Narzeczona księcia

Narzeczona księcia

Autorzy: William Goldman

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.40 zł

 

Awanturnicza powieść fantasy i romantyczna historia miłosna w jednym.

Jeżeli jeszcze dodamy do tego błyskotliwy dowcip i kultową ekranizację z plejadą gwiazd, to mamy prawdziwy międzypokoleniowy bestseller.

Szermierka. Zapasy. Tortury. Trucizna. Prawdziwa miłość. Nienawiść. Zemsta. Olbrzymi. Myśliwi. Źli ludzie. Dobrzy ludzie. Najpiękniejsze damy. Węże. Pająki. Zwierz wszelkiego gatunku i pochodzenia. Ból. Śmierć. Śmiałkowie. Tchórze. Siłacze. Pościgi. Ucieczki. Kłamstwa. Prawda. Cuda. Namiętność… to tylko drobna część tego, co można znaleźć w opowieści o pięknej Buttercup, dzielnym Inigu, mocarnym Fezziku i tajemniczym człowieku w czerni...

Autor powieści jest nagradzanym scenarzystą filmowym (Maratończyk, Wszyscy ludzie prezydenta, O jeden most za daleko, Misery). Nagrodzony Oscarami za scenariusze Butch Cassidy i Sundance Kid (z Paulem Newmanem i Robertem Redfordem) oraz Wszyscy ludzie prezydenta (z Redfordem, Dustinem Hoffmanem

i Jasonem Robbardsem).

Tytuł oryginału: The Princess Bride

Redakcja: Paweł Gabryś-Kurowski

Korekta: Ewa Mościcka

Skład i łamanie: Ekart

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka/ Aureusart

Zdjęcia na okładce:

Copyright © Victoria Davies / Trevillion Images

Copyright © Leya_G

Copyright © 1973, 1998, 2003 by William Goldman

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-665-9

Wydanie pierwsze w tej edycji, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Wstęp do jubileuszowej edycji z okazji trzydziestolecia Narzeczonej księcia

Wstęp do jubileuszowej edycji z okazji dwudziestopięciolecia pierwszego wydania Narzeczonej księcia

Mapa

Narzeczona księcia

Rozdział pierwszy. NARZECZONA

Rozdział drugi. NARZECZONY

Rozdział trzeci. ZALOTY

Rozdział czwarty. PRZYGOTOWANIA

Rozdział piąty. ZARĘCZYNY

Rozdział szósty. UROCZYSTOŚCI

Rozdział siódmy. ŚLUB

Rozdział ósmy. WESELE

Dziecko Buttercup. Wyjaśnienie

Dziecko Buttercup. Niezrównane studium wielkiej odwagi w obliczu śmierci serca, pióra S. Morgensterna. Skrócone przez Williama Goldmana

Fezzik ginie

1. Fezzik

2. Inigo

3. Buttercup i Westley

4. Fezzik spada

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

WSTĘP DO JUBILEUSZOWEJ EDYCJI

Z OKAZJI TRZYDZIESTOLECIA

NARZECZONEJ KSIĘCIA

WILLIAM GOLDMAN

JESZCZE PARĘ TYGODNI TEMU niniejszy wstęp byłby bardzo krótki: „Dlaczego kupujecie tę książkę?”. Czy też, ściślej rzecz biorąc, to wydanie książki?

Kupcie wydanie z okazji dwudziestej piątej rocznicy, dodałbym. Zawiera napisany przez niżej podpisanego długi wstęp, w którym tłumaczę wiele spraw związanych ze spadkobiercami Morgensterna i paskudnymi problemami prawnymi, które z nimi miałem. Wersja ta wciąż jest w sprzedaży, a was przecież interesuje to samo co mnie – to znaczy ostateczne wydanie Dziecka Buttercup.

Napisałbym także, że w tym temacie nie mam do dodania nic nowego. Żadnych zmian. Ale, jak mówią, to było wtedy.

Bo potem wydarzyło się coś absolutnie nowego.

* * *

Pozwólcie, że opowiem, jak w ogóle dowiedziałem się o istnieniu Muzeum Morgensterna.

Cofnijmy się w czasie do 1986 roku, do Sheffield w Anglii. Kręciliśmy właśnie filmową wersję Narzeczonej księcia. To był dla mnie cudowny okres – Morgenstern w końcu zyskiwał nowe filmowe życie. Scenariusz napisałem ponad dziesięć lat wcześniej, ale nigdy nie został zakupiony, wciąż pozostawał w niebycie.

Zazwyczaj nie lubię przebywać na planie filmowym. Napisałem kiedyś, że najszczęśliwszy dzień naszego życia to ten pierwszy na planie, a najgorsze to te wszystkie pozostałe. Przepełnia je upiorna nuda, z paru powodów: 1) są nudne i upiorne (ale wiem, że i tak mi nie uwierzycie) i 2) jeśli chodzi o pisarza, jego praca dobiegła już końca.

Moja obecność denerwuje aktorów, a co gorsza, jeśli już to kiedyś napisałem, przeskoczcie ten akapit, mam ogromny talent do psucia ujęć. Gdy ruszają kamery, ukrywam się na planie, gdzieś z boku, ale nie potrafię zliczyć, ile razy reżyser dostrzegał mnie i prosił, żebym łaskawie przeniósł się gdzie indziej, bo stałem akurat tam, gdzie chciał zakończyć daną scenę.

Kilka dni przed wydarzeniem, o którym zamierzam wam opowiedzieć, kręciliśmy Ogniste Bagna. W filmie jest taki moment, kiedy Cary Elwes (Westley) zaczyna przeprowadzać przez nie Robin Wright (Buttercup).

Wiem dokładnie, co się zaraz wydarzy – z ziemi wystrzeli płomień i jej suknia zajmie się ogniem. Skąd ta pewność? Bo Morgenstern to napisał, ja zaadaptowałem w powieści i wykorzystałem we wszystkich wersjach scenariusza, a wierzcie mi, było ich sporo.

No dobra, stoję na planie Ognistych Bagien...

– Akcja, Cary! – woła Rob Rainer i pojawiają się oboje, dwójka cudownych aktorów, i

obserwuję z kącika, jak Cary prowadzi ją naprzód, jeden krok, drugi…

…W tym momencie bucha płomień i jej suknia zajmuje się ogniem...

A ja (jakież to upokarzające) zaczynam krzyczeć:

– Suknia jej się pali, suknia jej się pali! – dokumentnie niszcząc ujęcie.

Rob krzyczy „Cięcie!”, obraca się do mnie i głosem, który wciąż słyszę w głowie, mówi z całą cierpliwością, na jaką potrafi się zdobyć:

– Bill, ona ma się zapalić.

Mam wrażenie, że w odpowiedzi zdołałem wymyślić coś bardzo mądrego, w stylu: „Wiem, przepraszam”, a potem się schowałem.

No dobra, możecie wracać do lektury.

Następnego wieczoru kręciliśmy w plenerze scenę ataku na zamek. Było zimno. Tak zimno, jak to bywa tylko w Wielkiej Brytanii. Cała załoga opatuliła się szczelnie, ale wiatr i tak mroził nam szpik w kościach. Pamiętam, że chyba nigdy na żadnym planie nie było aż tak zimno. Wszyscy zamarzali żywcem.

Oprócz Andre.

Nie potrafię tego wyjaśnić, ale Andre nigdy nie marzł. Może to cecha olbrzymów, nigdy go nie pytałem. Siedział tam tamtego wieczoru wyłącznie w rajstopach i bardzo cienkim ręczniku na ramionach. (Oczywiście ręcznik, zwykły, przeciętnych rozmiarów, nie zakrył mu całych ramion.) I kiedy tak rozmawialiśmy, dziesiątki ludzi, nie przesadzam, podchodziły do niego, witały się, a potem pytały, czy nie podać mu płaszcza albo koca, czy czegoś, co by go ogrzało, a on odpowiadał niezmiennie:

– Nie, szefie, dzięki, szefie, nie trzeba. – A potem wracał do dyskusji ze mną.

Uwielbiałem jego towarzystwo. Zaczynam właśnie piąte dziesięciolecie pracy w szalonym przemyśle filmowym, a Andre cieszył się na planie zdecydowanie największą popularnością ze wszystkich osób, z jakimi zdarzyło mi się zetknąć. Grupka z nas – był w niej chyba także Billy Crystal – wysilała mózgi nad stworzeniem serialu telewizyjnego dla Andre, żeby mógł nieco ograniczyć podróże, bo jego kariera wrestlingowa wymagała ponad trzystu dni rocznie w drodze. Serial ten miał chyba nosić tytuł Nadchodzi Andre i opowiadać o zapaśniku, który postanowił, że ma dosyć ringu, i znalazł sobie pracę opiekuna do dzieci.

Dzieciaki szalały na jego punkcie. Za każdym razem, gdy odwiedzałem plan Ognistych Bagien, zastawałem go tam z jednym dzieckiem na głowie, paroma na każdym ramieniu i po jednym w dłoni. Wszystko to były dzieci ludzi pracujących przy filmie. Siedziały w milczeniu, oglądając kolejne duble.

– Bjiiil? – Wracamy do mroźnego wieczoru; z tonu głosu Andre zrozumiałem, że wkraczamy na trudny teren. Odetchnął głęboko, zastanawiając się dłuższą chwilę. – Jakk ddotą, sso myśli o muoiim Feh-ziiku?

Odparłem zgodnie z prawdą, że napisałem tę rolę z myślą o nim. W czterdziestym pierwszym roku, kiedy ojciec po raz pierwszy czytał mi Morgensterna, naturalnie nie miałem pojęcia, że ktokolwiek pisze filmy. Po prostu uwielbiałem je oglądać w Alcyonie. Później, gdy sam zacząłem pracę w tym biznesie i adaptowałem Narzeczoną księcia na srebrny ekran, nie miałem pojęcia, kto mógłby zagrać Fezzika, jeśli kiedykolwiek dojdzie do realizacji.

A potem, pewnego wieczoru, zobaczyłem w telewizji walkę Andre. Był wtedy młody, miał nie więcej niż dwadzieścia pięć lat.

Helen (moja ówczesna żona, światowej sławy psychiatra) i ja oglądaliśmy telewizję w łóżku. Czy raczej ja oglądałem, podczas gdy Helen tłumaczyła jedną ze swych książek na francuski.

– Helen, mój Boże! – krzyknąłem nagle. – Spójrz, Fezzik!

Helen wiedziała, o czym mówię, wiedziała, jak ważna jest dla mnie filmowa wersja Morgensterna, rozumiała, jak wiele razy była blisko realizacji i jak bardzo frustrowało mnie, że do niej nie doszło. Czasami próbowała oswoić mnie z rzeczywistością i uświadomić, że być może nigdy nie nakręcą tego filmu. Chyba znów zaczęła mówić coś w tym stylu, potem jednak dostrzegła wyraz moich oczu, kiedy patrzyłem, jak Andre miażdży grupkę czarnych charakterów.

– Będzie świetny – odparła, ze wszystkich sił starając się dodać mi otuchy.

* * *

I oto ja, ponad dziesięć lat później, siedzę i gawędzę z niesamowitym Francuzem, którego zawsze już będę widział obwieszonego łażącymi po nim dziećmi.

– Twój Fezzik jest wspaniały – odparłem.

I był. Owszem, mówił z trochę zbyt wyraźnym francuskim akcentem, ale kiedy się do niego przywykło, żaden problem.

– Bahzzo cięssszko nad nim phacowaę. To znasznie gęęsza holla nisz Wjelka Ssopa. – (Jedną z jego nielicznych niezapaśniczych ról filmowych był właśnie Wielka Stopa, zagrał go chyba w Człowieku za sześć milionów dolarów.) – Bahzzo mosno szygotowuję sję do holli. Do muojej pssaci.

Natychmiast zrozumiałem, że „psaci” to w języku Andre „postaci”.

– Jak dokładnie się przygotowujesz?

Sądziłem, że odpowie, iż kilka razy czytał francuskie wydanie.

– Spjinąm sję na uhwiiiska.

– Urwiska Szaleństwa? – Jego słowa mnie oszołomiły. Nie potraficie sobie wyobrazić, jakie to strome skały.

– Och, oui. Wjele hazy, w góhę ji w dół, w góhę ji w dół.

– Ale Andre, co by było, gdybyś spadł?

– Zza pihszym hazę bahzo sję baem, ale wjeziaem jęno: Feh-ziiik nigdy by sję nje ześlizną.

Nagle odniosłem wrażenie, że dyskutuję z samym Lee Strasbergiem.

– Walszę tesz z grupami. Feh-ziiik walszy z grupami, ja walszę z grupami. Szysko topsze.

A potem dodał najważniejsze.

– Szy odwiezieś muzee? Tam dowieziaę sję najwięsej.

Odparłem, że nie wiem, o którym muzeum mowa.

I przez jakiś czas Andre mi wyjaśniał.

Ale czy tam pojechałem? Nie. Nigdy nie odwiedziłem Florenu, nawet się nad tym nie zastanawiałem. Nieprawda, zastanawiałem się, ale nie odwiedziłem go z jednej przyczyny: bałem się, że przeżyję zawód.

Po raz pierwszy pojechałem tam, gdy Stephen King praktycznie mnie tam wysłał podczas prac nad pierwszym rozdziałem Dziecka Buttercup (szerzej tłumaczę to we wstępie do edycji z okazji dwudziestopięciolecia wydania Narzeczonej księcia; kiedy go przeczytacie, zrozumiecie znacznie więcej – załączamy go tu na str. 25, a także sam rozdział z Dziecka Buttercup, który znajdziecie na końcu książki).

Podczas pierwszego wyjazdu spędziłem kilka dni zarówno w samej stolicy, jak i w otaczających wioskach. Ganiałem jak szalony, obejrzałem mnóstwo rzeczy – ale muzeum było akurat zamknięte z powodu remontu.

Uznałem zatem, że nadrobię to następnym razem. Nieważne, kiedy nadejdzie.

Okazało się, że znacznie szybciej, niż przypuszczałem.

* * *

Pewnie już o tym wiecie, bo moje nazwisko wydrukowały gazety całego świata: znów zdobyłem nagrodę Dziadka Roku. Tak bardzo wyprzedziłem konkurencję, że postanowili zrezygnować z urządzania kolejnych zawodów i zawiesić je na trochę. Jakiś staruszek z Indii twierdził co prawda, że rozpieszczam Willy’ego, ale, jak to mówią, kwaśne winogrona.

Szybkimi krokami zbliżały się jego dziesiąte urodziny, okazja do prawdziwego zaszalenia z prezentami. Wpadłem właśnie na kolację do mojego syna Jasona i jego żony Peggy i poprosiłem o wskazówki. Zwykle podsuwali mi całą listę rzeczy, ale nie tym razem. Oboje zrobili się jacyś dziwni.

– Na pewno coś wymyślisz – wymamrotali.

I zmienili temat.

Zastukałem zatem do drzwi młodego i spytałem, czy mogę wejść. Otworzył mi cicho – dziwne, bo zazwyczaj po prostu krzyczał, żebym właził.

– Chciałem porozmawiać o twoich urodzinach – oznajmiłem.

Oto, co musicie wiedzieć: Willy świetnie potrafi przyjmować prezenty. Tak bardzo się cieszy. Nawet jeśli sam sobie coś wybierze, kiedy mu to daję, szczerze się zachwyca.

Teraz oznajmił, że w przeszłości tak znakomicie mi szło, że ucieszy się ze wszystkiego, co mu dam.

– Nie masz żadnych pomysłów? – naciskałem.

Odparł, że nie, no i ma naprawdę dużo zadane, więc czy możemy się już pożegnać?

Wstałem, a potem znów usiadłem, bo coś sobie uświadomiłem – wiedział dokładnie, czego chce, ale z jakichś powodów wstydził się przyznać.

Zaczekałem zatem.

Willy długą chwilę siedział w milczeniu przy biurku, potem odetchnął głęboko. I znowu. Wtedy wiedziałem już, że zaraz coś powie.

– Cokolwiek to jest – rzuciłem szybko – odpowiedź brzmi „nie”. Nie dostaniesz tego.

– No… – zaczął mój Willy, błyskawicznie wyrzucając z siebie kolejne słowa – dziesięć to w naszej rodzinie bardzo ważna data, bo miałeś tyle lat, kiedy się rozchorowałeś i twój tato zaczął ci czytać. A kiedy mój tato miał dziesięć lat, dałeś mu książkę i wtedy zrozumiałeś, że lepiej będzie, jeśli ją skrócisz. I ja też będę miał dziesięć lat, i to tylko jedna taka okazja w życiu, i… i…

Sprawiał wrażenie tak zakłopotanego, że pokazałem palcem własne ucho.

– Szepcz – wyszeptałem.

I to właśnie zrobił.

* * *

Nie chciałbym przesadzić, ale nasz pierwszy poranek we Florenie, owo cudowne, wczesne przebudzenie z Willym młodszym pochrapującym w łóżku obok, stanowił bez wątpienia najwspanialszy moment mojego życia. Ja i mój jedyny wnuk razem, na początku urodzinowej przygody w ojczystym mieście Morgensterna. Spróbujcie to przebić.

Willy był wykończony po podróży – kolejny punkt dla Floreńskich Linii Lotniczych – musiałem zatem chwilę nim potrząsać, nim uniósł powieki, zamrugał, kilka razy rzucił „heh” i w końcu dołączył do ludzkiej rasy.

– Dokąd teraz? – spytał, po czym sam sobie odpowiedział. – Na Wyspę Jednego Drzewa, prawda?

Obiecałem mu helikopterową wycieczkę, by mógł obejrzeć miejsce, w którym Fezzik został opanowany przez tajemniczą siłę, wykonał nacięcie szpadą i ocalił życie Waverly (trzeba było mnie posłuchać wcześniej, kiedy mówiłem, żebyście zajrzeli na koniec książki i przeczytali rozdział z Dziecka Buttercup).

Pokręciłem głową.

– Wiem, wiem, nie mów: komnata w zamku, w której Inigo zabił Hrabiego! – Wyskoczył z łóżka i zaczął się fechtować wyimaginowanym rapierem. – Witaj, nazywam się Inigo Montoya. Zabiłeś mego ojca. Gotuj się na… – wykonał gwałtowne pchnięcie naprzód – śmierć!

Uwielbiał to robić; wraz z przyjaciółmi konkurowali ze sobą, komu lepiej uda się odegrać tę scenę – a mnie dziko cieszy fakt, że on to uwielbia. Znów jednak pokręciłem głową.

– Jasne, że tam pójdziemy, ale nie dzisiaj.

Skinął ręką, nakazując, żebym mówił dalej.

– Niedługo otwierają Muzeum Morgensterna. Lepiej się przygotuj.

Willy jęknął i z powrotem wlazł do łóżka.

– Och, dziadku, proszę, proszę, proszę. Czy musimy zaczynać od muzeum? Nie znoszę muzeów, wiesz, że nie cierpię muzeów!

– Izba Sław ci się podobała.

W zeszłym roku zabrałem go do Cooperstown.

– To był baseball.

– Muszę tam iść – oznajmiłem. – Bądź fair; wiedziałeś, że mamy to w planach!

Szczerze? Już zamierzałem powiedzieć, żeby jeszcze się przespał: nie było powodu, dla którego nie mógłbym sam pierwszy raz odwiedzić muzeum.

Ale nic nie powiedziałem i dziękuję za to Tobie, tam w górze.

* * *

Muzeum Morgensterna leży tuż przy placu Floreńskim. To piękna, stara rezydencja, pochodząca z Bóg jeden wie jak dawnych czasów i gdy tam dotarliśmy, Willy znów się nakręcił, jak zwykle podskakując przede mną na chodniku. Otworzył mi drzwi, z ukłonem zaprosił do środka…

…A potem jęknął „Omójboże!” i zamarł. Bo tuż przed nim, pośrodku eleganckiej, starej sieni, w wielkiej, pięknie oświetlonej szklanej gablocie leżała…

…sześciopalczasta szpada.

Wiedziałem, że tam jest. Andre wspominał mi o niej, opisał ją szczegółowo owej mroźnej nocy w Sheffield…

…Ale wciąż nie byłem gotów na to, jak bardzo jej widok mną wstrząśnie. Tak długo o niej słuchałem, kilkadziesiąt lat wcześniej wypytywałem ojca, co czyniło z niej tak wyjątkowy okaz, tak magiczną broń? Jak mogła wyglądać?

A teraz ją zobaczyłem. Ojciec Iniga zginął dla niej, to z jej powodu zmieniło się całe życie Iniga, dla tej magicznej klingi, najwspanialszego miecza od czasu Excalibura.

Willy chwycił mnie za rękę i razem ruszyliśmy ku niej. Wiem, że to nie ma sensu, ale w tym momencie, gdy ujrzałem ją po raz pierwszy, odniosłem wrażenie, że tańczy.

– Czy ona się rusza? – wyszeptał Willy. – Bo tak właśnie wygląda.

– Chyba przez to oświetlenie. Ale masz rację.

Wokół gabloty zebrała się garstka innych osób: dzieci, starszych, najróżniejszych. I najdziwniejsze było to, że wszyscy patrzyliśmy na nią, nikt nie odchodził. Po prostu powoli okrążaliśmy gablotę, przyglądając się szpadzie najpierw z jednej strony, potem z boku, potem z trzeciej, w końcu z czwartej.

Chłopczyk mniejszy od Willy’ego wyszeptał z francuskim akcentem do eleganckiej damy, zakładam, że matki:

– Allo, mon nom est Iiinigo. Maun-tou-ja…

– Po naszemu to brzmi lepiej – wyszeptał Willy i wtedy coś sobie uświadomiłem.

Wszędzie wokół gabloty widziałem dzieci, unoszące wyimaginowaną broń, powtarzające słowa Morgensterna. I nie wiem, kiedy muzeum pokazało swe różne eksponaty…

…ale czyż nie byłoby cudownie, gdyby sam wielki człowiek zobaczył to, co ja widziałem teraz?

Następnym okazem, który zaparł dech w piersiach małemu, był odlew palców Fezzika (Andre opowiadał o nim bardzo długo – wcześniej myślał, że to jego własne są największe, póki nie ujrzał tych prawdziwych). Willy zmierzył je bardzo starannie.

– Jego kciuk jest większy od całej mojej dłoni – oznajmił.

Przytaknąłem. Rzeczywiście był.

Potem ujrzeliśmy całą ścianę obwieszoną ubraniami Fezzika, przepięknie odprasowanymi. Willy jedynie uniósł wzrok, oceniając, gdzie byłaby głowa olbrzyma, i w zachwycie pokręcił własną.

Dalej pokazywano suknię ślubną Buttercup, choć trudno było się do niej przedrzeć przez otaczający ją wianuszek dziewcząt.

Było tyle do oglądania – strzałka wskazywała drogę do sąsiedniej sali, w której umieszczono tylko jeden eksponat, wysysającą życie Maszynę Hrabiego Rugena – ja jednak nie mogłem się doczekać spotkania z kuratorem. Stephen King uprzedził go listownie o moim przyjeździe.

Kurator miał wpuścić mnie w miejsce, które najbardziej pragnąłem odwiedzić – zwano je Sanktuarium, to tam przechowywano wszystkie listy i zapiski Morgensterna. Nie było otwarte dla zwiedzających, jedynie dla naukowców, ale akurat tamtego dnia ja także się do nich zaliczałem.

Zadałem kilka pytań, wskazano mi drogę i w końcu znaleźliśmy kuratora: młodszego niż można by sądzić, niewątpliwie błyskotliwego, w którego oczach kryła się szczera życzliwość.

Siedział za swoim biurkiem w pokoiku na drugim piętrze; nie zdziwiło mnie, że wzdłuż wszystkich ścian ustawiono regały z książkami. Kiedy weszliśmy, uniósł głowę i uśmiechnął się.

– Pewnie szukacie toalety dla chłopców– zaczął. – To sąsiednie drzwi, większość moich gości tam właśnie się wybiera.

Uśmiechnąłem się, przedstawiłem i wyjaśniłem, że przyjechałem aż z Ameryki, by jakiś czas poczytać materiały w Sanktuarium.

– Ależ to niemożliwe! – zaprotestował kurator – otwieramy je tylko dla naukowców.

– William Goldman – przedstawiłem się ponownie. – Stephen King uprzedził listownie o moim przyjeździe.

– Pan King to słynny potomek imigrantów z naszego kraju, nie ma wątpliwości, ale nie dostałem od niego żadnego listu.

Musicie coś o mnie wiedzieć – w takich sytuacjach bywam okropnym paranoikiem. To, co zaraz opiszę, to prawda – kiedy zasiadałem w jury festiwalu filmowego w Cannes, zaproszono mnie na oficjalne przyjęcie. Było to dla mnie bardzo ważne: moje małżeństwo właśnie się sypało, po raz pierwszy od wieków miałem zostać sam na tym świecie i dotarłem na imprezę, na której goście mówili w najróżniejszych językach, bardzo nieliczni po angielsku. Przygotowano trzy okrągłe stoły, szczęśliwie z wizytówkami, i kiedy powiedziano nam, że czas siadać, wymknąłem się z kryjówki w kącie i pospiesznie okrążyłem pierwszy stół.

Brak wizytówki z moim nazwiskiem.

Ruszyłem do drugiego, wykonałem obchód.

Nic.

A kiedy zacząłem okrążać trzeci, ostatni stół, odezwała się moja paranoja, bo wiedziałem, że wizytówki z moim nazwiskiem tam nie będzie. Wciąż czuję ten pot na twarzy, gdy uświadomiłem sobie, że nie znajdę siebie.

Wyobrażacie sobie podobnego świra?

I wiecie co? – na trzecim stole także nie było mojego nazwiska. Okazało się, że organizatorzy się pomylili.

No dobra, zacząłem serio się denerwować. Czyżbym wyobrażał sobie, że King napisze list? Nie, powiedział mi przecież, że liczy na prawdziwe i autentyczne Dziecko Buttercup. To dlatego przejechałem taki kawał drogi.

A potem pomyślałem „to dlaczego nie dał mi liściku i nie pozwolił bym wręczył go osobiście?” (w tym momencie włącza się mój obłęd i podpowiada, że gdybym faktycznie miał przy sobie cholerny list od Kinga i wręczył go kuratorowi, ten oddałby mi go i oznajmił, że nie jest ekspertem w sprawach ręcznego pisma Stephena Kinga, więc nie wpuści mnie do Sanktuarium, piękne dzięki).

Poczułem się tak bezradnie, stojąc tam obok ukochanego wnuka, że zacząłem już się odwracać do wyjścia.

I wtedy odezwał się Willy.

– Dziadku, to pomyłka. Zadzwoń do niego.

Nienawidzę komórek, ale z okazji wyjazdu wykupiłem pakiet zagraniczny. Poprzedniego wieczoru, gdy dotarliśmy do hotelu, zadzwoniliśmy do Jasona i Peggy.

Wybrałem zatem numer Kinga w Maine, uzyskałem połączenie, wyjaśniłem sytuację. Zachował się świetnie.

– Jezu, Bill, strasznie przepraszam, powinienem był dać ci ten cholerny liścik. Floren ma najgorszą pocztę w Europie, pewnie dotrze na miejsce w przyszłym tygodniu (tak naprawdę zabrało to jeszcze dwa). Czy pracuje dziś Vonya? Daj mi go.

Kurator chyba usłyszał swoje imię, bo sięgnął po telefon. Oddałem mu go, a on wstał zza biurka, wyszedł na korytarz i zaczął krążyć tam i z powrotem. Słyszałem, jak mówi „oczywiście, panie King” i „uczynię wszystko, byle tylko pomóc, panie King, zapewniam pana”.

Tymczasem Willy zerknął na mnie, łącząc w kółeczko kciuk i palec wskazujący (dodam, że dyskretnie), i za chwilę Vonya wrócił.

Gestem polecił nam iść za sobą.

– Co mogę rzec... – wymamrotał. – Wie pan, poczta.

Odparłem, że cieszę się, iż wszystko udało się wyjaśnić.

– To dla mnie ogromny wstyd, panie Goldman. Stephen King wyjaśnił mi, kim pan był.

Powinienem był być gotów na to, co zaraz nastąpi. Słowo „był” stanowiło dostateczną zapowiedź.

I wtedy padło zabójcze zdanie:

– Wie pan, czytałem kilka pańskich książek, naprawdę je lubiłem. Był pan wspaniałym pisarzem… kiedyś.

Nie powinno mnie to aż tak kopnąć, ale wiedziałem, czemu bardzo boli. Bo bałem się, że to prawda. Napisałem kilka przyzwoitych rzeczy, ale działo się to dawno temu, w innym kraju. To jeden z powodów, dla których tak bardzo pragnąłem rzucić się w wir pisania Dziecka Buttercup. Dzięki Narzeczonej księcia zapragnąłem zostać powieściopisarzem; miałem nadzieję, że ten Morgenstern znów mnie nim uczyni.

– Wciąż jest cudowny! – wykrzyknął w tym momencie Willy.

– Ciii, w porządku – mruknąłem. – Naprawdę.

Spojrzał na mnie; próbowałem ukryć, co czuję, wiedziałem jednak, że dostrzega to w moich oczach.

A potem upiorny Vonya poprowadził nas parę kroków dalej, otworzył drzwi, gestem zaprosił nas, żebyśmy weszli, i odszedł.

Zostaliśmy sami w Sanktuarium.

Willy wciąż się gotował.

– Nie cierpię tego gościa!

Myślicie, że nie chciałem go za to uściskać? Ale z trudem się opanowałem.

– Czas trochę popracować – wymamrotałem i zacząłem rozglądać się po pokoju.

Nie był zbyt wielki. Tysiące listów, wszystkie skatalogowane, albumy zdjęć rodzinnych, każdy z opisem wyjaśniającym znaczenie danego ujęcia.

Ale to notesy interesowały mnie najbardziej. Morgenstern słynął z drobiazgowości. Najpierw jednak obejrzałem albumy, próbując zrozumieć, jak wyglądało jego życie w pełni rozkwitu talentu.

I wtedy usłyszałem niezwykłą uwagę Willy’ego:

– Wiedziałeś, że Hrabia Rugen zabił Iniga?

Odwróciłem się do niego.

– O czym ty mówisz?

Wskazał ręką notes, który zdjął z półki, i zaczął czytać:

– „Dziś rano obudziłem się z myślą, że Rugen faktycznie powinien zabić Iniga. Jasne, w ten sposób tracę całe »Witaj, nazywam się Inigo Montoya« i będzie mi tego brakowało. Ale jeśli Inigo umrze, Westley będzie musiał pokonać zarówno Humperdincka, jak i Rugena, choć niedawno został zamordowany. A pamiętajmy, że to Westley jest głównym bohaterem”.

Tymczasem zdążyliśmy już zasiąść przy stole, przyglądając się dziennikowi z Narzeczonej księcia.

Kto by pomyślał, że coś takiego w ogóle istnieje.

Co za cud – siedziałem tam, w sanktuarium Morgensterna, wraz z wnukiem, w głowie wirowały mi wspomnienia ojca, tego jak czytał w swej kiepskiej angielszczyźnie, na zawsze odmieniając moje życie.

Willy przewrócił kartkę i znów zaczął czytać na głos:

– „Postanowiłem, że Inigo nie może umrzeć. Nie spałem pół nocy i w końcu spróbowałem napisać scenę, w której zabija Rugena, raz po raz powtarzając ten sam tekst, aż w końcu krzyczy: »Chcę mojego ojca, ty sukinsynu!« – i kiedy zapisałem te słowa, uświadomiłem sobie, iż sam najbardziej na świecie pragnę odzyskać swego ojca, choć wiem, że to niemożliwe – toteż Inigo zwycięży i przeżyje, a Westley będzie musiał zadowolić się pokonaniem jedynie Humperdincka”.

Willy uniósł wzrok znad dziennika.

– Rany, o mało nie popsuł swojej własnej książki.

Przytaknąłem, cofając się myślami i zastanawiając się, czy mnie samego też nawiedziły podobne wątpliwości. Pamiętam, że bardzo nie chciałem zabijać Butcha i Sundance’a, ale musiałem, bo w prawdziwym życiu obaj zginęli, tak jak opisałem, i nie mogłem zmieniać historii wyłącznie po to, by ocalić szczęśliwe zakończenie.

Oto jednak Morgenstern, człowiek, który tak bardzo wpłynął na moje życie, próbował zrobić coś, co zawsze budziło we mnie sprzeciw – zastanawiał się nad zmianą historii – i to mnie poruszyło.

Słuchajcie, minęły setki lat, odkąd Floren był potęgą europejską, ale kiedyś wszystko to miało znaczenie, tak jak każda prawda. Gdybyście poczytali podręczniki historii tak jak ja, odkrylibyście, że owszem, istniał Vizzini, choć naukowcy nigdy nie zdołali w pełni dowieść, że był garbusem. Wiemy tylko, że na pewno miał jedną nogę krótszą. I że pochodził z Sycylii.

I owszem, wynajął Fezzika i Iniga. A Fezzik ustanowił wiele rekordów w świecie tureckich zapasów, część z nich imponuje do dzisiaj. A Iniga Montoyę uważa się za największego szermierza w dziejach – sprawdźcie sami w dowolnej książce na temat sztuki stali.

No dobrze, Vizzini ich wynajął, wiemy, dlaczego nie udało im się, człowiek w czerni ich powstrzymał, Buttercup przeżyła. I co najważniejsze: Inigo zabił Hrabiego Rugena. To historia Florenu. Byłem w komnacie, w której zginął ów złowrogi szlachcic. (I znów, specjaliści wciąż dyskutują, w którym konkretnie miejscu w komnacie doszło do owego zgonu. Osobiście nie obchodzi mnie, czy zginął przy stole bilardowym, czy w najdalszym kącie.)

Ale nie można zmieniać historii wyłącznie do celów opowieści, Inigo nie mógł zginąć, ponosząc klęskę, po wszystkim, przez co przeszedł, aby pomścić ojca.

– Przeskocz naprzód – poprosiłem. – O jakiej ważnej następnej ważnej rzeczy pisze?

Willy przerzucił kilka kartek, zatrzymał się i jęknął.

– Szekspir – rzekł. – Naprawdę muszę?

Gestem poleciłem mu kontynuować lekturę.

– „Większą część nocy krążyłem tam i z powrotem. Wspominałem czasy, gdy byłem dzieckiem, a ojciec zabrał mnie do Danii, do zamku Elsynor i oznajmił, że właśnie tutaj, wewnątrz tych murów miała miejsce największa tragedia wszechczasów: dzieje Hamleta. (W sadze islandzkiej na imię miał Amleth.) Następnie wyjaśnił, że stryj otruł jego ojca, później poślubił matkę i że na pewno zachwycę się, czytając o tym, gdy będę nieco mądrzejszy.

Szekspir wykorzystał ten skrawek historii, uczynił go wielkim, ale nie zmienił podstawowych faktów dla swoich potrzeb. Na przykład nie kazał Hamletowi ginąć w niesławie.

A ja omal nie sprawiłem, że Inigo przegrał ze złym Rugenem.

Powinienem się wstydzić, że prawie to zrobiłem. Inigo zasłużył na swe miejsce w naszych dziejach. Westley to największy z naszych bohaterów. Nie mogę dewaluować jego osiągnięć.

Przysięgam, że w przyszłości spiszę się lepiej”.

Nawet nie wiecie, jak mi ulżyło, gdy to usłyszałem.

* * *

I wtedy nagle nadeszła pora lunchu. Spędziliśmy tam ponad dwie godziny, powoli przewracając kartki dziennika, i nie przeczytaliśmy nawet jednej dziesiątej.

– Wielka szkoda, że nie możemy zabrać tego do hotelu – powiedział Willy.

Wiedział jednak, że to niemożliwe – na ścianach wisiały tablice ostrzegające w wielu językach, by niczego nie wynosić – bez żadnych wyjątków.

– Nie widziałeś gdzieś dziennika z Dziecka Buttercup? – spytałem. – Bo ja nie.

Pokręcił głową.

– Nie było tu zbyt wielu dzienników. Może go nie napisał.

Podszedł do półki i odstawił Narzeczoną księcia.

– Może zapytam Vonyę. A nuż ma go w swoim biurku czy gdzieś.

– Dziadku, to chyba niezbyt rozsądne.

– Szybkie pytanie: w czym mogłoby zaszkodzić?

I wtedy Willy młodszy posłał mi przeciągłe spojrzenie.

– No co?

– Nie rozmawiaj z tym gościem. Nie dawaj mu szansy, żeby powiedział ci coś jeszcze.

Miał rację. Opuściliśmy Sanktuarium i muzeum i zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca, żeby coś zjeść, ale było zimno i choć Willy miał na sobie kurtkę, to najcieplejszą zostawił w hotelu i chciał tam wrócić, więc tak zrobiliśmy.

Położyłem się na łóżku. Tymczasem Willy, nadal w kurtce, zniknął w łazience. Wyłonił się z niej po dłuższej chwili, przeszedł do salonu w naszym apartamencie, pokręcił się minutę.

– Dziadku?! – zawołał.

– Kogóż to masz na myśli?

Nie lubi, kiedy zachowuję się dziecinnie.

– Hłe, hłe, hłe.

– Co z tym dziadkiem?

– Co byś powiedział na wielkiego ptaka? – Zmaterializował się w drzwiach. – Pamiętasz końcówkę tego rozdziału Dziecka Buttercup, kiedy Fezzik spada na spotkanie śmierci, trzymając w objęciach Waverly? Co byś pomyślał, gdyby wleciał olbrzymi gadający ptak i ich ocalił?

– Gadający ptak? Daj spokój. Może i historycy nie są pewni tego, jak Fezzikowi udało się przeżyć, ale wiem, że Morgenstern nigdy nie zniżyłby się do czegoś tak idiotycznego. No wiesz, równie dobrze skały na dnie przepaści mogłyby okazać się gumowe, tak że Fezzik poodbijałby się trochę i ocalił życie. To miałoby mniej więcej tyle samo sensu.

– Ach tak, Panie Cwaniaku? – Na moment zniknął mi z oczu, a potem wrócił i zaczął czytać na głos.

– „Żałuję, że nie przemyślałem, w jaki sposób zdołam ocalić Fezzika, zanim zanurkował w przepaść. Mógł po prostu wyciągnąć rękę i w ostatniej chwili złapać Waverly. Dlaczego wciąż stwarzam sobie podobne problemy? I znów wracamy do kwestii Hamleta. Jak bardzo można manipulować prawdą w imię sztuki?” – Willy przewrócił kartkę. – „Mój podstawowy problem z ocaleniem Fezzika jest taki, że osobiście nie bardzo mogę uwierzyć w istnienie olbrzymiego ptaka. Choć widziałem szkielet, choć nasi najwięksi uczeni zapewniali mnie, że faktycznie patrolował nasze niebo, nadal czuję, że ów legendarny ratunek trąci czystym przypadkiem. Kto wie, jak w końcu rozwiążę ten problem?”.

Nim jeszcze skończył, zerwałem się z łóżka, wbijając wzrok w to, co czytał. Natychmiast zrozumiałem, co zrobił. Schował dziennik pod kurtkę i pojąłem dlaczego – żebym mógł przyjąć ten dar, nie wysłuchując dalszych obelg. Wiedziałem też, że za kilka godzin zwrócimy go na miejsce i nikt nawet nie zorientuje się, że zniknął.

Ostrożnie odebrałem go Willy’emu, szybko przerzuciłem kartki i odkryłem, że dowiem się z nich o dzieciństwie Westleya, nim stał się parobkiem, o wielkim romansie Fezzika i złamanym sercu Iniga, a także koszmarach Buttercup, które zaczęły się sprawdzać, i o problemach Cudownego Cyryla z pamięcią oraz o najgroźniejszym morskim potworze, który odkrywa, że na Wyspie Jednego Drzewa mieszkają ludzie, smakowici ludzie.

Trzymałem w dłoniach Dziennik Buttercup. Niesamowita sprawa.

Teraz pozostawało już tylko przewrócić stronicę...

* * *

…A jeśli Wy, Drodzy Czytelnicy, jak kiedyś mawialiśmy, przewróciliście stronice, cóż Was tu czeka?

Jedynie wstęp do wydania z okazji dwudziestopięciolecia, na który – mam nadzieję – już zerknęliście, a potem moje „najlepsze kawałki” Narzeczonej księcia oraz jeden jedyny skrócony rozdział Dziecka Buttercup. Ale proszę, nie rozpaczajcie.

Nigdy nie pracowałem ciężej niż przez te ostatnie dni. Czasem sam, czasem z cudownym dzieckiem, które ma jeszcze większy odjazd na punkcie ukończenia badań i samej książki niż wy.

Przestałem już składać obietnice, ale jedną złożę teraz (tę samą, którą złożyłem Willy’emu, kiedy zabrałem go na grób Fezzika; Andre zmarł wiele lat wcześniej, jak powiedział, musiał jeszcze popracować nad swoją „psacią”): przed (ugh) pięćdziesiątą rocznicą Narzeczonej księcia dostaniecie w swoje ręce Dziecko Buttercup.

Mam też z góry nadzieję, że wam się spodoba… A jeśli nie, proszę, nie mówcie mi.

WSTĘP DO JUBILEUSZOWEJ EDYCJI

Z OKAZJI DWUDZIESTOPIĘCIOLECIA

PIERWSZEGO WYDANIA

NARZECZONEJ KSIĘCIA

William Goldman

TO WCIĄŻ MOJA NAJULUBIEŃSZA książka świata.

I dziś bardziej niż kiedykolwiek żałuję, że to nie ja ją napisałem. Czasami lubię sobie wyobrażać, że to zrobiłem, że to ja wymyśliłem Fezzika (mojego ulubionego bohatera), że to moja wyobraźnia przywołała scenę z iokainą i pojedynek umysłów na śmierć i życie.

Niestety, wszystko to wymysły Morgensterna i muszę się zadowolić się faktem, iż mój skrót (choć w 1973 roku zmiażdżony przez wszystkich ekspertów od florenistyki – recenzje w pismach naukowych były brutalne, w całej mojej karierze autorskiej tylko Chłopcy i dziewczęta dostali gorsze manto) przynajmniej przedstawił Morgensterna szerszej publiczności amerykańskiej.

Czy istnieje coś silniejszego niż wspomnienia z dzieciństwa? Nie, przynajmniej dla mnie. Wciąż często nawiedza mnie sen o mym biednym, smutnym ojcu, czytającym na głos książkę – tyle że we śnie nie jest wcale biedny i smutny, miał cudowne życie, życie, na które zasłużył jako człek przyzwoity. A kiedy czyta, jego angielski, w świecie rzeczywistym tak boleśnie kaleki, brzmi wspaniale. I on sam jest szczęśliwy. A moja matka taka dumna…

Jednak nasze obecne spotkanie zawdzięczamy filmowi. Wątpię, by moi wydawcy zdecydowali się wydać pieniądze na tę edycję, gdyby nie film. Jeśli to czytacie, stawiam dolary przeciwko orzechom, że go widzieliście. Kiedy pierwszy raz trafił do kin, cieszył się sporym powodzeniem, ale dopiero po jego ukazaniu się na kasetach wideo wśród ludzi rozeszła się fama. Film stał się wielkim przebojem w wypożyczalniach i wciąż nim pozostaje. Jeśli macie dzieci, pewnie oglądaliście go razem. Robin Wright rozpoczęła swoją karierę od roli Buttercup i jestem pewien, że wszyscy zakochali się w niej ponownie w Forreście Gumpie. (Osobiście uważam, że to jej zawdzięcza on ów fenomenalny sukces. Była tak urocza, taka ciepła, że wszyscy kibicowaliśmy z całych sił biednemu, głupkowatemu Tomowi Hanksowi, by mógł żyć długo i szczęśliwie z kimś właśnie takim.)

Większość z nas uwielbia filmowe historie. Może w czasach świetności Broadwayu ludzie uwielbiali też opowieści teatralne, ale już nie dzisiaj. I założę się, że nikt nie błaga Julii Louis-Dreyfus, by opowiedziała o tym, co czuła, kręcąc osiemdziesiąty dziewiąty odcinek Seinfelda. A opowieści pisarzy? Wyobrażacie sobie, że przyłapujecie gdzieś Dostojewskiego i błagacie o zabawne anegdotki z czasu tworzenia Idioty?

Tak czy inaczej, oto kilka filmowych wspomnień z Narzeczonej księcia, których możecie jeszcze nie znać.

Aby skrócić powieść Morgensterna, zrobiłem sobie przerwę w pisaniu scenariusza Żon ze Stepford. Wkrótce ktoś u Foxa usłyszał o nowym projekcie, zdobył maszynopis książki, spodobała mu się i wyraził chęć nakręcenia filmu. Mówimy tu o początku roku siedemdziesiątego trzeciego. Tym „ktosiem” w Foxie był zatwierdzacz (kolaudator?), który sam siebie nazywa „zielonoświatłowcem”.

W pismach takich jak „Premiere”, „Entertainment Weekly” i „Vanity Fair” znajdziecie wiele niekończących się list stu najpotężniejszych osób w studiach filmowych. Wszyscy ci idioci mają wspaniałe tytuły: wiceprezes do spraw tego i owego, główny menedżer od tego i tamtego, i tak dalej.

Prawda jest taka – to wszystko wypierdki.

Tylko jedna osoba w każdym studiu dysponuje czymkolwiek przypominającym władzę: to właśnie zatwierdzacz (kolaudator?). Bo dzięki zatwierdzaczom (kolaudatorom?) powstają filmy.

To on (albo ona) przeznacza pięćdziesiąt milionów dolców, jeśli film ma trafić do Sundance, bądź trzy razy więcej na widowisko z efektami specjalnymi.

A zatwierdzaczowi Foxa spodobała się Narzeczona księcia.

Problem w tym, że nie był pewien, czy to faktycznie materiał na film. Zawarliśmy zatem szczególny układ – oni kupią książkę, ale nie scenariusz, o ile nie zdecydują się rozpocząć produkcji. Innymi słowy do obu stron należało po pół tortu, choć zatem zmęczyła mnie praca nad skrótem, dałem się ponieść entuzjazmowi i natychmiast potem przygotowałem scenariusz.

Mój rewelacyjny agent Evarts Ziegler przyjechał do miasta. To Ziegler załatwił mi umowę na Butcha Cassidy’ego, która wraz ze Złotą świątynią, pierwszą powieścią, najmocniej odmieniła moje życie. Poszliśmy na lunch do Lutece, pogawędziliśmy, nacieszyliśmy się własnym towarzystwem, rozstaliśmy, ja wróciłem do biura na Upper East Side, w budynku mającym basen. Kiedyś pływałem co dzień, bo w tamtych czasach miałem poważne kłopoty z kręgosłupem, a pływanie je łagodziło. Szedłem właśnie na ów basen, gdy uświadomiłem sobie: nie mam ochoty pływać.

Pragnąłem jedynie wrócić do domu, i to szybko. Bo zacząłem mieć okropne dreszcze. Dotarłem na miejsce, położyłem się do łóżka, dreszcze zastąpił pożar. Helen, moja żona, supergwiazda wśród psychiatrów, wróciła z pracy, rzuciła na mnie okiem i natychmiast zawiozła do szpitala.

Oglądała mnie cała parada najróżniejszych doktorów – wszyscy wiedzieli, że dzieje się coś poważnego, ale nikt nie miał pojęcia co.

Obudziłem się o czwartej nad ranem i wiedziałem już, co jest nie tak. W jakiś sposób okropne zapalenie płuc, które omal mnie nie zabiło, kiedy miałem dziesięć lat, i które sprawiło, że ojciec w ogóle przeczytał mi Narzeczoną księcia, żebym mógł przetrwać tych kilka żałośnie paskudnych, poszpitalnych dni – to samo zapalenie wróciło teraz, by dokończyć dzieła.

I w tym momencie, w tamtym szpitalu (owszem, wiem, że zabrzmi to wariacko), gdy obudziłem się w bólu i malignie, w jakiś sposób pojąłem, że jeśli mam przeżyć, muszę wrócić do czasów dzieciństwa. Zacząłem głośno wołać nocną pielęgniarkę…

…Ponieważ w jakiś sposób moje życie i Narzeczona księcia połączyły się na zawsze.

Kiedy siostra się zjawiła, poprosiłem, by poczytała mi Morgensterna.

– Co takiego, panie Goldman? – spytała.

– Proszę zacząć od Zoo Śmierci – poleciłem, a potem rzekłem: – Nie, nie, wykluczone. Zacznijmy od Urwisk Szaleństwa.

Pielęgniarka przyglądała mi się chwilę, po czym pokiwała głową.

– A, jasne, tam właśnie zacznę, ale zostawiłam Morgensterna na biurku. Przyniosę go.

Nim się zorientowałem, zjawiła się Helen. I kilku innych lekarzy.

– Poszłam do twojego gabinetu, chyba znalazłam właściwe strony. Co takiego mam ci przeczytać?

– Nie chcę, żebyś ty cokolwiek czytała, Helen, nigdy nie lubiłaś tej książki i nie masz ochoty mi jej czytać. Robisz to tylko dla mnie, a poza tym nie ma tam dla ciebie roli.

– Mogłabym być Buttercup…

– Czy to scenariusz? – wtrącił nagle przystojny lekarz. – Zawsze chciałem zostać gwiazdą filmową.

– Pan będzie człowiekiem w czerni – poinformowałem, potem wskazałem ręką rosłego doktora w drzwiach. – Proszę spróbować Fezzika.

I tak właśnie po raz pierwszy usłyszałem scenariusz. Owi medycy i moja genialna żona zmagali się z nim w środku nocy, podczas gdy ja, trawiony gorączką, na przemian zamarzałem i oblewałem się potem.

Po jakimś czasie zasnąłem i pamiętam, że tuż przedtem pomyślałem, iż rosły doktor radzi sobie całkiem nieźle, a Helen, choć źle obsadzona, okazała się zupełnie sprawną Buttercup. I co z tego, że przystojny doktor gra sztywno? Jednak przeżyję.

Taki był początek życia scenariusza.

A potem zatwierdzacz z Foxa wysłał go do Richarda Lestera w Londynie – Lester reżyserował między innymi Noc po ciężkim dniu, pierwszy cudowny film Beatlesów – po czym spotkaliśmy się, zaczęliśmy pracę, rozwiązywaliśmy problemy. Zatwierdzacz (kolaudator?) był zachwycony, wszystko szło wspaniale…

…a potem został zwolniony i zastąpił go nowy zatwierdzacz.

Oto, co dzieje się, gdy następuje coś takiego: stary zatwierdzacz (kolaudator?) traci epolety i możliwość dostania się do Mortona w poniedziałkowy wieczór. Odchodzi z pracy bardzo bogaty – był przecież przygotowany na tę ewentualność – ale w niesławie.

A nowy zatwierdzacz wstępuje na tron, przestrzegając jednego, wykutego w kamieniu niezmiennego prawa: nic, nad czym pracę rozpoczął jego poprzednik, nie może zostać ukończone. Dlaczego? Powiedzmy, że nakręcą film. Powiedzmy, że okaże się hitem. Komu przypadnie zasługa? Staremu zatwierdzaczowi. A kiedy nowy zatwierdzacz, który może teraz dostać się do Mortona w poniedziałki, będzie musiał przedzierać się przez zebrany tam tłum, będzie wiedział, że koledzy po fachu drwią za jego plecami: „Co za palant, to nie był jego film”.

Śmierć.

I tak Narzeczona księcia została pogrzebana, być może na zawsze.

A ja zrozumiałem, że straciłem nad nią władzę. Fox miał książkę. Co z tego, że sam miałem scenariusz; mogli przecież zamówić kolejny. Mogli zmienić wszystko, co tylko zechcą. Zrobiłem wtedy coś, z czego jestem autentycznie dumny: odkupiłem od studia książkę za moje własne pieniądze. Myślę, że podejrzewali, iż mam jakąś umowę albo plan, ale nie. Po prostu nie chciałem, żeby jakiś kretyn zniszczył coś, co, jak zrozumiałem, było najważniejszą rzeczą, do jakiejkolwiek przyłożyłem rękę.

Po długich negocjacjach odzyskałem tę powieść. Teraz byłem jedynym idiotą, który mógł ją zniszczyć.

* * *

Słyszałem niedawno, że świetna książka Jacka Finneya Time and Again po niemal dwudziestu latach wciąż nie trafiła na ekran. Narzeczonej księcia nie zabrało to aż tak długo, ale niewiele krócej. Nie prowadziłem zapisków, toteż wszystko odtwarzam z pamięci. Musicie zrozumieć, że aby ktoś nakręcił film, potrzeba dwóch rzeczy: zapału i pieniędzy. Okazało się, że mnóstwo ludzi uwielbia Narzeczoną księcia. Znałem co najmniej dwóch zatwierdzaczy, którzy szaleli na jej punkcie. Którzy uścisnęli mi dłoń, przyklepując umowę. Którzy pragnęli nakręcić Narzeczoną księcia bardziej, niż jakikolwiek inny film.

I którzy obaj zostali zwolnieni w weekend przed rozpoczęciem prac. Jedno studio (niewielkie) w ogóle zamknęło się w weekend przed rozpoczęciem prac. Scenariusz zaczął powoli zyskiwać reputację – w pewnym artykule nazwano go jednym z najlepszych, których nigdy nie nakręcono.

W istocie po ponad dziesięciu latach sądziłem już, że do tego nie dojdzie. Za każdym razem, gdy ktoś okazywał zainteresowanie, czekałem, aż miecz spadnie nam na głowy – i zawsze spadał. Lecz bez mojej wiedzy dziesięć lat przed ostatecznym zbawieniem drobne wydarzenie rozpoczęło łańcuch innych, które w końcu doprowadziły do powstania filmu.

Po skończeniu zdjęć do Butcha Cassidy i Sundance Kida na jakiś czas zrobiłem sobie wolne od kina (jesteśmy z powrotem pod koniec lat sześćdziesiątych). Chciałem spróbować czegoś zupełnie nowego: innego niż beletrystyka.

Napisałem zatem książkę o Broadwayu zatytułowaną Sezon. Przez ten rok setki razy chodziłem do teatru, zarówno w Nowym Jorku, jak i poza nim, i obejrzałem co najmniej raz wszystkie sztuki. Ale najwięcej razy oglądałem świetną komedię zatytułowaną Coś innego, napisaną przez Carla Reinera.

Sam Reiner ogromnie mi pomógł i byłem mu bardzo wdzięczny. Kiedy skończyłem Sezon, wysłałem mu egzemplarz. Kilka lat później, po ukończeniu Narzeczonej księcia, wysłałem też tę powieść, a on pewnego dnia wręczył ją najstarszemu synowi.

– Oto coś – powiedział do Roberta – co powinno ci się spodobać.

Miało minąć jeszcze dziesięć lat, nim Rob rozpoczął karierę reżyserską. Potem jednak, w roku 1985, spotkaliśmy się, a Norman Lear (niech go Bóg błogosławi) dał nam pieniądze, żebyśmy mogli rozpocząć kręcenie filmu.

Nadzieja umiera ostatnia.

* * *

Pierwsze czytanie scenariusza zorganizowaliśmy w hotelu w Londynie wiosną osiemdziesiątego szóstego. Był tam Rob, a także jego producent, Andy Scheinman. Byli Cary Elwes i Robin Wright, Westley i Buttercup, a także Chris Sarandon i Chris Guest, czarne charaktery, książę Humperdinck i Hrabia Rugen. Oraz Wally Shawn, złowrogi geniusz Vizzini. Był tam Mandy Patinkin, który grał Iniga, oraz siedzący samotnie i w ciszy – zawsze starał się siedzieć w ciszy – Andre the Giant, odtwórca roli Fezzika.

Trudno to nazwać zwykłym kółkiem dyskusyjnym.

W kącie z uprzejmym uśmiechem siedziałem też moi. Dwie bardzo ważne postaci, które wywarły wpływ na me życie w przemyśle rozrywkowym – Elia Kazan i George Roy Hill – powiedziały mi to samo podczas wywiadów: że do czasu pierwszego czytania z obsadą najważniejsza część prac dobiegła końca. Jeśli macie dobry scenariusz i właściwie go obsadzicie, istnieje szansa zrobienia czegoś dobrego. Ale jeśli nie, nie ma znaczenia, jak będzie przebiegał dalszy proces, bo film od początku jest martwy.

Laikom wyda się to obłędem i tak być powinno, ale w istocie to szczera prawda. A oto powód, dla którego uznajemy to za szaleństwo: pismo „Premiere” nie przygląda się pracom nad scenariuszem. „Entertainment Tonight” nie śledzi procesu obsadowego. Pojawiają się dopiero podczas kręcenia filmu, najmniej ważnej części całego tworzenia. Zapamiętajcie sobie: kręcenie to fabryka montująca z części samochód.

* * *

Podczas owej pierwszej próby najsłabsze ogniwo stanowił A.R. Roussimoff. Występując pod pseudonimem Andre the Giant był najsłynniejszym wrestlerem świata. Przez lata wierzyłem, że jeśli ma w ogóle powstać film, to on powinien zagrać Fezzika, najsilniejszego z ludzi.

Rob także sądził, że Andre może nadawać się do tej roli – problem polegał na tym, że nikt nie mógł go znaleźć. Przez ponad trzysta trzydzieści dni w roku występował na ringu i stale gdzieś podróżował.

Próbowaliśmy zatem obsadzić kogoś innego. Były to najosobliwsze zdjęcia próbne, jakie zdarzyło mi się oglądać. Zjawiali się potężni goście – mówimy tu o naprawdę dużych facetach – ale nie olbrzymi. Od czasu do czasu znajdowaliśmy olbrzyma, okazywało się jednak, że nie umie grać albo jest za chudy, a chudy olbrzym zupełnie nie pasował do naszej wizji.

I wciąż nie mieliśmy Andre.

Pewnego dnia Robin i Andy sprawdzali we Florenie ostatnie plenery, kiedy dostali cynk – następnego popołudnia Andre będzie w Paryżu. Polecieli na spotkanie z nim. Nie jest to takie łatwe, bo z Florenu nie ma żadnych bezpośrednich lotów do głównych europejskich stolic, nie mówiąc już o fakcie, że rozkład lotów zależy od obłożenia – wszystkie samoloty Floreńskich Linii Lotniczych są zawsze zatłoczone, bo linie czekają ze startem na wyprzedanie biletów i pozwalają nawet ludziom stać w przejściach. (Sam widziałem coś takiego tylko raz w Rosji, podczas koszmarnego przelotu z Tbilisi do Sankt Petersburga.) Ostatecznie Rob i Andy musieli wynająć niewielki samolot śmigłowy, żeby dotrzeć na miejsce. Kiedy zjawili się w Ritzu, odźwierny powitał ich dziwnym tonem.

– Pewien człowiek czeka na panów w barze.

Andre był dla mnie trochę jak Pentagon – nieważne, jak wielki się nam wydaje, bo kiedy podchodzimy bliżej, okazuje się jeszcze większy.

Andre był większy.

Według oficjalnych dokumentów ważył dwieście sześćdziesiąt kilo i miał dwieście dwadzieścia cztery centymetry wzrostu, ale nie był do końca pewny tych liczb i nie spędzał zbyt wiele czasu na wadze. Opowiadał mi, że kiedyś zachorował i w trzy tygodnie stracił pięćdziesiąt kilo, poza tym jednak nie rozmawiał nigdy o swoich rozmiarach.

Pogawędzili trochę w barze, potem poszli do pokoju Roba, gdzie przejrzeli scenariusz. Od razu zrozumieli kilka rzeczy: Andre miał zabójczy francuski akcent, a co gorsza, jego głos zdawał się dobiegać prosto z lochów.

Rob jednak zaryzykował i dał mu tę rolę. Nagrał także dla Andre jego teksty na taśmie – wszystkie, co do zdania, łącznie z akcentami – by Andre mógł wziąć ją ze sobą w trasę i nauczyć się na pamięć przed rozpoczęciem prób.

Tego dnia próba w Londynie z rozmysłem przebiegała swobodnie: parę czytań scenariusza, kilka komentarzy. Nastało piękne popołudnie, toteż zrobiliśmy przerwę na lunch i znaleźliśmy sobie w pobliżu bistro ze stolikami na zewnątrz. Wszystko szło idealnie, tyle że krzesło okazało się stanowczo za małe dla Andre – szerokością dostosowano je do zwykłych istot ludzkich i poręcze były za blisko. W środku stał stolik z ławą, ktoś zaproponował, żebyśmy tam zjedli. Ale Andre nie chciał o tym słyszeć, usiedliśmy zatem na dworze. Wciąż widzę go, jak rozsuwa szeroko metalowe poręcze, wciska się między nie, a potem poręcze odskakują na miejsce, przygniatając go przez resztę posiłku. Nie jadł zbyt wiele, a sztućce w jego olbrzymich dłoniach wyglądały jak dziecięce zabawki.

Po lunchu znów podjęliśmy próby, teraz zajęliśmy się poszczególnymi scenami. Andre pracował z naszym Inigo, Mandym Patynkinem. Widziałem wyraźnie, że słuchał taśm Roba – ale nie dało się zaprzeczyć, że jego czytania szły bardzo wolno i zdecydowanie monotonnie.

Odgrywali właśnie scenę po ponownym spotkaniu. Mandy starał się wyciągnąć z Andre informacje, a Andre dukał kolejne wyuczone na pamięć zdanie. Mandy jako Inigo próbował poganiać Fezzika. Andre znów odpowiedział, recytując powoli. Powtarzali to raz po raz, Mandy jako Inigo prosił Andre jako Fezzika, żeby mówił szybciej – a Andre odpowiadał z tą samą szybkością jak wcześniej…

Aż wreszcie Mandy rzucił „Szybciej, Fezziku!” i bez żadnego ostrzeżenia wymierzył olbrzymowi siarczysty policzek.

Wciąż widzę zaskoczone oczy Andre. Nie sądzę, by od czasu dzieciństwa ktokolwiek uderzył go poza ringiem. Popatrzył na Mandy’ego… Wszyscy umilkli. Na moment zawiesił głos, cały pokój wypełniła martwa cisza.

A potem Andre zaczął mówić szybciej, nagle jakby coś w nim zaskoczyło, włożył w swą rolę więcej tempa i energii. Widać było niemal kręcące się trybiki: „Ach, a więc to tak się to robi poza ringiem! Spróbujmy na trochę”. W istocie ów policzek stanowił początek najszczęśliwszego okresu jego życia.

Dla mnie też był to cudowny okres. Po ponad dziesięciu latach czekania najważniejsza książka mojej młodości na mych oczach zyskiwała nowe życie. Kiedy skończyliśmy i zobaczyłem gotowy produkt, pojąłem, że w całej mojej karierze tak naprawdę szczerze kochałem tylko dwa filmy, w których powstaniu uczestniczyłem: Butcha Cassidy i Sundance Kida oraz Narzeczoną księcia.

Ale film nie tylko sprawił mi wiele radości, uczynił więcej: tchnął w książkę nowe życie. Znów zacząłem dostawać cudowne listy, jeden przyszedł nawet dzisiaj – słowo harcerza! – od mężczyzny z L.A., którego rzuciła jego Buttercup. Po dziesięciu latach rozstania usłyszał, że ma kłopoty, wysłał jej zatem egzemplarz powieści i, no cóż, są teraz razem. Myślicie, że to nie wspaniałe uczucie – zwłaszcza dla kogoś, kto jak ja spędził całe swe życie zaszyty w norze, pisząc – wiedzieć, że może dotknąć innego człowieka? Nie ma niczego lepszego.

Oczywiście są też rzeczy, których żałuję. Żal mi kłopotów prawnych ze spadkobiercami Morgensterna, o których więcej opowiem później. Żal mi, że nie wyszło nam z Helen. (Nie żebyśmy oboje nie wiedzieli, co się święci – ale czy musiała odejść akurat w dniu nowojorskiej premiery filmu?) I żal mi, że Urwiska Szaleństwa stały się obecnie największą atrakcją turystyczną Florenu, bo bardzo to uprzykrza życie miejscowym strażnikom leśnym.

Ale takie jest życie na tym świecie. Nie można mieć wszystkiego.

TO JEST MOJA NAJUKOCHAŃSZA książka na świecie, choć nigdy jej nie czytałem.

Jak to w ogóle możliwe? Postaram się wytłumaczyć. Jako dziecko zupełnie nie interesowałem się książkami. Nienawidziłem czytania, wręcz nie radziłem sobie z nim, a poza tym jak można marnować czas na lekturę, gdy wokół czekał sport, napraszający się, by wciąż grać? Koszykówka, baseball, kulki – nigdy nie miałem dosyć. Nie byłem nawet zbyt dobrym sportowcem, ale dajcie mi piłkę i puste podwórko, a wymyślę gole i zwycięstwa, które sprawią, że będziecie mieli łzy w oczach. Szkoła stanowiła prawdziwą torturę. Panna Roginski, moja nauczycielka od trzeciej do piątej klasy, bez przerwy odbywała spotkania z moją matką.

– Mam wrażenie, że Billy nie przykłada się do nauki tak bardzo, jak powinien.

Albo:

– W testach Billy osiąga naprawdę doskonałe wyniki, biorąc pod uwagę przeciętną jego ocen.

Albo najczęściej:

– Sama nie wiem, pani Goldman. Co my zrobimy z Billym?

Co my zrobimy z Billym? To pytanie prześladowało mnie przez pierwszych dziesięć lat życia. Udawałem, że nic mnie nie obchodzi, ale w głębi ducha byłem przerażony. Ze wszystkim pozostawałem za wszystkimi w tyle. Nie miałem bliskich przyjaciół, nikogo, kto podzielałby moje szalone zainteresowanie wszelkimi możliwymi sportami. Sprawiałem wrażenie stale zajętego; zajętego, lecz przypuszczam, że gdyby ktoś zaczął mnie wypytywać, musiałbym przyznać, że w gruncie rzeczy jestem ciągle sam.

– Co my z tobą poczniemy, Billy?

– Nie wiem, proszę pani.

– Jak mogłeś oblać ten sprawdzian z czytania? Na własne uszy słyszałam, jak używasz każdego z tych słów.

– Przepraszam, proszę pani. Chyba nie myślałem.

– Ty zawsze myślisz, Billy. Po prostu nie myślałeś o sprawdzianie, to wszystko.

Mogłem jedynie przytaknąć.

– Co to było tym razem?

– Nie wiem. Nie pamiętam.

– Czy znów chodziło o Stanleya Hacka?

(Stan Hack grał u Cubsów na trzeciej bazie w tamtych i przez wiele późniejszych lat. Kiedyś oglądałem jego mecz z ostatnich rzędów i nawet z tej odległości miał najsłodszy uśmiech, jaki w życiu widziałem. Mogę przysiąc, że kilka razy uśmiechnął się wtedy do mnie. Uwielbiałem go. Poza tym uderzał jak z armaty.)

– O Bronko Nagurskiego. To piłkarz. Wielki piłkarz i we wczorajszej gazecie pisali, że może wróci, by znów zagrać z Niedźwiedziami. Wycofał się, kiedy byłem mały, ale gdyby powrócił i gdybym znalazł kogoś, kto zgodziłby się zabrać mnie na mecz, mógłbym zobaczyć, jak gra, a może, jeśli ten ktoś, z kim bym poszedł, znałby go osobiście, mógłbym go potem poznać, gdyby był głodny, poczęstowałbym go kanapką, o ile wziąłbym ją ze sobą. Zastanawiałem się właśnie, jakie kanapki lubi Bronko Nagurski.

Pannie Roginski opadły ręce.

– Masz wspaniałą wyobraźnię, Billy.

Nie wiem, co odpowiedziałem. Prawdopodobnie „dziękuję pani” lub coś w tym stylu.

– Nie mogę jej jednak okiełznać – ciągnęła. – Dlaczego?

– Pewnie potrzebuję okularów i nie czytam zbyt dobrze, bo słowa są całkiem zamazane. To by wyjaśniało, czemu stale mrużę oczy. Może gdybym poszedł do okulisty, który zapisałby mi szkła, zostałbym najlepszym uczniem w klasie i nie musiałaby pani tak często zostawiać mnie po lekcjach.

Panna Roginski wskazała tylko ręką za siebie.

– Zetrzyj tablicę, Billy.

– Tak, proszę pani. – W ścieraniu tablic byłem najlepszy.

– Czy naprawdę są zamazane? – spytała po dłuższej przerwie panna Roginski.

– Och, nie, wymyśliłem to sobie. – Nie mrużyłem też oczu. Tylko że ona wyglądała tak nieszczęśliwie z powodu tego sprawdzianu. Jak zawsze. Zawsze przez całe trzy klasy.

– Jakoś nie mogę do ciebie dotrzeć.

– To nie pani wina.

(Istotnie, nie była to jej wina. Ją też uwielbiałem. Była tłusta i pękata, ale marzyłem, by to ona była moją matką. W żaden sposób nie mogłem sobie tego wyobrazić, chyba że poślubiła kiedyś mojego ojca, potem się rozwiedli i ojciec ożenił się z matką – i w porządku, bo przecież panna Roginski musiała pracować, więc ojcu przyznano opiekę nade mną. Tyle że nigdy nie sprawiali wrażenia, jakby się znali, mój ojciec i panna Roginski. Za każdym razem, gdy się spotykali, co roku podczas przedstawienia na Boże Narodzenie, na którym obecni byli wszyscy rodzice, obserwowałem ich uważnie w szalonej nadziei, że dojrzę jakiś sekretny błysk w oku czy spojrzenie mówiące: „No, co u ciebie, jak się miewasz od czasu naszego rozwodu?”, ale nic z tego. Nie była moją matką, tylko nauczycielką, a ja wyrastałem na jej największą osobistą klęskę.)

– Wszystko będzie dobrze, Billy.

– Mam taką nadzieję, proszę pani.

– Należysz do tych, którzy późno rozwijają swój potencjał. Tak było z Winstonem Churchillem i tak będzie z tobą.

Już miałem zapytać, u kogo grał Winston Churchill, ale jakiś ton w jej głosie ostrzegł mnie, że lepiej, bym tego nie robił.

– I z Einsteinem.

Jego też nie znałem. Nie miałem również pojęcia, co oznacza „potencjał”. Ale, o rany, tak bardzo pragnąłem go mieć.

* * *

Gdy miałem dwadzieścia sześć lat, moja pierwsza powieść, Złota świątynia, ukazała się nakładem Alfreda A. Knopfa (które to wydawnictwo jest obecnie częścią Random House, który z kolei jest częścią RCA, co jest jedynie częścią dzisiejszych problemów wydawniczych w Ameryce, ale nie jest częścią tej historii). W każdym razie jeszcze przed publikacją książki ludzie z reklamy u Knopfa rozmawiali ze mną, próbując znaleźć coś, co mogliby zrobić, by zasłużyć na swoje pensje. Spytali mnie, komu chciałbym wysłać darmowe egzemplarze. Czy znam kogoś, kto ma wpływ na opinię publiczną? Odparłem, że nie, nie znam nikogo takiego, a oni na to: „Pomyśl, każdy ma jakichś znajomych”. I nagle wpadł mi do głowy naprawdę ekscytujący pomysł, więc powiedziałem:

– W porządku, wyślijcie egzemplarz pannie Roginski. – Co, jak mi się wydawało, było rozsądne i logiczne, ponieważ jeśli ktokolwiek miał wpływ na moje myślenie, to właśnie ona. (Nawiasem mówiąc, można ją znaleźć w całej Złotej świątyni, tyle że nazwałem ją „panną Patulski” – nawet wtedy byłem bardzo twórczy.)

– Komu? – spytała jedna z pań z reklamy.

– To moja dawna nauczycielka. Wyślijcie jej egzemplarz, a ja go podpiszę, może jeszcze dodam parę słów...

– Myśleliśmy raczej o kimś bardziej znanym w kraju.

– Panna Roginski – odparłem bardzo cicho. – Po prostu wyślijcie jej egzemplarz, dobrze? Proszę.

Pamiętacie, jak nie zapytałem, u kogo grał Churchill, bo przestraszył mnie ton jej głosu? W tym momencie trafiłem widocznie na ten sam ton. Bez wątpienia coś musiało się stać, bowiem ten gość natychmiast zanotował jej nazwisko, pytając, czy końcówka brzmi „ski” czy „sky”.

– Przez „i” – odparłem, w myślach przebiegając całe lata i próbując ułożyć fantastyczną dedykację. Wiecie: inteligentną, skromną, dowcipną i idealną, ot co.

– Imię?

To natychmiast sprowadziło mnie na ziemię. Nie wiedziałem, jak miała na imię. Zawsze mówiłem o niej „panna”. Nie znałem również adresu. Nie miałem nawet pojęcia, czy w ogóle jeszcze żyje. Od dziesięciu lat nie odwiedziłem Chicago – byłem jedynakiem, oboje rodzice nie żyli, a komu potrzebne Chicago?

– Wyślijcie ją do szkoły podstawowej w Highland Park – powiedziałem wreszcie i najpierw zamierzałem napisać: „Dla panny Roginski – róża późno rozwiniętego potencjału”, potem jednak uznałem, że to zbytnie zarozumialstwo, więc zdecydowałem, że: „Dla panny Roginski – chwast późno rozwiniętego potencjału” będzie skromniejsze. Za skromne, uznałem po chwili i na tym skończyły się błyskotliwe pomysły. Nic nie przychodziło mi do głowy. Nagle pomyślałem: „A jeśli ona w ogóle mnie nie pamięta? Przez te lata przez szkołę przewinęły się setki uczniów, więc dlaczego akurat ja miałbym utkwić jej w pamięci?”. Aż wreszcie, zdesperowany, napisałem: „Dla panny Roginski od Williama Goldmana – nazywała mnie pani Billym i mówiła, że późno rozwinę swój potencjał. Ta książka jest dla pani, mam nadzieję, że się pani spodoba. Byłem pani uczniem w trzeciej, czwartej i piątej klasie, dziękuję pani bardzo. William Goldman”.

Książka wyszła i zebrała cięgi; ja zostałem i doświadczyłem tego samego, oswajając się z rzeczywistością. Debiut nie tylko nie ustalił mojej pozycji jako najbardziej obiecującego młodego autora od czasu Kita Marlowe’a, lecz także na dodatek nikt go nie czytał. Nieprawda. Przeczytało go sporo osób – sami moi znajomi. Mogę jednak śmiało stwierdzić, że nie zachwycił się nim żaden obcy człowiek. Klęska była miażdżąca. Kiedy więc dotarł do mnie list panny Roginski – spóźniony, wysłała go do Knopfa, skąd przekazano mi go dopiero po jakimś czasie – naprawdę potrzebowałem słowa otuchy.

„Szanowny panie Goldman. Dziękuję za książkę. Nie miałam jeszcze czasu, by ją przeczytać, jestem jednak pewna, że to wartościowa pozycja. Oczywiście, że pana pamiętam. Nigdy nie zapominam swoich uczniów. Z poważaniem, Antonia Roginski”.

Byłem załamany. W ogóle mnie nie pamiętała. Siedziałem bez ruchu, trzymając w ręku liścik, zdruzgotany. Ludzie zapominają mnie. Naprawdę. To nie paranoja – po prostu mam zwyczaj umykać im z pamięci. Nie przeszkadza mi to aż tak bardzo, tylko że to kłamstwo. Przeszkadza. Z jakiegoś powodu lokuję się pośród najczęściej zapominanych osób.

Gdy więc panna Roginski przysłała mi list, który sprawił, że stała się taka sama jak wszyscy, ucieszyłem się, że nie wyszła za mąż. Zresztą nigdy jej nie lubiłem, zawsze była okropną nauczycielką i dobrze jej tak, że ma na imię Antonia.

– Nie chciałem, panno Roginski – powiedziałem głośno. Byłem sam w mojej kawalerce we wspaniałej Zachodniej Dzielnicy Manhattanu i gadałem do siebie. – Przepraszam, przepraszam – ciągnąłem. – Musi mi pani uwierzyć, panno Roginski.

Rzecz jasna w tym właśnie momencie zauważyłem w końcu postscriptum. Znajdowało się po drugiej stronie kartki i oto, co w nim znalazłem: „Idiota. Nawet nieśmiertelny S. Morgenstern nie mógłby czuć większej dumy ode mnie”.

S. Morgenstern! Narzeczona księcia! Pamiętała!

Retrospekcja.

Rok 1941. Jesień. Jestem wściekły, bo moje radio nie odbiera meczu futbolowego. Northwestern gra z Notre Dame. Zaczęli o pierwszej, a o pierwszej trzydzieści wciąż nie mogę złapać meczu. Muzyka, wiadomości, opery mydlane – wszystko, tylko nie mecz. Wołam matkę. Po chwili wchodzi do pokoju. Mówię jej, że moje radio jest zepsute, nie mogę znaleźć meczu Northwestern – Notre Dame. Ona na to: chodzi ci o futbol? Tak, tak, tak, mówię. Dziś jest piątek, odpowiada, myślałam, że grają w sobotę. Co za dureń ze mnie!

Leżę na łóżku, słuchając mydlanek, i po jakimś czasie znów zaczynam szukać, a moje głupie radio odbiera każdą chicagowską stację z wyjątkiem tej, która nadaje relację ze stadionu. Zaczynam naprawdę wrzeszczeć i znów wpada matka. Wywalę to radio za okno, mówię, nie chce go złapać, nie chce go złapać! Czego?, pyta matka. Meczu, odpowiadam, jak możesz być taka głupia, meeeeczu. Grają w sobotę i licz się ze słowami, młody człowieku; mówiłam ci już, dziś jest piątek. Matka wychodzi.

Czy jest gdzieś większy osioł?

Upokorzony kręcę gałkami mojego wiernego zenitha w poszukiwaniu meczu. Było to tak frustrujące, że leżałem na łóżku, cały zlany potem, czułem, jak wariuje mi żołądek, i tłukłem pięścią w radio, żeby zaczęło działać. I tak właśnie odkryli, że cierpię na ostre zapalenie płuc.

W dzisiejszych czasach zapalenie płuc to nie to samo co kiedyś. Kiedy ja na nie chorowałem, oznaczało to jakieś dziesięć dni w szpitalu, po czym powrót do domu i długi okres rekonwalescencji. Zdaje się, że były to kolejne trzy tygodnie w łóżku, może nawet miesiąc. Zero energii, żadnych sportów czy gier. Bezwładny jak kłoda, mogłem jedynie z wolna zbierać siły.

I takim właśnie powinniście mnie widzieć, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z Narzeczoną księcia.

To był mój pierwszy wieczór w domu. Nadal czułem się wyczerpany i bardzo chory. Do pokoju wszedł ojciec, jak sądziłem po to, by życzyć mi dobrej nocy. Usiadł na skraju łóżka.

– Rozdział pierwszy. Narzeczona – powiedział.

Dopiero wtedy uniosłem wzrok i przekonałem się, że trzyma w ręku książkę. Już samo to niepomiernie mnie zdziwiło. Mój ojciec był prawie analfabetą. W angielskim. Pochodził z Florenu (miejsce akcji Narzeczonej księcia) i w swoim kraju nie należał do głupców. Wyznał kiedyś, że miał zostać prawnikiem, i może istotnie tak by się stało. Fakty są takie, że jako szesnastolatek wpadł na pomysł, by wyjechać do Ameryki, zaryzykował podróż do krainy marzeń i przegrał. Nie miał zresztą zbyt wielkich szans. Nigdy nie był specjalnie przystojny – bardzo niski i od wczesnej młodości łysy. Poza tym nauka nie przychodziła mu łatwo. Kiedy już raz coś poznał, zapamiętywał to na całe życie, ale nie uwierzylibyście, ile czasu potrzebował każdy fakt, by przeniknąć przez jego grubą czaszkę. Jego angielski na zawsze pozostał śmiesznie imigrancki i to też nie ułatwiało mu życia. Na statku poznał moją matkę, później pobrali się, a kiedy uznali, że mogą sobie na to pozwolić, mieli mnie. Od zawsze pracował jako numer drugi w najmniej znanym zakładzie fryzjerskim w Highland Park w stanie Illinois. Pod koniec życia przez całe dnie drzemał w swym fotelu. I tak właśnie odszedł. Nie żył już od godziny, nim fryzjer numer jeden zorientował się, co się stało; wcześniej myślał po prostu, że ojciec uciął sobie szczególnie smaczną drzemkę. Może zresztą tak było. Może śmierć znaczy tylko tyle, nic więcej. Kiedy powiedzieli mi o tym, wiadomość ta bardzo mną wstrząsnęła, jednocześnie jednak pomyślałem, że takie odejście niemal nadało sens całej jego egzystencji.

Wtedy jednak powiedziałem:

– Eee? Co? Nie dosłyszałem. – Byłem taki słaby, tak bardzo zmęczony.

– Rozdział pierwszy. Narzeczona. – Pokazał mi książkę. – Czytam ci to, żebyś odpoczął. – Niemal wepchnął mi ją w twarz. – To S. Morgenstern. Wielki floreński pisarz. Narzeczona księcia. On też przybył do Ameryki. S. Morgenstern. Już nie żyje, umarł w Nowym Jorku. Sam napisał angielską wersję. Władał ośmioma językami. – Tu mój ojciec odłożył książkę i uniósł wszystkie palce. – Ośmioma. Kiedyś, we Florenie, byłem w jego kawiarni. – Potrząsnął głową; zawsze to robił, kiedy powiedział coś nie tak, jak chciał. – Nie w jego kawiarni. Był tam wtedy, w tym samym czasie, co ja. Widziałem go. S. Morgenstern. Miał wielką głowę, o taką. – Machnął rękami, podkreślając słowa stosownym gestem. – Wielki człowiek we Florenie. Nie tak wielki w Ameryce.

– Mówi się tam o jakimś sporcie?

– Szermierka. Zapasy. Tortury. Trucizna. Prawdziwa miłość. Nienawiść. Zemsta. Olbrzymi. Myśliwi. Źli ludzie. Dobrzy ludzie. Najnajpiękniejsze damy. Węże. Pająki. Zwierz wszelkiego gatunku i pochodzenia. Ból. Śmierć. Śmiałkowie. Tchórze. Siłacze. Pościgi. Ucieczki. Kłamstwa. Prawda. Namiętność. Cuda.

– Brzmi nieźle – odparłem i lekko przymknąłem oczy. – Postaram się nie zasnąć, tato... ale jestem okropnie śpiący...

Skąd można wiedzieć, kiedy zmieni się wasz świat? Kto potrafi przewidzieć, że wszelkie wcześniejsze doświadczenia, wszystkie te lata prowadzą ku... niczemu? Wyobraźcie to sobie: stary człowiek, półanalfabeta, zmagający się z obcym językiem i kompletnie wyczerpany chłopak, walczący ze snem. A pomiędzy nimi tylko słowa innego cudzoziemca, z trudem przełożone z własnego języka na obcy. Któż mógłby przypuszczać, że rano obudzi się już inny chłopiec? Sam pamiętam jedynie, jak próbowałem opanować zmęczenie. Nawet tydzień później nie zdawałem sobie sprawy, co właściwie rozpoczęło się owego wieczoru. Część drzwi w moim umyśle zatrzasnęła się z hukiem, inne rozwarły się na oścież. Może powinienem przynajmniej coś przeczuć, lecz kto potrafi dosłyszeć wśród wiatru słowa objawienia?

Oto, co się wydarzyło: wciągnęła mnie opowieść.

Po raz pierwszy w życiu zainteresowałem się książką. Ja: fanatyk sportu, maniak na punkcie gier, jedyny dziesięciolatek w całym stanie darzący szczerą nienawiścią alfabet, chciałem wiedzieć, co było dalej.

Co się stało z piękną Buttercup i nieszczęsnym Westleyem, i Inigo, największym szermierzem wszech czasów? Jak silny był Fezzik i czy istniały granice okrucieństwa Vizziniego, diabelskiego Sycylijczyka?

Każdego wieczoru ojciec czytał mi na głos, rozdział za rozdziałem, zawsze starając się prawidłowo wymówić słowa, uchwycić sens kolejnych zdań. A ja leżałem z przymkniętymi oczami, podczas gdy moje ciało rozpoczynało powolny marsz ku zdrowiu. Jak już mówiłem, trwało to jakiś miesiąc i w tym czasie ojciec dwa razy przeczytał mi całą Narzeczoną księcia. Nawet kiedy sam mogłem już czytać, ta książka pozostała jego własnością. Nie śniłbym o tym, żeby ją otworzyć. Pragnąłem jego głosu, jego słów. Później, nawet po latach, mówiłem czasami: „Co powiesz na pojedynek na Urwiskach? Ten między Inigiem i człowiekiem w czerni?”, a ojciec burczał coś pod nosem, po czym przynosił książkę i śliniąc kciuk, odwracał kartki aż do początku sławetnej walki. Uwielbiałem to. Nawet dziś tak właśnie przypominam sobie ojca, gdy zajdzie potrzeba: zgarbioną postać mrużącą oczy i z wahaniem wymawiającą słowa. Człowieka, który przekazał mi arcydzieło Morgensterna najlepiej, jak potrafił. Narzeczona księcia należała do mojego ojca.

Cała reszta była moja.

Nie istniała żadna powieść przygodowa, na którą nie miałbym zakusów.

– No dalej – popędzałem pannę Roginski, gdy już wyzdrowiałem. – Stevenson, wciąż powtarza pani „Stevenson”, skończyłem już Stevensona, kto następny?

A ona na to:

– Cóż, spróbuj Scotta, zobacz, jak ci się spodoba.

Spróbowałem więc starego sir Waltera i spodobał mi się dostatecznie, by w grudniu przebrnąć przez pół tuzina książek (znaczna część tego czasu przypadała na ferie świąteczne, kiedy nic nie przeszkadzało mi w lekturze oprócz krótkich przerw na jedzenie).

– Kto jeszcze, kto jeszcze?

– Może Cooper? – zasugerowała, więc zagłębiłem się w Pogromcy zwierząt i innych przygodach Skórzanej Pończochy, a potem sam natrafiłem na Dumasa i D’Artagnana i oni właśnie wypełnili mi większą część lutego.

– Na moich oczach stałeś się powieścioholikiem – oznajmiła panna Roginski. – Czy wiesz, że spędzasz teraz więcej czasu na czytaniu niż kiedyś na grach? Zdajesz sobie sprawę, że twoje stopnie z arytmetyki jeszcze się pogorszyły? – Jej połajanki zupełnie mnie nie wzruszały. Byliśmy sami w klasie, a ja nękałem ją o kolejne nazwisko na pożarcie. – Bez wątpienia rozwijasz swój potencjał, Billy, i to na moich oczach. Chciałabym tylko wiedzieć, co z tego wyniknie.

Stałem przed nią bez słowa, czekając, aż poleci mi kogoś nowego.

– Jesteś niemożliwy. – Przez chwilę zastanawiała się. – W porządku. Spróbuj Hugo. Katedra Marii Panny w Paryżu.

– Hugo – powtórzyłem. – Katedra. Dziękuję pani.

Odwróciłem się, po czym wystartowałem do biegu w stronę biblioteki. Usłyszałem jeszcze za plecami jej westchnienie.

– To nie może trwać długo. Po prostu nie może.

A jednak.

I trwa nadal. I teraz jestem równie gorącym wielbicielem historii przygodowych jak wtedy i nigdy nie przestanę. Weźmy wspomnianą tu już moją pierwszą powieść, Złotą Świątynię – czy wiecie, skąd pochodzi ten tytuł? Z filmu Gunga Din, który widziałem dotąd szesnaście razy. Nadal twierdzę, że jest to najnajnajwspanialszy przygodowy film na świecie. (Prawdziwa historia dotycząca Gunga Din: kiedy zostałem zwolniony z armii, poprzysiągłem sobie, że moja noga nigdy więcej nie postanie na terenie jednostki wojskowej. Nic wielkiego, po prostu zwykła przysięga na całe życie. W porządku. Znalazłem się w domu i dzień później dzwonię do przyjaciela odbywającego służbę w Forcie Sheridana, i ten kumpel mówi:

– Hej, zgadnij, co dziś grają w jednostce! Gunga Din.

– Idziemy – ja na to.

– Trudna sprawa; jesteś cywilem.

Efekt? W pierwszy wieczór po zwolnieniu z powrotem wkładam mundur i zakradam się na teren jednostki, żeby obejrzeć Gunga Din. Zakradam się. W ciemności, jak złodziej. Cały zlany potem, z bijącym sercem i tak dalej). Jestem maniakiem przygód/akcji/jakkolwiek-to-nazwiecie. Nie opuściłem ani jednego filmu z Alanem Laddem czy Errolem Flynnem. Nadal nie opuszczam filmów z Johnem Waynem.

Moje prawdziwe życie rozpoczęło się w momencie, gdy ojciec zaczął mi czytać Narzeczoną księcia, gdy miałem dziesięć lat. Dowody? Butch Cassidy i Sundance Kid to bez wątpienia najpopularniejsze przedsięwzięcie, do jakiego przyłożyłem rękę. Jeśli „Times” wydrukuje po mojej śmierci wspomnienie o mnie, to właśnie z powodu Butcha. Dobra, o której zatem scenie wszyscy mówią, który moment zapada w pamięć mnie, wam i całej masie ludzi? Odpowiedź: skok z Urwiska. Doskonale. Pamiętam, że kiedy to pisałem, myślałem, że Urwisko, z którego skaczą, to w rzeczywistości Urwiska Szaleństwa z Narzeczonej księcia, skały, które wszyscy próbują pokonać. Mój umysł cofnął się wtedy w czasie do chwili, kiedy ojciec czytał mi o wspinaczce na Urwiska Szaleństwa i czyhającej w dole niechybnej śmierci.

Ta książka to najlepsza rzecz, jak przydarzyła mi się w życiu (przykro mi z tego powodu, Helen; Helen to moja żona, wzięty psychiatra dziecięcy) i na długo przed ślubem wiedziałem, że podzielę się nią z moim synem. Wiedziałem także, że będę miał syna. Kiedy więc urodził się Jason (gdyby był dziewczynką, nazywałby się Pemby – czy uwierzycie, że psychiatra dziecięcy mógłby nadać swym własnym dzieciom podobne imiona?) – w każdym razie, kiedy urodził się Jason, postanowiłem kupić mu Narzeczoną księcia w prezencie na dziesiąte urodziny.

Po czym na śmierć o tym zapomniałem.

Skok naprzód: hotel w Beverly Hills, zeszły rok, grudzień. Powoli dostaję szału, odbywając niekończące się spotkania w sprawie Żon ze Stepford Iry Levina, które adaptuję na srebrny ekran. Po południu dzwonię do żony, do Nowego Jorku – zawsze to robię, bo dzięki temu czuje się potrzebna – rozmawiamy i na zakończenie ona mówi:

– Och. Dajemy Jasonowi rower z dziesięcioma przerzutkami. Dziś go kupiłam. Sądzę, że to stosowne, a ty?

– Dlaczego stosowne?

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Narzeczona księcia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona