Chłopak z Katynia

Chłopak z Katynia

Autorzy: Jerzy Wlazło

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Historia Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 25.08 zł

Losy Henryka Troszczyńskiego mogłyby stanowić kanwę trzymającego w napięciu filmu pełnego dramatycznych zwrotów akcji i wielkich emocji. Jednak żaden scenariusz nie odda fascynującego życiorysu tego chłopaka urodzonego na przedwojennej warszawskiej Woli.
Heniek biegał po bułki z kiełbasą dla Ala Capone przedwojennej Warszawy – „Taty Tasiemki”. Na Kercelaku spotykał zapaśnika Aleksandra Garkowienkę, ze szkolną delegacją składał życzenia urodzinowe Naczelnikowi Piłsudskiemu w Belwederze. W 1942 roku zesłany na przymusowe roboty w okolice Katynia dowiedział się o masowych grobach polskich oficerów i poinformował o nich Niemców. Był obecny przy pierwszej ekshumacji, kiedy odkryto ciało jedynej kobiety zamordowanej w Katyniu. Po powrocie do Warszawy brał udział w powstaniu. Dziś mieszka w warszawskim domu kombatanta. Skromny starszy pan, który nigdy nie chciał być bohaterem.

O Autorach:
HENRYK TROSZCZYŃSKI – porucznik, urodzony 28 lipca 1923 roku w Warszawie. Powstaniec warszawski, pseudonim „Murarz”. Walczył na Woli w zgrupowaniu „Waligóra”. Ostatni żyjący świadek odkrycia polskich grobów w Lesie Katyńskim.

JERZY A. WLAZŁO – dziennikarz i pisarz, współautor reportażu „Pęknięte miasto Biesłan” (2014).

WARSZAWA 2018

Redakcja: Jacek Rakowiecki

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcia: Maciej Niesłony: okładka; archiwum rodzinne Henryka Troszczyńskiego: s. 18, 32, 162, 182, 194, 202, 235, 245, 270, 276, 280, 293, 296, 300, 307, 312, 314, 316, 317, 318, 319, 320, 321, 325, 328, 330, 331, 333, 335; Archiwum AG: s. 62; Muzeum Katyńskie: s. 6, 12, 20, 23, 24, 29, 73, 75, 77, 78, 124; Muzeum Powstania Warszawskiego: s. 352; Narodowe Archiwum Cyfrowe: s. 61, 79, 93, 94, 98, 99, 104, 113, 114, 176, 243, 290; Waldemar Gorlewski s. 166, 347; Wikipedia: s. 42, 51, 126, 130, 164, 205, 209 (na licencji Wikipedii Fot. Mariusz Kubik), 227, 233, 234, 247, 249, 256, 302, 305; Wikimedia Commons: s. 27, 35, 54, 65, 68, 82, 116, 120, 129, 154, 188, 200, 201, 206, 212, 214, 215, 219, 220, 221, 225, 229, 230, 240, 254, 266, 268, 273; zbiory Archiwum Państwowego w Warszawie: s. 30, 36, 57, 86, 89, 90, 208.

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Fotoedycja: Waldemar Gorlewski

Przygotowanie zdjęć do druku: Małgorzata Charewicz

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Jerzy A. Wlazło 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN 978-83-268-2068-7 (epub), 978-83-268-2069-4 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

S p i s t r e ś c i

Dedykacja

Wolska 22

Wenecja

Wojna

Warszawa

W

Wyzwolenie

Wolność

Wyznanie

Zeznanie

Przypisy

Dziękuję mojej żonie Ance za pomoc i cierpliwość

WOLSKA 22

Nawet jego dzieci nie wiedziały, że tam był. Tylko żona. Milczeli o tym przez 45 lat. Dopiero gdy w 1991 roku premier Tadeusz Mazowiecki z kanclerzem Helmutem Kohlem zawarli porozumienie w sprawie odszkodowań za pracę przymusową w czasie II wojny i powstała Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie, poszedł do biura na Kruczą w Warszawie. W korytarzu dostał do wypełnienia formularz. Po raz pierwszy wpisywał nazwy zakazanych miejscowości. Długopisem, czytelnie, drukowanymi literami, bo ręce mu drżały. Gdy skończył, wezwali go do pokoju.

Jakiś ziewający, niezbyt młody facet siedział przy biurku. Wziął wypełniony formularz, przeleciał wzrokiem i znudzona twarz nagle napłynęła mu krwią.

– Pan był w Katyniu?

– Tak; napisałem – szepnął. Krople potu wolno spłynęły mu po karku. Urzędnik już nie chciał z nim rozmawiać, tylko chwycił słuchawkę.

– Panie pułkowniku, mam tu takiego jednego, który przyniósł mi oświadczenie, że był w Katyniu...

Chciał uciec. Tyle lat siedział cicho, mógł sobie posiedzieć jeszcze trochę. Bezpieka miała długie ręce. I jeszcze dłuższą pamięć.

Masowe groby polskich oficerów zamordowanych przez NKWD w Lesie Katyńskim

– Pójdzie pan do pułkownika Sawickiego – usłyszał od urzędnika. – On jest pana bardzo ciekawy...

A pułkownik Sawicki urzędował w innej części budynku. Czekał w otwartych drzwiach. Gestem zaprosił do gabinetu.

– Słucham, co ma mi pan do powiedzenia – wyciągnął rękę na powitanie.

– Nazywam się Henryk Troszczyński. To ja powiedziałem Niemcom o grobach naszych żołnierzy w Katyniu.

W 2017 roku był ostatnim żyjącym świadkiem tamtych wydarzeń.

* * *

35 facetów z walizkami, w niemieckich mundurach, w niemieckich płaszczach, w niemieckich furażerkach maszeruje ulicami okupowanej Warszawy w kierunku dworca. Na rękawach białe opaski z czarnym napisem: der Arbeiter in der deutschen Wehrmacht, co znaczy mniej więcej: robotnik w niemieckich siłach wojennych. Heńkowi, który ni w ząb nie rozumie jeszcze po niemiecku, wytłumaczył to bauleiter.

Bauleiter jest kierownikiem ich grupy z niemieckiego nadania.

W pociągu rozmawiają normalnie, po polsku. Mają przedziały tylko dla siebie, więc nikt im nie bruździ. Przecież bauleiter też Polak. Folksdojcz, ale Polak. Wesz nie wesz, jednak swoja. Trzyma wszystkie dokumenty, których mogła zażądać Feldpolizei albo, jak mówili Polacy, feldżandarmeria.

Jadą pociągiem wojskowym z niemieckimi żołnierzami rzuconymi na wschodni front. Tamci nie są specjalnie szczęśliwi. Z dwojga złego woleliby piaski Sahary niż śniegi Rosji. Po raz pierwszy coś nie zadziałało w wojennej maszynce Hitlera. Jego Blitzkrieg – wojna błyskawiczna – zaczynał zwalniać. Właśnie pod Smoleńskiem Niemcy dostali od Rosjan pierwsze lanie. Bolszewicy nie tylko nie dali się zamknąć w okrążeniu, ale jeszcze przeprowadzili przeciwnatarcia, ratując kilka swoich dywizji. Owszem, hitlerowcy złamali opór i poszli dalej, ale bitwa o Smoleńsk, mająca trwać jakieś trzy dni, toczyła się ponad miesiąc.

Heniek z chłopakami jadą odbudowywać miasteczko. A szwaby już przeczuwają, że wojny z Rosją przed zimą zakończyć się nie da. Jednak w tej całej parszywej podróży ich towarzystwo ma swoje zalety. Na każdej stacji dziewczyny w białych fartuszkach i koronkowych czepkach podbiegają do pociągu i przez okna podają kanapki. Do manierek nalewają gorącą herbatę. Przydaje się.

900 kilometrów w podróży. Cała doba w wagonie, na twardej ławce. Dłuży się. Tematy w podróży kończą się zbyt szybko. Szczególnie gdy trzeba uważać, co się mówi. Wesz swoja czy obca potrafi ugryźć tak samo boleśnie. Czasem aż do krwi.

Pociąg toczy się powoli, pchając przed lokomotywą dwa ciężkie wagony z piaskiem na wypadek zaminowania torów przez radziecki ruch oporu[1]. Dopiero co Stalin zaapelował, by na terenach zajętych przez Niemców mieszkańcy organizowali się w oddziały partyzanckie[2].

Walka z bolszewizmem pociąga coraz więcej ofiar.

– Co to za stacja? – pyta Heniek, gdy pociąg zatrzymuje się wczesnym rankiem. Najbliżej okna siedzi Stacho Adamczyk, sąsiad przez ścianę. Razem ich skierowali do kopania dołów na Okęciu, razem dostali nakaz wyjazdu do Smoleńska. Śliwiński z drugiego podwórka siedzi w sąsiednim przedziale.

– Mińsk – mówi, ziewając, Stasiek. – Chcecie coś do żarcia? Dziewczyny lecą.

Wychyla się po bułki zawinięte w czysty biały papier. Wylewa zimną herbatę na tory i podstawia metalowy kubek. Dziewczyna, Niemka z opaską Czerwonego Krzyża na rękawie, wielką chochlą nalewa mu gorącej z wojskowego termosu.

– Daleko jeszcze? – pyta ktoś z boku.

– Wieczorem będziemy na miejscu – odpowiada krótko bauleiter. – Weź jeszcze kilka kanapek, bo cholera wie, co będzie dalej. Tam front coraz bliżej.

W Smoleńsku tory kończą się kozłem oporowym. Takimi dwiema szynami wygiętymi na kształt kozich rogów przysypanych wysoko żwirem z kamieniami. Ślepy tor. Bauleiter już na peronie sprawdza listę obecności i przeprowadza ich przez budynek dworcowy.

Kwatery mają przygotowane tuż obok, przy rynku, w normalnych, murowanych domach opuszczonych przez Rosjan uciekających przed frontem w głąb Związku Radzieckiego. Smoleńsk nie jest specjalnie dużym miastem. Wokół rynku stoją jedno- i dwukondygnacyjne domy ze sklepikami na parterze. W pobliżu funkcjonuje niemiecka komendantura. Jednoosobowe patrole policyjne snują się po mieście sennie, bez strachu. Obok komendantury kobiety sprzedają jedzenie domowej roboty. Heniek potem często kupuje u nich ruskie pierogi.

To dziwne, że tu, raptem 30 kilometrów od frontu, jest taka oaza spokoju.

Heńka i pozostałych polskich robotników od razu rzucają do remontu stacji kolejowej. Duży, oszklony budynek nieźle oberwał podczas oblężenia. Pracują sześć dni w tygodniu. Niedziele mają wolne, podobnie jak wszystkie popołudnia i wieczory. Bauleiter wraca do Warszawy.

Każdego ranka polscy robotnicy stają w dwuszeregu obok dwuszeregu wojskowych robotników niemieckich, odwalają podstawową musztrę z odliczaniem włącznie i przyjmują rozkazy dzienne, a potem zgodnie maszerują remontować radzieckie miasto.

Przekładaniec, jak na Wielkanoc. Ale do Wielkanocy jeszcze kawał kalendarza. Na razie zimno się robi jak jasna cholera.

W czasie wolnym praktycznie nikt ich nie pilnuje. Swobodnie spacerują po całym miasteczku, gdzie Niemcy, Rosjanie i Polacy żyją w przedziwnej symbiozie.

Ta wojna ma wiele wymiarów. I wszyscy są jej ofiarami. Już nawet Niemcy zaczynają to rozumieć. Niebawem zbiorą baty pod Stalingradem.

W jednej z chałup, tuż obok kwater polskich robotników, mieszka młoda, śliczna dziewczyna. Krew nie woda, na śniegu nie zamarza. Chłopaki próbują przynajmniej zagadać, chociaż pewnie każdy z nich marzy o podrywie. Nic z tego. Dziewczyna głaz. I to zlodowaciały. Na ogół udaje, że Polaków nie dostrzega, a jak już się nie da, to odszczekuje się z pogardą i rusza w swoją stronę. Kiedyś wreszcie jeden Ruski lituje się nad warszawiakami.

– Bez szans, panowie. To komunistka i krasnoarmiejka. Takimi bezpartyjnymi Polaczkami jak wy to ona gardzi.

No dobra, szanse szansami, ale popatrzeć zawsze miło. Dziewczyna zbudowana pierwsza klasa, ma czym oddychać, na czym siedzieć i jeszcze te wydatne usta... młodość i pewność siebie od niej aż bije. Chłopakom szybciej biją serca.

Zaraz po skończeniu prac na dworcu cała grupa 35 robotników z Polski dołącza do baukompanii lieutenanta Gregora Slovenzika przerzuconej do miejscowości Katyń, na uroczysko Kozie Góry. Przywożą ich traktorami, na odkrytych przyczepach, do domu stojącego w środku lasu. Całkiem porządnego, żeby nie powiedzieć eleganckiego, chociaż nieco zdewastowanego przez wojnę. To część dawnego ośrodka wypoczynkowego pracowników Obwodowego Zarządu NKWD w Smoleńsku.

Od początku im się ten las nie podoba. W Polsce takiego nie widzieli. Gęsty i ciemny. Drzewa potężne, aż ciężkie od ogromnych konarów, nie przepuszczają zimowego słońca. Jedynie na polanach co jakiś czas przebija się jaśniejszą plamą na śniegu. Taki las spokojnie mógł grać w horrorze o potworze doktora Frankensteina w reżyserii Jamesa Whale’a, który Heniek widział z kumplami chyba na ekranie kina Italia przy Wolskiej 32. Czy może w Roxy?

Cholernie dawno. I jeszcze bardziej daleko.

Kwaterują ich wszystkich w jednym domu razem z inną polską grupą pracującą już tutaj od jakiegoś czasu. Ziąb panuje sakramencki, więc nie zwracając uwagi na niedogodności ani na trzypiętrowe łóżka, rzucają się ogrzać przy ogniu. Na szczęście dom ma pieczkę. To taki piec, będący równocześnie kuchnią i łóżkiem na zapiecku. W filmie „Sami swoi” stara Pawlakowa miała tam posłanie. Tylko jej elektryka przeszkadzała.

Jak mróz ściska mocniej, to Heniek też sypia nad pieczką. Układa się z tyłu, jak najbliżej ściany i komina. Jest cieplej. Mają zapas żeliwnych garnków, na które miejscowi mówią czuguny. Czugun to po prostu chińska nazwa żeliwa i najprawdopodobniej została przeniesiona do Rosji przez Tadżyków i Tatarów. Te rosyjskie czuguny stawia się bezpośrednio do pieca. Gotowanie kolacji bez odpowiedniego sprzętu nie wchodzi w rachubę.

Las Katyński sfotografowany z samolotu

– Podaj te widły – słychać co wieczór.

– To nie widły, tylko wiłki.

– Pies je trącał, jak je zwał! Daj te kleszcze, przecież łap do ognia nie wsadzę!

Całymi dniami, przy największych mrozach, budują w lesie baraki dla niemieckich żołnierzy wracających z frontu wschodniego. Najpierw rąbią zmarzniętą na kamień ziemię, układają podmurówki, potem z całych elementów stawiają drewniane baraki. Gotowe fragmenty ścian, podłóg, dachów leżą w stosach na polanach. Targają to i ustawiają jedno przy drugim jak klocki. Jeden taki barak ma ze 30 metrów długości. Trudno wyliczyć, ilu żołnierzy może się w nim zmieścić.

Któregoś dnia Slovenzik wskazał Heńka palcem.

– Hej, ty! – wciąż ma problem z nazwiskiem Troszczyński. – Przyszła smoła na lotnisko. Zawieziesz.

Heniek wlazł na przyczepę traktora, gdzie stały już beczki pełne smoły, i jadą.

Lotnisko nieduże. Ot, jeden pas przypominający bardziej utwardzoną gliniankę, jeden piętrowy budynek, drugi parterowy. I właściwie wszystko. Co jakiś czas lądują tutaj junkersy Ju 87, potocznie zwane sztukasami, i messerschmitty.

Traktor przejeżdża przez bramę bez żadnej kontroli. Dopiero po chwili podchodzi jakiś młody chłopak ubrany identycznie jak Heniek, z taką samą białą opaską na rękawie.

Jeszcze jeden robotnik przymusowy.

– Cześć – rzuca po polsku.

– Cześć.

– Skąd jesteś?

– Z Warszawy, a ty skąd?

– Z Poznania. Chodź.

Chłopak prowadzi Heńka do niewielkiego pokoiku w parterowym budynku. Przy biurku siedzi jakiś starszy gość wypełniający dokumenty.

– Komendancie, chłopak z Warszawy.

Facet na chwilę odrywa się od papierów. Patrzy i nie mówi nic. Wraca do pisana. Heniek wychodzi bez słowa. Nic z tego wszystkiego nie rozumie.

Obsługa lotniska rozładowuje beczki. Heniek wskakuje na przyczepę. Znów dudni silnik. Lotnisko zostaje gdzieś z tyłu.

Potem Heniek nieraz zastanawiał się, co miało znaczyć dziwne zachowanie dwóch obcych mężczyzn na smoleńskim lotnisku. Niby wydawało się, że chłopak naprawdę chciał komendantowi przedstawić Heńka, warszawiaka. Z drugiej – ta niema scena sugerowała, że zależało im na odciągnięciu Heńka od tego, co działo się gdzieś tam, za jego plecami, gdy wszedł do budynku.

W 1960 roku wpadła Heńkowi w ręce niewielka książeczka...

Od 1957 roku ukazywała się w Polsce seria wydawnicza nazwana Biblioteką Żółtego Tygrysa. Na przestrzeni lat stała się jednym z największych sukcesów ówczesnej propagandy, bowiem te broszurki cieszyły się ogromną popularnością, z czasem obrastając wręcz swoistym kultem. W roku 1960 ukazała się książeczka zatytułowana „Minerzy podniebnych dróg” napisana przez późniejszego autora „Czterech pancernych i psa” Janusza Przymanowskiego i Owidiusza Gorczakowa.

To opowieść o dywersyjnej grupie czesko-polsko-radzieckiej dowodzonej przez późniejszego bohatera Związku Radzieckiego Anię Morozową. Na początku dostarczali informacje o rozmieszczeniu wojsk hitlerowskich w okolicach Smoleńska, potem zaczęli działania dywersyjne. Montowali w samolotach niemieckich magnetyczne bomby, które wybuchały w powietrzu. Aż do końca wojny Niemcom nie udało się rozpracować tej siatki. Większość z nich przeżyła wojnę. Ania Morozowa zginęła w 1944 roku.

Heniek jest pewien, że wtedy na smoleńskim lotnisku spotkał legendarnych minerów.

Na podstawie książki Janusza Przymanowskiego powstał serial telewizyjny o tym samym tytule. W Związku Radzieckim jego popularność można porównać do oglądalności „Bonanzy” albo „Stawki większej niż życie”. Reżyserem serialu był młody filmowiec radziecki Siergiej Kołosow. Ten sam, który niedługo później nakręcił polsko-radziecki przejmujący dramat w świetnej międzynarodowej obsadzie „Zapamiętaj imię swoje”.

„Oparta na wydarzeniach autentycznych historia rosyjskiej więźniarki Oświęcimia i jej odnalezionego po latach, wychowanego przez polską przybraną matkę, syna wywołała żywy rezonans także u widzów ZSRR, gdzie film cieszy się ogromnym powodzeniem”[3].

Polacy przygarniający na wychowanie rosyjskiego chłopca noszą w filmie nazwisko Truszczyńscy...

Na smoleńskim lotnisku działy się różne rzeczy. Na przykład właśnie tam zorganizowano jeszcze jeden zamach na Adolfa Hitlera, który w ostatniej chwili zrezygnował z podróży koleją i wybrał samolot. Jak opisywał Józef Mackiewicz, było to 13 marca 1943 roku.

„Właśnie podczas tego obiadu odbyła się wymiana zdań, która miała zaważyć na losach świata: Tresckow[4] zwrócił się do przybyłego z Hitlerem pułkownika Brandta, który należał do najbliższego otoczenia, z zapytaniem, czy zechce być tak grzeczny i zabrać ze sobą dla generała Steiffa... Tak jest dla generała Steiffa z Oberkommando des Heeres, adresowaną paczkę?

– Ach, drobiazg... To są dwie flaszki koniaku. Nie zajmą dużo miejsca w samolocie”[5].

Na lotnisko dwie butelki koniaku zaniósł Schlabrendorff[6]. Hitler pożegnał się i skierował do swojej maszyny, za nim pułkownik Brandt. Schlabrendorff małym kluczykiem, przez otworek w miejscu rzekomych korków butelki, nacisnął zapalnik nastawiony na pół godziny i wręczył paczkę Brandtowi. Los Hitlera był przypieczętowany. Tyle że po dwóch godzinach nadeszła wiadomość – samolot Führera wylądował szczęśliwie na lotnisku w Rastenburgu w Prusach Wschodnich. Klapa, a jeszcze trzeba było podmienić jakoś te bombowe butelki na koniak, żeby nie wykryto planowanego zamachu. Schlabrendorff sprawdził potem odzyskane butelki, rozładował zapalnik. Wszystko było w porządku: iglica uderzyła w kapsel. Tylko nie wiadomo, dlaczego materiał wybuchowy nie zapalił.

Wtedy Heniek buduje już baraki w Katyniu.

Kończą stawiać ściany, dach i z cegły szamotowej budują piece z paleniskiem o wielkości blatu sporego biurka. Przewody kominowe prowadzą zygzakiem, żeby ciepło rozchodziło się po całym pomieszczeniu. To już robota ulgowa. Przynajmniej śnieg nie wali w twarz i wiatr nie tańczy za kołnierzem.

Kiedy po całym dniu wracają do swoich kwater, każdy pcha się jak najbliżej pieca. Gotowanie żarcia w czugunie i ogrzewanie chałupy idzie w parze. I tak przez sześć dni w tygodniu. Niedziela znów wolna. Potrafią wtedy przeleżeć na piętrowych pryczach pół dnia. Ktoś gra, bo udało mu się kupić rosyjską harmoszkę, więc podśpiewują sobie. Czasem na wesoło, czasem na smutno. Zależy, jakie nastroje wywołał bimber kupowany za czerwońce od miejscowych chłopów.

Bo Niemcy uczciwie płacą za pracę. W czerwońcach. To się akurat Polakom bardzo podoba. Nazwa waluty, choć pochodzi od monet carskich, to wywodzi się od polskiego czerwonego złotego. Dziwna rzecz – wojna: Niemcy płacą Polakom za niewolniczą pracę na rosyjskiej ziemi walutą rosyjską o polskiej nazwie. A właściwie radziecką, bo wprowadzono je w ZSRR w 1922 roku. Miały być nowym pieniądzem nowego państwa. Gwarantowanym przez państwo i wymienialnym na ruble w złocie w stosunku 1 do 10. Ale czerwońce szybko zaczęły tracić swoją rolę, a po wojnie o nich zapomniano, gdy bank państwa przejął emisję rubla jako jedynego pieniądza ZSRR.

Pieniądz nie pieniądz, ważne, że Heniek za pacę przy budowie baraków dostaje jakąś wypłatę. Może sobie pozwolić na ruskie pierogi albo kupienie od okolicznych gospodarzy jakiejś kury, a przede wszystkim samogonu.

Okoliczni mieszkańcy potrzebują sporo czasu, aby przyzwyczaić się do nowych sąsiadów. Ale już wierzą, że mimo niemieckich mundurów mają do czynienia z Polakami. A nie był to dobry czas na rozstrzygnięcia, czy lepszy Polak żywy, czy martwy. Zdecydowaną wrogość okazują im jedynie zagorzali bolszewicy, ale tych najwyraźniej się nie stwierdza zbyt wielu wśród miejscowych.

Nawet ten cholerny mróz daje się w końcu oswoić. Wtedy spacery do pobliskich gospodarstw stają się codziennością.

– My Polaki – mówią, pokazując białe opaski na rękawach. Chłop patrzy jak sroka w gnat. Nawet jeśli nie jest analfabetą, to alfabet niemiecki z cyrylicą niewiele ma wspólnego.

– Polaki? – pyta z niedowierzaniem. Pokazują cywilne guziki przy żołnierskich płaszczach, miejsca po odprutych gapach. W końcu Heniek i jego towarzysze nie pierwsi tu pracują. Idzie się dogadać. A języki w mowie dość do siebie podobne. Bo w piśmie to niech to pierun strzeli między oczy, kurde Felek!

– My chotieli pokupit’ samogonku.

Chłop kiwa głową, że samogonkę sprzeda. A później to niejeden już i do chałupy prosi, słoninę wyciąga spod ziemi, żona samowar nastawia. Próbują rozmawiać. Bimber ma kolor herbaty z mlekiem i jakieś białe frędzle w nim pływają, ale grzeje od środka. Rozwiązuje języki.

A jest o czym mówić. Tylko potem te słowa bolą, jak zadry w sercu, nie dają spać.

W nocy biorą łopaty i idą we wskazane miejsce. Szosa. Na piętnastym kilometrze od Smoleńska, po lewej stronie, niewielkie wzgórze. Niezbyt strome, ale z drogi trzeba dać spory, wysoki krok. Tam zaczyna się dziwna przecinka z młodnikiem brzózek i sosenek. Niziutkie drzewka, delikatne, jakby wyblakłe. Heńkowi sięgają raptem do paska u spodni.

Mapa rejonu Katyń – Gniezdowo z naniesionymi odręcznymi notatkami Henryka Troszczyńskiego

Idą dokładnie 50 kroków. Heniek liczy. I już nie zapomni. 50 dużych kroków...

Ziemia jest jeszcze zmarznięta, ale nie muszą głęboko kopać. Wystarczy ściągnąć wierzchnią warstwę poszycia, by łopata zaplątała się w wojskowy płaszcz.

Zupełnie inny niż ten, który mają na karku.

To jest gorsze niż włożenie palców do rany w boku. Bo ta rana miała nie zabliźnić się przez następne pokolenia. A tu las żywi się polską krwią.

– Ilu? – zapytał Heniek gospodarza z pobliskiej chaty.

– Tysiące, panie – odpowiedział. – Wiele tysięcy.

O wojnie na Kresach Wschodnich Heniek nie wiedział właściwie nic. Tyle co z oficjalnych komunikatów, gdy jeszcze słuchali radia w Warszawie. W domu o ataku Ruskich 17 września czytali w gazetach. Rodziny na wschodzie nie mieli.

Wszystkiego dowiadywał się dopiero tutaj. W Katyniu.

[...]

PRZYPISY

[1] „Miałem możliwość wglądu do niemieckiego raportu kolejowego. Oni wysyłali je rano i po obiedzie. Były to raporty z Mińska o tym, co działo się na trasach kolejowych, dotyczyły także zamachów. Niemcy nie mieli żadnego powodu, aby używać tego rodzaju wiadomości w celach propagandowych. Sporządzali raporty dla wewnętrznych celów – technicznych. Były to lakoniczne wiadomości typu: Eksplozja tu i tu, uszkodzono 20 cm szyn, strat żadnych. Lub na przykład: mina eksplodowała pod lokomotywą, ranny maszynista. Albo bywało tak, że mina została wykryta i rozbrojona. Lokomotywa pchała wagony, które były specjalnie przeznaczone na wypadek eksplozji i dzięki temu straty były minimalne”. Rozmowa z Bogdanem Musiałem, historykiem i autorem książki poświęconej mitom i realiom radzieckiego ruchu partyzanckiego na Białorusi „»Białoruska partyzantka« to mit – nie istniała. Była tylko sowiecka”, „Wschodnia Gazeta Codzienna Kresy24.pl”, 5 sierpnia 2014, https://kresy24.pl/bialoruska-partyzantka-to-mit-nie-istniala-byla-tylko-sowiecka/, dostęp: listopad 2017 r.

[2] „W Rosji Radzieckiej za datę narodzin typowego dla powyższych założeń ruchu partyzanckiego uznaje się już pierwsze dni Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (II wojna światowa w rosyjskiej nomenklaturze). Już 29 czerwca i 18 lipca 1941 roku rząd i partia komunistyczna wydały rozporządzenia dotyczące organizacji oddziałów partyzanckich na tyłach armii niemieckiej. Przez pierwsze 10 miesięcy wojny ruch partyzancki był jednak znikomy, a powstał głównie w odpowiedzi na okrucieństwo okupanta.

Początek działań partyzanckich w ich pełnym wydaniu przypada na 30 maja 1942, kiedy utworzono Centralny Sztab Partyzancki. Na jego czele stanął cieszący się złą sławą pierwszy sekretarz partii komunistycznej na Białorusi Ponomarenko. (...) Szczyt działań partyzanckich w Rosji przypadł na lato roku 1943, gdzie ich liczba szacowana była na 250 tys. osób i stale rosła”. Paweł Kmiecik, „Zarys taktyki radzieckich partyzantów w okresie II wojny światowej”, 30 lipca 2013 r., http://www.nowastrategia.org.pl/zarys-taktyki-radzieckich-partyzantow-okresie-ii-wojny-swiatowej/, za: David R. Marples, „Historia ZSRR”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2006, s. 180-181, dostęp: listopad 2017 r.

[3] M. Peszkowska, „Zapamiętaj”, „Film”, nr 22, 1975 r., s. 8.

[4] „Henning Hermann Robert Karl von Tresckow (ur. 10 stycznia 1901 w Magdeburgu, zm. 21 lipca 1944 w Białymstoku) był antykomunistą. Podobne uczucia żywił do partii nazistowskiej, choć początkowo, gdy w latach dwudziestych Niemcy pogrążone były w kryzysie, uwierzył, że naziści zdołają przywrócić Niemcom znaczenie. Przejrzał na oczy kilka lat później, w 1938 roku powiedział do swoich przyjaciół: Hitler to oszalały derwisz. W czasie wojny, gdy zobaczył zbrodnie SS na terytorium Rosji, zaczął organizować wraz z pułkownikiem Clausem von Stauffenbergiem zamach na Hitlera. Zachowały się jego słowa z 1941 r., gdy mówił o dokonywanych zbrodniach: – Na Niemcy spadnie wina, której świat nam przez tysiące lat nie zapomni. Gdy zamach w kwaterze w Ostrowie nie udał się, von Tresckow popełnił samobójstwo, aby odpowiedzialność za jego działania nie spadła na rodzinę”. Marek Rudnicki, „W Szczecinie chcą uhonorowania generała, który zorganizował zamach na Hitlera”, „Głos Szczeciński”, 10.05.2013, http://www.gs24.pl, dostęp: grudzień 2016 r.

[5] Józef Mackiewicz, „13 marca 1943”, „Lwów i Wilno”, nr 79, 11 lipca 1948 r., s. 2.

[6] „Fabian von Schlabrendorff żył w latach 1907-1980. Z wykształcenia był prawnikiem. Był także oficerem Wehrmachtu, a później członkiem niemieckiego ruchu oporu. Wsławił się tym, że w 1943 roku był jednym z organizatorów nieudanego zamachu na Hitlera na lotnisku w Smoleńsku”. „Tok”, „Detektyw Rutkowski pokazał nam swój pałac”, www.fakt.pl, dostęp: grudzień 2016 r.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chłopak z Katynia Pęknięte miasto. Biesłan Na wczoraj 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie