Kot Winston. Tajna misja - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo.

Kot Winston. Tajna misja - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo.

Autorzy: Frauke Scheunemann

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 12.63 zł

Spokojne życie profesorskiego kota Winstona kończy się, gdy do domu jego opiekuna sprowadza się nowa gospodyni Anna z córką Darią. Winston po raz pierwszy w życiu wychodzi na podwórko, a Daria musi zmienić szkołę. Oboje mają kłopoty z adaptacją do nowych warunków. Uderzenie pioruna sprawia, że następuje zamiana ról. Winston jako Daria musi nie tylko poradzić sobie ze szkolnymi kłopotami dziewczynki, lecz także uwolnić jej mamę od niesprawiedliwych podejrzeń o przemyt. Rozpoczyna się tajna misja kota Winstona.

Tytuł oryginału:

Winston Ein Kater in geheimer Mission

Copyright © 2013 Loewe Verlag GmbH, Bindlach

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Debit

Redakcja: Alicja Kaszyńska

Korekta: Teresa Dziemińska

Rysunki na okładce: © iStockphoto.com

Wykonanie okładki: Monika Drobnik

Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez uprzedniej pisemnej zgody właściciela praw jest zabronione. Informacji udziela Wydawnictwo Debit.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A jeśli ją kopiujesz, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

ISBN 978-83-8057-196-9

Wydawnictwo Debit Sp. z o.o.

pl. Grunwaldzki 8-10

40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

Zapraszamy do księgarni internetowej na naszej stronie:

www.wydawnictwo-debit.pl

www.facebook.com/WydawnictwoDebit

www.instagram.com/wydawnictwodebit

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog, czyli dlaczego w niektóre dni lepiej byłoby zostać w łóżku…

Otwarta puszka. I to nie jest jedyna przykra niespodzianka

Najpierw koniec. Potem początek. I to jaki!

Po pierwsze: wszystko jest inaczej. Po drugie: inaczej niż myślałem

Nowi współlokatorzy? Lepiej nie. A może lepiej tak?

Świat na zewnątrz pełen jest niebezpieczeństw! Ale jest także ciekawy! Tak mi się w każdym razie wydaje

O ludziach i żmijach. I ludzkich żmijach…

Dziwne miejsce pod nazwą szkoła, czyli jak spędziłem pół dnia w torbie.

Czasem jeden dzień odmienia całe twoje życie. A ty nawet tego nie zauważasz

Niektóre rzeczy nie są możliwe. A może jednak są?

Moje życie jako dziewczynki, czyli początki zawsze są trudne

W jaskini lwa. Albo raczej: w szkole Darii

Najpierw kot, potem dziewczynka, na końcu agent. Co się jeszcze wydarzy? Aha, Odetta…

Pierwsze próby w roli agenta. Gdyby tylko nie trzeba było do tego tyle matematyki!

Mam odważnych przyjaciół. A Rosja to daleki, obcy kraj

Stosunkowo najgorsze koleżanki

Pojawia się niewielkie światełko w tunelu. Jest pewien plan…

Dlaczego właściwie ludzie nigdy nie liżą się po uszach?

Papierosy, koza i Chińczyk. I dobra reklama

Plan zostaje wcielony w życie. W sumie całkiem niezły pomysł. W sumie

Co łączy przestępcę ze sznurowadłami? Czasami bardzo dużo

Na szpyrkę myszy lecą. A na człowieka działa zupełnie coś innego

Na tropach przyczyn, czyli czemu dobrze jest mieć w domu profesora fizyki

Prawdziwym przyjaciołom można opowiedzieć naprawdę wszystko. Nie, nie „można”! Trzeba!

Szczególne okoliczności wymagają szczególnych środków. Kotów też to dotyczy!

Eksperyment. I przysięga: najlepsi przyjaciele na zawsze!

Wszystko wraca do normy. A może jednak nie?

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Panu Beckowi

Prolog, czyli dlaczego w niektóre dni lepiej byłoby zostać w łóżku…

– No, dawaj – uśmiecha się do mnie Lena. Ale to wcale nie jest zachęcający uśmiech, nawet ja sobie zdaję z tego sprawę. Sprawia wrażenie jakiegoś takiego… szyderczego. Prawdę mówiąc, to raczej jest uśmieszek.

– A może się boisz?

Z trudem przełykam ślinę.

– Jasne, że się nie boję. Znaczy… W sumie nie mam się czego bać, ale…

– Co „ale”? – teraz zęby szczerzy już nie tylko Lena. Również Emilka, Zuza i Hania sprawiają wrażenie, jakby miały największy ubaw na świecie.

– Hmm, wydaje mi się, że bardzo niemądrze byłoby wparować do sklepu, w którym są zamontowane, lekko licząc, ze cztery kamery, żeby zwędzić koszulkę. Konflikt z prawem nieunikniony.

Teraz Lena szeroko otwiera oczy.

– Konflikt z prawem nieunikniony? Co ty za bzdety opowiadasz? – obraca się na pięcie i po prostu wychodzi. Pozostała trójka idzie za nią.

Na moje piękne wąsy. Nic z tego nie będzie. Po prostu za mało wiem o tym, co naprawdę znaczy być człowiekiem. Nie mówiąc już o byciu dziewczyną. Wydawało mi się, że to jest znacznie łatwiejsze.

Człowiek uczy się na błędach, ale gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, jakie z moich nowych koleżanek są żmije, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby zamienić się z Darią miejscami. Wolałbym pozostać przepięknym, mądrym i może odrobinę rozpieszczonym rasowym kocurem, którym byłem aż do czasu tej przeklętej burzy. Leżałbym teraz sobie na wygodnej kanapie przy ulicy Ogrodowej, a mój ludzki współlokator, profesor Stanisław Grad, czytałby sobie coś z fizyki kwantowej. Albo o kocie Schrödingera i o tym, jak z jego pomocą dostać Nagrodę Nobla. Jedzie się później po nią do Sztokholmu, dostaje kupę kasy i poznaje osobiście króla Szwecji. Co w sumie dowodziłoby po raz kolejny, że my, koty, jesteśmy bardzo ważnymi zwierzętami domowymi. Co ja mówię! W ogóle najważniejszymi zwierzętami! Ale zamiast leżeć na swojej kanapie, jestem tutaj… Wszechmocna sardynko w oleju, to jest przecież jakaś masakra! Ale po kolei, żeby wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Zacznijmy od samego początku, od pierwszego rozdziału mojej niewiarygodnej historii…

Otwarta puszka. I to nie jest jedyna przykra niespodzianka

Wielkie nieba, a cóż to takiego? Dziwnie pachnie, wygląda jeszcze dziwniej… ale jest w mojej misce. Przypuszczam więc, że mam to zjeść. Do stu tysięcy kuwet! Na pewno zaszło jakieś nieporozumienie. Wielkie nieporozumienie. Wyjaśnię to natychmiast! Bo ja, Winston Churchill, poważany kot domowy, w żadnym wypadku nie zeżrę czegoś, co nie zasmakuje memu szlachetnemu podniebieniu. Na dodatek wcale tego nie zamawiałem!

Markotny wychodzę z kuchni, aby poszukać Olgi. Olga jest naszą gospodynią i na pewno to ona ponosi odpowiedzialność za ten dramat w mojej misce. Zwykle Olga gotuje dla mnie i dla mojego profesora wyśmienite potrawy, ale dziś coś musiało się wydarzyć. Idę więc się poskarżyć. O ile w ogóle ją znajdę, bo póki co ani widu, ani słychu. Nie ma jej w salonie ani w jadalni. W gabinecie też jej nie ma. Pudło. Dziwne. Siadam pośrodku długiego korytarza i rozglądam się to w jedną, to w drugą stronę. W mieszkaniu panuje całkowita cisza. Gdyby Olga gdzieś tu była, musiałbym ją przecież słyszeć. Jako kot mam bowiem naprawdę dobry słuch.

Tam! Z sypialni dobiega cichy szelest! Natychmiast pędzę na drugi koniec korytarza i przeciskam się przez szparę w uchylonych drzwiach. Olga stoi obok szafy, odwrócona do mnie plecami i układa bieliznę. Zbieram się do skoku, żeby otrzeć się o jej nogi, ale nagle z całych sił hamuję! To wcale nie są nogi Olgi! Przede mną stoi zupełnie obca kobieta. MIAU! Kto to jest?

Obca kobieta odwraca się w moją stronę i patrzy na mnie zdziwiona. Najwyraźniej jest tak samo zaskoczona jak ja. Schyla się i chce pogłaskać mnie po głowie. Włączam wsteczny bieg. Z zasady nie daję się głaskać obcym ludziom!

– Och, a kto ty jesteś? – pyta. Jej głos brzmi tak samo jak głos Olgi. Dziwne! Poza tym ta obca pani wygląda całkiem podobnie: szczupła figura, długie blond włosy, koński ogon. Może trochę młodsza, ale tego nie jestem pewien. Nie potrafię zbyt dobrze oceniać wieku ludzi. Kiedy przestają być dziećmi i osiągają swój ostateczny wzrost, wszyscy według mnie wyglądają tak samo staro.

Robię jeszcze jeden krok w stronę tej kobiety i mierzę ją wzrokiem. Uśmiecha się do mnie przyjaźnie, jakby czekała na odpowiedź. Hmm, kim jestem? Gdybym potrafił mówić, oczywiście przedstawiłbym się tej pani jak należy. I opowiedziałbym jej, że nazywam się Winston Churchill, ale wszyscy mówią na mnie Winston. I że już od dosyć dawna mieszkam u profesora Stanisława Grada przy eleganckiej ulicy Ogrodowej 6 w Gdańsku. Że najbardziej lubię leżeć na wygodnej kanapie w salonie albo na pluszowym dywanie przed kominkiem. Że moją ulubioną potrawą są gotowane serca drobiowe z niewielkim dodatkiem pietruszki. I że jestem kotem wybitnie domowym, to znaczy w ogóle nie opuszczam mieszkania. A już na pewno nie z własnej woli, bo gdy patrzę przez okna na te zmierzwione koty na podwórku, czuję strach przed nieprzyjaznym światem zewnętrznym.

Gdybym potrafił mówić, być może opowiedziałbym tej obcej pani wszystko o sobie. Albo przynajmniej część. Ale tego nie potrafię mówić i dlatego po prostu nie mówię nic. To jednak bez znaczenia, ponieważ znacznie ważniejsze pytanie brzmi: kim jest ta kobieta? I co ona tutaj robi?

Siadam naprzeciw niej, wydaję z siebie miauknięcie i uderzam ogonem to w jedną, to w drugą stronę. Ona jeszcze raz wyciąga rękę i drapie mnie za uchem. Pozwalam na to i jest mi nawet dość przyjemnie. Ale czy wy, ludzie, nie umiecie się porządnie przywitać? Drapie taki obcego kota, chociaż nawet mu się jeszcze nie przedstawił. Większość ludzi po prostu nie wie, co to dobre wychowanie.

Drzwi sypialni otwierają się i wchodzi Olga. Biegnę do niej i witam się z nią z entuzjazmem, pocierając łepkiem o jej nogi i głośno miaucząc.

– Cześć, Winston – mówi do mnie ze śmiechem. – Tęskniłeś za mną? Wyszłam tylko na chwilkę. Widzę, że już poznaliście się z Anną.

– Tak jest, właśnie się zaprzyjaźniamy – odpowiada obca kobieta, która najwyraźniej ma na imię Anna. Zaprzyjaźniamy się? No ciekawe!

– Och, to cudownie! – uśmiecha się Olga. – Wiesz, Winstonie, miałam nadzieję, że polubisz Annę. Bo Anna jest moją siostrą.

Wszechmocna sardynko w oleju! Siostra Olgi! Stąd to podobieństwo! Gdybym nie miał tak owłosionego pyszczka, na pewno byłoby teraz widać, jaki jestem zdziwiony. A tak pozostaje mi tylko ciche miauczenie.

– Winston jest kotem pana profesora – tłumaczy Olga siostrze. – A więc musisz się troszczyć nie tylko o profesora, lecz także o jego kota.

Anna kiwa głową.

– Pan profesor już mi o tym powiedział. Od razu dałam Winstonowi coś do jedzenia.

Aha! Więc to ONA! Prycham głośno, ale Anna i Olga tego nie słyszą, tylko dalej sobie pogodnie gaworzą.

– Coś mu dałaś? Co takiego?

– No, kupiłam karmę dla kotów. Przy okazji, kiedy poszłam po proszek do prania. Cały karton karmy w puszkach był przeceniony, więc wzięłam.

– Karma w puszkach? Dla Winstona? – śmieje się Olga.

Zastanawiam się, co w tym takiego śmiesznego. I co to w ogóle jest ta karma w puszkach?

– Tak, oczywiście. A czemuż by nie? Przeczytałam skład i bardzo pysznie to wygląda. Indyk z ryżem.

Olga cały czas się jeszcze śmieje, a ja jestem zupełnie skołowany. To, co widziałem w swojej misce, na bank nie było indykiem z ryżem. Wyglądało raczej jak wilgotna ziemia, którą Olga zawsze stawia wiosną na balkonie, kiedy przesadza kwiaty w doniczkach.

– Nie sądzę, żeby nasz Winston jadł karmę z puszki. Za bardzo jest rozpieszczony. Zawsze gotuję świeże jedzenie. Dla kota i dla profesora. Powinnaś to zapamiętać.

Po pierwsze, Olga ma rację. Po drugie, po co Anna ma to pamiętać? Nie rozumiem. Najważniejsze, że Olga wie, co smakuje profesorowi i mnie.

– Dobra, zaraz sobie zapiszę w zeszycie. Mam nadzieję, że nie będę wszystkiego robić na opak, kiedy już wyjedziesz – wzdycha Anna.

– Nie martw się. Dasz radę. W przyszłym tygodniu jeszcze wszystko ci pokażę. I zawsze możesz zadzwonić, jeśli będziesz miała jakieś pytania.

Chwilunia! Co to znaczy: kiedy już wyjedziesz? Chyba się przesłyszałem! Olga jest tak samo częścią domu przy ulicy Ogrodowej jak Stanisław, moja aksamitna drapaczka dwumetrowej wysokości i regał z mnóstwem książek. I oczywiście ja. Innymi słowy: Ogrodowa 6 bez Olgi nie funkcjonuje. Dzieją się wtedy takie rzeczy, jak ten „indyk z ryżem” z puszki.

Ale ta Anna faktycznie wyciąga teraz zeszyt i długopis z kieszeni i zaczyna coś w nim bazgrać. Czy mam z tego wnioskować, że Olga na serio ma zamiar nas opuścić? Ogarnia mnie bardzo nieprzyjemne uczucie. Odczuwam subtelny, lecz stały ucisk w moim kocim brzuszku. Dobrze, że jest jeszcze pusty, inaczej to nieprzyjemne uczucie mogłoby nawet boleć. „Kiedy już wyjedziesz”– im dłużej zastanawiam się nad tym zdaniem, tym mocniej bije mi serce. Bo ja bardzo nie lubię, kiedy w moim kocim życiu coś się zmienia. Powiedziałbym nawet, że tego nienawidzę!

Klik, klik – w zamku w drzwiach obraca się klucz. Stanisław! Musi zatrzymać cały ten obłęd, i to natychmiast! Tak długo już mieszkam z moim profesorem, że rozumie mnie bez słów. Pędzę więc do drzwi i gdy tylko pojawia się w nich Stanisław, zaczynam żałośnie miauczeć i tarzać się na podłodze u jego stóp.

– Mój Boże, Winstonie, co się dzieje? – Stanisław ściąga kurtkę i pochyla się nade mną. – Brzuch cię boli? – czule głaszcze mnie po brzuszku. Później z powrotem się prostuje.

– Olgo? Wróciłem! Winston chyba źle się czuje.

Mój profesor! Po prostu mistrzostwo świata. Od razu zauważył, że jest problem.

– Moment! – rozlega się z drugiego końca mieszkania. – Już idę!

Postanawiam jeszcze trochę rozbudować ten numer ze współczuciem, nim pojawi się tu Olga i być może uzna, że chyba jednak odrobinę przesadzam. Miauczę więc jeszcze żałośniej i dalej leżę na plecach, wyciągając przed siebie wszystkie cztery łapy. Niech mi ktoś powie, że to nie jest obraz nędzy i rozpaczy!

– Och, co jest kotkowi?

– No cóż, najwyraźniej nie czuje się dobrze. Nakarmiła go pani dzisiaj?

Olga kiwa głową.

– Anna go nakarmiła. Jedzeniem z puszki. Nawet jeszcze nie patrzyłam, czy Winston w ogóle to ruszył. Może po prostu jest głodny, bo mu nie smakowało.

– Jedzenie z puszki? – Stanisław kręci głową. – Tak oczywiście w przyszłości być nie może, że będzie pani gotować dla swojego Tadeusza, a my się tutaj będziemy musieli zadowolić fast foodem.

Fast czym? Nie rozumiem. W sumie nie szkodzi, bo najwyraźniej i tak by mi to nie smakowało. Ale ta wzmianka o Tadeuszu jest w każdym razie interesująca… Coś mi podpowiada, że ten facet przysporzy jeszcze więcej problemów. W każdym razie ostatnio to imię pojawiało się podejrzanie często, w połączeniu z rozmarzonym westchnieniem Olgi. Tadeusz to pewnie ktoś, kto dla niej dużo znaczy. Tak dużo, że w przyszłości woli gotować dla niego niż dla mnie i Stanisława. Nic, tylko sobie wyrwać wszystkie wąsy z rozpaczy!

Olga wybucha śmiechem.

– Bez obaw, jeszcze powiem siostrze, co wam najbardziej smakuje. Nawiasem mówiąc, Tadeusz będzie teraz na diecie, bo ostatnio sporo przytył.

– Nic dziwnego. Mając za żonę najlepszą kucharkę na świecie, trudno się ustrzec paru nadprogramowych kilogramów. I wie pani co? – Stanisław robi znaczącą przerwę.

– Nie wiem – kręci głową Olga.

– Bardzo zazdroszczę temu Tadeuszowi. Bez wahania przytyłbym pięć kilo, gdyby pani w zamian zgodziła się zostać. Zresztą, mogłoby być nawet dziesięć. To moim zdaniem prawdziwa katastrofa, że pani od nas odchodzi.

CO? Czy to może być prawda? Olga odchodzi, a Stanisław nie jest w stanie nic z tym zrobić? To jest prawdziwa katastrofa! I to z każdej strony! Przewracam się z grzbietu na bok i bezwładnie opieram głowę o podłogę. Jest mi niedobrze. Ze zmartwienia albo z tego tarzania się.

– Niech pani spojrzy, pani Olgo. Winston już teraz bardzo marnie wygląda. Wcale mu się nie podoba, że niedługo będziemy musieli radzić sobie bez pani.

– Ależ panie profesorze, niechże pan przestanie! Bo naprawdę będę miała ogromne wyrzuty sumienia! Poza tym znaleźliśmy już przecież doskonałą następczynię. Moja siostra jako nowa gospodyni będzie się z pewnością jeszcze troskliwiej zajmować wami oboma niż ja to robiłam do tej pory. W końcu Anna jest matką. Ma dużą wprawę w zajmowaniu się kimś.

No i co z tego? Wcale mnie to nie przekonuje. Co ma wspólnego bycie matką z zajmowaniem się? Swojej własnej mamy właściwie już nie pamiętam. Jeśli faktycznie się troskliwie mną zajmowała, nie trwało to jakoś nadzwyczajnie długo. Byłem jeszcze dość mały, gdy Stanisław zabrał mnie od hodowcy. Od tej pory troszczy się o mnie razem z Olgą i tak im to dobrze idzie, że nie mam żadnych powodów do narzekań.

– Ach, to pani siostra ma dziecko? – w głosie Stanisława słychać zdziwienie.

Olga kiwa głową.

– Córkę, dwanaście lat. Słodka dziewczynka. Bardzo dobrze się uczy, przede wszystkim z języków jest dobra. Gdy moja siostra cztery lata temu przyjechała z Darią do Polski, dziewczynka nie mówiła ani słowa po polsku, a teraz w ogóle nie słychać, że nie urodziła się tutaj.

Aha. A jak to można usłyszeć? Nie rozumiem. CCzy po mowie człowieka naprawdę można poznać, gdzie się urodził? To na pewno jedna z tych wielu rzeczy, których o nich nie wiedziałem.

Olga się uśmiecha.

– Na pewno Daria od czasu do czasu chętnie przyjdzie tutaj z mamą i pobawi się z Winstonem. Nie będzie się tak nudził.

Że co?! Ja się w ogóle nie nudzę! Skąd Olga wpadła na tak dziwaczny pomysł? Moje życie podoba mi się właśnie takie, jakie jest teraz. Nie chcę żadnych zmian. A już na pewno nie chcę odwiedzin żadnego dziecka, które będzie się ze mną bawić. Ja wręcz: NIENAWIDZĘ dzieci! Są głośne i niewychowane. Do tej pory każde dziecko, które spotkałem na swojej drodze, strasznie mnie wkurzało. Na przykład ciągnęło mnie za wąsy. Albo nawet próbowało je obcinać.

Stanisław ma brata, którego trójka dzieci to szczególnie niewychowane łobuziaki: dwie małe dziewczynki, bliźniaczki, i trochę większego chłopca. Ta trójka dręczy mnie za każdym razem, gdy odwiedza dom przy ulicy Ogrodowej. Nieważne, czy to Boże Narodzenie, czy Wielkanoc, tym dzieciakom przychodzą zawsze do głowy najgłupsze pomysły. W czasie ostatniego Bożego Narodzenia próbowały na przykład umocować mi na głowie czapeczkę z pomponem, żebym wyglądał jak Święty Mikołaj. Klejem! Pomyślcie tylko! Oczywiście Stanisław porządnie zrugał tych trzech małych terrorystów, ale było już za późno: czapeczka tak mocno przykleiła mi się do sierści, że Olga musiała mi ją odciąć nożyczkami do paznokci. Wyglądałem potem jak ostatni idiota. Po prostu strasznie! Ja, Winston Churchill, straszliwe zeszpecony.

Niezależnie więc od tego, co się tutaj jeszcze będzie działo i kto przyjdzie na miejsce Olgi, gdy ona już sobie pójdzie do tego całego Tadeusza: wszystko, tylko nie dzieci na ulicy Ogrodowej 6! Wszechmocna sardynko w oleju, żadnych dzieci, PROSZĘ!

Najpierw koniec.

Potem początek. I to jaki!

Jeśli istnieje jakiś koci stwórca, to niestety nie wysłuchał moich próśb. Bo oczywiście moja historia z DZIEĆMI miała ciąg dalszy. I to pożegnanie z Olgą! Mocny cios dla takiego wiernego kota jak ja!

Już kilka dni później Olga z walizkami stoi przy drzwiach, a Tadeusz stoi obok niej, niecierpliwie przebierając nogami. Przyglądam mu się nieufnie.

W czasie długich wieczorów spędzonych przed telewizorem ze Stanisławem dowiedziałem się, że ludzie chętnie łączą się w pary. Na przykład mężczyzna zakochuje się w kobiecie, a potem są parą i zostają razem. To znaczy, większość ludzi by tak chciała. Wiele spośród filmów, które oglądałem razem ze Stanisławem, traktuje o problemach, które powstają, gdy z tą miłością nie wszystko idzie tak jak trzeba. Dość często sprawy mocno się komplikują. Już wiele razy myślałem o tym, że ludzie mieliby mniej stresu, gdyby nie było całej tej hecy z miłością. Na przykład Stanisław nie ma tych problemów. I bezsprzecznie powodem jest to, że mieszka przy ulicy Ogrodowej nie z kobietą, tylko ze mną. Mężczyzna i kot po prostu lepiej do siebie pasują niż mężczyzna i kobieta. Olga też się pewnie zorientuje, że tak jest, gdy będzie przez cały dzień miała tego Tadeusza na głowie. Wymarzony mężczyzna szybko stanie się koszmarem. Wtedy pomyśli, że lepiej było zostać tutaj i zajmować się Winstonem i Stanisławem niż Tadeuszem. Jak można nas tak po prostu zostawić?!

Olga sięga do kieszeni spodni i wyciąga pęk kluczy.

– Tu są moje klucze do mieszkania.

Stanisław kiwa głową. Już się nie uśmiecha, tylko patrzy z takim smutkiem, jaki ja właśnie odczuwam. Po kilku latach spędzonych w charakterze zwierzęcia domowego umie się dosyć sporo wyczytać z ludzkiej twarzy. Jeśli o mnie chodzi, wystarczy, że spojrzę na twarz Stanisława i natychmiast poznaję, w jakim jest humorze. To może być bardzo praktyczne, na przykład wtedy, gdy się coś zmaluje. Jeden rzut oka na jego minę i wiem, czy będzie awantura, czy Stanisław będzie się śmiał. I w zależności od sytuacji mogę się szybko zmyć albo się do niego poprzytulać.

– No cóż, pożegnania przyszedł czas, prawda? – dopytuje się Stanisław. Czyżby on również miał nadzieję, że Olga w ostatniej chwili się rozmyśli?

– Prawda – mówi Olga i robi krok w stronę drzwi. – Anno! – woła głośno. – Tadeusz przyjechał, chcemy już iść!

– Moment! – rozlega się z kuchni. – Już idę. – Chwilę potem Anna staje obok nas. Obwąchuję nogawkę jej spodni. Najwyraźniej właśnie coś gotuje. Pachnie całkiem smakowicie. Dziwne tylko, że nie ma na sobie fartucha. Olga nigdy nie gotowała bez fartucha. Ale najwyraźniej tak również można. Ciekawe.

Olga majstruje przy kółku z kluczami i po chwili podaje Annie jeden z nich.

– Masz, kochana! Pilnuj go dobrze! I oczywiście dbaj o pana profesora. I nie zapominaj o Winstonie.

Anna bierze klucz jedną ręką, a drugą wyciąga do góry.

– Przysięgam! – Teraz wszyscy się śmieją, a smutny nastrój, który właśnie zaczął jak mgła snuć się po całym mieszkaniu, trochę pierzcha pod wpływem tego śmiechu. Na pożegnanie Olga podaje Stanisławowi rękę. On się chwilę waha, ale potem bierze ją w ramiona i krótko ściska.

– Pani Olgo, wszystkiego dobrego! Będę za panią naprawdę tęsknił!

Miau, ja też! Ale jak mam to wyrazić, skoro nie mówię? Decyduję się na gwałtowny skok z podłogi na komodę pod półeczką na klucze, a stamtąd Oldze na ręce. Niech przemówią czyny! Dwie sekundy później pewnie ląduję w ramionach Olgi.

– Oho, hopla! Frontalny atak – komentuje Olga mój sensacyjny skok i drapie mnie za uchem. – Coś mi się wydaje, że Winston chce pójść z nami.

– Nie, nie, on zostaje tutaj! – woła Stanisław. – Nie możecie sobie tak po prostu teraz wszyscy pójść!

– Też jestem tego zdania – uzupełnia Tadeusz. – Bo ja mam alergię na koty. Na dłuższą metę ja i kot pod jednym dachem to nie jest dobry pomysł.

Ja chyba śnię! Olga znalazła sobie męża, który nie znosi kotów? To chyba nie może być prawda! Żeby aż tak nie znała się na mężczyznach? Obrażony zeskakuję z rąk Olgi i zaszywam się w kuchni. Pozostaję tam tak długo, aż Olga i Tadeusz opuszczą mieszkanie.

Gdy wieczorem kładę się do mojego koszyczka, czuję się, dzięki Bogu, już odrobinę lepiej. Anna ugotowała mi coś bardzo pysznego: drobiową wątróbkę z prawdziwym ryżem. Potem, wesoło pogwizdując, posprzątała mieszkanie, zupełnie tak, jak zawsze robiła to Olga. Może w tym moim kocim życiu tak wiele się nie zmieni? Z tą myślą zadowolony zwijam się w kłębek, zasypiam i zaczynam słodko śnić. O wątróbce drobiowej. I o świeżo posprzątanym, słonecznym miejscu na parapecie.

Drrrrryń! Drrrrrryń! Drrrrrrrrrryń! W nocy Stanisław położył mnie chyba na stoliku obok telefonu, który nagle zaczyna dzwonić. Najpierw z ociąganiem, a potem dość natarczywie. Miau! Ależ to okropnie przeszkadza w moim czujnym śnie. Odbierzże wreszcie ten telefon, Stanisławie! Ale Stanisław nie reaguje. Po prostu sobie siedzi i pozwala, by telefon dalej dzwonił! Tak się nie da! Czy on nie słyszy, jakie to jest denerwujące? Drrrrrrrryń! Drrrrrrrryń! O rany, odbierz w końcu! Swoimi łapkami raczej nie podniosę słuchawki.

Ale Stanisław nie odbiera i im dłużej dzwoni telefon, tym bardziej uświadamiam sobie, że ten dźwięk rozlega się nie tylko w moim śnie, ale i na jawie. I to wcale nie jest telefon, tylko dzwonek do drzwi. Ktoś dzwoni, jakby się paliło. W samym środku nocy. To niesłychane!

Powoli gramolę się z mojego cieplutkiego posłanka. Któż to u diabła jest?

Mój profesor, na wpół śpiący, mija mnie właśnie w korytarzu.

– Winstonie, co się dzieje? – pyta. Ale ja nie potrafię mu odpowiedzieć na to pytanie. – O trzeciej w nocy! Odrobinę za późno na odwiedziny – ziewa i patrzy przez judasza w drzwiach, kto stoi na korytarzu.

– Wielkie nieba! – wyrywa mu się. Najwyraźniej gość jest niespodziewany, a nawet bardzo niespodziewany. Stanisław zdejmuje łańcuch blokujący od środka drzwi do mieszkania. Potem lekko je uchyla. Za drzwiami stoi Anna i jakaś bardzo chuda dziewczynka o smutnym spojrzeniu.

Po pierwsze: wszystko jest inaczej.

Po drugie: inaczej niż myślałem

Anna ma mocno podpuchnięte oczy i wygląda jakoś tak zupełnie inaczej niż jeszcze kilka godzin temu. Dziewczynce najwyraźniej jest zimno, w każdym razie lekko drży. A może się boi? Jeśli tak, to kogo? Na pewno nie chodzi o mnie ani o Stanisława. Stanisław w tym swoim szlafroku w paski niewątpliwie nie wygląda zbyt groźnie, a ja jestem tylko kotem. Nawet te niewychowane łobuzy od brata Stanisława się mnie nie boją. A są zdecydowanie młodsze od tej dziewczynki.

– Dobry wieczór. Nie chciałam tak po prostu wchodzić, dlatego zadzwoniłam do drzwi – głos Anny brzmi niepewnie. Dziewczynka obok niej milczy. Czy to jest Daria? Pewnie tak. W każdym razie podobna do Anny. Te same jasne włosy, te same duże oczy.

Stanisław do tej pory też nie odezwał się ani słowem. Najprawdopodobniej go zatkało. Teraz odchrząknął.

– Dobry wieczór, pani Anno. Ależ niespodzianka! Coś się stało?

Anna kiwa głową.

– Ja… och… – mówi bardzo cicho. – Tak, coś się stało. Strasznie się pokłóciłam z moim narzeczonym i nie wiedziałam, dokąd mam pójść. Nie mogłyśmy zostać w domu, ani ja, ani Daria… bo… – waha się przez chwilę – bo pojawił się problem.

– Aha – Stanisław nie mówi na razie nic więcej, tylko szeroko otwiera drzwi. Anna i dziewczynka wchodzą do mieszkania. Dopiero teraz widzę, że Anna ma ze sobą dość dużą torbę.

– Może pani razem z córką spać w pokoju gościnnym. Porozmawiamy jutro, gdy już się wszyscy wyśpimy – proponuje Stanisław.

Anna kiwa głową, a Daria w dalszym ciągu milczy. Obie idą korytarzem w stronę pokoju gościnnego. Zanim znikną za drzwiami, Anna jeszcze raz się odwraca.

– Dziękuję, panie profesorze!

– Och, naprawdę nie ma za co. Śpijcie dobrze. Ja też spróbuję zasnąć.

To powiedziawszy, Stanisław kieruje się w stronę swojego łóżka. Ja moszczę się w moim koszyku. Ależ emocjonująca noc!

Nie mogę spać. Kręcę się niespokojnie wte i wewte, próbując myśleć o czymś przyjemnym. Na przykład o dużej lazanii z sardynkami. Bez skutku. Wprawdzie jestem zmęczony, ale za dużo myśli kłębi mi się w głowie.

Jakież problemy może mieć Anna, że w środku nocy pakuje swoją córkę i pojawia się u nas pod drzwiami? To musiało być naprawdę coś okropnego. Nie mogę jakoś pozbyć się wrażenia, że od tej pory przy ulicy Ogrodowej 6 co nieco się zmieni.

Stanisław jest raczej spokojnym przedstawicielem rasy ludzkiej. W ciągu dnia najczęściej przebywa na uczelni i bada. Bada cząsteczki, które są tak małe, że nie da się ich dostrzec gołym okiem. Nazywa je atomami. Stanisław też ich nie widzi, a mimo to wie, że istnieją. Dokładnie tak jak jego brat. Jego brat jest pastorem i też wierzy w coś, czego nie widać. Dziwni są ci ludzie. Ja tam wierzę tylko w wątróbkę drobiową z pietruszką. I jedno, i drugie DA SIĘ zobaczyć.

Nie, to na nic. Po prostu nie zasnę. Poza tym od tego leżenia robię się coraz bardziej głodny. Postanawiam rzucić okiem na miskę. Może wydarzył się jakiś cud i zaplątało się w niej coś pysznego?

Gdy jestem na wysokości kuchni, słyszę dziwny dźwięk. Dochodzi z pokoju gościnnego. Podkradam się tam. Im jestem bliżej, tym bardziej dociera do mnie, że ten dźwięk to płacz. Ktoś płacze. Może Anna? Przyciskam nos do drzwi. Nie są zamknięte na klucz i dają się otworzyć. Cichusieńko wkradam się do pokoju.

Ktoś siedzi wyprostowany na krawędzi podwójnego łóżka. Tu, w ciemnościach, potrzebuję chwili, by się zorientować, kto. To nie Anna, to Daria. I rzeczywiście płacze. No dobra, jest wprawdzie dzieckiem, które na pewno mnie kiedyś wkurzy, ale jest mi jej szkoda, bo płacze. Przemykam do niej, wskakuję na jej stronę łóżka i zaczynam lizać ją po dłoniach. Normalnie w tym domu wskakiwanie kotów na ludzkie łóżka jest wprawdzie surowo zabronione, ale stwierdziłem, że sytuacja jest wyjątkowa. Poza tym ciche pochrapywanie po drugiej stronie łóżka zdradza, że Anna śpi mocno i głęboko. Nie będzie się na mnie złościć.

– Oj! To łaskocze! – Daria, która przed chwilą jeszcze płakała, teraz nawet trochę chichocze. Potem wyciąga ręce w moją stronę i głaszcze mnie po futerku.

Jak na komendę zaczynam mruczeć. Jeśli w ogóle się czegoś nauczyłem o komunikacji z człowiekiem, to tego, że potrzebuje akceptacji. Tak można sobie najlepiej wychować człowieka. Jeśli więc człowiek robi coś, co się podoba kotu, dobrze jest go za to pochwalić. A mruczenie jest dla człowieka pochwałą, w każdym razie większość ludzi się z tego cieszy. Mruczę więc, ile wlezie, i rzeczywiście ostatnie chlipnięcia Darii cichną. Potem dziewczynka bierze mnie na ręce.

– Ależ ty jesteś słodki! Mama już mi o tobie opowiadała – głos Darii brzmi zupełnie inaczej niż głos Olgi czy Anny. Całkiem inaczej wymawia „r” i w ogóle wszystko to, co mówi, brzmi trochę bardziej miękko. Mówi więc raczej jak Stanisław, tyle że głosem dziecka. Ciekawe, jak ludzie poznają po głosie, skąd ktoś pochodzi? Nim mam czas się nad tym głębiej zastanowić, Daria zaczyna mnie drapać za uszkiem. Kładę się i rozciągam jak długi, potem obracam się na plecy, żeby Daria mogła podrapać mnie również po brzuchu. Cudownie!

– Podoba ci się, co?

Najchętniej zawołałbym „tak!”, ale ponieważ nie potrafię, po prostu mruczę jeszcze głośniej. Daria przysuwa twarz całkiem blisko, a potem wtula się w moje futerko. – Jakie to miłe! Wiesz, miałam dzisiaj straszny dzień. Hmm, w sumie to właściwie straszną noc. – Turlam się w dół z jej kolan i siadam naprzeciw niej na łóżku. Zapowiada się bardzo ciekawa historia. Może Daria ją opowie, jeśli będę wyglądał na dostatecznie zainteresowanego? Nastawiam uszu i przywdziewam najmądrzejszą i najbardziej zaciekawioną kocią minę, w nadziei że Daria zobaczy ją mimo ciemności.

– Nie uwierzysz, co mi się stało! Mnie samej trudno jest uwierzyć. Jak chcesz, to ci opowiem.

Bingo, zauważyła, że chcę poznać tę historię. Ta dziewczynka najwyraźniej potrafi się porozumiewać z kotami. Kładę łepek na jej kolanach i słucham z zainteresowaniem.

– To było tak. Leżałam już prawie w łóżku, gdy przyszedł Jurij. Jurij to przyjaciel mojej mamy. Mieszkamy z nim od roku. Często jest bardzo miły, ale czasami strasznie się wścieka. I właśnie dzisiaj był taki dzień. Zauważyłam to już wtedy, gdy stanął w drzwiach. Strasznie był spięty. Mama opowiedziała mu o nowej pracy, ale nic go to nie obeszło. Był wściekły, bo pokłócił się z kolegą. Naprawdę wściekły! Szybko schowałam się do łóżka, bo lepiej nie być na widoku, kiedy Jurij jest wściekły. Potem zaczął się kłócić z mamą. Krzyczał na nią. Naciągnęłam sobie kołdrę na głowę, ale i tak słyszałam każde słowo.

Osobiście nie cierpię ludzi, którzy się drą. Bo ja mam doskonały słuch. Jeśli chce się komuś coś powiedzieć, w ogóle nie trzeba krzyczeć. Na szczęście nie znam prawie nikogo, kto by postępował w tak haniebny sposób. Stanisław zawsze mówi, że gdy studenci mówią coraz głośniej, wtedy on mówi coraz ciszej. I zaczynają go słuchać. Ma rację! Kiedy szepcze, uważniej go słucham.

– I w pewnym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. I to nie raz. Dzwonił i dzwonił bez przerwy.

Cóż ja mam na to powiedzieć? Wydaje mi się to bardzo znajome.

Ale Jurij nie otworzył i moja mama też nie, bo Jurij jej zabronił. A lepiej słuchać tego, co mówi Jurij. Szczególnie, kiedy jest wściekły.

Brrr, ten Jurij nie wydaje się zbyt miłym człowiekiem! Sierść staje mi dęba. Drzeć się i jeszcze przez cały czas rozkazywać innym, to niesłychane! Z kimś takim w ogóle nie da się dojść do porozumienia, szczególnie jeśli jest się kotem. Gdybym był psem, pewnie wyglądałoby to inaczej. Bo uważam, że psy nawet lubią, kiedy ludzie je dyscyplinują. Ale kot? Nigdy w życiu. Mruczę odrobinę głośniej, żeby uzmysłowić Darii, że stoję całkowicie po jej stronie. Żeby nie myślała, że pochwalam takie zachowanie jak tego Jurija. Uśmiecha się do mnie i dalej mnie głaszcze.

– W końcu ten ktoś przestał dzwonić, za to zaczął walić do drzwi i krzyczeć: „Otwierać! Policja!”. Okropnie się wystraszyłam. Wyobraź sobie tylko: po-li-cja! W samym środku nocy!

Jeśli miałbym być szczery, nie do końca wiem, co to jest policja. To znaczy wiem, że kiedy pojawia się policja na sygnale i robi dużo hałasu, to przeważnie oznacza jakieś kłopoty. W każdym razie tak pokazywali w telewizji. Ale w prawdziwym życiu jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z policją. Pewnie dlatego, że wychodzę z mieszkania Stanisława tylko wtedy, gdy muszę pójść do weterynarza. A gabinet weterynarza najwyraźniej nie jest miejscem, w którym zwykle spotyka się policję. W telewizji w każdym razie nie widziałem jeszcze nigdy, żeby policjant rozmawiał z weterynarzem. Wielokrotnie już się zastanawiałem, czy między życiem w telewizorze i tym poza szklanym ekranem są jakieś większe różnice. Jednak żeby się tego dowiedzieć, musiałbym wyjść na dwór. A takiego zamiaru nie mam z całą pewnością!

– No i usłyszałam jeden wielki huk. A potem policjanci w jakiś sposób znaleźli się w mieszkaniu. Prawdopodobnie wyłamali drzwi, bo Jurij na pewno by im z własnej woli nie otworzył. Z korytarza dochodził straszny hałas, a potem drzwi sypialni otworzyły się z hukiem. Mama wyciągnęła mnie z łóżka i powiedziała, że mam się bardzo szybko ubierać. Bo policjanci jej poradzili, żeby razem ze mną opuściła mieszkanie. Czegoś tam szukali i stwierdzili, że lepiej będzie, gdy sobie pójdziemy. No więc mama spakowała dla nas kilka rzeczy. A resztę już znasz – Daria ziewnęła. – Wiesz co, Winstonie, chociaż to wszystko dzisiaj w nocy było naprawdę straszne, bardzo się cieszę, że już tam nie jesteśmy. I wydaje mi się, że mama wcale nie chce wracać do Jurija. Bo oni bardzo często się kłócili.

Ale historia! Już samo słuchanie wywołuje u mnie szybsze bicie serca. Szczerze mówiąc, gdy sobie wyobrażam, że w środku nocy musiałbym opuścić mieszkanie i zabraliby mnie do jakiegoś całkiem obcego domu, ogarnia mnie paniczny strach! Mimo że właściwie jestem nieustraszonym domowym tygrysem. O ileż straszniejsze musi to więc być dla takiej delikatnej osóbki jak Daria. Dreszcz przebiega mi po plecach! Mam wielką nadzieję, że Daria i Anna przyszły do nas na Ogrodową tylko z tą wielką torbą, a nie na przykład ze swoimi problemami z policją. W każdym razie musimy się pilnować, żeby ten Jurij nie pojawił się nagle pod naszymi drzwiami.

I chociaż jest mi ich strasznie żal, może byłoby prościej, gdyby Daria i Anna nie zabawiły u nas zbyt długo. Najlepiej, żeby sobie poszły jutro zaraz po śniadaniu. Bo mi na znajomości z tak niemiłym typem jak ten Jurij kompletnie nie zależy. Tylko w jaki sposób uświadomić to Stanisławowi? Postanawiam pomyśleć o tym później. Ku swemu wielkiemu zaskoczeniu robię się nagle bardzo senny. A ponieważ droga do mojego koszyczka wydaje mi się teraz zbyt daleka, po prostu zwijam się w kłębek w nogach Darii i zasypiam. Przecież jutro też jest dzień.

Nowi współlokatorzy?

Lepiej nie. A może lepiej tak?

Kto by pomyślał, że tak przyjemnie spać z człowiekiem w jednym łóżku! Nigdy nie próbowałem tego ze Stanisławem. Jego sypialnia to dla mnie tak czy owak zakazany teren. Ale tutaj, tak blisko Darii, to całkiem miłe uczucie. Daria oddycha równo i w przeciwieństwie do swojej mamy nie chrapie.

Jeszcze przed chwilą spałem mocno i głęboko, ale teraz światło poranka zaczyna powoli wnikać przez okno, zapowiadając nowy dzień. Ostrożnie, żeby nie obudzić Darii, czołgam się na drugi koniec łóżka i przyglądam się jej. Wygląda na spokojną i odprężoną. Pięknie! Opieram pyszczek na poduszce tuż obok jej twarzy, wsuwam się odrobinę pod kołdrę i znowu zamykam oczy. To jest dokładnie ta pozycja, w której najlepiej się drzemie jeszcze przed śniadaniem.

Ledwie zdążyłem z powrotem zasnąć, gdy ktoś gwałtownym ruchem zdziera ze mnie kołdrę. Powiew zimnego powietrza brutalnie przywraca mnie do rzeczywistości. Halo, co to ma znaczyć? Ostrożnie otwieram jedno oko, ale tylko po to, żeby zaraz je z powrotem zamknąć. Nad łóżkiem kołysze się bowiem lampa, która obrzydliwym jasnym światłem świeci mi prosto w pyszczek. No cóż, ktoś przemocą próbuje wyrzucić nas z łóżka. Pytanie tylko: kto i dlaczego?

– Dariu, obudź się! Musisz wstawać! Bo inaczej spóźnisz się do szkoły! – Obok nas stoi Anna, która jest przerażająco przytomna.

Daria gramoli się z łóżka.

– Ojej, mamo, jeszcze strasznie chce mi się spać!

– Tak, wiem. Bardzo mi przykro, ale z Ogrodowej do szkoły jedzie się z godzinę. Zaraz musisz wyjść, jeśli chcesz zdążyć na ósmą.

Brrr, nie wiem dokładnie, kiedy jest ósma. Z całą pewnością jest to taka pora, o której Stanisław zwykle jeszcze leży w łóżku. Albo właśnie pije swoją pierwszą kawę. Bo my obaj rano nie lubimy się spieszyć. Ale najwyraźniej tak się nie da, kiedy się chodzi do szkoły. Czyżby to miało znaczyć, że wszystkie dzieci muszą się tam pojawić o tej samej porze? Jeśli tak, to kto wpadł na ten głupi pomysł? Przecież dla wszystkich byłoby dużo fajniej, gdyby każdy mógł przyjść o takiej porze, o której chce!

Dobrze, że Anna i Daria nocowały dziś u nas tylko wyjątkowo. Naprawdę nie mam ochoty, żeby co rano ktoś mnie tak wcześnie budził.

– Co też pan sobie o mnie pomyśli! Jest mi strasznie głupio! – Anna i Stanisław siedzą na kanapie w salonie, a ja leżę na parapecie. Od kwadransa Anna mówi bez przerwy i opowiada Stanisławowi tę samą historię, którą w nocy usłyszałem od Darii. Pomija tylko epizod z policją. Zamiast tego twierdzi, że ten wstrętny Jurij po prostu wystawił je za drzwi. Dziwne… czyżby Stanisław miał się nie dowiedzieć o policji?

Opowiadając, Anna tak gwałtownie macha rękami, że od czasu do czasu muszę się uchylić, żeby przypadkowo nie oberwać. No cóż, znacząco różni się od Olgi. Olga zawsze była dość spokojna, Anna natomiast wydaje się energetyczną bombą. Właściwie przez cały czas jest w ruchu. Komuś takiemu jak ja, kto przez cały dzień najchętniej wyleguje się na kanapie, ciężko to zrozumieć. Po co tyle stresu?

Jednakże, co muszę przyznać, ostatnia noc była tak emocjonująca, że zupełnie nie ma się co dziwić zszarganym nerwom Anny. Daria, wychodząc przed chwilą do szkoły, też jeszcze była porządnie wystraszona. W dalszym ciągu jestem zszokowany tym, jak wcześnie to biedne dziecko wyszło z domu. Na samą myśl chce mi się ziewać. Przeciągam się lekko. Jak Anna skończy to machanie rękami, chętnie się jeszcze trochę prześpię. Taka mała drzemka przed obiadem na pewno dobrze mi zrobi. A potem jeszcze jedna po jedzeniu i dzień z pewnością będzie udany!

Niech Anna skończy wreszcie opowiadać tę swoją historię! W końcu siedzi na mojej kanapie i zajmuje moje miejsce. Stanisław właściwie prawie nigdy tu nie siada, gdy jesteśmy sami. Przyjęło się więc, że to ja przede wszystkim tam leżę. Gdy wczesnym popołudniem słońce zaczyna świecić na poduszki, nie ma w domu miejsca, które byłoby bardziej przytulne. Mam wielką nadzieję, że Anna nie będzie w przyszłości ze mną o nie rywalizować. W końcu przyszła tu przede wszystkim pracować, a nie siedzieć na kanapie.

Ktoś dzwoni do drzwi. W ciągu dnia rzadko się to u nas zdarza. Właściwie wtedy nikt do nas nie przychodzi, podobnie jak w środku nocy. Stanisław wzdycha i wstaje z kanapy.

– To na pewno poczta. Moment, zaraz wracam.

To prawda. Czasami listonoszka przynosi nam jakąś paczuszkę. Nudy. To ja już wolę zostać na parapecie. Mam jednak nadzieję, że Stanisław już tu nie wróci i jego miejsce na kanapie pozostanie wolne.

Z korytarza dobiegają głosy. Jeden jest Stanisława, oczywiście. Ale ten drugi głos wcale nie należy do listonoszki, tylko do Darii. Ejże, czyżby była już po szkole? Jeśli tak, jest to naprawdę krótka impreza. Kiedy Stanisław idzie na uczelnię, nie ma go co najmniej kilka godzin. Nie przyszłoby mi do głowy, że Daria wróci jeszcze przed obiadem. W sumie to rybka, i tak mi nic nie zje. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby mogła się dobrać do mojej miski.

Zeskakuję z parapetu, żeby przywitać się z Darią. Te przytulanki dzisiaj w nocy wcale nie były takie złe. Może jeszcze wycyganię od niej jakąś małą porcję pieszczot.

Nim jednak udaje mi się dotrzeć do drzwi, Stanisław i Daria są już w salonie. Pierwsze spojrzenie moich zielonych oczu mówi mi, że coś tu jest nie tak. I to bardzo nie tak! Daria wygląda na jeszcze bardziej roztrzęsioną niż wczoraj w nocy pod naszymi drzwiami. Całą buzię ma mokrą i usianą plamami. Najwyraźnie mocno płakała. No cóż, w sumie dalej płacze. Jej długie włosy, które Anna dziś rano tak pracowicie zaplotła w warkocz, są potargane, w dżinsach na kolanie ma wielką dziurę, której wcześniej z całą pewnością nie było. Czuję, jak włoski na czubku mojego ogona stają dęba – to niechybna zapowiedź zagrożenia!

Anna podrywa się z kanapy.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kot Winston. Tajna misja - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo. 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia