Ostatni list od kochanka

Ostatni list od kochanka

Autorzy: Jojo Moyes

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 17.99 zł

Ellie, młoda dziennikarka, natrafia na ślad romansu sprzed lat. Po wielkiej miłości, która połączyła młodą mężatkę Jennifer i Anthony’ego, szorstkiego w kontakcie, ale wrażliwego reportera, pozostały tylko listy. Przejmujące i wyjątkowe, fascynują Ellie na tyle, że postanawia poznać historię zakazanego związku i odkryć tajemnicę jego dramatycznego końca. Czy historia miłosnego skandalu z przeszłości może zupełnie odmienić życie samej Ellie i jej relację z żonatym mężczyzną?

To inspirująca historia o tym, że warto znaleźć odwagę do podjęcia decyzji, która pozwoli zyskać to, co w życiu najcenniejsze. Nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi i na przekór konwenansom.

 

Jeśli naprawdę kochasz, to kochaj odważnie.

 

Ostatni list od kochanka to jedna z najpiękniejszych powieści Jojo Moyes. Autorka podbiła serca milionów czytelników bestsellerowymi Zanim się pojawiłeś, Kiedy odszedłeś oraz Dziewczyną, którą kochałeś.

Charlesowi,

który zaczął to wszystko wiadomością na papierze

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Załączam prezent. Mam nadzieję, że Ci się spodoba […]

Myślę o Tobie zwłaszcza dzisiaj […] bo doszłam do wniosku, że choć Cię kocham, to nie jestem w Tobie zakochana. Nie mam poczucia, że jesteś Tym Jedynym. W każdym razie naprawdę mam nadzieję, że prezent Ci się spodoba i że będziesz miał wspaniałe urodziny.

Z listu kobiety do mężczyzny

Prolog

Do miłego X

Ellie Haworth odnajduje przyjaciół w tłumie wypełniającym bar i przeciska się w ich stronę. Rzuca torebkę na podłogę i kładzie telefon na stoliku. Są już dobrze zaprawieni – poznaje to po tonie ich głosów, zamaszystej gestykulacji i donośnym śmiechu, po stojących przed nimi pustych butelkach.

– Spóźniłaś się. – Nicky podsuwa jej pod nos rękę z zegarkiem i grozi palcem. – Nie, tylko nie mów, że musiałaś dokończyć artykuł.

– Wywiad ze skrzywdzoną żoną posła. Przepraszam. Ma się znaleźć w jutrzejszym numerze – odpowiada Ellie, wślizgując się na puste miejsce i nalewając sobie resztkę alkoholu z butelki. Po chwili pokazuje przyjaciołom swoją komórkę. – No dobrze. Nowe najbardziej wkurzające sformułowanie wieczoru to „do miłego”.

– Do miłego?

– Na zakończenie esemesa. To znaczy, że odezwie się jutro czy jeszcze dziś? A może to po prostu jakieś okropne młodzieżowe hasełko, tak naprawdę pozbawione znaczenia?

Nicky spogląda na podświetlony ekran.

– To „do miłego” i „X”. Coś w rodzaju pożegnania. Powiedziałabym, że do jutra.

– Tak, zdecydowanie do jutra – mówi Corinne i na chwilę milknie. – Albo nawet do pojutrza.

– To bardzo niezobowiązujące.

– Niezobowiązujące?

– Mogłabyś tak powiedzieć do listonosza.

– Przesłałabyś buziaka listonoszowi?

Nicky się uśmiecha.

– Może i tak. Mój listonosz to przystojniak.

Corinne analizuje wiadomość.

– Chyba nie macie racji. Może po prostu się spieszył, bo robił coś innego.

– No. Na przykład z żoną.

Ellie rzuca Douglasowi ostrzegawcze spojrzenie.

– No co? – pyta Douglas. – Po prostu wydaje mi się, że etap rozszyfrowywania esemesowego żargonu powinnaś mieć już za sobą.

Ellie pociąga spory łyk wina i pochyla się nad stolikiem.

– Okej, jeżeli mam wysłuchać wykładu, muszę się jeszcze napić.

– Jeśli jesteś z kimś na tyle blisko, żeby uprawiać z nim seks, to chyba nie powinnaś mieć oporów przed poproszeniem, żeby sprecyzował, czy jesteście umówieni na kawę.

– Co jeszcze jest w tej wiadomości? Tylko proszę, nie mów, że coś o seksie w jego biurze.

Ellie spogląda na telefon, przewijając listę esemesów.

– „Lepiej, żebym nie dzwonił z domu. Za tydzień lecę do Dublina, ale na razie brak konkretnych planów. Do miłego X”.

– Zostawia sobie otwartą furtkę – stwierdza Douglas.

– Chyba że… no wiecie… naprawdę nie ma konkretnych planów.

– Gdyby tak było, napisałby: „Zadzwonię z Dublina”. Albo nawet: „Zabiorę Cię do Dublina”.

– Leci z żoną?

– Nigdy z nią nie lata. To podróż służbowa.

– Może zabiera kogoś innego – mamrocze Douglas do kufla.

Nicky w zamyśleniu kręci głową.

– Boże, czy życie nie było łatwiejsze, kiedy ludzie musieli dzwonić, żeby z tobą porozmawiać? Można było przynajmniej wyczuć niechęć w ich głosie.

– O tak – prycha Corinne. – I godzinami siedzieć w domu przy telefonie, czekając, aż zadzwonią.

– Och, te wieczory, które spędziłam…

– …sprawdzając, czy nadal jest sygnał w słuchawce…

– …a potem szybko ją odkładając, na wypadek gdyby akurat w tej chwili dzwonił.

Ellie słucha śmiechu przyjaciół, dostrzegając prawdę w ich żartach, a jakaś mała cząstka niej nadal czeka, aż zaświeci się ekranik, sygnalizując nowe połączenie. Połączenie, na które biorąc pod uwagę późną porę i to, że John woli nie dzwonić z domu, raczej nie ma co liczyć.

Douglas odprowadza ją do domu. Tylko on z całej czwórki mieszka z partnerką, ale Lena, jego dziewczyna, jest szychą PR w branży technologicznej i często siedzi w pracy do dziesiątej albo i jedenastej wieczorem. Lena nie ma nic przeciwko temu, żeby jej chłopak spotykał się z dawnymi przyjaciółkami – kilka razy przyszła razem z nim, ale trudno się przebić przez mur starych dowcipów i czytelnych tylko dla nich aluzji, które uzbierały się w ciągu półtorej dekady przyjaźni. Przeważnie puszcza go zatem samego.

– A co u ciebie, duży chłopcze? – Ellie trąca go łokciem, kiedy omijają porzucony na chodniku wózek na zakupy. – Nie opowiadałeś nic o sobie. Chyba że wszystko mnie ominęło.

– U mnie nic nowego – mówi z wahaniem Douglas. Wkłada ręce do kieszeni. – Nie, właściwie to nie do końca. Ehm… Lena chce mieć dziecko.

Ellie spogląda na niego.

– O rany.

– Ja też tego chcę – dodaje pospiesznie Douglas. – Rozmawiamy o tym od wieków, ale ostatnio doszliśmy do wniosku, że nigdy nie będzie dobrego momentu, więc równie dobrze możemy się do tego zabrać już teraz.

– Ale z was romantycy.

– No i… chyba nawet się z tego cieszę, naprawdę. Lena będzie pracowała, a ja zajmę się dzieckiem. Zakładając, że, no wiesz, wszystko potoczy się zgodnie z planem i…

Ellie stara się zachować neutralny ton.

– I właśnie tego pragniesz?

– No. I tak nie lubię swojej pracy. Nie lubię jej od lat. Lena zarabia fortunę. Chyba będzie całkiem fajnie łazić sobie całymi dniami z dzieckiem.

– Rodzicielstwo to trochę więcej niż łażenie… – zaczyna Ellie.

– Wiem. Uważaj… na chodniku. – Douglas delikatnie odsuwa ją od przeszkody. – Ale jestem na to gotowy. Nie muszę co wieczór siedzieć w pubie. Chcę przejść do następnego etapu. To wcale nie znaczy, że nie lubię się z wami spotykać, ale czasami naprawdę się zastanawiam, czy nie powinniśmy… no wiesz… trochę dorosnąć.

– O nie! – Ellie łapie go za ramię. – Przeszedłeś na ciemną stronę.

– Cóż, mam inne podejście do pracy niż ty. Dla ciebie praca jest wszystkim, prawda?

– Prawie wszystkim – przyznaje Ellie.

W milczeniu mijają dwie przecznice, słuchając syren w oddali, trzaskania drzwi samochodowych i stłumionych kłótni mieszkańców miasta. Ellie uwielbia tę część wieczoru: pokrzepiła się przyjaźnią, chwilowo wyzbyła się wątpliwości związanych z resztą jej życia. Ma za sobą udany wieczór w pubie, właśnie wraca do przytulnego mieszkania. Jest zdrowa. Ma kartę kredytową z mnóstwem niewykorzystanych środków, plany na weekend i jako jedyna spośród wszystkich przyjaciół nie znalazła jeszcze u siebie siwego włosa. Życie jest przyjemne.

– Myślisz o niej czasami? – pyta Douglas.

– O kim?

– O żonie Johna. Myślisz, że ona wie?

Na wzmiankę o żonie szczęście Ellie przygasa.

– Nie wiem. – Douglas milczy, więc Ellie dodaje: – Na jej miejscu na pewno bym się domyśliła. On mówi, że bardziej interesują ją dzieci niż mąż. Czasami sobie tłumaczę, że może nawet jest jej trochę na rękę, że nie musi się nim przejmować. No wiesz, starać się, żeby był zadowolony.

– To się nazywa myślenie życzeniowe.

– Być może. Ale jeśli mam być zupełnie szczera, odpowiedź brzmi: nie. Nie myślę o niej i nie mam poczucia winy. Bo wątpię, żeby coś takiego mogło się stać, gdyby byli ze sobą szczęśliwi albo… no wiesz… gdyby łączyła ich prawdziwa więź.

– Wy, kobiety, macie kompletnie chybione wyobrażenie na temat mężczyzn.

– Myślisz, że jest z nią szczęśliwy? – Ellie w skupieniu przypatruje się jego twarzy.

– Nie mam pojęcia. Po prostu wcale nie musi być nieszczęśliwy z żoną, żeby z tobą sypiać.

Atmosfera trochę się zmienia i być może właśnie dlatego Ellie puszcza ramię Douglasa i poprawia apaszkę.

– Myślisz, że jestem złym człowiekiem – mówi. – Albo że on jest złym człowiekiem.

Wreszcie ktoś poruszył ten temat. Fakt, że zrobił to Douglas, najmniej skłonny z grona jej przyjaciół do osądzania innych, naprawdę ją boli.

– Nikogo nie uważam za złego człowieka. Po prostu myślę o Lenie, o tym, ile by dla niej znaczyło urodzenie mojego dziecka, i że miałbym posuwać inną kobietę tylko dlatego, że ona postanowiła poświęcić temu dziecku uwagę, która moim zdaniem należała się mnie…

– Więc jednak uważasz go za złego człowieka.

Douglas kręci głową.

– Po prostu… – Zatrzymuje się i spogląda na nocne niebo. Odpowiada dopiero po chwili. – Ellie, myślę, że powinnaś być ostrożna. Te wszystkie próby rozszyfrowania, co on ma na myśli, czego chce, to zwyczajnie popieprzone. Marnujesz czas. Z mojej perspektywy takie sprawy wyglądają dość prosto. Ktoś ci się podoba, ty się komuś podobasz, zaczynacie ze sobą chodzić i to w zasadzie tyle.

– Doug, żyjesz w fajnym wszechświecie. Szkoda, że nie przypomina prawdziwego.

– Okej, zmieńmy temat. Niepotrzebnie rozmawiamy o tym po kilku drinkach.

– Nie. – W jej głosie pobrzmiewa ostrzejsza nuta. – In vino veritas i tak dalej. Wszystko w porządku. Przynajmniej wiem, co o tym myślisz. Dalej pójdę już sama. Pozdrów ode mnie Lenę.

Dwie ostatnie przecznice dzielące ją od domu pokonuje biegiem, nie odwracając się, żeby spojrzeć na starego przyjaciela, którego zostawiła za sobą.

Redakcja „Nation” pakuje się pudło po pudle przed przeprowadzką do nowej siedziby z przeszklonym frontem przy eleganckim odwodnionym nabrzeżu we wschodniej części miasta. Z każdym tygodniem w środku ubywa przedmiotów: tam, gdzie kiedyś piętrzyły się sterty komunikatów prasowych, teczek i zarchiwizowanych wycinków, teraz są puste biurka i zaskakująco lśniące połacie laminowanej powierzchni wystawione na jaskrawy blask świetlówek. Jak na wykopaliskach archeologicznych wydobyto pamiątki po opisanych dawniej historiach, chorągiewki z królewskich jubileuszy, powgniatane metalowe hełmy z dawnych wojen i oprawione w ramki dyplomy towarzyszące dawno zapomnianym nagrodom. Pęki kabli leżą odsłonięte, zerwano kawałki wykładziny, a w suficie zieją wielkie dziury skłaniające ekspertów od bezpieczeństwa i higieny pracy do histerycznych wizyt oraz przyciągające niezliczonych ludzi z podkładkami z klipsem. Działy reklamy, ogłoszeń drobnych i sportu już się przeniosły na Compass Quay. Dodatek weekendowy, biznes i finanse szykują się do przeprowadzki w najbliższych tygodniach. Dział reportażu, w którym pracuje Ellie, przeniesie się w następnej kolejności razem z działem bieżących informacji, wykonując starannie zaplanowany manewr, dzięki któremu sobotnie wydanie wydobędzie się ze starej siedziby przy Turner Street, ale poniedziałkowe, jak za sprawą czarów, wyskoczy już z nowego adresu.

Budynek, który był dla gazety domem przez blisko sto lat, nie jest już – by użyć tego mało urodziwego określenia – zdatny do użytku. Według kierownictwa nie odzwierciedla dynamicznej, nowoczesnej natury współczesnego dziennikarstwa. Zbyt wiele w nim kryjówek, zauważają z sarkazmem pismaki odrywane od swoich stanowisk niczym czaszołki uparcie uczepione dziurawego kadłuba.

– Powinniśmy to uczcić – mówi Melissa, szefowa działu reportażu, która siedzi w prawie całkiem opróżnionym biurze redaktora. Ma na sobie jedwabną bordową sukienkę. Ellie wyglądałaby w czymś takim jak w koszuli nocnej swojej babci. Na Melissie sukienka prezentuje się jak wyzywający produkt haute couture.

– Przeprowadzkę? – Ellie zerka na swoją komórkę, ściszoną i położoną obok. Otaczający ją redaktorzy działu reportażu milczą, trzymając notesy na kolanach.

– Tak. Niedawno rozmawiałam z jednym z pracowników archiwum. Mówi, że istnieje mnóstwo starych teczek, do których od lat nikt nie zaglądał. Chcę materiału na temat artykułów dla kobiet sprzed pięćdziesięciu lat. Tekstu o tym, jak zmieniają się postawy, moda, troski kobiet. Jedno studium przypadku obok drugiego, na sąsiednich stronach, dawniej i teraz. – Melissa otwiera teczkę i wyjmuje kilka kserówek w formacie A3. Mówi ze swobodną pewnością siebie, właściwą komuś, kto przywykł do tego, że go słuchają. – Oto przykład z naszych stron poradnikowych: „Co, na litość boską, mogę zrobić, żeby moja żona ładniej się ubierała i dbała o swój wygląd? Zarabiam tysiąc pięćset funtów rocznie i zaczynam robić karierę w handlu. Bardzo często dostaję zaproszenia od klientów, ale od kilku tygodni jestem zmuszony się wykręcać, bo moja żona, mówiąc wprost, wygląda fatalnie”.

W pomieszczeniu rozlega się stłumiony śmiech.

– „Próbowałem delikatnie zwrócić jej uwagę. Twierdzi, że moda, biżuteria i makijaż jej nie obchodzą. Szczerze mówiąc, nie wygląda jak żona człowieka sukcesu, którą chciałbym, żeby była”.

Kiedyś John napomknął Ellie, że po urodzeniu dzieci jego żona przestała dbać o wygląd. Potem natychmiast zmienił temat i nigdy więcej o tym nie wspominał, jakby poczuł, że to, co powiedział, było większą zdradą niż sypianie z inną kobietą. Ellie miała do niego żal o tę odrobinę dżentelmeńskiej lojalności, ale jednocześnie trochę go za nią podziwiała.

Utkwiło jej to jednak w pamięci. Wyobrażała sobie jego żonę: rozmemłaną w poplamionej koszuli nocnej, tulącą niemowlę i robiącą mężowi wyrzuty za jakieś rzekome przewinienie. Miała ochotę mu powiedzieć, że sama nigdy by go tak nie traktowała.

– Można by przekazać te pytania jakiejś współczesnej redaktorce rubryki porad osobistych. – Rupert, redaktor dodatku weekendowego, pochyla się, żeby spojrzeć na pozostałe kserówki.

– Nie jestem pewna, czy to konieczne. Posłuchajcie odpowiedzi: „Możliwe, że twojej żonie nie przyszło do głowy, że powinna być twoją ozdobą. Być może, o ile w ogóle się nad tym zastanawiała, doszła do wniosku, że skoro jest zamężna, bezpieczna i szczęśliwa, to nie musi się wysilać”.

– Aha – odzywa się Rupert. – Bezbrzeżny spokój małżeńskiego łoża.

– „Z moich obserwacji wynika, że podobny proces zachodzi wyjątkowo szybko zarówno wśród dziewcząt, które się zakochują, jak i wśród kobiet zanurzonych w przytulnej atmosferze długoletniego małżeństwa. W jednej chwili są eleganckie jak świeżo położona farba, toczą bohaterski bój o talię, prostują szwy i skwapliwie skrapiają się perfumami. Aż nagle jakiś mężczyzna mówi »kocham cię« i tej zadbanej dziewczynie właściwie przestaje zależeć, zmienia się w kocmołucha. W szczęśliwą flejtuszkę”.

Biuro wypełnia się na chwilę uprzejmym, pełnym uznania śmiechem.

– Co wybieracie, dziewczyny? Bohaterski bój o talię czy los szczęśliwej flejtuszki?

– Chyba niedawno oglądałem film pod tym tytułem – mówi Rupert. Uśmiech zastyga mu na twarzy, gdy uświadamia sobie, że wokół zapadła cisza.

– Z takim materiałem można dużo zrobić. – Melissa wykonuje gest w stronę teczki. – Ellie, mogłabyś trochę poszperać dziś po południu? Sprawdź, co jeszcze uda się znaleźć. Interesuje nas okres sprzed czterdziestu, pięćdziesięciu lat. Setka byłaby zbyt odległa. Naczelny chciałby, żebyśmy uczcili w ten sposób przeprowadzkę i zatrzymali dotychczasowych czytelników.

– Mam przeszukać archiwum?

– To jakiś problem?

Nie dla kogoś, kto lubi siedzieć w ciemnej piwnicy pełnej pleśniejącego papieru strzeżonego przez aspołecznych panów o stalinowskich umysłach, którzy od trzydziestu lat prawdopodobnie nie wychodzili na słońce.

– Żaden problem – odpowiada wesoło Ellie. – Na pewno coś znajdę.

– Jeśli chcesz, weź do pomocy paru stażystów. Słyszałam, że chowają się w szafie działu mody.

Ellie nie zauważa złośliwej satysfakcji, która przez chwilę maluje się na twarzy szefowej na myśl o skierowaniu najnowszych kiepskich naśladowców Anny Wintour w głębokie trzewia gazety. Pochłania ją coś innego. Niech to szlag, myśli. Pod ziemią nie ma zasięgu.

– A tak na marginesie, Ellie, gdzie byłaś dzisiaj rano?

– Słucham?

– Dzisiaj rano. Chciałam, żebyś zmieniła ten artykuł o dzieciach w żałobie. No więc słucham. Nikt nie wiedział, gdzie jesteś.

– Robiłam wywiad w terenie.

– Z kim?

Ellie myśli, że znawca języka ciała od razu zinterpretowałby sztuczny uśmiech Melissy jako grymas niezadowolenia.

– Z prawnikiem. Sygnalistą. Liczyłam, że dowiem się czegoś na temat seksizmu w parlamencie. – Słowa wydobywają się z jej ust, zanim zdąży pomyśleć.

– Seksizm na szczytach władzy. Trudno to uznać za przełomowe odkrycie. Jutro postaraj się być przy swoim biurku o właściwej porze. Wątpliwe wywiady przeprowadzaj w wolnym czasie. Dobrze?

– Tak.

– Wspaniale. Chcę rozkładówkę do pierwszego numeru z Compass Quay. Czegoś w rodzaju plus ça change. – Zapisuje coś w notesie oprawionym w skórę. – Troski, reklamy, problemy… Podrzuć mi kilka stron dziś po południu i zobaczymy, co z tego będzie.

– Załatwione.

Wychodząc z biura w ślad za innymi dziennikarzami, Ellie uśmiecha się najweselej i najprofesjonalniej ze wszystkich.

Dzisiejszy dzień upłynął mi we współczesnym odpowiedniku czyśćca – pisze, przerywając na chwilę, żeby upić łyk wina. – W archiwum gazety. Człowiek zaczyna się tam cieszyć, że na co dzień tylko wymyśla nowe artykuły.

Przesłał jej wiadomość ze swojej skrzynki hotmailowej. Podpisuje się nickiem Pióroposuwacz. Oboje z tego żartują. Ellie podkurcza nogi i z utęsknieniem czeka na sygnał obwieszczający nadejście jego odpowiedzi.

Straszna z ciebie poganka. Uwielbiam archiwa – ukazuje się tekst na ekranie. – Przypomnij mi, żebym na następną gorącą randkę zabrał cię do British Newspaper Library.

Ellie się uśmiecha.

Ty to umiesz zapewnić dziewczynie rozrywkę.

Staram się, jak mogę.

Jedyny archiwista z ludzką twarzą dał mi wielką stertę luźnych kartek. Trudno to uznać za ekscytującą lekturę przed snem.

Z obawy, że zabrzmi to sarkastycznie, dodaje uśmiechniętą buźkę, a potem klnie, przypominając sobie, że kiedyś John opublikował w „Literary Review” esej o tym, że uśmiechnięta buźka reprezentuje wszystkie wady współczesnej komunikacji.

To była ironiczna uśmiechnięta buźka – dodaje, przygryzając knykcie.

Zaczekaj. Telefon.

Obraz na ekranie nieruchomieje.

Telefon. Żona? Jest w hotelu w Dublinie. Napisał, że ma widok na wodę. Byłabyś zachwycona. Co niby miała odpisać? Więc następnym razem zabierz mnie ze sobą? Zbyt roszczeniowe. Z pewnością? Brzmiałoby to wręcz sarkastycznie. Tak – odpisała wreszcie, wydając z siebie przeciągłe, nieusłyszane westchnienie.

Przyjaciele mówią, że to wszystko jej wina. Tym razem wyjątkowo jest zmuszona przyznać im rację.

Poznała go na festiwalu książkowym w Suffolk. Wysłano ją tam, żeby przeprowadziła wywiad z pewnym autorem thrillerów, który zbił fortunę, gdy porzucił ambitniejsze gatunki literackie. Nazywał się John Armour, a jego bohater, Dan Hobson, to niemal kreskówkowy amalgamat staromodnych męskich cech. Wywiad przeprowadziła podczas lunchu, spodziewając się dość emocjonalnej obrony gatunku i być może kilku skarg na branżę wydawniczą – wywiady z pisarzami zawsze wydawały jej się dość nużące. Spodziewała się brzuchatego faceta w średnim wieku, kluchowatego po latach spędzonych przy biurku. Wysoki, opalony mężczyzna, który wstał, żeby uścisnąć jej dłoń, był jednak szczupły i piegowaty, przypominał strzaskanego słońcem rolnika z RPA. Okazał się zabawny, czarujący, autoironiczny i uważny. Skierował rozmowę w jej stronę, zadawał osobiste pytania, a potem przedstawił jej swoje teorie na temat pochodzenia języka i wyznał, że jego zdaniem komunikacja przekształca się w coś niebezpiecznie miałkiego i brzydkiego.

Gdy podano kawę, uświadomiła sobie, że od blisko czterdziestu minut nie zbliżyła długopisu do kartki.

– Ale czy nie uwielbiasz brzmienia języków? – spytała, gdy wyszli z restauracji i skierowali się z powrotem w stronę festiwalu. Był koniec roku i zimowe słońce zaszło za niskie zabudowania przy spokojnej głównej ulicy. Za dużo wypiła, dotarła do punktu, w którym jej usta bezczelnie wyrywały się do przodu, zanim zrozumiała, co powinna powiedzieć. Nie miała ochoty wychodzić z restauracji.

– Których konkretnie?

– Hiszpańskiego. A zwłaszcza włoskiego. Jestem pewna, że właśnie dlatego uwielbiam włoską operę i nie mogę ścierpieć niemieckiej. Te wszystkie twarde, gardłowe dźwięki. – Zastanowił się nad tym, a jego milczenie zbiło ją z tropu. – Wiem, że to okropnie niemodne – zaczęła się jąkać – ale kocham Pucciniego. Uwielbiam te intensywne emocje. Uwielbiam drżące „r”, staccato słów… – urwała, słysząc, jak niedorzecznie i pretensjonalnie to brzmi.

Zatrzymał się przed drzwiami, obejrzał się przez ramię, a potem popatrzył na nią.

– Nie lubię opery.

Mówiąc to, spoglądał jej prosto w oczy. Jakby rzucał wyzwanie. Poczuła, jak głęboko w jej żołądku coś pęka. O Boże, pomyślała.

– Ellie – powiedział prawie minutę później. Po raz pierwszy zwrócił się do niej po imieniu. – Ellie, przed powrotem na festiwal muszę coś zabrać z hotelu. Pójdziesz ze mną?

Rzucili się na siebie, jeszcze zanim zamknął drzwi do pokoju. Ich ciała się połączyły, usta zwarły w łapczywym pocałunku, a ręce wykonywały naglący, gorączkowy układ choreograficzny rozbierania się.

Potem Ellie wspominała swoje zachowanie i zdumiewało ją ono jak jakieś oglądane z daleka odchylenie od normy. Odgrywała je w myślach setki razy, odzierając ze znaczenia, z silnych emocji, zostawiając jedynie szczegóły. Swoją bieliznę, codzienną, niestosowną, rzuconą na deskę do prasowania; to, że potem chichotali jak szaleni na podłodze, leżąc pod wzorzystą hotelową narzutą ze sztucznego materiału; to, że po południu wesoło i z niestosownym uroczym uśmiechem oddał klucz recepcjonistce.

Zadzwonił dwa dni później, gdy euforyczny szok wywołany tym zdarzeniem przechodził już w coś bardziej rozczarowującego.

– Wiesz, że jestem żonaty – powiedział. – Czytałaś o mnie.

Wyguglałam wszystko, co można znaleźć na twój temat w internecie, odrzekła w myślach.

– Nigdy wcześniej nie byłem… niewierny. Nadal nie potrafię do końca wyartykułować, co się stało.

– Ja winię za to quiche – wtrąciła, krzywiąc się.

– Ellie Haworth, masz na mnie zły wpływ. Od czterdziestu ośmiu godzin nie napisałem ani słowa. – Zamilkł. – Przez ciebie zapominam, co chcę powiedzieć.

No to przepadłam, pomyślała, bo już gdy poczuła na sobie ciężar jego ciała, jego usta na swoich, wiedziała – mimo wszystkiego, co zawsze powtarzała przyjaciółkom na temat żonatych mężczyzn, mimo wszystkiego, w co kiedykolwiek wierzyła – że po tym, co między nimi zaszło, wystarczy najdrobniejszy gest z jego strony, żeby straciła głowę.

Minął rok, a nawet nie zaczęła myśleć o tym, żeby tę głowę odzyskać.

John wraca na łącza prawie czterdzieści pięć minut później. W tym czasie zdążyła odejść od komputera, zrobić sobie kolejnego drinka, pokręcić się po mieszkaniu, obejrzeć swoją cerę w lustrze w łazience, a potem zebrać porozrzucane skarpetki i wrzucić je do kosza na brudną bieliznę. Na dźwięk przychodzącej wiadomości rzuca się z powrotem na fotel.

Wybacz. Nie wiedziałem, że to tyle potrwa. Mam nadzieję, że pogadamy jutro.

Żadnych rozmów przez komórkę, zaznaczył. Przysyłali mu do domu szczegółowe billingi.

Jesteś teraz w hotelu? – pisze pospiesznie Ellie. – Mogłabym zadzwonić do pokoju.

Słowo mówione jest luksusem, rzadkością. Ale Boże, po prostu musiała usłyszeć jego głos.

Idę na kolację, moja piękna. Wybacz – już jestem spóźniony. Do miłego X.

I zniknął.

Ellie wpatruje się w ciemny ekran. John pewnie właśnie kroczy przez hotelowy hol, oczarowując personel recepcji, wsiada do samochodu przysłanego przez organizatorów festiwalu. Wieczorem przy kolacji wygłosi błyskotliwą, spontaniczną mowę, a potem jak zwykle będzie dowcipny i trochę melancholijny wśród tych, którzy mieli wystarczająco dużo szczęścia, żeby usiąść przy tym samym stoliku co on. Będzie żył pełnią życia, podczas gdy ona trwa w wiecznym zawieszeniu.

Co ona wyrabia, do cholery?

– Co ja wyrabiam, do cholery? – pyta Ellie na głos, wylogowując się z konta. Wykrzykuje swoją frustrację w stronę sufitu sypialni i opada na olbrzymie puste łóżko. Nie może zadzwonić do przyjaciół: znosili takie rozmowy zbyt wiele razy, a poza tym wie, jak brzmiałaby ich ocena, jedyna słuszna ocena. Zabolało ją to, co usłyszała od Douga. Ale każdemu z nich powiedziałaby dokładnie to samo.

Siada na kanapie, włącza telewizor. W końcu spogląda na leżącą z boku stertę kartek, z wysiłkiem kładzie ją sobie na kolanach i przeklina Melissę. Archiwista powiedział, że to zbieranina różności, wycinki bez daty, nieprzyporządkowane do żadnej konkretnej kategorii. „Nie miałem czasu ich wszystkich przejrzeć. Trafia do nas mnóstwo takich stert”. Był tam jedynym pracownikiem przed pięćdziesiątką. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego nigdy wcześniej go nie zauważyła.

„Niech pani to przejrzy, może coś się przyda”. – Pochylił się konspiracyjnie. „A wszystko, co nie będzie pani potrzebne, proszę po prostu wyrzucić. Tylko niech pani o tym nie wspomina szefowi. W obecnej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na przeglądanie każdej kartki”.

Szybko staje się jasne dlaczego: w stercie znajduje się kilka recenzji teatralnych, lista pasażerów jakiegoś wycieczkowca, karty dań z odświętnych redakcyjnych kolacji. Ellie przerzuca je, raz po raz spoglądając na telewizor. Nie znajduje wielu materiałów mogących zainteresować Melissę.

Właśnie przegląda zawartość podniszczonej teczki przypominającej dokumenty medyczne. Zauważa mimochodem, że chodzi o choroby płuc. To coś związanego z górnictwem. Już ma wyrzucić wszystko do kosza, gdy jej spojrzenie pada na błękitny róg kartki. Wyjmuje go, trzymając między palcem wskazującym a kciukiem, i okazuje się, że to odręcznie zaadresowana koperta. Ktoś ją otworzył, a w środku znajduje się list z 4 października 1960 roku.

Moja Najdroższa i Jedyna Miłości,

mówiłem szczerze. Doszedłem do wniosku, że jedynym wyjściem z naszej sytuacji jest podjęcie przez któreś z nas odważnej decyzji.

Nie jestem taki silny jak Ty. Kiedy Cię poznałem, myślałem, że jesteś bezbronną kruszyną, którą powinienem chronić. Teraz wiem, że bardzo się co do nas pomyliłem. To Ty jesteś silna, Ty potrafisz wytrzymać w świecie, który dał nam szansę na wielką miłość i pogodzić się z tym, że nigdy tej miłości nie zaznamy.

Proszę, żebyś nie potępiała mnie za moją słabość. Będę mógł to wytrzymać jedynie gdzieś, gdzie nigdy Cię nie zobaczę, gdzie nie będzie mnie prześladowało niebezpieczeństwo ujrzenia Cię razem z nim. Muszę być gdzieś, gdzie okoliczności będą wymazywały Cię z moich myśli minuta po minucie, godzina po godzinie. Tutaj to niemożliwe.

Zamierzam przyjąć tę posadę. W piątek kwadrans po siódmej wieczorem będę na czwartym peronie na Paddington i nic na świecie nie uszczęśliwiłoby mnie bardziej, niż gdybyś znalazła odwagę, by wyjechać razem ze mną.

Jeśli się nie zjawisz, będę wiedział, że cokolwiek do siebie czujemy, to za mało. Nie będę miał do Ciebie pretensji, Kochana. Wiem, że przez ostatnie tygodnie żyłaś w nieznośnym stresie, i sam dotkliwie odczuwam jego ciężar. Nie zniósłbym myśli, że mógłbym Cię unieszczęśliwić.

Będę czekał na peronie od za kwadrans siódma. Wiedz, że moje serce i moje nadzieje spoczywają w Twoich rękach.

Twój

B.

Ellie czyta list po raz drugi i czuje, że z jakiegoś niewyjaśnionego powodu jej oczy wypełniają się łzami. Nie jest w stanie oderwać wzroku od dużych, zaokrąglonych liter, bezpośredniość tych słów dopada ją ponad czterdzieści lat po tym, jak je schowano. Odwraca kartkę, szuka jakichś wskazówek na kopercie. Dostarczono ją na adres skrzynki pocztowej numer trzynaście w Londynie. Nie wiadomo, kto jest nadawcą. Co zrobiłaś, skrzynko pocztowa numer trzynaście?, pyta Ellie w myślach.

Potem wstaje, ostrożnie wkłada list z powrotem do koperty i podchodzi do komputera. Otwiera okno poczty i klika „odśwież”. Od czasu wiadomości, którą dostała za piętnaście ósma, nic więcej nie przyszło.

Idę na kolację, moja piękna. Wybacz – już jestem spóźniony. Do miłego X.

Część pierwsza

Będę mógł to wytrzymać, jedynie gdzieś, gdzie nigdy Cię nie zobaczę, gdzie nie będzie mnie prześladowało niebezpieczeństwo ujrzenia Cię razem z nim. Muszę być gdzieś, gdzie okoliczności będą wymazywały Cię z moich myśli minuta po minucie, godzina po godzinie. Tutaj to niemożliwe.

Zamierzam przyjąć tę posadę. W piątek, kwadrans po siódmej wieczorem będę na czwartym peronie na Paddington i nic na świecie nie uszczęśliwiłoby mnie bardziej, niż gdybyś znalazła odwagę, by wyjechać razem ze mną.

Z listu mężczyzny do kobiety

1

1960

– Budzi się.

Rozległ się szelest, ktoś przesunął krzesło, a potem zadźwięczały wpadające na siebie kółeczka od zasłony. Zamruczały jakieś dwa głosy.

– Pójdę po doktora Hargreavesa.

Zapadła krótka cisza, podczas której powoli zaczęła zdawać sobie sprawę z drugiej warstwy dźwięków – głosów stłumionych odległością, warkotu przejeżdżającego samochodu. Co dziwne, wydobywały się jakby spod jej ciała. Leżała, chłonąc to wszystko, czekając, aż się skrystalizuje, pozwalając swojemu umysłowi nadrobić zaległości i rozpoznać wszystkie dźwięki po kolei.

Właśnie wtedy poczuła ból. Dotkliwie parł w górę, pokonując kolejne etapy: najpierw po ręce – ostre, piekące doznanie między łokciem a ramieniem – a następnie ku głowie. Tępy, uporczywy. Reszta ciała bolała jak wtedy, gdy…

Jak wtedy, gdy…?

– Za chwilkę przyjdzie. Mówi, żeby opuścić rolety.

Bardzo zaschło jej w ustach. Przełknęła z bólem. Chciała poprosić o wodę, ale nie mogła wydobyć słowa. Uchyliła powieki. Wokół niej poruszały się dwa niewyraźne kształty. Ilekroć zaczynało jej się wydawać, że je rozpoznaje, znowu się przemieszczały. Niebieskie. Były niebieskie.

– Wiesz, kogo właśnie przyjęli na dole?

Jeden z głosów zabrzmiał ciszej.

– Dziewczynę Eddiego Cochrane’a. Tę, która przeżyła wypadek. Pisze dla niego piosenki. A raczej dla jego upamiętnienia.

– Założę się, że nie jest tak dobra jak on.

– Przez cały ranek byli u niej dziennikarze. Oddziałowa jest u kresu wytrzymałości.

Nie rozumiała, o czym mówią. Ból w jej głowie zaczął pulsować, zmieniając się w szum, który stawał się coraz głośniejszy i bardziej natarczywy, i w końcu jedyne, co była w stanie zrobić, to ponownie zamknąć oczy i czekać, aż odpłynie – on albo ona. Po chwili zalała ją fala bieli. Z pewną wdzięcznością cicho westchnęła i na powrót zanurzyła się w jej objęciach.

– Nie śpisz, kochana? Masz gościa.

Ujrzała nad sobą migoczące odbicie, zjawę, która poruszała się żwawo najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Niespodziewanie przypomniała sobie swój pierwszy zegarek. Jego szkiełko odbijało światło, kierując je na sufit pokoju zabaw, posyłając je tam i z powrotem, na co jej piesek reagował szczekaniem.

Błękit powrócił. Zobaczyła, jak się porusza przy akompaniamencie szelestu. A potem poczuła na nadgarstku czyjąś rękę, krótką iskrę bólu, i jęknęła.

– Z tej strony trochę delikatniej, siostro – rozległ się czyjś karcący głos. – Ona to czuje.

– Bardzo mi przykro, doktorze Hargreaves.

– Ręka będzie wymagała kolejnej operacji. Złożyliśmy ją w kilku miejscach, ale to jeszcze nie koniec.

Jakiś ciemny kształt zawisł w pobliżu jej stóp. Chciała, żeby nabrał ostrości, ale podobnie jak te błękitne, nie chciał tego zrobić. Pozwoliła powiekom opaść.

– Jeśli pan chce, może pan przy niej posiedzieć. Mówić do niej. Będzie pana słyszała.

– A jej… pozostałe obrażenia?

– Obawiam się, że zostanie kilka blizn. Zwłaszcza na tej ręce. Poza tym otrzymała silny cios w głowę, więc może upłynąć trochę czasu, zanim znowu będzie sobą. Zważywszy jednak na powagę wypadku, chyba możemy powiedzieć, że miała szczęście.

Na chwilę zapadła cisza.

– Tak.

Ktoś postawił obok niej misę z owocami. Znowu otworzyła oczy, skupiając na niej wzrok, czekając, aż kształt i kolor okrzepną, i w końcu pojęła, z pewnym zadowoleniem, że jest w stanie rozpoznać, co jest w środku. Winogrona, powiedziała. A potem jeszcze raz, przetaczając to bezgłośne słowo po wnętrzu głowy: winogrona. Czuła, że to ważne, jakby dzięki temu zakotwiczała w tej nowej rzeczywistości.

Po chwili znikły, równie szybko, jak się pojawiły, unicestwione przez granatową masę, która utkwiła obok niej. Gdy masa się zbliżyła, poczuła leciutki zapach tytoniu. Głos, który się potem rozległ, brzmiał niepewnie, może nawet był trochę zawstydzony.

– Jennifer? Jennifer? Słyszysz mnie?

Słowa brzmiały głośno, były dziwnie natrętne.

– Jenny, kochanie, to ja.

Zastanawiała się, czy będzie mogła znowu zobaczyć winogrona. Wydawało jej się to konieczne. Były dojrzałe, fioletowe, zwarte. Znajome.

– Jest pani pewna, że ona mnie słyszy?

– Jestem całkowicie pewna, ale na początku komunikowanie się może ją forsować.

Rozległ się jakiś pomruk, którego nie zdołała zrozumieć. A może po prostu przestała się starać. Wszystko straciło wyrazistość.

– Czy… możesz… – szepnęła.

– Ale jej mózg nie ucierpiał w wypadku? Nie będzie żadnych… trwałych konsekwencji…?

– Jak powiedziałem, porządnie oberwała w głowę, ale z medycznego punktu widzenia nie ma żadnych powodów do niepokoju. – Szelest kartek. – Żadnego pęknięcia. Żadnego obrzęku mózgu. Jednak te sprawy zawsze są odrobinę nieprzewidywalne i każdy pacjent reaguje inaczej. Dlatego po prostu musi pan być trochę…

– Proszę… – Jej głos był tylko szmerem, ledwie słyszalnym.

– Doktorze Hargreaves! Wydaje mi się, że ona próbuje coś powiedzieć.

– …chcę zobaczyć… – Błagała o winogrona. Chcę tylko znowu zobaczyć winogrona.

– Chce zobaczyć męża! – Pielęgniarka gwałtownie wstała, oznajmiając to zwycięskim tonem. – Chyba chce zobaczyć męża.

Nastąpiła chwila ciszy, a potem ktoś się nad nią pochylił.

– Jestem tu, kochanie. Wszystko… wszystko w porządku.

Kształt się wycofał, a ona usłyszała odgłos towarzyszący poklepywaniu kogoś po plecach.

– No, widzi pan? Już dochodzi do siebie. Wszystko w swoim czasie, prawda?

– Siostro? – zabrzmiał znowu męski głos. – Niech pani pójdzie i poprosi oddziałową, żeby zamówiła na wieczór coś do jedzenia. Nic szczególnego. Coś lekkiego i łatwego do połknięcia… A przy okazji mogłaby nam siostra przynieść po filiżance herbaty.

Usłyszała odgłos kroków. Obok nadal rozlegały się ściszone głosy. Mąż?, pomyślała, zanim znowu pochłonęło ją światło.

Później, gdy jej powiedzieli, jak długo leżała w szpitalu, nie mogła w to uwierzyć. Czas się rozczłonkował, znarowił, przychodził i odchodził w chaotycznych zbitkach godzin. Był wtorek, pora śniadania. Po chwili środa, lunch. Najwyraźniej przespała osiemnaście godzin – mówiono o tym z pewną przyganą, jakby w tak długiej nieobecności było coś niestosownego. A potem był piątek. Znowu.

Czasami, kiedy się budziła i było ciemno, lekko przesuwała głowę w górę na białej wykrochmalonej poduszce, by śledzić kojący ruch nocnego personelu: miękkie szuranie pielęgniarek chodzących po korytarzach, sporadyczne pomruki ich rozmów z pacjentami. Jeśli chce, może oglądać wieczorem telewizję, mówiły. Jej mąż płacił za indywidualną opiekę – mogła mieć niemal wszystko, czego by zapragnęła. Zawsze odpowiadała „nie, dziękuję”. Wystarczająco dezorientował ją niepokojący strumień informacji, nie potrzebowała nieustannej paplaniny z pudła w kącie sali.

Gdy okresy przytomności wydłużyły się i stały częstsze, zaczęła rozpoznawać twarze innych pacjentek niewielkiego oddziału. Salę po prawej zajmowała starsza pani z kruczoczarnymi włosami upiętymi w nienaganną, sztywną i polakierowaną rzeźbę; jej rysy twarzy okrzepły w wyrazie lekkiego, podszytego zdziwieniem rozczarowania. Podobno za młodu występowała w filmach – i nie omieszkała o tym informować każdej nowej pielęgniarki. Miała władczy głos i niewielu gości. W sali naprzeciwko leżała młoda pulchna kobieta, która wczesnym rankiem cicho płakała. Co wieczór żwawa starsza kobieta – może niania? – przyprowadzała do niej na godzinę małe dzieci. Dwaj chłopcy wspinali się na łóżko i przytulali do matki, dopóki niania nie kazała im zejść, z obawy, że „zrobią mamie krzywdę”.

Pielęgniarki mówiły jej, jak się nazywają pozostałe kobiety, i czasami przypominały, jak nazywa się ona sama, ale nie mogła tego spamiętać. Przypuszczała, że sprawia im tym zawód.

„Pani mąż”, jak go wszyscy nazywali, przychodził prawie codziennie wieczorem. Miał na sobie dobrze skrojony garnitur, granatowy albo z szarej serży, zdawkowo cmokał ją w policzek i zazwyczaj siadał w nogach łóżka. Z troską zaczynał pogawędkę, pytając, jak jej smakuje jedzenie, czy chciałaby, żeby coś jej podesłał. Czasami po prostu czytał gazetę.

Był przystojnym mężczyzną, może z dziesięć lat starszym od niej, z wysokim, wypukłym czołem i poważnymi oczami przysłoniętymi przez opadające powieki. Gdzieś w głębi duszy wiedziała, że musi być tym, za kogo się podaje, że ona jest jego żoną, ale dezorientowało ją, że niczego do niego nie czuje, podczas gdy wszyscy w tak oczywisty sposób oczekiwali od niej innej reakcji. Czasami wpatrywała się w niego, kiedy nie widział, i czekała, aż nastąpi jakieś gwałtowne rozpoznanie. Czasami, gdy się budziła, siedział z opuszczoną gazetą i patrzył na nią, jakby czuł coś podobnego.

Doktor Hargreaves, lekarz specjalista, przychodził codziennie, sprawdzał jej kartę, prosił, żeby mu powiedziała, jaki jest dzień tygodnia, która jest godzina, jak się nazywa. Teraz już zawsze udzielała prawidłowych odpowiedzi. Zdołała mu nawet oznajmić, że premierem jest pan Macmillan, i podać swój wiek, dwadzieścia siedem lat. Zmagała się jednak z nagłówkami w gazetach, z wydarzeniami, które nastąpiły, zanim trafiła do szpitala. „To wszystko wróci” – mówił wtedy, klepiąc ją po dłoni. „Nic na siłę. Grzeczna dziewczynka”.

Poza tym była jeszcze jej matka, która przynosiła drobne prezenty, mydło, dobry szampon, czasopisma, jakby to wszystko mogło ją popchnąć z powrotem ku postaci, jaką najwidoczniej kiedyś była. „Tak bardzo się martwiliśmy, kochana Jenny” – powiedziała, kładąc na jej głowie chłodną dłoń. Było to przyjemne. Nie znajome, ale miłe. Czasami matka zaczynała coś mówić, jednak po chwili mamrotała: „Nie, nie powinnam cię męczyć pytaniami. Wszystko wróci. Tak mówią lekarze. Więc nie ma powodu do zmartwień”.

Jenny miała ochotę jej powiedzieć, że wcale się nie martwi. W tej małej bańce czuła się zupełnie spokojna. Po prostu nękał ją nieokreślony smutek, że nie może być osobą, której wszyscy wyraźnie oczekują. W takich chwilach, gdy wszystko stawało się zbyt zagmatwane, niezmiennie znowu zapadała w sen.

Wreszcie o poranku tak rześkim, że smużki dymu przecinały jasnobłękitne zimowe niebo nad stolicą niczym las patykowatych drzew, powiedzieli jej, że wraca do domu. Wtedy była już w stanie od czasu do czasu spacerować po oddziale, wymieniając się czasopismami z innymi pacjentkami, które gawędziły z pielęgniarkami i niekiedy, jeśli miały taki zwyczaj, słuchały radia. Przeszła drugą operację ręki, która, jak jej powiedziano, dobrze się goiła, lecz Jenny krzywiła się na widok długiej czerwonej blizny w miejscu, gdzie szyba przecięła skórę, i starała się ją ukrywać pod długim rękawem. Zbadano jej wzrok, zbadano słuch, zagoiły się miriady zadrapań zostawionych przez odłamki szkła. Sińce wyblakły, a złamane żebro i obojczyk zrosły się na tyle dobrze, że mogła leżeć w dowolnej pozycji, nie odczuwając bólu.

Twierdzili, że pod każdym względem wygląda „jak dawniej”, jakby powtórzenie tego wystarczająco wiele razy mogło jej przypomnieć osobę, którą mieli na myśli. Tymczasem jej matka całymi godzinami grzebała w stertach czarno-białych zdjęć, by móc na nowo tchnąć w Jennifer jej dawne życie.

Dowiedziała się, że od czterech lat jest mężatką. Nie miała dzieci – sądząc po ściszonym głosie matki, było to dla wszystkich źródłem pewnego rozczarowania. Mieszkała w bardzo eleganckim domu w bardzo dobrej dzielnicy Londynu, z gosposią i szoferem, i ponoć mnóstwo młodych dam byłoby gotowych wiele dać, by mieć połowę tego, co ona. Jej mąż był jakąś ważną postacią w górnictwie i często wyjeżdżał, lecz był jej tak oddany, że po wypadku przełożył kilka „bardzo ważnych” podróży. Słysząc, z jakim szacunkiem wyraża się o nim personel medyczny, domyśliła się, że rzeczywiście zajmuje jakąś bardzo ważną pozycję, a zatem ona także mogła oczekiwać pewnego szacunku, nawet jeśli wydawało jej się to nonsensem.

Nikt nie mówił zbyt wiele o tym, jak trafiła do szpitala, lecz raz udało jej się ukradkiem zajrzeć do zapisków lekarza i dowiedziała się, że brała udział w wypadku samochodowym. Gdy próbowała wydusić z matki, co się stało, ta zrobiła się całkiem czerwona, przykryła dłoń córki swoją pulchną ręką i poprosiła żarliwie: „Nie roztrząsaj tego, kochanie. To wszystko było… strasznie przygnębiające”. Jej oczy wypełniły się łzami i Jennifer, nie chcąc jej denerwować, zmieniła temat.

Pewna gadatliwa dziewczyna w hełmie z pomarańczowych włosów przyszła z innej części szpitala, żeby obciąć i ułożyć włosy Jennifer. Oznajmiła, że dzięki temu pacjentka poczuje się o wiele lepiej. Jennifer straciła trochę włosów z tyłu głowy – ogolono je, żeby zszyć ranę – a ta dziewczyna była ponoć mistrzynią w ukrywaniu takich obrażeń.

Nieco ponad godzinę później zamaszystym gestem uniosła lusterko. Jennifer spojrzała na kobietę, która patrzyła na nią z tafli. Całkiem ładna, pomyślała z pewnym nieokreślonym zadowoleniem. Posiniaczona, trochę blada, ale przyjemna twarz. Moja twarz, poprawiła się.

– Ma pani pod ręką swoje kosmetyki? – spytała fryzjerka. – Jeśli nadal boli panią ręka, mogłabym panią umalować. Odrobina szminki ożywi każdą twarz. Odrobina szminki i trochę podkładu.

Jennifer dalej wpatrywała się w lusterko.

– Myśli pani, że powinnam?

– O tak. Taka ładna dziewczyna jak pani… Efekt będzie bardzo subtelny… ale doda blasku policzkom. Proszę zaczekać, skoczę na dół po swój zestaw. Mam urocze kolory z Paryża i szminkę Charles of the Ritz, która będzie dla pani idealna.

– Prawda, że wygląda pani zachwycająco? Aż miło spojrzeć na umalowaną damę. Od razu widać, że dochodzi pani do siebie – powiedział doktor Hargreaves jakiś czas później podczas obchodu. – Nie możemy się doczekać powrotu do domu, co?

– Tak, dziękuję – odrzekła uprzejmie. Nie miała pojęcia, jak mu powiedzieć, że nie wie, gdzie jest ten dom.

Przez chwilę przyglądał się jej twarzy, być może dostrzegając tę niepewność. Potem usiadł na krawędzi łóżka i położył rękę na jej ramieniu.

– Rozumiem, że to wszystko może się wydawać trochę dezorientujące, że jeszcze nie do końca czuje się pani sobą, ale proszę się za bardzo nie przejmować, nawet jeśli coś wydaje się niejasne. Amnezja po urazie głowy to dość powszechne zjawisko. Rodzina bardzo panią wspiera i jestem pewny, że gdy już znajdzie się pani w znajomym otoczeniu, wróci do dawnej rutyny, przyjaciół, zakupów i tak dalej, przekona się pani, że wszystko znowu jest na swoim miejscu.

Posłusznie pokiwała głową. Dość szybko zauważyła, że gdy to robi, wszyscy wydają się szczęśliwsi.

– No, chciałbym, żeby zgłosiła się pani mniej więcej za tydzień, żebym mógł sprawdzić, jak goi się ręka. Będzie pani potrzebowała fizjoterapii, żeby w pełni odzyskać w niej władzę. Ale przede wszystkim powinna pani po prostu odpoczywać i niczym się za bardzo nie przejmować. Rozumie pani?

Już szykował się do wyjścia. Co innego mogła powiedzieć?

Mąż przyjechał po nią tuż przed podwieczorkiem. Pielęgniarki w czyściutkich i wykrochmalonych fartuchach ustawiły się w rządku w recepcji na dole, by się z nią pożegnać. Nadal czuła się dziwnie słaba i niepewnie stała na nogach. Była wdzięczna mężowi, że podsunął jej ramię.

– Dziękuję za opiekę nad żoną. Proszę przesłać rachunek do mojego biura – powiedział do oddziałowej.

– Cała przyjemność po naszej stronie – odrzekła kobieta, ściskając mu rękę i posyłając Jennifer promienny uśmiech. – Wspaniale jest widzieć pana żonę znowu w formie. Wygląda pani cudownie, pani Stirling.

– Czuję się… znacznie lepiej. Dziękuję. – Miała na sobie długi kaszmirowy płaszcz i pasujący do niego toczek. Polecił przysłać jej trzy stroje do wyboru. Zdecydowała się na najbardziej stonowany. Nie chciała zwracać na siebie uwagi.

Spojrzeli w stronę doktora Hargreavesa, który wystawił głowę z gabinetu.

– Moja sekretarka mówi, że na zewnątrz są jacyś dziennikarze. Przyszli do młodej Cochrane. Jeśli chcą państwo uniknąć zamieszania, chyba warto skorzystać z tylnego wyjścia.

– Tak będzie lepiej. Mógłby pan skierować tam mojego szofera?

Po tygodniach spędzonych w cieple szpitalnego oddziału powietrze na zewnątrz wydawało się wstrząsająco zimne. Starała się nadążyć za mężem, oddychała płytko i gwałtownie, a potem znalazła się na tylnym siedzeniu olbrzymiego czarnego samochodu, otoczona imponującą skórzaną tapicerką. Drzwi zamknęły się z eleganckim trzaśnięciem. Samochód z cichym warkotem ruszył ku londyńskim ulicom.

Spojrzała przez szybę na dziennikarzy, ledwie widocznych na frontowych schodach, i na opatulonych fotoreporterów porównujących obiektywy. Dalej, na ulicach środkowego Londynu roiło się od zabieganych ludzi z kołnierzami postawionymi dla osłony przed wiatrem, od mężczyzn w filcowych kapeluszach mocno nasuniętych na czoło.

– Kim jest ta młoda Cochrane? – spytała, odwracając się do męża.

Właśnie mamrotał coś do szofera.

– Kto?

– Ta młoda Cochrane. Wspomniał o niej doktor Hargreaves.

– Z tego, co wiem, była dziewczyną znanego piosenkarza. Niedawno uczestniczyli w wypadku drogowym…

– Pielęgniarki w szpitalu ciągle o niej mówiły.

Zdawało się, że stracił zainteresowanie.

– Odwiozę panią Stirling do domu, a potem pojadę do biura – powiedział do szofera.

– Co się z nim stało? – spytała.

– Z kim?

– Z Cochrane’em. Z tym piosenkarzem.

Mąż spojrzał na nią, jakby się nad czymś zastanawiał.

– Zginął – powiedział. Potem znowu odwrócił się do szofera.

Powoli wchodziła po schodach do białego domu zdobionego sztukaterią, a gdy dotarła na górę, drzwi otworzyły się jak za sprawą czarów. Kierowca ostrożnie postawił jej walizkę w holu, po czym się wycofał. Stojący za nią mąż skinął do kobiety czekającej w holu, która najprawdopodobniej chciała ich powitać. Była w późnym średnim wieku, ciemne włosy spięła z tyłu w ciasny kok i miała na sobie granatowy dwuczęściowy kostium.

– Witamy w domu, proszę pani – powiedziała, wyciągając rękę. Uśmiechała się szczerze i mówiła z silnym akcentem. – Bardzo się wszyscy cieszymy, że wróciła pani do nas cała i zdrowa.

– Dziękuję – odrzekła Jennifer. Chciała się zwrócić do tej kobiety po imieniu, ale nie odważyła się o nie spytać.

Kobieta wzięła od nich płaszcze i zniknęła gdzieś w holu.

– Jesteś zmęczona? – Mąż pochylił głowę, żeby przyjrzeć się jej twarzy.

– Nie. Nie, nic mi nie jest. – Rozejrzała się wokół, żałując, że nie potrafi ukryć przerażenia wywołanego tym, że zupełnie nie poznaje tego domu.

– Muszę teraz jechać do biura. Zostaniesz sama z panią Cordozą?

Cordoza. Brzmiało to nie całkiem obco. Trochę jej ulżyło. Pani Cordoza.

– Poradzę sobie, dziękuję. Proszę, nie martw się o mnie.

– Wrócę o siódmej… jeśli na pewno wszystko w porządku… – Wyraźnie chciał już iść. Pochylił się, pocałował ją w policzek i po chwili wahania wyszedł.

Stała w holu i słuchała jego kroków cichnących na schodach za drzwiami, a potem stłumionego warkotu, gdy odjeżdżał jego wspaniały samochód. Nagle dom wydał jej się przepastny.

Dotknęła wykończonej jedwabiem tapety, spojrzała na wypolerowaną drewnianą podłogę, na oszałamiająco wysokie sufity. Precyzyjnymi, zdecydowanymi ruchami zdjęła rękawiczki. Potem pochyliła się, żeby spojrzeć na zdjęcia ustawione na stoliku w holu. Największe było zdjęcie ślubne, oprawione w zdobione, mocno wypolerowane srebro. Pozowała na nim w dopasowanej białej sukni, z twarzą do połowy przysłoniętą białym koronkowym welonem, a stojący obok mąż szeroko się uśmiechał. Naprawdę za niego wyszłam, pomyślała. A potem: wyglądam na bardzo szczęśliwą.

Nagle podskoczyła. Pani Cordoza podeszła od tyłu i stała za nią ze złożonymi rękami.

– Pomyślałam, że mogłabym zaparzyć pani herbaty. Pewnie chciałaby pani ją wypić w salonie. Rozpaliłam tam dla pani w kominku.

– Byłoby… – Jennifer spojrzała na rząd drzwi wzdłuż holu. Potem znowu przeniosła wzrok na zdjęcie. Dopiero po chwili odezwała się ponownie. – Pani Cordozo… czy mogłabym się wesprzeć na pani ramieniu? Tylko dopóki nie usiądę. Nie czuję się zbyt pewnie na nogach.

Potem nie umiała sobie wyjaśnić, dlaczego nie chciała, żeby kobieta zauważyła, jak słabo pamięta rozkład pomieszczeń we własnym domu. Po prostu wydawało jej się, że jeśli będzie udawała i nikt się nie zorientuje, to, co jest grą, w końcu stanie się prawdą.

Gosposia przygotowała kolację: zapiekankę z ziemniakami i drobną fasolą. Powiedziała Jennifer, że zostawiła ją w dolnym piekarniku. Z podaniem do stołu Jennifer musiała jednak zaczekać na męża: bała się, że upuści ciężkie żeliwne naczynie, bo jej prawa ręka nadal była słaba.

Samotną godzinę spędziła, chodząc po ogromnym domu, zapoznając się z nim, otwierając szuflady i studiując zdjęcia. Mój dom, powtarzała sobie bez końca. Moje rzeczy. Mój mąż. Parę razy wyłączała umysł i pozwalała, by nogi niosły ją tam, gdzie jej zdaniem były łazienka albo gabinet, i z zadowoleniem odkryła, że jakaś część niej nadal zna to miejsce. Spoglądała na książki w salonie, zauważając z rodzajem lekkiej satysfakcji, że choć mnóstwo elementów wydawało jej się obcych, byłaby w stanie wyrecytować w myślach fabułę wielu z nich.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

2

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

3

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

4

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

6

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

7

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

8

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

9

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

10

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

11

Dostępne w wersji pełnej.

Część druga

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

12

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

13

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

14

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

15

Dostępne w wersji pełnej.

Część trzecia

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

16

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

17

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

18

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

19

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

20

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

21

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

22

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

23

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

24

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

25

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

26

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału

The Last Letter from Your Lover

Copyright © Jojo’s Mojo Ltd, 2010

Copyright © for the translation by Anna Gralak

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Fotografia na okładce

Copyright © Joselito Briones/Stocksy.com

Opieka redakcyjna

Przemysław Pełka

Anna Steć

ISBN 978-83-240-4801-4

30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ostatni list od kochanka We wspólnym rytmie Dziewczyna, którą kochałeś Kiedy odszedłeś Razem będzie lepiej Zanim się pojawiłeś 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy