Naucz się kocie

Naucz się kocie

Autorzy: John Bradshaw Sarah Ellis

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 3.20 zł

Zakłada się, że koty nie poddają się tresurze i że szkolenie nie jest im potrzebne. Autorzy dowodzą, że jest to możliwe, a nawet bardzo wskazane. Wyrobienie u zwierzęcia odpowiednich umiejętności i nawyków podnosi jego komfort życia i obniża stres, sprzyja zacieśnieniu więzi między nim a właścicielem.

Poznamy krok po kroku metody treningu pozwalające wyrobić u zwierzęcia pożądane nawyki. Nauczymy się, jak ułatwiać mu radzenie sobie ze stresującymi sytuacjami, takimi jak: kontakt z ludźmi, zwierzętami, wizyty u weterynarza, zabiegi medyczne, noszenie obroży lub szelek i przebywanie poza domem. Szczegółowym praktycznym wskazówkom towarzyszą liczne przykłady „z życia”, zaczerpnięte głównie z doświadczeń Sarah z jej własnymi kotami, a także efektowne fotografie.

Jest to książka niezbędna dla każdego, kto naprawdę ceni swoją przyjaźń z domowym kotem i chciałby uczynić jego życie łatwiejszym.

John Bradshaw jest dyrektorem Instytutu Antrozoologii w Uniwersytecie Bristolskim oraz autorem bestsellerów z listy „New York Timesa”: Cat Sense i Dog Sense (wyd. pol. Zrozumieć kota i Zrozumieć psa). Mieszka w Southampton w Anglii.

Sarah Ellis jest behawiorystką zwierzęcą specjalizującą się w problemach kotów, pracuje w organizacji charytatywnej International Cat Care, wykłada na Uniwersytecie Lincoln. Mieszka w Wiltshire w Anglii.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa Sarah

Przedmowa Johna

Wprowadzenie

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Zakończenie

Podziękowania

Propozycje dalszych lektur

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: THE TRAINABLE CAT

Redakcja i skład: Marta Wójtowicz

Projekt okładki: Pola & Daniel Rusiłowicz JCR Solutions

Zdjęcia na okładce: © Africa Studio / Shutterstock

Korekta i opracowanie indeksu: Ewa Jastrun

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

Copyright © 2016 by John Bradshaw and Dr. Sarah Ellis Consultancy Ltd.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Copyright © for the Polish translation by Paweł Luboński, 2018

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-661-6

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dedykacja: dla Herbiego, ulubionego kota Sarah

Gdy praca nad tą książką dobiegała końca, mój ukochany Herbie nieoczekiwanie zmarł. Pragnę mu ją zadedykować, gdyż bez jego inspiracji nie zdobyłabym wiedzy, umiejętności i sił potrzebnych, by doprowadzić dzieło do końca. Chciałabym, żeby dzięki tej książce jak największa liczba właścicieli umiała pomagać swoim kotom w stawianiu czoła wyzwaniom i problemom, jakie niesie dla nich życie u boku człowieka. Niech to będzie testament Herbiego.

Herbie… ślady twoich łapek na zawsze pozostaną w moim sercu.

Herbie pod wieloma względami był kotem wyjątkowym. Tutaj jest szczęśliwy, bo Sarah drapie go pod pachami.

Przedmowa Sarah

Na zagadnienie szkolenia kota natknęłam się przypadkiem. Kiedy dziś zastanawiam się, kiedy się to zaczęło, dochodzę do wniosku, że wtedy, gdy miałam może siedem lat – chociaż oczywiście nie zdawałam sobie wówczas sprawy, jaki to wywrze wpływ na moje dalsze życie oraz na życie moich przyszłych kotów. Moja mama kupiła dla rodziny birmańskiego kociaka, który zawładnął moimi uczuciami – był głównym tematem prac, które przygotowywałam, starając się o odznakę Klubu Miłośników Zwierząt Brownies, tematem rysunków i nieustannych rozmów z koleżankami ze szkoły. Claude, bo takie nosił imię, był bardzo przyjacielski, łakomy i aktywny – idealny zestaw cech przy szkoleniu. Wkrótce Claude, kuszony smakołykami podkradanymi z lodówki, potrafił już pokonać skomplikowany tor przeszkód ustawiony z mebli i z zapałem ścigał zabawkę, którą ciągnęłam na sznurku przez płotki zrobione w ogródku z maminej suszarki do bielizny. Chyba najbardziej byłam dumna z pewnej sztuczki, którą mogłam pokazywać na imprezach: klepałam się dwukrotnie po ramieniu, na co Claude skakał z oparcia kanapy prosto na moje ramię i balansował na nim, podczas gdy ja powoli przechodziłam przez salon do okna. Uderzałam dwukrotnie w parapet, a wtedy kot zeskakiwał i ocierał się o mnie pyszczkiem. Nie mam wątpliwości, że moja miłość do Claude’a była odwzajemniona – sypiał w moim łóżku lub w domku dla lalek i często towarzyszył mi na spacerach z psem. Odszedł w moje dwudzieste szóste urodziny w podeszłym wieku dziewiętnastu lat, ale wcześniej pozostawił trwały ślad w moim życiu – byłam już wtedy w pół drogi do doktoratu poświęconego zachowaniu kotów.

Badania te były moją pracą zawodową, a zarazem pozwalały mi na głęboki wgląd w problemy związane z trybem życia współczesnych kotów domowych – odkryłam, jak niewiele z nich lubi wizyty u weterynarza, leży spokojnie podczas podróży samochodem, ochoczo otwiera pysk, by przełknąć pigułkę na odrobaczanie, czy też przyjaźnie wita nowego członka rodziny, czy będzie to człowiek, pies czy inny kot. Jako świadoma właścicielka czułam, że moim obowiązkiem jest wpajanie moim kotom od najmłodszych lat umiejętności, dzięki którym będą łatwiej znosić to wszystko. Nie jestem zawodowym treserem zwierząt, ale miałam to szczęście, że zetknęłam się z kilkoma znakomitymi treserami, którzy podzielili się ze mną swoją wiedzą i umiejętnościami, a na dodatek pozwalali mi uczestniczyć w treningach (szczeniąt).

Dodając do tych doświadczeń moją wiedzę o kotach i teorii uczenia się, zaczęłam wprowadzać sesje szkoleniowe do codziennego życia wszystkich moich kotów. Trening pomógł im radzić sobie z wieloma wyzwaniami, których nie szczędziło im życie. Bardzo szybko spotkałam się z odzewem: klienci czekający wraz ze mną przed gabinetem weterynarza dziwili się, jak cicho i spokojnie zachowują się moje zwierzęta zamknięte w koszykach transportowych, a lekarz stwierdził: „Chciałbym, żeby wszystkie koty były takie grzeczne”. Od tego czasu postanowiłam z zasady trenować każdego swojego nowego zwierzaka.

Woody, pierwszy kot, jakiego miałam w dorosłym życiu, wielokrotnie zmieniał wraz ze mną miejsce zamieszkania, a nawet, oczywiście po odpowiednim treningu, bez mrugnięcia okiem przepłynął Morze Irlandzkie. Jeden z kolejnych kotów, Cosmos, który pojawi się jeszcze wielokrotnie na stronach tej książki, bez oporów dzielił dom z kilkoma przygarniętymi na krótko przybłędami swojego gatunku, a także zaakceptował Herbiego, nowego stałego domownika, który pojawił się u nas jako wesoły, psotny kociak. Kilka lat później Herbie i Cosmos nauczyli się godzić z obecnością w domu Jack Russell teriera Squidge’a. Wiedząc, że w jakimś okresie ich życia mogę się zdecydować na psa, od wczesnej młodości uczyłam ich akceptować wizyty przedstawicieli tego gatunku, na długo przedtem, zanim wzięliśmy Squidge’a.

Wreszcie pojawiło się dziecko, Reuben. O reakcję na tego nowego domownika najbardziej się martwiłam – przecież nie byłoby go można nigdzie oddać, gdyby nie ułożyło mu się z kotami! Jestem więc zachwycona, że Reuben, który zaczął już chodzić, zapowiada się na następnego miłośnika kotów w naszej rodzinie, a koty dzięki przygotowaniom i stałym ćwiczeniom znajdują przyjemność w obcowaniu z nim. Wracając z ogrodu, Cosmos często wita się z Reubenem, „świergocząc” i ocierając się o niego pyszczkiem.

Ponieważ szkolenie miało tak zbawienne skutki w przypadku moich kotów, poczułam się zdopingowana do podzielenia się doświadczeniem – najpierw w formie ukazującego się przez rok cyklu artykułów w brytyjskim czasopiśmie dla właścicieli kotów. Artykuły te spotkały się z gorącym przyjęciem i uświadomiłam sobie, że dotknęłam dopiero wierzchołka góry lodowej. Miałam wielką ochotę zrobić coś więcej i pomysł napisania książki o tej tematyce krążył mi po głowie. W tym samym czasie zaczęłam brać udział w programie The Secret Life of the Cat (Sekretne życie kota) emitowanym w telewizji BBC cyklu Horizon. Jednym z pierwszych moich zadań było instruowanie właścicieli kotów, jak można przekonać zwierzęta do noszenia lokalizatorów GPS. John, który również uczestniczył w programie, przyglądał się temu. Zaczęliśmy rozmawiać o trenowaniu kotów, wymieniać poglądy i tak narodził się pomysł wspólnego napisania książki. Chociaż moja przygoda ze szkoleniem kotów zaczęła się przypadkiem, jego wpływ na dobre samopoczucie zwierząt okazał się tak pozytywny, że zapragnęłam rozpowszechnić moje doświadczenia na całym świecie.

Przedmowa Johna

Jak pisze Sarah, na pomysł tej książki wpadliśmy w 2013 roku, kiedy spotkaliśmy się w malowniczej wiosce Shamley Green, w której kręcono filmy dokumentalne o kotach dla telewizji BBC. Muszę przyznać, że nie myślałem o szkoleniu kotów, zanim Sarah zainteresowała mnie tą koncepcją. Znałem paru ludzi, którzy uczyli koty wykonywać różne sztuczki, między innymi taką, w której kot wskakiwał na sedes i używał go jak kuwety (nie, nie będziemy w tej książce opisywać, jak to osiągnąć!). Widywałem w studiu telewizyjnym niejednego „kota performera” i żaden z nich nie wyglądał na szczególnie zadowolonego – pewnie dlatego, że znajdowały się z dala od swojego zwykłego, dobrze znanego terytorium. Wiedziałem, że kot łatwo się uczy pomimo swojej reputacji zwierzęcia niezależnego i samodzielnego. Badania pokazujące, jak każdy kot z osobna uczy się odpowiednio miauczeć (rozdział 4), uświadomiły mi dogłębnie, że koty modyfikują swoje zachowanie, by radzić sobie w świecie, w którym (za naszą sprawą) muszą żyć. Ale w przeciwieństwie do Sarah nigdy nie dodałem dwóch do dwóch i nie przyszło mi do głowy, że domowe koty można – a nawet trzeba – uczyć sposobu życia, który uczyni je szczęśliwszymi.

Każdy wie, że nieprzeszkolony pies jest nie tylko kłopotem dla właściciela, lecz także zagrożeniem dla samego siebie (choć istnieje kilka konkurujących ze sobą koncepcji tego, jak należy szkolić psy). Nigdy natomiast nie słyszałem, by ktoś skarżył się, że jego kot jest „nieprzeszkolony” – na własne szczęście koty są znacznie mniejszym problemem społecznym niż psy. Niemniej w wielu częściach świata – prym wiodą tu Australia i Nowa Zelandia – zaczynają pojawiać się przepisy prawne dotyczące „niebezpiecznych kotów”. Oczywiście wynika to z innych powodów niż analogiczne przepisy odnoszące się do psów – koty są uważane raczej za zagrożenie dla dzikiej przyrody, nie dla ludzi. Badań naukowych uzasadniających takie rozwiązania jakoś brak – na przykład wprowadzenie „godziny policyjnej dla kotów” nie powstrzymało spadku populacji niektórych australijskich torbaczy – ale samo istnienie tych przepisów świadczy o tym, że niektórzy ludzie postrzegają koty jako niepożądany element miejscowej fauny, nawet jeśli są one nieraz częścią tamtejszego pejzażu od setek albo tysięcy lat i przyroda przystosowała się do ich obecności.

W wielu miejscach (nie tylko w Australazji) dąży się do wprowadzenia obowiązku trzymania kotów za zamkniętymi drzwiami przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jednym chodzi o uniemożliwienie im polowania, inni – w tym niektóre instytucje opiekuńcze – uważają, że to uchroni je przed samochodami, drapieżnikami (na przykład kojotami w Ameryce Północnej) i innymi agresywnymi kotami z sąsiedztwa, które kwestionowałyby prawo twojego kota do wędrówek, a nawet wychodzenia poza drzwi własnego domu. Pomimo to nie jesteśmy zwolennikami zamieniania kota w zwierzę wyłącznie domowe. Zdajemy sobie jednak sprawę, że w przypadku niektórych kotów i ich właścicieli okoliczności przemawiają za takim rozwiązaniem, a przynajmniej wymaga ono poważnego namysłu i rozważenia niedogodności związanych z wychodzeniem kota na dwór z jednej strony a jego dożywotnim zamknięciem w domu z drugiej. W tej książce proponujemy zatem rozmaite sposoby rozstrzygnięcia tych dylematów za pomocą szkolenia: kota można przywołać do siebie, zupełnie tak, jak przywołuje się dobrze wychowanego psa, kiedy widzi się dla niego niebezpieczeństwo; można tak urządzić dom, aby zaspokoić kocią potrzebę badania i eksplorowania; z domowym (i nie tylko domowym) kotem można bawić się w sposób naśladujący polowanie, co (miejmy nadzieję) osłabi jego instynktowny popęd łowiecki; można go także nauczyć zabaw, które nie wiążą się bezpośrednio z polowaniem, ale pogłębią jego więź z właścicielem i sprawią im obu przyjemność.

Przede wszystkim zaś naszym celem jest obalenie nie jednego, ale dwóch stereotypów: po pierwsze, że koty nie nadają się do tresury, po drugie zaś, że tresura im samym nic dobrego nie przynosi. Zawsze wiedzieliśmy, że pierwszy z tych poglądów jest błędny i łatwo to udowodnić. Co do drugiego, wierzymy, że pomyślność kotów w przyszłości zależy od zasadniczej zmiany ich postawy, zmiany, która odzwierciedli obecne oczekiwania, by domowe zwierzęta były „wzorowymi obywatelami”. Dawno odeszły w niepamięć czasy, gdy psom pozwalano włóczyć się, gdzie miały ochotę, w każdym razie w krajach Zachodu. Taka zmiana dla kotów zbliża się wielkimi krokami. To nie znaczy, że chcemy, by koty stały się takie jak psy – każdy z tych gatunków ma zupełnie inną naturę i co innego jest mu potrzebne do szczęśliwego życia, co w sposób uproszczony (może zbyt uproszczony) wyraża maksyma mówiąca, że „pies chce mieć swojego człowieka, a kot chce mieć swoje terytorium”. Rodzaj szkolenia, które proponujemy dla kotów, w niczym nie przypomina „szkolenia do posłuszeństwa”, o którym można przeczytać w większości poradników dotyczących psów. W o wiele większym stopniu jego celem jest ułatwienie kotom adaptacji do wymagań, jakie na nie nakładamy, wymagań, z którymi w powszechnym oczekiwaniu powinny radzić sobie same.

Mamy nadzieję, że gdyby koty umiały czytać, nagrodziłyby nasze wysiłki kocim odpowiednikiem wyrazów wdzięczności.

Konwencje stosowane w książce

Gdyby była to książka naukowa, odwoływalibyśmy się do ludzi za pomocą zaimka „on” lub „ona”, a do zwierząt – „ono”. Szybko jednak doszliśmy do wniosku, że taka konwencja zupełnie nie pasuje do książki, której celem jest poprawa relacji między konkretnym człowiekiem a jego równie konkretnym kotem; głupio byłoby zrezygnować z użycia zróżnicowanych rodzajowo zaimków osobowych w odniesieniu do kotów (w USA jest już nawet tendencja, by używać ich także w literaturze naukowej), skoro używa się takich w stosunku do ich właścicieli. Nie możemy jednak wiedzieć, czy Ty, Czytelniku, próbujesz szkolić kocura czy kocicę. Aby więc uniknąć niezręczności, w całej książce, mówiąc o kocie, będziemy mimo wszystko używać zaimka „on” (nie obrażajcie się, Panie Kotki, jest w tym logika, jak przekonamy się dalej).

Wszystkie jedenaście numerowanych rozdziałów ma jednolity układ. Każdy zaczyna się od ogólnego wprowadzenia w sposób postrzegania świata właściwy kotu, z uwzględnieniem tematyki rozdziału. Ten fragment jest przeważnie autorstwa Johna. Dalej następuje główna część rozdziału, opisująca metody treningu pozwalające uporać się z omawianymi problemami. Jest to perspektywa Sarah, gdyż z dwójki autorów to ona ma doświadczenie w dziedzinie szkolenia kotów. Kiedy więc czytasz „ja” lub „mój”, mowa jest o Sarah. Pisząc o właścicielach kotów, używamy rodzaju żeńskiego – może to wyglądać na okropny stereotyp, ale wcale nie jesteśmy seksistami. Chodzi nam o uproszczenie tekstu i wyraźne rozróżnienie odwołań do kotów oraz do ludzi. Męskich właścicieli kocic serdecznie przepraszamy i prosimy, aby przy czytaniu książki, jeśli chcą, zamieniali płcie miejscami.

Wprowadzenie

Po co tresować kota?

(I dlaczego koty nie są psami, a tym bardziej małymi ludźmi)

Kto na tym świecie tresuje koty? Tresowanie lwów i tygrysów bywało codziennością w cyrkach, dopóki opinia publiczna nie zwróciła się przeciwko temu procederowi. Występy kotów domowych wydają się łatwiejsze do zaakceptowania: Moskwa ma swój Koci Teatr, a zespół Amazing Acro-Cats krąży po Stanach Zjednoczonych z występami, jeśli akurat nie jest potrzebny w telewizji lub filmie. Ale dlaczego mielibyśmy tresować nasze domowe kicie? No chyba że po to, by pochwalić się ich talentami przed przyjaciółmi.

Ta książka ma poważniejszy cel. Chcemy pokazać, że szkolenie może nie tylko poprawić twoje relacje z domowym kotem, lecz także poprawić samopoczucie twojego ulubieńca. Oczywiście trening może być dobrą zabawą – i dla ciebie, i dla kota – ale przede wszystkim chodzi o to, żeby wychować szczęśliwe i chętne do współpracy zwierzę, a nie gwiazdę cyrkową.

Żyjąc wśród ludzi, koty muszą codziennie mierzyć się z wieloma różnymi sytuacjami. Nie jest im tak łatwo pogodzić się z faktem, że ludzie występują w wielu rozmiarach i kształtach, że mężczyźni, kobiety i dzieci różnie wyglądają i różnie się zachowują. Wiele z nich z trudem może się przyzwyczaić do bliskiego towarzystwa psów, a także innych kotów. Źle znoszą zamknięcie i nie rozumieją, że czasami musimy dla ich własnego dobra ograniczać ich swobodę ruchów, na przykład wtedy, gdy podajemy im lekarstwa. Nie lubią być zabierane w nowe, nieznane im miejsca, w których nie czują się bezpiecznie. Chociaż niektóre koty jakoś radzą sobie z tymi sytuacjami, większość ma z nimi problemy. Wykonując proste ćwiczenia opisane w tej książce, możesz zapewnić swojemu kotu bardziej satysfakcjonujące życie – a któż by nie życzył tego swojemu przyjacielowi? W dzisiejszych czasach oczekujemy od domowych kotów więcej niż kiedykolwiek w przeszłości i szkolenie pomoże twojemu zwierzęciu sprostać tym wymaganiom.

Właściciele psów wiedzą, że można je tresować, natomiast w umysłach posiadaczy kotów idea ta gości rzadko. Wszyscy wiedzą, że pies bez przeszkolenia może być kłopotem i dla ludzi, z którymi żyje, i dla samego siebie. Kotów zaś przez całe tysiąclecia nikt nawet nie próbował szkolić. Możliwość to jednak nie to samo co konieczność. Sam fakt, że bardzo niewielu ludzi zawraca sobie głowę wychowywaniem kotów, nie oznacza jeszcze, że kształtowanie kocich zachowań jest rodzajem wiedzy tajemnej dostępnej tylko dla znikomej garstki specjalistów. Wprost przeciwnie, dla każdego kota w kraju byłoby lepiej, gdyby nauczono go, jak radzić sobie z przykrymi sytuacjami, takimi jak przełykanie pigułki lub wchodzenie do koszyka transportowego. Gdy przyjmiemy do wiadomości, że koty myślą inaczej niż psy, ich szkolenie stanie się łatwiejsze.

W zasadzie mechanizm uczenia się kota jest bardzo podobny jak u psa – a właściwie jak u każdego ssaka – lecz koty w szczególny sposób analizują i oceniają rzeczywistość. W pewnym stopniu wynika to ze sposobu, w jaki ich zmysły odbierają otoczenie, który – wierzcie lub nie – zdecydowanie rożni się od naszego . Głównie jednak przyczyną jest niezwyczajny tryb, w jakim koty przetwarzają otrzymywaną informację, a następnie reagują na nią, w obu przypadkach wyraźnie odmienny niż u psów, a tym bardziej u ludzi. Większość cech uchodzących za kocie – niezależność, niechęć do wszelkiego rodzaju wstrząsów i zmian w otoczeniu, zamiłowanie do łowów – stanie się w pełni zrozumiała, jeśli poznamy drogę, jaką koty przebyły od dzikiego drapieżnika do domowego pieszczocha.

Na koty domowe można się natknąć w każdym zakątku globu. W skali całego świata na każdego psa przypadają w przybliżeniu trzy koty i chociaż wiele z nich nie ma właściciela, w większości krajów są one równie chętnie trzymane w domu jak psy. Fakt, że część kotów żyje z ludźmi, a część nie, każe jednak przypuszczać, że jako gatunek nie zostały one jeszcze w pełni udomowione. I rzeczywiście, koty cieszą się reputacją zwierząt niezależnych, wyraźnie różniących się od psów, które potrzebują emocjonalnej bliskości. Nie znaczy to, że koty są oziębłe i pozbawione emocji, jak chcieliby niektórzy. Po prostu są mniej skłonne do okazywania uczuć przy byle okazji. Są także na ogół mniej kłopotliwe dla ludzi, gdyż nie wymagają systematycznego wyprowadzania na spacer i nie przeszkadza im przebywanie w samotności przez wiele godzin, która to sytuacja jest stresująca dla wielu psów (chociaż chyba mało który właściciel psa sobie to uświadamia).

Dziesięć tysięcy lat temu nie było kotów domowych. Było tylko około trzydziestu gatunków małych dzikich kotów, a także garść większych, żyjących w różnych częściach świata. Korzenie ich wszystkich sięgały 10 milionów lat wstecz, do pierwszego z kotów, znanego jako Pseudaelurus, wspólnego przodka wszystkich współczesnych kotowatych, od lwa do malutkiego kota czarnołapego. Przeskoczmy szybko do epoki odległej o dwa miliony lat – widzimy już wiele odmian dzikich kotów, które bytują na Ziemi także dzisiaj. W Ameryce Południowej wyewoluowała jedna ich grupa, obejmująca oceloty, koty Geoffroya i jaguarundi (których wygląd i tryb życia bliższy jest wydrom niż kotom). Druga grupa zasiedliła centralną i południową Azję. W jej skład wchodził kudłaty manul stepowy – którego uważano za przodka długowłosych ras kotów domowych, dopóki nie zaprzeczyły temu wyniki analizy DNA – oraz azjatycki kot bengalski, od którego wywodzi się po części współczesna „rasa” bengal1.

Dalej na zachód wyodrębniła się kolejna grupa kotów i zaczęła rozprzestrzeniać się po Europie. Wśród nich był przodek wszystkich dzisiejszych kotów domowych – żbik (Felis silvestris). Gatunek ten występuje w całej Afryce, zachodniej Azji i Europie, aż po górską część Szkocji, gdzie do dziś zachowała się jedyna jego brytyjska populacja, też bliska wyginięcia. Pierwsze wiarygodne informacje o obecności udomowionych kotów pochodzą z Egiptu sprzed sześciu tysięcy lat, prawdopodobnie jednak proces udomowienia rozpoczął się kilka tysięcy lat wcześniej, za sprawą jednego z kamieni milowych na drodze człowieka ku cywilizacji – pojawienia się myszy domowej2.

Mysz domowa wyewoluowała prawdopodobnie wówczas, gdy pojawiło się nowe źródło pożywienia – spichrze pełne zboża i orzechów, które nasi przodkowie zaczęli budować, kiedy porzucili wędrowny, łowiecki i zbieracki tryb życia, osiedlając się w stałym miejscu i gromadząc zapasy żywności pozwalające przetrwać chude lata. Garncarstwo jeszcze się nie rozwinęło i owe spichrze, budowane z plecionego łyka, skór lub suszonej na słońcu cegły, były bezbronne wobec szkodników. Psy udomowiono kilka tysięcy lat wcześniej, lecz okazały się mało przydatne do wojny z myszami i innymi gryzoniami, które wabiła bezprecedensowa koncentracja pożywienia, będąca skutkiem zmiany sposobu życia ludzi. I tu na scenę wkraczają żbiki, które obfitość gryzoni przyciągnęła równie skutecznie, jak gryzonie zostały zwabione przez spichrze pełne ziarna.

Pierwszą cywilizacją nawiedzoną przez plagę gryzoni była, jak się wydaje, kultura natufijska, która rozwinęła się na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego, na obszarze dzisiejszego Libanu, Izraela, Palestyny, Jordanii i Syrii około 10 tysięcy lat temu. Najpewniej właśnie w tym regionie żbiki zaczęły przekształcać się w koty domowe. Teorię tę potwierdzają badania – okazuje się, że DNA współczesnych kotów jest o wiele bardziej podobne do DNA żbików z Bliskiego Wschodu niż tych żyjących obecnie w Europie, Indiach lub południowej Afryce.

Przez setki, a może tysiące lat te koty odwiedzały ludzkie siedziby tylko po to, by polować, ale wypoczywały i wychowywały potomstwo w dziczy – był to tryb życia zbliżony do prowadzonego przez dzisiejsze lisy miejskie, tyle że wysiłki kotów, by utrzymać gryzonie w ryzach, prawie na pewno zostały docenione. Drogi żbików i kotów domowych prawdopodobnie rozeszły się po raz pierwszy, kiedy niektóre odważniejsze i lepiej znoszące obecność człowieka osobniki zaczęły przebywać w ludzkich siedzibach także w przerwach pomiędzy wyprawami łowieckimi. Być może ludzie zachęcali je do tego, zapewniając im bezpieczne miejsce do wypoczynku i wychowywania kociąt. Mijało pokolenie po pokoleniu i owe bardziej tolerancyjne koty nauczyły się poświęcać większość czasu na polowanie, w przeciwieństwie do dzikich drapieżników nie przejmując się codzienną krzątaniną człowieka. Nieodparty urok kociąt sprawiał, że ludzie, zwłaszcza kobiety i dzieci, zaczęli brać je na ręce i pieścić, przez co stawały się jeszcze bardziej ufne niż ich rodzice. Tak zaczęła się współpraca człowieka i kota.

Chociaż koty zaczęły tolerować ludzi, wciąż trudno im było pogodzić się z bliskością innych przedstawicieli swojego gatunku. Żbiki mają wrodzony silny instynkt terytorialny i są agresywne wobec siebie nawzajem. Samce nie tolerują innych samców, a z samicami schodzą się tylko raz do roku, w okresie rui. Wrogo odnoszą się do siebie również dorosłe samice i chociaż troskliwie opiekują się swoim potomstwem w pierwszych miesiącach życia, to odpędzają je, gdy tylko młode dorosną dostatecznie, by mogły same o siebie zadbać. Kiedy ludzkie osady rozwinęły się na tyle, że na żyjących w nich szkodnikach mogło się przez cały rok wykarmić kilka kotów, terytorialne zachowania musiały stać się problemem, gdyż konieczność ciągłego wystrzegania się ataku potencjalnych rywali przeszkadzała w polowaniu. Znaczące ślady tych obyczajów przetrwały do dzisiaj – wskazuje na to niechęć wielu kotów do dzielenia domu z innymi osobnikami swojego gatunku, o ile nie wychowały się razem.

Pomimo ograniczeń stwarzanych przez te antyspołeczne instynkty kotom udało się wykształcić pewne ograniczone formy współpracy. Ograniczone, ponieważ dotyczą tylko samic – samce, o ile nie są sterylizowane, pozostają zawziętymi indywidualistami (przypomnijmy sobie opowiadanie Kiplinga o „kocie, który chadzał własnymi drogami”). Jeśli żywności jest pod dostatkiem, kocie matki pozwalają, by ich kocięta płci żeńskiej pozostawały z nimi nawet wówczas, gdy już osiągną dojrzałość płciową. Często matka i jej dorosłe córki umieszczają swoje potomstwo we wspólnym gnieździe i karmią je bez rozróżniania, które kocięta są czyje. Takie zachowania są obecnie powszechne wśród kotów żyjących na swobodzie, na przykład na wiejskich farmach, natomiast nigdy nie zaobserwowano ich u żbików, co świadczy o tym, że musiały się wykształcić w toku udomowienia i jako jego konsekwencja3.

Mamy zatem dwie zasadnicze różnice pomiędzy zachowaniem żbików a zachowaniem kotów domowych. Po pierwsze, koty łatwo przyzwyczajają się do ludzi, o ile mają z nimi do czynienia od wczesnej młodości. Młode żbiki natomiast, nawet jeśli zostaną odebrane matce i są wychowane przez człowieka, wyrastają na dzikie zwierzęta, które nie ufają nikomu poza co najwyżej swoim opiekunem. Po drugie, samice kota domowego (a także wysterylizowane samce) potrafią nawiązywać przyjaźń z innymi kotami, zwłaszcza – choć nie zawsze – z tymi, z którymi wspólnie się wychowywały. Mimo wszystko jednak wiele domowych kotów przez całe życie stroni od osobników swojego gatunku – jest to uciążliwe dziedzictwo czasów dzikości i przyczyna silnego stresu, kiedy znajdą się w obliczu źle usposobionego kota z sąsiedztwa.

Dlaczego ze wszystkich kotowatych tylko żbik został udomowiony? W pobliżu pierwszych stałych ludzkich osad żyło przecież (i żyje nadal) kilka spokrewnionych z nim gatunków. Należą do nich koty bagienne, podobne z wielkości do spaniela; być może próbowali je udomowić starożytni Egipcjanie. Z pewnością trzymali je licznie w zamknięciu, ale były one chyba zbyt duże, by skutecznie zwalczać myszy, i zbyt niebezpieczne, by wypuścić je swobodnie tam, gdzie przebywają dzieci (kot bagienny jest dostatecznie silny, by zabić młodą gazelę). Żyły również w tym regionie koty pustynne, nieduże nocne drapieżniki, które wyróżniają się owłosionymi podeszwami łap, dzięki czemu mogą polować na rozgrzanym piasku, a zatem przeżyć na obszarach pustynnych, niedostępnych dla żbików. Lecz najwcześniejsze osady rolnicze były zwykle ulokowane na terenach zadrzewionych, stanowiących naturalne środowisko żbika, i zapewne zbyt oddalone od najbliższych siedlisk kotów pustynnych.

Przekształcenie się tępiciela szkodników w zwierzę do towarzystwa przebiegało prawdopodobnie stopniowo. Pierwsze dowody traktowania kotów jako czegoś więcej niż sposobu na pozbycie się myszy pochodzą z Egiptu sprzed sześciu tysięcy lat4. Nie ma pewności, czy te koty były importowane z północy, czy też Egipcjanie udomowili swoje lokalne żbiki, ale wiemy, że w ciągu następnych trzech tysięcy lat koty stawały się dla nich coraz ważniejsze – nie tylko jako ochrona przed szkodnikami (choć zasłynęły umiejętnością zabijania nawet węży), lecz także jako obiekt kultu.

W starożytnych kultach i obrzędach egipskich pojawia się wiele rożnych rodzajów zwierząt, szczególnie wielkich kotów (lwów i lampartów), ale także ptaków, choćby ibisów. Koty domowe wiązano szczególnie z boginią Bastet, która pierwotnie, około pięciu tysięcy lat temu, była wyobrażana jako kobieta z głową lwa. Koty pierwotnie towarzyszyły jej jako służba, ale około pięciuset lat przed Chrystusem sama Bastet przekształciła się w coś podobnego do kota, zarówno z wyglądu, jak i z usposobienia. Składanie w ofierze zwierząt było w tym okresie ważnym elementem egipskiego kultu religijnego. Miliony kotów zmumifikowano i pogrzebano jako dary dla Bastet i innych bóstw. Wiele z nich hodowano specjalnie w tym celu w kociarniach urządzanych na terenie świątyń, lecz część odnalezionych mumii była umieszczona w misternie zdobionych futerałach; najwyraźniej mumifikacja była więc także formą pochówku ulubionych zwierząt, które zmarły ze starości.

Stosunek starożytnych Egipcjan do kotów może wydawać się nam (z naszą współczesną wrażliwością) dziwaczny – niektóre składano w ofierze, niektóre czczono, ale inne musiały pokornie pracować na swoje utrzymanie jako tępiciele myszy. Co więcej, cała dalsza historia kotów domowych aż do dzisiaj ukazuje ciągłe przesunięcia punktu ciężkości pomiędzy tymi trzema sposobami traktowania. Dziś nikt już nie oddaje kotom czci (w rozumieniu religijnym), lecz dwa tysiące lat temu kult kota rozprzestrzenił się z Egiptu na cały obszar śródziemnomorski i przetrwał w bardziej zacofanych rejonach aż do średniowiecza. Wysiłki podejmowane przez Kościół rzymski w celu wyplenienia tej i wielu innych „herezji” przyniosły niefortunny efekt w postaci usankcjonowania okrucieństwa wobec Bogu ducha winnych zwierząt. Do dzisiaj zachowały się ślady przesądów, takie jak domniemany związek czarnych kotów z czarownicami, o czym przypominają obrzędy Halloween czy imprezy w rodzaju obchodzonego w belgijskim mieście Ieper dorocznego Festiwalu Kotów, którego punktem kulminacyjnym jest zrzucenie ze szczytu wysokiej wieży przy rynku kosza pełnego kotów. Dzisiaj są to pluszowe zabawki, lecz używania do tego celu żywych zwierząt zaniechano mniej niż dwieście lat temu.

Wielu ludzi uważa, że koty są urocze, lecz dla niektórych są one odrażające. Przez stulecia ogólny stosunek do kotów oscylował między tymi dwiema skrajnościami. Jak się wydaje, nigdy jednak nie podawano w wątpliwość użyteczności kotów jako tępicieli szkodników. Na przykład w X wieku w walijskim prawie kotu przyznawano taką samą wartość jak owcy, kozie lub niewytresowanemu psu. Wydaje się nawet, że traktowano go jako członka rodziny: to samo prawo stwierdzało, że w razie rozwodu mąż może zabrać ze sobą ulubionego kota, ale wszystkie inne koty w gospodarstwie zatrzymuje żona.

Myśl, że kot mógłby być przede wszystkim zwierzęciem do towarzystwa, pojawiła się XVIII wieku, kiedy zaczęto się o nim wypowiadać w jednoznacznie przychylny sposób. Wiadomo na przykład, że pisarz Samuel Johnson uwielbiał swoje koty Hodge i Lily, karmił je ostrygami i pozwalał im wspinać się na swoje ramiona. Najwięcej ze wszystkich uczyniła jednak dla popularyzacji kotów królowa Wiktoria. Jej kotka rasy angora, White Heather, umilała jej starość, przeżyła właścicielkę i stała się pupilką jej syna, Edwarda VII.

Kiedy koty rozpowszechniły się w roli zwierząt domowych, zaczęły wyodrębniać się różne ich rasy. Inaczej niż w przypadku psów, które pierwotnie hodowano do określonych celów, takich jak polowanie, tropienie, pasterstwo czy obrona, wszystkie rasowe koty są przede wszystkim zwierzętami do towarzystwa. Żadna z ras nie jest też specjalnie stara: badania DNA kotów syjamskich wykazały, że oddzieliły się one od swoich ulicznych kuzynów jakieś sto pięćdziesiąt lat temu, a dzisiejsze persy nie zdradzają żadnych śladów domniemanego pochodzenia ze Środkowego Wschodu. U rasowych kotów nie zaobserwowano dotąd takiej wielkiej ilości defektów genetycznych jak u rasowych psów, a te wady, które u nich występują, są obecnie identyfikowane i podejmuje się kroki, by ograniczyć ich wpływ, a nawet całkowicie je wyeliminować5.

Stosunkowo niedawno podjęto udane próby wyhodowania nowych rodzajów kotów przez krzyżowanie kotów domowych z ich dzikimi pobratymcami z pokrewnych gatunków. Na przykład rasa bengal pochodzi od dzikiego azjatyckiego kota bengalskiego, savannah od serwala afrykańskiego, a safari od południowoamerykańskiego kota Geoffroya. Są to w zasadzie hybrydy, choć często mówi się o nich jak o rasach. Potrafią zachowywać się w sposób dziki i nieprzewidywalny, odpowiednio do swojego pochodzenia.

Współczesne koty w większości nie należą jednak do żadnej rasy – to wynik tysięcy lat doboru naturalnego, a nie celowej hodowli, więc są ogólnie zdrowe i pod względem fizycznym dobrze dostosowane do środowiska, w którym żyją. Jednakże są też zwierzętami wysoko wyspecjalizowanymi, których biologię – nie mówiąc już o psychice – musimy dobrze zrozumieć, jeśli chcemy zapewnić im dobre samopoczucie.

Koty są ssakami, tak jak psy i ludzie. Wszystkie te trzy gatunki mają tę samą ogólną budowę ciała. Koty i psy różnią się natomiast od nas zasadniczo uzębieniem, co wynika z ich głównie drapieżczego trybu życia. Mają wydatne kły służące do chwytania zdobyczy, a zęby trzonowe, których większość ssaków używa do przeżuwania pokarmu, uległy u nich modyfikacji i działają raczej jak nożyce. Chociaż jednak psy i koty są pod wieloma względami podobne do siebie – na przykład jedne i drugie są mięsożerne – to istnieją również pomiędzy nimi znaczące różnice. Koty trzymają pazury schowane w skórzastych kieszonkach palców i wysuwają je tylko wtedy, gdy chcą ich użyć. Psy mają nieruchome pazury, wystające przy chodzeniu, przystosowane do biegania i kopania w ziemi. I oczywiście koty są też o wiele zręczniejsze od psów. Nie posiadają obojczyków, co pozwala im stawiać jedną przednią łapę dokładnie przed drugą, kiedy poruszają się po wąskim ogrodzeniu. Ogony pomagają im wtedy utrzymywać równowagę, podobnie jak linoskoczek używa do tego celu długiej żerdzi. Dla kota dom jest więc miejscem o wiele bardziej trójwymiarowym niż dla psa. Kot umie skakać i się wspinać, więc może korzystać z całej otaczającej go przestrzeni, nie tylko w pomieszczeniach, lecz także na zewnątrz6.

Największe różnice między psem, kotem i człowiekiem leżą jednak nie w wyglądzie zewnętrznym, lecz w tym, co kryje się pod skórą. Jeśli chodzi o wybór pokarmu, psy są podobne do nas – jesteśmy wszystkożerni, nasza dieta może być zróżnicowana, złożona z produktów roślinnych i zwierzęcych, ale potrafimy przetrwać również na diecie wegetariańskiej. Koty domowe wraz całą rodziną kotowatych są czystymi mięsożercami. W jakimś punkcie ewolucji „zablokowały się” na jedzeniu mięsa i utraciły pewne istotne mechanizmy, które nam – i psom – pozwalają zamieniać owoce, warzywa i ziarna zbóż w masę mięśniową i ścięgna7.

Tak więc zanim pojawiła się nowoczesna karma dla zwierząt domowych, koty były skazane na polowanie – było to ich jedyne całoroczne źródło pożywienia. Po części dlatego właśnie wciąż czują namiętność do łowów, nawet gdy są dobrze karmione – zaledwie kilka pokoleń temu było to im niezbędne do przeżycia. Nie bez znaczenia jest także to, że koty polują zwykle na drobną zdobycz. Jedna mysz to zaledwie około trzydziestu kalorii, więc kiedy koty były jeszcze na własnym utrzymaniu, musiały zabijać przynajmniej dziesięć razy dziennie, by utrzymać się przy życiu. Nawet gdy zostały nakarmione, przystępowały do łowów, na wypadek gdyby przez kilka godzin nie dopadły żadnej ofiary. Kot, który zwlekałby z wyruszeniem na polowanie do czasu, aż poczuje głód, szybko utraciłby siły.

Koty często są opisywane jako „bezlitośni zabójcy”, ale syty kot, który udaje się na polowanie, ulega po prostu instynktom, które dobrze służyły jego gatunkowi w toku ewolucji. Jeszcze bardziej szkodzi reputacji kotów domowych fakt, że potrafią „znęcać się” nad swoją ofiarą czy też „bawić się” nią. Lecz jest to interpretacja antropomorfizacyjna. Można spotkać się z wyjaśnieniem, że zachowanie to wynika z nagłego osłabienia popędu do polowania, które u współczesnych, dobrze odżywionych kotów następuje tuż przed albo tuż po dokonaniu zabójstwa. A może po prostu taki domowy kot nie ma okazji nauczyć się, jak zabijać skutecznie. Tłumaczy to również, dlaczego liczne koty nie zjadają złowionej ofiary. Ujmując to inaczej, tracą zainteresowanie swoją zdobyczą, kiedy przekonują się, że gotowa kocia karma jest smaczniejsza od myszy.

Kot nie potrzebuje jednak prawdziwej ofiary, by dać upust swoim łowieckim instynktom. Na ogół nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale kiedy używa myszy jako „zabawki”, jego zachowanie jest na tyle podobne do rzeczywistego polowania, że prawie na pewno „myśli sobie” wówczas, iż właśnie poluje. Z zabawkami wielkości myszy obchodzi się tak jak z żywymi myszami; od zabawek wielkości szczura albo stroni (nie każdy kot jest gotów rzucić się na dorosłego szczura), albo trzyma je na odległość pazurów, jak by to robił z prawdziwym szczurem. Co szczególnie znamienne, koty oczekujące na posiłek bawią się chętniej i bardziej intensywnie niż wtedy, gdy właśnie się najadły, co świadczy o tym, że u głodnego kota instynkt łowiecki przejawia się silniej. Ta tożsamość polowania i zabawy sugeruje, że właściciel kota mógłby zaspokajać jego drapieżcze pragnienia, po prostu bawiąc się z nim8.

Żądanie od zwierzęcia, któremu łowiecki talent umożliwiał przeżycie jeszcze zaledwie kilka pokoleń wstecz, by teraz porzuciło swoje obyczaje, byłoby niesprawiedliwością. Zrozumiałe jest jednak, że większość z nas złoszczą małe, zakrwawione „prezenty”, które nasze koty znoszą od czasu do czasu do domu. W dodatku entuzjaści dzikiej przyrody wywierają rosnącą presję na właścicieli kotów, żądając, by powstrzymywali swoich pupili od łowieckich wypraw, chociaż wszystko wskazuje na to, że szkody wyrządzają głównie koty dziko żyjące, a nie trzymane w domu. Jeśli jednak kot uporczywie czyha na ptaki i myszy, można użyć któregoś z przyrządów mających na celu zmniejszenie jego łowieckiej skuteczności. Czynią go one łatwiejszym do spostrzeżenia przez potencjalne ofiary lub osłabiają jego skoczność. Większość z nich umieszcza się zwierzęciu na szyi i chociaż koty początkowo usiłują się ich pozbyć, można je tego oduczyć9.

Tak jak wszystkie zwierzęta, koty uzyskują informacje o otoczeniu – w szczególności o potencjalnej zdobyczy – za pośrednictwem zmysłów, znakomicie dostosowanych do trybu życia wyspecjalizowanych drapieżników. Ich słuch sięga znacznie dalej niż nasz i mogą usłyszeć bardzo wysokie piski, którymi porozumiewają się gryzonie, a które leżą poza zakresem dźwięków odbieranych przez ucho człowieka (dlatego nazywamy je ultradźwiękami). Ich małżowiny uszne, czyli widoczne na zewnątrz części uszu, są nie tylko bardzo ruchliwe, lecz także mogą poruszać się niezależnie od siebie, co pozwala kotu lokalizować źródło dźwięku o wiele precyzyjniej, niż robimy to my. Nawet fałdy wewnątrz kocich uszu służą czemuś więcej niż podtrzymywaniu małżowiny w pozycji pionowej: subtelnie zmieniają ton dźwięku, pozwalając kotu określić, z jakiej wysokości nad ziemią dobiega.

Oczy kota również są wyspecjalizowanymi oczami łowcy. Są wyjątkowo duże w stosunku do wielkości głowy, a w wartościach bezwzględnych prawie tak duże jak nasze. Dzięki temu – a także dzięki wyspecjalizowanej siatkówce, nasyconej receptorami nocnego widzenia, które podobnie jak u nas rozróżniają tylko czerń i biel – kot widzi otoczenie nawet w najciemniejszą noc. Natomiast w przeciwieństwie do człowieka posiada niewiele dziennych receptorów koloru – potrafi rozróżniać niektóre barwy, lecz przykłada do nich o wiele mniejszą wagę niż my. Kolejnym przystosowaniem do nocnego widzenia jest błona odblaskowa (tapetum) na dnie oka, która posłużyła za inspirację dla „kocich oczu” stosowanych na drogach. Światło, które ominie receptory, odbija się od niej i jeśli ponownie nie trafi na receptory, wydostaje się na zewnątrz, dzięki czemu oczy kota świecą charakterystycznym zielonym blaskiem.

Oczy tak silnie nastawione na porę nocną mogą być pewnym problemem w jasny, słoneczny dzień. Gdyby źrenice kota zwężały się dośrodkowo jak nasze, nadmiar światła mógłby im zaszkodzić, więc zwężają się w wąską szczelinę. Niekiedy nawet to nie zapewnia jednak należytej ochrony, więc kot mruży oczy, tak że tylko środkowa część tej szczeliny jest eksponowana na światło (koty przymykają oczy również wtedy, gdy czują się szczególnie odprężone, niezależnie od ilości światła).

Przy takich wielkich oczach trudno również skoncentrować wzrok na jakimś punkcie, więc przedmioty znajdujące się dosłownie tuż przed jego nosem kot widzi nieostro. W zamian koty potrafią wysuwać do przodu swoje bardzo wrażliwe wibrysy (potocznie nazywane wąsami), zastępując wzrok zmysłem dotyku. Wibrysy oraz inne, mniej wydatne pęczki włosów czuciowych na głowie i kończynach kota pomagają mu również poruszać się w miejscach szczególnie ciemnych.

Psy słyną ze znakomitego węchu, mniej znany jest natomiast fakt, że koty również mają bardzo czułe nosy – może i dziesięć razy mniej czułe niż u psów, ale co najmniej tysiąc razy lepsze od ludzkich. Koty więc w niemal takim samym stopniu jak psy żyją w świecie zapachów, o którym my możemy mieć jedynie mgliste wyobrażenie. Oczywiście potrafią wytropić mysz po śladach zapachowych, które pozostawia, poruszając się w trawie, ale może ważniejsze jest dla nich to, że potrafią trafnie wyłowić wielką ilość wonnej informacji dotyczących miejsca pobytu i aktywności innych kotów z sąsiedztwa. Robią to za pomocą nosa, ale także za pomocą dodatkowego aparatu węchowego, znanego jako organ lemieszowo-nosowy, który jest zlokalizowany pomiędzy ich nozdrzami a podniebieniem. Aby go uruchomić, koty otwierają częściowo pysk i „kosztują” powietrza. Kiedy więc wydaje się nam, że kot zastygł na chwilę w transie z na wpół rozwartym pyskiem, prawdopodobnie natrafił na ślad zapachowy pozostawiony przez innego kota10.

Zatem poza szczególnie czułym widzeniem nocnym także pod względem możliwości innych zmysłów kot jest bliższy psu niż człowiekowi. Również mózgi obu tych gatunków są podobne, zbudowane według schematu wspólnego dla wszystkich przedstawicieli rzędu drapieżnych, a zasadniczo odmienne od mózgów naczelnych, do których należą ludzie (zobacz rysunek poniżej). Ze względu na niewielkie rozmiary kota jego mózg musi być oczywiście lżejszy od naszego, ale jest lżejszy również w stosunku do masy ciała: u kota stanowi 0,9 procent całości, u człowieka 2 procent. Większość tej nadwyżki tkanki mózgowej stanowi u nas „myśląca” część mózgu, czyli kora mózgowa, która otula części położone głębiej i jest silnie pofałdowana. Kora mózgowa kota jest proporcjonalnie mniejsza i słabiej pofałdowana (choć nieco bardziej niż u psa), co sugeruje, że jego zdolność świadomego myślenia jest nieporównywalnie mniejsza od naszej. I odwrotnie, większe znaczenie węchu znajduje odbicie w wyeksponowaniu obszaru mózgu przetwarzającego informację zapachową (zobacz rysunek poniżej). U psów i kotów mieści się on w czołowej części mózgu, podczas gdy u człowieka został na skutek gwałtownego rozrostu kory zepchnięty do dolnej jego części.

Boczny widok mózgu człowieka i kota (w różnej skali) ze wskazaniem niektórych obszarów związanych ze zmysłami, organami ruchu i koordynacją ruchów ciała (móżdżek)

Te różnice w budowie mózgów kotów i ludzi muszą niechybnie stanowić odbicie różnic w sposobie myślenia, których jednak nauka nie zdołała jak dotąd w pełni uchwycić. Wszyscy intuicyjnie czujemy, jak to jest być człowiekiem, ale o wiele trudniej wyobrazić sobie obraz świata powstający w mózgu kota. Możemy jednak być praktycznie pewni, że nasza i kocia wersja świata są do siebie niepodobne. Musimy postarać się zrozumieć tę różnicę, jeśli chcemy prawidłowo oceniać reakcje kota na nasze próby tresury.

Pierwsze ważne pytanie dotyczy tego, jak koty postrzegają nas. Najczęściej przyjmowane objaśnienie przyczyn ogromnego rozwoju naszej kory mózgowej mówi, że możemy dzięki niej pojąć o wiele bardziej skomplikowany system relacji społecznych, do czego nie są zdolne inne ssaki. Nie posiadając odpowiednich struktur mózgowych, kot musi postrzegać swój związek z właścicielem (lub innym kotem) w sposób o wiele prostszy, niż my postrzegamy związek z nim11.

Jedną z zasadniczych różnic między nami może być to, co często jest określane jako „teoria umysłu”. Kiedy mówimy do naszego kota, zakładamy, że nas słucha, i wiemy, że on również posiada umysł. Koty bez wątpienia postrzegają znanych sobie ludzi jako odrębne indywidualności i reagują na nasze poczynania, ale istnieją naukowe dowody – co może być trudne do przyjęcia dla miłośników tych zwierząt – że nie uświadamiają sobie, iż my potrafimy myśleć o nich. Zdolność do wyobrażania sobie i przewidywania tego, co myśli inna żywa istota, jest prawdopodobnie ograniczona (przynajmniej jeśli chodzi o ssaki lądowe) jedynie do najbardziej zaawansowanych ewolucyjnie naczelnych (małp człekokształtnych) i oczywiście u człowieka jest daleko bardziej rozwinięta niż u jakiegokolwiek innego gatunku. Jednakże to, że koty mogą o nas myśleć, tak jak my myślimy o nich, to w większości po prostu mrzonki. Koty prawie na pewno nie są do tego zdolne12.

W praktyce oznacza to, że koty mogą wprawdzie poświęcać dużo uwagi temu, co robimy, ale mają niewiele pojęcia o naszych procesach myślowych. Kiedy ktoś stwierdza, że na stole kuchennym brakuje kawałka mięsa i dochodzi do wniosku, że zwędził go kot, jego naturalną reakcją jest odnalezienie kota i udzielenie mu reprymendy. Mamy prawo oczekiwać, że dziecko, które kilka minut wcześniej ściągnęło z kuchni ciastko, nawet bez specjalnego objaśnienia wie, dlaczego się na nie gniewamy. Moglibyśmy więc sądzić, że kot potrafi przeprowadzić taką samą dedukcję. Jednakże koty nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że my w ogóle myślimy, więc tym bardziej nie są w stanie wyobrazić sobie, co myślimy.

Druga zasadnicza różnica między działaniem naszego i kociego mózgu polega na tym, że koty żyją głównie w czasie teraźniejszym. Mają rzecz jasna doskonałą pamięć – bez tego tresowanie ich byłoby niemożliwe – ale ich wspomnienia wypływają na powierzchnię tylko wtedy, gdy coś podobnego wydarza się w chwili bieżącej. Na przykład kot, który zobaczył przez okno innego, czarnego kota, może w tym momencie przypomnieć sobie swoje wcześniejsze kontakty z czarnymi kotami. Już kilka minut po zniknięciu intruza będzie jednak myślał o czymś zupełnie innym. Nie wydaje się, by koty były zdolne do przywoływania wspomnień w dowolnej chwili, jak czynimy to my (a przynajmniej sądzimy, że potrafimy to czynić). Kot, który słyszy głos swojego właściciela nawołujący: „Chodź tu, kiciu”, natychmiast przypomina sobie poprzednie sytuacje, kiedy na takie wezwanie przybiegał do pana i był za swój trud nagradzany smacznym kąskiem, więc zareaguje w ten sam sposób (o ile nie odciągnie go jakaś inna sprawa).

Z tego samego powodu jest mało prawdopodobne, by koty zdolne były do działania „sprytnego” czy „intryganckiego”, chociaż chętnie interpretujemy w ten sposób ich zachowania. Nie tylko bowiem żyją chwilą bieżącą, lecz także nie potrafią analizować tego, co zdarzyło się w przeszłości, ani czynić planów na przyszłość.

Przy tresowaniu kotów sprawą podstawową jest zrozumienie i umiejętność przewidywania emocji zwierzęcia, gdyż potoczne wyobrażenia o jego życiu emocjonalnym pełne są nieporozumień. Uczuciom kota nie poświęcono dotąd zbyt wielu badań, ale ostatnio pojawiła się możliwość zaobserwowania, jak w rozmaitych kontekstach zmienia się aktywność jego mózgu. Udało się wyuczyć psy i niektóre inne ssaki, by pozostawały bez ruchu przez czas niezbędny do uzyskania obrazu za pomocą rezonansu magnetycznego, i pewnie już wkrótce takie eksperymenty zostaną powtórzone na kotach13.

W wyniku tych badań stwierdzono, że mózg ssaków – psa, kota czy myszy – potrafi generować pewien wspólny repertuar prostych emocji, takich jak szczęście, lęk, niepokój czy frustracja. Szkolenie w ostatecznym rozrachunku polega na modyfikowaniu okoliczności wywołujących poszczególne emocje. Trening oparty na nagradzaniu, najskuteczniejszy w przypadku kotów, ma na celu osłabienie emocji negatywnych – lęku, niepokoju i frustracji – a wzmocnienie pozytywnych, takich jak radość czy przywiązanie, poprzez zmianę skojarzeń pomiędzy tymi emocjami a codziennymi doświadczeniami zwierzęcia.

Wielu właścicieli kotów wierzy, że zwierzęta te zdolne są doznawać o wiele bardziej złożonych emocji, także takich, które – przynajmniej u ludzi – przejawiają się na poziomie świadomości. Należą do nich zazdrość (prawdopodobnie w jakimś stopniu dostępna bardziej uspołecznionym psom, ale raczej nie kotom), a także duma, empatia i poczucie winy, uczucia prawie na pewno nieznane obu tym gatunkom. Człowiek, który ukarze kota, błędnie sądząc, że zwierzę może czuć się winne z powodu bałaganu, jaki zrobiło w domu pod nieobecność pani, zaszkodzi swoim relacjom z pupilem (i być może zwiększy prawdopodobieństwo tego, że kot ponownie popełni to samo przewinienie). Koty „żyją chwilą” i nie potrafią skojarzyć swoich działań z ich konsekwencjami – zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi – jeśli te konsekwencje następują zaledwie kilka minut później, nie mówiąc już o całej godzinie. Kara lub nagroda skojarzy się kotu z tym, co dominuje w jego umyśle w danej chwili. W przypadku kota, który narobił bałaganu, najpewniej z powrotem pana. Właściciel trzymający się takiej taktyki będzie zaskoczony, że kot nie wita go już przyjaźnie, a bałagan jest coraz większy, gdyż poziom napięcia u zwierzęcia rośnie.

Koty i psy w zasadniczo odmienny sposób interpretują informację społeczną, zarówno pochodzącą od przedstawicieli ich własnego gatunku, jak i od ludzi. Ponadto kot zupełnie inaczej niż przeciętny pies reaguje na zjawiska, z którymi się dotąd nie zetknął.

Do szkolenia psów można podchodzić na wiele sposobów, lecz wszystkie metody mają dwie cechy wspólne: wykorzystują wyjątkową wrażliwość psa na mowę ciała człowieka i jego wrodzoną sympatię dla każdego, kto się nim opiekuje. Psy są zwierzętami społecznymi, gdyż pochodzą od wilków żyjących w zgodnych grupach opartych na więzach krwi. Udomowienie zasadniczo zmieniło funkcjonowanie umysłu psa. Zaczął łaknąć ludzkiej uwagi – porzucony pies przywiąże się do każdego, kto okaże mu trochę serca choćby przez piętnaście minut. Eksperymenty wykazały, że psy są wyczulone na postawę człowieka bardziej nawet niż szympansy, uważane za najinteligentniejsze ze zwierząt. Obie te cechy przez tysiące lat stanowiły podstawę związków między psami a ludźmi, co pozwoliło nam wykorzystywać psy do całej gamy różnych zadań – pasterstwa, polowania, obrony, chociaż oczywiście dzisiaj trzymamy je najczęściej do towarzystwa, z której to roli również znakomicie się wywiązują. Wszystko to sprawia, że tresowanie psa zawsze będzie wyglądało inaczej niż szkolenie jakiegokolwiek innego zwierzęcia, postrzegającego ludzi w odmienny sposób14.

Fakt, że koty patrzą na nas zupełnie inaczej niż psy, nie powinien przesłaniać nam tego, że mechanizm uczenia się jest u obu tych gatunków w istocie taki sam, niezależnie od celu, jaki chcemy osiągnąć. Różnica leży w motywacji do nauki: sam proces nauki wygląda podobnie i przebiega równie sprawnie. Ponieważ w potocznym przekonaniu psy dają się tresować, a koty nie, łatwo dojść do wniosku, że te pierwsze potrafią nauczyć się więcej. Choć co prawda nigdy nie dowiemy się, jak to jest być kotem albo psem, możemy bez obaw powiedzieć, że jeden i drugi są pojętnymi uczniami.

Koty, wywodzące się od zwierząt terytorialnych o samotniczym trybie życia, są generalnie o wiele bardziej powściągliwe w kontaktach społecznych. Wiele z nich musi dopiero nauczyć się ufać ludziom lub innym kotom i często potrafią oswoić się tylko z jednym nowym osobnikiem na raz. Przywiązują się w pierwszej kolejności do miejsca, nie do człowieka. Nie znaczy to, że nie mogą okazywać sympatii swojemu właścicielowi. Oczywiście robią to. Ale takie ciepłe uczucia mogą rozkwitać tylko w atmosferze bezpieczeństwa. Dla kota priorytetem jest znalezienie miejsca, w którym czuje się bezpiecznie, oraz pewnego źródła pożywienia – potrzeby te zaspokaja zwykle dom właściciela – i dopiero wtedy kot może zacząć nawiązywanie bliskich relacji społecznych.

Koty, a szczególnie kocięta, działają na wiele osób rozczulająco – zjawisko to niełatwo w pełni wytłumaczyć. Wiemy już, że urok kociąt wywiera na nas wpływ na bardzo podstawowym poziomie, aktywizując te same części mózgu, które reagują na widok i głos ludzkiego niemowlęcia. Niezwykłą popularność obrazów kotów i kociąt w Internecie prawie na pewno można przypisać tej naszej wrodzonej reakcji. Nie wyjaśnia to jednak dostatecznie, dlaczego u tak wielu z nas to chwilowe zauroczenie zamienia się w więź z kotem trwającą do końca życia. Większość właścicieli spontanicznie opisuje swoich ulubieńców jako członków rodziny i chociaż nauka nie znalazła dotąd dobrego wytłumaczenia, dlaczego przychodzi im to w tak naturalny sposób, dzięki takiej więzi większość domowych kotów ma zapewnioną opiekę i zainteresowanie, których potrzebują15.

Lecz koty nie uznają człowieka automatycznie za swojego najlepszego przyjaciela. Na całym świecie wiele z nich zachowuje przez całe życie dystans do ludzi. Żeby się przywiązać, muszą (podobnie jak psy) nauczyć się obcowania z nimi w bardzo wczesnej młodości. Jeśli kociak nie dozna choćby w niewielkim stopniu przyjaznego kontaktu z człowiekiem w kluczowym okresie pomiędzy drugim a ósmym tygodniem życia, najprawdopodobniej pozostanie zwierzęciem dzikim. Ta dobrze widoczna elastyczność społecznych preferencji kota świadczy, jak elastyczny jest koci umysł – wbrew poglądom o powściągliwości i sztywności tych zwierząt. Aczkolwiek w starszym wieku zachowania kota stają się bardziej schematyczne, przez całe życie zachowuje on zdolność do przyswajania sobie nowych doświadczeń i uczenia się nowych reakcji.

Fakt, że koty nie przywiązują się do ludzi tak mocno jak psy, tłumaczy, dlaczego tradycyjne metody tresury, odwołujące się do kar, są w odniesieniu do nich całkowicie bezproduktywne. Kara fizyczna jest równie przykra dla psów i kotów, ale pies przywiązuje się do właściciela tak mocno, że więź ta nie słabnie nawet wtedy, gdy pies nie może mieć wątpliwości, że to człowiek jest dla niego przyczyną dyskomfortu (bo na przykład zakłada ciasną obrożę) albo nawet bólu. Podobnie jak dzieci mimo bicia instynktownie lgną do swoich rodziców, psy nadal towarzyszą ludziom, którzy znęcają się nad nimi fizycznie (chociaż jednocześnie mowa ich ciała zdradza widoczne oznaki, że jest to relacja niezdrowa).

Z kotami jest inaczej. Kot instynktownie unika wszelkich sytuacji, które ocenia jako nieprzyjemne, więc jeśli uzna, że przykre doznania są w jakiś sposób związane z właścicielem, jego sympatia dla niego natychmiast słabnie. Taki efekt może wywołać nawet łagodna kara, powodująca u kota tylko umiarkowany dyskomfort lub po prostu lęk. Przykład: często jako sposób na oduczenie kota od wspinania się na blat kuchenny zaleca się używanie rozpylacza wody. Dźwięk wydawany przez rozpylacz, przypominający syczenie rozzłoszczonego kota, podobnie jak odczucie kropelek wody padających na ciało są dla zwierzęcia nieprzyjemne. Ale zadajmy sobie pytanie, z czym je sobie kot skojarzy – z tym, że wcześniej wskoczył na stół, czy z widokiem ręki pana? Tego rodzaju kara przyniesie oczekiwany rezultat i nie zepsuje zarazem stosunków kota z właścicielem tylko wówczas, gdy kot w żaden sposób nie będzie mógł uświadomić sobie, że przykre odczucie jest skutkiem działań człowieka. Nawet wtedy jednak kot, i tak z natury płochliwy, może stać się jeszcze bardziej nerwowy. Gorąco polecamy więc metody tresury oparte na nagrodach, które przedstawiamy w tej książce. Nie będzie wtedy potrzeby bardziej dotkliwego karania kota niż przez odmówienie mu smacznego kąska lub upragnionej zabawki.

Źródłem nienormalnych czy niepożądanych zachowań kota jest przeważnie sytuacja, w której zagrożone jest jego poczucie bezpieczeństwa, na przykład dlatego, że do sąsiadów wprowadził się nowy kot albo w „jego” domu pojawiło się małe dziecko. Stres, którego zwierzę wówczas doświadcza, można jednak złagodzić lub całkowicie wyeliminować przez odpowiednie szkolenie. Trening odgrywa również główną rolę w zapobieganiu takim sytuacjom. Może na przykład przygotować kota na przyjęcie do domu innego przedstawiciela jego gatunku.

W nowej, potencjalnie niebezpiecznej sytuacji kot ustępuje psu pod dwoma względami. Będąc zwierzęciem samotniczym, nie może czerpać siły z liczebności grupy, jak to czyni o wiele bardziej uspołeczniony pies. No i oczywiście kot jest mniejszy, więc i bardziej bezbronny od przeciętnego psa, a tym bardziej od jego przodka wilka, po którym pies dziedziczy zapewne swoją pewność siebie. Zatem typową reakcją większości kotów na to, co nieznane, jest zachowanie dystansu i ucieczka przy pierwszym sygnale wskazującym, że kroi się coś niedobrego. Niektóre z nich są z natury szczególnie płochliwe, ale rzadko który ma dość odwagi, by stawić czoło nieoczekiwanym przeciwnościom. Trudno więc byłoby nauczyć kota, żeby radził sobie z nieznaną sytuacją w inny sposób, niż trzymając się od niej z daleka. Jeśli podobne doświadczenie będzie się powtarzało, negatywne skojarzenia mogą się tylko nasilić: przypomnijcie sobie, jak niechętnie koty dają się zapakować do koszyka transportowego, chociaż lubią chować się w podobnych rozmiarów pudełku, kiedy chcą uciąć sobie drzemkę. Z tego powodu szkolenie często musi rozpocząć się od wprowadzenia w otoczeniu kota zmian, które wzmocnią jego ogólne poczucie bezpieczeństwa, dając zwierzęciu pewność siebie potrzebną, by zmierzyło się ze swoimi lękami, choćby w najłagodniejszej formie. Dopiero wtedy możliwe będzie zbudowanie pozytywnych skojarzeń.

Nawet kot dobrze oswojony, pewny siebie i czujący się bezpiecznie nieuchronnie będzie stykał się z nieprzyjemnymi dla siebie sytuacjami. Długowłosy kot wymaga częstego czesania, ponieważ ewolucja przystosowała jego język jedynie do czyszczenia krótkiej sierści, jaką mieli przodkowie. Praca specjalisty weterynarza może znacznie poprawić samopoczucie zwierzęcia, ale spróbuj to powiedzieć kotu, który zębami i pazurami broni się przed wsadzeniem do koszyka transportowego! Umówiona wizyta u lekarza często przepada, ponieważ właścicielowi nie udało się dostarczyć zwierzęcia do gabinetu, a znaczna część zapisanych lekarstw doustnych nie spełnia swego zadania, ponieważ kot je wypluwa albo po prostu w ogóle nie chce otworzyć pyska.

Koty, zupełnie jak małe dzieci, nie potrafią zrozumieć, że krótko trwająca nieprzyjemna procedura może przynieść im korzyść na dłuższą metę. Wiele długowłosych kotów cierpi z powodu kołtunów tworzących się w futrze, ale zdecydowanie bronią się przed ich rozczesywaniem. Wszystkie koty instynktownie wzdragają się przed zamknięciem w ciasnej przestrzeni i źle znoszą jazdę samochodem. My, ludzie, gotowi jesteśmy znosić drobne niedogodności oględzin lekarskich, bo rozumiemy, że służy to naszemu dobru. Natomiast kot, o ile nie został nauczony czego innego, najpewniej odbierze zabiegi weterynarza jako działanie nieznanego i zdecydowanie nieprzyjaznego drapieżnika. Wiele kotów z natury odznacza się płochliwością i kiedy w „ich” domu pojawia się obca osoba, stają się nerwowe. Trzeba im zapewnić możliwość stopniowego rozwijania pewności siebie. Niektóre źle znoszą nawet głaskanie lub branie na ręce.

Psy są zwykle na tyle mocno przywiązane do swoich właścicieli, że o wiele lepiej znoszą drobne niewygody. Kota, którego poczucie bezpieczeństwa zależy głównie od otoczenia, może wytrącić z równowagi nawet błahy incydent, który odbierze jako szczególnie nieprzyjemny. Jeśli ten incydent się powtórzy, zwierzę może wyrobić sobie nawyk wycofywania się, ilekroć sytuacja wyda mu się podobna. Co roku znaczna liczba kotów „głosuje nogami”, przenosząc się na inne podwórko, które uzna za mniej stresujące. To dowodzi, że koty łatwo uczą się rozpoznawać konsekwencje swoich interakcji z otaczającym je światem. Zamiast pozostawiać kota na łasce instynktów, które dobrze służyły jego odległym przodkom, lepiej udzielić mu lekcji lepiej dostosowanych do złożoności życia zwierzęcia domowego – inaczej mówiąc, za pomocą odpowiedniej tresury sprawić, by nasze relacje z kotem układały się bardziej gładko.

Szkolenie będzie również przydatne, gdy zamierzamy wprowadzić do domu drugiego kota. Ponieważ koty pochodzą od zwierząt samotniczych, ich zdolność do tolerowania innych osobników własnego gatunku w bliskim otoczeniu jest mocno ograniczona. Te, które potrafią żyć w grupie na wolności, zwykle tak się wychowały, a nie przyłączyły do niej w wieku dojrzałym. Oczywiście nie ma dwóch takich samych kotów i ich poziom akceptacji dla innych osobników bywa różny. Niemniej wbrew wyobrażeniom wielu właścicieli oswojenie domowego kota z nowym przybyszem jest zadaniem równie skomplikowanym jak ułożenie stosunków między dwoma psami, a często nawet jeszcze trudniejszym. Jeśli ktoś zabierze się do tego w niewłaściwy sposób, może niechcący wpędzić oba koty w stan lęku i stresu, który będzie trwał całe życie. Obok zrozumienia, że każdy z nich czuje się zagrożony przez drugiego, potrzebny jest także wcześniejszy trening, który sprawi, że taka konfrontacja przebiegnie w miarę bezboleśnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Naucz się kocie Zrozumieć kota Zrozumieć psa. Jak być jego lepszym przyjacielem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jak czytać wodę Przewodnik wędrowca Duchowe życie zwierząt Medyczna Marihuana. Historia hipokryzji Małe wielkie odkrycia Na drugie Stanisław