Sztuka obsługi penisa

Sztuka obsługi penisa

Autorzy: Andrzej Gryżewski Przemysław Pilarski

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Literatura faktu Poradniki Romans / Erotyka Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 14.99 zł

Niektórzy mężczyźni przyprowadzają penis do seksuologa tak, jak przyprowadza się psa do weterynarza. „Proszę, oto on. Niech pan go uzdrowi, a ja poczekam sobie na korytarzu”.
Penis nie jest obcym ciałem, dzikim zwierzęciem, czempionem, który musi wygrywać seksualne olimpiady, ani nieposłusznym sługą, którego trzeba przywoływać do porządku niebieskimi pigułkami. Jest częścią męskiego ciała, o którą trzeba umieć zadbać tak samo jak o serce, wątrobę i mózg, a wtedy będziemy mogli długo go używać – nie tylko dla własnej przyjemności.
„Sztuka obsługi penisa” nie jest jednak tylko opowieścią o męskich przyrodzeniach, jest również bezpruderyjnym i trafiającym w sedno problemów współczesnego mężczyzny przewodnikiem po „samczej” seksualności. Nie tylko pozwala rozwiązywać problemy z gatunku „dlaczego nie mogę, nawet jeśli bardzo chcę”, ale też uwolnić się od nierealnych oczekiwań i stereotypów na temat tego, co mężczyzna w łóżku powinien zaprezentować.
Seksuolodzy alarmują: w dzisiejszym świecie seks stał się luksusem.
Panowie! Spieszmy się temu zaradzić.
Panie! Spieszcie się posiąść sztukę obsługi penisa… i całej reszty mężczyzny.

„«Sztuka obsługi penisa» to książka pełna cennych i praktycznych informacji na temat seksualności mężczyzny (a nie tylko jego penisa!). Napisana przystępnie i interesująco, w oparciu o prace zarówno zagranicznych, jak i polskich autorów, może ułatwić nie tylko życie intymne, ale także zrozumienie specyfiki męskiej seksualności. Autorzy skutecznie rozprawiają się z różnymi mitami i stereotypami, ograniczającymi radosne przeżywanie chwil bliskości między partnerami. Rozmowa, poprowadzona lekko i okraszona dowcipem, przypadnie do gustu współczesnym użytkownikom internetu” – Zbigniew Lew-Starowicz

„Przeczytałam «Sztukę obsługi penisa» z wielką ciekawością i jestem pewna jednego: im więcej my, kobiety i mężczyźni, będziemy wiedzieć nawzajem o sobie, tym łatwiej będzie nam się porozumiewać i uszczęśliwiać” – Marta Frej

„«Sztuka obsługi penisa» to coś więcej niż tylko rozmowa o penisie. Chyba że patrząc przez pryzmat penisa, myślimy o złożoności męskiej seksualności. To poradnik i dla mężczyzn, i dla kobiet, bo dużo w nim o relacjach w związku, wiele praktycznych porad, jak je zrozumieć i poprawić. Książka świetnie wyjaśnia także mechanizm uzależnień w seksie” – Zbigniew Izdebski

Redakcja: Aneta Borowiec, Paweł Goźliński

Korekta: Maria Paluch

Projekt graficzny okładki: Ola Niepsuj

Ilustracje: Wawrzyniec Święcicki

Projekt graficzny makiety i skład: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Andrzej Gryżewski & Przemysław Pilarski 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2076-2 (epub), 978-83-268-2077-9 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

MÓJ STEFAN TO..., MÓJ STEFAN TAMTO..., czyli penis niejedno ma imię

PRZYCHODZI MĘŻCZYZNA DO SEKSUOLOGA, czyli koniec uciekania od problemów

SAPER MYLI SIĘ TYLKO RAZ, czyli o męskim wstydzie

TRZYDZIEŚCI TRZY CENTYMETRY RASPUTINA, czyli rozmiar ma znaczenie

PRZYJRZYJ SIĘ DOBRZE SWOJEMU PRZYJACIELOWI, czyli anatomia penisa

PIĘĆDZIESIĄT CZTERY MINUTY RAZ NA TRZY DNI, czyli jak działa penis

DLACZEGO ON ZASYPIA PO SEKSIE, czyli kilka rzeczy, których nie wiecie o orgazmie

TO NIE POTWÓR Z LOCH NESS – męski punkt G istnieje

SKĄD SIĘ BIORĄ FANTAZJE SEKSUALNE?

MATEMATYKA I SZTUKI WIZUALNE W SEKSIE, czyli o koszyku seksualnym

SEKS TO NIE SPORT, czyli mój pierwszy raz

O DOJRZEWANIU SEKSUALNYM – od okresu płodowego do emerytury

O ANTYKONCEPCJI I TYLKO O TYM, bo to cholernie ważny temat

„BĘDZIE DZISIAJ ROBOTA?”, czyli jak zachęcić kobietę do seksu

ATOMY ORAZ ZWIĄZKI Z PARTNERAMI mylonymi z matkami w tle

SAMOGWAŁT I SAMIEŃSTWO, czyli czemu masturbacja ma taki zły PR

CZY PENISA MOŻNA ZŁAMAĆ, czyli problemy i recepty

KOŃ NA RYCERZU I INNE PROBLEMY, które przychodzą z czasem

JAK TU SIĘ NIE SPIESZYĆ, czyli o radzeniu sobie z przedwczesnym wytryskiem

A KIEDY KOŃCZY SIĘ POWSTANIE...

JAK MAM POŻĄDAĆ, kiedy nie pożądam?

WEŹ PIGUŁKĘ? NIEKONIECZNIE czyli co zrobić, gdy konar nie chce zapłonąć

DZIECKO SIĘ BAWI, DOROSŁY MA KŁOPOT, czyli o seksualnych uzależnieniach

PARK TRAMPOLIN, czyli jak wyjść z nałogu, a najlepiej w niego nie wpaść

HOMO PORNOGRAFICUS, czyli jak zmieniają nas czerwone tuby i tindery

O CHOROBACH WENERYCZNYCH, czyli o tym, ile oraz jak ryzykujemy w seksie

DLACZEGO MĘŹCZYŹNI ZDRADZAJĄ?

TAŃCZĄCY PENIS, czyli jak urozmaicić życie seksualne w związku

MONOLOGI PENISA, czyli daj mu głos

BIBLIOGRAFIA

PODZIĘKOWANIA

PRZYPISY

MÓJ STEFAN TO ..., MÓJ STEFAN TAMTO ...,

czyli penis niejedno ma imię

Podobno mężczyźni nie mają nigdy problemów z seksem?

To prawda. Przychodzi do mnie klient i mówi: „Mój Stefan to ..., mój Stefan tamto ...”. Dopytuję: „Pański partner?”. A on, że nie. Że to jego penis. I to z penisem jest coś nie tak. Z facetem zawsze jest wszystko w porządku.

Wielu mężczyzn ma poczucie, że członek jest osobnym bytem, a przecież nie można przyjść na terapię z samym tylko członkiem! To nie zęby czy gardło, że otwierasz usta, demonstrujesz, co ci dolega i wychodzisz z receptą. Problemy w seksie zawsze dotyczą całego człowieka.

Dlaczego wolimy myśleć, że penis to oddzielny byt?

To ułatwia sprawę. Porozmawiam z terapeutą o członku, poskarżę się na niego, terapeuta coś z tym zrobi i problem się rozwiąże. Spotkania z seksuologiem pacjenci traktują trochę jak wizytę u barbera: „Proszę przyciąć moją brodę według uznania, a ja ocenię, czy mnie to zadowala”. To myślenie magiczne, trochę jak w kulturach pierwotnych – teraz proszę odbyć rytuał przebłagalny nad tym nieskorym do współpracy organem. Zaklinamy więc kapryśne bóstwo. Nie wychodzi mi w seksie z partnerką, partnerem, więc pewnie mój mały bóg domaga się świeżej krwi! Trzeba poszukać kolejnej ofiary. To bardzo częste podejście.

Jeden z moich klientów przez rok spotykał się z kobietą i gdy wreszcie zamieszkali razem, to skończył się seks.

Bóstwo zakaprysiło?

Tak. Zaczął mieć problemy i „rozwiązywał” je, szukając sobie na boku kolejnych kobiet. Dwie, trzy w miesiącu. Nie próbował nigdy zastanowić się, co powoduje tę żarłoczność. Dopiero kiedy zaczęliśmy terapię, okazało się, że jego problem ma psychoanalityczne podłoże – fatalne relacje z matką, które przekładają się na lęk przed bliskością w seksie. Z nową osobą seks hula, ale gdy tylko zaczyna się tworzyć jakaś więź – koniec z seksem.

Czyli on karmi bestię nowymi kobietami, zamiast zastanowić się, dlaczego ta bestia jest głodna. Penisa trzeba chyba przyszyć facetom, żeby odkryli, że to oni sterują tym „potworem”.

Rzeczywiście, my tu na sesjach „przyszywamy” penisa, i bywa to niekiedy równie bolesne, jak gdyby robić to za pomocą igły i nici. Traktowanie członka jako czegoś zewnętrznego daje dużo korzyści – skoro jest czymś, co tylko gdzieś tam się pałęta, no to co ja zrobię, że taki jest rozkapryszony? Gdy nagle okazuje się częścią mnie, to muszę wziąć za niego odpowiedzialność.

Częścią mnie? Przecież jesteśmy od dzieciństwa odseparowywani od seksualności: nie dotykaj się tam, to be, fe, to grzech.

Myślę, że to jest główna przyczyna tego, jak traktujemy nasze ciało poniżej pasa. Bo skoro z tym rejonem jest coś nie tak, to lepiej nie mieć z nim za wiele wspólnego. Matki są bardzo często przerażone tym, że ich syn bawi się członkiem.

Dłubanie w nosie nie budzi aż takiego przerażenia, a przecież i nos, i penis są po prostu częściami ciała.

Trzeba na siebie spojrzeć całościowo, czyli po pierwsze: uznać, że mam różne części ciała. A po drugie: zagłębić się w siebie, w to, co przeżywam, czego doświadczam. To zupełnie wbrew temu, do czego wychowuje się młodych mężczyzn. Oni nie mają przeżywać, tylko usilnie odcinać się od emocji.

Czy kąpię się w morzu, czy siedzę w piaskownicy, muszę być w majtkach. Co takiego się w nich kryje, że powinienem się tego wstydzić?

Ha! Dobre pytanie. Spotkało to nawet Jezusa. Już od XVI wieku zaczęto zamalowywać jego penisa na obrazach, zakrywać go na rzeźbach. Opowiada o tym świetna książka Seksualność Chrystusa. Jednocześnie nic nie stało na przeszkodzie, by w średniowieczu masowo handlować na kilogramy jego rzekomym napletkiem, jako relikwią.

No właśnie! Przecież konsekwencją grzechu pierworodnego był wstyd, rozpoznanie przez Adama i Ewę tego, że są nadzy. Od tamtej pory nie ruszali się nigdzie bez listka.

Grzech pierworodny to odkrycie przez człowieka, że jest istotą seksualną.

Instynkt jest jednak silniejszy niż religia czy kultura.

Inaczej już dawno by nas nie było. Brak kontaktu z seksualnością to brak kontaktu z samym sobą. To wyraźnie widać, kiedy mężczyźnie – począwszy od dwudziestego piątego roku życia – wraz z wiekiem maleje poziom testosteronu i zaczyna on mieć problem na przykład ze wzwodem. Czuje się przerażony i bezsilny, jakby spadła na niego bomba atomowa.

I nie ma na to zupełnie wpływu?

Na wiele rzeczy związanych z ciałem nie mamy wpływu. Na to, że siwiejemy, że pogarsza nam się słuch czy ostrość widzenia. Jednak to wciąż jest moje ciało i przyczyna tego leży we mnie, a nie na zewnątrz.

To prawda, ale mogę coś przedsięwziąć, na przykład zacząć brać leki.

Akurat w przypadku problemów z członkiem tabletki to nie zawsze najlepsze rozwiązanie. Bardzo często od tego właśnie zaczynają wizytę moi klienci: proszę mi dać jakąś tabletkę. Jeden klient nie widział tego, że problem pojawia się akurat wtedy, kiedy jego żona ma dni płodne. Starali się o dziecko, a on bał się ojcostwa, więc jego ciało reagowało chwilowymi zaburzeniami erekcji.

Jak pracujesz z takim mężczyznami?

Proponuję, żeby nauczyli się kontaktu z samym sobą.

Łatwo powiedzieć.

I nie tak trudno się tego nauczyć. Trzeba się obserwować. Coś się dzieje, to zbadaj swoje myśli. Psychoterapia poznawczo-behawioralna (CBT) jest rewelacyjna w nauczeniu się wielu metod, które pomagają mieć wgląd w swoje myśli i uczucia. Zapytaj siebie, co czujesz w danym momencie. Czy to lęk? Czego się boisz? Może to złość lub smutek? Zaopiekuj się sobą.

Trzeba więc dawać samemu sobie więcej nie tylko uważności, ale i uczucia.

Mężczyzna jest wychowywany do tego, żeby działać jak automat, ale żaden z nas nie jest automatem. W seksie nie jest tak, że trzeba realizować kolejne zadania: jej orgazm, mój orgazm, przekręcam się na drugi bok i kropka. Zdobywanie check pointów w czasie seksu to jak jedzenie na czas. Skupiasz się na tym, że masz pół minuty, a nie na smaku. Mało tego – mózg nie zdąży w tak krótkim czasie odnotować, że coś zjadłeś, więc będziesz potrzebował więcej jedzenia, i to aż o czterdzieści procent. Tak samo jest z seksem: uprawiając szybki seks, potrzebujesz go coraz więcej. Stąd tak duża grupa mężczyzn, którzy po seksie z partnerką biegną do laptopa, by poprawić sobie doznania pornografią.

Czyli promujemy slow sex.

W seksuologii jest on promowany już od lat siedemdziesiątych Oczywiście wtedy nie nazywano tego w ten sposób. Okoliczności też były inne, na przykład pornografia nie była ani tak dostępna, ani rozwinięta na taką skalę. Mniej czynników negatywnie wpływało na naszą seksualność. A dzisiaj? Po co się starać w sypialni, skoro można sobie po cichu obejrzeć filmik albo transmisję z kamerki? Jeden mój pacjent noc w noc spędza po kilka godzin w toalecie – siedzi ze smartfonem i masturbuje się, gdy jego partnerka śpi.

Kto wie, może już niedługo znajdziemy się w sytuacji, kiedy trzeba będzie zacząć promować międzyludzki, realny seks.

Ten facet siedzący nocami na sedesie też w jakimś sensie odprawia rytuał – karmi swoje bóstwo masturbacją.

Utarło się niesłuszne przekonanie, że jedynym erogennym miejscem u mężczyzny jest penis, a więc jego stymulacja wystarczy mu za całe życie seksualne.

Jedyne miejsce erogenne, samotna wyspa na oceanie, osobny byt. Sfera seksu to jedno, a reszta naszego ciała i emocji to co innego.

Stąd biorą się różne, nieraz przerażające, historie. Pewien mój pacjent, przekonany że masturbacja jest szkodliwa i grzeszna, karał za nią swój członek, polewając go gorącą wodą. Bo poparzony trudno będzie dotykać.

Jak czytamy w „Ewangelii wg św. Mateusza”: „jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie”.

A jeśli powodem grzechu jest członek, polej go wrzątkiem albo natrzyj czosnkiem. Nie żartuję. Inny mój pacjent to robił, podrażniając błony śluzowe, co skutecznie zniechęcało go do dotykania siebie „tam”.

Dotykania siebie „tam”, czyli dotykania swojego „Stefana”. Albo „Wacka”. Ciekawe są te określenia.

Spotykam się też często w gabinecie z metaforyką wojenną. Działo, dzida, maczeta, harpun, lanca.

Niektórzy mówią „mój mały”. To deprecjonujące. Genitalia to chyba jedyna część ciała, której nadaje się jakieś ksywy. Nikt raczej nie nazywa swojej pachy Wandą, a łokcia Zenonem.

Kobiety o swojej pochwie mówią „moja Helenka”, „moja pusia”, „moja cipka”. Jedna moja klientka na swoją waginę mówi „moja joni” i uważam, że to naprawdę piękne, indyjskie określenie. Co ciekawe, wyłącznie mężczyźni używają wulgaryzmów, opisując swojego penisa. Mówią „fiut”, „kutas” „chuj”.

Skąd się to bierze?

Najczęściej z przyzwyczajenia, bo tak im się zakodowało od czasów podwórka. To właśnie w okresie szkoły podstawowej i liceum chłopcy dużo ze sobą rozmawiają o genitaliach, wszędzie rysują członki – na ławce, na tablicy, na murach. Wtedy też zapamiętują sobie, że prawdziwy facet mówi o swoich genitaliach po męsku, czyli wulgarnie.

Rówieśnicy podyktowali im słownik dotyczący ich anatomii, seksu i w dalszych etapach życia niewiele się zmienia. W moim gabinecie też często klienci posługują się tym językiem.

To słownictwo przez najbliższe lata raczej się nie zmieni.

Wiesz, na co jeszcze wpływa to odcięcie się mężczyzn od ich członków? Kiedy przychodzą do mnie z jakimś problemem, są absolutnie przerażeni, nie rozumieją, co się dzieje. Nie umieją więc też nazwać problemu. Ja rozumiem stres w takich sytuacjach, doświadczamy go przecież, kiedy dotykają nas wszelkie zaburzenia zdrowotne. Ale dla dobra terapii trzeba go próbować jakoś przełamać. Lekarze oglądają nasze chore narządy, a praca z terapeutą polega na mówieniu o problemach. A jednak zdarza się, że przychodzi facet i wydusza z siebie: „Mam zaburzenia erekcji”. No to ja próbuję go dopytać – kiedy, w jakich okolicznościach itp. On na to znowu: „Mam zaburzenia erekcji!”. Tylko to jedno zdanie jest w stanie z siebie wydusić.

Zdobył się na odwagę, wystrzelił, a teraz ty musisz coś z tym zrobić. Sam.

Nie da się tak. Musimy pracować razem, żeby coś z tego wyszło. Niektórzy przyprowadzają do mnie swojego penisa tak, jak się przyprowadza psa do weterynarza. „Proszę, oto on. Niech pan go uzdrowi, ja poczekam sobie na korytarzu”. Albo: „Jest dwudziesta druga i to jest ta chwila”, oznajmia klient. „Ale jaka chwila?”, dopytuję. „No, że coś robimy”, odpowiada. I koniec. Niektórzy do tego jeszcze znacząco mrugają.

Słowo „współżycie” jest tak totalnie bezpłciowe. Z kolei „uprawianie seksu” kojarzy się bardziej z wypełnianiem wniosku o dopłaty unijne niż romantycznymi chwilami we dwoje. Tak, że ja się tym facetom nie dziwię. Ale i ciebie oczywiście rozumiem.

Jest taki mit, że „te sprawy” się robi, ale się o nich nie mówi. Nie tylko na terapii, ale też w relacji. Postawa wielu mężczyzn jest taka: ona (lub on) sobie pomyśli, że jestem jakiś słaby, skoro muszę omawiać swoją seksualność, tłumaczyć się z czegoś. Traktują rozmowy na ten temat jak przyznanie się do porażki.

Ale skoro masz problem, to nawet jak o nim nie mówisz, nakręcasz się.

I to jak! Co o mnie pomyśli partnerka, co by powiedział ojciec? Niektórzy nawet pracodawcę w to mieszają: „Na pewno zaraz odkryje, że jestem słabym pracownikiem, bo mam zaburzenia erekcji”.

Prosta zależność. Ale chyba tylko w wypadku aktorów porno.

Pracodawcę naprawdę nie interesuje, czy masz erekcję raz na dwadzieścia dni, czy dwadzieścia razy na dobę. No, chyba że jest to producent porno właśnie. Albo jesteś eskortem.

Właśnie, „masz erekcję”. To ty miewasz erekcję lub jej nie miewasz, panie facecie. Ty, nie jakiś osobny byt o obco brzmiącej nazwie „penis”. Gracie w tej samej drużynie. To jest partnerstwo na całe życie.

To co, przyszywamy facetom penisa?

Zaczynamy.

PRZYCHODZI MĘŻCZYZNA DO SEKSUOLOGA,

czyli koniec uciekania od problemów

Z jakimi problemami zgłaszają się do seksuologa polscy mężczyźni?

Na pierwszym miejscu umieściłbym lęk zadaniowy, wynikający z coraz częstszej postawy polegającej na traktowaniu życia jak niekończącego się egzaminu, w którym ciągle trzeba zdobywać jakieś punkty. Na drugim uplasowałbym uzależnienie od pornografii i masturbacji.

Na trzecim, ex aequo – obniżone libido oraz zaburzenia erekcji. Potem przedwczesny wytrysk, wytrysk opóźniony lub jego brak oraz problemy emocjonalne.

Jakie?

Najczęściej chodzi o to, że ktoś nie jest w stanie zbudować długotrwałej, bezpiecznej relacji albo ktoś jest w relacji, ale nie jest w stanie poradzić sobie z konfliktem z partnerką lub partnerem. Osobna grupa to mężczyźni, którzy nie uprawiają seksu w związku.

To nie są odosobnione przypadki?

To coraz częstsze zjawisko, znak naszych czasów. Z badań wynika, że ten problem dotyczy co trzeciego mężczyzny w związku.

Są wreszcie tacy – i to też nie jest wcale mała grupa – którzy przychodzą do mnie, bo mają problem z tym, że uprawiają seks pozamałżeński, są homoseksualni lub biseksualni albo się masturbują.

Wyrzuty sumienia z powodu religii?

Religii i kultury. Mówiąc o kulturze, mam na myśli jednak kulturę zbudowaną na fundamencie religii. „Masturbuję się, czyli jestem grzeszny, bo marnuję spermę jak Onan”. Inna sprawa, że biblijny Onan uprawiał de facto stosunek przerywany.

„Tracił z siebie nasienie na ziemię”, żeby nie zapłodnić żony zmarłego brata. Bogu się to nie spodobało.

Niezależnie od problemu, z jakim do mnie przychodzą, wielu moich klientów jest niepewnych swojej męskości. Jakim jestem facetem? Czy realizuję współczesne skrypty męskości, czy nie?

Jakie znowu skrypty?

Na przykład skrypt hybrydowej męskości, czyli czy jestem twardym, stuprocentowym samcem z głębinowymi kompetencjami emocjonalnymi i wrażliwością. Skrypt dbającego o siebie, ale jednocześnie będącego nonszalancko niedbałym. Zespół cech niemożliwych, jak to mawia mój znajomy seksuolog, doktor Robert Kowalczyk.

Jak byś scharakteryzował typowego współczesnego mężczyznę?

Typowy przedstawiciel naszych czasów przychodzi do mnie do gabinetu niewyspany, zmęczony, zestresowany, z niedoborami testosteronu, ale za to z dużym poziomem prolaktyny, hormonu, który mu narósł pod wpływem stresu. No i jeśli ten mężczyzna ma zbyt mało testosteronu, to często ma również małe libido, problemy ze sztywnością członka i niewielki poziom energii życiowej. Jeśli ma zbyt dużo prolaktyny, a normalny poziom testosteronu, to również odbije się na seksie, a dodatkowo będzie cierpiał na bóle głowy, depresję, nerwice...

Wygląda na to, że nasze czasy jakieś takie niewesołe.

Na konferencjach seksuologicznych – polskich i międzynarodowych – mówi się ostatnio, że seks jest luksusem. Dlatego coraz więcej osób sięga po używki, uprawia tzw. chemseks. I co za tym idzie, prowadzi bardzo ryzykowny tryb życia. Wiele osób jest przekonanych o własnej niezniszczalności. Miałem klienta – boksera. Cztery godziny snu. Dwa posiłki dziennie. Jeden rano o siódmej, drugi o dwudziestej pierwszej. W ciągu dnia narkotyki, żeby nie czuć się sennym i żeby na takiej bombie funkcjonować. I on żyje tak od kilku lat.

Jeszcze żyje?

Jeszcze. Facet przed trzydziestką, a już po jednym zawale. Przyszedł do mnie z zaburzeniami erekcji i pytaniem, czy mógłbym mu dać coś, co by go podkręciło.

W sensie, na te zaburzenia erekcji?

Tak, chciał jakichś prochów na to, żeby mieć znowu wzwód. Bo przecież on tak super funkcjonuje, jest dynamiczny, skuteczny, zorganizowany, tylko z tym seksem coś mu nie wychodzi ostatnio. Myślał, że to może jakaś wada genetyczna. Był bardzo pewny siebie, a ja widziałem człowieka nad przepaścią. Jedną nogą za krawędzią. Powiedziałem mu, że tak naprawdę recepta nie da mu szczęścia.

A co by go uszczęśliwiło?

Zaproponowałem za to zmianę stylu życia, skrajnie odmienną od tego, do czego przywykł na co dzień. To by oznaczało jednak pracę nad sobą, więc tyle go widziałem.

Po co się męczyć, jak można wziąć tabletkę i już.

Bardzo często mam takich pacjentów. To głównie pracownicy korporacji lub właściciele prywatnych firm, którzy harują ponad siły. Ale przecież nie tylko białe kołnierzyki i biznesmeni tak tyrają. Ludzie siedzą w firmach po dziesięć, dwanaście godzin. Kompetencje zawodowe nie są jasne, trzeba brać odpowiedzialność za siebie, za innych. Pod wpływem stresu napinają się mięśnie, nawet żołądka, więc ci mało co są w stanie zjeść. Nawet jak idą na lunch, to wszystko i tak zostaje gdzieś w ściśniętym przełyku, z tego później robi się refluks, problemy z wrzodami itp. To gospodarka rabunkowa, która rujnuje podstawowe filary, na których opiera się seksualność.

Jak taka praca wpływa na seks?

Wyobraźmy sobie faceta, który wychodzi po tych dziesięciu czy nawet dwunastu godzinach z pracy. Jest okrutnie głodny. Całe ciało ma napięte od siedzenia przy biurku i jest wkurzony, bo spotkało go przez cały dzień mnóstwo stresujących sytuacji. Chciałby to odreagować, najlepiej dynamicznym seksem, ale członek nie współpracuje.

Dlaczego?

Bo żeby spłynęła krew do członka, ciało musi być rozluźnione, ciepłe, a nie zimne i spięte. To żelazna zasada w seksuologii. No więc seks nie wychodzi i robi się jeszcze bardziej nerwowo. Bo jego partnerka myśli, że już go nie podnieca, a on – jak to faceci mają w zwyczaju w takich sytuacjach – zamyka się w sobie i walczy z natłokiem myśli.

Albo przychodzi do domu, ale jest mnóstwo spraw do omówienia, a potem trzeba już iść spać. Seksu nie ma, i co wtedy?

Takie osoby bardzo często wchodzą w romanse w pracy.

W pracy członek współpracuje?

W pracy jest bardzo atrakcyjna koleżanka. Zawsze pachnąca, uśmiechnięta, pewna siebie, dobrze ubrana, ułożona fryzura, makijaż. Nie ma do niego pretensji, że nie zadzwonił znowu do hydraulika czy że dziećmi za mało się zajmuje. Zaczynają flirtować. Okazuje się, że i jej seks w związku się nie układa. Dochodzi do zbliżenia. I co się okazuje?

Klapa?

Skąd! Mają świetny seks, bo są w kontakcie przez kilkanaście godzin dziennie: wymieniają spojrzenia, uśmiechy, uwodzą się, budują napięcie. Nie mają do siebie pretensji, co najwyżej droczą się lekko ze sobą. Czyli robią wszystko to, co robić należy, żeby seksualność dobrze funkcjonowała, a na co nie mają czasu w swoich związkach. Wielu moich klientów mówi, że wyszykowana kochanka w pracy zawsze wygra ze zmęczoną żoną wieczorową porą.

Może powinni w takim razie sprzedać udziały w obecnych związkach i założyć nową spółkę?

Gdyby pracowali nadal razem, mogłoby to funkcjonować. Ale gdy na przykład jedno z nich trafiłoby do innej firmy, historia zatoczyłaby koło. Znowu nie byłoby czasu na seks. Inna sprawa, że niezależnie od okoliczności zawodowych, wchodząc w związek mogliby się poczuć wzajemnie oszukani, widząc siebie nagle zupełnie prywatnie, bez całego tego korporacyjnego sznytu.

Ciekawy jest ten wątek „wizualny”, że koleżanka z pracy zawsze wystrojona, a partnerka w domu, jak to w domu, jest ubrana wygodnie.

Moja klientka jest od trzech lat w związku i zdradza swojego partnera z kolegą z pracy. Sytuacja jest podobna do tej, jaką opisałem wcześniej, z tym że tutaj dochodzi ten aspekt, o którym wspomniałeś: ona często podkreśla różnicę między kochankiem, menedżerem wysokiego szczebla, a partnerem, który lubi chodzić w starych trampkach i w koszulce z Super Mario Bros.

Niemal identyczna historia była pokazana w filmie „Kamper”. Luzak grany przez Piotra Żurawskiego zaczyna być zazdrosny o bliską relację dziewczyny (Marta Nieradkiewicz) z kucharzem-celebrytą (Jacek Braciak). Szczytem jego aktywności jest samotny taniec do piosenki „Co jest ze mną nie tak”.

No właśnie, to dobry przykład omawianego przez nas tematu. Przy czym to nie jest tak, że ona leci na ten drogi garniak i ekskluzywny samochód. Mimo że mieszka z partnerem, widuje się z nim sporadycznie. A z tym kolegą – a to na naradach, a to na prezentacjach, a to w socjalnym, a to na lunchu. Wreszcie szybki seks w samochodzie na parkingu biurowca albo kilka wspólnych nocy z rzędu na wyjeździe służbowym.

A ten drugi siedzi w domu i gra w gry.

Poczciwy gamoń siedzi w domu i gra w gry na konsoli, a tamten ją nieustannie urabia: kwiaty, topowa restauracja, podkręcająca korespondencja na Messengerze, WhatsAppie, GG czy Viberze. Jej obecny związek nie ma szans na przetrwanie w takiej sytuacji, bo w ogóle nie jest zbudowany na mocnych podstawach.

Z tego, co mówisz, wypływa dla mnie jeden wniosek: praca albo związek – wybór należy do ciebie.

Niezupełnie. Mam klientkę, która pracuje w dużej firmie konsultingowej. Mówi, że tam aż kipi od seksu. Do tego stopnia, że nawet ona, do tej pory zdeklarowana monogamistka, wdała się w romans z żonatym. A jest u mnie na terapii od roku i w życiu bym nie pomyślał, że może w coś takiego wejść.

Jak to praca potrafi zmienić ludzi.

Kiedy rozmawiam z pracownikami korporacji, a mam takich klientów coraz więcej, okazuje się, że w ich życiu nie ma innego stanu niż praca. Kiedy ich pytam o jakieś pasje, hobby, nie wiedzą często, co odpowiedzieć. Nie relaksują się, bo mają poczucie, że to marnowanie czasu. Inni z kolei próbują coś robić, ale nie odczuwają z tego powodu radości. Nic nie czują, jakby mieli sparaliżowany układ nerwowy. I to ich dodatkowo frustruje. A ciało cały czas jest napięte, nie ma możliwości rozluźnienia się.

Zaraz, przecież kiedy pójdziesz na siłownię, oczywiście mam na myśli ekskluzywną sieciówkę, ponad połowa ćwiczących to pracownicy korpo.

Siłownia, cross fit, runmageddon, paintball – oni wybierają takie aktywności, bo stan pracy przerzucają na stan relaksu. Tok ich myślenia jest taki: „W relaksie też muszę być skuteczny, odważny, przebojowy, muszę mieć koncentrację, muszę wykazać się wytrzymałością i odwagą”. To może wywołuje w nich poczucie odprężenia, ale ciało w ogóle nie relaksuje się w ten sposób. Nie da się żyć tylko tym jednym trybem. To tak, jakbyś będąc ptakiem, machał jednym skrzydłem. Jak będziesz żył tylko jednym stanem, to tylnymi drzwiami ten drugi zacznie ci się wkradać. I oni mówią, że pracują, pracują, niby wszystko jest tak samo, a coraz częściej odczuwają brak zorganizowania, brak koncentracji.

Organizm mówi: nie chcesz mi odpuścić? To ja sam sobie odpuszczę.

No i niektórzy się poddają. Zgłaszają się z problemami z seksem. Mija kilka, kilkanaście spotkań, zanim dotrze do nich, że nie można głodzić maratończyka. Bo oni wyznają filozofię, że jak maratończyk źle biegnie, to tylko jego wina, że powinien szybciej. Możesz to! Zrób to! Farmer z Australii wygrał maraton bez przygotowania, bo nie znał swoich ograniczeń, to i ty możesz wygrać, przesuwając granicę!

Przeszkody są tylko w twojej głowie! Jakbym słyszał jakiegoś coacha.

Jak to słyszę, krew mnie zalewa. Cały czas im wciskają, że można więcej, oni to łykają i nie biorą pod uwagę, że ciało i głowa mają swoje granice. A gdy ciało nagle mówi „stop”, winy szukają... w sobie. Uważają, że za mało z siebie dali, że są jacyś wadliwi.

Dlatego często podkręcają się chemseksem, czyli różnymi narkotykami, dopalaczami, żeby jakkolwiek uczestniczyć w tej seksualności. To z kolei skutkuje problemami kardiologicznymi, neurologicznymi, gastrologicznymi, endokrynologicznymi... Ta historia nie ma końca albo raczej jej koniec może być naprawdę bardzo smutny.

Dwa główne filary męskości, a przez to i samooceny, to dla nas, facetów: życie seksualne i życie zawodowe. One są ze sobą ściśle powiązane i wzajemnie nieustannie na siebie oddziałują. W seksie nie wychodzi, ale w pracy go doceniają, dobrze zarabia, możliwy jest awans. To jako tako trzyma jego poczucie męskości. I gdy przy tamtym filarze napotka odpowiednie wsparcie w postaci zrozumienia partnerki, sprawa sama się rozwiąże, bez konieczności wizyty u seksuologa.

Narkotyki, pornografia – to jest chyba mroczna strona seksualności naszych czasów.

Pornografia w dużym stopniu zmienia nie tylko funkcjonowanie seksualne, ale też osobowość. Ludzie robią się bardziej egoistyczni, uczą się zaspokajać tylko swoje potrzeby. Do tego dochodzi cyberseks, rozmaite aplikacje randkowe, a często i ryzykowne kontakty seksualne z internetu, bez prezerwatyw.

Wszystko to zwiększa przedmiotowe traktowanie innych ludzi, którzy nawet nie są ludźmi, tylko okienkami, które w każdej chwili można zablokować, wyłączyć.

Kiedyś wiedziałeś, że jeśli chcesz mieć z kimś seks, musisz wejść choćby w relację, zbudować poczucie bezpieczeństwa lub znośniej sympatii. Najpierw było poczucie bezpieczeństwa, a potem doświadczanie seksualności. Teraz możesz doświadczyć seksualności, nie budując żadnej relacji. Wystarczy, że wejdziesz na portal erotyczny, gdzie są kamerki, zapłacisz, i już masz bezpośrednią relację seksualną z kimś, kogo pierwszy raz widzisz na oczy. I ta osoba już jest naga, już chce się z tobą masturbować.

Seksualny fast food.

Jak chcesz czegoś więcej, to nie musisz chodzić na dwadzieścia randek, wystarczy wyhaczyć kogoś z Tindera. Albo wejść na czat i nieraz po kilkudziesięciu minutach możesz szykować się na bezpłatny i niezobowiązujący seks gdzieś na mieście.

I nie ma problemu.

Nie ma problemu? Problem jest – taki, że my ludzie potrzebujemy do seksu poczucia bezpieczeństwa. Ono się buduje w trakcie randkowania. Pomijając ten etap, rzucamy się na głęboką wodę i toniemy, dostając skurczu. Toniemy zaburzeniami erekcji, toniemy przedwczesnym wytryskiem, brakiem orgazmu i tak dalej.

Jeszcze wracając do tych ludzkich okienek w aplikacjach, które tak łatwo blokować. Przecież to działa w dwie strony...

Kiedy skaczesz z kwiatka na kwiatek, nie angażujesz się, partnerki czy partnerów traktujesz przedmiotowo, jak kolejne profile w aplikacji, to wszystko jest z twojego punktu widzenia w porządku. Ale jak nagle spotkasz kogoś, z kim zechcesz wejść w relację, kiedy nagle pojawia się u ciebie zaangażowanie, a tamta osoba przestaje odzywać się po jednej nocy, czujesz się użyty. Gdy dotknie nas ostrze używania, to nagle przypominamy sobie o podmiotowości i myślimy: „No kurde, to jest niegodne człowieka”. Ponadto nigdy nie wiesz, kiedy się zaangażujesz. Może cię to zaangażowanie dopaść w najmniej spodziewanym momencie.

I to jest ten moment, kiedy facet postanawia iść do terapeuty po pomoc?

My mężczyźni jesteśmy wychowywani tak, że z kłopotami powinniśmy radzić sobie sami. Wychowują nas do konfrontacji, eksploracji terenu, ścierania się, a co za tym idzie, do samodzielności, autonomii i niezależności.

Ja bym nie przesadzał z tym wychowywaniem do niezależności. Ale zgadzam się z konfrontacją.

Mówię stereotypowo i zgodnie z tym myśleniem kobiety wychowywane są bardziej do kooperacji, empatii.

No i co taki wojownik robi, kiedy penis odmówi mu posłuszeństwa w łóżku, a duma i honor – udania się do specjalisty?

Kiedy u mężczyzny pojawiają się problemy – w seksie czy w życiu – włącza się pierwotny mechanizm „walcz albo uciekaj”. Kiedy mamy życiowe problemy, to częściej włącza nam się „walcz”. O dziwo, kiedy te problemy pojawiają się w sferze seksualności, częściej włącza się „uciekaj”. To jest potwierdzone w badaniach, bo tylko osiem procent mężczyzn z problemami z seksem przychodzi do specjalisty. Reszta, czyli dziewięćdziesiąt dwa procent, ma swoje niby-sposoby, które jednak prowadzą ich na manowce!

Pewnie są też tacy, co czekają, aż samo się poprawi?

Aż samo się poprawi albo aż partnerka czy partner zapomni o seksie. Doktor Dariusz Skowroński, który jako seksuolog pracuje w Japonii, opowiadał nam na konferencji seksuologicznej w grudniu 2017 roku, że tam już czterdzieści sześć procent par w ogóle nie współżyje ze sobą!

Ucieczka od problemów?

No właśnie. W sytuacji problemów z seksem, mężczyźni unikają lub bagatelizują problem, angażują się w pracę, w pozorną seksualność, na przykład w pornografię. Wielu bierze jakieś podejrzane, a niestety łatwo dostępne suplementy i inne specyfiki. Podkreślam, że grupy przestępcze w Polsce zarabiają kokosy na produkcji podrabianej Viagry.

To musi być dochodowy interes.

Jakbyś zgadł! Panowie naiwnie wierzą, że dzięki jednej tabletce wróci im rujnowana przez lata sprawność seksualna. Sięgają po te rozwiązania pod wpływem reklam. Nie konsultują się z nikim, bo mężczyźni są bardzo samotni w swoich problemach z seksem. Nie pójdą przecież do kumpla i nie powiedzą: „Stary, pojawiły mi się zaburzenia erekcji, co z tym zrobić?”. Boją się, że zostaną wyśmiani.

Męska przyjaźń jest często napędzana przez rywalizację – znowu mówię to stereotypowo. Ale te stereotypy pracują w naszych głowach, pozornie mają oszczędzać energię wynikającą z dogłębnych analiz, mówią nam, jak mamy żyć i wyrządzają wiele szkód.

Czy ten wstyd jest kulturowy, czy wrodzony?

Nasza kultura mówi wprost: facet powinien być twardy. Nie płacze, wszystko ogarnia, ze wszystkim sobie poradzi. A jego członek jest jak radziecki czołg: przejedzie przez las, rzekę, pole i dom. Dojedzie aż do Berlina. Udajemy więc, że tematu nie ma. Efektem tego są sceny, które bardzo często obserwuję w swoim gabinecie:

– Wie pan co, panie Andrzeju, ja to mam taki problem, że pan jeszcze chyba o czymś takim nie słyszał.

– Tak? To ciekawe. Proszę o tym opowiedzieć.

– Mam zaburzenia erekcji.

Kurtyna.

To musi dość mocno wpływać na samoocenę.

Samotność współczesnych mężczyzn powoduje, że wielu – ba! większość z nich – jest przekonanych, iż tylko oni mają przedwczesny wytrysk, obniżony popęd seksualny czy zaburzenia erekcji właśnie. Są więc wadliwi, nie spełniają norm męskości. Jako jedyni na świecie. Samotni jak palec.

W końcu jednak te osiem procent przychodzi do terapeuty. I kiedy pojawiają się u ciebie, to jednak przychodzą do faceta. Nie boją się męskiej rywalizacji?

Wielu się boi i dlatego pierwsze kilka, kilkanaście spotkań to zdzieranie powierzchownych masek, za którymi się kryje ich prawdziwe Ja. Sporo też zależy od tego, jakie się miało relacje z matką i ojcem.

Czemu?

Ci, którzy mieli ojca despotycznego, krytycznego, pójdą raczej do seksuolożki. Będą się bali, że terapeuta mężczyzna ich skrytykuje, wyśmieje. Albo jak przyjdą do seksuologa, to pod innym sztandarem. Z czymś, co nie jest wstydliwe, czyli nie z seksem, tylko na przykład z tym, że reagują złością na rozczarowania życiowe. Albo że przeczytali gdzieś mój artykuł, słyszeli mnie w radiu, przeczytali naszą poprzednią książkę – i chcieliby dopytać o kilka rzeczy.

Czyli to taka zabawa w chowanego.

Przychodzi klient i opowiada, że ma obniżony nastrój, że czuje smutek, że lęk, że coś tam. I gdzieś na końcu pojawia się, że ma zaburzenia erekcji, jako w sumie nic takiego ważnego.

Drobiazg.

Nie ma właściwych czy niewłaściwych problemów. Zaburzenia erekcji nie są totalną katastrofą, tak jak depresja nie jest totalną katastrofą. Ale przede wszystkim, w żadnym z tych wypadków, nie ma się czego wstydzić.

Czasem słyszę od klientów: „Ja myślałem, że pan mnie wypędzi po tej pierwszej wizycie, że pan mnie wyśmieje. Że jestem skończony jako facet lub że powinienem wziąć się w garść”.

„Weź się w garść”. Złota rada twardych mężczyzn. A wracając do tego twojego klienta, który przyszedł niby tylko z depresją. Czy można sobie wybrać problem, który chce się poruszać na terapii? Przecież to wszystko jakoś się ze sobą łączy.

Wszystko zależy od tego, co jest priorytetem w danej sytuacji. Można zrobić listę priorytetów, od jednego do dziesięciu. Na przykład: „Zaczynam nowy związek i chciałbym, żeby dobrze nam się układało emocjonalnie, to pierwszy priorytet. Ale i żeby był dobry seks. Więc seks jest dla mnie drugim priorytetem. Jednocześnie tak się składa, że wylali mnie pół roku temu z pracy i do tej pory się nie pozbierałem. Kolejnym priorytetem będzie więc moja depresja”.

I co się stanie, jak będzie pracował tylko nad depresją?

Będziemy pracować nad depresją, ale jednocześnie związek może zacząć mu się walić, bo na przykład pod wpływem relacji z rodzicami, które są prototypem naszych relacji, wyniósł z domu lęk przed bliskością. I nad tym powinien pracować w pierwszym rzędzie. Ukrywanie takich problemów, to jest niepełne wykorzystanie relacji terapeutycznej.

A kim są ci faceci, którzy trafiają na terapię? Te osiem procent?

Nie są to zazwyczaj ludzie wybitnie odważni czy otwarci. Oni zwykle przebyli długą drogę, żeby znaleźć się w tych ośmiu procentach. Bardzo często seksuolog, specjalista to dla nich ostatnia deska ratunku. Bo albo kupowali suplementy online lub w sex-shopach, albo próbowali seksu poza związkiem, w tym płatnego, uciekali w pornografię, masturbację. I doszli do ściany. Nie wszyscy z nich, ale zdecydowana większość. I w tym momencie przychodzą do mnie.

Psychoterapeuta czy seksuolog dla wielu jest więc aktem desperacji, a nie pierwszą pomocą.

Niestety tak. Ten wstyd związany z naszą seksualnością przekłada się też na relacje z lekarzami. Według badań osiemdziesiąt procent pacjentów nie mówi o problemach z seksem lekarzom pierwszego kontaktu. A przecież to im powinniśmy mówić o wszystkim, co nas niepokoi zdrowotnie. Nie, mężczyźni czekają, że może lekarz sam zapyta...

Mnie żaden nigdy nie pytał o takie rzeczy.

A gdy zapytano o to internistów, to okazało się, że ponad sześćdziesiąt procent z nich uważa, iż to pacjent powinien sam z tym wyjść. Pacjent czeka, aż zapyta lekarz, lekarz czeka, aż zapyta pacjent.

Groteskowa sytuacja.

Jak w dowcipie: „Przychodzi baba do lekarza, a lekarz też baba”. Tymczasem zaburzenia erekcji wyprzedzają o dziesięć lat inne kłopoty zdrowotne, na przykład problemy kardiologiczne, układu oddechowego, cukrzycę, zaburzenia tarczycy itd. O dziesięć lat, więc to jest bardzo cenna informacja dla internisty, ale wielu lekarzy nie pyta o funkcje seksualne pacjenta, ponieważ boją się go zawstydzić.

Z kim mężczyźni szczerze rozmawiają o swoich problemach?

Z nikim. Seksualność wiąże się z takim wstydem, lękiem i niepewnością, że mężczyźni nawet z partnerkami nie dzielą się tym, że podejrzewają u siebie jakiś problem. Nie mówią: „Kurde, wiesz co, ja dzisiaj chyba nie dam rady”, bo obawiają się, że zostaną zdeprecjonowani. Tak, jakby ich tożsamość lub związek zależały tylko od seksu. A często przecież seks jest jednym z kilku, kilkunastu fajnych elementów związku, ale nie jedynym!

Nie mówią i poświęcają się dla dobra źle pojętej sprawy.

Zgadza się. Gdy słyszę: „Jest pan pierwszą osobą w moim życiu, której mówię o problemach z seksem”, to wiem, że w dużej mierze psychoterapia będzie polegała na pracy z toksycznym wstydem, który trzyma w klinczu seksualność klienta. A wierz mi, że nagminnie słyszę coś „jako pierwszy”, i że często są to typowe sprawy, o których powinno się powiedzieć partnerce, żonie, przyjacielowi lub bratu.

Jakie na przykład?

Na temat lęku dotyczącego starzenia się, posiadania dzieci, wzięcia ślubu, lęku przed śmiercią, poczucia nieatrakcyjności, niemożności znalezienia sobie satysfakcjonującego związku, obaw przed wprowadzeniem zmian. Przecież tych tematów doświadczamy wszyscy, na różnych etapach w życiu. I moi klienci, i ja, i ty, i prezydent Polski. Nie powinniśmy czekać, aż życie nas przyprze do muru i zmuszać się wtedy do pójścia do specjalisty. Profilaktyka jest ważniejsza niż leczenie.

Mimo wszystko wierzę w gatunek męski, więc jestem pewien, że niektórzy przychodzą do ciebie z własnej, nieprzymuszonej woli.

Oczywiście. Na przykład ci, którzy wchodzą w nowy związek i nie chcą zawieść partnerki, a już zaobserwowali u siebie jakieś problemy z seksem. Albo single, którzy nie chcą przechodzić na seksualną emeryturę, skądinąd bardzo słusznie. Emerytami jesteśmy tylko dla ZUS-u.

A ci, co przychodzą, rozumieją na czym polega terapia?

Zdarzają się czasem zabawne sytuacje. Przyszedł kiedyś mężczyzna, który podejrzewał, że partnerka go zdradza. „Pan będzie z nią pracował nad czymkolwiek, a ja będę przychodził co pięć spotkań i będzie mi pan zdawał sprawozdanie z tego, co u niej w życiu się dzieje. Dobrze zapłacę”.

Naoglądał się filmów szpiegowskich.

Inny z kolei chciał przychodzić tutaj ze swoją partnerką, a ode mnie oczekiwał, że będę go wspierał w sporach. „Chcę, by pan jej pokazywał, że jestem wyjątkowy, taki inteligentny, najlepszą partią dla niej, że to rzadko się spotyka takiego mężczyznę. Bo ona mnie nie docenia”.

Przyszli też raz rodzice z siedemnastolatkiem.

Świadomi rodzice. Brawo!

Ci akurat niespecjalnie. „Nasz syn twierdzi, że niby jest gejem”. „Ale jaki jest problem?” – pytam. „Wie pan, jak młodzi są, to takie głupoty gadają. To w tym kółku teatralnym pewnie go ktoś przekabacił”. Chcieli, żebym ich syna nawrócił z drogi występku i byli bardzo zdziwieni, kiedy im powiedziałem, że seksuologia już od dawna uważa homoseksualność za normę. Myśleli, że orientacja seksualna to kwestia wyboru.

Dzisiaj wege, jutro homo.

Albo, jak do 2018 roku było z prawem jazdy w Arabii Saudyjskiej, według zasady: „dzisiaj kobieta za kółkiem, a jutro prostytutka”.

Ale naprawdę nie masz jakichś supermetod, jak Anatolij Kaszpirowski, by kogoś urobić, jak chcesz?

Po pierwsze, to nieetyczne. A po drugie, to nie da się nikogo ułożyć wbrew jego woli! Zapytałem tego ojca, czy jeśli użyłbym całej swojej wiedzy seksuologicznej i psychoterapeutycznej, to byłbym w stanie zamienić go w geja. Odpowiedział oburzony, że absolutnie nie, to niemożliwe. No i lądujemy w oparach absurdu.

A jak często pary trafiają na terapię?

Mężczyźni przychodzą z partnerką zazwyczaj przy obniżonym libido, gdy nie kochają się już od kilku miesięcy albo nawet kilkunastu lat. Przychodzą, bo ona czuje się przez to mało kobieca i pociągająca. Albo wydało się, że on ma romans. Albo przeczytała gdzieś mój artykuł. To bardzo często się zdarza, na przykład po poczytnym artykule w „Wysokich Obcasach Extra” Crossfit zamiast seksu miałem w gabinecie kilkanaście nowych par. Napisaliśmy z Krystyną Romanowską o ludziach wybierających kompensację w sporcie zamiast współżycia.

„A ty znowu na siłownię idziesz?”.

Ona czyta ten artykuł i pyta:

– Ty, Heniek, kiedy my się kochaliśmy ostatnio?

– Kilka tygodni temu.

– Nie. Kilka miesięcy temu. A ile razy byłeś na siłowni w tym tygodniu?

– Pięć.

I dodaje, że jak zrobi jeszcze maraton kolarski, to wtedy ona będzie miała z nim najlepszy seks w życiu.

To tylko się cieszyć! Rośnie nam kadra olimpijska.

Nie żartuj.

A są takie problemy, z którymi faceci przychodzą prawie wyłącznie w pojedynkę?

Na przykład przedwczesny wytrysk. Bardzo często nawet partnerka czy partner nic nie wie o tym, że on zaczął terapię.

Lepiej przyjść do seksuologa w parze czy pojedynczo?

Zależy, jakie są przyczyny danego problemu. Jeśli typowo partnerskie, wynikające z relacji, warto to omówić wspólnie. Natomiast jeśli sytuacja ma korzenie w gospodarce rabunkowej, bo on pracuje po dziesięć, dwanaście godzin, mało śpi, je byle jak i nie ma czasu na nic – to nadaje się na terapię indywidualną.

Tylko żeby znalazł czas na wizytę...

Bardzo często mężczyzna, który jest zablokowany przy kobiecie, otwiera się przy terapeucie. Najpierw musi się wygadać, wyżalić. Tego by nie zrobił przy niej, bo starałby się zachować twarz, nakładając na nią wiele różnych masek. Wyżala się więc, a potem zaczynamy właściwą pracę.

Czyli najlepiej przyjść samemu, a terapeuta sam może zaproponować, by włączyć drugą osobę.

Właśnie tak pracuję. Leczenie musi być dopasowane do klienta, skrojone jak garnitur. Nigdy nie lecimy tym samym skryptem. Dlatego psychoterapia seksuologiczna prowadzona przez algorytmy to jeszcze pieśń dalekiej przyszłości. Ponadto, musi być konkretny cel. Kiedy przychodzi pacjent i mówi: „Wie pan co, chciałbym nad czymś popracować, generalnie nie wiem nad czym, ale chciałbym, żeby moje życie się zmieniło tak, żebym był w końcu szczęśliwy”, to ja muszę z nim ustalić, na czym konkretnie polega dla niego szczęście.

Już sama praca nad tym ustalaniem źródeł szczęścia może mieć funkcję terapeutyczną.

Mężczyźni często mają poczucie, że nie tylko partnerka, ale też seksuolog czy psychoterapeuta powinni im czytać w myślach. Niestety, nie studiowałem w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, nie mam więc takiego fakultetu. Cel musi być mierzalny i sprawdzalny.

Zaraz. Potrzeba bycia szczęśliwym nie może być celem terapii? Przecież to jest konkret!

No właśnie nie. Dla mnie to jest informacja, że ktoś ma konflikt wewnętrzny, osadzony głęboko w podświadomości. Ten konflikt jest jak potwór z Loch Ness, którego nie widać. Trzeba wypompować wodę z jeziora i zobaczyć, jak Nessie sobie po dnie drepcze.

Można się jakoś przygotować do pierwszej wizyty?

To bardzo ważne pytanie. Z klientami, którzy zostali wydelegowani przez partnerkę albo przyszli do mnie impulsywnie, sytuacja jest taka, że facet przychodzi i patrzymy na siebie, i patrzymy, i patrzymy... Bo on nie za bardzo wie, z czym przyszedł. Jak go podpytuję, to on czuje się zaatakowany. Raz jeden pan wręcz obraził się na mnie, że pytam go o sprawy związane z seksem.

A jakich pytań się spodziewał?

Mówię: „Gdyby pan przyszedł do stomatologa i stomatolog zapytałby pana o seks, to sytuacja byłaby nietypowa. Ale jeśli pan przychodzi do seksuologa, to jest pewne prawdopodobieństwo, że będę rozmawiał o seksie”. On mówi: „No tak, ale tak na pierwszych sesjach już o seks pytać?”. Oczywiście, staram się uwzględniać wstyd i wrażliwość klientów.

Zasadniczo klientów podzieliłbym na dwie grupy. Ci, którzy przychodzą z impulsu albo wydelegowani przez partnera, partnerkę i czują się wypchnięci do tablicy. Oni są zaskoczeni, że u seksuologa rozmawia się o erotyce, o fantazjach, o tym, jak funkcjonuje członek i tak dalej. Pracuję z nimi nad motywacją: dlaczego tu przyszli, co mają do stracenia? Wtedy zaczynają mówić o powodach, z których u mnie się znaleźli.

Druga grupa?

To osoby, które od dłuższego czasu zmagają się z jakimś problemem, czują się bezsilne i dlatego przychodzą do gabinetu. Ci pacjenci zazwyczaj bardzo dobrze wiedzą, nad czym chcą pracować.

A teraz, wracając do pytania, jak się przygotować do wizyty u seksuologa, warto, żebyśmy się zastanowili, o czym chcemy powiedzieć i jakie mamy cele – nie tylko terapii, ale tego konkretnego spotkania. Innymi słowy, co chciałbym tą terapią i tą dzisiejszą sesją osiągnąć. Można to nawet wypisać sobie na kartce. To pomaga w rozmowie z terapeutą. Terapeucie też pomaga.

No, to jest już konkret.

Ci, którzy przychodzą na przykład z zaburzeniami erekcji, mogliby sobie przypomnieć, jak to wyglądało na przestrzeni ich całego życia. Kiedy te problemy się pojawiły? Czy wcześniej zawsze wszystko funkcjonowało bez zarzutu? Przypominamy sobie relacje emocjonalno-seksualne z przeszłości, analizujemy je. To wszystko jest materiałem do pracy.

Która nie zakończy się na jednej wizycie.

Większość myśli, że jedna wizyta wystarczy. Ale nie dajmy się zwieść fałszywym prorokom. Żaden z seksuologów czy psychoterapeutów nie jest czarodziejem. Tłumaczę, że terapia wymaga czasu i to nie wynik mojej złej woli. Nie ma windy do sukcesu, trzeba iść wytrwale po schodach.

Do zmian dochodzimy małymi krokami. Ewolucja, nie rewolucja, bo rewolucja często zjada swoje dzieci. Jest to współpraca, jak z trenerem personalnym. Ja służę doświadczeniem, motywacją, sugestią, ale po stronie pacjenta jest większość pracy: dbanie o samopoczucie, sen, kondycję, regularne i wartościowe posiłki, aktywność... Zmieniamy się, gdy sami do czegoś dochodzimy, gdy wypracujemy jakieś mechanizmy. Nie obiecam nikomu, że samodzielnie zmienię jego życie, to byłoby bardzo nieetyczne i jeszcze bardziej nierealne. W psychoterapii daję wędkę, a nie ryby. Mało tego, są konkretne badania dotyczące neuroobrazowania mózgu, iż psychoterapią zmieniamy architekturę połączeń neuronalnych!

To jest proces uczenia się. Siebie, swojej seksualności, partnera, partnerki na nowo.

Na czym polega wyższość wędki nad rybami?

Weźmy takiego małego niedźwiedzia. Obserwuje matkę, patrzy, jak ona poluje, zbiera jagody, miód. I później, gdy dorośnie, jest w stanie sam się wyżywić i przeżyć. Natomiast jeśli nie obserwuje matki, tylko czeka, aż ona coś przyniesie, a matce coś się stanie – na przykład zastrzeli ją minister Szyszko – to umrze, bo nie ma tych umiejętności. I dlatego ja nie załatwiam problemów za klienta i nie podpowiadam gotowych rozwiązań.

Niektórym jednak by to wiele ułatwiło.

Klient często przychodzi do terapeuty jak do rodzica: „Tato, zepsuło się, zrób mi”. A my w psychoterapii pracujemy nad tym, żeby zbudować ciepłego rodzica w kliencie, żeby on poznał różne sposoby na bycie dobrym terapeutą dla siebie. Terapia kończy się sukcesem, gdy klient uwewnętrzni terapeutę w sobie.

No właśnie. Od początku wszyscy wiedzą, że kiedyś to musi się skończyć.

Nie uzależniam klienta od siebie, tak jak na przykład wróżka: musisz tu do mnie przychodzić, bo inaczej nie dowiesz się, co cię czeka. Buduję w klientach dojrzałość i odpowiedzialność za ich wybory. Konstruujemy wędkę, ale dorodnego bonito klient musi złowić sam. Wtedy duma będzie go przepełniała naprawdę długo.

SAPER MYLI SIĘ TYLKO RAZ,

czyli o męskim wstydzie

Czego najbardziej wstydzą się mężczyźni?

Przede wszystkim tego, że mogą okazać się słabą seksmaszyną, która nie jest w stanie sprostać normie.

Jest taka norma?

Wielu mężczyzn tak myśli. Są przekonani, że męska seksualność jest jak perpetuum mobile. To prawda, w wieku szesnastu-dwudziestu pięciu lat jakieś osiemdziesiąt procent mężczyzn wykazuje się automatyzmem seksualnym, ale po dwudziestym piątym roku życia to mija.

Automatyzm seksualny, czyli wzwód na każde zawołanie?

Albo i bez zawołania, penis zawsze w pełnej gotowości. Mężczyźni się do tego przyzwyczajają i ciężko im zrozumieć, że z wiekiem seksualność robi się coraz bardziej wymagająca. Niezależnie od wieku, traktują siebie jak seksualny bankomat funkcjonujący dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wkładam kartę, naciskam przycisk i pojawia się erekcja. A tak nie ma.

Dlaczego?

W jednych okolicznościach członek funkcjonuje, w innych nie.

Na przykład?

Po przebudzeniu mężczyźni mają poranne wzwody, więc jest prawdopodobieństwo, że seks o poranku będzie udany. Natomiast jak zmęczony mężczyzna pół nocy wracał z delegacji do kochanki, to o porannym seksie może zapomnieć.

Kiedy uświadamiam mężczyznom, jak to wygląda, złoszczą się na mnie. Oni przecież wierzyli w to przez trzydzieści czy czterdzieści lat! Przychodzą do mnie najczęściej nie po to, żeby poznać swoją seksualność, tylko żeby ją podkręcić. Mówią: „Chciałbym, żeby było jak u innych”.

Czyli jak?

Kiedy pytam, jak niby jest u innych, odpowiadają, że wystarczy ściągnąć spodnie i tadam! Erekcja. Partnerka się zbliża – wzwód. Partnerka się wystroi w erotyczną bieliznę – wzwód.

Jak na porno.

Bo on to właśnie widział w filmie porno! I na tym buduje fałszywe przekonanie, że mężczyźni mają tak w rzeczywistości. Ma poczucie, że jedno czy dwa niepowodzenia to plama na honorze, której już nigdy nie zmaże.

Saper myli się tylko raz.

Ale w seksie nikt nie jest saperem. Taki klient jest bardzo zdziwiony, kiedy mówię mu, że wszystko z nim w porządku. Bo przecież wydawało mu się, że tylko on ma zaburzenia erekcji, tylko on ma przedwczesny wytrysk, tylko on ma obniżone libido.

Kobiety też tak mają?

Tak samo! Tylko one mają problemy z zaburzeniami lubrykacji, z suchością pochwy. Ta postawa jest powszechna. Niezależnie od płci. Wynika to z tego, że rzadko mówi się o problemach w seksie. Zwłaszcza szczerze.

W mediach dominuje przekaz, że to takie łatwe, dostępne, przyjemne.

Problemy z seksem są normalną częścią życia. Jak ziewanie, ból zębów, zaparcia, katar, siwienie. Zęby zużywają się, tak samo jak reszta naszego ciała, łącznie z genitaliami.

Sporadycznie mówi się o zaburzeniach erekcji albo innych problemach w seksie, ale jeszcze rzadziej o chorobach przenoszonych drogą płciową. Z tego rodzi się beztroska w zachowaniach seksualnych, bo gdy o czymś się nie mówi, to tego przecież nie ma, to nas nie dotyczy.

Powiedziałeś, że automatyzmem wykazuje się jakieś osiemdziesiąt procent mężczyzn. Dlaczego nie sto?

Automatyzm może się zatrzymać. Zdarza się to często w przypadku przemocy domowej, alkoholizmu w rodzinie, śmierci bliskiej osoby, depresji, uświadomienia sobie orientacji nieheteroseksualnej, używania dopalaczy itp. Czasem wystarczy, że ktoś jest represjonowany przez grupę rówieśniczą.

Czyli ten automatyzm funkcjonuje tylko w idealnych warunkach.

W idealnych albo bliskich ideałowi. Mam dużą grupę klientów w wieku szesnastu-dwudziestu pięciu lat, którzy przychodzą z poczuciem klęski, ponieważ uważają, że większość ich rówieśników uprawia regularnie seks. Mało tego! Wierzą święcie, że reszta jest multiorgazmiczna, czyli potrafi mieć wielokrotne orgazmy w czasie jednej nocy. W gimnazjum, liceum to często jednak tylko przechwałki na temat podbojów seksualnych, w zdecydowanej większości nie ma w tych opowieściach ani grama prawdy.

Starsi też często przechwalają się tym, kogo ostatnio zaliczyli. Zwłaszcza przy alkoholu.

Ostatnio albo kiedyś. Dobrze wsłuchać się w te opowieści, bo często okazuje się, że to historia z przeszłości, ponieważ teraz nie ma czym już się chwalić.

Nieuprawianie seksu to powód do wstydu dla młodych mężczyzn. Pierwszy z wielu.

Tak, potem bardzo boją się pierwszego razu. I rzeczywiście, zdarza się, że jest on nieudany. Pojawia się przedwczesny wytrysk, zaburzenia erekcji czy ból u partnerki. To może się zakodować na długo jako trauma. Dlatego niektórzy zanim pójdą do łóżka z dziewczyną swoich marzeń, szukają sobie kobiet do „przetestowania” swoich umiejętności.

Brzmi jak fragment „Opowieści podręcznej”.

Ale jest bardzo częste. Polecam film Cierpienia młodego Edoardo. Bohater zakochał się w fajnej dziewczynie, ale postanowił, że zanim będzie miał z nią seks, to najpierw musi sprawdzić się z prostytutką. Zawsze gdy słyszę takie historie, to się zżymam. Nie wiem, czy ta wymarzona partnerka byłaby zachwycona, gdyby się dowiedziała, że chłopak „testował” swoje umiejętności na innej kobiecie. Prędzej by nabrała do niego obrzydzenia.

Czy to się bierze z przekonania, że mężczyzna jest panem i władcą wszechświata?

Bierze się to z wymogu kulturowego, by mężczyzna pełnił rolę „nauczyciela miłości”. By miał większe doświadczenie od partnerki, by przebił jej błonę dziewiczą, by miała z nim pierwsze orgazmy, by wprowadził ją w tajniki seksu.

Taki seksualny Krzysztof Kolumb.

Tak, wielu mężczyzn napełnia wszechogarniającą dumą nabranie doświadczenia z prostytutką lub ze znajomą z liceum, ze studiów, którą traktuje jak poligon doświadczalny, a która nie jest w jego typie.

W męskim towarzystwie panowie lubią opowiadać o takich doświadczeniach.

Ale odwróćmy sytuację. Jak by się poczuł nasz czytelnik, gdyby partnerka mu powiedziała, że chciała być dla niego „nauczycielką miłości” i dlatego kilka razy była w burdelu dla kobiet, by nabrać doświadczenia od mężczyzn z dużym przebiegiem? Albo gdyby mu powiedziała, że miała kilkadziesiąt stosunków z nierokującymi facetami, bo chciała się dobrze seksualnie „przygotować” dla naszego czytelnika?

Niech zgadnę: nie spotkałoby się to z wielkim entuzjazmem.

Naprawdę? To zaskakujące, że mężczyźni takiego entuzjazmu oczekują od kobiet...

Sprawa stara jak świat – podwójne standardy.

Jeśli przy nich jesteśmy... to w seksuologii istnieje coś takiego, jak syndrom Madonny i Ladacznicy. Z Madonną chcemy być w związku, Ladacznica zaś jest seksualnie dostępna. Doświadczenie zdobyte z Ladacznicą pozwoli nam wykazać się przed Madonną. U kobiet to zjawisko nazywamy syndromem Rycerza i Rozpustnika.

Kilku moich pacjentów zakaziło się ten sposób chorobami przenoszonymi drogą płciową.

Żegnaj, Madonno.

Ciekawe w tym kontekście jest zjawisko dostępnych seksualnie dziewic.

Jak dostępnych? Oralnie?

Oralnie, analnie.

I to są twoje klientki?

Zdarza się, ale częściej to młodzi klienci opowiadają mi, że „ćwiczą się” na takich kobietach. Kult dziewictwa ma swoją mroczną stronę. Paradoksem jest, że stereotypowo ogranicza się on tylko do seksu waginalnego i te dziewczyny chcą spełnić normę wyniesioną z rodzinnego domu, ale też mają silną potrzebę posiadania jakiegoś doświadczenia seksualnego. Zwłaszcza że uwierzyły w bajkę, iż wszystkie koleżanki nie są już dziewicami. Seks analny jest rozwiązaniem konfliktu między normą rodzinną, a normą społeczną. I o ile młodzi ludzie mają jeszcze jako taką świadomość, że trzeba zabezpieczać się przy penetracji waginy, to zwykle przy seksie analnym tego nie robią.

Ciąży z tego nie będzie.

Ciąża też z tego może być, natomiast w ten sposób bardzo łatwo kogoś lub siebie czymś zakazić.

Młodzi wstydzą się, że nie podołają...

...i wybierają najgorsze z możliwych rozwiązań.

To konsekwencja braku edukacji seksualnej, nie tylko w szkole, ale i w domu.

Edukacja seksualna młodych ludzi w Polsce odbywa się najczęściej w gronie rówieśniczym albo w internecie. Obecnie częściej w sieci.

Pornografia ma więcej z fantazji niż z realnego seksu.

Znacznie więcej. I jeśli o tym mowa, to wstydzą się też swoich fantazji.

Wcielania ich w życie?

Tak, na przykład tego, że jeśli mężczyzna zaproponuje partnerce seks analny, to ona zacznie podejrzewać, że on jest ukrytym gejem. A tym bardziej, jeśli jej zaproponuje stymulację analną w swoją stronę.

Tymczasem strefy erogenne w męskim ciele są demokratyczne, niezależnie od orientacji.

Czego się jeszcze krępują?

Wstydzą się też, gdy kobieta chce dominować w seksie. Wielu mężczyzn myśli wtedy sobie: „Kurde, jak ona bierze się do dominowania, co to mówi o mnie? To znaczy, że za późno wyszedłem z inicjatywą. Uznała, że jestem niemęski”.

Wszystko biorą do siebie.

W psychoterapii mówimy, że personalizują to sobie. Muszę być jakiś dziwny, trefny, skoro partnerka chce, żeby nasz seks wyglądał „inaczej”.

Ale są przecież mężczyźni, którzy fantazjują o dominujących kobietach.

Jest ich bardzo wielu i to zupełnie w porządku, ale często jednocześnie mają oni obawy, że to niemęskie. Że przejmują kobiecą rolę w relacji.

Czy mężczyźni mówią partnerkom o tym, że chodzą do seksuologa?

Około siedemdziesiąt procent nie mówi. Ci, którzy o tym mówią, raczej nie przyznają się, że to seksuolog, tylko psychoterapeuta. Przynajmniej na początku, dopóki nie poczują się bezpiecznie w terapii. Jeden z moich klientów przychodzi do mnie od około dwóch lat, w tym czasie miał trzy partnerki i każdej mówił wprost: „Kochanie, czas automatyzmu seksualnego mam już dawno za sobą. Nie możemy więc uprawiać seksu bez gry wstępnej!”.

Imponująca samoświadomość.

Wypracował sobie. A teraz rozbraja te partnerki z rozmaitych mitów jak saper, co znacząco ułatwia mu to życie seksualne i daje sporo pewności i swobody w ars amandi. Ale muszę przyznać, że jest niestety wyjątkiem.

Wniosek z tego, że warto przełamywać wstyd.

Zdecydowanie warto!

Ile można się nauczyć w twoim gabinecie!

Klienci tyle biorą, ile są gotowi w danym momencie życia unieść. Każdy weźmie coś innego. Jedni tok myślenia, drudzy techniki, inni narzędzia psychoterapeutyczne, kolejni nabiorą pewności siebie. Ale zdarzają się też wyjątkowe sytuacje.

Pewien mój klient żalił się, że partnerki szybko kończą z nim relację. Pierwszy seks z kobietą, drugi – i do widzenia. Nie miał ani zaburzeń erekcji, ani przedwczesnego wytrysku, wszystko było w normie. Nie bardzo rozumiał, o co chodzi. Dobierał sobie kobiety w różnym typie i w różnym wieku, a każda prędzej czy później ulatniała się z jego życia. Zaczęliśmy analizować minuta po minucie zbliżenia z tymi kobietami. Na początku standard: pocałunki, przytulanie, pieszczoty, seks oralny, wreszcie penetracja. Pytam: „Jak pan to robi? Trzyma pan partnerkę za pośladki, za uda?”. „No tak staram się ją złapać, żeby mi nie krępowała ruchów”. „A co to znaczy?”.

Okazało się, że on dotykał je członkiem i przesuwał się w górę i w dół, w górę i w dół. Coś, jakby przysiady robił. Zupełnie bez penetracji.

Ocierał się.

Raczej jego członek latał po pachwinach, kolanach, pępku, brzuchu. Mówię mu, że zazwyczaj ludzie uprawiają seks w przód i w tył, że preferowane są zdecydowanie ruchy frykcyjne, posuwisto-zwrotne, a jego metoda jest zbyt skomplikowana, żeby członek trafił do pochwy. On zdziwiony, bo – choć wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie – żadna kobieta nie powiedziała mu, że robi to źle.

Skąd mu się to wzięło?

Jak zgłębiliśmy temat, to okazało się, że pornografii on za bardzo nie ogląda, a jak z kumplami rozmawia, to każdy mówi o ilości i długości trwania stosunku, a nie o technikach. Bo techniki wszystkim wydają się oczywiste. A dla niego nie było to oczywiste.

I opracował autorską technikę.

Masturbował się ślizgając się po materacu, leżąc na brzuchu. Miał poczucie, że i seks tak wygląda.

Nauczył się u ciebie w gabinecie tego, że wygląda jednak inaczej.

Bo seksu trzeba się nauczyć.

Czego wstydzą się mężczyźni, którzy inicjację mają już za sobą?

Wyglądu i rozmiaru swojego członka. Przekonanie, że ich członek ma rozmiary poniżej – znacznie w powszechnej opinii zawyżonej – normy dotyczy prawie wszystkich moich klientów.

No, porozmawiajmy o tych normach.

TRZYDZIEŚCI TRZY CENTYMETRY RASPUTINA,

czyli rozmiar ma znaczenie

Kiedyś powiedziałeś, że aż trzy czwarte mężczyzn uważa, że ich członek jest za mały.

Tak, i to jest bardzo ciekawe, bo frenologia, czyli „pseudonauka” określania cech umysłu na podstawie kształtu czaszki, miała bardzo krótki żywot. Uczeni ostatecznie stwierdzili, że kształt czaszki, jakakolwiek by nie była, o niczym zupełnie nie świadczy. Natomiast ciągle jest uprawiany jakiś rodzaj frenologii, czy raczej fallusologii, w stosunku do rozmiaru i wyglądu penisa.

O czym niby świadczy duży penis?

Miałem klienta, który trafił do mnie podczas trzeciego związku w swoim życiu. Pierwsza partnerka bardzo go kochała, to była monogamiczna, pełna miłości relacja. Kobieta mówiła mu, że ma ogromnego penisa, z czym on oczywiście świetnie się czuł, mimo że ma on normalnego. Trzynaście centymetrów.

Rozstał się z nią z jakichś powodów. Druga partnerka, podobnie jak pierwsza, była nim zafascynowana.

Ma szczęście do kobiet.

To były jego sekretarki, asystentki, dużo młodsze dziewczyny, dopiero zaczynające pracę. Różnica doświadczeń, pozycji społecznej była znacząca, więc go hołubiły, były w niego ślepo zapatrzone.

Poznał trzecią kobietę – menedżerkę z firmy, z którą negocjował kontrakt. Zaczęli się spotykać, no i usłyszał, że ma normalnego penisa. Nie przyjmował tego do wiadomości, ale potem poszli do swingers klubu i tam na własne oczy przekonał się, że ma mniejszego członka niż niektórzy faceci. Oczywiście, nie wziął pod uwagę tego, że ma większego niż niektórzy uczestnicy tej seksimprezy.

Jak się z tym poczuł?

Przyszedł do mnie zdruzgotany. Do tej pory czuł, że ma władzę: wielki penis, luksusowe mieszkanie, superpozycję w firmie, sportowy samochód. Gdy padł jeden z filarów, to zaczął poddawać w wątpliwość pozostałe: „Zaraz wszyscy pomyślą, że jestem oszustem, a nie dyrektorem”.

Kostki domina padły.

On swoją hipotetyczną wielkość członka, bo przecież nie rzeczywistą, traktował jako legitymację władzy. Myślę, że wielu mężczyzn właśnie tak to odbiera. Mam dużego – czyli paszport do lepszego życia.

Im większy rozmiar członka, tym lepiej.

Dwadzieścia centymetrów to absolutne minimum, jakie by większość chciała mieć. Pytam klienta, do czego mu potrzebny taki dwudziestocentymetrowy penis:

– No jak to do czego? Wtedy bym kobietę zaspokoił.

– Naprawdę?

– To nie wie pan? Im dłuższy, tym głębiej sięga. Większą przyjemność kobiecie sprawi.

– A skąd pan ma taką wiedzę?

– Jak to skąd! Przecież to oczywiste!

Wielu czytelników pewnie by się podpisało pod tego klienta „oczywistym” przekonaniem.

Pewnie tak. Znowu mi się dostaje, że jako seksuolog mam „braki”. A to oni skądś nabrali błędnego przekonania, że stymulacja tylnej ścianki pochwy może wywołać jedyny prawdziwy orgazm, czyli ten pochwowy. Freud powiedział, że orgazm łechtaczkowy jest niedojrzały i to się zakodowało, choć wymysł Freuda dawno został obalony. Ale o tym słyszało już niewielu.

Jak masz pytona, to wymiatasz w łóżku?

Proste, ale nieprawdziwe. Większość mężczyzn myśli, że w tylnych ściankach pochwy jest największe skupisko tkanek czuciowych, a tak naprawdę największe jest na zewnętrznych częściach genitaliów, czyli w łechtaczce, wargach sromowych i samym wejściu do pochwy. Facet ze zwinnym językiem będzie robił furorę wśród kobiet. Natomiast w tylnej ściance pochwy jest najmniejsze.

Mechanizm tej pomyłki jest prosty. Mężczyźni myślą, że pochwa to odwrócony członek i skoro u nich żołądź jest bardzo wrażliwa na dotyk i stymulacja tej części przynosi przyjemność, to znaczy, że końcówka pochwy też musi być bardzo unerwiona. Wnioskują, że podczas seksu dwie unerwione części, czyli ich żołądź i tylna ścianka pochwy kobiety się stykają i osiągają przyjemną harmonię.

Nie tym razem.

Kiedy im mówię, że naprawdę długi członek sprawi kobiecie mniej więcej tyle przyjemności, co im kopanie po jądrach, to za pierwszym razem nie dociera. „Jak to? To znaczy, że by ją bolało?”. No tak! Klienci, którzy mają penisa o długości dwudziestu-dwudziestu dwóch centymetrów, często opowiadają w gabinecie o negatywnych doświadczeniach w czasie seksu, kobiety skarżą się na ból.

Ile centymetrów ma w takim razie „normalny” członek?

Średnia długość członka w Polsce to dwanaście-piętnaście centymetrów. Z badań wynika, że tylko jeden penis na tysiąc ma dwadzieścia trzy centymetry.

Penis Jimiego Hendrixa miał podobno ponad trzydzieści centymetrów. Był nawet jego odlew, ale gdzieś zaginął.

Właśnie dlatego mówi się o nim do tej pory, ponieważ był wyjątkowy. Nie zaginął za to penis Rasputina, który miał trzydzieści trzy centymetry i można go obejrzeć w Muzeum Erotyki w Sankt Petersburgu. Ciągną tam tłumy. Polecam, to bardzo ciekawe miejsce.

Wracając do polskich realiów, przeprowadzano również kwestionariusze telefoniczne, w których te średnie penisy wypadły o kilka centymetrów lepiej, ale śmiało można założyć, że mężczyźni odpytywani przez telefon dodawali sobie, a niektórzy nawet mnożyli. Bardziej to był koncert życzeń niż realne deklaracje.

Jakie życzenie kryje się za tym dodawaniem sobie centymetrów?

Myślę, że ta pożądana wielkość ma znaczenie symboliczne. Chodzi o męską dominację. Skoro faceci chcą kobiety „rżnąć”, mają poczucie, że muszą to robić przy użyciu narządu odpowiedniej wielkości i powagi.

Rzymscy generałowie wjeżdżali po zwycięstwie do miasta z ogromnym sztucznym członkiem, który dumnie prężył się na ich rydwanie. Z kolei starożytni Grecy duże penisy uważali za prymitywne, przypisywali je barbarzyńcom.

Co cywilizacja, to obyczaj. My niestety żyjemy w cywilizacji hołubiącej duże członki. Ale co ciekawe, ten kult penisa ogranicza się tylko do mężczyzn. Hetero i homo, bez wyjątku. Może z pięć procent kobiet w moim gabinecie stwierdziło, że członek jest dla nich atrakcyjny. Taki sterczący i ogromny, jaki występuje w męskich fantazjach, najczęściej nie robi na kobietach wrażenia. No, chyba że są uzależnione od pornografii lub cyberseksu, ale to margines.

Kobieta lubi członek, bo jest częścią ciała jej ukochanego faceta.

Co ciekawe, nie znam żadnej, która podchodzi do penisa z taką fascynacją, jakiej by oczekiwał od niej mężczyzna.

Ci z kompleksem małego też mają jakieś oczekiwania?

Wielu mężczyzn uważa, że mając małego penisa, powinni to rekompensować partnerkom za pomocą seksu oralnego. Mają poczucie, że nie będą one czuły satysfakcji w trakcie penetracji. Niektórzy nawet nie uświadamiają sobie tego mechanizmu, i dopiero po dłuższej psychoterapii odkrywają, dlaczego to robią. Inni świadomie postępują w ten sposób, ale zazwyczaj nie mówią o swojej motywacji partnerkom. Myślę, że dobrze, żeby mówili o tym wprost.

Nie ma co owijać penisa w bawełnę.

Właśnie. Tymczasem mam wrażenie, że niektórzy mężczyźni podchodzą do mechanizmu erekcji jak do cudu przepoczwarzania się gąsienicy w motyla. Przed chwilą był mały, a teraz jest wielki. To dla nich niezmiennie fascynujące. I tą fascynacją dzielą się z partnerką, która aż takiej magii w tym nie widzi.

Warto przy tym podkreślić, że małe członki w stanie spoczynku bardzo się zwiększają podczas erekcji, a większe tylko trochę. Penis, który w stanie spoczynku ma cztery centymetry, zwiększy się do trzynastu czy czternastu, a ośmiocentymetrowy – do dwunastu.

Faceci mają problem również z tym, jak on się prezentuje w stanie spoczynku?

Najczęściej. Bo kiedy widzą penisy innych mężczyzn – na plaży, basenie – porównują się. Zwykle im się wydaje, że z dużego penisa urośnie jeszcze większy kolos. A to nieprawda.

Mniej poprawni politycznie utrzymują, że rozmiar penisa zależy od rasy.

Wielu moich klientów wyznaje mit, że Afrykańczycy mają wielkie penisy, co po części zresztą jest małą prawdą.

Małą prawdą?

Tak, bo Afrykańczycy mają członek większy od Europejczyków średnio o centymetr-dwa centymetry. Nie jest to powalająca długość.

Europejczycy też chcieliby mieć takiego afrykańskiego giganta. Nie biorą przy tym pod uwagę, że wzwody Afrykańczyków są mniej twarde od europejskich.

I chyba kierują się ku dołowi.

Tak. Z kolei wzwody Azjatów są mniejsze od erekcji Europejczyków, ale za to są twardsze i kierują się ku górze, w stronę pępka.

Kiedyś przyszła do mnie do gabinetu kobieta, bo zupełnie nie rozumiała zachowania swojego partnera. Spotykała się z nim od kilku miesięcy i ilekroć dochodziło do seksu, on wyjmował ze spodni członka ubranego w czarną prezerwatywę.

Chodził w prezerwatywie?

Przygotowywał się wcześniej. Gdy ona go zapytała, o co chodzi z tą czarną prezerwatywą, powiedział, że widział w filmach porno, jak podniecająco wyglądają afrykańskie penisy i pomyślał, że jej bardziej zaimponuje. „Wreszcie będziesz miała murzyńskiego kutasa, o jakim fantazjowałaś”. A ona nigdy nie fantazjowała o murzyńskich penisach!

Czyli tak naprawdę on fantazjuje, nie ona.

Wychodzi na to, że on fantazjuje o tym, że ona fantazjuje. Klasyczny błąd w komunikacji partnerskiej.

Czarnoskóry penis to chyba zbiorowa obsesja sfrustrowanych białych mężczyzn.

Teraz afrykańskie kierunki na wypoczynek są bardzo popularne, więc często mam klientów, którzy jadąc na wakacje do Afryki, kupują sobie obszerne szorty, żeby nie rzucało się w oczy, jak bardzo różnią się od lokalsów. A jednocześnie na plażach nieustannie łypią spod oka na ich penisy.

Przechwalając się, dodają sobie centymetrów i marzą, żeby ich sprzęt budził powszechny zachwyt. Czy stąd bierze się to prymitywne rozkraczanie się mężczyzn na siedzeniach w metrze, w pociągach, w autobusach? Chcą pokazać, kto tutaj jest panem? Ma to już nawet swoją nazwę, „manspreading”. Madryt i Nowy Jork wytoczyły temu wojnę w komunikacji publicznej.

Za tym stoi niepewność. Koniecznie musisz coś dołożyć, bo masz za mało. To tak, jak niektórzy na tył samochodu dosztukowują sobie wielką płetwę wieloryba. Chcą zakotwiczyć się mocniej w danym miejscu, w danej przestrzeni, żeby udowodnić – przede wszystkim sobie – że mają do niej prawo.

No, bo mają penisa.

Niektóre gatunki małp pokazują genitalia rywalom, żeby ich zdominować, pokazać, kto tu rządzi. Za tym „manspreadingiem” kryje się też zapewne jakiś atawizm. Być może to przekaz z najbardziej pierwotnej części mózgu ludzkiego, zwanego „gadzim”.

À propos pokazywania genitaliów, mężczyźni porównują się do aktorów filmów porno, a ci są zazwyczaj dobrze wyposażeni. To może wpędzać widzów w kompleksy.

I wpędza. Aktorzy porno są specjalnie dobierani pod kątem rozmiaru członka, a ci, którym natura poskąpiła, filmowani są w odpowiedni sposób. Wydaje się, że oni te penisy mają gigantyczne, a to jest po prostu dobry montaż i wizualne oszustwo.

W replikantów z „Blade runnera” jakoś nie wierzymy, w zombie też nie, a w gigantyczne kutasy – owszem.

Według ostatnich badań, oglądanie pornografii połączone z masturbacją nasz mózg odbiera tak samo, jak uczestnictwo w realnym seksie. Kiedy więc widzisz na ekranie te wielkie członki, kodujesz sobie w głowie, że to jest real, że ty też powinieneś mieć tak wydatnego. I to właśnie rodzi w mężczyznach kompleksy. Zaczynają się uważać za gorszych. Przychodzą do mnie głównie po to, żebym im to potwierdził.

To jakiś masochizm.

Oni tak bardzo w to wierzą, że chcą tylko potwierdzenia. A w ślad za tym – porady, jak członka powiększyć. W tygodniu przychodzi do mnie co najmniej dwóch, trzech niepocieszonych facetów, którzy kupili w internecie coś na powiększenie członka albo na żelazny wzwód. To są różne rzeczy: tabletki, kremy, żele, rozciągacze mechaniczne, ciężarki, linki, gumki, rzemienie. Te pomysły idą już w dziesiątki. Ci mężczyźni stosują te specyfiki, no i oczywiście one nie działają, więc przychodzą do mnie, żeby zgłębić, co w nich samych jest takiego dziwnego, że akurat im nie pomogło.

Nie zakładają, że to z tym niby-specyfikiem może być coś nie tak?

W ogóle. Mówię im, że to nie miało prawa działać, bo to jest oszustwo i że pracować powinniśmy nad tym, dlaczego oni to biorą. Ale oni nad tym nie chcą pracować. Wychodzą i już nie wracają. Nie chcą walczyć z błędnym przekonaniem, które mają o sobie.

A jakie to przekonanie?

Że są wadliwi. Bo nie dość, że mają małego penisa, to jeszcze wynalazek kupiony w necie u nich nie zadziałał. A przecież napisane było na stronie, że działa! I było dużo pozytywnych komentarzy użytkowników! Co z tego, że to fejki.

Mówisz im, że nie są wadliwi?

Kiedy nie słyszą ode mnie, specjalisty, czegoś, co potwierdza ich sposób myślenia, to nie chcą mi wierzyć. Przestaję być dla nich autorytetem.

Klienci, z którymi pracowałem już dobrych kilka sesji, przychodzili nagle i mówili: „Panie Andrzeju, ja słyszałem, co pan do mnie mówi, ale znalazłem w necie taki żel, który ma wydłużyć mi penisa i będę tego mimo wszystko próbował”. Mówię, że szkoda pieniędzy, ale to na nic. A potem stosuje, i co? I nie ma efektów.

To jest nieprawdopodobny biznes, tak swoją drogą. Ktoś się dorabia na krzywdzie.

Ciekawe, co jest w takiej maści.

Na przykład mielona hiszpańska mucha. Ma działanie podrażniające i członek trochę od tego puchnie. To reakcja alergiczna.

Niektórzy zamiast wcierać maści, wolą oddać się w ręce chirurga.

Te osławione operacje mają małe szanse powodzenia, bo członek można wydłużyć maksymalnie o centymetr, dwa centymetry. A poza tym jest ogromne prawdopodobieństwo – ponad osiemdziesiąt procent! – że przeszczep się nie przyjmie.

Z czego bierze się materiał do przeszczepu?

Z nogi, niektórym dokładają takie paski tłuszczu.

To chyba nie wygląda zbyt estetycznie?

Na początku jest ładnie, ale tłuszcz ma tendencję do wchłaniania się i zbrylania, więc po jakimś czasie penis może wyglądać jak ludzik Michelina.

Dlaczego mężczyźni się na to decydują?

Jeden mój klient nigdy jeszcze nie pokazał się swojej partnerce nago, choć są ze sobą już od ponad trzech lat. Ona myśli, że on jest taki wstydliwy – spod prysznica zawsze w ręczniku, seks po ciemku albo pod kołdrą. A on boi się, że ona wyśmieje jego penisa. Tymczasem zakochana kobieta powiększa w swoich oczach członek partnera średnio o jakieś trzy-cztery centymetry. Są badania na ten temat, opisane w książce Pan niepokorny, kulturowa historia penisa. Ale kiedy już się odkochuje, ocenia go realnie, a czasami nawet umniejsza. Szczególnie, jeśli rozstali się w złości. „Ten mój były to miał małego, szkoda gadać”. W obu przypadkach się nie pomyliła, bo subiektywnie powiedziała, co czuje.

Norma kulturowa jest znacznie zawyżona, a często nierealna. To szkodliwe.

Szkodliwe to mało powiedziane. Te przekonania są druzgocące dla samooceny mężczyzny, a często i dla związku.

No to powinni się ucieszyć, kiedy im mówisz, że ich penisy są w normie?

Kiedyś mówiłem na pierwszym spotkaniu, że wielkość ich penisa to nie problem. To kończyło się wzruszeniem ramion, że bzdury opowiadam. Dlatego od dłuższego czasu inaczej pracuję z klientami. Najpierw budujemy sobie poczucie bezpieczeństwa. Wysłuchanie, rozmowa. Tak mijają ze trzy, cztery spotkania. Czekam, aż wytworzy się między nami zaufanie.

Zaufanie zdobyte, co dalej?

Pytam klienta, czy zna jakieś badania na temat średniej wielkości członka. Na czym opiera swoją wiedzę? Chcemy dyskutować – proszę bardzo. Ale oprzyjmy się na faktach.

W trakcie takich rozmów powoli, powoli otwierają się im oczy. Ale to jest szok. Jakby ktoś wychował się na Kaczorze Donaldzie i teraz nagle odkrył, że nie wszystkie kaczki mówią. Długo trwa to moje nakłanianie klientów do mierzenia się z faktami.

Dlaczego tak trudno uwierzyć, że rozmiar nie jest problemem?

Męski świat jest przepełniony rywalizacją. Rywalizujemy w sporcie, w pracy, w podbojach miłosnych, wśród znajomych i rodziny. Mężczyźni porównują też penisy – w szatni, pod prysznicem na siłowni, przy pisuarze. Kto ma większego? I myślą, że ten, który ma większego, więcej może.

Jak monster truck.

Dokładnie tak. Co ciekawe, u niektórych mężczyzn hetero, którzy na przykład na basenie obserwują inne członki, pojawia się myśl: „Ja pierdzielę, dlaczego tam spojrzałem? Czy jestem gejem? No nie. Ale jednak spojrzałem!”. A to mechanizm ewolucyjny: „Ma mniejszego czy większego? O, jednak mniejszego. Uff. Nie stanowi dla mnie zagrożenia”.

Ale dzisiaj nie trzeba walczyć z innymi samcami o możliwość zapłodnienia samicy.

W dzisiejszych czasach nie da się z wielkości penisa wyciągnąć żadnych sensownych wniosków, bo do seksu w związku należy przykładać taką samą miarę, jak do przyjaźni. Jeśli mam dobrego przyjaciela, potrafię odłożyć rywalizację na bok. Jeśli poszedłem z nim na squasha i przegrałem, to porażka nie spędza mi snu z powiek, tylko było mi miło, że graliśmy razem, prawda? Tak powinno być w seksie.

Potrafimy wyłączyć tę rywalizację w przyjaźni, więc wyłączmy ją w łóżku. Nie ma znaczenia, że mamy członek inny niż poprzedni partnerzy kobiety, że nie doprowadzamy jej do orgazmu tak szybko.

Zwłaszcza że niewiele możemy tu zmienić.

Zmiana toku myślenia przynosi wiele korzyści, nie tylko samemu mężczyźnie, ale i jego związkowi. Lepiej skupić się na relacji z partnerką czy partnerem, a nie na wirtualnej rywalizacji z pornografią i czyjąś seksualną przeszłością.

Mężczyzno, zaprzyjaźnij się ze swoim członkiem. Bez względu na to, jaki jest.

Bo innego mieć nie będziesz. A dwa, że z dużym penisem naprawdę jest problem. Pochwa niepodnieconej kobiety ma tylko pięć centymetrów i bardzo powoli dostosowuje się do członka, bo wolno się wydłuża i nawilża. Ci mężczyźni, którzy mają mniejszego, wygrywają, bo nie sprawiają kobiecie bólu.

Jak wygląda seks mężczyzn z wielkimi penisami?

Opowiadają o seksie jak o poruszaniu się po polu minowym. Tu zabolało. Tam otarcie. Ich partnerki zaczynają unikać współżycia. Często nie przyznają się do tego, dopóki mogą jeszcze wytrzymać.

A na małe penisy kobiety nie narzekają?

Zdarza się, że mówią: „Wie pan co, poprzedni mnie wypełniał, a ten obija się jak dzyndzel w dzwonie. Prawie go nie czuję”. Ale kiedy pytam, czy obkurcza mięśnie Kegla, to ona nie wie, o co chodzi. Nie ćwiczy mięśni pochwy i ma je luźne.

Jak sprawdzić mięśnie Kegla?

Wystarczy włożyć do pochwy palec, albo poprosić partnera, żeby to zrobił, a następnie zacisnąć mięśnie na tym palcu i spróbować go wyjąć. Jeśli kobieta wyjmie palec z trudem albo będzie to niemożliwe, to wszystko jest w porządku. Kiedy jednak uda się go wyciągnąć bez problemu, oznacza to, że ona ma słabe mięśnie Kegla.

Jak to się przekłada na seks?

Na seks to się przekłada w ten sposób, że kobieta będzie miała trudność w osiągnięciu orgazmu, a jej partner może mieć zaburzenia wzwodu, bo nie będzie czuł tarcia w pochwie. Rzeczywiście może się czuć, jakby dzyndzlem w dzwonie machał. Nie ma to jednak nic wspólnego z rozmiarem jego penisa.

Innym problemem kobiet jest pochwica, czyli skurcz mięśni uniemożliwiający odbycie stosunku. Lita ściana mięśni waginy, że nawet palca nie da się włożyć. Ginekolog też będzie miał problem z włożeniem wziernika. Szczególnie dotkliwie odczuwają pochwicę kobiety, które mają dobrze wyposażonych partnerów.

Znowu duży nie znaczy lepiej?

Jedna z klientek opowiadała mi, że nabawiła się wręcz lęku przed seksem, bo miała poczucie, że on ją rozerwie. W efekcie się przed nim zamykała. Dosłownie i w przenośni.

Ale chyba nie chcemy powiedzieć, że mężczyźni z dużymi penisami są skazani na brak seksu?

Jasne, że nie. Największym organem seksualnym jest mózg. Warto sobie to zapamiętać. Mężczyźni z dużymi penisami muszą zadbać o podniecenie kobiety. Gra wstępna, duża ilość pieszczot, pocałunków, pod których wpływem kobieta otworzy się i odpowiednio nawilży. Musi naprawdę trochę potrwać, zanim dojdzie do penetracji, i ważne, żeby ta penetracja była delikatna. Przynajmniej na początku.

Podobnie jest chyba z seksem analnym?

Tak, gra wstępna, seksualny masaż i nawilżenie. Trzeba to sobie zakodować. À propos, opowiem ci dowcip. Kiedy kobiety przestaną udawać orgazm?

Nie wiem.

Kiedy mężczyźni przestaną udawać grę wstępną!

Coś w tym jest. Są mężczyźni, którzy uważają za grę wstępną samo zdjęcie skarpetek.

Kobiety często mówią: duży but – duży fiut. Ja mam czterdzieści sześć, a ty?

Czterdzieści cztery. Wygrywasz. Jest też taki przesąd, że jak duży nos, to duży penis.

Oczywiście to wszystko jest mit, bo dlaczego akurat nos czy stopa, a nie uszy, oczy czy brwi? Podobne przesądy dotyczą też kobiet. Te, które mają długie nosy, muszą mieć długie pochwy. Jeśli sądzisz, że masz dużego, możesz do takiej startować, a jak masz małego, to unikaj kobiet z dużymi nosami. Nie żartuję, słyszę o tym od moich klientów. Oczywiście to kolejny mit.

Pewna moja znajoma powiedziała, że nie zwraca uwagi na długość penisa, ale już na grubość tak. I że zdecydowanie woli penisy grube.

Wiele kobiet zwraca uwagę na szerokość i/lub grubość członka, ponieważ gruby członek dokładniej stymuluje wejście do pochwy, co przekłada się na przyjemność dla kobiety podczas seksu. Natomiast nie jest tak, że mężczyzna z cienkim penisem nie usatysfakcjonuje kobiety. Ona może ćwiczyć mięśnie okrężne pochwy, czyli wspomniane już mięśnie Kegla. Wtedy będzie bardziej obkurczała się na członku.

No, ale ktoś musi jej o tym powiedzieć.

Mężczyźni często wolą nie mówić partnerce o problemach, bo nie chcą jej sprawiać przykrości. Mówię im wtedy, że są specjalne nakładki z wypustkami, mogą je założyć na penisa. Ale tego też nie chcą, „bo to nie będę ja”. Chcieliby coś zrobić, poprawić coś w seksie, ale żeby było naturalnie. Nie zawsze się tak da.

I pewnie tak samo jak członek może być za długi, może być też za gruby.

Tak. I sprawiać kobiecie ból. Niektóre klientki mówią o takich członkach „słoik”, bo jest jak słoik po musztardzie. W czasie stosunku ona będzie jęczeć, a partnerowi może wydawać się, że to z rozkoszy.

Jak „słoiki” reagują na to, że sprawiają ból partnerkom?

Zdarza się, że unikają seksu. Z jedną próbował – bolało ją. Z kolejnymi – to samo. Potem nowa partnerka i mija szósty, ósmy miesiąc bez seksu. Ona zaczyna się zastanawiać, o co chodzi, a on nie mówi jej, dlaczego boi się współżyć. Obawia się, że ona go rzuci, bo jest jakimś barbarzyńcą, który kaleczy kobiety.

W internecie pełno jest rad, jakie pozycje są najlepsze dla mężczyzn z małym penisem, ale z tego co mówisz, to chyba raczej trzeba szukać odpowiednich pozycji dla tych obdarzonych.

Takie artykuły napędzają klikalność, ale nie dostarczają rzetelnej wiedzy. Nie ma uniwersalnej instrukcji i każda para musi dopasować się indywidualnie. Przecież kobieta może mieć tyłozgięcie albo przodozgięcie macicy, a członek mężczyzny nie musi być prosty jak drut. I zazwyczaj nie jest. Partnerzy muszą się wyczuć i dograć.

Mężczyźni z małym członkiem myślą często, że muszą się nagimnastykować w seksie. „Smartem szafy nie przewieziesz” – usłyszałem od jednego z klientów. Niektórzy uważają, że ich członek musi być jak koń pociągowy, który wszystko uniesie. Nie o to chodzi.

A wiesz, że jest pewna całkowicie bezpieczna i w pełni naturalna metoda powiększenia członka?

O, to koniecznie ją zdradźmy.

Wystarczy schudnąć. Zrzucasz dziesięć kilogramów i masz przyjaciela dłuższego o półtora centymetra. Dwadzieścia kilogramów mniej – to już całe trzy centymetry! Niezależnie od tego, ile ważysz, kiedy zrzucisz trochę kilogramów, podściółka tłuszczowa u nasady członka się redukuje, a członek wydłuża. Za darmo i bez reakcji alergicznej.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sztuka obsługi penisa Jak facet z facetem, rozmowy o seksualności i związkach gejowskich 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran