizyki, a później wręcz zunifikowano sferę psyche i physis, traktując duchowość jako dziedzinę mechaniki i wprowadzając na miejsce twórczej inteligencji sztuczną regulację.

Sednem tej narracji było przekonanie, że ludzkie działania – podobnie jak działania obiektów fizycznych – mają charakter normatywny, że w pełni dadzą się przewidzieć i zaprojektować. Że reakcje człowieka są wyłącznie racjonalne. Fasadą społecznych wartości stały się więc zasady fizyki: inercja i bezwładność, a sednem kultury – pusty, mechaniczny akt, pozbawiony relacji z płodnością. Człowiek opisany zasadami materii został wepchnięty w sztywne ramy społecznej użyteczności, a miarą jego wartości stało się przyuczenie do wykonywania praktycznych poleceń. Z czasem sprowadzono go do roli nieorganicznej maszyny, fizjologicznej jednostki, atomu zaopatrzonego w popęd, któremu piękno zastąpiono celowością, dobro – użytecznością, wolę – kodeksem, zaś prawdę – relatywnym faktem.

W wyniku tego idee humanistyczne, nafaszerowane mechaniką, abstrakcją i sztucznością, zlekceważyły prawidła natury, wdarły się do sedna człowieczeństwa i przypuściły frontalny atak na podstawowe wartości. Pogłębiło to wizję człowieka jako cielesnej struktury, podatnej na fizykalną musztrę, zdolnej wyłącznie do zmechanizowanego działania. Na koniec wyzbyto się nawet kategorii człowieczeństwa, wprowadzając na jej miejsce hasło powszechnej równości i wyrzucając – tym samym – to, co ludzkie ze sfery języka, niczym słownikową szkaradę. Uczucia zastąpiono katalogiem emocji.

Ta cywilizacja zaczęła pisać nowe dzieje o swojej przeszłości, wierzyć w pandemoniczną nicość jako niezależne wcielenia bóstwa. Pod zatęchłym sztandarem upadłych idei proklamowała wizję nowego, wspaniałego świata. To oczywiste przeinaczenie doprowadziło do głębokiego rozdźwięku między głoszonymi hasłami a rzeczywistością. Zostało to jednak zignorowane, a wobec narastającej krytyki części elit posłużono się arsenałem przeinaczeń, zupełnie tak, jakby sednem cywilizacji nie miał być spór o wspólne dobro, lecz o biurokratyczną rację. By własne stanowisko w sporze uczynić jedyną prawdą – ideologiczna większość wprowadziła go pod obrady najwyższych krajowych organów i ubrała w sukman norm prawnych.

W ten sposób cywilizacja Zachodu stała się systemem zamkniętym, niedopuszczającym wyjątków, despotycznie normującym rzeczywistość. W imię powszechnego dobra, w huku oklasków zgubiła człowieka i to, co w nim najcenniejsze. Ogłosiła logiczne, lecz nieludzkie racje.

Skutkiem tego człowiek został ostatecznie wtłoczony w normy mechanistycznej wizji świata, skodeksowany i znormalizowany od podstaw. Wykładnia ta, mimo oczywistej, karkołomnej nienaturalności, wyzwoliła najgłębsze pragnienia. Dla swych apologetów stała się wręcz powietrzem, którym oddychali, niemal Bogiem. Istotą mechaniki jest bowiem pozorna trwałość. Człowiek upodobniony do automatu żyje z poczuciem bezkresu. Przyjmując postawę zimnej i chłodnej maszyny, bezwzględnej i konsekwentnej, łudzi się niezależnością od praw natury, mechaniczną i – jak mu się zdaje – niezniszczalną egzystencją. Mami się więc obrazem rzekomej nieśmiertelności, dla której zdolny jest się wyrzec swej duchowej natury i zaprzedać materii. Fascynuje go wówczas wszystko, co przekracza wrażliwą i niedoskonałą naturę człowieka: siła, prędkość i nieczułość na ból, brzydząc się wolnością – esencją ludzkiego ducha.

W ten sposób kategoria wolności zeszła na margines potrzeb. W przyszłości zdezaktywuje ją zapewne koncepcja powszechnej globalizacji. W sieci ekonomicznych zależności i inwigilacji, człowiek szamocąc się niczym płoć, zagubi – jak sądzę – potrzebę realizacji swej woli, a wraz z tym imperatyw politycznej i duchowej wolności. Zresztą wolność nie będzie już posiadała wtedy reputacji wartości niosącej zmiany. Wobec masowej takożsamości, identyczności, równości, jednakowości, jednolitości, bliźniaczości – w świecie globalnego izomorfizmu, wolność znaczyć będzie mniej więcej tyle, co zastąpienie jednego systemu, innym – bliźniaczym, opartym na identycznych zasadach, nasyconym tymi samymi ogólnoświatowymi szyldami.

Zapewne też państwowość polityczna ustąpi miejsca państwowości ekonomicznej. Zresztą już dziś niektóre międzynarodowe konsorcja wykazują więcej cech tworu politycznego, niż niejedno państwo. Skupiają one swych obywateli wokół wydumanych misji, uzasadnianych piramidą zasad, których brzmienie pozoruje wartości, lecz praktyka czyni je wyłącznie pretekstem do eksploatacji – jak to nazywają – zasobów ludzkich. Tworzą więc armię instytucji wypełniających przestrzeń zaufania publicznego, ukrywając rzeczywiste intencje. Konsorcja te, to ośrodki permanentnej rachuby, skrojone na miarę platońskiego Państwa, zimne i bezduszne twory, algorytmiczne i chciwe. Ich punktem odniesienia nie jest człowiek, ale statystyczna jednostka, opisana ciągiem współczynników i kwot. Liczy się tylko to, co typowe, czemu podoła matematyczna obiektywizacja. Sednem jest produkcja ułudy, w formie sprofilowanych korzyści, fabrykowanych na potrzeby popytu i podaży.

Takie działania przygotowują grunt pod wielką polityczno-ideologiczną syntezę, mającą zastąpić wszystkie państwa i wyznania, a której celem jest powszechna unifikacja. Dzięki niej mają zniknąć przyczyny zbrojnych konfliktów, te bowiem są efektem nadmiernych ambicji narodów bądź wiary. I choć to ostatnie jest prawdą, niemal wszystkie wojny miały podtekst narodowościowy bądź religijny, to ostateczne wnioski są fałszywe. Agresja stanowi bowiem cechę immanentną człowieka, a nie jest tylko efektem działania woli. Gdy znikną jedne – znajdą się nowe powody walk.

Nie mam więc wątpliwości, że ów przyszły polityczny homogenat, którego forpocztą jest próba stworzenia zjednoczonego państwa europejskiego będzie tworem moralnie i intelektualnie złudnym.

Dlatego – ubiegając przyszłość – postanowiłem stworzyć podręcznik kreowania i realizacji idei w potrzebie wolności. Podręcznik ten dedykuję suwerenowi, pragnącemu żyć wedle własnej i nieprzymuszonej woli.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Księgi wolności 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Małpa w każdym z nas. Dlaczego seks, przemoc i życzliwość są częścią natury człowieka?