Poldark. Przybysz z morza

Poldark. Przybysz z morza

Autorzy: Winston Graham

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Historia Obyczajowe Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 22.49 zł

To ósma powieść osadzonej w malowniczej Kornwalii sagi rodu Poldarków. Kornwalia, rok 1810. Rodzina Poldarków oczekuje powrotu Rossa z armii Wellingtona walczącej w Portugalii. Kiedy Jeremy ratuje przybysza z morza, ich uporządkowane życie ogarnia chaos. Przybycie Stephena Carringtona odmieni życie Poldarków. Zwłaszcza dla Clowence i Jeremy’ego, dorosłych już dzieci Rossa i Demelzy, wydarzenie to stanie się kluczem do nowego świata – pełnego miłości, ale i niebezpieczeństw.

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

KSIĘGA DRUGA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: THE STRANGER FROM THE SEA

Redakcja: Beata Kołodziejska

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka / Aureusart

Zdjęcia na okładce: © Mark Owen / Arcangel Images, © Lee Avison / Arcangel Images

Korekta: Igor Mazur

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

Copyright © Winston Graham 1981. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-743-9

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

I

W czwartek dwudziestego piątego października tysiąc osiemset dziesiątego roku, gdy w parkach i na błoniach Anglii wiatr niósł pierwsze jesienne liście, stary król oszalał.

Wydarzenie to miało ważne konsekwencje nie tylko dla kraju, lecz również dla świata. Bezpośrednio wpłynęło na życie wielu ludzi, w tym czterech Kornwalijczyków: kupca, oficera, dyplomaty i lekarza.

Naturalnie nie zdarzyło się to po raz pierwszy: dwadzieścia dwa lata wcześniej król postradał rozum na tak długo, że w Anglii ustały prace legislacyjne. Między tysiąc osiemset pierwszym a tysiąc osiemset czwartym rokiem miewał chwilowe zaburzenia, na tyle poważne, by niepokoiły lekarzy i ministrów. Obecny atak wydawał się nieco inny od poprzednich. Król był starszy, prawie ślepy, a jego ulubiona córka umierała…

Pierwszym objawem było to, że bez przerwy gadał. Przez cały dzień i większość nocy. Jedno zdanie na pięć brzmiało rozsądnie, reszta była stekiem bzdur, które przywodziły na myśl ogon latawca kręcący się w powietrzu w przypadkowych podmuchach wiatru. Zwracał się do swojego zmarłego syna, księcia Oktawiusza Hanowerskiego, bo sądził, że żyje, a żywych synów – było ich wielu – uważał za zmarłych. Wpełzał pod kanapę i z ogromnym trudem go stamtąd wyciągano.

Wigowie bez powodzenia usiłowali ukryć zadowolenie. Książę Walii był gorącym stronnikiem ich partii i gdyby został regentem, natychmiast zdymisjonowałby nieudolnych torysów, którzy od wielu lat sprawowali rządy. Długie pozostawanie w opozycji zdawało się dobiegać końca.

Napoleon również się cieszył i nie próbował tego ukrywać. Wigowie byli zwolennikami pokoju: nawet ci, którzy w sekrecie nie podziwiali Bonapartego, uważali, że nie ma sensu toczyć z nim wojny. Zgadzali się, że nie da się go pokonać i należy z nim dojść do porozumienia. I to on miał podyktować warunki pokoju.

II

Prawie dokładnie cztery tygodnie przed chorobą króla trzej jeźdźcy ostrożnie zjeżdżali kamienistym wąwozem w okolicach Pampilhosy. Jako drugi jechał mężczyzna w średnim wieku, wysoki, przystojny, choć nieco kościsty. Miał na sobie dobry, ale podniszczony strój do jazdy konnej, który nie pozwalał odgadnąć jego narodowości. Dwaj pozostali byli młodsi, niscy, żylaści i nosili obszarpane mundury armii portugalskiej. Wyruszyli wczesnym rankiem z Porto. Początkowo jechali piaszczystym gościńcem, lecz niedawno zmienił się on w kamienistą ścieżkę wśród karłowatych dębów, kolczastych zarośli, głazów i zbutwiałych pni drzew. Jeden z żołnierzy pełnił funkcję przewodnika.

Kiedy zaczął zapadać zmrok, starszy mężczyzna odezwał się po angielsku do Portugalczyka jadącego z tyłu:

– Daleko jeszcze?

Dwaj żołnierze wymienili kilka zdań.

– Garcia mówi, że klasztor w Buçaco znajduje się jakieś pięć kilometrów stąd, senhor.

– Znajdzie go w ciemności?

– Nigdy tam nie był, klasztor powinien być oświetlony.

– Jeśli nie został ewakuowany. Jak wszystko.

– Na rozkaz pańskiego generała, senhor.

Ruszyli dalej. Drobne, wytrzymałe konie potykały się i ślizgały na nierównej ścieżce. W trakcie jazdy mężczyźni stale natrafiali na opuszczone gospodarstwa, spalone stodoły, martwe zwierzęta, przewrócone wozy, ślady ewakuacji i zniszczenia. Widzieli także trupy, nad którymi krążyły roje much, przeważnie zwłoki starców zmarłych w czasie ucieczki. Było jednak jasne, że okolica nie jest tak pusta, jak mogłoby się zdawać. Gdzieniegdzie poruszały się liście, w gajach oliwnych pojawiały się i znikały ludzkie postacie, kilkakrotnie rozległy się strzały, a przynajmniej raz kule przeleciały na tyle blisko, by wzbudzić niepokój. Wieśniacy uciekali przed najeźdźcami, ale wielu mężczyzn pozostało, by prowadzić wojnę partyzancką z nieprzyjacielem. Widać było również żołnierzy Ordenanzy, portugalskiej milicji, w wełnianych czapkach, krótkich brązowych kapotach i przetartych bryczesach, uzbrojonych w noże rzeźnickie i stare garłacze, dosiadających dzikich kuców o zmierzwionej sierści. Nadjeżdżali znienacka w chmurach pyłu albo pojawiali się na chwilę na tle nieba i dęli w sierpowate rogi. Anglik dwukrotnie musiał pokazać dokumenty, choć towarzyszyła mu portugalska eskorta. Kiedy myślał o losie maruderów nieprzyjacielskiej armii, cierpła mu skóra. Ale zachowanie najeźdźców prowokowało do zemsty.

Była ciepła wrześniowa noc, lecz nie świecił księżyc. Na rozgwieżdżonym niebie płynęło kilka mlecznych obłoków.

Dotarli do koryta wyschniętej rzeki pod ścianą skalną, po czym prowadzący żołnierz zsiadł z konia i zaczął krążyć po okolicy niczym pies myśliwski szukający tropu. Anglik cierpliwie czekał. Jeśli zabłądzili, mogą spać do rana owinięci płaszczami; noc spędzona wśród karłowatych kasztanowców nikomu nie powinna zaszkodzić. Mieli wodę i jedzenie.

Po chwili zza kępy aloesów wynurzyła się pochylona postać o nieokreślonym wieku i płci. Zbliżyła się ostrożnie i rozmawiała szeptem z Portugalczykami. Żołnierz odwrócił się i powiedział:

– Jesteśmy bliżej klasztoru, niż myśleliśmy, senhor, ale musimy okrążyć oddziały francuskie, które są bezpośrednio przed nami.

Zapadło milczenie.

– Gdzie dokładnie?

– Na zachodzie, senhor. To wielka armia. Przez cały dzień ścigali Anglików. Ten człowiek radzi, żebyśmy szli kilometr korytem wyschniętej rzeki, a później dotarli między wzgórzami do grzbietu Buçaco. W dolinie jest francuska artyleria.

Anglik sięgnął do sakiewki, wysupłał monetę i wręczył ją zgarbionej postaci, która uratowała ich przed wpadnięciem na posterunki nieprzyjaciela. Ponieważ cenił własną wolność, moneta była duża; a obszarpany cień okazał się odpowiednio wdzięczny. Wycofał się w ciemność, nisko się kłaniając, i zniknął. Anglikowi przyszło do głowy, że w obecnym chaosie, gdy załamała się cywilizacja, prymka tytoniu mogłaby być cenniejsza od monety.

Jeźdźcy skorzystali z rady obszarpanego człowieka i ostrożnie ruszyli wśród wielkich głazów. W dalszym ciągu czuli niepokój, że mimo wszystko natkną się na Francuzów. Od czasu do czasu prowadzący żołnierz zatrzymywał konia i nasłuchiwał, starając się wyłowić dźwięki świadczące, że zbliżają się do obozowiska nieprzyjaciela. Po godzinie dotarli do miejsca, gdzie powinni skręcić w stronę wzgórz. Zastanawiali się, czy nie spędzić tam nocy, ale uznali, że im bardziej oddalą się od Francuzów, tym będą bezpieczniejsi. Porzucili myśl o dotarciu do klasztoru w Buçaco, bo wydawało się prawdopodobne, że Francuzi już go zajęli.

Pod wieczór zaczął wiać zimny wiatr od strony morza, które znajdowało się zaledwie kilka kilometrów dalej, i jeźdźcy ciaśniej owinęli się płaszczami. Ruszyli pod górę, najpierw wśród pagórków, a później kamienistymi ścieżkami prowadzącymi na skalistą grań. Kiedy dotarli na szczyt porośnięty kolcolistami i wrzosami sięgającymi do pasa, pierwszy żołnierz znów się zatrzymał. Dwaj pozostali jeźdźcy poszli za jego przykładem. Nasłuchiwali. Bardzo dziwny dźwięk przypominający zawodzenie, rozpaczliwy lament kobiety. Nie, wykluczone. Może dźwięk piszczałki pasterskiej? Również nie.

Konie się zrównały. Dwaj Portugalczycy dyskutowali między sobą. Ten, który znał angielski, powiedział:

– Musimy skręcić dalej na północ, senhor. To Francuzi.

– Nie – odparł Anglik. – Nie wierzę, że to Francuzi.

– Więc kto?

– Przekonajmy się.

– Nie, nie! Schwytają nas i rozstrzelają!

– Więc zaczekajcie tutaj – rzekł Anglik. – Albo jedźcie powoli pięćdziesiąt kroków za mną. Jeśli się mylę, możecie uciec. Francuzi nie będą was ścigać w nocy.

– A pan, senhor?

– Domyślam się, co to za dźwięk.

Ruszył konno wśród wrzosów w stronę skalistego urwiska widocznego w ciemności, ponieważ zasłaniał gwiazdy. Eskortujący go żołnierze podążali w bezpiecznej odległości. Przebyli około czterystu metrów i zatrzymali się, słysząc zapytanie wartownika. Anglik ściągnął wodze i spoglądał na samotnego żołnierza, który celował do niego z muszkietu. Później zauważył trzech innych żołnierzy częściowo ukrytych za krzakami, również z bronią gotową do strzału.

– Przyjaciel – powiedział szybko po angielsku. – Nazwisko Poldark. Z Porto z listami. Do tego dwaj Portugalczycy jako eskorta.

Po chwili wartownik opuścił lufę muszkietu i powoli ruszył naprzód. Był tęgim mężczyzną w wojskowym berecie.

– Proszę o dokumenty.

Anglik zsiadł z konia, sięgnął do kieszeni, wyjął pugilares i podał wartownikowi. Pojawił się drugi żołnierz z osłoniętą latarnią i obaj pochylili się nad papierami.

– Tak jest, sir. Chyba wszystko w porządku. Z kim chciałby się pan spotkać?

– Kto wami dowodzi?

– Dywizją generał Cole, sir, a batalionem pułkownik McNeil.

– Jesteście z piechoty?

– Drugi batalion siódmego regimentu fizylierów. Sierżant Lewis.

– Chciałbym się zobaczyć z pułkownikiem.

Dwaj portugalscy żołnierze również zsiedli z koni. Ich białe zęby zalśniły w mroku, gdy zostali powitani przez angielskich sojuszników. Ruszyli wraz z rumakami wzdłuż grzbietu wzgórza i wkrótce znaleźli się wśród masy żołnierzy, którzy rozmawiali, gawędzili, lecz nie gotowali strawy. Nieliczne ogniska rozpalono tak, aby były niewidoczne z daleka.

– Eskortujących mnie Portugalczyków bardzo zaniepokoił dźwięk kobzy – rzekł po chwili Poldark. – Co to za melodia?

Sierżant Lewis pociągnął nosem.

– Jakiś stary szkocki lament. Żołnierze mają teraz ochotę słuchać melancholijnych pieśni. Jutro rano muzyka będzie bardziej marsowa.

Dotarli do kępy wysokich cedrów. Ich potężne pnie wykorzystano jako podpory ścian prowizorycznego sztabu polowego, gdzie stały stoły i płonęły latarnie. Lewis zniknął, po czym wrócił z wysokim oficerem, który stanął jak wryty, wytrzeszczył oczy i przełknął ślinę.

– Poldark, Poldark! – zawołał. – Kapitan Poldark we własnej osobie! Nigdy nie przypuszczałem, że spotkam w Portugalii drugiego Poldarka!

Przybyły Anglik również się zatrzymał, a później wybuchnął śmiechem.

– To pan, McNeil?! Do licha, niech mnie powieszą!

– Na szczęście dla pana ładnej żony udało się panu uniknąć stryczka – odparł McNeil. – Choć byli tacy, co uważali, że właśnie na to pan zasługuje!

Uścisnęli sobie dłonie po króciutkim wahaniu. Nigdy nie zostali przyjaciółmi, ponieważ dwadzieścia lat wcześniej znajdowali się po przeciwnych stronach barykady. Ross był przemytnikiem, a McNeil tropił przemytników. Kapitan Poldark przypłynął do Porto nie z listami, jak wcześniej powiedział, lecz w specjalnej misji jako obserwator z upoważnienia rządu. Kiedy znalazł się w Porto, poinformowano go, że Wellington od trzech tygodni cofa się ze swoją armią, i doradzono płynąć statkiem do Lizbony, skąd łatwiej nawiązać kontakt z Brytyjczykami. Jednak gdy się tego dowiedział, slup już odpłynął, i Ross postanowił jechać drogą lądową, choć mu to odradzano.

Nie wyjaśnił, na czym polega jego misja, a pułkownik McNeil nie pytał. Uprzejmie wymienili wiadomości o kornwalijskich znajomych – Bodruganach, Trevaunance’ach, Teague’ach i Treneglosach – po czym przeszli sto metrów do skraju skalnego grzbietu, skąd widzieli cały obszar równiny Mondego. Błyszczało na niej mnóstwo świateł. Wszędzie płonęły ogniska.

– Francuzi – rzekł lakonicznie McNeil.

– Dowodzi Massena?

– Tak. Wellington postanowił nie cofać się dziś dalej, więc rozbiliśmy obóz i obserwowaliśmy, jak armia francuska wypełnia dolinę poniżej nas. Przez cały dzień równiną maszerowały kolumny żołnierzy i docierały do stóp wzgórz. Oczywiście jest ich zaledwie dwa razy więcej od nas, lecz połowa naszych oddziałów to Portugalczycy, którzy jeszcze nie brali udziału w walce. Ach, cóż, jutro się przekonamy… Pod Azincourt było nas pięć razy mniej, prawda?

– Tak, rzeczywiście. Jednak tutaj nie mamy przeciwko sobie wystrojonych, napuszonych rycerzy, tylko rewolucyjną armię francuską dowodzoną przez geniusza.

– Niewątpliwie walka będzie ciężka, ale tym lepiej. Kiedy rusza pan w dalszą drogę?

– Nie jutro, jeśli dojdzie do bitwy.

McNeil spojrzał na towarzysza. Ross Poldark miał na sobie cywilną odzież, może po to, by bezpieczniej jechać przez kraj ogarnięty wojną. Zresztą już od dawna nie był oficerem w służbie czynnej, ponieważ wybrał inną drogę życiową i został posłem do Izby Gmin. Osiągnął już wiek średni, posiwiały mu skronie, nie przytył, lecz na twarzy pojawiło się kilka zmarszczek. Należał do specyficznego gatunku ludzi, którzy zawsze pozostają szczupli, gdyż trawi ich wewnętrzny ogień.

– Zamierza pan z nami zostać?

– Oczywiście. Mam karabin. Przyda się każdy dodatkowy strzelec.

– Czy to nie król Henryk V powiedział: „Im mniejsza nas liczba, tym większa cząstka honoru dla wszystkich”1? Tak czy inaczej, nie musi się pan angażować. – McNeil pogładził się po szpakowatym wąsie i wybuchnął śmiechem. Był to ledwie chichot w porównaniu z ogłuszającym rykiem, który pamiętał Ross.

– Nie palimy ognisk, by Massena uważał, że jest nas mniej?

– Tak. Chyba nie wie, że dołączyły do nas druga dywizja i piąta dywizja. Miło będzie sprawić mu niespodziankę. Zawsze dobrze mieć w zapasie trochę dobrych żołnierzy.

Poldark owinął się płaszczem. Od strony morza wiał zimny wiatr niosący fale mgły.

– A pan, McNeil? Kiedy spotkaliśmy się w Kornwalii, był pan kapitanem w Scots Greys. Zmienił pan pułk?

McNeil wzruszył ramionami.

– Nie mam majątku ani koneksji, Poldark. Gdybym został w dawnym regimencie, mógłbym awansować co najwyżej do stopnia majora. Tutaj, w tyglu walk na Półwyspie Iberyjskim, zrobiłem najważniejszy krok, choć jak dotąd jestem tylko pułkownikiem brevetowym. Ale spodziewam się, że w wyniku nieuchronnych strat wojennych wkrótce otrzymam normalny patent pułkownika.

Stali w milczeniu, spoglądając na światełka mrugające na równinie. Wśród skalistych wzgórz i wysokich drzew płynęły po sobie kolejne obłoki mgły. McNeil uważał za naturalne, że nie znajdzie się na liście poległych. Ross Poldark równie naturalnie cieszył się z perspektywy niebezpiecznej bitwy, która nie mogła przynieść mu żadnej korzyści, lecz w której mógł stracić życie.

– Powiedział pan jedną ciekawą rzecz, pułkowniku – odezwał się Ross. – Może się przesłyszałem. Wspomniał pan o drugim Poldarku służącym w Portugalii?

– Tak.

– O kogo chodzi? Czy coś źle zrozumiałem?

– Dobrze pan zrozumiał. W regimencie piechoty z Monmouthshire służy oficer o nazwisku Poldark. Któregoś dnia widziałem jego nazwisko na liście kwatermistrzowskiej. Zastanawiałem się, czy go nie odszukać, ale – jak pan rozumie – mamy mnóstwo innych zajęć!

Ross poruszył stopą, która ostatnio często sprawiała mu ból.

– Jest tu w tej chwili?

– Na pewno. Czterdziesty trzeci regiment piechoty wchodzi w skład lekkiej dywizji generała Craufurda. Powinni zajmować pozycję na lewym skrzydle.

– Daleko?

– Osiemset metrów stąd. Chce go pan zobaczyć? To krewny?

– Tak przypuszczam.

– W takim razie każę komuś pojechać tam z panem po posiłku. Rozumiem, że najpierw zje pan z nami kolację?

– Chętnie.

III

Na kolację podano tylko wędliny. W nocnej ciszy słychać było granie świerszczy i szum wiatru. Kilka razy w mroku rozległy się żałobne tony kobzy, ponure dźwięki, jakby opłakiwano jutrzejszą rzeź. Ross miał wrażenie, że jest to lament, a zarazem wezwanie do boju. W dole, na równinie, warkotały werble. Wydawało się, że Francuzi nie ukrywają swojej potęgi – potęgi, która zdziesiątkowała wszystkie pozostałe armie Europy – by przerazić przeciwników i pozbawić ich odwagi przed świtem. Anglicy zdawali sobie sprawę, że nazajutrz dojdzie do bitwy, ponieważ Wellington ogłosił, że armia nie będzie się dalej cofać – a Wellington zawsze dotrzymywał słowa. Jednak Francuzi nie wiedzieli, czy armia obozująca na stokach wzgórz wznoszących się nad równiną nie podjęła mądrej decyzji i nie wymknęła się przed świtem, pozostawiając tylko ariergardę mającą opóźniać natarcie nieprzyjaciela. W ostatnich kilku latach często się to zdarzało. Zeszłoroczne zwycięstwo Brytyjczyków pod Talaverą było wyjątkiem, nie regułą.

Kiedy skończyli posiłek, zbliżała się północ. Rossa poprowadził przez obóz jeden z żołnierzy. Wielu ludzi już spało, a przynajmniej leżało na ziemi owiniętych kocami. Wydawało się, że wszyscy są całkowicie ubrani: nikt nie próbował się rozbierać, pamiętając o nadchodzącym dniu. Żołnierze w grupkach kucali na ziemi lub leżeli wsparci na łokciach i cicho rozmawiali. McNeil wspomniał o bitwie pod Azincourt i Ross przypomniał sobie przedstawienie teatralne widziane na Drury Lane, w którym król obchodził obóz w nocy przed bitwą. Zadziwiające, że szkocki oficer potrafił zacytować fragment sztuki. Ross pamiętał, że w dramacie występował Kornwalijczyk. Nie, nie, to króla wzięto za Kornwalijczyka, ponieważ nazwał się Le Roy… Czy Szekspir sądził, że to kornwalijskie nazwisko?

Ross musiał przejść osiemset metrów i pod koniec zaczął kuleć. Ostatnio częściej jeździł konno, niż chodził. Później należało wypytywać, szukać w mroku wśród leżących postaci, ktoś uniósł kciuk, ktoś inny wskazał palcem. Żołnierz towarzyszący Rossowi krążył między grupkami jak mała szkocka łasica. W końcu jakiś mężczyzna usiadł i spytał:

– Tak, nazywam się Poldark. Kto mnie szuka?

– Twój krewny – odparł Ross. – Któż by inny?

Rozległo się przekleństwo i z zaskoczoną miną wstał chudy mężczyzna. Siedział oparty plecami o drzewo, na kolanach trzymał pochwę szabli. Zmrużył oczy, usiłując coś zobaczyć w słabym świetle gwiazd.

– Na Boga żywego! Toż to stryj Ross!

– Geoffrey Charles! Nigdy nie przypuszczałem, że będę miał szczęście spotkać cię w takich okolicznościach! Jestem na tyle zarozumiały, aby dojść do wniosku, że w armii brytyjskiej nie służy inny człowiek o nazwisku Poldark!

– Na Boga! – Geoffrey Charles uścisnął krewnego, przyciskając policzek do jego policzka, po czym przyjrzał mu się, trzymając go za ramiona. – Nie wierzę własnym oczom! Właśnie myślałem o domu, aż tu nagle, jak dżinn z butelki, pojawia się człowiek, którego najlepiej pamiętam z całej tej zbieraniny i, z jednym wyjątkiem, najwyżej cenię! Niechaj Bóg ma nas w swojej opiece! To niemożliwe!

Ross wyjaśnił, skąd się wziął w Portugalii.

– Czy stryj nie powinien natychmiast jechać do Wellingtona, zamiast marnować czas na rozmowy z nieważnym bratankiem? Niech stryj pędzi na spotkanie ze starym Douro, a później chętnie ze stryjem porozmawiam!

Ross się zawahał, ponieważ nie miał ochoty wyjaśniać dokładnych powodów swojej obecności w Portugalii. W istocie rzeczy czuł obawę, że gdyby przedstawił je w kilku zdaniach, syn Francisa Poldarka mógłby nie docenić ich ważności.

– Geoffreyu Charlesie – powiedział. – Wysłano mnie tutaj jako obserwatora, a nie człowieka składającego meldunki. Podejrzewam, że generał Wellington ma dziś w nocy wiele spraw na głowie. To, co mam mu powiedzieć, nie pomoże mu wygrać jutrzejszej bitwy, więc równie dobrze mogę się z nim zobaczyć później.

– Stryj chce tu zostać?

– Oczywiście. Nie chcę tracić takiej okazji. Mógłbyś wykorzystać strzelca wyborowego podlegającego twoim rozkazom?

– Moim rozkazom, mon Dieu?! C’est à ne pas y croire…

– Widzę, że jesteś teraz kapitanem. Ponieważ już dawno zrzuciłem mundur, czyni cię to starszym rangą i jestem gotów to zaakceptować.

Geoffrey Charles parsknął.

– Nie doceniasz się, stryju, bo, jak rozumiem, w ciągu ostatnich dziesięciu lat uczestniczyłeś w wielu awanturach! Nie wspominając o członkostwie w rozgadanej Izbie Gmin! Jeśli jednak chcesz stać u mojego boku w czasie bitwy, która ma zniechęcić Francuzów do wejścia na to wzgórze… cóż, z przyjemnością spełnię twoje życzenie!

– Dobrze, a zatem umowa stoi.

– Widziałeś francuski obóz w dole, stryju?

– Pokazał mi go pułkownik McNeil.

– Więc stryj zdaje sobie sprawę, że może nigdy nie mieć okazji dostarczyć wiadomości Wellingtonowi?

– Wezmę to ryzyko na swoje sumienie.

Ross nie był wcale pewny, czy generał powita go z zadowoleniem. Miał list polecający, lecz Wellington dysponował własną, prywatną linią łączności z ministrem spraw zagranicznych, którym przypadkowo był w tej chwili jego brat. Mógł podejrzewać, że dziwna osoba, ani cywil, ani wojskowy, niespodziewanie odwiedzająca jego sztab przybywa na polecenie innych członków gabinetu, którzy mają o nim niższe mniemanie. Nie było to dalekie od prawdy, choć Ross nie podzielał ich opinii.

Siedzieli pod drzewami na miękkich igłach sosen. Ordynans przyniósł gorący napój uchodzący za kawę i rozmawiali jak starzy przyjaciele.

Nie widzieli się od czterech lat, ponieważ Ross często wyjeżdżał za granicę po powrocie Geoffreya Charlesa spod La Coruñi. Zdumiał się, że krewny tak bardzo się zmienił. Kiedy ostatni raz widział Geoffreya Charlesa, był on nastoletnim kadetem, wesołym i psotnym. Przepijał i przegrywał w karty niewielką gażę oficerską, bez przerwy wpadał w tarapaty i tkwił po uszy w długach. Teraz Ross patrzył na chudego, muskularnego młodzieńca – chłopięca pulchność zniknęła. Geoffrey Charles miał opaloną, inteligentną twarz, przystojną, lecz twardą, uformowaną przez służbę wojskową lub wieloletnie polowania na lisy. Walczył dłużej od Rossa. Nie był już tak podobny do ojca jak we wczesnej młodości: nosił ciemne, krótkie wąsy i miał nieco inny zarys szczęki.

– Na moje ciało i duszę, jak powiedziałaby Prudie! Nigdy nie przypuszczałem, że po naszym ostatnim spotkaniu będziesz do mnie tak przyjaźnie nastawiony, stryju! Jesteś bogaty? Wątpię. Poldarkowie nigdy nie zdobywają majątku, choćby sprzyjała im fortuna. A jednak zaspokajałeś najpilniejsze potrzeby. A nie były małe! Wyciągnąłeś mnie z kabały! Gdybyś mi nie pomógł, mógłbym nigdy nie zobaczyć Hiszpanii i Portugalii, tylko spędzić najlepsze lata w więzieniu Newgate!

– Wątpię – odparł Ross. – Twój awans mógłby się trochę opóźnić, ale w czasie wojny nawet Anglia nie może pozwolić, by młodzi oficerowie trafiali do więzienia za parę gwinei.

– W najgorszym razie chyba mógłbym zapomnieć o dumie i poprosić ojczyma George’a, żeby mnie wykupił. Tak czy inaczej, twoja hojność i wyrozumiałość sprawiły, że uciekłem lichwiarzom spod noża bez tego upokarzającego doświadczenia.

– Wygląda na to, że się zmieniłeś, kapitanie Poldark.

– Dlaczego pan tak sądzi, kapitanie Poldark?

– Twój awans. Twój poważny wygląd. Cztery lata twardej wojaczki.

Geoffrey Charles wyprostował nogi.

– Jeśli chodzi o awans, było to dość proste. Na Półwyspie Iberyjskim ludzie giną w młodym wieku, więc szybko można otrzymać wolne stanowisko. Co do powagi, bierze się głównie stąd, że zastanawiam się, co napiszę ciotce Demelzie, jeśli jej mąż zginie pod moim dowództwem. Cztery lata wojaczki, jak sam dobrze wiesz, stryju, nie sprawiają, że człowiek zmienia się w anioła. Raczej sprzyjają niestosownym zainteresowaniom, jak kobiety, alkohol i karty!

Ross westchnął.

– Ach, cóż… Nie wspomnę o tym twoim krewnym.

Geoffrey Charles się roześmiał.

– W tej chwili nie mam długów, kapitanie. To wyjątkowa sytuacja. W zeszłym miesiącu, przed tym przeklętym marszem, w pułku urządzono wyścig osłów. Wszyscy stawiali mnóstwo pieniędzy, a ja, wierząc w tę bestię, postawiłem na nią sporą sumę i prześcignąłem o łeb młodego Parkinsona z dziewięćdziesiątego piątego regimentu piechoty! Po raz pierwszy od dwudziestu kilku miesięcy spłaciłem wszystkie długi i mam w kieszeni jeszcze kilka gwinei! Nie! Miałem szczęście, że zwyciężyłem, bo inaczej nie wiedziałbym, z czego zapłacić przegraną!

Ross dotknął obolałej kostki.

– Widzę, że raniono cię w twarz.

– Tak, ale nie tak efektownie jak ciebie, stryju. W lipcu nad rzeką Côa straciłem kawałek szczęki, stoczyliśmy potyczkę przed mostem. Ale mogło być gorzej. Chirurg dał mi na szczęście kawałek kości.

Rozdział drugi

I

Noc się dłużyła, lecz drzemali tylko od czasu do czasu, wymieniali uwagi, żartowali, wspominali. Przed świtem rozmawiali poważniejszym tonem o sobie, Kornwalii, Poldarkach.

Geoffrey Charles bardzo przeżył śmierć matki. Ross pamiętał, że kuzyn odwiedził go kiedyś w Londynie. Był bladolicym młodzieńcem i powiedział, że strata matki zmieniła jego stosunek do przyszłości. Nie miał już ochoty jechać do Oksfordu, w przyjemny sposób przygotowywać się do życia ubogiego ziemianina w najdalszym południowo-zachodnim zakątku Anglii. Ze względu na głęboką miłość do matki akceptował kuratelę ojczyma, którego nie lubił, ale po jej śmierci stało się to niemożliwe. Chciał sam radzić sobie w świecie i czuł, że nie może prosić sir George’a Warleggana o dalsze przysługi. Zamierzał wkrótce opuścić Harrow i wstąpić jako kadet do Królewskiego Kolegium Wojskowego. Ross usiłował mu to wyperswadować: znał armię na tyle dobrze, że wiedział, jak trudny jest w niej los młodego człowieka bez pieniędzy i wpływów. Znał również kosztowne gusta Geoffreya Charlesa i uważał, że służba wojskowa będzie za ciężka dla kuzyna. Chociaż młody człowiek stwardniał po trzech latach w Harrow, jako dziecko był rozpieszczany przez matkę i w dalszym ciągu rzucało się to w oczy.

Ale nic nie mogło zmienić jego decyzji. Ross miał wrażenie, że bratanek chce przede wszystkim opuścić Kornwalię i zapomnieć o związanych z nią wspomnieniach. Musiał wyjechać, a niechęć do ojczyma była tylko jednym z powodów. Zrealizował swój plan. Oznaczało to dłuższą wymianę listów z George’em – lecz przynajmniej nie musieli się spotykać. George okazał się dość hojny i zaproponował pasierbowi dwieście funtów rocznie do chwili ukończenia przez niego dwudziestego pierwszego roku życia; później zamierzał mu wypłacać pięćset funtów rocznie. Geoffrey Charles chciał odrzucić ofertę ojczyma, lecz Ross zmusił go do jej przyjęcia.

– Nie myślę tylko o sobie, choć im więcej dostaniesz, tym mniej będziesz potrzebował ode mnie! – powiedział. – George… George ma pewne zobowiązania wobec twojej matki i twojego ojca. Elementarna sprawiedliwość nakazuje, by się z nich wywiązał.

– By uspokoić sumienie?

– Nie mam pojęcia, co może uspokoić sumienie George’a albo wzbudzić w nim wyrzuty sumienia. Jeśli uspokoi to jego sumienie, będę się z tego cieszył. Ale to raczej kwestia rozsądnej umowy, która przyniesie wszystkim korzyści. Z pewnością ucieszyłoby to twoją matkę.

– Cóż, skoro tak uważasz, stryju, chyba powinienem się zgodzić.

Działo się to w zimnym, nieprzyjemnym lutym tysiąc osiemsetnego roku – nieprzyjemnym pod każdym względem. Geoffrey Charles z czasem odzyskał dobry humor. Polubił służbę wojskową – nawet w czasie rocznego, nietrwałego pokoju – a pięćset funtów rocznie od George’a, które zaczął otrzymywać w tysiąc osiemset piątym roku, nie powstrzymało go przed zaciąganiem długów. Ross dwukrotnie musiał je spłacać, gdy sytuacja przybrała niebezpieczny obrót. Ostatnim razem uregulował weksle na kwotę tysiąca funtów. Jednak nie wpłynęło to na ich stosunki.

Geoffrey Charles ziewnął, wyjął zegarek i spojrzał na niego w świetle gwiazd.

– Dochodzi czwarta, jeśli dobrze widzę. Za kilka minut Jenkins powinien przynieść następną kawę. Przed świtem musimy coś zjeść, ponieważ przypuszczam, że wtedy nas zaatakują. Wcześniej chciałbym przedstawić stryja kilku swoim przyjaciołom.

– Nie wyglądam zbyt dobrze w cywilnym ubraniu.

– Często opowiadałem o stryju swoim bliskim kolegom, Andersonowi i Daviesowi. Stryj jest znaną osobistością.

– Nonsens.

– Cóż, sądzę to po listach, które dostaję z Anglii. Pojawia się w nich czasem nazwisko stryja.

– Listach od kogo?

– Nieważne. Nawiasem mówiąc, stryj prawie nie opowiadał o Kornwalii.

– Nie pytałeś.

– Nie… Nie z braku zainteresowania… ale czasami, gdy ktoś zajmuje się zabijaniem, odrobina nostalgii to dobra rzecz.

– Opowiedz mi o Wellingtonie.

– Co chciałbyś wiedzieć, czego jeszcze nie wiesz, stryju? Jest zimny jak ryba, ale to wielki wódz i, jak sądzę, znakomity żołnierz.

– W Anglii nie wszyscy tak uważają.

– Również nie wszyscy jego podkomendni. Nawet tu są wigowie, którzy myślą, że nie ma szans na pokonanie Napoleona. Kiedy się wycofujemy, zawsze kiwają głowami, jakby chcieli powiedzieć: „A nie mówiłem?”.

– Anglicy są zmęczeni długą wojną – rzekł Ross. – Na północy i w środkowej części kraju panuje ogromna bieda. Wydaje się, że rząd poświęca tyle samo energii na wojnę z Francją, ile na tłumienie rewolucji w Anglii.

– Anglicy często przyprawiają mnie o mdłości – odparł Geoffrey Charles. – Kiedy wróciliśmy do kraju po La Coruñi, traktowano nas, jakbyśmy zdradzili kraj i uciekli! Mówili o Johnie Moorze z taką pogardą, jakby był partaczem i słabeuszem! Uważam, że gdyby nie umarł, postawiliby go przed sądem wojennym!

– W tej chwili wielu ludzi zmieniło zdanie – powiedział Ross. – Klęska nigdy nie jest mile widziana, a ocena wszystkich okoliczności wymaga czasu.

– Twoi koledzy posłowie, stryju, siedzą na tłustych tyłkach, żłopią porto i każą się nosić w lektykach na modne przyjęcia – rzucił bratanek Rossa. – Wydają niemożliwe do wykonania rozkazy swojemu największemu generałowi, a kiedy ginie, próbując je wykonać… wstają na sali obrad parlamentu – ledwo starcza im na to sił – i potępiają go za nieudolność, jednocześnie wychwalając Francuzów za wspaniałą umiejętność prowadzenia wojny.

– Podobno Soult postawił Moore’owi pomnik w La Coruñi.

– Oczywiście, dowódcy doceniają innych dowódców! To grzeczność, na którą nie stać Anglików wobec własnych generałów, jeśli giną w przegranej bitwie, a nie – jak Nelson – w zwycięskiej.

Ross milczał. Syn starego przyjaciela i brata stryjecznego, hulaki, który zmarnował swoje życie, lecz którego Ross szczerze kochał (podobnie jak jego żonę), od ostatniego spotkania dojrzał i zmienił się fizycznie i psychicznie. Ross zawsze miał słabość do Geoffreya Charlesa, i nie wynikało to tylko z pokrewieństwa. Miał wrażenie, że znowu słyszy Francisa, lecz dostrzegał w bratanku również coś z samego siebie.

– A Wellington? – spytał. – Jaki jest w porównaniu z Moore’em?

Młodszy kapitan Poldark niespokojnie potarł zranioną szczękę.

– Stary Douro to wielki człowiek. Żołnierze pójdą za nim nawet do piekła. Ale Moore’a darzyliśmy miłością.

Pojawił się ordynans z kolejną filiżanką parującej kawy.

– Teraz, gdy jesteśmy w odpowiednim nastroju, niech stryj opowie mi o Kornwalii. Moja ulubiona ciotka jest zdrowa?

– Ogólnie tak. Ostatnio czasem widzi niewyraźnie, ale to mija, gdy przez godzinę lub dwie leży na plecach.

– Na co nie ma ochoty.

– Na co absolutnie nie ma ochoty. Jeśli chodzi o dzieci… Jeremy jest zaledwie trzy centymetry niższy ode mnie. Zdaje się, że urósł już jakiś czas temu. Kiedy go ostatnio widziałeś?

– Po La Coruñi nie wróciłem do Kornwalii. Byłem wściekły, że nasz odwrót – i rozkazy Moore’a – może być tak krytykowany, że odrzuciłem myśl o powrocie i usprawiedliwianiu czegoś, co w gruncie rzeczy nie wymaga usprawiedliwień… Minęły cztery lata, przyjechałem na pogrzeb dziadka, to wszystko. Jeremy miał wtedy około piętnastu lat. Był równie wysoki jak ja, lecz jeszcze chudszy ode mnie!

– W dalszym ciągu jest chudszy.

– Jaki jest? Co sądzi o życiu?

– Nie ma specjalnej ochoty wstępować do wojska – odparł sucho Ross.

– Nie winię go. Ma ojca, matkę, siostry, miły dom. Mam nadzieję, że stryj go nie namawia.

– Jeśli wojna jeszcze trochę potrwa, może zostać zmuszony, by wziąć w niej udział.

– Levée en masse, jak we Francji, co? Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Po tych wszystkich latach wolałbym się poddać Napoleonowi!

Ross objął kubek, by rozgrzać dłonie. Para przyjemnie owiewała mu twarz. Coś szeleściło w krzakach i Geoffrey Charles spoglądał przez chwilę w ich kierunku.

– Jest tu wiele paskudnych zwierząt – rzekł. – Węże, skorpiony… – Po chwili dodał: – Jeśli rozpoczniemy teraz negocjacje z Napoleonem, wszystko skończy się tak jak poprzednio: kolejne zawieszenie broni, po czym Korsykanin wróci do sił, a Anglia straci posiadłości zamorskie. Wiem, że ta kampania jest niepopularna, ale koniecznie trzeba ją prowadzić, prawda? Stryj powinien wiedzieć. Rząd jest tak słaby, że ludzie zupełnie nie mają do niego zaufania. Gdyby tylko wrócił Pitt…

– Myślę, że rząd się utrzyma do śmierci starego króla.

– To kolejne ryzyko. Król ma przeszło siedemdziesiąt lat i mówią, że jest bardzo chory.

Z obozu Francuzów dobiegły ostre dźwięki werbli.

– A Clowance? – spytał Geoffrey Charles, jakby zdawał sobie sprawę, że mają coraz mniej czasu. – A twoja najmłodsza córka, stryju, Isabella-Rose?

– Nie jest już bardzo mała. Obie dorosły. Clowance ma prawie siedemnaście lat i zrobiła się dość urodziwa. Bella ma osiem, jest bardzo delikatna. Zupełnie inna niż Clowance w tym wieku, która zachowywała się wtedy jak urwis. Ciągle tak się zachowuje.

– Wrodziła się w matkę, kapitanie.

– To prawda – odparł Ross.

– A Drake i Morwenna?

– Świetnie sobie radzą, choć nie widziałem ich od roku. Nadal są w Looe i zarządzają moim zakładem szkutniczym.

– Namówienie ich do wyjazdu było dobrym pomysłem, jestem wdzięczny, że stryj ich przekonał. Trenwith budziło zbyt wiele przykrych wspomnień. Wielki Boże, pomyśleć, że kiedyś zamierzałem się osiedlić w Trenwith, żyć jak ziemianin i zatrudnić Drake’a jako zarządcę!

– Ciągle możesz to zrobić, o ile wojna się kiedyś skończy.

– Trzeba wreszcie się rozprawić z tym Korsykaninem. To przerażające, gdy człowiek zdaje sobie sprawę, że po tych wszystkich latach ma dopiero czterdziestkę. Problem z geniuszem, dobrym czy złym, polega na tym, że objawia się już w młodości. Mają więcej dzieci?

– Kto? Drake i Morwenna? Nie, tylko jedną córkę.

W mroku pojawił się posłaniec, który pośpiesznie przeciskał się między śpiącymi żołnierzami. Minął Rossa i Geoffreya Charlesa, po czym wszedł do namiotu stojącego pięćdziesiąt metrów dalej.

– Chyba wiadomość dla Craufurda – zauważył Geoffrey Charles. – Myślę, że powinniśmy coś zjeść. W dolinie biją w werble.

– Nie mam wiele amunicji – powiedział Ross. – Przydałby mi się także stempel do pocisków. Nie spodziewałem się, że będę dużo strzelać.

– Każę Jenkinsowi dać stryjowi amunicję i stempel. Nie korzystamy ze stempli, ale w pobliżu jest dziewięćdziesiąty piąty pułk piechoty. Dzięki Bogu, mamy dość skałek i innego wyposażenia. I kul armatnich. – Geoffrey Charles usiadł i potarł zdrętwiałą nogę. – Skoro już mówimy o kulach, może powinienem spytać o zdrowie człowieka, który z pewnością zasługuje na kulę w łeb, choć stara się nie znaleźć w zasięgu strzału… Oczywiście mówię o George’u, moim ojczymie.

Ross się zawahał.

– Ostatnio widziałem go kilka razy w Izbie Gmin, ale obchodzimy się z daleka. Tak jest lepiej. Rzadko spotykam go również w Kornwalii. Mam nadzieję, że dni otwartego konfliktu należą do przeszłości.

– Nie widziałem go od tysiąc osiemset szóstego roku, gdy zmarł dziadek. Wtedy również po raz ostatni spotkałem Jeremy’ego. Był wilgotny, mglisty dzień, idealny na pogrzeb. George wydawał się trochę wychudzony, może przedwcześnie się starzeje.

– Ciężko przeżył śmierć twojej matki, Geoffreyu.

– Tak, trzeba mu to przyznać.

– Podobnie jak my wszyscy. Wiesz, że bardzo ją lubiłem. Nawet bardziej niż lubiłem.

– Tak, wiem.

– Kiedy została panią Warleggan, rzadko ją widywałem. Pozostawiła w moim życiu pustkę. Zmarła tak młodo… wiem, że tobie również jej brakuje. Ale George mnie zaskoczył. Pamiętam wszystko, co zdarzyło się w przeszłości, i mogę o nim myśleć tylko źle, jednak zdziwiło mnie, że po śmierci twojej matki był taki smutny i nieszczęśliwy. Może już nigdy nie będę miał o nim tak złej opinii.

– Cóż… Nie ożenił się ponownie.

– Muszę ci powiedzieć, że po śmierci pana Chynowetha Trenwith jest zaniedbane – ciągnął Ross. – Jak wiesz, po śmierci twojej matki George przeprowadził się na stałe do rezydencji swoich rodziców w Cardew, lecz w Trenwith pozostało kilku służących, którzy opiekowali się twoimi dziadkami. Wyobrażam sobie, że odwiedzał ich nie częściej niż raz w miesiącu, po prostu żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Jednak po śmierci pana Chynowetha George praktycznie zamknął dom. Nowe meble kupione w latach dziewięćdziesiątych przewieziono do Cardew, służbę zwolniono. O ile wiem, park jest w większości zarośnięty. W chacie ogrodnika mieszkają bracia Harry i pilnują dworu oraz posiadłości. Pomaga im żona Harry’ego Harry’ego, ale to wszystko.

– George nigdy nie przyjeżdża?

– Myślę, że nie byłby sobą, gdyby nigdy się nie pojawiał. Podobno wpada od czasu do czasu, by się upewnić, że bracia Harry zupełnie się nie rozleniwili, ale sądzę, że nie częściej niż raz na kwartał.

Geoffrey Charles milczał przez chwilę. Gwiazdy co jakiś czas znikały, zasłaniane przez chmury lub mgłę.

– Myślę, że zgodnie z prawem dwór należy teraz do mnie.

– Tak… stanie się twój, gdy wrócisz i formalnie obejmiesz go w posiadanie. Mam wyrzuty sumienia, że nie podejmuję kroków, by zadbać o stan Trenwith, lecz w przeszłości moje pojawianie się w majątku prowadziło do awantur z George’em. Kiedy chodziło o ludzi, o starą ciotkę Agathę, twoją matkę, ciebie lub Drake’a, czułem się zobowiązany interweniować. Ale gdy chodzi tylko o mury…

– Naturalnie.

– Ogrodzenie zbudowane przez George’a w większości już się rozpadło, częściowo ze starości, a częściowo rozkradzione na opał przez wieśniaków, lecz, jak rozumiem, bardzo nieliczni ośmielają się wchodzić na teren majątku. Czują zdrowy respekt przed brutalnymi braćmi Harry, a poza tym pewnie przeczuwają, że z czasem znów zamieszka w nim Poldark, więc nie chcą wyrządzać szkód. Dwór jest w kiepskim stanie. Clowance poszła tam któregoś dnia.

– Clowance? Po co?

– Taką ma naturę. Byłem wtedy w Namparze i zrobiłem jej burę, że naraża się na schwytanie jako intruz na terenie cudzej posiadłości. Ale myślę, że mogłem sobie darować. Oczywiście była wytrącona z równowagi. Ja również. Rozumiała powody mojej złości. Często jest kapryśna, działa pod wpływem impulsu, nie rozsądku…

– Jak jej matka?

– Eee… tak, ale niezupełnie tak samo. Demelza robi różne rzeczy, czasem z pozoru wydają się dziwaczne – ciągle się to zdarza! – lecz jest w tym wszystkim głęboki zdrowy rozsądek, choć dawniej często się z nią nie zgadzałem. Clowance jest pod tym względem bardziej kapryśna od Demelzy, ponieważ jej zachowanie zależy od przypadkowych impulsów. Nie miała powodu iść do Trenwith, przyszło jej do głowy, by obejrzeć dwór, więc po prostu poszła.

– Przynajmniej jej nie złapano.

– Niestety, Clowance właśnie w ten sposób się broniła – odparł Ross. – „Papo, przecież nikt mnie nie widział”. „Ale mógł cię zobaczyć, co spowodowałoby nieprzyjemności. Poza tym ktoś mógł cię obrazić”, odpowiedziałem. „Ale nic się nie stało, prawda?” Jak można się sprzeczać z dziewczyną?

Geoffrey Charles uśmiechnął się w ciemności.

– Rozumiem twoje zaniepokojenie, stryju. Jeśli wojna się skończy albo dostanę odpowiednio długi urlop, pozbędę się braci Harrych i Clowance będzie mogła spacerować po Trenwith do woli… Mówiła, że dwór jest w złym stanie?

– Nie można pozostawiać domu na cztery lata, zwłaszcza w kornwalijskim klimacie. Stan dworu musiał się pogorszyć. Oczywiście…

– Co chciałeś powiedzieć, stryju?

– Tylko to, że po śmierci twojej matki na utrzymanie Trenwith wydawano niewiele pieniędzy. Kiedy twoi dziadkowie żyli, George przeznaczał na dwór minimalne kwoty, więc w pewnym sensie to efekt dziesięcioletnich, a nie czteroletnich zaniedbań.

– Pora, żebym wrócił do domu.

– W tym sensie tak. Ale teraz twoje miejsce jest na Półwyspie Iberyjskim. Jeśli niewielkie siły angielskie pomogą Hiszpanom i Portugalczykom stawić opór, zwiążemy dużą część wojsk Napoleona. Nawet jego zasoby nie są niewyczerpane. To rozpaczliwie długa wojna na wyczerpanie i wytrzymałość. Zdajesz sobie sprawę, że Clowance nawet nie pamięta okresu, gdy nie toczyliśmy wojny z Francją? Z wyjątkiem krótkiego zawieszenia broni. Nic dziwnego, że wszyscy jesteśmy zmęczeni.

– Zmęczeni, ale nie straciliśmy ducha.

Wydawało się, że w dolinie gęstnieje mgła. Jeżeli nie rozwieje się przed świtem, bardzo pomoże atakującym.

– Posłuchaj, Geoffreyu Charlesie, niespodziewane spotkanie z tobą dojmująco uzmysłowiło mi, że zaniedbywałem twoje sprawy…

– Och, nonsens…

– Wcale nie nonsens. Czuję się szczególnie winny, ponieważ blisko trzydzieści lat temu doszło do podobnej sytuacji, tyle że chodziło o Namparę. W wieku dwudziestu trzech lat wróciłem z wojny w Ameryce. Moja matka nie żyła od kilkunastu lat, ojciec zmarł krótko przed moim powrotem. Od pewnego czasu był chory i zajmowali się nim tylko Paynterowie: możesz sobie wyobrazić, jak się nim opiekowali. Twój dziadek, Charles Poldark, niezbyt dobrze żył z bratem i rzadko go odwiedzał… Nie chciałbym, żebyś po powrocie… zastał taki sam chaos i ruinę jak ja…

– Niech stryj zaczeka, idzie Jenkins – rzekł Geoffrey Charles. – Powiem mu, czego stryjowi potrzeba. Niech stryj pokaże swój karabin. – Obejrzeli go. – Dobra broń, kapitanie, i założę się, że stryj nie kupił jej w Porto.

– Nie, kapitanie, nie w Porto.

– Co to właściwie jest?

– Gwintowany karabin z zamkiem Henry’ego Nocka, zamkniętym i pozbawionym śrub. Jak widzisz, wycior znajduje się niżej na łożu, by łatwiej go było wyjmować i wkładać w czasie ładowania.

Geoffrey Charles spojrzał na mgłę, marszcząc brwi.

– Niektóre oddziały strzelców wyborowych są wyposażone w karabin systemu Bakera. My jeszcze nie. Ciągle walczymy muszkietami starego typu. Spełniają swoją funkcję.

Przez chwilę panowało milczenie.

– Trzydzieści lat temu, w czasie wojny w Ameryce, niejaki kapitan Ferguson wynalazł karabin ładowany odtylcowo – powiedział Ross. – Oddawał sześć strzałów na minutę przy każdej pogodzie. Był to wielki sukces… ale Ferguson zginął. Tuż przed moim przyjazdem. Miałem jeden z jego karabinów. Znakomita broń. Po jego śmierci nikt nie rozwijał pomysłu. Nikt nie wydawał się zainteresowany.

– Właśnie tego można się spodziewać po armii – odparł młody człowiek. Wziął karabin Rossa, odszedł i niebawem przyniósł go z powrotem. – Sprawa załatwiona. Śniadanie za dziesięć minut. Później przedstawię stryja swoim przyjaciołom.

– Zaczekaj, chcę powiedzieć coś jeszcze…

– Tak?

– Chodzi o twojego ojczyma. Powiedziałeś, że nie ożenił się ponownie.

– To prawda. Czy coś się zmieniło?

– Nie. Ale tuż przed wyjazdem otrzymałem list od Demelzy. Pisze o plotkach krążących w hrabstwie, że George w końcu zainteresował się inną kobietą.

– Mon dieu! Kto to taki?

– Niestety nie pamiętam nazwiska. Nie znam tej osoby. Lady Harriet coś tam.

– Ach, to może coś wyjaśniać – odparł znacząco Geoffrey Charles. – Obrócił obcas w ziemi. – Cóż… chyba nie powinienem mu źle życzyć. Matka postanowiła za niego wyjść. Ich wspólne życie było dość burzliwe, miewało wzloty i upadki, ale chyba na swój sposób go lubiła. Jeśli zatem znowu się ożeni, w tak późnym wieku – ile ma lat? pięćdziesiąt jeden? – jeśli znowu się ożeni, mogę tylko życzyć mu szczęścia.

– Nigdy nie będzie szczęśliwy – odparł Ross.

Kilka minut później wezwano ich na śniadanie. Dostali po kawałku solonej wołowiny, kilka starych sucharów – może z robakami, lecz nikt nie był w stanie ich dojrzeć – i kieliszek rumu. Ross poznał przyjaciół Geoffreya Charlesa. Byli weseli, żartowali, śmiali się cicho, wszyscy gotowi na poranną rzeź, która miała niebawem się zacząć. Powitali Rossa życzliwie i z szacunkiem. Kiedy dowiedzieli się, że w czasie bitwy nie chce być tylko widzem, stali się jeszcze serdeczniejsi.

W trakcie skromnego śniadania pojawiła się posępna postać na białym koniu, za którą podążała grupa oficerów. Kawalkada przejechała przez obozowisko. Niektórzy Anglicy stawali na baczność i trzaskali obcasami, gdzieniegdzie przywódca jeźdźców zamieniał z żołnierzami kilka słów, po czym znów ruszał naprzód. Wicehrabia Wellington dokonywał ostatniej inspekcji wojsk brytyjskich. Bronił przeszło piętnastokilometrowej linii frontu, a jego oddziały były bardzo rozciągnięte. Jednak żołnierze mieli w sobie wiarę w zwycięstwo, którą potrafi zaszczepić w sercach dobry dowódca.

Dziesięć minut po przejeździe Wellingtona werble i piszczałki armii francuskiej zaczęły wygrywać bardziej złowieszcze melodie. Kiedy w oparach płynącej mgły rozbłysło pierwsze światło, czterdzieści pięć batalionów złożonych z zaprawionych w bojach weteranów wojen w całej Europie ruszyło w stronę wzgórz, na których znajdowały się pozycje brytyjskie. Czarne masy żołnierzy kroczyły powoli naprzód, za ich plecami znajdowały się odwody w sile dwudziestu dwóch tysięcy ludzi.

Rozdział trzeci

I

Drugie zaloty George’a Warleggana wyglądały zupełnie inaczej niż pierwsze. Wtedy był chłodnym młodym człowiekiem, który cenił wyłącznie dobra materialne, władzę i własny talent do interesów. Mimo to pożądał pięknej żony Francisa Poldarka. Zdawał sobie sprawę, że nie ma szans jej zdobyć, nie tylko dlatego, że jest mężatką, lecz również dlatego, że on sam nic dla niej nie znaczy. Z upływem lat starał się stać dla niej ważny i udało się to pod względem materialnym, a później, niespełna rok po śmierci Francisa, skorzystał z niespodziewanej okazji i rzucił swoją fortunę na szalę, po czym z niedowierzaniem usłyszał, że Elizabeth się zgadza.

Naturalnie nie było to takie proste i George dobrze o tym wiedział. Poldarkowie z Trenwith popadli w tarapaty finansowe na długo przed śmiercią Francisa. Potem sytuacja jeszcze się pogorszyła. Elizabeth została sama, musiała utrzymać dwór, nie miała pieniędzy, nikt jej nie pomagał, opiekowała się czworgiem ludzi, w tym chorymi rodzicami. George nie wmawiał sobie, że poślubiła go z miłości. Chociaż ona sama mogłaby temu przeczyć, jej uczucia zawsze kierowały się w stronę Rossa, brata stryjecznego Francisa. Jednak poślubiła właśnie George’a: została panią Warleggan nie tylko z nazwiska, a narodziny syna dały George’owi nowe poczucie dumy i spełnienia, pogłębiając miłość do Elizabeth.

Dopiero później stara wiedźma, ciotka Agatha, zatruła jego szczęście, sugerując, że skoro Valentine urodził się w ósmym miesiącu ciąży, jest nieślubnym dzieckiem.

Dla chłodno myślącego mężczyzny, skoncentrowanego głównie na zysku, interesach, powiększaniu swojej władzy i majątku, stało się to źródłem niewiarygodnej udręki.

George poślubił Elizabeth jako arystokratkę, właścicielkę patrycjuszowskiego dworu z epoki Tudorów, ona zaś pragnęła opieki i wygodnego życia. Mimo to ich małżeństwo nie okazałoby się udane, gdyby nie łączyło ich coś szczególnego. Charakter Elizabeth miał w sobie coś kupieckiego, pragnęła żyć na wyższej stopie pod względem materialnym, co pasowało do handlowych i politycznych ambicji George’a. Zaskoczony jej reakcjami i wieloma innymi cechami, których nie spodziewał się w niej odkryć, z upływem lat stawał się coraz bardziej zaangażowany emocjonalnie. Wiedział teraz, że ich gwałtowne kłótnie to jego wina, wynik nieustannej zazdrości o Rossa i podejrzeń, że nie jest ojcem Valentine’a. Lecz nagle, gdy wszystko się wyjaśniło, gdy wydawało się, że nadszedł kres goryczy i cierpień, gdy przedwczesne narodziny ich drugiego dziecka rozwiały wszelkie podejrzenia dotyczące Elizabeth i Valentine’a, gdy czekała ich oboje wspaniała przyszłość, Elizabeth zmarła. Był to straszliwy cios. George nigdy nie doszedł po nim do siebie. W chwili śmierci żony otrzymał tytuł szlachecki, jednak nie stał się on ukoronowaniem dumy i ambicji, tylko ironicznym, ponurym żartem: otrzymał wieniec laurowy, który rozpadł się w proch po dotknięciu.

W pierwszych latach po śmierci Elizabeth cierpiał na głęboką melancholię. Najczęściej mieszkał z rodzicami w Cardew, a po śmierci ojca został z matką. Codziennie odwiedzał Truro i stryja Cary’ego, by nadzorować interesy i, prawie mimo woli, pomnażać swój majątek. Ale nie miał do tego serca. Jeszcze mniej zajmowało go życie towarzyskie związane z karierą parlamentarną. Kiedy wchodził do salonu wsparty na ramieniu Elizabeth, zawsze rozpierała go duma. Teraz nie był już w stanie znieść myśli o rutynowym uczestnictwie w soirées i przyjęciach: musiałby to robić sam, bez niej. Nie miał już tych samych ambicji. W odróżnieniu od swojego rywala i wroga, Rossa Poldarka, nie wszedł do Izby Gmin po to, by coś zrobić dla innych ludzi, ale po to, by osiągnąć coś dla siebie. Po co zawracać sobie głowę?

Kilka razy zastanawiał się nad rezygnacją z mandatu w Izbie Gmin i poprzestaniem na manipulowaniu dwoma posłami reprezentującymi kontrolowany przez niego okręg wyborczy St Michael. Po kilku najgorszych latach był rad, że tego nie zrobił. Mandat poselski przynosił różnorakie korzyści finansowe, a George rozumiał, że obecność w Londynie pozwala mu lepiej wyczuwać kaprysy koniunktury – nie byłby go w stanie zastąpić żaden reprezentant.

Rodzice nalegali, by ponownie się ożenił. Choć Elizabeth pochodziła za starego rodu ziemiańskiego, nigdy za nią nie przepadali. Zawsze traktowała ich łaskawie i mieli z nią dobre stosunki, cenili jej arystokratyczne pochodzenie, lecz uważali, że nie ma odpowiednich koneksji. W każdym razie czuli głęboki smutek na myśl, że tak nagle odeszła, mimo że spotykało to wiele kobiet. Rodzenie dzieci zawsze wiąże się z ryzykiem. Na każdym cmentarzu leży mnóstwo młodych matek, a na wieczornych przyjęciach i balach stale pojawiają się młodzi wdowcy, którzy obserwują apetyczne, niezamężne panny, zastanawiając się, czy nadają się na żony ze względu na urodę lub wysokość posagu.

Właśnie tak powinien postępować George! Był bogaty, szanowany w całym hrabstwie – jeśli nawet go nie szanowano, budził respekt lub przynajmniej lęk. Patron okręgu wyborczego do Izby Gmin, bankier, właściciel odlewni, a teraz szlachcic! I miał zaledwie czterdzieści lat! Jedna z najlepszych partii w Kornwalii! Prawie najlepsza! Mógł wybrać dowolną kandydatkę na żonę! Niektóre rody arystokratyczne nie podzielały tej opinii, ale było ich niewiele, a w miarę rozwoju kariery George’a ich liczba stale malała. Żałoba po śmierci żony powinna trwać rok, nie dłużej. Mimo to George przez wiele lat nie zwracał uwagi na kobiety, stawał się coraz bardziej wpływowy i coraz bardziej upodabniał się do stryja Cary’ego, który interesował się wyłącznie księgami rachunkowymi i oprocentowaniem kredytów… Było to nie do zniesienia. Nicholas, twórca podwalin, na których George zbudował swoje imperium, obdarzony niezwykłym szczęściem w interesach, zmarł miesiąc po śmierci Pitta. Kiedy leżał na łożu śmierci, a jego serce biło w tempie stu sześćdziesięciu uderzeń na minutę, zastanawiał się, dlaczego brakuje mu poczucia sukcesu, dlaczego nie odczuwa satysfakcji. Przyszło mu do głowy, że główną przyczyną jest brak normalnej reakcji syna na normalne ryzyko związane z małżeństwem.

Po śmierci Nicholasa Mary Warleggan w dalszym ciągu namawiała George’a do ponownego małżeństwa, lecz coraz rzadziej. Czy stara, owdowiała kobieta może się sprzeciwiać, że syn mieszka w jej domu, a przynajmniej się na to uskarżać? George miał w końcu dwoje dzieci; nawet jeśli Valentine czasem zachowuje się niepokojąco, z pewnością zmieni się to, gdy będzie już dorosłym mężczyzną. W tej sytuacji często widywała wnuki – Valentine spędzał w Cardew większość wakacji, a mała Urszula, ulubienica babki, mieszkała w rezydencji na stałe.

Odpowiadało to również Cary’emu. Nigdy nie lubił Elizabeth, z wzajemnością. Uważał, że ma zły wpływ na George’a, ona sądziła to samo o Carym. Teraz, gdy zmarła, stryj i bratanek zbliżyli się do siebie. W pierwszym roku po śmierci Elizabeth Cary dwukrotnie odwiódł George’a od zaangażowania się w nieroztropne, spekulacyjne inwestycje. George jak zawsze sprawował pełną kontrolę nad interesami rodziny, lecz żałoba pozbawiła go niezawodnego instynktu kupieckiego.

W tej chwili należało to już do przeszłości. W ostatnim czasie George odzyskał zainteresowanie londyńskim życiem towarzyskim i operacjami na większą skalę, które zaczął prowadzić w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku. Zaprzyjaźnił się z lordem Grenville’em, byłym premierem i przywódcą wigów; odwiedzał go czasem w jego dworze w Kornwalii. Po śmierci Pitta, a później Foxa doszło do niezliczonych przetasowań na scenie politycznej i George stopniowo zawarł sojusz z opozycją w Izbie Gmin. Chociaż zawdzięczał mu tytuł szlachecki, nigdy nie stał się fanatycznym zwolennikiem Pitta, nie wszedł w skład grupy, która go podziwiała, skupionej wokół George’a Canninga. Był przekonany, że słaby i nieudolny gabinet torysów wkrótce upadnie, toteż uważał, że sojusz z członkami przyszłego rządu lepiej służy jego interesom.

To prawda, niektórzy wigowie, jak Whitbread, Sheridan i Wilberforce, mieli zwariowane pomysły dotyczące reform i wolności, ale George przymykał na to oko i milczał, gdy o tym dyskutowano, ponieważ był pewien, że po zdobyciu władzy reformatorzy będą zmuszeni zapomnieć o szczytnych ideałach z powodu nacisków i nagłych potrzeb związanych ze sprawowaniem funkcji ministerialnych. W odpowiednim czasie sam mógłby otrzymać propozycję objęcia jakiegoś niższego stanowiska w przyszłym rządzie.

Wciąż jednak nie myślał o ponownym ożenku. Jego popęd seksualny uległ całkowitej sublimacji, zmieniając się w zainteresowanie polityką i biznesem. Oczywiście w ciągu lat nie brakowało mu okazji, by wykorzystać przychylność ponętnych dam, które próbowały go uwodzić, bądź to z myślą o małżeństwie, bądź dlatego, że ich mężowie wyjechali i postanowiły zdobyć kolejny skalp. Ale zawsze się wahał i cofał z powodu zażenowania lub ostrożności. Możliwość wypróbowania towaru przed zakupem zawsze wiąże się z niebezpieczeństwem przymusowego zawarcia transakcji, a jeśli chodzi o drugi typ niewiast, nie miał ochoty, by jakaś kobieta chełpiła się za jego plecami, że zaciągnęła go do łóżka, po czym cynicznie krytykowała jego męskie walory lub umiejętności.

Prawie zawsze odwiedzał Trenwith w rocznicę ślubu z Elizabeth. Chociaż wesele odbyło się w innej części Kornwalii, uznawał za stosowne, żeby spędzić kilka godzin w jej dawnym domu, gdzie wypoczywali w lecie, gdy byli małżeństwem, i gdzie Elizabeth zmarła. Mimo to zawsze źle się czuł w Trenwith – była to odwieczna siedziba rodu Poldarków, która nigdy nie zaakceptowała intruza.

Rankiem dwudziestego czerwca tysiąc osiemset dziesiątego roku George pojechał z masztalerzem do Sawle i dotarł do kościoła przed południem. Był jasny, słoneczny dzień, lecz od strony lądu wiał silny wiatr i w cieniu panował chłód. Zimno i wilgotno było również wśród nagrobków, ziemię porastała trzydziestocentymetrowa trawa przebijająca się przez splątane zeszłoroczne chwasty. Na grobie Elizabeth wyrósł ogromny krzak jeżyny, gruby jak lina kotwiczna. George kopnął go nogą, ale nie zdołał złamać. „Świętej pamięci Elizabeth Warleggan, ukochana żona sir George’a Warleggana z Cardew, która odeszła z tego świata 9 grudnia 1799 roku. Zmarła w wieku 35 lat, urodziwszy jedyną córkę”.

Nie przywiózł kwiatów. Nigdy tego nie robił, wydawało mu się to teatralnym, emocjonalnym gestem, który nie przystoi jego godności. Można pamiętać, nie korzystając z symboli. Poza tym była to strata pieniędzy: kwiatów nikt nie widzi, zresztą natychmiast więdną.

Zadbał, by Elizabeth pochowano z dala od Poldarków, zwłaszcza wstrętnej wiedźmy Agathy, która tak źle życzyła wszystkim Warlegganom. Stał w milczeniu przez pięć minut nad grobem żony, spoglądając na wysoki granitowy krzyż, który nosił już ślady wichur i deszczów. Litery stawały się niewyraźne, za kilka lat nie da się ich odczytać. To nie do przyjęcia. Należy je oczyścić i wykuć na nowo, głębiej. Cały cmentarz był w pożałowania godnym stanie. Sprawiał wrażenie, jakby Poldarkowie nie wydawali na niego ani grosza – choć miejsce ich pochówku nie wyglądało tak źle jak reszta terenu. Wielebny Clarence Odgers był już zgrzybiałym staruszkiem o tak słabej pamięci, że w niedziele żona lub syn musieli stać obok niego i przypominać, którą część nabożeństwa odprawia.

Przed bramą cmentarza czekał z końmi masztalerz Nankivell. George wspiął się na kamień służący do wsiadania na konie, zajął miejsce w siodle i w milczeniu pojechał w stronę bramy Trenwith.

Podjazd był prawie tak zarośnięty jak cmentarz i George postanowił udzielić reprymendy braciom Harrym. Tak dużą posiadłość trudno było utrzymać w dobrym stanie dwóm ludziom, lecz podejrzewał, że gajowi są przez pół dnia pijani do nieprzytomności. Już dawno by ich zwolnił, gdyby nie budzili w okolicy wielkiego strachu i nienawiści, o czym doskonale wiedział.

Naturalnie czekali na niego przed dworem wraz z panią Harry, o której krążyły słuchy, że jest ich wspólną żoną. Wszyscy troje przymilnie się uśmiechali – spodziewali się tego dnia wizyty George’a, toteż usiłowali doprowadzić do porządku otoczenie domu. Przez godzinę obchodził z nimi majątek, czasami komentując ostrym tonem ich wyjaśnienia, skargi i przeprosiny. Najczęściej jednak milczał, zatopiony we wspomnieniach, przypominając sobie dawne wydarzenia. Zjadł samotnie obiad w salonie zimowym. Przygotowano niezły posiłek, który podała Lisa Harry. Pachniała kamforą i myszami. Cały dwór cuchnął stęchlizną.

Czy to ważne? Trenwith nie jest własnością George’a. Należy do chudego, aroganckiego, agresywnego Geoffreya Charlesa Poldarka, który walczy w tej chwili w Portugalii pod komendą nieudolnego, pechowego generała, dawnego dowódcy hinduskich sipajów. Oczywiście jeśli Geoffrey Charles zginie od francuskiej kuli, nim Brytyjczycy postanowią ograniczyć straty i ewakuują się w panice podobnie jak sir John Moore, wówczas Trenwith przejdzie na George’a, ale czy stan posiadłości miałby wtedy jakieś znaczenie? Nie zamierzał tu więcej mieszkać. Był pewien tylko jednego: nigdy nie sprzedałby Trenwith innym Poldarkom.

Po skończonym posiłku odprawił Harrych i obszedł wszystkie pomieszczenia dworu. Prawie każde wiązało się z jakimiś wspomnieniami. O niektórych myślał z sympatią, przynajmniej jedno budziło gwałtowną nienawiść. Kiedy skończył obchód, wrócił do wielkiej sieni i usiadł przy kominku, który roztropnie rozpaliła pani Harry. Słońce nie nagrzało jeszcze grubych murów budowli z epoki Tudorów. George jak dotąd nie podjął decyzji, czy przenocować w dworze. Zwykle nocował w Trenwith i wracał nazajutrz. Ale sypialnia na górze – jego dawna sypialnia, położona obok sypialni Elizabeth – wydawała się odstręczająca i nawet dwa ogrzewacze w łóżku nie mogły usunąć wilgoci. Miał wrażenie, że gdy był tu przed dwoma laty, złapał katar.

Spojrzał na zegarek. Było dość czasu, by wrócić do Truro, a nawet do Cardew – do zmroku zostało wiele godzin. Nie miał jednak ochoty się ruszać, przerywać ciągu wspomnień pojawiających się w pamięci. Zapalił fajkę – robił to rzadko, bo nie przepadał za tytoniem – i poprawił pogrzebaczem polana w kominku. Zapłonęły wysokim płomieniem, syczały na niego jak ciotka Agatha. Było to drewno starej jodły, w posiadłości rosły poza tym tylko wysokie wiązy i nieliczne sosny, bo niewiele drzew wytrzymywało nadmorskie wichury. Wyjątkowo nieodpowiednie miejsce do budowy dworu. Przypuszczał, że w dawnych czasach Geoffrey de Trenwith zdobył majątek dzięki kopalni miedzi lub cyny. Podobnie jak Godolphinowie, Bassetowie, Pendarve’owie. Wznosili dwory w pobliżu kopalni, które uczyniły ich bogaczami.

Trzydzieści pięć lat temu po raz pierwszy zobaczył w tej sali ciotkę Agathę. Francis zaprosił go do Trenwith, by przenocował po szkole. Nawet wówczas wydawała się straszliwie stara. Trudno uwierzyć, że wszystkich przeżyła, by zatruć pierwsze lata jego małżeństwa. Znacznie później siedziała w fotelu przy kominku – właśnie w tym fotelu – gdy wszedł do sieni i powiedział, że Elizabeth powiła syna. Chłopiec przyszedł na świat przedwcześnie i otrzymał imię Valentine, bo urodził się czternastego lutego. Syczała jak wąż na George’a i Nicholasa Warleggana, pełna nienawiści, wściekła, że przebywają w jej rodzinnym domu. Nie mogąc znieść radości George’a, że został ojcem pięknego chłopca, całą swoją nikczemną naturą próbowała znaleźć słaby punkt, by zniszczyć szczęście Warlegganów. Chciała plunąć jadem, zasiać ziarno niezgody, wzbudzić lęk. Ponieważ tej nocy doszło do zaćmienia księżyca, powiedziała: „Urodził się pod czarnym księżycem. Twojego syna czeka zły los, George! Dziecko urodzone pod czarnym księżycem rzadko ma szczęście! Znałam tylko dwoje takich dzieci i źle skończyły!”.

Na tym fotelu, stojącym teraz naprzeciwko niego. To dziwne, że człowiek umiera i rozpada się w proch, a martwy mebel o czterech rzeźbionych nogach skonstruowany przez stolarza w epoce Jakuba II wciąż istnieje, niezmieniony, nietknięty przez czas. Słońce miało dotrzeć do wielkiego okna w kształcie rozety dopiero za godzinę, więc w sieni panował półmrok, a migotliwy, syczący ogień tworzył dziwne iluzje. Kiedy płomienie przygasły, George znów zobaczył ciotkę Agathę. Starą babę, wrak człowieka, śmierdzącą, ze zmierzwionymi kosmykami siwych włosów wystającymi spod przekrzywionej peruki, ze łzami spływającymi z oczu i śliną cieknącą z ust, z krzywymi, zepsutymi zębami, z ręką przy uchu, rzucającą szybkie spojrzenia. Może tu teraz jest? Niech ją diabli porwą, wydaje się bardziej realna od Elizabeth! Ale przecież nie żyje, zdechła w wieku dziewięćdziesięciu ośmiu lat. Przynajmniej nie pozwolił babie na oszustwo w dacie urodzenia…

Rozległy się kroki i George o mało nie zerwał się z fotela. Mimo to się nie poruszył, nie ustąpił, nie poddał…

Rozejrzał się i zobaczył, że w sieni stoi wysoka, jasnowłosa dziewczyna. Miała na sobie białą sukienkę z drukowanym wzorem przepasaną w talii czerwoną szarfą i trzymała bukiet kwitnących naparstnic. Była wyraźnie tak samo zaskoczona jak George.

W panującej ciszy z kominka wystrzelił płonący kawałek drewna, który spadł na posadzkę.

– Kim pani jest? Czego pani chce?! – George mówił ostrym tonem, którym rzadko się ostatnio posługiwał, ponieważ ludzie szybko odgadywali jego życzenia. Ale ta zjawa, to najście…

– Przepraszam – odpowiedziała dziewczyna. – Zauważyłam otwarte drzwi i myślałam, że to z powodu wiatru.

– Czego tu pani szuka?

Było w niej coś spokojnego, równowaga, która nie bierze się z przesadnej pewności siebie, lecz raczej z nieświadomości, że stało się coś złego lub niewłaściwego.

– Och, czasem tu przychodzę – odpowiedziała. – W tej chwili w żywopłotach są ładne naparstnice. Nigdy wcześniej nie widziałam otwartych drzwi.

George wstał.

– Wie pani, że wdziera się na teren cudzej posiadłości?!

Przeszła kilka kroków i położyła kwiaty na wielkim stole, po czym strzepała z sukienki pyłek i kilka liści.

– Sir George Warleggan? – spytała. – To pan?

Akcent wskazywał, że nie jest prostą wiejską dziewczyną, i w umyśle George’a pojawiło się straszliwe podejrzenie.

– Jak się pani nazywa?

– Ja? – Uśmiechnęła się. – Clowance Poldark.

II

Kiedy Clowance wróciła do Nampary, dwór okazał się pusty. Drzwi frontowe były otwarte. Weszła do środka i zagwizdała trzy czyste tony: D, B, A, po czym wbiegła po schodach na piętro i zagwizdała znowu. Nikt nie odpowiedział, więc wzięła naparstnice, przeszła przez kuchnię na dziedziniec i napełniła cebrzyk przy pompie, gdzie dwadzieścia sześć lat wcześniej Ross polewał jej matkę, zagłodzoną znajdę z Illuggan. Wrzuciła kwiaty do cebrzyka, by nie zwiędły do czasu, gdy pojawi się Demelza i je ułoży. Później udała się na poszukiwania.

Było piękne popołudnie, a młoda, gorącokrwista Clowance nie czuła zimnego wiatru. Wiosna zaczęła się późno, okazała się sucha i na długim polu za dworem w Namparze koszono siano. Zauważyła grupkę ludzi stojących na środku pola. Rozpoznała wśród nich ciemne włosy matki i jej szarą suknię. Była pora posiłku i Demelza pomogła Jane Gimlett zanieść parobkom fajansowy dzban oraz kubki. Odłożyli kosy i stali wokół pani Poldark, gdy napełniała kubki piwem. Było ich ośmiu: Moses Vigus, Dick Trevail (nieślubny syn Jacka Cobbledicka i Nancy Trevail), Cal Trevail (inny nieślubny syn Nancy Trevail), Matthew Martin, Ern Lobb, Small zwany „Maluśkim”, Sephus Billing i Nat Triggs. Kiedy Clowance się zbliżyła, wszyscy śmiali się z czegoś, co powiedziała Demelza. Uśmiechnęli się i skinęli spoconymi głowami w stronę córki dziedziczki, a Clowance odwzajemniła ich uśmiech.

– Kubek piwa, panno Clowance? – spytała Jane Gimlett. – Jest jeden wolny, gdyby miała pani ochotę.

Clowance miała ochotę. Rozmawiali ze sobą, aż wreszcie mężczyźni niechętnie odeszli, by wziąć kosy. Jako ostatni zrobił to Matthew Martin, który zawsze kręcił się w pobliżu Clowance. Później matka i córka ruszyły powoli w stronę dworu. Clowance niosła kubki, a z tylu w dyskretnej odległości podążała Jane z pustym dzbanem.

– Widzę, że znowu chodzisz na bosaka – zauważyła Demelza.

– Tak, mamo. Jest lato.

– Powbijają ci się ciernie w stopy.

– Wyjmę je. Zawsze mi się udaje.

Był to jeden z drobnych punktów spornych między matką a córką. Demelza, która do czternastego roku życia nigdy nie miała butów, uważała, że chodzenie na bosaka to dyshonor dla córki dżentelmena. Clowance, urodzona w Namparze, z przyjemnością korzystała z okazji, by zrzucić buty, nawet w wieku szesnastu lat.

– Gdzie cała rodzina?

– Jeremy poszedł z Paulem i Benem.

– Jeszcze nie wrócił?

– Podejrzewam, że ryby nie biorą. A jeśli zerkniesz przez lewe ramię, zauważysz, że pani Kemp wraca z plaży z Bellą i Sophie.

– O tak. A tata?

– Powinien lada chwila się pojawić.

– Pojechał na spotkanie udziałowców banku?

– Tak.

Szły w milczeniu, a kiedy dotarły do furtki, oparły się o nią i czekały na powrót pani Kemp z dziewczynkami. Wiatr mierzwił dzieciom włosy i podwiewał sukienki.

To trochę zaskakujące, że Rossowi i Demelzie urodziła się jasnowłosa córka, choć oboje mieli ciemne włosy. Clowance od urodzenia była blondynką i z upływem lat jej włosy nie pociemniały. W dzieciństwie zawsze była pulchna i dopiero rok po ukończeniu pensji pani Gratton schudła i wyładniała. Mimo to w dalszym ciągu miała szerokie czoło. Zdecydowane, lecz delikatne, kobiece usta i szare oczy, zbyt szczere jak na młodą damę tej epoki. Potrafiła szybko się czymś zainteresować i równie szybko znudzić. Dwukrotnie uciekała z pensji – nie dlatego, że wyjątkowo źle się tam czuła, lecz dlatego, że w domu miała wiele ciekawszych zajęć. Trzeźwo oceniała każde wydarzenie, nie okazując lęku ani wahań. Demelza mówiła Rossowi, że twarz Clowance przypomina świeżo rozkwitłą margerytkę – oby tylko nigdy nie poplamił jej deszcz.

Demelza skończyła czterdzieści lat i na razie z powodzeniem udawało jej się nie myśleć o starości. Jak na osobę pochodzącą z pospólstwa (określenie wielebnego Osborne’a Whitwortha) starzała się dość ładnie, znacznie lepiej niż wiele dam z wyższych sfer. Była to częściowo kwestia budowy ciała, częściowo temperamentu. Na twarzy Demelzy pojawiło się kilka delikatnych zmarszczek, których nie było piętnaście lat wcześniej, ale powstały głównie wskutek uśmiechania się, a ponieważ Demelza miała radosne usposobienie, prawie nie dawało się ich zauważyć. Włosy na skroniach lekko posiwiały, lecz kupiła od aptekarza Irby’ego z St Ann’s buteleczkę tajemniczego specyfiku i ukradkiem wcierała trochę we włosy po myciu. Robiła to w sekrecie przed Rossem, który deklarował, że nie znosi farb do włosów.

Czuła się stara i wyglądała staro tylko wtedy, gdy cierpiała na migreny, co zwykle zdarzało się raz na miesiąc tuż przed kobiecą przypadłością. W ciągu dwudziestu sześciu dni dobrego samopoczucia lekko przybierała na wadze, a w ciągu dwóch dni bólów głowy znowu chudła, toteż równowaga była zachowana.

Bella poznała z oddali matkę i siostrę. Pomachała do nich, a one odmachały.

– Mamo, dlaczego Jeremy i jego przyjaciele tak często wybierają się na ryby, ale nigdy ich nie łowią? – spytała Clowance.

– Przecież łowią, moja droga. Stale je jemy.

– Przynoszą ich za mało. Wychodzą po śniadaniu i wracają na kolację z rybami, które ty albo ja złowiłybyśmy w dwie godziny!

– Nie są zbyt pracowici. Może po prostu wygrzewają się na słońcu i myślą o niebieskich migdałach?

– Może. Pytałam raz Jeremy’ego, a on powiedział, że w tym roku przy brzegu jest bardzo mało ryb.

– A to nieprawda?

– Wiem tylko, że wieśniacy z Sawle nie skarżą się na brak ryb.

Przeszły kilka kroków.

– Zerwałam dla ciebie trochę ładnych naparstnic – odezwała się Clowance.

– Dziękuję. Odwiedziłaś Enysów?

– Nie… Ale spotkałam twojego przyjaciela.

Demelza się uśmiechnęła.

– To może wiele znaczyć. Masz na myśli prawdziwego przyjaciela?

– Dlaczego pytasz?

– Wypowiedziałaś to słowo trochę dziwnym tonem.

Clowance strzepnęła z sukienki skrzydlatą mrówkę.

– Sir George’a Warleggana.

Starała się nie patrzeć na matkę po wypowiedzeniu tego nazwiska, lecz zdawała sobie sprawę, że matka stężała.

– Gdzie? – spytała Demelza.

– W Trenwith. Po raz pierwszy zauważyłam otwarte drzwi frontowe, więc weszłam do dworu. Siedział w wielkiej sieni, przy kopcącym kominku, z wygasłą fajką w ręce i kwaśną miną, jakby objadł się kiszonej kapusty.

– Widział cię?

– O tak. Rozmawialiśmy! Prowadziliśmy konwersację! Spytał mnie, co, u licha, robię w Trenwith, a ja wyjaśniłam.

– Co powiedziałaś?

– Że najlepsze naparstnice w okolicy, zwłaszcza bladoróżowe, rosną w żywopłocie koło stawu.

Demelza przygładziła dłonią włosy, ale wiatr szybko znów je rozwiał.

– A potem?

– Potem zrobił się niegrzeczny. Powiedział, że wdarłam się bez pozwolenia na teren cudzej posiadłości i że powinnam zostać oskarżona. Że wezwie gajowych i każe mnie odstawić do bramy. Mówił różne rzeczy, był wyjątkowo wściekły.

Demelza spojrzała na córkę. Clowance nie wydawała się zdenerwowana.

– Po co tam poszłaś, kochanie? Prosiliśmy cię, żebyś tego nie robiła. To igranie z ogniem.

– Cóż, nie spodziewałam się, że go spotkam. Ale to nieważne. Nic się nie stało. Przekonałam go.

– Chcesz powiedzieć, że wdałaś się z nim w dyskusję?

– Oczywiście nie okazałam złości. Zachowywałam się bardzo dystyngowanie. Bardzo grzecznie. Po prostu wyraziłam żal, że jest nieuprzejmy wobec sąsiadki, i do tego kuzynki.

– Co odpowiedział?

– Że nie jestem jego kuzynką, że nie wiem, o czym mówię, i że powinnam odejść, nim wezwie braci Harrych, by mnie wyrzucili.

Zbliżała się pani Kemp. W pobliżu domu Bella i Sophie wyprzedziły ją o kilkadziesiąt metrów.

– Nie mów ojcu, że byłaś w Trenwith – poprosiła Demelza. – Wiesz, co powiedział ostatnim razem.

– Naturalnie, że nie powiem. Nie chcę go denerwować. Ale uznałam, że ciebie to nie zdenerwuje.

– Nie chodzi o to, że się denerwuję, kochanie – odparła Demelza. – Nie znoszę łowić ryb w mętnej wodzie. Nie chcę opisywać wszystkiego, co sprawiło, że ojciec i George Warleggan stali się wrogami, i wyjaśniać, dlaczego później przepaść między nami jeszcze się powiększyła. Na pewno słyszałaś plotki…

– O tak. Że w młodości papa i Elizabeth Warleggan się kochali. Czy to takie straszne?

Demelza spojrzała na córkę z grymasem niezadowolenia, po czym zmieniła zdanie i wybuchnęła śmiechem.

– Jeśli tak to nazwać, nie… Ale w jakiś sposób to się ciągnęło przez całe ich życie. Pogorszyło sytuację, rozumiesz. Jednak…

– Z tobą i papą musiało być inaczej. Wasza miłość jest wyjątkowa. Nigdy nie znajdę takiego męża i oczywiście nigdy nie będę taka jak ty…

Do Demelzy i Clowance podbiegła Bella Poldark, szczupła, ciemnowłosa i ładna. Opowiedziała o martwej rybie, dużej, białej i cuchnącej, znalezionej przy ujściu kanału odwadniającego kopalni Wheal Leisure. Chciała zabrać ją do domu, ale pani Kemp się nie zgodziła. Sophie Enys, o rok młodsza, którą Bella wyprzedziła na ostatniej prostej, wkrótce dołączyła do przyjaciółki i również opowiedziała o rybie. Demelza pochyliła się nad dziewczynkami, zadowolona, że może niepostrzeżenie otrzeć łzy. Zawsze najtrudniej przyjmować komplementy od dzieci, a szczera Clowance mówiła komplementy tak rzadko, że miały szczególną wartość. Kiedy dołączyła do nich pani Kemp, wszystkie ruszyły w stronę domu. Jane Gimlett poszła przodem, by zrobić herbatę i przygotować ciastka dla dziewczynek.

Clowance i Demelza nieco ochłonęły i skupiły uwagę na kuszącej perspektywie kolacji. Szły na końcu. Były dokładnie tego samego wzrostu, a wiatr wiejący z tyłu rozwiewał im włosy jak delikatne pióra na ogonach edredonów.

– Więc pozwolił ci opuścić Trenwith bez kłopotów? – spytała Demelza.

– O tak. Pożegnanie nie było takie straszne. Zostawiłam mu trochę naparstnic.

– Zostawiłaś George’owi kwiaty?! Zostawiłaś mu naparstnice?!

– Nie chciał ich. Powiedział, że mogą sobie więdnąć na przeklętej podłodze tego przeklętego dworu i że nic go to nie obchodzi. Znalazłam stary wazon, napełniłam wodą i postawiłam na stole. Cóż za ogromny stół! Nigdy wcześniej nie widziałam takiego mebla! Przypuszczam, że przetrwa nawet dwór.

– Pozwolił ci to zrobić?

– Nie próbował powstrzymać mnie siłą. Chociaż warknął kilka razy jak zły pies. Uważam, że szczeka groźniej, niż gryzie.

– Nie bądź taka pewna – odparła Demelza.

– Kiedy ułożyłam kwiaty – choć jeszcze nie robię tego tak dobrze jak ty – grzecznie go pożegnałam.

– I znowu na ciebie warknął?

– Nie. Po prostu obrzucił mnie wściekłym wzrokiem. Później znowu spytał o nazwisko. Więc mu powiedziałam.

Rozdział czwarty

I

O Williamie Wyndhamie, pierwszym baronie Grenville, mówiono, że jedną ze skaz jego wybitnej kariery parlamentarnej jest namiętność do Boconnoc, kornwalijskiej posiadłości o powierzchni trzech tysięcy dwustu hektarów. Zakupiona przez dziadka Williama Pitta za część wpływów ze sprzedaży ogromnego brylantu Regent, stała się własnością barona po ślubie z Anną Pitt, córką lorda Camelforda.

Wyndham miał surowe, arystokratyczne zasady i chętnie pouczał ludzi, w tym członków rodziny królewskiej, o ich obowiązkach. Mimo to zaniedbywał własne, gdy przebywał czterysta kilometrów od Westminsteru w rezydencji z widokiem na wielki zalesiony park. Jego posiadłość ciągnęła się aż po horyzont.

George Warleggan poznał go właśnie w Boconnoc, nie w parlamencie. Dobry przyjaciel George’a, sir Christopher Hawkins, który zarobił dzięki Warlegganowi dużo pieniędzy, zasugerował lordowi Grenville, że jeśli chciałby zaprosić z nim kogoś na bankiet dla uczczenia zwycięstwa pod Trafalgarem, dobrym kandydatem mógłby być poseł z St Michael, uszlachcony przed pięciu laty i mający duże wpływy w okręgu Truro. George przyjął zaproszenie z zaskoczeniem i radością. Było to w okresie, gdy stopniowo zapominał o wieloletnim żalu po śmierci Elizabeth i gdy znów do głosu doszły osobiste ambicje.

Nikt, nawet sam George, nie mógłby twierdzić, że w ciągu następnych pięciu lat stanie się powiernikiem lorda Grenville’a – nawiązać z nim bliską przyjaźń było znacznie trudniej niż z księciem Walii – lecz wkrótce Warleggan zaczął bywać gościem w wielkiej rezydencji. Kiedy od czasu do czasu spotykali się również w Westminsterze, Grenville traktował go jako użytecznego stronnika i sąsiada z Kornwalii. Owdowiały George rzadko urządzał przyjęcia, jednak latem tysiąc osiemset dziewiątego roku wydał w Cardew wielki bal, na który zaprosił lorda Grenville’a z żoną. Grenville odmówił, ale przysłał odręczny list.

W następnym roku, miesiąc po corocznej pielgrzymce George’a do Trenwith i mniej więcej miesiąc przed tym, jak Ross uległ naciskom i przyjął propozycję podróży do Portugalii, Grenville’owie zaprosili George’a do swojego dworu na przyjęcie i obiad, podczas którego poznał lady Harriet Carter. Siedzieli obok siebie w trakcie posiłku i George poczuł do niej dziwny pociąg, częściowo fizyczny, częściowo wywołany wrażeniem, że ma do czynienia z kimś, kogo nie potrafi zrozumieć.

Była ciemnowłosa – kompletne przeciwieństwo jasnych włosów Elizabeth – i nie odznaczała się szczególną urodą, choć miała arystokratyczne rysy twarzy, które George zawsze podziwiał. Jej kruczoczarne włosy lśniły jak laka, a oczy były wyjątkowo piękne. Strój lady Harriet wyróżniał się smakiem i elegancją, które George zawsze uważał za charakterystyczną cechę kobiet ze sfery Elizabeth.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

William Shakespeare, Życie Henryka V (akt IV, scena III), przeł. Leon Ulrich, w: tegoż, Kroniki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1958 (tom III Dzieł dramatycznych), s. 520 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pogięta szpada. Poldark #11 Puchar miłości  (Poldark #10) Taniec młynarza (Poldark #9) Poldark. Przybysz z morza Fala gniewu Dziedzictwo rodu Poldarków. Cztery łabędzie. (Poldark #6) 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie